1 Scena z dramatu Szekspira, kiedy Makbetowi ukazuje się w czasie uczty widmo zamordowanego przezeń Banka.
2 Vatel był ochmistrzem na dworze księcia Condé, jego legendę stworzyła pani de Sévigné, opisując w swych słynnych listach samobójstwo, które popełnił rzekomo dlatego, że na stole księcia zabrakło świeżych ryb, gdy książę podejmował w pałacu w Chantilly Ludwika XIV.
3 cupitor impossibilium (łac.) - żądny niemożliwości
4 Lukullus (ok. 110-56 r. p.n.e.) - wódz rzymski, który słynął z wystawnych uczt i wspaniałych ogrodów.
5 Markiza de Ganges - żyła w XVII w.; nie chciała ulec szwagrowi, księdzu de Ganges, który pragnąc się zemścić, zjawił się pewnej nocy w jej sypialni i zmusił ją do wypicia trucizny. Dumas napisał o niej powieść.
6 Desdemona - została uduszona przez własnego męża, Otella, który niesłusznie podejrzewał ją o zdradę pod wpływem intrygi Jagona.
7 Ugolino - tyran Pizy, żyjący w XIII w., obalony i zamknięty z rodziną w wieży, wszyscy umarli z głodu. Ugolino próbował rzekomo żywić się przed śmiercią ciałem własnych synów.
8 Torquato Tasso - wybitny poeta włoski z przełomu renesansu i baroku, na rozkaz księcia Ferrary trzymany był przez siedem lat w domu obłąkanych.
9 Francesca, żona Lanciotta Malatesta, zdradzała go z jego bratem Paolem. Lanciotto przyłapał ich i zabił oboje.
10 Lucina - rzymska bogini światła, opiekunka narodzin i kobiet
1. Pan Noirtier
A oto, co się działo w domu prokuratora po odjeździe pani Danglars, podczas gdy Valentine rozmawiała z Maksymilianem.
Pan de Villefort przyszedł razem z żoną do pokoju ojca.
Przywitali się z nim, po czym kazali odejść Barrois, lokajowi, który służył u pana Noirtier już od dwudziestu pięciu lat, i usiedli przy starcu.
Pan Noirtier siedział w wielkim fotelu na kółkach. Usadzano go w nim rano, a wieczorem przenoszono do łóżka. Fotel stał przed wielkim lustrem, w którym odbijał się cały pokój, tak że starzec mógł widzieć, kto wchodził, kto wychodził i w ogóle wszystko, co się działo wokół niego.
Nieruchomy niczym trup, patrzył teraz uważnie bystrymi oczyma na swoje dzieci: ich ceremonialny ukłon zapowiadał, że przyszli w oficjalnej, a nieoczekiwanej sprawie.
Zostały mu tylko wzrok i słuch - tylko one ożywiały to ciało, będące już właściwie w trzech czwartych w grobie, a z owych dwóch zmysłów jeden zdradzał otoczeniu, że w posągu tym istnieje wewnętrzne życie. Spojrzenie to przypominało dalekie światło, które mówi człowiekowi zabłąkanemu w nocy na pustkowiu, że jest jeszcze ktoś, kto czuwa w ciszy i ciemnościach.
I tak w czarnym oku pana Noirtier, ocienionym czarną brwią - włosy za to, długie, opadające na ramiona, już pobielały - w tym oku zebrała się cała energia, cały spryt, cała siła i inteligencja, jakie niegdyś rozproszone były w całym ciele. Bywa tak często, gdy zamierają inne organy, w jednym koncentruje się cała żywotność człowieka. Pan Noirtier nie mógł poruszyć ręką, nie mógł przemówić ani wstać, ale spojrzenie zastępowało mu wszystko: rozkazywał wzrokiem i wzrokiem dziękował.
Był to prawdziwy trup o żywych oczach, trudno o coś okropniejszego nad widok tej twarzy z marmuru, w której zapalały się nagle błyski gniewu lub radości. Trzy tylko osoby rozumiały ten język sparaliżowanego: Villefort, Valentine i stary sługa.
Ale pan de Villefort rzadko odwiedzał ojca - tylko wtedy, gdy koniecznie musiał, a gdy już zaszedł, nie starał się sprawić ojcu przyjemności rozmową. Toteż jedyną radością starca była jego wnuczka. Dzięki oddaniu, miłości i cierpliwości Valentine doszła do takiej wprawy, że rozumiała wszystko, co Noirtier chciał wyrazić spojrzeniem. Na tę mowę niemą i niezrozumiałą dla kogokolwiek innego odpowiadała słowami i mimiką, w którą wkładała całe swoje serce. I tak toczyły się między nimi ożywione dialogi. Ów mniemany posąg, który już niemal obracał się w proch, był nadal człowiekiem o ogromnej wiedzy, niezwykłej przenikliwości i tak silnej woli, jak tylko może być silny duch zamknięty w nieposłusznej materii, nad którą utracił władzę.
Valentine nauczyła się więc rozumieć myśli starca i przekazywać mu swoje, a dzięki tym starannym analizom rzadko się zdarzało, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy codzienne, by nie odgadła dokładnie jego życzeń lub potrzeb.
Stary sługa służył swojemu panu - jak już mówiliśmy - od dwudziestu pięciu lat i znał tak dobrze jego nawyki, że Noirtier niemal nigdy nie musiał go o nic prosić.
Villefort nie potrzebował jednak pomocy ani córki, ani służącego, aby przeprowadzić z ojcem zamierzoną rozmowę. Znał dobrze, jakeśmy powiedzieli, mowę starca, a jeśli z nim nie rozmawiał, to dlatego, że go to nudziło lub przez obojętność.
Pozwolił więc, by Valentine zeszła do ogrodu, odprawił sługę, usiadł po prawej stronie ojca (pani de Villefort zasiadła po lewej) i rzekł:
- Niech ojca nie dziwi, że Valentine nie przyszła razem z nami i że oddaliłem Barrois. Narada, jaką chcemy z ojcem odbyć, jest takiego rodzaju, że nie powinni być przy niej ani młoda panienka, ani służący. Pragniemy coś ojcu oznajmić.
Podczas tego wstępu twarz Noirtiera pozostała niewzruszona, zaś Villefort zatapiał w nim tak badawcze spojrzenie, jakby chciał mu przeniknąć do głębi duszy.
- Jesteśmy pewni - ciągnął prokurator swoim lodowatym tonem, który zdawał się nie dopuszczać żadnego sprzeciwu - że ci się spodoba to, co ci chcemy zakomunikować.
Wzrok starca pozostał bez wyrazu: słuchał, i tyle.
- Postanowiliśmy wydać za mąż Valentine.
Zapewne więcej emocji niż pan Noirtier okazałby na taką wieść posąg z wosku.
- Ślub odbędzie się za trzy miesiące.
Wzrok starca pozostał martwy.
Pani de Villefort wtrąciła więc szybko:
- Myśleliśmy, że ta wiadomość zainteresuje ojca, bo przecież Valentine cieszy się ojca szczególną sympatią. Pozostaje nam już tylko wymienić nazwisko człowieka, który zostanie jej mężem. To jedna z lepszych partii, o jakich Valentine mogłaby pomyśleć. Młodzieniec ten posiada majątek, piękne nazwisko, a jego znakomite wychowanie i upodobania gwarantują naszej Valentine prawdziwe szczęście. A zresztą jego nazwisko nie jest zapewne ojcu nieznane. Chodzi o pana Franza de Quesnel, barona d'Epinay.
Podczas przemówienia żony Villefort nie spuszczał ani na chwilę wzroku ze starca.
Gdy pani de Villefort wymówiła nazwisko Franza, oczy Noirtiera, którego syn znał tak dobrze, zadrgały; jego powieki rozwarły się jak wargi, które chcą wyrzucić z głębi słowa - i ze źrenic wystrzeliły mu błyskawice.
Villefort wiedział dobrze o dawnej nienawiści politycznej, jaka dzieliła jego ojca i ojca Franza, zrozumiał tę iskrę i to wzburzenie. Udał jednak, że tego nie dostrzegł i podjął rozmowę tam, gdzie skończyła jego żona:
- Ojcze, rozumiesz dobrze, że Valentine skończy niedługo lat dziewiętnaście i musi wreszcie wyjść za mąż. Niemniej nie zaniedbaliśmy pomyśleć tu także o ojcu. Upewniliśmy się, że mąż Valentine zgodzi się - może nie na to, aby mieszkać z nami, mogłoby to być krępujące dla młodego małżeństwa - ale na to, aby ojciec zamieszkał z nimi. Valentine kocha ojca bardzo, a ojciec odwzajemnia jej to uczucie - w ten sposób, mieszkając u nich, nie będzie się musiał ojciec wyrzekać żadnych swoich przyzwyczajeń, a oprócz wnuczki zyska też i wnuka. Razem będą się ojcem opiekowali.
W oczach Noirtiera pojawił się krwawy blask.
Widać było, że przeżywa coś strasznego, krzyk bólu i gniewu podchodził mu do gardła, a nie mogąc z niego ujść, dusił go. Spurpurowiała mu twarz, a wargi zsiniały.
Villefort spokojnie otworzył okno, mówiąc:
- Gorąco tu, upał ojcu szkodzi.
Podszedł znów do ojca, ale już nie usiadł.
- Mariaż ten - dodała pani de Villefort - bardzo podoba się panu d'Epinay i jego rodzinie. A zresztą cała jego rodzina składa się tylko ze stryja i ciotki. Jego matka umarła, wydając go na świat, a ojciec został zamordowany w roku 1815. Dziecko miało wtedy zaledwie dwa lata. Pan Franz jest zatem całkowicie panem swojej woli.
- To było tajemnicze morderstwo - rzekł Villefort. - Jego sprawcy są do tej pory nieznani, chociaż podejrzewano wiele osób, jednak nikogo ostatecznie nie oskarżono.
Noirtierowi udało się skrzywić usta, jakby w uśmiechu.
- Jakoż prawdziwi winowajcy - ciągnął Villefort - to znaczy ci, którzy rozumieją, że popełnili zbrodnię, których może dotknąć sprawiedliwość ludzka, a po śmierci i boska, byliby bardzo szczęśliwi, gdyby mogli być na naszym miejscu - gdyby mogli wydać córkę za pana Franza. Uwolniliby się bowiem w ten sposób od wszelkich podejrzeń.
Noirtier uspokoił się dzięki sile woli, którą trudno byłoby podejrzewać w tak zniszczonym organizmie.
- Tak, rozumiem - odpowiedział spojrzeniem Villefortowi, a w spojrzeniu tym malowała się głęboka wzgarda i gniew.
Villefort odpowiedział na to lekkim wzruszeniem ramion.
Następnie dał znak żonie, aby powstała.
- A teraz, ojcze - odezwała się pani de Villefort - przyjmij wyrazy naszego uszanowania. Chciałby ojciec, aby przyszedł też do niego Edwardek?
Ustalone było, że starzec wyraża zgodę przymykając powieki, a odmowę - mrugając nimi kilkakrotnie. Jeżeli zaś czegoś sobie życzył, podnosił oczy w górę.
Gdy chciał, aby przyszła do niego Valentine, przymykał prawe oko.
Gdy wołał Barrois, przymykał lewe.
Na propozycję pani de Villefort szybko zamrugał oczyma.
Na ten wyraźny znak odmowy pani de Villefort przygryzła usta.
- Przysłać więc ojcu Valentine? - spytała.
- Tak - dał znak starzec, przymykając szybko oczy.
Państwo de Villefort ukłonili się starcowi i wyszli, rozkazawszy służącemu, aby wezwał Valentine, która zresztą wiedziała, że będzie panu Noirtier potrzebna.
Zaraz potem wbiegła do pokoju Valentine, wciąż zaróżowiona z emocji.
Spojrzała na dziadka i natychmiast odgadła, jak bardzo cierpiał i że ma jej wiele do powiedzenia.
- Och, dziaduniu, co tu się stało? - zawołała. - Ktoś cię rozgniewał? Gniewasz się, prawda?
- Tak - dał znak starzec, przymykając oczy.
- Na kogo? Na ojca? Nie? Na macochę? Nie... Na mnie?
- Tak.
- Na mnie? - zdumiała się Valentine.
Starzec przytaknął.
- Ale co ja takiego zrobiłam, dziaduniu?
Nie było odpowiedzi, więc pytała dalej:
- Nawet u ciebie dziś nie byłam, ktoś ci coś musiał o mnie powiedzieć?
- Tak - przytaknął żywo pan Noirtier.
- No, niechże się zastanowię. Boże drogi, przysięgam ci, dziadziu... A!... Właśnie wyszedł stąd ojciec z macochą?
- Tak.
- I to oni ci powiedzieli coś takiego, że się tak zdenerwowałeś? Co to mogło być? Mam ich zapytać, o co chodzi, abym się mogła przed tobą usprawiedliwić?
- Nie, nie! - odpowiedział spojrzeniem.
- Przerażasz mnie! Boże, co oni ci mogli powiedzieć?
Zastanowiła się.
- O, już mam! - zniżyła głos i podeszła do dziadka. - Czy aby nie mówili ci o moim ślubie?
- Tak - odpowiedział gniewny wzrok.
- Rozumiem. Masz mi za złe, że ci nic nie powiedziałam. Ale widzisz, zakazali mi wspominać ci o tym. Zresztą mnie też o tym nie powiedzieli, dowiedziałam się przypadkiem. Dlatego byłam tak powściągliwa. Przebacz, dziadziu.
Oczy pana Noirtier zmatowiały i znieruchomiały, zdając się mówić: smuci mnie nie tylko twoje milczenie.
- O co chodzi? - spytała dziewczyna. - Może myślałeś, że cię opuszczę? Że gdy wyjdę za mąż, zapomnę o tobie?
- Nie - dał znak starzec.
- To powiedzieli ci, że pan Epinay zgodził się, abyśmy zamieszkali razem?
- Tak.
- No to dlaczego się gniewasz?
Oczy starca przybrały wyraz nieskończonej czułości.
- Tak, rozumiem. Dlatego, że mnie kochasz?
Starzec potwierdził.
- Boisz się, żebym nie była nieszczęśliwa?
- Tak.
- Nie lubisz pana Franza?
- Nie, nie, nie! - zamrugały oczy.
- Więc bardzo się tym martwisz, dziaduniu?
- Tak.
- No to posłuchaj, dziadziu - rzekła Valentine, klękając przy panu Noirtier i obejmując go za szyję. - I ja się martwię, bo ja też nie lubię pana Epinay.
Błysk radości pojawił się w oczach starca.
- Przypominasz sobie, jak się na mnie rozgniewałeś, gdy chciałam wstąpić do klasztoru?
Łza zrosiła wyschłą powiekę starca.
- A chodziło o to, by uciec przed tym ślubem, który mnie doprowadza do rozpaczy.
Pierś pana Noirtier unosiła się w coraz szybszym oddechu.
- Czyli to małżeństwo przysparza ci, dziadziu, aż takiej zgryzoty? Boże, gdybyś mógł mi pomóc, gdybyśmy mogli razem udaremnić ten projekt! Ale jesteś wobec nich bezsilny, choć umysł masz tak przytomny, a wolę tak silną. Ale w takiej walce jesteś słaby, słabszy nawet niż ja. Niestety, byłbyś dla mnie tak potężnym opiekunem, gdybyś miał nadal wszystkie swoje siły i zdrowie... Ale dzisiaj możesz mnie już tylko rozumieć i albo się ze mną radować, albo smucić. To jedyne szczęście, jakie Bóg zapomniał mi wydrzeć.
Gdy skończyła mówić, oczy Noirtiera zabłysły takim sprytem, że dziewczyna jakby wyczytała w nich tę myśl: "Mylisz się, jeszcze wiele mogę dla ciebie zrobić".
- Możesz coś dla mnie zrobić, dziaduniu? - zapytała Valentine.
- Tak.
Noirtier wzniósł oczy ku niebu. Znaczyło to, że czegoś sobie życzy.
- Czego chcesz, dziadziu? No, zastanówmy się.
Valentine namyślała się przez chwilę i zaczęła wymieniać wszystko, co tylko przychodziło jej po kolei do głowy, ale starzec nieustannie odpowiadał: nie.
- No, skoro jestem taka niedomyślna, weźmy się do poważniejszych środków.
I jęła wymieniać po kolei litery alfabetu, patrząc pytająco na sparaliżowanego. Przy literze N Noirtier mrugnął na znak potwierdzenia.
- Aha! Rzecz, o którą ci chodzi, zaczyna się na N! No, zobaczmy, co dalej z tym N: na... ne... ni... no...
- Tak, tak, tak - zamrugał pan Noirtier.
- Aha, więc No?
- Tak.
Valentine pobiegła po słownik i położyła go na pulpicie przed panem Noirtier. Otwarła go, a kiedy starzec spojrzał na kartki, zaczęła sunąć szybko żywo palcem z góry na dół po kolumnach.
Rozmawiali tak często od sześciu lat, to jest od czasu, gdy Noirtier znalazł się w tym ciężkim stanie. Valentine miała już w tym taką wprawę, że odczytywała myśli dziadka tak szybko, jakby starzec sam szukał słów w słowniku.
Przy słowie "notariusz" Noirtier dał znak, aby się zatrzymała.
- Notariusz; chcesz się widzieć z notariuszem?
Starzec przytaknął.
- Mam posłać po niego?
- Tak.
- Powiadomić o tym ojca?
- Tak.
- Chcesz, aby notariusz przyszedł natychmiast?
- Tak.
- No to, dziadziu, zaraz po niego poślę. To wszystko, czego chcesz?
- Tak.
Valentine podbiegła do dzwonka; gdy wszedł służący, poprosiła go, aby poszedł po pana albo panią de Villefort.
- I co, jesteś kontent? - spytała dziadka. - No... ja myślę... Nie tak łatwo było na to wpaść.
I dziewczyna uśmiechnęła się do starca tak, jak uśmiechnęłaby się do dziecka.
Barrois wprowadził pana de Villefort.
- Czego ojciec sobie życzy? - spytał Villefort.
- Ojcze, dziadek chce, aby wezwać notariusza - wyjaśniła Valentine.
Wobec tak dziwnego, a co najmniej niespodziewanego żądania, Villefort spojrzał na sparaliżowanego.
- Tak - mówiło spojrzenie starego ze stanowczością, która wskazywała, że z pomocą Valentine i sługi, który już wiedział, czego chce jego pan, jest gotów wytrzymać walkę.
- Żąda ojciec notariusza? - powtórzył Villefort.
- Tak.
- Ale po cóż?
Noirtier nie odpowiedział.
- Po co ojcu notariusz?
Wzrok sparaliżowanego pozostawał nieruchomy, jakby wyrażał: "Taka jest moja wola i koniec".
- Po to, by nam wyrządzić jakąś złą psotę? - indagował Villefort. - Czy aby warto?
- Ale w końcu - odezwał się Barrois z uporem właściwym starym sługom - jeżeli mój pan domaga się notariusza, to widocznie ma do niego jakąś sprawę. Idę po notariusza.
Barrois uznawał pana tylko w starym Noirtierze i nie dopuszczał nigdy, aby można było podważać jego rozkazy.
- Tak, chcę notariusza - potwierdził starzec, zamykając oczy, a wyglądało to tak, jakby mówił: "ciekaw jestem, czy odważycie się nie spełnić mojej woli".
- Notariusz przyjdzie, skoro ojciec tego koniecznie chce, ale będę go musiał przeprosić i to przeprosić za ojca, bo ta scena będzie doprawdy śmieszna.
- Nieważne - odrzekł Barrois - i tak po niego pójdę.
I stary sługa wyszedł z triumfującą miną.
6. Obiad
Było oczywiste, że gości zmierzających do jadalni nurtowała jedna i ta sama myśl.
Zapytywali się, jaka niezwykła siła sprowadziła ich do tego domu. Ale choć wszyscy się dziwili, a niektórych dręczył niepokój, nikt nie żałował, że się tam znalazł.
A przecież znajomość z hrabią była świeżej daty, gospodarz był człowiekiem ekscentrycznym i samotnikiem, nikt nie wiedział, skąd pochodziła jego niemal bajeczna fortuna, powinno to skłaniać mężczyzn do ostrożności, a kobietom wręcz nie wypadało wchodzić do tego domu, w którym brak było kobiety, aby je stosownie przyjąć. A jednak mężczyźni zlekceważyli ostrożność, a kobiety konwenanse, pchnięci ostrogą niepohamowanej ciekawości.
I nawet panowie Cavalcanti - sztywny ojciec i nonszalancki syn - wydawali się przejęci, znalazłszy się w towarzystwie zupełnie obcych im osób u tego człowieka, którego zamiarów nie potrafili pojąć.
Pani Danglars aż drgnęła, kiedy pan de Villefort podszedł do niej, aby na zaproszenie Monte Christa podać jej ramię, a pan de Villefort czuł, jak zaćmiło mu się przed oczyma, osłoniętymi złotymi okularami, gdy baronowa wsunęła mu rękę pod ramię.
Ich wzruszenie nie uszło uwagi hrabiego, bo też zachowanie tych dwojga ludzi w tak banalnej sytuacji mogłoby stanowić ciekawy przedmiot badań dla każdego obserwatora.
Pan de Villefort miał po prawej ręce panią Danglars, a po lewej Morrela.
Hrabia siedział pomiędzy panią de Villefort a Danglarsem.
Debray został usadzony między panami Cavalcanti, a Château-Renaud między panią de Villefort i Morrelem.
Uczta była wspaniała.
Monte Christo postanowił całkowicie przeciwstawić się zwyczajom paryskim i zaspokoić bardziej ciekawość biesiadników niż ich apetyt. Była to więc uczta wschodnia, ale taka, jak zapewne wyglądały biesiady w arabskich baśniach.
W chińskich wazach i japońskich czarach ułożone były w piramidach wszelkie owoce, jakie cztery strony świata mogą dostarczyć, nietknięte i smakowite, do europejskiego rogu obfitości.
Rzadkie ptaki o wspaniałym upierzeniu, olbrzymie ryby na podłużnych srebrnych półmiskach, wina egejskie z Azji Mniejszej i południowej Afryki, zamknięte w butelkach o dziwacznych kształtach, których sam wygląd jeszcze przydawał smaku, defilowały - niczym na uczcie u Apicjusza - przed paryżanami, którzy byli w stanie zrozumieć, że można wydać tysiąc ludwików na obiad dla dziesięciu osób, ale pod warunkiem, że jak u Kleopatry będzie się jadło perły albo piło - jak u Wawrzyńca Medyceusza - płynne złoto.
Wobec ogólnego zdumienia Monte Christo jął się śmiać i żartować sam z siebie.
- Drodzy panowie - rzekł - sami przyznacie, że kto dojdzie do pewnego stopnia majątku, zaczyna potrzebować już wyłącznie rzeczy zbędnych, tak jak panie przyznają mi, że osiągnąwszy pewien stopień egzaltacji, zwracamy uwagę już tylko na ideał. Idąc dalej w tym kierunku, czymże jest cudowność? Tym, czego nie rozumiemy. Czym jest dobro, którego pragniemy? Tym, czego nie możemy zdobyć. I dlatego całe moje życie spędzam na tym, aby oglądać to, czego nie mogę zrozumieć, i zdobywać rzeczy, których zdobyć nie można. Udaje mi się to za pomocą dwóch środków: pieniędzy i woli. Aby doścignąć jakąś moją fantazję, okazuję taką samą wytrwałość, jaką pan Danglars, gdy buduje linię kolejową, albo pan de Villefort, gdy chce skazać na śmierć człowieka, pan Debray - gdy pragnie zaprowadzić pokój w jakimś królestwie, pan de Château-Renaud - gdy się chce spodobać kobiecie, a pan, panie Morrel, gdy chcesz ujarzmić konia, którego nikt nie zdołał ujeździć. A więc na przykład popatrzcie państwo na te ryby: jedna urodziła się pięćdziesiąt mil od Petersburga, a druga pięć mil od Neapolu. Czy to nie zabawne mieć je razem na jednym stole?
- Cóż to za ryby? - spytał Danglars.
- Pan de Château-Renaud mieszkał w Rosji, powie panu, jak się nazywa jedna, a pan major Cavalcanti jako Włoch powie panu coś o drugiej.
- To chyba sterlet - rzekł Château-Renaud.
- Właśnie tak!
- A tamta - odezwał się Cavalcanti - o ile się nie mylę, to lampreda.
- Oczywiście. A teraz proszę zapytać, panie baronie, gdzie się poławia te ryby.
- Sterlety tylko w Wołdze - rzekł Château-Renaud.
- O ile wiem, tylko w jeziorze Fusaro można znaleźć lampredy takiej wielkości - oznajmił Cavalcanti.
- Niemożliwe! - zakrzyknęli goście.
- No właśnie, i to mnie najwięcej bawi - rzekł Monte Christo. - Jestem jak Neron: cupitor impossibilium3. Ale widzę, że w tej chwili państwa też to bawi. I dlatego to mięso, które w rzeczywistości chyba nie dorównuje okoniowi czy łososiowi, wyda się wam zaraz wyśmienite - bo myśleliście, że nie sposób go zdobyć, a jednak jest tu, na stole.
- Ale jak przetransportować takie ryby do Paryża?
- O, nic prostszego. Przyjechały w dwóch beczkach wysłanych jedna trzciną i wodorostami rzecznymi, a druga - sitowiem i roślinami z jeziora. Załadowano je na specjalny furgon. W ten sposób sterlet żył sobie dwanaście dni, a lampreda osiem, a żyłyby sobie dalej, gdyby nie mój kucharz, który usmażył sterleta w mleku, a lampredę w winie. O, ale pan Danglars mi chyba nie wierzy?
- A przynajmniej bardzo wątpię - odpowiedział Danglars, uśmiechając się jak zwykle prostacko.
- Baptysto - rzekł Monte Christo - każ tu przynieść innego sterleta i lampredę, wiesz, te, które przyjechały w innych beczkach i które jeszcze żyją.
Danglars wytrzeszczył oczy, a zebrani klasnęli w dłonie.
Czterech służących przyniosło dwie beczki przystrojone algami, pluskały się w nich po jednej ryby podobne do tych, które podano na stół.
- Ale dlaczego po dwie z każdego gatunku? - zapytał Danglars.
- Bo jedna mogła przecież umrzeć - odpowiedział z prostotą Monte Christo.
- O, jest pan naprawdę cudotwórcą - rzekł Danglars. - Filozofowie mogą sobie mówić, co chcą, być bogatym to wspaniała rzecz.
- A zwłaszcza gdy się ma takie pomysły - dodała pani Danglars.
- O, pani baronowa czyni mi zbyt wielki zaszczyt. Ten zwyczaj był bardzo w cenie u starożytnych Rzymian. Pliniusz opowiada, że z Ostii sprowadzano do Rzymu pewien gatunek ryb o nazwie mulus, to zapewne nasza dorada. Niewolnicy nieśli je na głowach, przekazując je co jakiś czas po drodze następnym. Mieć żywą doradę, to był dopiero zbytek, ale było też ciekawe patrzeć, jak umiera, kilkakrotnie zmieniała wtedy barwę, przechodziła przez wszystkie kolory tęczy - a potem odsyłało się ją do kuchni. Jej agonia stanowiła jedną z jej zalet. Gdyby nie widziano dorady za życia, gardzono by nią po śmierci.
- No tak, ale z Ostii do Rzymu jest tylko siedem mil - zauważył Debray.
- To prawda, ale gdybyśmy nie prześcignęli Lukullusa4, nie mielibyśmy żadnej zasługi, bo przecież urodziliśmy się tysiąc osiemset lat po nim - odparował Monte Christo.
Panowie Cavalcanti wybałuszyli oczy, ale mieli na tyle rozsądku, żeby się nie odezwać.
- Wszystko to jest godne podziwu - rzekł Château-Renaud - ale przyznam się, że największe wrażenie robi na mnie prędkość, z jaką jest pan obsługiwany. Przecież kupił pan hrabia ten dom zaledwie pięć czy sześć dni temu?
- Na pewno nie więcej - przytaknął Monte Christo.
- A jestem pewien, że w ciągu tych paru dni uległ zupełnemu przekształceniu. Jeśli dobrze pamiętam, było tu inne wejście, a dziedziniec był wybrukowany i zupełnie pusty. Dziś jest tam wspaniały trawnik otoczony drzewami, które wyglądają na sto lat.
- No cóż, po prostu lubię zieleń i cień - rzekł Monte Christo.
- Rzeczywiście - wtrąciła pani de Villefort. - Dawniej wchodziło się przez drzwi od drogi, właśnie tamtędy wniósł mnie pan do domu, gdy tak cudownie ocalił mi pan życie.
- Tak, droga pani, ale inne wejście bardziej mi się spodobało: przez kraty widać Lasek Buloński - rzekł Monte Christo.
- I to wszystko w ciągu czterech dni? - zdumiał się Morrel. - To jakiś cud!
- No, to naprawdę cud, zrobić ze starego domu zupełnie nowy - rzekł Château-Renaud. - Bo dom był naprawdę stary, a do tego bardzo ponury. Matka przysłała mnie tutaj parę lat temu, abym go obejrzał, gdy pan de Saint-Méran wystawił go na sprzedaż.
- Pan de Saint-Méran? - zdziwiła się pani de Villefort. - Ten dom należał wcześniej do pana Saint-Méran?
- Chyba tak - odparł Monte Christo.
- Jak to: chyba? To nie wie pan, od kogo kupił ten dom?
- Ależ nie, takimi szczegółami zajmuje się mój intendent.
- No, ale ten dom stał pustkami co najmniej dziesięć lat - rzekł Château-Renaud. - Aż smutno było patrzeć na te zamknięte okiennice, drzwi i dziedziniec zarosły trawą. Gdyby nie należał do teścia prokuratora królewskiego, można by go wziąć za dom przeklęty, w którym popełniono jakąś wielką zbrodnię.
Villefort do tej pory nie tknął ani jednego z kielichów, które stały przed nim, napełnione różnymi rzadkimi gatunkami win, teraz porwał pierwszy lepszy i opróżnił go duszkiem.
Monte Christo odczekał chwilę, po czym, wśród ciszy, jaka zapadła po słowach Château-Renaud, powiedział:
- Dziwne, panie baronie, ale to samo przyszło mi do głowy, gdy po raz pierwszy wszedłem do środka i dom wydał mi się tak posępny, że nigdy bym go nie kupił, gdyby mój intendent nie załatwił wcześniej tej sprawy. Nicpoń musiał dostać coś w łapę od notariusza.
- To możliwe - wyjąkał Villefort, usiłując się uśmiechnąć - ale proszę mi wierzyć, że nie brałem udziału w tym przekupstwie. Pan de Saint-Méran chciał koniecznie sprzedać ten dom, część posagu swojej wnuczki, bo gdyby jeszcze stał tak niezamieszkany przez parę lat, popadłby w ruinę.
Tym razem zbladł Morrel.
- Był tu jeden taki pokój - podjął Monte Christo - na pozór zwyczajny, pokój jak każdy inny, obity czerwonym adamaszkiem. A wydał mi się - sam nie rozumiem czemu - dramatyczny jak nie wiem co.
- A dlaczego - zapytał Debray - dlaczego dramatyczny?
- Czy rozumiemy dokładnie rzeczy, które wyczuwamy instynktownie? - rzekł Monte Christo. - Czyż nie zdarzają się takie miejsca, które wprost tchną jakimś smutkiem? Dlaczego? Nie wiemy. Może kojarzą się nam z tym jakieś wspomnienia, może kaprys myśli przenosi nas w inne czasy, inne miejsce, które nie mają zapewne żadnego związku z czasami, w których żyjemy, i miejscem, w którym jesteśmy. W każdym razie pokój ten przypomniał mi w plastyczny sposób pokój markizy de Ganges5 lub sypialnię Desdemony6. O, właśnie! Skoro skończyliśmy obiad, mogę teraz państwu pokazać ten pokój, a potem pójdziemy na kawę do ogrodu, po obiedzie spektakl.
I Monte Christo spojrzał pytająco. Pani de Villefort wstała, Monte Christo wstał więc także i wszyscy poszli za ich przykładem.
Pan de Villefort i pani Danglars siedzieli jeszcze przez chwilę, jak przykuci do miejsca. Spojrzeli na siebie pytająco, nie mówiąc ani słowa, nieruchomi, zmrożeni.
- Słyszał pan? - odezwała się pani Danglars.
- Trzeba tam pójść - odpowiedział Villefort i wstając, podał jej ramię.
Goście rozproszyli się już po domu, pchała ich ciekawość, wszyscy byli pewni, że zwiedzanie nie ograniczy się do tego jednego pokoju i że można będzie obejrzeć całą resztę tej rudery, którą Monte Christo przekształcił w pałac.
Wszyscy wyszli więc czym prędzej z jadalni.
Monte Christo poczekał jeszcze na tych dwoje, którzy się tak ociągali; a gdy i oni wyszli, zamknął pochód, uśmiechając się w taki sposób, że gdyby któryś z gości mógł pojąć ów uśmiech, przeraziłby się dużo bardziej niż widokiem sławetnego pokoju, do którego zmierzali.
Najpierw jednak rzeczywiście zwiedzono po kolei inne apartamenty. Pokoje urządzone jak na Wschodzie, bez mebli, a nawet bez łóżek, ale za to pełne sof, poduszek, fajek i broni. Salony obwieszone obrazami starych mistrzów i buduary obite chińskimi tkaninami o kapryśnych barwach i fantastycznych deseniach.
Na koniec wszyscy znaleźli się w słynnym pokoju.
Nie było w nim nic szczególnego, poza tym, że chociaż zapadał już zmrok, nie zapalono tu świateł, uderzał też jego staroświecki wygląd, tym bardziej że wszystkie inne pokoje zostały całkowicie odnowione.
To wystarczyło, aby nadać mu posępny charakter.
- Och! - zawołała pani de Villefort. - Wygląda naprawdę przerażająco!
Pani Danglars usiłowała wybełkotać kilka słów, ale nikt nic nie dosłyszał.
Każdy rzucił jakąś uwagę, a uwagi te sprowadzały się do jednego: że pokój obity czerwonym adamaszkiem ma w sobie rzeczywiście coś złowróżbnego.
- Prawda? - zagadnął Monte Christo. - Spójrzcie, jak dziwacznie wygląda to łóżko, co za ponure, krwawe obicia! A te dwa pastelowe portrety, wyblakłe od wilgoci? Czyż te blade wargi i oczy pełne przerażenia nie zdają się mówić: "Widziałem!".
Villefort posiniał, pani Danglars osunęła na szezlong stojący przy kominku.
- O, nie boi się pani siadać na tym szezlongu? Może właśnie tutaj została popełniona zbrodnia! - rzekła pani de Villefort z uśmiechem.
Pani Danglars zerwała się natychmiast.
- A to jeszcze nie wszystko - rzekł Monte Christo.
- A co jeszcze? - zapytał Debray, któremu nie umknęło wzruszenie pani Danglars.
- No właśnie, co jeszcze? - zapytał Danglars. - Bo przyznam się państwu, że nic tu nadzwyczajnego nie widzę. A pan, panie majorze?
- Och, my to mamy w Pizie wieżę Ugolina7, w Ferrarze więzienie Tassa8, a w Rimini pokój Paola i Franceski9 - oświadczył Cavalcanti.
- To prawda, ale nie macie takich schodków - odparł Monte Christo, otwierając drzwi ukryte w ścianie. - Spójrzcie państwo i powiedzcie, co o nich sądzicie?
- Ależ są kręte i ponure! - roześmiał się Château-Renaud.
- Nie wiem, czy to wino z Chios tak skłania do melancholii - rzekł Debray - ale cały dom widzę w jakichś ponurych barwach.
Od chwili, gdy wspomniano o posagu Valentine, Morrel chodził smutny i nic nie mówił.
- Proszę sobie wyobrazić - ciągnął Monte Christo - jak wśród ciemnej, burzliwej nocy jakiś Otello albo ksiądz de Ganges schodzi krok po kroku po tych schodach, niosąc jakieś straszne zawiniątko, chcąc je ukryć czym prędzej przed okiem ludzkim, jeśli już nie przed okiem Boga...
Pani Danglars zasłabła na ramieniu Villeforta, który musiał aż oprzeć się o ścianę.
- O Boże, co się pani stało? - zawołał Debray. - Jak pani pobladłaś!
- Co jej jest? - rzekła pani de Villefort. - Ależ to proste. Pan hrabia de Monte Christo opowiada nam straszliwe historie, abyśmy poumierali ze strachu i pani baronowa się przeraziła.
- Oczywiście - przytaknął Villefort. - Oj, hrabio, naprawdę wystraszy nam pan damy.
- Co pani jest? - powtórzył Debray szeptem swoje pytanie.
- Nic, nic - odparła z wysiłkiem - potrzeba mi tylko świeżego powietrza.
- Zechce pani zejść do ogrodu? - zapytał Debray, podając jej ramię i zwracając się w stronę schodów.
- Nie, nie - odpowiedziała. - Już wolę zostać tutaj.
- O, mój Boże - uśmiechnął się Monte Christo - to przecież tylko dzieło wyobraźni. Równie dobrze możemy sobie wystawić, że to była sypialnia dobrej, zacnej matki. To łóżko osłonięte purpurową kotarą nawiedziła bogini Lucina10, a po tych tajemniczych schodkach, aby nie zakłócić snu krzepiącego położnicę, schodzi po cichu lekarz albo mamka, a może sam ojciec, niosąc śpiące dziecko?...
Ale ten pogodny obraz bynajmniej nie uspokoił pani Danglars, jęknęła i zemdlała naprawdę.
- Pani Danglars zasłabła - wyjąkał Villefort. - Może by ją zanieść do powozu?
- O Boże! - zawołał Monte Christo. - Nie mam ze sobą flakonika!
- Ale ja mam - rzekła pani de Villefort.
I podała hrabiemu flakonik napełniony czerwonym płynem, podobnym zupełnie do tego, który tak dobrze podziałał na Edwardka.
- A! - zdziwił się i wziął z rąk pani de Villefort flakonik.
- Tak - szepnęła - spróbowałam zastosować pański przepis.
- I udało się?
- Tak mi się zdaje.
Przeniesiono panią Danglars do sąsiedniego pokoju.
Monte Christo zwilżył jej usta jedną kroplą czerwonego płynu i pani Danglars odzyskała przytomność.
- Ach! Co za okropny sen! - westchnęła.
Villefort ścisnął mocno jej rękę, chcąc dać jej do zrozumienia, że to wcale nie był sen.
Rozejrzano się za panem Danglarsem, ale że bankier nie był usposobiony do poetyckich wzruszeń - zszedł do ogrodu i gawędził z panem Cavalcantim ojcem o projekcie linii kolejowej z Livorno do Florencji.
Monte Christo wydawał się zrozpaczony. Ujął ramię pani Danglars i zaprowadził do ogrodu, gdzie ujrzeli, jak pan Danglars pije kawę w towarzystwie panów Cavalcanti.
- Naprawdę tak bardzo panią przestraszyłem? - zagadnął hrabia.
- E, nie, ale wie pan, różne rzeczy wywierają na nas różne wrażenie w zależności od naszego stanu ducha.
Villefort zmusił się do uśmiechu.
- A wtedy - dodał - wystarczy jakaś hipoteza, rozumie pan, jakaś chimera...
- Cóż - odparł Monte Christo - uwierzą mi państwo lub nie, ale jestem pewien, że w tym domu popełniono zbrodnię.
- Niech pan uważa - rzekła pani de Villefort - jest między nami prokurator!
- A to bardzo dobrze - odpowiedział Monte Christo - jeśli tak się składa, skorzystam z tego i złożę zeznanie.
- Zeznanie? - powtórzył Villefort.
- Tak, i to wobec świadków.
- Wszystko to jest bardzo zajmujące - wtrącił Debray - a jeśli rzeczywiście miała tu miejsce jakaś zbrodnia, taka wiadomość wybitnie pomoże nam w trawieniu.
- A miała miejsce - oświadczył Monte Christo. - Proszę, tędy, panowie, tędy, panie prokuratorze. Aby zeznanie było ważne, muszę je uczynić wobec właściwych czynników.
Monte Christo wziął pod ramię Villeforta, nie puszczając bynajmniej ramienia pani Danglars i zaciągnął ich pod platan, gdzie mrok był najgłębszy.
Pozostali goście podążyli za nimi.
- O, właśnie - odezwał się Monte Christo i tupnął w ziemię - tu, w tym miejscu, aby zasilić stare drzewa, kazałem wykopać dół i nasypać próchnicy. I gdy robotnicy zaczęli kopać, odkryli kuferek, a raczej okucia po nim. Pomiędzy nimi leżał szkielecik noworodka. To już nie jest żaden mój wymysł.
Monte Christo poczuł, jak sztywnieje ręka pani Danglars i drży ramię Villeforta.
- Noworodek? - powtórzył Debray. - Do diabła! To już poważna sprawa.
- Hm, a więc nie myliłem się - rzekł Château-Renaud - gdy utrzymywałem, że domy, jak ludzie, mają swoją duszę i oblicze, i że w ich wyglądzie odbija się ich wnętrze. Ten dom wyglądał smutno, bo miał wyrzuty sumienia, a miał te wyrzuty, bo taił zbrodnię.
- Och, ale przecież nie wiadomo, czy to była zbrodnia - odezwał się Villefort, zdobywając się na ostatni wysiłek.
- Jak to? Zakopać żywcem niemowlę w ogrodzie to nie zbrodnia? - zawołał Monte Christo. - A więc jak pan nazwie taki czyn, prokuratorze?
- Ale co nam mówi, że dziecko zostało pogrzebane żywcem?
- Ale po co by je tu grzebano, gdyby nie żyło? W tym ogrodzie nigdy nie było cmentarza.
- Jaka kara spotyka w tym kraju dzieciobójcę? - zapytał prostolinijnie major Cavalcanti.
- O Boże, po prostu ścinają takiemu łeb, i tyle! - odparł Danglars.
- Ach tak, ścinają mu łeb? - zdziwił się Cavalcanti.
- Podobno... Czy tak, panie prokuratorze? - spytał Monte Christo.
- Tak, panie hrabio - odparł prokurator głosem, w którym nie było już nic ludzkiego.
Monte Christo stwierdził, że dwie osoby, dla których przygotował całą tę scenę, nie wytrzymają już nic więcej, i aby nie przeciągać struny, powiedział spokojnym głosem:
- Ale, ale, a kawa? Chyba zapomnieliśmy o kawie?
I zaprowadził gości do stołu, ustawionego na trawniku.
- Doprawdy, panie hrabio - westchnęła pani Danglars - wstyd się przyznać do własnej słabości, ale te wszystkie okropne historie mną wstrząsnęły. Muszę usiąść, przepraszam.
I osunęła się na krzesło.
Monte Christo ukłonił się jej i zbliżył się do pani de Villefort.
- Zdaje mi się, że pani Danglars przydałby się jeszcze pani flakonik.
Nim jednak pani de Villefort podeszła do przyjaciółki, prokurator zdołał szepnąć pani Danglars na ucho:
- Muszę z panią pomówić.
- Kiedy?
- Jutro.
- Gdzie?
- U mnie, w prokuraturze, jeśli pani pozwoli. Tam najbezpieczniej.
- Przyjdę.
W tejże chwili przystanęła obok pani de Villefort.
- Dziękuję ci, kochana - rzekła pani Danglars, próbując się uśmiechnąć. - Już przeszło, już mi lepiej.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
4. Jak uwolnić ogrodnika od koszatek, które wyjadają mu brzoskwinie
Nie tego samego wieczoru, jak mówił, ale następnego ranka hrabia de Monte Christo wyjechał rogatką d'Enfer, skierował się na drogę do Orleanu i minął wioskę Linas, nie zatrzymując się jednak przy telegrafie, który właśnie poruszał swoimi długimi, kościstymi ramionami. Zatrzymał się w końcu dopiero przy wieży Monthléry, która, jak nam wiadomo, wznosi się w najwyższym punkcie równiny o tej samej nazwie.
U stóp tego pagórka hrabia wysiadł i ruszył na szczyt krętą ścieżyną, szeroką na osiemnaście cali. Na szczycie zatrzymał go żywopłot, na którym różowobiałe kwiaty ustępowały miejsca zielonym jeszcze owockom.
Wkrótce odnalazł furtkę.
Była to mała drewniana krata na zawiasach z wikliny - zamykało się ją, zaczepiając sznurek o kołek. Hrabia w mig rozpatrzył się w tym mechanizmie i drzwiczki się otwarły.
Znalazł się w małym ogródku o wymiarach dwadzieścia stóp na dwanaście, z jednej strony zamykał go żywopłot z furtką o wspomnianej przemyślnej konstrukcji, a z drugiej strony ściana starej wieży zarosłej bluszczem, z której okien wychylały się lewkonie.
Pomarszczona, w kwiecistej sukni, wyglądała jak staruszka, której wnuczęta złożyły właśnie życzenia imieninowe - zdawałoby się, że potrafiłaby opowiedzieć o wielu straszliwych dramatach, gdyby tylko jej ściany miały nie tylko uszy, które przypisuje murom stare przysłowie, ale i głos.
Przez ogródek przechodziło się ścieżyną wysypaną czerwonawym piaskiem, którą obrastały z obu stron gęste, wieloletnie bukszpany - barwy zestawione były tak pięknie, że uradowałyby oko pana Delacroix, naszego współczesnego Rubensa. Ścieżyna wiła się w ósemkę, dzięki czemu w ogródku długim na dwadzieścia stóp można było zażyć przechadzki na stóp sześćdziesiąt.
Nigdy jeszcze Flora, roześmiana, świeża bogini poczciwych rzymskich ogrodników nie była otaczana tak skrupulatnym, nabożnym kultem.
Spomiędzy dwudziestu róż na rabacie żadna nie miała choćby jednego listka upstrzonego przez muchę; nigdzie nie było ani jednej gromadki zielonych mszyc, które pożerają rośliny w wilgotnych ogrodach.
A przecież nie brakowało tu wilgoci: ziemia czarna jak sadza i ciemna zieleń drzew mówiły same za siebie. Ewentualnej suszy zawsze zaradziłaby woda z beczki wkopanej w ziemię w kącie ogródka; na zielonym kożuchu pokrywającym jej powierzchnię przysiadły, tyłem do siebie, żaba i ropucha - zapewne chodziło o niezgodność charakterów.
Monte Christo zamknął furtkę i jednym rzutem oka ogarnął całą tę przestrzeń.
- Hm, albo telegrafista wynajmuje ogrodników - rzekł do siebie - albo też pasjonuje się ogrodnictwem.
Wtem natknął się na kogoś, kto przycupnął za taczkami wyładowanymi liśćmi. Ów ktoś wyprostował się z okrzykiem wyrażającym zdumienie - i Monte Christo znalazł się twarzą w twarz z człowiekiem lat około pięćdziesięciu, poczciwiec zbierał właśnie truskawki i układał je na winogronowych liściach.
Było dwanaście winogronowych liści i niemal tyleż truskawek.
Zrywając się, poczciwiec o mało nie upuścił truskawek, liści i talerzyka.
- Zajmuje się pan zbiorami? - rzekł z uśmiechem Monte Christo.
- Przepraszam pana - odparł mężczyzna, podnosząc rękę do kaszkietu - to prawda, nie jestem na górze, ale zszedłem stamtąd tylko co.
- Ależ nie chcę ci przeszkadzać, przyjacielu. Zbieraj sobie swoje truskawki, jeśli jeszcze coś zostało.
- Mam jeszcze dziesięć, bo tu jest już jedenaście, a wszystkich było dwadzieścia jeden, o pięć więcej niż rok temu. Nic dziwnego, mieliśmy gorącą wiosnę, a widzi pan, truskawka lubi ciepło. Dlatego też zamiast szesnastu, jak w roku ubiegłym, zebrałem już jedenaście... dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście, osiemnaście... Chryste Panie! Brakuje dwóch, a wczoraj jeszcze były, jestem pewien, były tutaj, sam liczyłem. Na pewno podwędził je ten synalek Simonowej, widziałem, jak się tu dziś kręcił. O ty niecnoto, będziesz mi tu okradał ogrody! Nie wie, gdzie go to może zaprowadzić...
- No tak, to poważna sprawa, ale niech pan zważy, że to jeszcze dzieciak, a dzieci są łakome.
- Oczywiście, ale człowiekowi i tak przykro. Ale przepraszam, może jest pan moim zwierzchnikiem, a ja tak pana trzymam?
Spojrzał bojaźliwie i pytająco na hrabiego i jego granatowy surdut.
- Uspokój się, przyjacielu - rzekł hrabia z uśmiechem, w którym umiał zawierać straszliwą groźbę lub ogromną życzliwość, a który wyrażał teraz tylko życzliwość. - Nie jestem twoim zwierzchnikiem, nie przyjechałem na inspekcję. Jestem tylko zwykłym podróżnym, przywiodła mnie tu ciekawość i zaczynam już sobie wyrzucać, że narażam cię na stratę czasu.
- O, mój czas nie jest drogi - odrzekł poczciwiec, uśmiechając się z melancholią. - Choć wprawdzie ten czas jest własnością rządu i nie powinienem go tracić. Ale otrzymałem zawiadomienie, że mogę godzinkę odpocząć - to mówiąc, rzucił okiem na zegar słoneczny, bo w ogródku było wszystko, nawet zegar słoneczny - a jak pan widzi, mam jeszcze dziesięć minut, a poza tym truskawki już dojrzały i jeden dzień więcej... Dasz pan wiarę, że podjadają mi je koszatki?
- O, nigdy bym nie przypuszczał - odparł poważnie Monte Christo. - Koszatki to niemili sąsiedzi, zwłaszcza dla nas, bo przecież nie jadamy ich, tak jak Rzymianie, smażonych w miodzie.
- A, Rzymianie to jadali? - zdumiał się ogrodnik. - Jadali koszatki?
- Tak, wyczytałem to u Petroniusza.
- Naprawdę? Ale to chyba niedobre, choć mówi się: tłusty jak koszatka. Nie dziwota, że tłuste: śpią sobie cały boży dzień, a budzą się dopiero na noc, po to, żeby pożreć wszystko, co się tylko da. Proszę pana, miałem w zeszłym roku cztery morele - nadgryzły mi jedną. Miałem brzoskwinię, jedną jedyną, prawda, że to rzadki owoc? I proszę pana, zżarły mi ją od strony muru do połowy. Wspaniała była, a smaczna... Nigdy w życiu nie jadłem lepszej.
- Czyli w końcu ją pan zjadł?
- No, tę połowę, co została. Ale powiadam panu, była przepyszna. O, te waćpanny wybierają sobie to, co najlepsze. To tak, jak ten chłopak Simonowej, on też nie wybrał sobie najgorszych truskawek, o nie! Ale w tym roku - ciągnął ogrodnik - o, może pan być pewien, nic mi nie zrobią, choćbym miał pilnować owoców po nocach.
Monte Christo dowiedział się już, czego chciał.
Każdy z nas ma jakąś namiętność, co mu zżera serce, jak każdy owoc ma robaka, namiętnością telegrafisty było ogrodnictwo.
Jął obrywać liście winorośli, które zasłaniały słońce winnym gronom - i zaskarbił sobie ostatecznie serce ogrodnika.
- Pan dobrodziej przyszedł obejrzeć telegraf?
- Tak, jeśli nie zabraniają tego przepisy.
- O nie, przecież niczym to nie grozi, bo nikt nie zna naszego szyfru.
- Tak, słyszałem, że panowie przekazujecie sobie sygnały, których sami nie rozumiecie.
- Pewnie, a ja nawet tak wolę. - Telegrafista się uśmiechnął.
- A to dlaczego?
- Bo tym sposobem jestem wolny od wszelkiej odpowiedzialności. Jestem po prostu machiną i niczym więcej. Bylebym funkcjonował, to nic mi nikt nie powie.
"Do diabła - pomyślał Monte Christo - czy aby nie trafiłem na człowieka pozbawionego ambicji? O, to byłby dopiero pech".
- Proszę pana - rzekł ogrodnik, spojrzawszy na zegar - już się prawie kończy te dziesięć minut, muszę wracać na stanowisko. Może zechcesz pan pójść ze mną?
Monte Christo wszedł do wieży. Miała ona trzy kondygnacje. Na parterze stały pod ścianami narzędzia rolnicze: motyki, grabie, konewki, nic poza tym tu nie było.
Na drugiej kondygnacji telegrafista mieszkał, a raczej nocował. Umeblowanie było skromne: łóżko, stół, dwa krzesła, kamionkowa misa na wodę. Pod sufitem wisiały pęczki ziół - hrabia rozpoznał groszek pachnący i niełuskaną fasolkę, poczciwiec zaopatrzył każdy pęczek w etykietkę tak skrupulatnie, jakby był głównym botanikiem w paryskim Ogrodzie Botanicznym.
- Długo trzeba się uczyć pańskiego zawodu? - zapytał Monte Christo.
- Nie, ale długo się czeka, zanim dostanie się posadę na stacji.
- A pensja ile wynosi?
- Tysiąc franków na rok, proszę pana.
- To niewiele.
- Tak, ale jest przy tym mieszkanie, jak pan widzi.
Monte Christo rozejrzał się po pokoju.
- Żeby tylko nie zależało mu na mieszkaniu - szepnął.
Weszli na trzecią kondygnację: tu znajdował się telegraf.
Monte Christo przyjrzał się kolejno dwóm żelaznym dźwigniom, za pomocą których urzędnik poruszał maszyną.
- To bardzo interesujące, ale na dłuższą metę takie życie chyba może się wydać zbyt jednostajne?
- O tak, na początku dostaje się od tego patrzenia kurczów w szyi, ale po roku czy dwóch człowiek się do tego przyzwyczaja. Poza tym mamy godziny odpoczynku, a i dni wolne od pracy.
- Dni wolne?
- Tak.
- A kiedy?
- Kiedy jest mgła.
- A, no tak.
- To dopiero dla mnie święto: spędzam wtedy całe dnie w ogrodzie, sadzę, przycinam, szczepię, zdejmuję liszki... I tak jakoś leci.
- Od kiedy pan tu jesteś?
- Od dziesięciu lat, pięć stażu, to razem piętnaście.
- A ma pan... ile lat?
- Pięćdziesiąt pięć.
- Ile lat pracy trzeba, aby zasłużyć na emeryturę?
- O, proszę pana, dwadzieścia pięć.
- A ile tej emerytury?
- Sto dukatów.
- Biedak! - szepnął Monte Christo.
- Przepraszam, nie dosłyszałem?...
- Powiedziałem, że to niezmiernie interesujące.
- Co takiego?
- No, to wszystko, co mi pan pokazuje... I pan nic a nic nie pojmuje z tych znaków?
- Nic zupełnie.
- I nie starał się pan czegoś zrozumieć?
- Nigdy, bo i po co?
- Ale są przecież znaki, które odnoszą się wprost do pana?
- Oczywiście. One są zawsze takie same.
- A co mówią?
- "Nic nowego"... "masz godzinę przerwy"... albo "następne wiadomości jutro".
- No, rzeczywiście nie ma w tym nic ważnego - rzekł hrabia. - Ale patrz pan, czy pański kolega nie zaczyna wysyłać ci jakiejś wiadomości?
- A, prawda, dziękuję panu.
- I cóż powiada? Rozumie to pan?
- Tak, pyta, czy jestem gotowy.
- A pan, co mu odpowiadasz?
- Wysyłam znak, który mówi mu, że jestem gotów, a mojemu drugiemu koledze po lewej, żeby się przygotował.
- To bardzo pomysłowe - stwierdził hrabia.
- Zobaczy pan - dodał z dumą poczciwiec - za pięć minut zacznie gadać.
- Mam więc pięć minut, czyli więcej, niż mi trzeba. Mogę panu zadać jedno pytanie?
- Ależ proszę.
- Lubisz pan ogrodnictwo?
- Pasjami.
- I byłbyś szczęśliwy, gdybyś zamiast ogródka na dwadzieścia stóp miał ogród na dwie morgi?
- Proszę pana! Zrobiłbym z niego raj na ziemi.
- Przy tysiącu franków pensji chyba żyje pan dość biednie, prawda?
- No biednie, ale jakoś się żyje.
- Tak, ale masz pan tylko taki nędzny ogródek...
- Och, no tak, wielki to on nie jest.
- A jeszcze aż się tu roi od tych koszatek, co panu wszystko pożerają.
- O, to moja plaga.
- Powiedz pan, co by się stało, gdybyś nieszczęściem odwrócił głowę akurat wtedy, gdy twój kolega z prawej nadawałby wiadomość?...
- Nie zobaczyłbym tego.
- I co by się stało?
- Nie mógłbym powtórzyć jego sygnałów.
- A potem?...
- A potem uznano by to za niedbalstwo i musiałbym zapłacić karę.
- Ile?
- Sto franków. Ach! - Urzędnik aż zadrżał.
- Zdarzyło się to już panu? - spytał Monte Christo.
- Raz jeden, szczepiłem wtedy różę herbacianą.
- Mhm. A co by się stało, gdybyś pan coś zmienił w sygnałach albo przekazał inne?
- O, to co innego. Wyrzuciliby mnie z pracy i straciłbym emeryturę.
- Trzysta franków, czy tak?
- Sto dukatów, tak. Rozumie pan, że nigdy bym czegoś takiego nie zrobił.
- Nawet za piętnastoletnią pensję? No, to chyba jest warte zastanowienia, czyż nie?
- Piętnaście tysięcy franków?
- Tak.
- Przeraża mnie pan. Proszę pana, czy pan mnie chce skusić?
- Owszem! Piętnaście tysięcy franków, rozumie pan?
- Proszę pana, muszę spojrzeć na kolegę z prawej!
- E, lepiej popatrz pan na to, co ja panu pokazuję.
- Cóż to takiego? Banknoty!
- Ni mniej, ni więcej. Jest ich piętnaście.
- A czyje są?
- Pańskie, jeśli zechcesz.
- Moje! - urzędnik aż zachłysnął się ze zdumienia.
- No tak, mój Boże, pańskie, i tylko pańskie.
- Proszę pana, kolega z prawej nadaje sygnały. Zbałamucił mnie pan i będę musiał zapłacić karę.
- Będzie to pana kosztować sto franków. Widzi pan sam, że bardzo się panu przydadzą te banknoty.
- Proszę pana, kolega z prawej zniecierpliwił się, powtarza sygnał.
- Niech sobie powtarza, a pan trzymaj.
I hrabia wsunął urzędnikowi plik banknotów do ręki.
- Ale to nie wszystko. Za te piętnaście tysięcy nie wyżyje pan.
- Przecież nie stracę pracy.
- Owszem, stracisz, bo zamiast sygnałów, jakie przesyła ci kolega, nadasz inne.
- Oj, proszę pana, co też mi pan proponuje? Musiałby pan użyć siły...
- A właśnie zamierzam.
I Monte Christo wyjął z kieszeni drugi plik banknotów.
- Tu jest jeszcze dziesięć tysięcy. Razem z piętnastoma, które już pan masz, da to dwadzieścia pięć tysięcy. Za pięć tysięcy franków kupisz pan sobie śliczny domek i dwie morgi ziemi, a za pozostałe dwadzieścia tysięcy będziesz miał tysiąc rocznej renty.
- Ogród na dwie morgi, tysiąc franków na rok? O Boże! Boże!
- Bierz pan!
I Monte Christo siłą wcisnął banknoty w dłoń urzędnika.
- I co mam zrobić?
- To nic trudnego. Nadać te sygnały.
Monte Christo wyjął z kieszeni kartkę, na której były dokładnie nakreślone trzy znaki oraz numery oznaczające kolejność ich nadawania.
- Jak pan widzi, nie ma tego dużo.
- Tak, ale...
- Będzie miał pan za to wspaniałe brzoskwinie i inne rzeczy.
Marchewka zadziałała.
Policzki płonęły poczciwcowi jak w gorączce, pocił się jak mysz - ale nadał jeden po drugim sygnały podane przez hrabiego, mimo rozpaczliwych sygnałów ze strony kolegi z prawej, który nie rozumiejąc, co się dzieje, zaczynał przypuszczać, że hodowca brzoskwiń oszalał.
Telegrafista z lewej zaś posłał dalej jak najwierniej te same znaki - aż doszły do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
- A teraz jest pan bogaty - odezwał się Monte Christo.
- Tak, ale za jaką cenę!
- Posłuchaj, przyjacielu - rzekł Monte Christo. - Nie chciałbym, abyś miał wyrzuty sumienia. Uwierz mi, przysięgam, że nikomu nie wyrządziłeś krzywdy, a tylko pomogłeś w spełnieniu bożych zamysłów.
Urzędnik przyglądał się banknotom, dotykał ich, liczył. To bladł, to czerwieniał, na koniec rzucił się do swojego pokoju, aby napić się wody. Nim jednak dotarł do misy, zemdlał wśród swoich grochowin.
Pięć minut po tym, jak do ministerstwa dotarła telegrafem ta wiadomość, Debray kazał zaprząc do powozu i popędził do państwa Danglars.
- Czy pani mąż ma obligacje pożyczki hiszpańskiej? - spytał baronową.
- No chyba! I to na jakieś sześć milionów.
- Niech je sprzeda za jakąkolwiek cenę.
- A to czemu?
- Don Carlos uciekł z Bourges i wrócił do Hiszpanii.
- Skąd pan wiesz?
- Do licha - rzekł Debray, wzruszając ramionami - stąd, skąd zazwyczaj.
Baronowa nie kazała sobie tego samego powtarzać dwa razy. Pobiegła co żywo do męża, Danglars pobiegł do swojego agenta giełdowego i nakazał mu sprzedać wszystko za każdą cenę.
Gdy tylko wszyscy spostrzegli, że Danglars sprzedaje, obligacje hiszpańskie spadły natychmiast. Danglars stracił na tym pięćset tysięcy, ale pozbył się wszystkich akcji.
Tego samego wieczoru w dzienniku "Messager" można było przeczytać:
DEPESZA TELEGRAFICZNA
Król don Carlos wymknął się straży, pod jaką przebywał w Bourges i wrócił do Hiszpanii przez granicę katalońską. W Barcelonie wybuchło popierające go powstanie.
Przez cały wieczór wszyscy mówili tylko o wyczuciu, z jakim Danglars wysprzedał swoje akcje, podziwiano zręczność gracza, stracił na tym tylko pięćset tysięcy franków.
Ci, którzy nie sprzedali obligacji albo zakupili je od Danglarsa, byli pewni, że są zrujnowani i spędzili nader nieprzyjemną noc.
Ale nazajutrz "Monitor" ogłosił:
Wiadomość o ucieczce don Carlosa i powstaniu w Barcelonie, którą podał wczoraj "Messager", jest bezpodstawna.
Don Carlos nie opuścił Bourges, a na Półwyspie Iberyjskim panuje zupełny spokój.
Przyczyną tej pomyłki były sygnały telegraficzne, odczytane źle z powodu mgły.
Wartość papierów wzrosła dwukrotnie.
W związku z tym straty Danglarsa wyniosły w sumie milion franków.
- Znakomicie - oświadczył Monte Christo Morrelowi, który był u niego właśnie w chwili, gdy ogłoszono wiadomość o dziwacznym zawirowaniu na giełdzie, którego ofiarą padł Danglars - za dwadzieścia pięć tysięcy franków odkryłem coś takiego, że zapłaciłbym za to sto tysięcy.
- Cóż to pan odkrył? - zapytał Maksymilian.
- Odkryłem, jak uwolnić ogrodnika od koszatek, które wyjadają mu brzoskwinie.
3. Telegraf
Gdy państwo de Villefort wrócili do siebie, dowiedzieli się, że w salonie czeka na nich hrabia de Monte Christo. Pani de Villefort, zbyt roztrzęsiona, by tak od razu ukazać się gościowi, wstąpiła do sypialni, a prokurator, który bardziej nad sobą panował, udał się wprost do salonu.
Chociaż umiał nie okazywać swoich emocji i nadawać twarzy dowolny wyraz, nie zdołał rozchmurzyć się na tyle, aby hrabia, promiennie uśmiechnięty, nie zauważył tego posępnego zamyślenia.
- Mój Boże, cóż się panu stało? - zapytał po wymianie obowiązkowych grzeczności. - Czyżbym przyszedł w chwili, gdy przygotowywał pan jakiś wyrok śmierci?
Villefort spróbował się uśmiechnąć.
- Nie, panie hrabio, w tej sprawie ja jestem ofiarą. To ja przegrałem proces, a pozwały mnie przypadek, upór i głupota.
- O co chodzi? - dopytywał się Monte Christo, wybornie odgrywając przejęcie. - Czyżby naprawdę przydarzyło się panu jakieś nieszczęście?
- Ach, panie hrabio, nie warto o tym mówić - odparł Villefort ze spokojem, w którym przebijała gorycz. - To tylko zwykła strata pieniężna.
- Istotnie - odparł Monte Christo - strata pieniężna to dla pana niewielki kłopot, przy takiej fortunie i przy tak filozoficznym sposobie myślenia jak pański.
- Toteż nie martwię się tak ze względu na pieniądze, chociaż strata dziewięciuset tysięcy franków godna jest żalu, a na pewno może nieco zdenerwować. Ale bardziej dokucza mi to dziwne zrządzenie losu, przypadku, fatalności... Bo ja wiem, jak nazwać tę siłę, która wymierzyła we mnie ten cios, który obraca wniwecz moje nadzieje majątkowe, a może i przyszłość córki - i to wszystko przez kaprys zdziecinniałego starca.
- Na litość boską, ale o co chodzi? - wykrzyknął hrabia. - Powiedział pan: dziewięćset tysięcy franków? No, to jest suma, której mógłby żałować nawet filozof. A któż to przyprawił pana o taką zgryzotę?
- Mój ojciec, wspominałem panu o nim.
- Pan Noirtier! Ale przecież mówił mi pan chyba, że jest kompletnie sparaliżowany i że odstąpiły go wszystkie władze?
- Fizyczne tak, nie może się ruszyć, nie może mówić, ale pomimo to myśli, upiera się przy swojej woli i - jak pan widzi - działa. Wyszedłem od niego pięć minut temu, właśnie dyktuje testament dwóm notariuszom.
- Czyli przemówił?
- Lepiej, doskonale się z nimi porozumiewa.
- Jak?
- Wzrokiem. Jego oczy nie przestały żyć, no i proszę - zabijają.
- Mężu - rzekła pani de Villefort, wchodząc do salonu. - Czy trochę nie przesadzasz?
- Witam panią - ukłonił się hrabia.
Pani de Villefort oddała ukłon, uśmiechając się czarująco.
- Cóż mi tu opowiada pani małżonek? - spytał Monte Christo. - Co to za niezrozumiała przykrość...
- Niezrozumiała, to dobre określenie - odpowiedział, wzruszając ramionami prokurator. - Kaprys starego człowieka.
- W żaden sposób nie da się go przekonać, aby zmienił decyzję?
- Ależ tak - oznajmiła pani de Villefort - i to zależy jedynie od mego męża, aby ten testament wydziedziczający Valentine został sporządzony znów na jej korzyść.
Widząc, że małżonkowie zaczynają rozmawiać parabolami, udał, że przestał się tym interesować i jął przyglądać się z największym skupieniem pełnym aprobaty, jak Edwardek nalewa atrament do poidełka dla ptaków.
- Moja droga - odpowiedział żonie Villefort - wiesz, że niezbyt lubię pozować w domu na patriarchę i że nigdy nie sądziłem, że losy wszechświata zależą od mojego skinienia. Niemniej jest dla mnie ważne, aby rodzina szanowała moje decyzje. Zdziecinnienie starca i kaprys dziecka nie zniszczą projektu, jaki ustaliłem już wiele lat temu. Baron d'Epinay był moim przyjacielem, przecież wiesz pani o tym, i trudno o lepszą partię niż związek z jego synem.
- Sądzisz - spytała pani de Villefort - że Valentine jest w zmowie z dziadkiem?... No tak... Zawsze się sprzeciwiała temu mariażowi, nie zdziwiłabym się, gdyby to, co się dziś stało, było przez nich ukartowane.
- Moja żono, wierz mi, nikt tak łatwo nie wyrzeka się dziewięciuset tysięcy.
- Ale przecież rok temu chciała się wyrzec świata i wstąpić do klasztoru.
- Mniejsza z tym. Powtarzam ci: ten ślub musi dojść do skutku!
- Wbrew woli twojego ojca? - spytała pani de Villefort, chcąc poruszyć inną strunę. - Czyż tak można!
Monte Christo udawał, że nie słucha, ale nie tracił ani jednego słowa z całej tej rozmowy.
- Moja żono - odparł Villefort - śmiało mogę powiedzieć, że zawsze szanowałem ojca, bo naturalne uczucie synowskie łączyło się u mnie z przekonaniem o jego wybitnym charakterze. Ponadto ojciec jest świętością z dwóch względów: daje nam życie i nami kieruje. Ale teraz nie mogę już widzieć dawnego rozumu w starcu, który pamiętając o nienawiści, jaką żywił do ojca, chce dziś prześladować syna! Byłoby śmieszne, gdybym podporządkowywał się jego kaprysom. Nadal darzę ojca wielkim szacunkiem. Zniosę bez skargi tę finansową karę, jaką mi nakłada, ale nie zmienię mojej woli, a świat niech osądzi, za kim jest zdrowy rozsądek. A więc wydam córkę za barona d'Epinay, bo w moim przekonaniu ten mariaż jest dobry i zaszczytny. I ostatecznie wolno mi ją wydać za tego, kto mi się podoba.
- Coś podobnego, coś podobnego! - odezwał się hrabia, na którego prokurator wciąż popatrywał, szukając wzrokiem aprobaty. - Czyli pan Noirtier wydziedzicza, jak państwo mówicie, pannę Valentine dlatego, że ma wyjść za Franza Epinay?
- Mój Boże, tak, panie hrabio, to cała przyczyna. - Villefort wzruszył ramionami.
- Taką przynajmniej przyczynę nam podał - dodała pani de Villefort.
- To prawdziwa przyczyna, żono. Wierz mi, znam mojego ojca.
- Czy można coś takiego pojąć? A czemu to, mężu, pan d'Epinay nie podoba się ojcu bardziej niż ktokolwiek inny?
- Hm, poznałem pewnego Franza d'Epinay - wtrącił hrabia. - Czy to nie syn generała de Quesnel, któremu Karol X nadał tytuł barona d'Epinay?
- Tak - odpowiedział Villefort.
- Ależ to według mnie czarujący młody człowiek!
- I dlatego jestem pewna - rzekła pani de Villefort - że to tylko pretekst. Starzy ludzie, kiedy kochają, stają się tyranami. Mój teść po prostu nie chce, aby jego wnuczka wyszła teraz za mąż.
- Ale państwo nie znacie - zagadnął Monte Christo - co jest przyczyną tej nienawiści?
- E, któż to może wiedzieć?
- Może to jakaś antypatia polityczna?
- No tak. Ojciec i ojciec pana Epinay żyli w bardzo burzliwych czasach - wyjaśnił Villefort - których ja pamiętam tylko ostatnie chwile.
- Czy pański ojciec nie był aby bonapartystą? Chyba mi coś pan o tym wspominał?
- Mój ojciec przede wszystkim był jakobinem - oznajmił Villefort, wychodząc w podnieceniu poza granice rozwagi. - Toga senatorska, którą Napoleon zarzucił mu na ramiona, nie zmieniła mu serca. Ojciec spiskował nie w sprawie cesarza, ale przeciwko Burbonom. A ojciec był tym groźniejszy, że nigdy nie walczył dla niemożliwych utopii, ale dla rzeczy możliwych. A żeby je zrealizować, stosował się do straszliwych teorii jakobinów, którzy nie cofali się przed żadnymi środkami.
- A, widzą państwo, to tak! - rzekł Monte Christo. - Panowie Noirtier i d'Epinay musieli się gdzieś spotkać na polu walki politycznej. Czy pan d'Epinay, chociaż służył pod Napoleonem, nie zachował na dnie serca uczuć rojalistowskich? Czy to aby nie on został zamordowany pewnego wieczoru, gdy wychodził z klubu bonapartystowskiego, do którego zwabili go, sądząc, że jest im bratem?
Villefort spojrzał na hrabiego niemal z przerażeniem.
- Mylę się? - spytał Monte Christo.
- Nie, bynajmniej - odparła pani de Villefort. - I to właśnie dlatego mój mąż wpadł na pomysł, aby połączyć tych dwoje dzieci, których ojciec i dziadek się nienawidzili, aby na zawsze wygasły te stare nienawiści.
- To dopiero wzniosła myśl! - zawołał Monte Christo. - Myśl pełna miłosierdzia, wszyscy powinni jej przyklasnąć. O, byłoby to naprawdę piękne, gdyby panna Valentine de Villefort nazywała się panią baronową d'Epinay!
Villefort drgnął i przeszył hrabiego Monte Christo wzrokiem, jakby chciał zajrzeć mu w głąb duszy i wyczytać, co podyktowało mu takie słowa.
Ale hrabia uśmiechał się nadal życzliwie, zwyczajnie. I tym razem przenikliwy wzrok prokuratora nic ponadto nie zdołał dojrzeć.
- Choć utrata tego spadku to wielkie nieszczęście dla Valentine - podjął Villefort - nie sądzę, aby pan d'Epinay cofnął się z powodu pieniędzy. Przekona się, że może jestem więcej wart niż pieniądze, skoro zrezygnowałem z nich, aby móc dotrzymać mu słowa. Wyliczy sobie, że Valentine i tak jest bogata po matce, tym majątkiem zawiadują jej dziadkowie, państwo de Saint-Méran. Bardzo kochają Valentine.
- I naprawdę zasługują na taką miłość i na taką opiekę, jaką Valentine otaczała dziadka - wtrąciła pani de Villefort. - Za jakiś miesiąc przyjadą do Paryża, a po afroncie, jaki Valentine doznała od dziadka, nie musi już się tak poczuwać do obowiązku i ciągle zagrzebywać w pokoju teścia.
Hrabia z zadowoleniem przysłuchiwał się tym dwóm rozbieżnym wypowiedziom, dyktowanym przez zranioną miłość własną i zawód natury finansowej.
- Ale zdaje mi się - zagadnął Monte Christo po chwili milczenia - i z góry przepraszam za to, co powiem; zdaje mi się, że pan Noirtier wydziedziczył pannę Valentine za to, że chce wyjść za młodzieńca, którego ojca nienawidził, ale nie ma powodu zarzucać czegokolwiek naszemu kochanemu Edwardkowi.
- Prawda? - zawołała pani de Villefort tonem, którego nie sposób opisać. - Prawda, że to jest głęboko niesprawiedliwe? Biedny Edwardek przecież jest tak samo wnukiem pana Noirtier jak Valentine! A jednak, gdyby Valentine nie wychodziła za pana Franza, zapisałby jej cały majątek. Powiem więcej: Edwardek dziedziczy nazwisko rodziny, a mimo to, nie licząc tego majątku po dziadku, Valentine i tak będzie od niego trzy razy bogatsza.
Po takiej wypowiedzi hrabia już nie powiedział ni słowa i poprzestał na słuchaniu.
- No, przestańmy, panie hrabio - wtrącił Villefort - mówić o tych familijnych kłopotach. Tak, to prawda, że mój majątek podniesie dochody ubogich, którzy dziś stają się prawdziwymi bogaczami. Tak, niech ojciec odbierze mi bez powodu tę prawowitą nadzieję. A ja i tak postąpię tak, jak wypada człowiekowi rozsądnemu i szlachetnemu. Przyrzekłem panu Epinay dochód od tej sumy i będzie go miał, choćbym miał na siebie nałożyć najokrutniejsze wyrzeczenia.
- Myślę jednak, czy nie lepiej byłoby - podjęła pani de Villefort, wracając do tej jednej myśli, która ciągle tliła się jej na dnie serca - gdybyśmy wyznali ten smutny fakt panu Epinay, aby sam zwrócił nam słowo?
- O, to by było prawdziwe nieszczęście! - zawołał Villefort.
- Nieszczęście? - powtórzył Monte Christo.
- Oczywiście - odpowiedział, uspokajając się, Villefort - bo jeżeli ślub nie dochodzi do skutku, nawet z przyczyn pieniężnych, rzuca to cień na opinię młodej panienki. A oprócz tego nabrałyby siły dawne pogłoski, które chciałem raz na zawsze stłumić. Ale nie, nic z tego nie będzie. Pan d'Epinay, jeśli jest człowiekiem porządnym, uzna, że wobec wydziedziczenia Valentine jest tym bardziej zobowiązany. Inaczej postąpiłby jak zwyczajny chciwiec. O nie, to niemożliwe.
- Jestem zdania pana prokuratora - rzekł Monte Christo, nie spuszczając z oka pani de Villefort. - A gdybym należał do pańskich przyjaciół, pozwoliłbym sobie udzielić rady. Słyszałem, że pan d'Epinay ma wkrótce wrócić. Nakłoniłbym go wobec tego, aby doprowadził tę sprawę ostatecznie do skutku, czyli wykonałbym ten plan, którego pomyślne zakończenie przyniosłoby panu największy zaszczyt.
Villefort wstał, wyraźnie uradowany, ale twarz jego żony powlekła się lekką bladością.
- Wybornie! Nic innego sobie nie życzyłem i zaufam opinii takiego doradcy jak pan - rzekł Villefort, podając rękę hrabiemu. - A więc możemy uznać wszystko, co się dziś stało, za niebyłe. Nic nie zmieniło się w naszych planach.
- Panie de Villefort - rzekł hrabia - świat, choć tak niesprawiedliwy, będzie podziwiał, ręczę za to, pańską decyzję. Pańscy przyjaciele będą z tego dumni, a pan d'Epinay, choćby miał wziąć pannę Villefort bez żadnego posagu, co się raczej nie zdarzy, będzie szczęśliwy, że wejdzie do rodziny, która potrafi ponosić najwyższe poświęcenia, aby dotrzymać słowa i spełnić obowiązek.
Po tych słowach powstał i szykował się do odejścia.
- Już nas pan opuszcza? - spytała pani de Villefort.
- Muszę, łaskawa pani, przyszedłem tylko przypomnieć o zaproszeniu na sobotę.
- Sądził pan, że moglibyśmy zapomnieć?
- Jest pani zbyt uprzejma... Ale pan prokurator ma tak poważne obowiązki, a czasem tak pilne...
- Ale mąż dał panu słowo. Właśnie się pan przekonał, że dotrzymuje słowa, nawet gdy ma przez to wszystko stracić, a tu przecież rzecz wygląda zupełnie inaczej.
- A gdzież to odbędzie się obiad? Na Polach Elizejskich? - zagadnął Villefort.
- O nie - odparł Monte Christo - i to sprawia, że pańskie poświęcenie staje się jeszcze godniejsze uznania, odbędzie się to aż na wsi.
- A gdzież to? Zapewne blisko Paryża?
- Tuż za rogatkami, pół mili dalej, w Auteuil.
- W Auteuil! - wykrzyknął Villefort. - A, prawda, żona mówiła mi, że masz pan dom w Auteuil, bo przecież przeniósł ją pan do niego po wypadku. A gdzie dokładnie?
- Na ulicy de la Fontaine pod dwudziestym ósmym.
- Ależ to pan kupił dom pana de Saint-Méran? - zawołał Villefort.
- Pana de Saint-Méran? - zapytał Monte Christo. - Ten dom był własnością pana de Saint-Méran?
- Tak - odparła pani de Villefort. - A uwierzy pan w jedną rzecz, panie hrabio?
- W jakąż to?
- Podoba się panu ten dom, prawda?
- Jest prześliczny.
- Widzi pan, a mój mąż nigdy nie chciał w nim zamieszkać.
- O, doprawdy, nie rozumiem - odparł Monte Christo - skąd to pańskie uprzedzenie?
- Nie lubię Auteuil - rzekł prokurator, starając się zachować panowanie nad sobą.
- Ale chyba nie sprawisz mi pan przykrości - zatroskał się Monte Christo - i z powodu tej antypatii nie pozbawisz mnie radości goszczenia tam państwa?
- Nie, panie hrabio... mam nadzieję... proszę mi wierzyć... zrobię wszystko, co w mojej mocy - jąkał się Villefort.
- O, nie przyjmę żadnych usprawiedliwień. Czekam na państwa w sobotę, o szóstej. Jeśli państwo nie przyjdziecie, gotów jestem myśleć... czy ja wiem?... że nad tym domem, pustym od dwudziestu lat, ciąży jakaś okropna klątwa albo że opowiada się o nim jakąś krwawą legendę.
- Przyjdę, panie hrabio, przyjdę - pospieszył z zapewnieniem Villefort.
- Dziękuję - odpowiedział Monte Christo. - A teraz państwo pozwolą, muszę się pożegnać.
- A, prawda, mówił pan przed chwilą, że musisz nas opuścić - rzekła pani de Villefort - a nawet zdaje mi się, że chciałeś powiedzieć nam dlaczego, gdy nagle zmienił pan wątek.
- Tak naprawdę, łaskawa pani, chyba nie ośmielę się pani przyznać, dokąd idę.
- Ależ proszę powiedzieć.
- Zamierzam w charakterze prawdziwego gapia, którym zresztą jestem, przyjrzeć się pewnej rzeczy, nad którą nieraz rozmyślałem godzinami.
- Cóż to takiego?
- Telegraf. O, do licha, no nic, trudno, wymknęło mi się.
- Telegraf - powtórzyła pani de Villefort.
- No tak, mój Boże, telegraf. Widziałem czasem, jak na końcu drogi, w piękny, słoneczny dzień, wznoszą się na wzgórzu czarne ramiona, zginając się jak łapy olbrzymiego owada i zawsze czyniło to na mnie ogromne wrażenie, przysięgam. Myślałem o tych dziwacznych znakach, które z taką precyzją mkną przez powietrze i przenoszą nieznaną wolę człowieka siedzącego przy stole - przez trzysta mil, do drugiego człowieka przy drugim stole, na drugim końcu linii. I myślałem, że te znaki rysuje na szarym tle chmur lub na lazurze nieba sama siła woli tego wszechmocnego człowieka. Przychodziły mi wtedy do głowy dżinny, sylfy, gnomy, słowem - jakieś tajemne moce, i śmiałem się z tego. Nigdy nie naszła mnie chęć, aby podglądnąć z bliska te ogromne, białobrzuche owady z czarnymi, cienkimi łapami - bałem się ujrzeć pod ich kamiennymi skrzydłami jakiegoś małego karzełka, pedantycznego nudziarza, nafaszerowanego po uszy wiedzą ludzką i czarnoksięską. Aż tu razu jednego dowiaduję się, że tym, co wprawia w ruch telegraf, jest biedny urzędniczyna, zarabiający rocznie tysiąc dwieście franków. Taki człowieczek przez cały dzień patrzy nie na niebo jak astronom, nie w wodę jak rybak, nie na piękne krajobrazy jak marzyciel - ale na drugiego takiego owada z białym brzuchem i czarnymi łapami, oddalonego o pięć mil. I wtedy zdjęła mnie ogromna ciekawość - zapragnąłem przyjrzeć się z bliska tej poczwarce, która pociągając za sznurki, daje ze swojej skorupy znaki innej takiej poczwarce.
- I tam się pan właśnie wybierasz?
- Tak.
- A do jakiej stacji? Ministerstwa Spraw Wewnętrznych czy Obserwatorium?
- O nie! Tam natknąłbym się na ludzi, którzy zmusiliby mnie, abym zrozumiał rzeczy, o których nic nie chcę wiedzieć, i którzy wytłumaczyliby mi tajemnice, na których sami się nie znają. A ja, do licha, chcę zachować złudzenie, że to wielkie owady. Wystarczy, że straciłem już wszelkie złudzenia co do ludzi. Toteż nie pójdę ani na stację ministerstwa, ani do Obserwatorium. Chcę telegrafu w szczerym polu, aby zobaczyć człowieczka, co zaskorupiał w swojej wieży.
- Jest z hrabi naprawdę wyjątkowy wielki pan - stwierdził Villefort.
- Jaką linię radzi mi pan zbadać?
- No, tę, która jest w tej chwili najbardziej zajęta.
- Świetnie! Czyli hiszpańską?
- No właśnie. Chce pan list od ministra, który wyjaśni panu...
- Nie, nie, przecież powiedziałem panu, że nie chcę nic rozumieć. W chwili, gdy coś zrozumiem, nie będzie już telegrafu, będzie tylko znak, który jakiś pan Duchâtel przesyła prefektowi Bajonny, przebrany w te dwa greckie słowa - tele graphein. A ja chcę zachować w pamięci z czcią tylko owada o czarnych odnóżach i to przerażające słowo.
- No, to niech pan idzie, bo za dwie godziny będzie już ciemno i nic pan nie zobaczysz.
- Do diabła, przeraża mnie pan. Do jakiej stacji najbliżej?
- Hm, na drodze do Bajonny.
- Dobrze, to jadę na trakt bajoński.
- O, raczej ten w kierunku na Châtillon?
- A poza Châtillon?
- Chyba jeszcze wieża w Monthléry.
- Dziękuję, do widzenia! W sobotę opowiem państwu o wrażeniach.
W drzwiach hrabia spotkał się z notariuszami, którzy właśnie wydziedziczyli Valentine. Wychodzili uradowani, że spisali akt, który przyniesie im z pewnością wielką sławę.
5. Widma
Na pierwszy rzut oka dom w Auteuil nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, nic, czego można by się spodziewać po rezydencji pana równie znakomitego jak Monte Christo, ale owa prostota wynikała z rozkazów hrabiego, który zażyczył sobie, by nie zmieniano w niczym zewnętrznego wyglądu domu. Aby się przekonać, że wydał zupełnie inne rozkazy co do wnętrza, wystarczyło otworzyć drzwi.
Pan Bertuccio przeszedł sam siebie, umeblowanie było w najlepszym guście, a wszystko zostało urządzone błyskawicznie. Jak niegdyś książę d'Antin wyciął w jedną noc całą aleję drzew, bo zasłaniała widok Ludwikowi XIV, tak w ciągu trzech dni pan Bertuccio obsadził dziedziniec, do tej pory zupełnie pusty, wspaniałymi topolami i sykomorami. Drzewa ocieniły fasadę domu, a przed nią, zamiast dotychczasowego bruku zarośniętego zielskiem, ułożono owego sobotniego ranka rozległy kobierzec trawy, na której wciąż perliły się krople wody, którą ją zroszono.
Wszystkie te rozkazy wydał zresztą sam hrabia, sam wręczył Bertucciowi plan, na którym oznaczył ilość drzew i miejsce, gdzie miały być zasadzone, a także wymiary gazonu.
Tym sposobem dom zmienił się nie do poznania, sam Bertuccio przyznawał, że trudno mu go rozpoznać w takiej oprawie zieleni.
Intendent nie zmartwiłby się zbytnio, gdyby mógł dokonać także paru zmian w ogrodzie, ale hrabia kategorycznie zakazał dotykać tam czegokolwiek. Bertuccio wynagrodził to sobie, przystrajając mnogością kwiatów przedpokoje, schody i kominki.
O nadzwyczajnych uzdolnieniach intendenta i wielkiej wiedzy jego pana o tym, że jeden znakomicie umiał służyć, a drugi wiedział, jak kierować służbą, świadczyło to, że dom ten, pusty od dwudziestu lat, jeszcze wczoraj ponury i smutny, przesycony mdłym zapachem - chciałoby się rzec zapachem czasu - w ciągu jednego dnia obudził się do życia, nabrał pięknej woni i zajaśniał wedle gustów właściciela. Przyjechawszy na miejsce, hrabia zastał tu swoje książki, broń, obrazy, a w przedpokojach psy, za których karesami przepadał, i ptaki, których śpiew lubił. Cały ten dom zbudził się z długiego snu - niczym pałac Śpiącej Królewny - i wszystko w nim żyło, śpiewało i jaśniało radością, jak w tych naszych ukochanych domach, w których zawsze zostawiamy część naszego ja, nawet jeśli nieszczęście zmusi nas, byśmy z nich wywędrowali.
Na pięknym dziedzińcu uwijała się wesoło służba. Ci, którzy zajmowali się kuchnią, przemykali po odnowionych wczoraj schodach, jakby mieszkali tu od dawna, inni krzątali się w wozowni. Każdy powóz, opatrzony numerem, wyglądał tak, jakby stał w swojej przegrodzie już od lat pięćdziesięciu, konie u żłobu odpowiadały rżeniem stajennym, którzy traktowali je z szacunkiem o wiele większym od tego, jakim niejeden sługa darzy swojego pana.
W bibliotece szafy ciągnęły się naprzeciw siebie wzdłuż dwóch ścian, a zawierały mniej więcej dwa tysiące tomów. Jeden regał przeznaczony był na literaturę współczesną, nowość, która wydana została zaledwie wczoraj, już pyszniła się na półce, wystawiając na pokaz czerwoną oprawę ze złoceniami.
Po drugiej stronie domu, symetrycznie do biblioteki, umieszczono oranżerię, pełną rzadkich roślin, rozrosłych bujnie w szerokich japońskich wazach, pośrodku owej oranżerii, radującej zarazem wzrok i powonienie, stał stół bilardowy - i chciałoby się rzec, że gracze zostawili go zaledwie przed godziną, porzucając na suknie zamarłe w bezruchu kule.
Wspaniały Bertuccio uszanował tylko jeden jedyny pokój.
Obok tego pokoju, leżącego w lewym skrzydle na pierwszym piętrze, do którego prowadziły schody paradne, ale z którego można było też wyjść ukrytymi schodkami, służba przechodziła z ciekawością, a Bertuccio z drżeniem.
Punktualnie o piątej hrabia zajechał z Alim przed dom. Bertuccio czekał na przyjazd pana z niecierpliwością i niepokojem, miał nadzieję na słowa pochwały, a jednocześnie obawiał się, że hrabia zmarszczy brwi.
Monte Christo wysiadł na dziedzińcu, zwiedził dom i obszedł ogród, nie wypowiedziawszy jednego słowa, nie pokazawszy po sobie ani zadowolenia, ani rozczarowania.
I tylko, gdy wszedł do sypialni, wyciągnął rękę w kierunku szufladki toaletki z drzewa różanego, którą zauważył już przy pierwszej wizycie.
- To może służyć chyba tylko na rękawiczki - rzekł.
- I owszem, panie hrabio - odparł zachwycony Bertuccio. - Proszę otworzyć, a znajdzie tam pan rękawiczki.
W innych szufladach innych mebli hrabia zastał to, czego się spodziewał: flakoniki, cygara, klejnoty.
- No, dobrze! - wyrzekł na koniec.
A imć Bertuccio odszedł uszczęśliwiony - tak wielki, potężny i prawdziwy wpływ ten człowiek wywierał na wszystkich, co go otaczali.
Dokładnie o szóstej przed bramą zastukały końskie kopyta.
Był to nasz kapitan spahisów na swoim Medeahu.
Monte Christo czekał na niego na ganku z uśmiechem na twarzy.
- Przyjechałem pierwszy, jestem pewien! - zawołał Morrel. - Zrobiłem to umyślnie, aby mieć pana tylko dla siebie choć przez chwilkę. Julia i Emanuel przesyłają panu tysiące serdeczności. O, hrabio, ależ tu ślicznie! Ale niech mi pan powie, pańscy ludzie będą potrafili zaopiekować się moim koniem?
- Niech się pan nie martwi, kochany Maksymilianie, już oni się na tym znają.
- No, bo trzeba go zaraz wytrzeć. Ale żebyś pan wiedział, jak pędził! Istny huragan!
- No, ja myślę, koń za pięć tysięcy... - odparł Monte Christo tonem takim, jakiego użyłby ojciec mówiący do syna.
- Żałuje pan tych pieniędzy? - rzekł Morrel ze swoim szczerym uśmiechem.
- Niech mnie Bóg broni! Żałowałbym tylko wtedy, gdyby koń nie był dobry.
- Taki jest dobry, kochany hrabio, że Château-Renaud, największy koneser koni we Francji, i Debray, co jeździ na arabach ministerialnych, zostali za mną nieco w tyle, a do tego doganiają ich konie pani Danglars, które są w stanie zrobić na godzinę sześć mil.
- Czyli jadą za panem? - upewnił się Monte Christo.
- A tak, i oto są.
Rzeczywiście, w tejże chwili przed bramą stanęły spienione konie ciągnące powóz, a za nimi dwa zdyszane wierzchowce. Brama otwarła się, powóz oraz dwa konie zakreśliły łuk i zatrzymały się przed gankiem.
Debray w mgnieniu oka zeskoczył na ziemię i podbiegł do drzwiczek. Podał rękę baronowej, a ta, wychodząc z powozu, uczyniła ruch tak dyskretny, że uszedł uwagi obecnych, poza hrabią.
Monte Christo zawsze wszystko dostrzegał, i tym razem zauważył więc, jak mignął, przechodząc z ręki baronowej do ręki Debraya, biały bilecik, a zręczność, z jaką się to odbyło, wskazywała, że jest to między nimi stały manewr.
Za żoną wysiadł bankier, blady, jakby wychodził z grobu, a nie z powozu.
Pani Danglars rozejrzała się wokół badawczo, tylko Monte Christo mógł zrozumieć to spojrzenie, którym obrzuciła dziedziniec, perystyl i fasadę. Następnie, tłumiąc wzruszenie, które na pewno zdradziłaby jej twarz, gdyby baronowa była jeszcze w stanie zblednąć, wspięła się po schodach, mówiąc do Morrela:
- Gdyby pan należał do moich przyjaciół, zapytałabym, czy pański koń jest na sprzedaż...
Morrel uśmiechnął się, ale przypominało to raczej grymas, i spojrzał na Monte Christa, jakby chciał go prosić o wydobycie z tego kłopotu.
Hrabia zrozumiał.
- O, droga pani - rzekł - dlaczego nie zwracasz się do mnie z tym pytaniem?
- Przy panu nie należy wypowiadać żadnych życzeń, bo natychmiast je spełniasz - odparła baronowa. - Dlatego zwróciłam się do pana Morrel.
- Niestety, mogę zaświadczyć, że pan Morrel nie może odstąpić tego konia, od tego bowiem zależy jego honor.
- Jak to?
- Założył się, że w pół roku ujeździ Medeaha. Rozumie więc pani, że gdyby pozbył się go przed terminem, nie tylko przegrałby zakład, ale jeszcze mówiono by, że się przestraszył. A kapitan spahisów nie może narażać się na podobne plotki, choćby nawet szło o zaspokojenie kaprysu pięknej kobiety, co według mnie jest jedną z najświętszych rzeczy pod słońcem.
- Widzi więc pani... - rzekł Morrel, kierując jednocześnie do Monte Christo uśmiech pełen wdzięczności.
- Zdaje mi się przecież - wtrącił Danglars tonem gburowatym, którego nie zdołał zamaskować szeroki uśmiech - że masz, moja żono, koni aż nadto?
Pani Danglars nie miała w zwyczaju pozostawiać takich uszczypliwości bez riposty, ale tym razem, ku zdumieniu młodych ludzi, udała, że nie słyszy i nie odpowiedziała ani słowa.
Monte Christo uśmiechał się, milczenie to zdradzało jakiś niezwykły przypływ pokory.
Pokazywał właśnie baronowej dwie ogromne wazy z chińskiej porcelany, na których wiły się niczym węże algi morskie, oddane z taką precyzją i kunsztem, że tylko sama natura może zawrzeć w swym dziele takie bogactwo, taką żywotność i takiego ducha.
Baronowa była zachwycona.
- O, w takiej wazie można by posadzić kasztanowiec z Tuileriów! - dziwiła się. - Jakże im się udało wypalić takie olbrzymy?
- Ach, droga pani, nie należy stawiać takich pytań nam, którzy potrafimy wyrabiać tylko figurki i cacka z cieniutkiego szkła - odparł Monte Christo - to praca dawnych wieków, dzieło geniuszów ziemi i morza.
- Jak to? Z jakiejże epoki może być to dzieło?
- Nie wiem, słyszałem tylko, że jakiś cesarz chiński kazał zbudować specjalny piec i w tym piecu odlano, jedna po drugiej, dwanaście takich waz. Dwie popękały pod wpływem ognia, dziesięć pozostałych zatopiono na głębokości trzystu sążni w morzu. Morze, które wyczuło, czego od niego wymagają, oplotło je swoimi lianami i koralami, i wprawiło w nie muszle, wszystko to cementowało się w tych niesłychanych głębinach przez dwieście lat, gdyż cesarza, który chciał dokonać tego doświadczenia, uniosła ze sobą rewolucja. Został tylko protokół, który zaświadczał o wypaleniu waz i o spuszczeniu ich na dno morza. Po dwustu latach odnaleziono ów protokół i postanowiono je wydobyć. Nurkowie w specjalnych machinach przeszukali zatokę, ale z dziesięciu waz odnaleźli tylko trzy - resztę potłukły i porozrzucały fale. Lubię te wazy. Zdaje mi się czasem, że dostrzegam w ich wnętrzu owe niekształtne potwory, straszliwe i tajemnicze, które widzieli tylko nurkowie. Albo wyobrażam sobie, jak śpią w nich miriady drobnych rybek, które schroniły się tu, uciekając przed pogonią wroga.
Tymczasem Danglars, niezbyt wielki amator osobliwości, machinalnie obrywał kwiaty ze wspaniałego drzewa pomarańczowego. Skończywszy z pomarańczą, zabrał się do kaktusa, ale kaktus, mający mniej łagodny charakter niż pomarańcza, ukłuł go złośliwie.
Drgnął i przetarł sobie oczy, jakby obudził się nagle ze snu.
- Proszę pana - rzekł doń z uśmiechem Monte Christo - jest pan takim koneserem malarstwa, ma pan u siebie tak znakomite dzieła, nie będę nawet zachwalał moich. A jednak mam tutaj dwóch Hobbemów, jednego Paula Pottera, Mierys, dwóch Gerardów Dow, Rafaela, Van Dycka, Zurbarana i jeszcze kilka Murillów. Zasługują na pańską uwagę.
- No popatrz - zdziwił się Debray - tego Hobbemę skądś znam.
- Naprawdę?
- Tak, ktoś proponował go dyrekcji muzeum.
- Ale ostatecznie muzeum go nie posiada - odezwał się Monte Christo.
- No nie, nie chciało go kupić.
- Czemu to? - zapytał Château-Renaud.
- Ty to jesteś rozbrajający. Rząd nie ma na tyle pieniędzy.
- O, bardzo cię przepraszam - rzekł Château-Renaud. - Słyszę tę piosnkę codziennie od ośmiu lat i nadal nie mogę się do niej przyzwyczaić.
- Przyjdzie ci to z czasem.
- Nie sądzę.
- Pan major Bartolomeo Cavalcanti! Pan wicehrabia Andrea Cavalcanti! - zaanonsował Baptysta.
Czarny atłasowy kołnierz prosto spod igły, świeżo ogolona broda, siwy wąs, mundur ze szlifami majora ozdobiony trzema medalami i pięcioma krzyżami - jednym słowem, stary żołnierz, jak się patrzy, tak właśnie pojawił się major Bartolomeo Cavalcanti, ów kochający ojciec, którego już znamy.
Ramię w ramię, we fraku aż pachnącym nowością kroczył z uśmiechem na ustach wicehrabia Andrea Cavalcanti, ów pełen szacunku dla rodziciela syn, którego także już znamy.
Trzej młodzi ludzie stali właśnie razem i gwarzyli, ich spojrzenia przeniosły się z ojca na syna - i tu oczywiście zatrzymały się na dłużej, nie pomijając żadnego szczegółu.
- Cavalcanti? - rzekł Debray.
- No, no, piękne nazwisko - zauważył Morrel.
- O tak - dorzucił Château-Renaud. - Włosi nazywają się dobrze, ale ubierają się fatalnie.
- Wybredny jesteś - odparł Debray. - Ubiera się u świetnego krawca, a frak jest prosto spod igły.
- I właśnie to mu zarzucam. Wygląda tak, jakby ubrał się w ten sposób po raz pierwszy w życiu.
- Co to za jedni? - zapytał Danglars hrabiego.
- Słyszał pan: panowie Cavalcanti.
- To tylko nazwisko, nic mi to nie mówi.
- A, prawda, zapomniałem, że pan nie znasz naszej włoskiej szlachty. Powiedzieć: Cavalcanti, to to samo, co powiedzieć: ród książęcy.
- Ładną mają fortunkę? - zaciekawił się bankier.
- Kolosalną.
- Cóż porabiają w życiu?
- Próbują je jakoś przejeść, ale nie bardzo im to wychodzi. Mają zresztą u pana kredyt, powiedzieli mi o tym przedwczoraj, kiedy u mnie byli. I zaprosiłem ich głównie ze względu na pana. Przedstawię ich panu.
- Ale zdaje mi się, że bardzo czysto mówią po francusku - zauważył Danglars.
- Syn wychowywał się w jakimś kolegium na południu, w Marsylii albo gdzieś w okolicach. Przekona się pan, jaki rozentuzjazmowany.
- Czym? - zagadnęła baronowa.
- Francuzkami, droga pani. Chce się absolutnie ożenić z paryżanką.
- Też sobie wymyślił! - Danglars wzruszył ramionami.
Pani Danglars spojrzała na niego w sposób, który w każdej innej sytuacji zwiastowałby burzę, ale po raz drugi nie zareagowała.
- Baron chyba jest dziś mocno zasępiony - szepnął Monte Christo pani Danglars. - Czyżby przypadkiem chciano go posadzić na stołku ministra?
- Nie, nie, o ile wiem. Myślę raczej, że przegrał coś na giełdzie i sam nie wie, na kim się wyładować.
- Państwo de Villefort! - zawołał Baptysta.
Weszły zaanonsowane osoby.
Pan de Villefort, choć umiał zachować zimną krew, był wyraźnie poruszony.
Gdy się witali, Monte Christo poczuł, że drżała mu dłoń.
- O, tylko kobiety umieją się maskować - szepnął do siebie Monte Christo, spoglądając na panią Danglars, która uśmiechała się do prokuratora i całowała jego żonę.
Po zwykłych uprzejmościach hrabia zauważył, że Bertuccio, krzątający się do tej pory w kredensie, wśliznął się do saloniku przylegającego do sali, w której byli goście. Poszedł do niego.
- Czego się pan chcesz dowiedzieć, Bertuccio? - zagadnął.
- Ekscelencja nie powiedział mi, ile osób będzie przy stole.
- Policz pan sam.
- Wszyscy już przybyli?
- Tak.
Bertuccio zerknął przez szparę w drzwiach.
Monte Christo nie spuszczał zeń oka.
- O Boże! - zawołał Bertuccio.
- Co się stało?
- Ta kobieta... ta kobieta! No ta, w białej sukni, cała w diamentach!... Ta blondynka!...
- Pani Danglars?
- Nie wiem, jak się nazywa. Ale to ona, panie hrabio! To ona! Kobieta z ogrodu! Ta w ciąży! Ta, która spacerowała, czekając na... Czekając...
Bertuccio stanął z otwartymi ustami, blady, z najeżonym włosem.
- No, na kogo?
Bertuccio nie odpowiedział i tylko wskazał palcem Villeforta, mniej więcej takim gestem, jak Makbet wskazywał Banka1.
- O!... O!... - wyszeptał. - Widzi pan? To on.
- On?!... Pan de Villefort, prokurator królewski? Oczywiście, że go widzę.
- Więc ja go nie zabiłem?!
- No coś takiego! Chybaś oszalał, mój dobry Bertuccio.
- To on nie umarł?
- Ależ nie! Widzisz przecież, że żyje. Pewnie zamiast wbić mu nóż między szóste i siódme żebro po lewej stronie, jak to zwykle czynią pańscy ziomkowie, ugodziłeś go nieco wyżej lub niżej. A prawnicy mają twardy żywot, albo raczej wszystko, coś mi opowiedział, to nieprawda, zmyśliłeś to sobie, przyśniło ci się, miałeś przywidzenia. Nie przetrawiłeś dobrze myśli o zemście i zasnąłeś, zaciążyło ci to na żołądku i przyśniły ci się jakieś koszmary, ot i wszystko. No, uspokój się i policz: państwo de Villefort to dwoje, pan i pani Danglars - czworo, pan de Château-Renaud, pan Debray i pan Morrel to siedmioro, pan major Cavalcanti, ośmioro.
- Ośmioro - powtórzył Bertuccio.
- Ale dokąd to, dokąd, do diabła, ależ panu spieszno! Zapomniał pan o jeszcze jednym gościu. Tam, trochę bardziej na lewo... o, tam... to ten młodzieniec w czerni, pan Andrea Cavalcanti, ogląda sobie Madonnę Murilla, o, właśnie się odwraca.
Tym razem Bertuccio omal nie krzyknął, ale spojrzenie Monte Christa wstrzymało mu głos.
- Benedetto! - szepnął. - Fatalność!
- Bije wpół do siódmej, panie Bertuccio - rzekł surowo hrabia. - Mówiłem, że o tej porze siądziemy do stołu. Wiesz dobrze, że nie lubię czekać.
I Monte Christo wszedł do salonu, gdzie czekali goście, a tymczasem Bertuccio chwiejnie powrócił do jadalni, podpierając się o ściany.
Pięć minut później otwarły się podwoje salonu.
Na progu stanął Bertuccio i czyniąc ostatni heroiczny wysiłek, jak Vatel2 w Chantilly, oznajmił:
- Panie hrabio, podano do stołu.
Monte Christo podał ramię pani de Villefort.
- Panie prokuratorze - rzekł - racz podać ramię pani baronowej.
Villefort usłuchał i wszyscy przeszli do jadalni.
2. Testament
Gdy Barrois wyszedł, Noirtier spojrzał na Valentine z przejęciem wyrażającym spryt i wiele obiecującym. Dziewczyna zrozumiała to spojrzenie, ale Villefort także, toteż zachmurzyło mu się czoło i zmarszczyły brwi.
Przysunął sobie krzesło, usadowił się - i czekał.
Noirtier spoglądał na niego z całkowitą obojętnością, kątem oka zaś dał wnuczce znak, aby się nie martwiła i też została w pokoju.
Po trzech kwadransach wrócił sługa z notariuszem.
- Drogi panie - rzekł Villefort, przywitawszy się z nim - został pan wezwany przez obecnego tu pana Noirtier de Villefort. Paraliż odjął mu władzę w członkach i głos. Tylko my, najbliżsi, jesteśmy w stanie pochwycić strzępy jego myśli.
Noirtier spojrzał na Valentine wzrokiem tak poważnym i rozkazującym, że natychmiast się odezwała:
- Proszę pana, ja rozumiem wszystko, co dziadek chce powiedzieć.
- Tak - zawtórował sługa - absolutnie wszystko, mówiłem o tym panu notariuszowi, jak tu szliśmy.
- Państwo wybaczą - rzekł notariusz do Villeforta i Valentine - ale to jeden z tych przypadków, w których prawnik nie może postępować nierozważnie, bo mógłby się narazić na poważną odpowiedzialność. Aby akt był prawomocny, muszę najpierw koniecznie być przekonany, że właściwie zinterpretowałem wolę klienta. A w tym przypadku nie mogę być nawet pewien, czy pan Noirtier wyraża aprobatę, czy też dezaprobatę, bo przecież jest niemy! Zważywszy na jego kalectwo, nie mogę jasno stwierdzić, czego sobie życzy, a czego nie. Dlatego też moje usługi są tu zupełnie niepotrzebne, a nawet byłyby wykonywane niezgodnie z prawem.
I notariusz uczynił krok do wyjścia. Na ustach prokuratora zarysował się niemal niedostrzegalny uśmiech triumfu.
Noirtier spojrzał na Valentine z takim cierpieniem w oczach, że natychmiast zastąpiła drogę notariuszowi.
- Proszę pana - odezwała się - języka, którym porozumiewam się z dziadkiem, można się nauczyć bardzo łatwo, mogę pana tego nauczyć w kilka minut. Proszę powiedzieć, czego panu trzeba, abyś miał pan całkowicie spokojne sumienie?
- Aby akt był ważny, muszę mieć pewność, czy klient wyraża aprobatę, czy też dezaprobatę. Testator może być chory na ciele, ale musi mieć zdrowy umysł.
- A więc dzięki dwóm znakom upewni się pan, że mój dziadek jest w pełni władz umysłowych. Dziadek nie może mówić ani się poruszać, ale gdy chce powiedzieć "tak", zamyka oczy, a gdy chce powiedzieć "nie" - mruga nimi. Wystarczy to panu, aby się z dziadkiem porozumieć. Proszę spróbować.
W spojrzeniu, które starzec przesłał Valentine, malowało się tyle czułości i wdzięczności, że zrozumiał je i sam notariusz.
- Słyszał pan i zrozumiał wszystko, co powiedziała pańska wnuczka? - zapytał.
Noirtier przymknął powoli oczy i otwarł je po chwili.
- I potwierdza to, co powiedziała? To znaczy, czy potwierdza pan znaki, dzięki którym - jak mówiła - komunikuje pan swoje myśli?
- Tak - dał znak starzec.
- Czy to pan kazał mnie wezwać?
- Tak.
- Aby spisać testament?
- Tak.
- I nie chcesz pan, bym odszedł, dopóki nie spiszemy tego testamentu?
Sparaliżowany zamrugał żywo oczyma.
- Już pan rozumie? - zagadnęła Valentine. - Będzie miał pan spokojne sumienie?
Ale zanim notariusz zdołał odpowiedzieć, Villefort odprowadził go na stronę.
- Czy sądzi pan, że tak straszliwy wstrząs fizyczny, jakiego doznał mój ojciec, mógł nie wpłynąć wcale na jego władze umysłowe?
- To mnie zbyt nie martwi - odparł notariusz. - Zastanawiam się tylko, jak odgadniemy jego myśli, aby sprowokować odpowiedzi.
- Widzi więc pan, że to niemożliwe.
Valentine i starzec słyszeli tę rozmowę. Noirtier spojrzał na Valentine stanowczo, było oczywiste, że wymaga od niej jakiejś repliki.
- Niech się pan tym nie martwi - rzekła do notariusza. - Choć trudno odgadnąć, co dziadek ma na myśli, a raczej tylko się tak panu wydaje, przekażę jego myśli tak, aby nie było żadnych wątpliwości. Od sześciu lat opiekuję się dziadkiem. Może sam panu powiedzieć, czy choć jedno jego życzenie zostało niespełnione dlatego, że nie udało mi się go zrozumieć.
- Nie - dał znak starzec.
- Wobec tego spróbujmy - zgodził się notariusz. - Zgadza się pan, aby wnuczka służyła panu za tłumaczkę?
- Tak.
- No dobrze. A więc, czego pan sobie ode mnie życzysz i jaki akt mam sporządzić?
Valentine wymieniła wszystkie litery alfabetu aż do T.
Przy tej literze Noirtier zatrzymał ją wzrokiem.
- Chodzi panu o literę T - odezwał się notariusz - widać wyraźnie.
- Proszę poczekać - rzekła Valentine i zwróciła się do dziadka: - Ta... te...
Starzec dał znak przy drugiej sylabie.
Valentine wzięła słownik i pod uważnym spojrzeniem notariusza zaczęła przewracać kartki.
Wzrok Noirtiera zatrzymał jej palec przy słowie "testament".
- Testament! - zawołał notariusz. - To oczywiste, pan Noirtier chce spisać testament.
- Tak - potwierdził Noirtier.
- Przyznaj pan - zwrócił się notariusz do osłupiałego Villeforta - że to jest coś niesłychanego.
- Istotnie - odparł Villefort - a czymś jeszcze bardziej niesłychanym będzie ów testament, bo doprawdy nie wydaje mi się, żeby można było przenieść jego paragrafy na papier słowo po słowie - tak, aby nie brała w tym udziału moja córka. A Valentine, jako osoba zbyt zainteresowana tym testamentem, nie powinna wyjaśniać woli mojego ojca, którą ten będzie przecież formułował niejasno.
- Nie, nie! - dał znak sparaliżowany.
- Jak to! - zdziwił się Villefort. - Valentine nie jest tu osobą zainteresowaną?
- Nie.
- Drogi panie - odezwał się notariusz, który uradowany ze swojego udziału w tak malowniczym wydarzeniu obiecywał sobie, że porozpowiada o tym na salonach - to, co z początku uważałem za niemożliwe, teraz wydaje mi się niezmiernie łatwe. Spiszemy po prostu tak zwany testament mistyczny, przewidziany i dozwolony przez prawo. Musi być tylko odczytany w obecności siedmiu świadków, testator musi go przy nich poświadczyć, a notariusz zamknąć. Będzie to trwało niewiele dłużej niż spisywanie zwykłego testamentu. Wszędzie są te same uświęcone formuły, a szczegółów dostarczy nam stan interesów testatora. Pan także udzieli nam informacji, przecież kieruje sprawami majątkowymi testatora. Aby jednak akt ten był niepodważalny, nadamy mu absolutną autentyczność, pomoże mi w tym jeden z kolegów, choć tak się raczej nie robi, będzie asystował mi przy dyktowaniu. No, jest pan zadowolony? - Notariusz odwrócił się do starca.
- Tak - odpowiedział Noirtier, promieniejąc z radości, że go zrozumiano.
"Cóż on zamierza zrobić?" - głowił się Villefort. Wysokie stanowisko, jakie zajmował, wymagało od niego jak największej powściągliwości, a zresztą i tak nie mógł odgadnąć, co zamyśla jego ojciec.
Odwrócił się więc, aby posłać po drugiego notariusza, ale Barrois, który był przy rozmowie, domyślił się, jakie będzie życzenie pana i zdążył już wyjść.
Prokurator kazał więc sprowadzić żonę.
Po kwadransie wszyscy zgromadzili się już w pokoju sparaliżowanego, nadszedł także drugi notariusz.
Prawnicy porozumieli się w kilku słowach.
Odczytali panu Noirtier ogólnikowy, banalny tekst testamentu, następnie przystąpili do badania władz umysłowych testatora i pierwszy z notariuszy zapytał go:
- Testament, proszę pana, sporządza się zwykle na czyjąś korzyść.
- Tak.
- Czy wie pan mniej więcej, ile może wynosić w cyfrach pański majątek?
- Tak.
Przesłuchanie to miało w sobie coś uroczystego. Nigdy dotąd walka ducha z materią nie objawiła się tak wyraźnie. Było to widowisko jeśli nie wzniosłe, jak mieliśmy ochotę powiedzieć, to przynajmniej ciekawe.
Wszyscy stali wokół starca; drugi notariusz siedział przy stole gotów do pisania, pierwszy stał przed panem Noirtier i pytał:
- Pański majątek przekracza zapewne trzysta tysięcy franków?
Noirtier potwierdził.
- Czy posiadasz pan czterysta tysięcy franków?
Nie było odpowiedzi.
- Pięćset tysięcy?
Nadal brak odpowiedzi.
- Sześćset tysięcy? Siedemset? Osiemset? Dziewięćset?
Noirtier przytaknął.
- Posiadasz pan dziewięćset tysięcy franków?
- Tak.
- W nieruchomościach?
- Nie.
- W obligacjach?
- Tak.
- Masz pan te papiery u siebie?
Noirtier spojrzał na Barrois. Sługa wyszedł i po chwili wrócił, trzymając w rękach niewielką szkatułkę.
- Pozwoli pan, że otworzymy tę szkatułkę? - zapytał notariusz.
- Tak.
Otwarto szkatułkę, w środku były obligacje na dziewięćset tysięcy franków.
Pierwszy notariusz podawał kolejno obligacje koledze, suma wynosiła dokładnie tyle, ile oznajmił Noirtier.
- Wszystko w porządku - rzekł notariusz. - To oczywiste, że ten pan jest w pełni władz umysłowych.
I zwrócił się do sparaliżowanego:
- Ma pan więc dziewięćset tysięcy franków kapitału. Sposób, w jaki je pan ulokował, musi panu zapewniać czterdzieści tysięcy liwrów renty?
- Tak.
- Komu pragnie pan zostawić ten majątek?
- O, to nie podlega wątpliwości - wtrąciła pani de Villefort. - Pan Noirtier kocha jedynie swoją wnuczkę, Valentine. To ona go pielęgnuje od sześciu lat. Potrafiła swoimi pilnymi staraniami zjednać nie tylko miłość, ale i wdzięczność dziadka. Jest słuszne, że otrzyma nagrodę za tyle poświęcenia.
Oczy Noirtiera zabłysły, nie dał się oszukać fałszywej aprobacie, jakiej pani de Villefort udzieliła projektom, które mu przypisywała.
- A więc czy to pannie Valentine de Villefort zapisuje pan owe dziewięćset tysięcy franków? - zapytał notariusz. Wydawało mu się, że zostało mu już tylko umieszczenie takiej klauzuli w testamencie, ale chciał uzyskać potwierdzenie pana Noirtier w obecności wszystkich świadków tej osobliwej sceny.
Valentine cofnęła się i płakała ze spuszczoną głową.
Starzec patrzył na nią przez chwilę z głęboką czułością, następnie odwrócił się do notariusza i zamrugał kilkakrotnie oczyma w bardzo wymowny sposób.
- Nie? - zdziwił się notariusz. - Jak to? To nie pannie Valentine chce pan zapisać cały swój majątek?
- Nie.
- Nie pomylił się pan? - zawołał zdziwiony notariusz. - Na pewno mówi pan "nie"?
- Nie! Nie! - powtórzył Noirtier.
Valentine podniosła głowę. W osłupienie wprawiło ją nie to, że została wydziedziczona, ale to, że wzbudziła w dziadku uczucie, które zazwyczaj dyktuje podobny czyn.
Ale Noirtier patrzył na nią tak tkliwie, że zawołała:
- O mój kochany dziaduniu, widzę, że zabierasz mi tylko swój majątek, ale zostawiasz mi nadal swoje serce!
- Tak, tak, oczywiście - mówiły oczy sparaliżowanego, a przymknął je z takim wyrazem, że Valentine nie mogła się mylić.
- Dzięki, dzięki! - wyszeptała dziewczyna.
Tymczasem w sercu pani de Villefort zbudziła się nieoczekiwana nadzieja.
Podeszła do starca i zapytała:
- A więc kochany ojciec zapisuje fortunę wnuczkowi, Edwardkowi?
Stary zamrugał oczyma gwałtownie, jakby wyrażał nienawiść.
- Nie - stwierdził notariusz. - A więc obecnemu tu synowi?
- Nie.
Notariusze spojrzeli po sobie osłupiali.
Villefort i jego żona poczuli, że się czerwienią - on ze wstydu, ona ze złości.
- Ale co takiego zrobiliśmy, dziadku? Już nas nie kochasz? - spytała Valentine.
Starzec zerknął szybko na syna i synową, po czym zatrzymał pełne ciepła spojrzenie na Valentine.
- A więc - odezwała się - jeżeli mnie kochasz, dziadziu, spróbuj jakoś połączyć tę miłość z tym, co robisz teraz. Znasz mnie, wiesz, że nigdy nie myślałam o twoim majątku, zresztą mam podobno wielką fortunę po matce, nawet zbyt wielką. Wyjaśnij nam, o co ci chodzi.
Noirtier utkwił pałający wzrok w ręce Valentine.
- O moją rękę?
- Tak.
- O jej rękę! - powtórzyli wszyscy zebrani.
- Widzą państwo, że to wszystko było zupełnie niepotrzebne. Mój ojciec jest niespełna rozumu - rzekł Villefort.
- Och! Rozumiem! - wykrzyknęła Valentine. - Chodzi o moje małżeństwo, prawda, dziadku?
- Tak, tak, tak! - i z oczu sparaliżowanego wystrzeliły trzy błyskawice.
- Masz nam za złe ten projekt mariażu, czy tak?
- Tak.
- Ależ to niedorzeczność! - żachnął się Villefort.
- Pan daruje - wtrącił notariusz - ale przeciwnie, wszystko to jest bardzo logiczne, jedno wynika z drugiego.
- Nie chcesz, dziadziu, abym wyszła za pana Franza d'Epinay?
- Nie - dał znak starzec.
- I wydziedziczasz pan wnuczkę - zawołał notariusz - bo zawiera małżeństwo, które panu nie odpowiada?
- Tak.
- A gdyby nie ten mariaż, byłaby pańską spadkobierczynią?
- Tak.
Zapadło głębokie milczenie.
Notariusze się naradzali. Valentine złożyła dłonie i patrzyła na dziadka z uśmiechem pełnym wdzięczności. Villefort przygryzał cienkie wargi. Pani de Villefort nie mogła powstrzymać uczucia radości, które rozjaśniło jej twarz.
- Ale zdaje mi się - odezwał się Villefort, jako pierwszy przerywając milczenie - że tylko ja mam prawo oceniać korzyści, jakie przemawiają za tym związkiem. Tylko ja rozporządzam ręką mojej córki. Chcę, aby wyszła za pana Franza d'Epinay i tak będzie.
Valentine zalała się łzami i osunęła się na fotel.
- Proszę pana - zwrócił się notariusz do starca - co zamierza pan zrobić ze swoim majątkiem, jeżeli panna Valentine poślubi pana Franza?
Starzec nie odpowiedział.
- Ale zamierza pan nim jakoś rozporządzić, prawda?
- Tak.
- Na rzecz kogoś z rodziny?
- Nie.
- A więc na rzecz ubogich?
- Tak.
- Ale czy pan wie, że prawo zabrania wydziedziczać całkowicie syna?
- Tak.
- A więc rozporządzi pan częścią, którą prawo panu pozwala wyłączyć?
Noirtier nawet nie drgnął.
- Chce pan nadal rozporządzić wszystkim?
- Tak.
- Ale po pańskiej śmierci testament zostanie zakwestionowany.
- Nie.
- Mój ojciec zna mnie dobrze - odezwał się Villefort - wie, że jego wola będzie dla mnie święta. Prócz tego wie, że na moim stanowisku nie mogę procesować się z ubogimi.
Oczy Noirtiera zabłysły triumfalnie.
- I jaka jest pańska decyzja? - zagadnął Villeforta notariusz.
- Niezmienna, drogi panie. Mój ojciec już w duchu postanowił, a wiem, że nigdy nie zmienia swoich postanowień. Rezygnuję. Rodzina straci dziewięćset tysięcy franków, wzbogacą się dzięki nim szpitale, ale nie ustąpię kaprysowi starca i zrobię to, co mi nakazuje sumienie.
I Villefort wyszedł wraz z żoną, aby ojciec mógł spisać testament tak, jak sobie tego życzył.
Tegoż samego dnia testament został ukończony. Posłano po świadków, starzec potwierdził testament w ich obecności, akt zapieczętowano i złożono u pana Deschamps, notariusza rodziny.