1POCZĄTEK KOŃCA
Callie
Podłoga w lochu była wilgotna i z trudem udawało mi się utrzymać maleńkie kawałeczki sera na minitacce do podawania potraw. Właściwie była to cegła wyjęta z muru, a nie prawdziwa tacka, ale odwiedzającemu celę szczurowi raczej to nie przeszkadzało.
Zaśmiałam się na wspomnienie słodkiego pyszczka szatkującego okruchy krakersa z miodem, którego zostawiłam mu z wczorajszego posiłku. I natychmiast zastygłam z przerażenia. Zganiłam się w myślach za ten śmiech.
On nie lubił, kiedy wydawałam dźwięki. Wtedy się budził. Ostrzegał, że jeśli będę hałasować, znowu zrobią mi krzywdę. Wcisnęłam ciało w wątpliwe schronienie ciemności zalegających w kącie celi.
Moje palce odnalazły otwartą krwawą ranę na głowie, która dobitnie przypominała, do czego jest zdolny.
Wsunęłam jeden palec głębiej, wstrzymałam oddech i cała się naprężyłam. Zagryzłam zęby na obręczy obejmującej nadgarstek, żeby stłumić krzyk. Poczułam w ustach metaliczny smak krwi zmieszany ze smakiem żelaznych kajdan.
Świetnie, nadal coś czułam. Napięte mięśnie odrobinę się rozluźniły.
Pod wpływem tego nieznacznego ruchu łańcuch spinający okowy głośno zabrzęczał.
Zamknęłam oczy. Natychmiast otoczyła mnie ciemność, tylko pod mocno zaciśniętymi powiekami zamigotały plamki światła. Czułam dotyk twardego kamiennego muru. Przywarłam do niego z całych sił, marzyłam, żeby mnie połknął, zabrał z tego przerażającego lochu.
Czy go obudziłam?
Z oczu popłynęło mi kilka łez, cała dygotałam.
"Kurwa. Kurwa".
Trzęsłam się tak mocno, że teraz się bałam, by nie wyrwało go ze snu grzechotanie moich kości.
"Siedź cicho albo się obudzi i znowu zrobi ci krzywdę".
Chciałabym wiedzieć coś więcej. Zaczynałam kwestionować własną tożsamość. Jakby w jedno ciało wepchnięto dziesięć wersji mnie i z każdym dniem czułam coraz większą dezorientację.
Chciałabym choć przez chwilę po prostu być sobą. Już zapomniałam, jak to jest.
Na razie panowała cisza. Odetchnęłam z ulgą i znów skupiłam uwagę na tacy służącej do serwowania posiłków szczurowi.
Oczywiście mogłam mieć nadzieję, że wieczorem przyniosą mi chleb, szczerze jednak w to wątpiłam.
Wstrzymując oddech, przełożyłam nogi nad zardzewiałym łańcuchem łączącym kajdany i szeroko rozłożyłam ręce, tak by grube ogniwa otoczyły moje plecy i już nie wydawały żadnych dźwięków. Przesunęłam cegłę z okruchami pod mur, tam, gdzie wcześniej tkwiła. Usiadłam obok i cierpliwie czekałam, aż w otworze pokaże się wytęskniona istota. Tylko dzięki niej nadal nie postradałam zmysłów. Tylko na nią jeszcze czekałam.
Po chwili zjawił się wielki, brudny, bury szczur.
- Tak się cieszę, że wróciłeś - wyszeptałam z podekscytowaniem, prawie bezgłośnie. Ledwo miałam odwagę poruszać wargami, żeby nie narobić hałasu.
Szczur strzelił na boki oczami przypominającymi czarne paciorki, wyminął tacę z poczęstunkiem i wskoczył mi na kolana. Dzisiaj wydawał się większy. Ciemne futerko jakby się zagęściło. Całkiem zwariowałam czy naprawdę nabrał muskulatury?
- Mówiłem, żebyś nie odkładała dla nas jedzenia. Chcę ci pomóc w ucieczce, nie oczekuję, że będziesz mnie karmić - wyszeptał szczur, po czym wspiął się na moje ramię i pogładził pyszczkiem szyję.
Poczułam muskanie miękkiego futerka. Był taki ciepły i suchy, zupełnie inny niż cały ten loch.
- Zabierz jedzenie dla reszty. Chcę wiedzieć, że najadacie się do syta - nalegałam, wciąż bardzo, bardzo cichym głosem, nie dlatego, że chciałam zachować naszą rozmowę w tajemnicy, ale ze względów ostrożności.
Wiele razy powtarzał, że zamkowe szczury mają dobrą opiekę, ale nie mogłam znieść myśli, że jakieś stworzenie w tym koszmarnym miejscu być może cierpi głód.
- Nic nie mów, proszę. Nie chcę, żeby znów zrobili ci krzywdę - odpowiedział szeptem jeszcze delikatniejszym niż wcześniej. - Którykolwiek z nich. - Urwał i spojrzał w przeciwległy kąt ciemnej celi. - Przyszedłem cię poinformować, że on tu zaraz będzie i że cię zawiodłem. Ale nie poddawaj się, proszę. Znajdziemy sposób... - Nagle przenikliwie pisnął, zbiegł z mojego ramienia i z donośnym chrząknięciem czmychnął do dziury. W tej samej chwili rozległ się głuchy huk - w ścianę uderzył wielki kamień, dosłownie o milimetr mijając łysy szczurzy ogon.
A więc się obudził.
Odskoczyłam do tyłu, choć oczywiście nie mogłam w ten sposób powiększyć odległości dzielącej mnie od potwora. Szybko przełożyłam nogi nad łańcuchem wiążącym moje nadgarstki, żeby swobodniej poruszać rękami. Chociaż i tak nie mogłam się bronić.
- Co ja mówiłem, istoto ludzka? Czy nie ostrzegałem, co cię czeka, jeśli mnie obudzisz? - zadudnił niski, ochrypły głos.
Brzmiał przerażająco. Ani za cicho, ani za głośno, akurat tak, by postawić wszystkie zmysły w stan alarmu i zmienić kości w miękkie szmatki. Żaden człowiek nie potrafi wydać takiego dźwięku.
No tak, ale to nie był człowiek.
Z potężnym drżeniem zmienił się z powrotem w stwora przypominającego pieniek, ledwo sięgającego mi do pasa. Miał wydłużony tułów pokryty czymś na kształt kory, wściekłą śniadą twarz, a ramiona i nogi porośnięte na końcach głośno szeleszczącym listowiem. Wlepiał we mnie wielkie, czarne, pozbawione wyrazu oczy. Poniżej ział otwór gębowy.
- Prze-przepraszam. Błagam, połóż się i zaśnij, już będę cicho, przysięgam - wydukałam. Każdą cząstką napiętego ciała pragnęłam, by mnie posłuchał.
Znowu zadrżał i wypuścił gałęzie, ostro zakończone i pokryte cierniami.
- Pójdę spać, jak już cię zabiję i wykorzystam, długo i powoli, ludzka szmato - wychrypiał stwór zwany leśnym bagniakiem, po czym ruszył ku mnie.
Ciernie zgrubiały i skierowały się do przodu, gotowe wbić się w moją skórę jak haczyki w ciało ryby.
- Proszę! - krzyknęłam.
Jeszcze mocniej wcisnęłam plecy w mur. Skąpa czarna sukienka nie chroniła mnie przed jego chłodnym dotykiem.
- To jeszcze jej nie zabiłeś? - zagrzmiał głęboki głos. Drzwi celi się otworzyły i do środka wszedł on.
Towarzyszyło mu chyba z piętnastu uzbrojonych strażników. Z wyraźną niechęcią zrobił krok do przodu.
Bagniak natychmiast się skurczył, schował ciernie i wrócił do postaci kamienia.
- Panie, lepiej nie zbliżać się do zabójczyni. Wyciągniemy ją stąd. Wyjdź stąd, proszę! - zawołał jeden ze strażników, zachodząc drogę ogromnemu umięśnionemu elfowi.
Ten nagle jakby się ocknął i pospiesznie opuścił celę. Obserwował mnie zza krat, gdy strażnicy weszli do środka.
- Proszę, nie! - krzyknęłam, ale oni mnie chwycili i otoczyli ścisłym kręgiem. Wywlekli mnie z ciasnej celi na oświetlony pochodniami korytarz.
- Dokąd, panie? - zapytał inny strażnik. Tamci wciąż tłoczyli się dokoła, tworząc zaporę między mną a księciem z Mrocznego Dworu, jednocześnie zmuszając mnie, bym za nim szła.
- Do krwawej komnaty. Dość mam tej przedstawicielki ludzkiej rasy. To idealne miejsce, by pomalować ściany jej śliczną posoką.
2TROCHĘ WCZEŚNIEJ
Callie
Przesunęłam rękami po ciepłym od słońca skórzanym obiciu kierownicy, modląc się w myślach.
Stara furgonetka wydała z siebie charkot i zadrżała. Odetchnęłam z ulgą, a potem zjechałam niżej na fotelu. A więc nie zniszczę sobie reputacji. Zero spóźnień, zero zwolnień na ostatnią chwilę.
Robiłam dobrą robotę.
Samochód ruszył. Pod kołami zatrzeszczały gałązki, które spadły na kręty żwirowy podjazd. Po chwili mój uroczy domek został z tyłu. No dobra, może "domek" to lekka przesada... podobnie jak "uroczy". Ale słowo "chata" kojarzyło mi się ze starą budą myśliwską pośrodku niczego. A mój dom był znacznie, znacznie ładniejszy. Kupiłam go dwa lata temu niemal za bezcen, od pewnego wdowca obdarzonego pokaźnym brzuchem, łysiną i skłonnością do zabijania większej liczby mulaków białoogonowych niż pozwalała mu na to licencja. Czy próbował mnie przekupić? Pewnie tak. Chodziły słuchy, że umawiam się ze strażnikiem łowieckim, a w tak małym miasteczku ludzie zrobią wszystko dla dodatkowych korzyści, zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę pozwoleń na mulaki. I może nawet nie miałabym im tego za złe, tyle że pozwolenia wprowadzono w celu kontrolowania populacji dzikich zwierząt. Kiedy zaś ludzie uznają, że sami potrafią ocenić, ile sztuk wolno im odstrzelić, wszelkie wysiłki związane z ochroną przyrody, o statystykach nie wspominając, biorą w łeb i zaczynają się kłopoty. Zresztą próby przekupstwa nie miały większego znaczenia, bo i tak nie spotykałam się z Cliffem, a sam Paul Bebzun zmarł kilka dni po tym, jak kupiłam od niego dom.
Na wspomnienie Cliffa, przystojnego strażnika łowieckiego, moje dłonie mocniej zacisnęły się na kierownicy. Szybko jednak wzięłam się w garść. Nigdy nie byliśmy na randce i tak miało pozostać. Kiedy zjawiłam się tu jako specjalistka od ochrony przyrody zatrudniona na państwowej posadzie, Cliff przywitał się ze mną jako jeden z nielicznych lokalsów. Reszta nie życzyła sobie, żeby jakaś nadęta, pretensjonalna pańcia wtykała nos w ich sprawy (dosłownie taką uwagę usłyszałam na własne uszy w Sizzlerze w Maulberry), przyjeżdżała do ich ukochanego grajdołu, zakazywała wyrywania trojeści i uszczelniała pozwolenia łowieckie. Oprócz Cecelii z ośrodka rehabilitacji zwierząt byłam jedyną kobietą pracującą w parku stanowym i większość mężczyzn nie traktowała mnie poważnie, a tych, którzy mieli odmienne zdanie, spotykały oskarżenia o romans ze mną. Zapewne jest to typowe dla małych miasteczek.
Wprawdzie nie przypominam sobie, żeby w moim panowała tego rodzaju mentalność, ale wyjechałam stamtąd jako dziecko.
Liczyłam sobie dwadzieścia dziewięć lat, nie miałam męża ani dzieci, miałam za to jasne włosy do pasa i całkiem niezłą figurę (spróbujcie łazić dzień w dzień po tych górkach), więc lokalne kobiety chyba uznały, że przybyłam tu, by przeprowadzić tajną akcję i odebrać im zapuszczonych, mizoginistycznych, wsiurskich mężusiów lub też zgarnąć wszystkie dostępne wolne sztuki we wranglerach i z nieodłącznym tytoniem pod dolną wargą. W sumie, jak tak pomyśleć, była to całkiem pochlebna teoria. Ale cóż, minęły dwa lata, a ja wciąż musiałam o tym myśleć. I z czasem ta opinia coraz mniej kojarzyła mi się z komplementem, a coraz bardziej... z samotnością.
Rozważałam, czy nie zatrzymać się na kawę na lokalnej stacji benzynowej, ale ostatecznie zdecydowałam, że to zły pomysł. Nie chciałam ryzykować, że furgonetka znów nie zapali. Zresztą kawa nie należała do najlepszych, nawet jak na standardy stacji benzynowej, a gdybym miała tam siedzieć i znowu słuchać, jak miejscowi gadają o Szurniętym Earlu, lokalnym pijaczku tropiącym Wielką Stopę, chyba wolałabym od razu rzucić pracę i wyjechać.
Na szczęście zwykle towarzyszył mi Cliff, który potrafił ich trochę uciszyć. Nie znosił Szurniętego Earla. Nie miałam okazji oficjalnie poznać tej sławnej osobistości, ale słyszałam tyle historii na jego temat, że mogłabym napisać książkę.
Zanotowałam sobie w pamięci, że powinnam sprawdzić las za stacją benzynową pod kątem występowania Amanita muscaria. Pod tą nazwą kryje się muchomor czerwony, trujący grzyb, który spożywany w odpowiednio małych ilościach nie zabija, lecz sprawia, że człowiek zachowuje się jak... szurnięty. A Earl niemal nie wychodził z tego lasu. Już chciałam zawrócić, by przekonać się, czy moje przypuszczenia są słuszne, gdy nagle przez drogę przemknął kłębek brązowych piór zakończony długą szyją.
Gruchot przyhamował gwałtownie z piskiem opon, w ramach protestu wypuścił chmurę czarnego dymu rozmiarów słonia i zgasł. Humorzasty potwór ze śrub i metalu, gorszy niż facet.
- Psiakostka, Dorothy! - Zatrzasnęłam drzwi furgonetki i ruszyłam piaszczystą drogą w stronę indyczki, mojej nieustępliwej prześladowczyni.
Na szczęście byłam już na podjeździe prowadzącym do ośrodka rehabilitacji, postanowiłam więc, że gruchotem zajmę się później. Dorothy biegała pośród wysokich pałek trzciny jak brzdąc, który wyrwał się rodzicom. Miała szczęście, że nie wpadła pod samochód i teraz tylko z powodu swojego uszkodzonego skrzydła pląsała dokoła jak marna instruktorka zumby.
Upewniłam się, że nic nie jedzie, chociaż wiedziałam, że nie, ponieważ droga prowadziła do tylnego wejścia. Pacnęłam na żwirową drogę z wdziękiem budyniu, starając się nie patrzeć w lewo, na dymiącą furgonetkę. Może jeśli na chwilę o niej zapomnę, to jednak się uruchomi?
Ale nie nacieszyłam się odpoczynkiem, bo zaraz przybiegła indyczka i zaczęła wchodzić mi na kolana. A gdy osiągnęła swój cel, z długiej szyi dobiegły radosne kwiki i gulgoty. Mimo woli się uśmiechnęłam. Należała do moich pacjentów z ośrodka. Wprawdzie zajmowanie się zwierzętami nie figurowało na liście moich obowiązków, ale ponieważ był tu tylko jeden weterynarz, często służyłam pomocą w tej dziedzinie. I nie miałam nic przeciwko temu, bo znacznie bardziej odpowiadało mi towarzystwo zwierząt niż ludzi.
- Właśnie szłam cię odwiedzić. Nie musiałaś znowu uciekać. Ciesz się, że cię nie przejechałam - zganiłam Dorothy, wpatrującą się we mnie paciorkowatymi oczami, i przytknęłam nos do jej szyi. Nagle usłyszałam chrupanie żwiru pod kołami i mocniej ją objęłam.
Podniosłam się z ciężką pacjentką na rękach, ostrożnie, pamiętając o uszkodzonym skrzydle, i zeszłam na bok. Nawet się nie obejrzałam, przekonana, że to Cecelia szuka zbiegłej pacjentki.
- Wisisz mi piątaka - odezwał się męski głos.
Od razu zidentyfikowałam jego właściciela, jeszcze zanim zobaczyłam pikap strażnika łowieckiego.
- Niczego ci nie wiszę, Cliff. Jeśli jesteś tak głupi, żeby się zakładać z Cecelią, to raczej ty powinieneś mi oddać pięć dolarów - odparowałam z szerokim uśmiechem i podeszłam do szarego forda z przystojniakiem wychylonym z okna.
Wyglądaliśmy w naszych identycznych mundurach w odcieniach khaki i zieleni tak odmiennie, jak to tylko możliwe. Ja w swoim tonęłam jak w za dużej koszuli ukradzionej ojcu, Cliff zaś prezentował doskonale opięte atletyczne ciało niczym model z katalogu najnowszych ciuchów outdoorowych.
Przystojniak zerknął zza aviatorów w złotych oprawkach i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać Dorothy po szyi. Najpierw się nastroszyła i cofnęła, w końcu jednak łaskawie pozwoliła na pieszczotę.
- W życiu czegoś takiego nie widziałem - stwierdził ze stuwatowym wyszczerzem przyklejonym do nieogolonej twarzy.
Czasem niesamowicie przypominał mi mojego najlepszego kumpla z rodzinnych stron. Coś w tym sympatycznym sposobie... Natychmiast kazałam sobie przestać.
Nie chciałam odgrzebywać teraz wspomnień o tym człowieku.
- Czego niby? - zapytałam, rozglądając się.
Bursztynowe słońce zaczynało nieźle grzać, czułam kropelki potu na linii włosów. Pomyślałam, że zaniosę Dorothy do klimatyzowanego wnętrza albo wypuszczę ją do cienistego lasu. Zapowiadał się upalny dzień, rowek między moimi cyckami już nieprzyjemnie spływał wilgocią.
- Czegoś takiego jak ty, Callie. Wszystkie stworzenia do ciebie lgną, nawet te dzikie. Jesteś jak jakaś zakichana księżniczka Disneya. - Uśmiechnął się i rzucił mi spojrzenie sugerujące, że nie tylko indyki łakną mojego towarzystwa.
Nerwowo przestąpiłam z nogi na nogę. Zastanawiałam się, jak by tu uprzejmie wyjaśnić Cliffowi, że wolałabym iść na randkę z Dorothy niż z nim. Nie żebym miała coś przeciwko niemu, był fajny jako znajomy. Po prostu nie zamierzałam utknąć na wieczność w tym miasteczku, a poza tym z zasady nie wdawałam się w romanse z kolegami z pracy.
- Ona raczej nie jest dzika - zauważyłam, trącając nosem szyję Dorothy.
Przyszła na świat z niesprawnym skrzydłem i od pisklaka mieszkała w ośrodku. Ale moje starania przynosiły efekty, a zamierzałam wypróbować jeszcze kilka pomysłów, jak ten feler naprawić.
- Muszę ją zabrać do środka. Widzimy się później?
Ruszyłam w stronę budynku, ale nagle drogę zagrodziła mi tylna część pikapa.
- A jak zamierzasz wrócić do domu, mądralo? Chcesz wyhodować sobie skrzydła i pofrunąć? Twoja furgonetka ostatecznie padła. Mówiłem już miesiąc temu, że jazda nią to spore ryzyko. - Wciąż powoli się cofał, świdrując mnie wzrokiem, z arogancko uniesionymi brwiami.
- Na szczęście nie słucham wszystkiego, co mówisz - burknęłam.
- Wsiadaj, podwiozę was. - I w końcu zatrzymał się pośrodku drogi, kompletnie blokując mi przejście.
Kiedy wsiadłyśmy, Dorothy znów się nastroszyła, ale czekała nas bardzo krótka podróż i wiedziałam, że nic jej nie będzie.
Dwie minuty później zajechaliśmy pod tylne wejście. Pomalowane na biało cegły lśniły w słońcu. Na parkingu od frontu stały tylko dwa samochody, w tym jeden należący do Cecelii. Wysiadłam i stwierdziłam, że całe spodnie mam w indyczych kupach.
Wspaniale.
Postawiłam winowajczynię na ziemi i zaczęłam się wycierać, groźnie na nią łypiąc, żeby wiedziała, jaka jestem niezadowolona.
- Dokąd się wybierałeś? Nad jezioro? - zapytałam Cliffa i dopiero wtedy zauważyłam, że gada przez telefon.
- Don, stało się. W końcu się rozkraczył. - Obrócił się w moją stronę z szerokim wyszczerzem. - Ja wiem, jej to powiedz. Mnie za nic nie chce słuchać. Może przyślesz Wally'ego, żeby zabrał tego rzęcha? No weź, stary, zrób to dla mnie. Napraw grata, to w przyszłym tygodniu zabiorę was obu na ryby. W moje specjalne miejsce. - Przewrócił oczami i się rozłączył. - Teraz to naprawdę wisisz mi kolację. - Znowu się wyszczerzył, a z dodatkiem szczypty arogancji jego ogorzała twarz nabrała wyjątkowego czaru.
- Zapomnij o kolacji. Ja też chcę zobaczyć to twoje specjalne miejsce. Nie wiem, czy wiesz, ale prognozuje się, że przyszłej wiosny populacja bassów spadnie o trzynaście procent - rzuciłam oskarżycielskim tonem.
Przewrócił oczami.
- Ciebie na pewno tam nie zaprowadzę. Jeszcze zabronisz mi wędkować! - wykrzyknął z udawaną rozpaczą.
Jak na strażnika łowieckiego miał zdumiewająco swobodne podejście do ochrony przyrody. Nic dziwnego, że musieli mnie zatrudnić.
- Głuptasie, nie zamierzam zakazywać ci wędkowania. Chcę obejrzeć to miejsce. Jeśli bassy dobrze się tam mają, może dałoby się odtworzyć tamtejsze warunki i w ten sposób zachęcić ryby do rozmnażania. - Przy tych słowach poczułam piekący rumieniec na twarzy. - Dzięki, że zadzwoniłeś do Dona. Ostatnim razem powiedział, że szybciej podpali tego gruchota, niż znowu będzie go holował. - Uśmiechnęłam się na wspomnienie zeszłorocznych wydarzeń.
- Wiesz, władze stanowe nie są takie złe, na pewno z radością przyznałyby służbowy samochód pewnej przemądrzałej paniusi, gdyby tylko miały pewność, że zostanie tu na dłużej. - Mówił szorstko i burkliwie, z nieznacznym wsiurskim akcentem słyszalnym tylko przy ostatnich sylabach.
- Ale wzorce migracji monarchy nie będą na mnie czekać. - Strzepnęłam z rękawa zaplątane indycze piórko. - Jak tylko zadzwonią, ruszam do Meksyku, bejbi!
Jeszcze nie zdążyłam dokończyć zdania, a już wyczułam zmianę energii. Przypomniałam sobie, dlaczego tak trudno znaleźć przyjaciół, kiedy wciąż się przenosisz.
Nie rozumieją, dlaczego wyjeżdżasz.
Pokonałam betonowe stopnie prowadzące do tylnego wejścia i już miałam otworzyć wielkie aluminiowe drzwi, gdy Cliff dorzucił:
- Przyjadę po ciebie o szóstej, Callie Peterson. Powiem Tomowi, żeby zostawił tu jeepa, gdybyś chciała się pokręcić po okolicy.
- Jeśli Tom zostawi dla mnie jeepa, to na co mi będziesz potrzebny? - Posłałam mu uśmiech i pociągnęłam za wielką metalową klamkę, by wpuścić Dorothy do środka.
Cierpliwie odczekała, aż służąca z gatunku homo sapiens otworzy drzwi na tyle szeroko, by zmieściło się w nich spore pierzaste ciało, a wtedy dumnie wkroczyła do środka, jakby budynek był jej własnością.
- Na to, że dziś wieczorem zabieram cię w moje specjalne miejsce. Weź te swoje kujońskie notesiki, a ja wezmę dla ciebie wędkę. Życzysz sobie kanapkę z pepperoni? - zawołał, wycofując samochód. Najwyraźniej nie uznawał mojego ewentualnego "nie" za prawomocną odpowiedź.
Przewróciłam oczami tak mocno, że prawie się zacięły.
- Podwójne pepperoni, skoro stawiasz!
Nie chciałam go zwodzić ani robić mu fałszywych nadziei, ale miałam tak nielicznych znajomych, że chociaż starałam się trzymać wszystkich na dystans, czasem jednak doskwierała mi samotność.
- Callie Peterson, skończ już te flirty i chodź tu natychmiast! - Starczy głos Cecelii, zabarwiony nutą rozpaczy, odbił się echem po całym budynku.
- Już idę. Co się dzieje?
Zapędziłam Dorothy do kojca, który nie był zamykany od góry. Zauważyłam kilka piór na podłodze. A więc wyfrunęła! A to znaczyło, że smarowidło, które opracowałam w zeszłym tygodniu, naprawdę działało!
Z podekscytowania mało się nie wywaliłam. Wpadłam do środka przez podwójne drzwi... i wrzasnęłam dziko.
3ODRZUCENIE Z DOMIESZKĄ PRZYGODY
Callie
Próbowałam stłumić przerażający dźwięk, ale na próżno. Podkładka do pisania wypadła Cecelii z rąk i z hukiem uderzyła o podłogę. Oszołomiona kobieta kurczowo chwyciła się brzegu wielkiego metalowego biurka. Stojący za nią listonosz aż podskoczył.
- Matko święta! Callie, może przestaniesz się wydzierać i raczysz wreszcie odebrać tę swoją paczkę? - Głos siwowłosej kobiety brzmiał dość ostro, ale mogłabym przysiąc, że dostrzegłam w jej oczach błysk rozbawienia.
Łączyła nas interesująca relacja. Cecelia udawała, że mnie nie cierpi, ja zaś, że bardzo się tym przejmuję. Tak naprawdę od pierwszej chwili była dla mnie przemiła. Mogłabym ją nawet określać mianem przyjaciółki, ale na pewno nie wyglądałoby to najlepiej w oczach jej ziomków, dlatego od czasu do czasu robiła przedstawienie, aby lokalsi wiedzieli, że nie może znieść mojego żywiołowego usposobienia. W każdym razie miałam nadzieję, że tylko udawała.
- Mój mikroskop! - pisnęłam i podbiegłam do stojącego na biurku wielkiego brązowego pudła.
Złoty blask lał się z nieba na przesyłkę, anioły śpiewały triumfalny hymn - w każdym razie w mojej głowie.
Cecelia dramatycznym ruchem podniosła podkładkę, po czym dokończyła przerwane zadanie i oddała podpisane potwierdzenie zaszokowanemu listonoszowi.
- Mówiłam, że jest walnięta! - wykrzyknęła tak, żebym na pewno usłyszała, a listonosz pospieszył do głównego wyjścia.
Podniosłam pudło i prawie biegiem ruszyłam do swojego gabinetu, żeby je otworzyć. Gdyby było lżejsze, może nawet spróbowałabym naprawdę biec. No i gdyby nie cena. Czekałam na ten sprzęt niemal rok. Rok! Ręce zaczęły mi się trząść, z podekscytowania widziałam wszystko jak przez mgłę. To przebijało wszystkie gwiazdkowe prezenty, zwłaszcza że przestałam je dostawać we wczesnym dzieciństwie.
To był ALMScope B/20c, najlepszy z dostępnych na rynku złożonych mikroskopów świetlnych. Właśnie ten! Kiedy na prośbę o nowy sprzęt Stanley, mój szef, odparł, że "muszę sobie radzić z tym, co mam", postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Stary przestał działać dobrych kilka miesięcy temu. A mikroskop był mi bezdyskusyjnie potrzebny. Jak inaczej miałam je znaleźć? Bez tego nie mogłam posunąć naprzód wielu swoich projektów. Poza tym zamierzałam zabrać go ze sobą do Meksyku, kiedy wreszcie zadzwonią, żebym przyjechała pomóc tropić monarchy. Dzięki niemu cały proces przyspieszy. I na pewno je znajdę.
Bił ode mnie blask, byłam o tym przekonana. Jakby ktoś wlał do mojego organizmu świeżą porcję nadziei.
Postawiłam pudło na metalowym biurku, ignorując stojącą po prawej stronie klatkę pełną przecudnych szaroburych króliczków. Dzisiaj miałam dać im wolność. Zapisałam sobie w pamięci, żeby poprosić o pomoc Cliffa. Wypuścimy je na łące, zanim zabierzemy się za inne zadania. Poza tym musiałam poszukać w książkach i listach szczegółowych informacji od mojej rodziny, kiedy będę miała szansę je zobaczyć.
Z jednorazowego kubka służącego mi za niezwykle eleganckie naczynie na przybory biurowe wyjęłam nożyczki z pomarańczowymi uchwytami i rozcięłam taśmę. Niemal drżąc z radości, odwinęłam bibułkę, wyciągnęłam styropian i oto moim oczom ukazał się (tutaj: anielskie śpiewy i migotliwe światła) najpiękniejszy mikroskop złożony na świecie!
Mogłabym go uściskać! Zalała mnie fala szczęścia, gdy ostrożnie przycisnęłam lśniący sprzęt do piersi i zamknęłam oczy. Nareszcie poczułam coś na kształt spokoju. Od tej chwili wszystko powinno być już dobrze.
Właśnie szykowałam szkiełka przedmiotowe, żeby wypróbować to cudo techniki, gdy zadzwonił telefon - z ciemnozielonego plecaka leżącego na podłodze dobiegły donośne dźwięki Czterech pór roku Vivaldiego.
Ze złością i w stanie umysłu godnymi nadąsanego kaszojada ruchem bardzo ostrożnym, a jednocześnie dramatycznym, położyłam szkiełka na biurku, upewniłam się, że są bezpieczne, i dopiero wtedy wyciągnęłam z przedniej kieszeni plecaka iPhone'a w etui z motywem ciem. Nie rozpoznałam numeru, dlatego postawiłam na bardzo oficjalną i profesjonalną wersję powitania.
- Halo, tu Cal... Callie Peterson.
- Callie, mówi Mary. Jak się masz?
Zamarłam, bałam się choćby drgnąć, w obawie, że nawet najlżejsze poruszenie moich kończyn może negatywnie wpłynąć na przebieg tej rozmowy. Dzisiejszy dzień miał być najlepszym w całym moim życiu.
- Mary, o kurza stopa. Mary z Towarzystwa Badaczy Motylich Migracji?
O. Kurza. Stopa. To się działo naprawdę! O tej rozmowie marzyłam od lat.
Kobieta cicho się zaśmiała.
- Tak, ta od motyli. Posłuchaj, właśnie przejrzałam twoją zeszłoroczną pracę dotyczącą migracji Actias luna. Nie mieliśmy pojęcia, że tak licznie występują w Willow Springs! Twoje przemyślenia w kwestii użycia grzybni w celu zwalczania Compsilura concinnata są po prostu zdumiewające.
Przesunęłam się w stronę krzesła, ostrożnie, żeby nie zakłócić rozmowy najlżejszym dźwiękiem. Moje ciało na sekundę zawisło w powietrzu. Błagałam w myślach, żeby koszmarne skrzypienie kółeczek nie popsuło tej pięknej chwili.
- Och, dziękuję! Już we wczesnym dzieciństwie miałam coś w rodzaju obsesji na punkcie skrzydlatych stworzeń. Jeśli tylko mogę im pomóc, bardzo chętnie poświęcę temu czas. Prowadzimy trzy podobne badania na Pteropus scapulatus. Rudawki wykazują obiecujące wyniki w kwestii odporności w walce z pasożytami. - Odetchnęłam.
Czy aby nie zareagowałam zbyt entuzjastycznie? Ale czułam, że po prostu muszę tropić monarchy - badania na księżycówkach amerykańskich wydawały się bezcelowe.
- Cóż, posłuchaj, wiem, że to dla ciebie ważne, ale... jak by to powiedzieć? - Wiedziałam, że alt tej kobiety na zawsze zapisze się w mojej pamięci.
Oby miała dla mnie pomyślne wieści, błagam!
- Co takiego? - zapytałam, próbując zapanować nad głosem, żeby z podekscytowania nie podskoczył o siedem oktaw, bo przecież byłam właściwie pewna, co za chwilę usłyszę. Inne opcje były wykluczone.
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że jeśli otrzymasz stanowisko w Meksyku, na które aplikujesz, spędzisz w terenie... całe lata? Niektórzy członkowie naszego stowarzyszenia martwią się, że taka młoda ślicznotka... cóż, w pewnym momencie może zapragnąć czegoś więcej niż samotne gonitwy za motylami. To nie jest aż tak prestiżowe zajęcie, jak mogłoby się wydawać. Nie masz dzieci ani męża, a ja nie zamierzam wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale czy nie uważasz, że takie pragnienia mogą się pojawić? Zwłaszcza biorąc pod uwagę twój wiek.
Próbowałam oddychać, ale zapomniałam, jak to się robi. Ciemność podpełzła w pole mojego widzenia. Słyszałam odmowę w głosie Mary.
- Nie. - Czułam obezwładniającą frustrację. - Nie mam dzieci ani męża i nie zamierzam tego zmieniać. To, że liczę sobie dwadzieścia dziewięć lat, jeszcze nie znaczy, że moje hormony oszalały i nagle poczułam nieodpartą potrzebę reprodukcji, Mary. Wiem, na jakie stanowisko aplikowałam, i zamierzam doprowadzić swoje plany do końca. - Czy aby nie zabrzmiało to za ostro? Na wszelki wypadek dorzuciłam zduszony śmieszek.
- Skarbie, uwierz mi, ja o tym wiem. Po prostu osoby uczestniczące w tym projekcie są w większości starsze, mają dorosłe dzieci, przeszły na emeryturę. Sama rozumiesz. Już się nażyliśmy, łatwiej nam się skupić na pracy. Posłuchaj, jestem przekonana, że świetnie byś się sprawdziła. Od bardzo dawna nie widziałam tak ciekawych opracowań teoretycznych jak te, które nam przesłałaś. Mogą okazać się przełomowe dla ochrony motyli. I nie interesuje mnie twoje życie prywatne. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby przekonać pozostałych.
- Emm... dzięki. - Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować.
Zabrakło mi słów. Czułam się tak, jakby ktoś mnie walnął, odebrał dech w piersi. Cała ta żenująca rozmowa była jak gruby mokry koc klejący się do skóry.
- Actias luna powinny pojawić się w waszej okolicy w przyszłym tygodniu, prawda? Z tego, co zrozumiałam, one również poważnie cierpią z powodu Compsilura concinnata. Możesz poczytać sobie za sukces, jeśli w ogóle zobaczysz w tym roku choćby jedną sztukę, ale jeśli jednak dopisze ci szczęście... Tak czy inaczej, masz moje wsparcie, Callie. Porozmawiam z resztą, opowiem im o twoim zaangażowaniu. Prześlij zdjęcia ciem, jeśli uda ci się zrobić porządne!
Głos kobiety mieszał się z moim niepokojem.
- Jasne, Mary. Informuj mnie na bieżąco.
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na biurko. Było mi wszystko jedno, czy się rozbije na milion kawałeczków. Odwróciłam się i popatrzyłam na nowy mikroskop. Niebiański blask i anielskie śpiewy ustąpiły miejsca nieprzyjemnej myśli, że wydałam bardzo dużo pieniędzy, chociaż powinnam oszczędzać na prowadzenie dalszych badań nad motylami.
Wiedziałam, że nie dostanę się do tego projektu.
Obróciłam się na krześle. Straciłam zainteresowanie nową zabawką. Rozległa się seria krótkich pisków - Dorothy wyfrunęła z kojca i dumnie wkroczyła do mojego gabinetu. Podjechałam do niej na krześle i pogłaskałam ją po grzbiecie.
- Proszę, proszę, zdolniacho, wymiatasz - powiedziałam śpiewnie.
Cecelia zatrzymała się w korytarzu i oparła o metalową ościeżnicę.
- Wadliwy? - zapytała, ruchem głowy wskazując mikroskop tkwiący pośród bałaganu na biurku.
Splotła na piersi pomarszczone ramiona. Dopiero teraz zauważyłam, jakie ma obwisłe cycki. Zbliżała się do sześćdziesiątki, miała dość potężną górną część ciała i cienkie nóżki. Granatowy uniform podkreślał szarość oczu. Popatrzyła na mnie zza okularów w dużych oprawkach, jak matka karcąca spojrzeniem nadąsane dziecko. Odgarnęła z twarzy siwawo-żółte kosmyki składające się na postrzępioną fryzurę typu płetwa.
- Yyy, nie wiem. Jeszcze go nie rozpakowałam. Właśnie dzwoniła babka od motyli, z tej grupy badawczej w Meksyku. - Usiadłam wygodniej i podciągnęłam kolana pod brodę.
Dorothy dokonywała inspekcji klatek i pudeł rozstawionych na całej przestrzeni mojego gabinetu. Było to nieduże pomieszczenie z podłogą w czerwono-żółte cętki, ścianami z białych płyt cementowych i z jednym zasłoniętym oknem wychodzącym na las oraz parking.
Cecelia poruszyła się na wspomnienie o babce od motyli, jakby i w niej ten temat wywoływał podekscytowanie.
- No i? Co powiedziała, Callie? Jedziesz do Meksyku? Za chwilę nas zostawisz? - Jej szare oczy patrzyły zza okularów z intensywnością godną jastrzębia.
- Nie wydaje mi się. - Kiedy wypowiedziałam te słowa na głos, stały się konkretne i prawdziwe. Natychmiast zapragnęłam je cofnąć. - Nie powiedziała kategorycznie "nie", ale... Wygląda na to, że inni naukowcy się martwią, że porzucę projekt w połowie, by wydać się za mąż i wyprodukować dzieci. Twierdzą, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat jeszcze nie doświadczyłam życia.
Nie mogłam na nią spojrzeć. Bałam się, że zobaczę kolejną osobę zgadzającą się z tą opinią. A chociaż raz chciałam, żeby ktoś mnie poparł. Dlaczego wszystko było takie trudne?
- No i bardzo dobrze - odparła zaczepnie.
- Dobrze? - powtórzyłam z lekkim zaskoczeniem. - Całe życie poświęciłam ochronie dzikich gatunków i chociaż nadal pragnę robić tylko to, nie dostanę wymarzonej pracy, i to właśnie dlatego, że niczym innym się nie zajmuję - prychnęłam. - Zamiast chodzić na randki, ślęczałam po nocach nad badaniami. Zamiast spędzać weekendy z rodziną, siałam trojeść dla monarchów, a teraz mam się pożegnać z marzeniem, bo niby za bardzo się zaangażowałam? - Zerwałam się z krzesła, bliska krzyku. Wszystko rozpadało się na kawałki w równie szybkim tempie, jak wcześniej się poskładało.
- No i co z tego? Ja na przykład bardzo się cieszę, że cię nie chcą. Mam dosyć twojego gadania, że musisz jechać aż do Meksyku, żeby osiągnąć coś ważnego. Popatrz tylko, czego do tej pory udało ci się dokonać w tej dziurze. Zrobiłaś więcej dla lokalnej przyrody niż my wszyscy razem wzięci. Bardzo dobrze, że nie wyjeżdżasz. - Zakończyła tyradę donośnym chrząknięciem.
Miała dobre intencje i normalnej osobie zrobiłoby się ciepło na sercu, ale ja miałam czasem tak, że czułam jakby tylko połową serca.
Nie zamierzałam pozwolić, żeby coś mi przeszkodziło w osiągnięciu zamierzonego celu. A częścią tego planu było dostanie się do prywatnego stowarzyszenia zajmującego się migracjami motyli dziennych i nocnych.
- Cóż, jeszcze nie powiedziała ostatecznie "nie". Obiecała, że z nimi porozmawia, ale słyszałam to w jej głosie. Może i dobrze, że nie pojadę - uznałam, próbując pocieszyć samą siebie i Cecelię.
- Tak jest, jebać ich! - wykrzyknęła, aż podskoczyłam.
- Jezu, Cecelio! - Zarumieniłam się w reakcji na tak wulgarne słowa.
Nazwijcie mnie staromodną, ale Callie Peterson po prostu nie należy do osób używających prostackiego słownictwa. Jestem naukowczynią, nie szewcem. Czy to dziecinne? Tak czy inaczej, poczułam się, jakbym usłyszała coś, czego nie powinnam.
- Nie są ci do niczego potrzebni. Zajmij się naszymi zasranymi lokalnymi motylami. Pokaż snobom, co stracili. - Cecelia obróciła się na pięcie i z uśmiechem wymaszerowała z gabinetu.
- Masz rację! Nie są mi wcale potrzebni! - powiedziałam i poczułam lekki przypływ mocy.
Przyjechałam tu, żeby obserwować księżycówki, a do tej pory nie widziałam jeszcze ani jednej. Może to był znak, by skupić się na tym, co miałam pod ręką.
Wsparłam dłonie na biodrach obleczonych tkaniną w kolorze khaki i popatrzyłam na indyczkę, wciąż zajętą inspekcją gabinetu, oraz na maleńkie króliczki wlepiające we mnie zaciekawione ślepia.
- Już ja im pokażę! Uratuję nasze zas... - Odkaszlnęłam i zamruczałam pod nosem jak dziecko. Nie potrafiłam przeklinać. - Zakichane lokalne motyle! No, ćmy, tak gwoli ścisłości, ale... - Już zdążyłam ochłonąć i postanowiłam dokończyć rozpakowywanie mikroskopu. - Znajdę i ocalę księżycówki, jak tylko się pojawią w Willow Springs.