Houellebecq - Denis Demonpion

Reflow text when sidebars are open.
Jedynie mali ludzie lękają się małych pisemek.
Beaumarchais
Chronił się za skorupą
sekretu i tajemnicy,
czyhając na świat jak na zdobycz.
Baron Corvo
He was a man, take him for all in all.
Shakespeare
Oto biografia - przejrzana i poprawiona, jak mówi uświęcona formułka, ale też zaktualizowana i poważnie poszerzona. Kiedy pisałem pierwszą wersję, opublikowaną w sierpniu 2005 roku pod tytułem Houellebecq non autorisé. Enqu?te sur un phénom?ne, pisarz nie chciał się ze mną spotkać. A jeśli już, to na jego nienaruszalnych - a dla mnie nieakceptowalnych - warunkach, takich mianowicie, że może czytać mój rękopis, poprawiać go, opatrywać notatkami, a w razie potrzeby utrudniać jego publikację. Czyli dusić w zarodku opowieści, które by mu się nie spodobały - co było nieuchronne. Albowiem Michel Houellebecq toleruje jedynie to, co piszą jego pochlebcy.
Nic więc dziwnego, że nie spodobała mu się książka, w której wyciągam na światło dzienne różne małe i duże machlojki, jakie robi ze swoim życiem w ogóle, a danymi osobowymi w szczególności - od czasów dzieciństwa, poprzez studia, w czasie których wykazał się sporą błyskotliwością, do początków literackiej kariery. Przez lata nie wiedziano, że Michel, urodzony jako Michel Thomas, z niepokojącą łatwością zmienił sobie datę urodzenia ani że w szkole filmowej Louis-Lumi?re nauczył się nie tylko technik filmowych, ale także wykorzystywania ciszy, szumu w tle i ustawiania reflektorów. Krótko mówiąc, że stał się biegły w sztuce panowania nad obrazem, nad własnym wizerunkiem, który pokazuje publiczności. Myląc tropy, bez sprzeciwu narzucał swoją wersję. Zwłaszcza po fenomenalnym sukcesie drugiej powieści, Cząstek elementarnych (1998), która słusznie uczyniła go heroldem końca wieku literatury. Żyliśmy w fikcji. Zachowywał się jak ptak, co wypadł z gniazda. Jakby mu było wszystko wolno. Sprytnie pochował swoich rodziców, choć w tamtym czasie żyli i mieli się dobrze. Oboje po raz pierwszy zgodzili się odbyć długą, szczerą rozmowę o swoim synu, jego życiu i sukcesach. Nie unikali pytań o "porzucenie", którego Michel Thomas/Houellebecq rzekomo doświadczył jako dziecko, a także później - o czym opowiadał z wielkim żalem. Przydatne szczegóły, gdy chce się dobrze zrozumieć tę postać.
W chwili, kiedy ukazała się pierwsza wersja tej biografii, pisarz właśnie zostawił wydawnictwo Flammarion, by z całym majdanem przenieść się do Fayarda. Cudowna umowa zapewniała finansowanie jego pierwszego filmu fabularnego, adaptacji trzeciej powieści - Możliwości wyspy.
Jednak nic nie poszło zgodnie z planem. Można się wkurzyć, gdy się czuło, że sukces jest już w kieszeni. Teraz minęło piętnaście lat. Michel Houellebecq doświadczył niepowodzeń, zaprawił się w bojach, zdobył Nagrodę Goncourtów, której wyczekiwał jak zbawienia, wywoływał skandale, płynąc pod prąd, czasem pograł też trochę w ostrożność - no i się postarzał. Dostał carte blanche na stworzenie wystawy - chodziło raczej o pokazanie jego nastrojów niż dzieł plastycznych. Bez szczególnego wysiłku zagrał w dwóch lub trzech filmach. Jego rodzice faktycznie umarli. Dokonał też żywota ukochany pies Clément. Houellebecq wrócił do Francji z wygnania w Irlandii, nie czekając na korzystną dla autorów-multimilionerów reformę podatkową. Ożenił się po raz trzeci i udekorowano go Legią Honorową. Ale nie złożył broni.
To wszystko i nie tylko to uzasadnia dziś potrzebę dopisania dalszej części biografii Michela Houellebecqa.
Po raz pierwszy zainteresowałem się fenomenem, którym jest ten pisarz, w 2001 roku, po jego szokującej wypowiedzi dla magazynu "Lire": "najgłupszą religią jest islam". Właśnie promował swoją trzecią powieść, Platformę. Gazeta "Le Point", dla której w tamtych czasach pracowałem, postanowiła poświęcić mu artykuł na pierwszej stronie zatytułowany: Anatomia pewnej polemiki. Mnie, jako namiętnemu czytelnikowi jego utworów, powierzono zadanie rozpracowania tej prozy, uznanej przez jego przeciwników wręcz za zbrodniczą. Rozpocząłem więc dziennikarskie śledztwo. Natrafiłem na masę trudności. Wielu potencjalnych rozmówców, widząc falę reakcji i gróźb, unikało kontaktu - zwłaszcza ci z wydawnictwa Flammarion. Michel Houellebecq salwował się nawet ucieczką do swojej irlandzkiej posiadłości, z dala od burzy, która się rozpętała, od gniewnych okrzyków jego wrogów. Zgodzili się porozmawiać ze mną jego dawni współpracownicy z "Revue Perpendiculaire", grupa przyjaciół z Niort - Houellebecq do niej należał - która wyruszyła na podbój literackiego Paryża. Także Maurice Nadeau, mentor wydawnictwa, które opublikowało Rozszerzenie pola walki. I wielu innych... Ja sam spotkałem Houellebecqa kilka razy, na ulicy Racine w Paryżu i w restauracji-klubie nocnym na Polach Elizejskich - posępna sylwetka zgarbiona pod ciężarem bolesnej egzystencji, obojętny blask niebieskich oczu.
W redakcji zamykaliśmy numer. Był wtorek, 11 września 2001 roku. I właśnie tego dnia dwa pasażerskie samoloty wbiły się w World Trade Center, najwyższe wieże w Nowym Jorku. Al-Kaida i jej przywódca Osama bin Laden nagle zdobyli wszechświatową sławę. Było jasne, że to zamach islamski. Przy takiej sprawie śledztwo w sprawie Houellebecqa straciło wszelkie znaczenie. Zastąpił je czterdziestodwustronicowy, improwizowany w pośpiechu numer specjalny pod tytułem "Wojna".
Taki zbieg okoliczności namieszał nam w głowach. Pisarz zdawał się z jednej strony wizjonerem, z drugiej ksenofobicznym prowokatorem. On sam pozostał niezmienny - niewzruszony, z nieodłącznym papierosem tkwiącym między środkowym a serdecznym palcem. Za okularami czujne oczy entomologa - obserwuje, analizuje, notuje. I dodaje od siebie. Mówi o seksualnej nędzy, upadku wartości, znikaniu punktów orientacyjnych, francuskiej chorobie, upadku Zachodu, bankructwie ludzkości. O cierpieniu. Przemoc jest wszechobecna, śmierć czyha, nieunikniona, miłość, dziś już niemożliwa, pustoszy międzyludzkie stosunki. Diagnoza jest bezlitosna, nie sposób patrzeć w zwierciadło, które przed nami trzyma. Chodzi zawsze po grani, wie zatem, czym grozi jeden nieostrożny krok. W igraniu z dyskomfortem i lękiem osiąga niebywałe mistrzostwo. Jego ulubionym żywiołem są niespokojne wody. Oddany swemu dziełu, pewny swojej wielkości, potrafi z tego kpić. Przytomny i rozczarowany, śmieje się szyderczo, suwerenny w obojętności i pogardzie. Silny łeb, który nie boi się płynąć pod prąd.
A jeśli filozof i teolog Nicolas Malebranche (1638-1715) miał rację, pisząc: "nasze poznanie innych ludzi bywa bardzo narażone na błąd, jeśli osądzamy ich jedynie według naszych własnych odczuć"?[1]
Michel Houellebecq bez wątpienia nie jest pamflecistą, lecz powieściopisarzem. Lecz czy za jego bohaterami nie kryje się tak naprawdę on sam, zamaskowany? Trudno obliczyć, ile jest w jego twórczości rzeczywistości, ile fikcji. Ale na pewno bije on rekordy w mieszaniu jednego z drugim z wściekłością nastolatka. Jego dzieło nie wymyka się regułom gatunku, które każą przypisywać autorowi niektóre postawy, niektóre zachowania, czasem dowcipy i refleksje bohaterów. "Pani Bovary to ja" - powiedział Flaubert. Czy Houellebecq weźmie na siebie odpowiedzialność za kontrowersyjne czyny i poglądy stworzonych przez siebie postaci? No cóż, jak zwykle robi sprytne uniki. Ale to, co mówi w wywiadach, pisze na forach i w innych niepowieściowych tekstach, pokazuje, jak wąski margines dzieli go od bohaterów jego książek. To biograficzne śledztwo, oparte na niepublikowanych dokumentach i świadectwach, ma rzucić światło na pisarza. Temat nie jest wyczerpany. Taki los fenomenu.
Paryż, 2019
Houellebecq żyje, i to nie najgorzej. A jednak wcale nie było łatwo dotrzeć do informacji o losach jego i jego rodziców. On sam odmówił pomocy w starannej rekonstrukcji swojej drogi życiowej, do czego miał zresztą pełne prawo. Kiedy Dominique Noguez, pisarz, a zarazem postać wszechobecna na rynku wydawniczym oraz bezkrytyczny wielbiciel autora Cząstek elementarnych, poinformował go w lipcu 2004 roku, że powstaje książka opisująca jego życie, Houellebecq ze swego hiszpańskiego ustronia, gdzie pośród mąk duchowych i napadów melancholii tworzył Możliwość wyspy, odparował: "Niech sobie radzi sam". Niech zatem tak będzie.
To nawet lepiej. Gdyż w śledztwie, jakie prowadziłem w trakcie przygotowywania tej książki, Houellebecq okazał się wielkim mistyfikatorem - trudno więc byłoby brać jego świadectwa za dobrą monetę. Podobnie na niewiele się zdały opinie osób, które pisarz polecił (jak to się zwykle robi przy pisaniu biografii autoryzowanej). Jego odczucia i wspomnienia - owszem, trzeba je wziąć pod uwagę. Ale polegać na jego słowach, gdy chodzi o obiektywne dane - stracony trud.
Co więcej, dzieciństwo dla Houellebecqa to temat tabu, a najdrobniejsze przywołania wczesnej młodości wywołują u niego bolesny skurcz, który deprymuje rozmówcę. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że robił wszystko, co w jego mocy, by zmylić tropy. Jak gdyby aureola literackiej chwały, która świeci nad jego głową od czasu publikacji Poszerzenia pola walki, a zwłaszcza od czasu Cząstek elementarnych, była znakiem ponownych narodzin. Narodzin starannie przygotowanych, które miały pogrążyć w niepamięci ponadtrzydziestoletniego wówczas Michela Thomasa. Prawdopodobnie między innymi dlatego Houellebecq zmienił datę swoich urodzin. Jak Marlena Dietrich albo jakaś inna gwiazda - a do statusu gwiazdy aspirował od dawna. Nie musiał w tym celu uciekać się do pomocy techniki, wykorzystał metodę od dawna wypróbowaną - fałszerstwo. Kokieteria? Chęć uporania się z problemami wieku dojrzewania? Może pragnienie ukrycia się przed niedyskretnymi spojrzeniami? Ale on zawsze raczej lubi być w centrum uwagi. Cóż, nie pierwszy to i nie ostatni paradoks, jaki napotkamy w tej postaci. Jedno jest pewne: to małe oszustwo, choćby nawet tak żałosne i nieskuteczne, w pewnym sensie pozwoliło mu odzyskać godność. Długo i metodycznie przygotowywał się do zabiegu mającego przekreślić przeszłość. A właściwie dlaczego pisarz miałby być zobowiązany do mówienia prawdy o sobie? Ma przecież prawo dysponować swoim życiem tak, jak uzna za stosowne. Jego droga życiowa, jego poszukiwania, kolejność wydarzeń - wszystko to należy do niego. Wystarczy, że mamy przed sobą dzieło i że ukazuje się ono w pełnym świetle dnia, czarno na białym. Dzieło świadczy o tym, ile wart jest autor. Pamiętamy zdanie Céline'a: "Biografie się wymyśla".
Houellebecq nie urodził się wcale w 1958 roku, jak głosi rozpowszechniona przez niego plotka, lecz dwa lata wcześniej.
W 1993 roku w Approches du désarroi (jest to esej, a nie fikcja) napisał: "W maju 1968 roku miałem dziesięć lat. Bawiłem się kolorowymi kulkami, czytałem Pif le Chien[2]. To było piękne życie...". Liczby się zgadzają, tyle że nie odpowiadają rzeczywistości. Po tej pierwszej publikacji, a później drugiej, na wpół oficjalnej, tekst został kilkakrotnie wydany przez liczące się wydawnictwa, jak Grasset i Flammarion. Nie zmieniono w nim nawet jednej linijki.
We wrześniu 1994 roku ukazało się nakładem Maurice'a Nadeau Poszerzenie pola walki, a notka wydawnicza znowu podawała, Michel Houellebecq "urodził się w 1958 roku". Ta sama informacja figuruje na okładce późniejszego wydania w miękkiej oprawie. Z kolei w dwustronicowej notce biograficznej Houellebecqa, powszechnie dostępnej od czasu opublikowania w 1998 roku Cząstek elementarnych, znaleźć można informację, że pisarz otrzymał dyplom inżyniera rolnika "w 1980 roku". Znowu nieprawda. Skończył studia dwa lata wcześniej. Houellebecq prowadzi grę swoimi danymi osobowymi. Ta uparta skłonność do ukrywania wieku pozostała niezauważona przez większość jego bliskich (lub byłych bliskich), z którymi prowadzone były rozmowy podczas przygotowywania tej książki. Genevi?ve Morhange[3], koleżanka pisarza ze studiów agronomicznych w latach siedemdziesiątych, należała do małej grupy towarzyskiej skupionej wokół Houellebecqa. Później stracili kontakt. Nie czytała jego książek aż do ukazania się Cząstek elementarnych - a gdy na czwartej stronie okładki książki zobaczyła jego zdjęcie, natychmiast je rozpoznała. Potem, w biegu, kupiła Poszerzenie pola walki i zdumiała się na widok daty urodzin podanej z tyłu na okładce. "Twarz była jego. Data urodzin - nie jego. Nazwisko też nie jego, ale nie w tym tkwił problem. Ten rok 1958 wydał mi się tak dziwny, że miałam wątpliwości. Pytałam znajomych z roku, co o tym myślą. Trzy lata młodszy od nas? To niemożliwe. To by znaczyło, że zdawał maturę, jak miał czternaście lat. Takie rzeczy się nie zdarzają" - opowiada ze śmiechem Genevi?ve, dziś pracownica Ministerstwa Gospodarki.
Piosenkarka Françoise Hardy[4], która oprócz wydawania płyt zajmuje się wróżeniem z gwiazd, też dała się zwieść. Zobaczyła go w telewizji, gdzie występował między innymi w programie "Campus" Guillaume'a Duranda poświęconym polemikom, jakie wywołała Platforma. Swoim wyglądem zbitego psa tak ją rozbroił, że postanowiła skontaktować się z nim przez wydawcę. "Gdy go zobaczyłam, pojęłam życie i cierpienie tego człowieka. Wyczułam w nim pewien rodzaj smutku, wielkiego bólu. Budził we mnie uczucia macierzyńskie. Miałam ochotę zaopiekować się nim, pocieszyć go". Wysłała dla niego do Flammariona kopie rozmów z Jeanem d'Ormessonem, Sandrine Kiberlain i Roselyne Bachelot, które przeprowadziła dla czasopisma "Astrologie naturelle". Houellebecq oddzwonił, mówiąc szeptem. Umówili się. Spotkali się twarzą w twarz. Ona była "naprawdę pod bardzo silnym wrażeniem". "Pani mnie strasznie onieśmiela" - wyznał Houellebecq na wstępie. To wystarczyło, lody zostały przełamane.
Chcąc przygotować jego horoskop, Françoise Hardy zapytała go o datę urodzin[5]. Najpierw podał jej dwie daty, jakby wziął to z Cząstek elementarnych, gdzie dwóch bohaterów, Michel i Bruno, rodzi się z dwuletnią różnicą. Ostatecznie zasugerował pieśniarce-astrolożce zachowanie daty "26 lutego 1958 roku, 10 rano czasu uniwersalnego", obliczanego na podstawie południka zerowego w Greenwich. By wiedzieć, jaki mają wpływ ciała niebieskie na charakter danego człowieka, trzeba znać jego datę urodzenia. Inaczej cała sprawa się wali, Saturn, Pluton, Merkury i reszta.
Houellebecq wyznał Françoise Hardy, że uwielbiał ją gorąco jeszcze w czasach szkolnych, kiedy jej przebój Tous les garçons et les filles był na ustach wszystkich. To uwielbienie nie przeszkodziło mu jednak bawić się jej kosztem. "Nie powiedziała pani, jaki jest mój ascendent?" - zapytał złośliwie. Specjaliści twierdzą, że właśnie ten znak ma decydujące znaczenie dla określenia czyjejś osobowości. "Bliźnięta" - odparła bez wahania, przekonana, że jej rozmówca urodził się w 1958 roku.
Tymczasem Houellebecq urodził się pod znakiem Ryb, ostatnim w cyklu zodiakalnym i, jako urodzony w 1956 roku, ascendent ma również w Rybach. Czy chciał w ten sposób zakpić z astrologów i astrologii? "Wierzył w nią, nie wierząc - wyznaje Françoise Hardy. - W pewnym momencie powiedział mi: "Jestem wysłannikiem śmierci. Przyszedłem siać zniszczenie". Trudno sobie wyobrazić, jak bardzo jest sarkastyczny". Piosenkarka dodała jeszcze, że Osama bin Laden, który zlecił ataki na USA 11 września 2001 roku, jest również spod znaku Ryb. Różnica polega na tym, że bin Laden rzeczywiście sieje zniszczenie, podczas gdy Houellebecq tylko się bawi w Kasandrę.
Niedługo później Houellebecq poproszony został przez wydawcę Dictionnaire du rock[6], w którym zredagował notkę biograficzną gitarzysty Neila Younga, o przesłanie kilkuwierszowej informacji na swój temat. "Urodzony w 1958 roku" - pisarz nie rezygnuje z okazji do kolejnego natarcia.
Po co te próby wprowadzania wszystkich w błąd? Domysły są bardzo różne. Według siedemdziesięciodziewięcioletniej matki pisarza[7] "to element jego pisarskiej kokieterii. Z nieznanych przyczyn - twierdzi ona - uznał się również za dziecko porzucone, nad którym znęcano się w dzieciństwie... Tymczasem to on, Houellebecq, porzucił mnie w 1991 roku". Zerwanie nastąpiło na początku tego roku. Od tamtej pory nie widzieli się ani razu.
Osiemdziesięcioletni ojciec[8], z którym syn jest również skłócony od czasu sukcesu Cząstek elementarnych, uważa, że nie należy traktować tego jako przejaw złej woli: "Kiedyś zapytałem go o to. Odpowiedział, że ktoś się pomylił, a jemu nie chciało się prostować. Ale to nie jest tak, że on stale próbuje się odmłodzić. Zresztą - jakie to ma znaczenie?".
Sam Houellebecq wciąż kręci. Po jego kontrowersyjnych wypowiedziach na temat islamu opublikowanych w magazynie "Lire" kilka organizacji muzułmańskich wniosło oskarżenie. W dniu procesu, 17 września 2002 roku, jego adwokat Emmanuel Pierrat składa przed trybunałem najwyższej instancji w Paryżu wnioski obrony. W pierwszych linijkach przedstawionego sędziom pisma napisane jest wyraźnie, że "Michel Houellebecq urodził się 26 lutego 1958 roku". Pisarz w swoim zeznaniu potwierdził tę datę. Ale liczne dokumenty starannie wypełnione jego własną ręką, zanim jeszcze stał się wielką gwiazdą, jednoznacznie stwierdzają, że Michel Thomas urodził się 26 lutego 1956 roku w Saint-Pierre na Réunionie. Czyli dwa lata wcześniej niż oficjalnie podawana data. Zawsze można dowodzić, że Thomas to nie Houellebecq i odwrotnie. Byłoby to jednak dowodzenie bezzasadne, ponieważ w 1988 roku, po opublikowaniu swoich pierwszych wierszy w "La Nouvelle Revue de Paris", pisarz sam - jak twierdzi Jean-Paul Bertrand, szef spółki wydawniczej Rocher - zredagował następujący tekst:
"Urodzony w 1956 roku w Saint-Pierre na wyspie Réunion. Dzieciństwo niespokojne, częste przeprowadzki. Rodzina nieokreślonego pochodzenia, brak korzeni. Wychowywany głównie przez babkę. W młodości studia agronomiczne, bez szczególnego przekonania. Praca zarobkowa związana z programami zarządzania, nie bez pewnego obrzydzenia. Mieszka w Paryżu".
Ukończywszy Institut National Agronomique Paris-Grignon (INA)[9], 16 sierpnia 1978 roku otrzymał kartę członkowską Stowarzyszenia Byłych Studentów INA. Studenci wypełniają ją, żeby mieć dostęp do informacji o ewentualnych ofertach pracy. Swoim pięknym pismem, poza dokładną datą urodzenia, wpisał w rubryce "wiek" "dwadzieścia dwa lata". W prawym górnym rogu karty przypięte jest jego czarno-białe zdjęcie z ulicznego automatu. Thomas wygląda na nim jak to on: twarz bez zarostu, bardzo młodzieńcza, włosy zaczesane na prawy bok odsłaniają bardzo wysokie czoło, wzdęte policzki sprawiają wrażenie, jakby oddychał po ciężkim wysiłku. Pięć lat później, 2 kwietnia 1983 roku, na formularzu wysłanym na festiwal filmów krótkometrażowych w Grenoble, gdzie chciał pokazać swój dwunastominutowy film Déséquilibres, wpisał jako datę urodzenia 1956 rok, a więc datę, która figuruje w urzędzie ubezpieczeniowym, na akcie urodzenia oraz na liście rekrutacyjnej liceum w Meaux (Seine-et-Marne).
Po co to całe podrabianie tożsamości? Zwykły niemądry żart? - mało prawdopodobne. Tak samo mało prawdopodobna jest literówka czy roztargnienie urzędnika, jak sugerował ojciec. Ta ewidentna i uparcie powracająca pomyłka, którą Houellebecq sto razy miał okazję sprostować, wydaje się - wprost przeciwnie - zamierzona i służy jakiemuś konkretnemu celowi. Michel Thomas próbuje odszukać samego siebie, oszukując urzędowe dokumenty. Znaleźć swoją tożsamość artysty. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć do wypowiedzi jego kolegów i koleżanek ze szkoły rolniczej. W ich relacjach, a także relacjach innych świadków lat młodzieńczych Houellebecqa, zadziwia konsekwencja, a zarazem nonszalancja, z jaką Michel Thomas wykuwał sobie nową tożsamość, z którą chciał objawić się światu jako Michel Houellebecq. Z pozoru tak niefrasobliwy, skwapliwie zabiegał o to, by w świat przedostawały się nieścisłe informacje dotyczące jego życiorysu.
Nie chodzi o to, by go potępiać, lecz by jak najdokładniej prześledzić jego biografię. Zmieniając niektóre dane personalne, chcąc ułatwić sobie zerwanie z przeszłością, miał pewnie swoje prawa i swoje racje. Ale choć trzeba je uwzględnić, trzeba również przeniknąć tę grę pozorów, by dotrzeć do tego, kto naprawdę skrywa się pod postacią najbardziej kontrowersyjnego i najbardziej nowatorskiego pisarza ostatnich lat - niezrównany prowokator czy też zagubiony naiwniak. Jak to się zdarza w powieściach fantastycznych, których wiele czytał jako nastolatek i którymi był zafascynowany, Houellebecq jest dotknięty czymś w rodzaju świadomie kontrolowanego rozdwojenia jaźni i nieustannie skupiony na jednym celu - realizowanym zresztą z mistrzowską zręcznością, choć nie zawsze bez bólu - wyeliminowaniu Thomasa.
Ale pozbyć się skóry, w której się urodziliśmy, nie jest łatwym zadaniem. Houellebecq podjął się tego i prowadzi swoją grę dość bezczelnie, najlepszym dowodem są Cząstki elementarne. W powieści tej opowiada o tym, jak David di Meola, patentowany nieudacznik i przywódca sekty satanistycznej, próbuje, ulokowawszy odziedziczony po swoim ojcu majątek w nieruchomościach na Saint-Germains-des-Prés, zająć się muzyką rockową. Miał już 26 lat - zwraca uwagę autor. "Przed pójściem do różnych studiów nagrań zdecydował, że odejmie sobie dwa lata. Było to bardzo łatwe: gdy pytano go o wiek, wystarczyło powiedzieć: "Dwadzieścia cztery lata". Nikt oczywiście tego nie sprawdzał. Dużo wcześniej od niego Brian Jones wpadł na ten sam pomysł"[10]. Nic nie potwierdza twierdzenia, że jeden z Rolling Stonesów, ten, którego 2 lipca 1969 roku, w wieku 27 lat, znaleziono martwego we własnym basenie i o którym powszechnie wiadomo było, że nadużywa narkotyków, również zastosował taką sztuczkę. Za to wiadomo na pewno, że Cząstki elementarne ukazały się we wrześniu 1998 roku, na początku nowego sezonu wydawniczego. I że Houellebecq nie czekał aż do tej chwili, by sprawdzić, jak łatwo publiczność przełknie jego kłamstwa.
Nie ujmują mu one w żaden sposób niezaprzeczalnego talentu pisarskiego, ale rzucają cień tajemniczości na jego "wyszczerbioną" osobowość. Michel Thomas w dość młodym wieku został skazany na własny los, jednak - po względnie niefrasobliwych latach swobodnego dryfowania, pełnych wahań i wątpliwości, a czasem też prawdziwej rozpaczy - wziął wreszcie los w swoje ręce. Stworzył sobie nową tożsamość, przybierając nazwisko babki ze strony ojca, to północno brzmiące nazwisko Houellebecq o niejasnym pochodzeniu, które z wybrzeży Flandrii rozprzestrzeniło się aż po półwysep nad kanałem La Manche, w stronę Cherbourga i Surtainville, małego rybackiego miasteczka ze wszystkich stron smaganego przez morskie burze.
"Wellbecq", jeśli chcieć dokładniej oddać brzmienie - to słowo łopocze jak nagły poryw wiatru, dzięki któremu Michel, zerwawszy cumy, wypłynął na pełne morze, a teraz śmiało pruje fale, z oryginalnością i śmiałością, jakich w literaturze nie widzieliśmy od dziesiątków lat.
Przyjście na świat zajęło mu trochę czasu. Oto jak narodziny fenomenu wspomina jego matka:
"Michel urodził się o szóstej rano, 26 lutego 1956 roku, w szpitalu położniczym w Saint-Pierre na Réunionie[11]. Widziałam w życiu już sporo porodów i miałam ich zobaczyć jeszcze więcej, bo dwa lata później rozpoczęłam prywatną praktykę na wyspie jako lekarz położnik. Jest taka krótka chwila, która stanowi przejście od życia ryby do życia człowieka - moment, gdy matce kładzie się na brzuchu nowo narodzone dziecko, które jeszcze nie zdążyło pierwszy raz krzyknąć. W tej krótkiej chwili zawsze, w każdym razie prawie zawsze, widzi ona kopię swojej twarzy lub twarzy kogoś z rodziny, kopię wierną, ale nieruchomą, jakby zastygłą. Koloru kości słoniowej. Jest to chwila, w której serce ryby jeszcze nie stało się sercem ssaka. Potem dziecko wydaje pierwszy krzyk. A więc w porządku, oddycha prawidłowo. Położna, która mi pomagała całą noc, zawołała ze śmiechem: "No, pan Thomas nie będzie miał wątpliwości, że to jego".
Nazwałam go Michel ze względu na mój osobisty związek z Mont Saint-Michel. Gdy zobaczyłam to miejsce po raz pierwszy, powiedziałam sobie, że jak będę miała kiedyś syna, to dam mu na imię Michel". Ojciec się nie sprzeciwiał. Na drugie imię ważącemu 3,25 kilograma noworodkowi dano François. Dlaczego tak?
"Coś trzeba było wybrać, a święty Franciszek lubił zwierzęta, tak jak ja - tłumaczy matka. - Michel szybko stał się bardzo ładnym dzieckiem. Kiedy miał dwa i pół miesiąca, był najładniejszym niemowlakiem na świecie. Tylko że miał problem z wydalaniem. Wciąż przybiegałam przerażona do jego łóżeczka wzywana rozpaczliwym płaczem. Próbowałam różnych rzeczy, żeby go wyleczyć - gliceryna, olejek tan-tan (olej rycynowy), olejek Plagnol (oliwa z oliwek) i wreszcie mleko w proszku dla niemowląt firmy Guigoz".
Na czarno-białym zdjęciu z tamtych lat widzimy zdrowego bobasa w białych śpioszkach, z zaciśniętymi pięściami, pyzatego i poważnego. Patrzy prosto w obiektyw. "Wyróżniał się wielką żarłocznością i wybitną umysłowością". Mama nie ma co do tego wątpliwości.
Prędko wróciła do pracy w przychodni lekarskiej w Saint-Pierre. Przez kolejne trzy miesiące nad dzieckiem czuwała dzień i noc (z wyjątkiem niedziel) niania, łagodna i ciepła Hinduska. Zamieszkała u rodziców swego pupila, którego nazywała wówczas "Pan Michel" i tego samego określenia używała dwadzieścia lat później.
Kiedy Michel miał pięć miesięcy, matka akurat przepracowała czas przewidziany w umowie i rodzice wyruszyli miniciężarówką Citroën 2 CV w podróż po Afryce. Była to wielka wyprawa. Z Kapsztadu, najdalej na południe wysuniętego miasta w Afryce, dotarli na samą północ, do Algieru. Sześć miesięcy na sawannach, w tropikalnych lasach, wśród wiecznych śniegów, piaskowych wydm, słońca, dziwnych ludzi i przygód. Zrobili mnóstwo zdjęć, portretów i pejzaży - materiał na wspaniały reportaż etnograficzny. Ona miała wówczas trzydzieści lat. On trzydzieści dwa. Ich marzeniem była podróż kajakiem po Nilu, ale nieszczęśliwy wypadek, który zdarzył się na Madagaskarze, przekonał ich, że "kajak to nie rower" - cytując ojca Michela. Za to udało im się zrealizować wyprawę na Kilimandżaro w Tanzanii i w góry Ruwenzori w Ugandzie.
Na czas tej podróży dziecko zostało przekazane babce ze strony ojca, która mieszkała w Clamart w departamencie Hauts-de-Seine. Była to osoba obdarzona bardzo silnym charakterem. Jej twarz o mocno zarysowanych szczękach otaczała gęstwina bujnych, kaukaskich włosów. Kochała wnuka bez pamięci. "Był jej oczkiem w głowie" - twierdziła matka Michela.
A Henriette Stéphanie z domu Houellebecq była najważniejszą osobą w życiu Michela, jeśli wierzyć jego powieściom i bezpośrednim deklaracjom. Miała dwóch mężów i czwórkę dzieci - dwie córki i dwóch synów, których ojcem był pierwszy mąż, Georges Emile René Thomas. Michel nigdy nie poznał dziadka. Thomas zginął w 1948 roku, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, w wypadku motocyklowym. Zapomniał zapiąć kask. Pracował na kolei i zostawił po sobie rentę tak skromną, że Henriette musiała przyjąć posadę dróżniczki. Poślubiła go, gdy miała osiemnaście lat. Wcześniej chciała zostać zakonnicą, z tego tylko powodu, że bardzo lubiła księdza, u którego pracowała od siódmego roku życia. Ale gdy dowiedziała się, że musiałaby ściąć swoje piękne włosy, które lubiła jeszcze bardziej niż księdza, powiedziała "nie". "Od czego to zależy czasem nasz los" - mawiał potem René, ojciec Michela.
Wtedy skończyła się także jej edukacja. Miała trzynaścioro rodzeństwa, z którego dwójka umarła w czasie pierwszej wojny, i musiała zacząć bardzo ciężko pracować, by zarobić na życie. Mimo to w wieku siedemdziesięciu lat oprócz powieści realistycznych i opowiadań Erskine'a Caldwella czytała Dublińczyków Joyce'a. Była naprawdę mądrą i silną kobietą - mąż słuchał jej bez zastrzeżeń i oddawał całą wypłatę, nie ważąc się zostawić sobie nawet dziesięciu franków kieszonkowego. To ona wydzielała mu tygodniówkę na papierosy. Ale za to, gdy wychodził o piątej rano do pracy, znajdował na stole gotowe śniadanie.
Nie trzeba chyba dodawać, że Henriette była idealną babcią - wrażliwą i kochającą. Przelała na wnuka całe uwielbienie, którym nie zawsze miała możliwość obdarzać własne dzieci. Hołubiła go więc i rozpieszczała.
O wysłaniu Michela z powrotem do tropików nie było mowy, mógłby tam nabrać złych przyzwyczajeń i arogancji właściwej Z'oreils, Francuzom z metropolii osiedlonym na Réunionie. "Żona bardzo dużo pracowała. Naprawdę nie bardzo miała czas, by się nim zajmować" - twierdzi ojciec. A w tamtych czasach pomysł, że skoro matka zapewnia dochód rodzinie, to ojciec mógłby zająć się dzieckiem, nie przeszedł nikomu przez myśl.
Zaraz po powrocie z afrykańskiej wyprawy, na początku roku 1957, rodzice Michela się rozstali. Ojciec zrezygnował z pracy nauczyciela wychowania fizycznego i zamieszkał we Francji, matka zaś wróciła na Réunion, by nadal pracować w swoim zawodzie. "Zaraz po przyjeździe dostałam wiadomość od Thomasa, że jego matka musi oddać Michela pod opiekę niańki, bo sama, razem ze swoim nowym mężem, Auguste'em, przeprowadza się do domu w Villiers-sur-Morin. Absolutnie nie mogłam się na to zgodzić, przecież nie pozbawiono mnie jeszcze praw do dziecka. Przekazałam wiadomość mojej matce, która, choć nigdy nie ruszyła się sama poza swój rodzinny Algier, nigdy nie leciała samolotem ani nie jechała pociągiem, pośpieszyła do Crécy-en-Brie, by uratować swojego wnuczka od takiego nieszczęścia".
Michel znalazł się więc znowu pod troskliwą i czułą opieką dziadków, tym razem ze strony mamy. Martin Ceccaldi urodził się na Korsyce, a jako dziecko przyjechał do Algieru, gdy jego ojciec, podobnie jak wielu rodaków, został zwerbowany do wojska po wojnie krymskiej. Początkowo pracował na podrzędnym stanowisku w przedsiębiorstwie Pont et Chausée, a w wieku czterdziestu ośmiu lat zdobył dyplom inżyniera państwowych robót publicznych. Był wdowcem i miał jednego syna, Henri, gdy w 1925 roku ożenił się po raz kolejny, z kobietą młodszą od siebie o szesnaście lat. Nazywała się Clara-Fernande July, również była wdową, ale nie miała dzieci. Urodziła się w Algierze w rodzinie "wydalonej" z Francji z jakichś bliżej nieznanych powodów politycznych.
Martin Ceccaldi na zdjęciu prezentuje się jak idealny typ urzędnika III Republiki - zamożnie wyglądający, w szarym płaszczu i czarnym cylindrze skrywającym łysinę, ze wspaniałym wąsem. Jego żona, Clara-Fernande, Baskijka z pochodzenia, to piękna, elegancka kobieta, w lekko zsuniętym na bok małym kapelusiku i w butach na wysokich obcasach, z wielką gracją i klasą przechadzająca się ulicami Algieru we własnoręcznie uszytej sukience w stylu Coco Chanel. Dzieciak, którego na fotografii trzyma za rękę i który z trudem za nią nadąża, to jej córka, Janine, przyszła matka Michela. Dziewczynka urodziła się 30 czerwca 1926 roku w Konstantynie. Gdy miała siedem lat, rodzice przeprowadzili się do Algieru, gdzie przeniesiono służbowo ojca. Edukację przeszła bez problemów. Pierwszą maturę[12] zdała w wieku szesnastu lat, drugą w wieku siedemnastu, ze specjalizacją filozoficzną i matematyczno-fizyczną. Została wykreślona z zajęć filozofii wskutek sporu z nauczycielem na temat marksizmu i zapisała się na fizykę, chemię, biologię - przedmioty, które były jej potrzebne do pięcioletnich studiów medycznych. Skończyła je ze znakomitym wynikiem, zajmując drugie miejsce pośród wszystkich absolwentów swojego rocznika.
Janine Ceccaldi, świetnie wykształcona, była również kobietą z charakterem. Jako nastolatka namiętnie czytała Dostojewskiego, pisarz wywarł na niej takie wrażenie, że w wieku prawie osiemdziesięciu lat wciąż zna na pamięć całe ustępy ze Zbrodni i kary, Braci Karamazow oraz Biesów. Ta ostatnia powieść stanie się później ukochaną książką jej syna, obok Czarodziejskiej góry Tomasza Manna. W latach czterdziestych Janine działała w nielegalnej algierskiej Młodzieżówce Komunistycznej. Zetknęła się wówczas z takimi ludźmi jak Maurice Audin czy Henri Alleg, żarliwymi bojownikami o wolność, którym przyszło drogo zapłacić za swoje poświęcenie. Pierwszy zmarł torturowany, drugi tylko cudem uniknął takiej samej śmierci. Siedząc w więzieniu, napisał książkę będącą wielkim oskarżeniem wojny i jej okrucieństw. Opisał w niej tortury, jakim go poddawano. Książka ta, La Question, została opublikowana w 1958 roku i wywołała skandal. "Janine Ceccaldi? A tak, oczywiście, znałem ją, kiedy działała w Młodzieżówce Komunistycznej" - poświadcza osiemdziesięciotrzyletni dziś Henri Alleg[13]. Pracował wówczas jako tłumacz w agencji prasowej France Afrique i był odpowiedzialny za tajną młodzieżówkę algierską. "To było w roku 1942 czy 1943 - uściśla. Jego głos jest czysty i wyraźny, zdaje się wyrażać równie jasne i wyraźne myśli. - Była na stażu w szpitalu Mustapha w Algierze. Antyfaszystka, antypetainistka, bardzo błyskotliwa osoba. Była odpowiedzialna za biuletyn edukacyjny Młodzieżówki Komunistycznej i uczestniczyła w powstawaniu najważniejszych tekstów politycznych ruchu, ale nigdy nie zajęła żadnego odpowiedzialnego stanowiska w partii. Zresztą, podobnie jak inni młodzi ludzie z Europy, zaangażowała się w walkę z rasizmem, kiedy rząd Vichy dyskryminował algierskich Żydów. Mieliśmy więc wspólne ideały. Wiedziałem też, że musiała stosować różne środki ostrożności, żeby ukryć swoją działalność przed rodzicami".
Martin i Fernande Ceccaldi dopiero z gazety dowiedzieli się, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, że ich córka sympatyzuje z Messalim Hadjem, założycielem Mouvement pour le Triomphe de Libertés Démocratiques (MTLD), narodowościowej organizacji algierskiej, oraz prowadzi agitację wśród studentów. Tygodnik "Candide" poświęcił jej artykuł pod tytułem Nowa Pasionaria Algieru, wywołując tym rodzinny dramat. Janine buntowniczka musiała wyrwać się z objęć rodziców, zagorzałych zwolenników Algierii Francuskiej, a zwłaszcza wszechmocnej matki.
Po wydarzeniach w Satifie 8 maja 1945 roku, kiedy doszło do krwawego stłumienia manifestacji na rzecz niezależności Algierii, Janine zaangażowała się w organizowanie pomocy dla ofiar. A latem 1948 roku postanowiła przyłączyć się do budowania socjalizmu. Pracowała więc w Słowacji jako niewykwalifikowana robotnica przy przedłużaniu linii kolejowej w stronę wielkiego bratniego kraju, który znajdował się zaraz za górami. W drodze powrotnej poznała paryskiego adwokata Jacques'a Verg?sa, również członka partii komunistycznej. "Była dość ładna. Kręcił się wokół niej wianuszek młodych, dobrze urodzonych komunistów - kpi Verg?s[14]. - Któregoś dnia oznajmiła mi, że wraca na Réunion z tym instruktorem narciarstwa, młodym, przystojnym, wysportowanym chłopakiem. Tam musieli spłodzić małego Jezuska Houellebecqa".
Rok później Janine Ceccaldi wracała z kongresu Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej w Budapeszcie. Przybywszy na Dworzec Wschodni w Paryżu, zdecydowała się zatrzymać na jakiś czas nad Sekwaną. "Sytuacja w kolonialnej Algierii stawała się nie do zniesienia. Jedynym wyjściem była rewolucja. Znalazłam w sobie siły, by nie wracać do Algieru. Zostałam w Paryżu bez grosza przy duszy, w letniej żółtej sukience w czarne groszki. Przez trzy czy cztery miesiące włóczyłam się, przymierałam głodem, nie miałam gdzie spać. Byłam wolna. Później znalazłam jakąś pracę i pokój na poddaszu. Obroniłam pracę doktorską, w której przedstawiałam badania medyczno-socjologiczne nad środowiskami imigrantów z Afryki Północnej we Francji, i zdobyłam nowo powstałą wówczas specjalizację - w medycynie pracy". Janine Ceccaldi została lekarzem kontrolnym w zakładzie ubezpieczeń. Jeździła po robotniczych przedmieściach z torbą lekarską na bagażniku swojego małego peugeota. Kursowała między przychodniami od Villeneuve-Saint-Georges do Fontenay-sous-Bois i po ich okolicy. Za swoją pierwszą pensję kupiła akordeon.
W 1951 roku wybrała się z przyjaciółmi z uniwersyteckiego Klubu Wysokogórskiego na wycieczkę do lasów w Fontainebleau. Wtedy w jej życie wkroczył René Thomas, dobrze zbudowany młodzieniec o lekko cofniętym czole, falistej grzywce i złotawej cerze. Dwa lata mieszkali razem, później, 13 maja 1953 roku, wzięli ślub. Idylla nie trwała długo. Mimo wspólnej pasji alpinistycznej zbyt wiele ich dzieliło. Przede wszystkim kwestia klasy społecznej: syn proletariuszy, który "jest z tego dumny ", złorzeczy burżujom gotowym chwytać za broń.
René Georges Thomas, ojciec Michela, w wieku trzynastu lat porzucił szkołę i zaczął pracę jako pomocnik piekarza Labrousse'a w swoim rodzinnym mieście, Cherbourgu. Zakład, w którym pracował, prosperował nieźle dzięki Anglikom napływającym tą drogą na kontynent. René od szóstej rano do dziewiątej wieczorem tkwił na stanowisku, wyskrobując blachy wyjmowane z pieca. Któregoś dnia szef polecił mu, by założył na głowę swoją kucharską czapkę i dostarczył klientowi ciastka i kawał lodu owinięty w jutowy worek. René sprzeciwił się i odszedł z pracy. "Nie miałem nic przeciwko temu, by pchać wózek z ciastkami, ale ta czapka - nie". Przyuczał się jeszcze na montera, mechanika, elektryka, później wykonywał kolejne kiepsko płatne zajęcia - był sprzedawcą w sklepiku na przedmieściach Paryża, ogrodnikiem w Bagneux, bagażowym na dworcu, kierowcą ciężarówki w Tignes. "Człowiek od tego twardnieje. Przychodzi moment, kiedy przestaje rozumieć tych, którzy wciąż skarżą się na wszystko". Wreszcie został przewodnikiem wysokogórskim i jeździł po całym świecie, mierząc się z wieloma szlakami i podejściami. Na początku były Alpy: Chamonix, Albertville, gdzie wziął ślub z Janine, potem Pralognan-la-Vanoise, gdzie zamieszkali po ślubie. Potrzebowano tam lekarza w stacji narciarskiej. Dostali mieszkanie. Po dwóch latach opuścili to miejsce wskutek nieprzyjemnej kłótni z właścicielem - kazał im pozbyć się psa, owczarka niemieckiego, który zniszczył niedzielne ciasto i prawie przewrócił panią domu. Janine pojechała na Réunion i zatrudniła się jako lekarz w przychodni przeciwgruźliczej w Saint-Pierre. René dołączył do niej kilka miesięcy później, ale nie umiał znaleźć tam dla siebie miejsca. Janine tymczasem zaszła w ciążę. "Na wiadomość o mojej ciąży obie babcie z dwóch stron Morza Śródziemnego zaczęły zaciętą walkę o to, która będzie miała to szczęście, by wziąć dziecko do siebie" - opowiada matka. Kiedy wreszcie się urodziło, najpierw przekazano je Henriette na czas, gdy rodzicie odbywali podróż po Afryce, a później, po ich rozstaniu, trafiło do dziadków Ceccaldich. Matka wróciła na Réunion i została lekarzem internistą w Saint-Paul. "Pracowałam od piątej rano do szóstej wieczorem, poza tym zazwyczaj miałam jedno albo dwa wezwania w nocy. Z pewnością nie były to odpowiednie warunki do wychowywania dziecka. Zwłaszcza bez ojca" - tłumaczy się.
Do końca lata 1961 roku Michel żył w Algierze, w pięknym mieszkaniu, które opisał później w Cząstkach elementarnych. Dziadek Ceccaldi, wówczas już na emeryturze, poświęcał wnukowi cały swój czas. Michel wykazywał się niezwykłą jak na swój wiek inteligencją. Gdy miał trzy lata, już umiał czytać. W wieku czterech lat potrafił opowiadać o zdobyciu Meksyku tak, jakby sam był jednym z żołnierzy Cortésa. Potrafił napisać bez błędów ortograficznych słowo "ornithorynque"[15], czym wprawiał w zachwyt dorosłych. Również nauczycielom w prywatnej szkole Leperlier, położonej w pięknej dzielnicy Algieru, dawał powody do dumy i zadowolenia. Jego niezwykła erudycja irytowała jednak kolegów, z którymi spotykał się na podwórku. "Jego szare komórki pracowały bez chwili przerwy - zapewnia ojciec. - Ale to w życiu nie wystarcza". Opinia matki: "nadmiernie uzdolniony intelektualnie, upośledzony emocjonalnie".
Matka, korzystając z chwilowego uspokojenia kryzysu algierskiego, na początku roku 1960 postanowiła odwiedzić syna. Zorientowała się, że jej wizyta nie wzbudziła w dziecku wielkich emocji, ale spostrzegła, że bardzo rozsądnie odpowiada na pytania, że ma duży dar obserwacji i że jest sprawny fizycznie. Wzięła go na spacer do parku. "Zapomniałaś założyć mi szalika. Zaziębię się" - oznajmił dzieciak, gdy wychodzili.
Algierskie mieszkanie liczyło pięć czy sześć pokoi. W każdym razie miejsca było dość, by dziecko mogło swobodnie oddać się zabawom na swoim trzykołowym rowerku. Na zdjęciu zrobionym w 1959 roku widzimy chłopczyka z okrągłą buzią, świadczącą o dobrym zdrowiu, w niedzielnym eleganckim ubranku. Pisząc Cząstki elementarne, Michel przeniósł to wspomnienie na Brunona Clémenta, w pewnej mierze swego sobowtóra, który: "zobaczy siebie, jak w wieku czterech lat pedałuje z całych sił na trzykołowym rowerku przez mroczny korytarz aż do jaśniejącego otworu balkonu". Tak jak to skomentował Houellebecq: "Prawdopodobnie były to chwile, w których osiągnął szczyt ziemskiego szczęścia" (Cz., s. 42).
Kres tej szczęśliwej epoce położyły kolejne zaostrzenia konfliktu w Algierii, którego wciąż jeszcze nie nazywano wojną, oraz nieporozumienia między rodzicami. Tutaj także poszło o politykę - ojciec Michela uważał, że jego była żona za bardzo się angażuje. "Dość się nacierpiałem, by zdać sobie sprawę, że to wszystko bzdury".
We wrześniu 1960 roku Janine Thomas oznajmiła swemu mężowi, że będzie miała dziecko z innym mężczyzną. On zażądał rozwodu, który otrzymał 7 października w Albertville, w tym samym mieście, w którym wzięli ślub. Michel miał wówczas cztery i pół roku. "Zgodziłam się, by wina została orzeczona wyłącznie po mojej stronie i by opieka nad dzieckiem przyznana została ojcu - opowiada matka. - Pokryłam również koszty rozprawy. Z byłym mężem, który pozostał moim przyjacielem, zawarliśmy umowę ustną. Nie przyszło mi do głowy, że takie postawienie sprawy może okazać się dla mnie niekorzystne". Mimo porozumienia stron ćwierć wieku zajęło im rozprawienie się ze wspólnotą majątkową - teren z domem w Val d'Is?re, posiadłość na Korsyce, udziały większościowe w akcjach spółki BTP itd. Wspólnota duchowa została rozwiązana dużo szybciej.
Tymczasem wydarzenia w Algierii zaczęły nabierać tempa. Ojciec Michela zjawił się w Algierze - w towarzystwie dwóch spadochroniarzy - by odebrać dziecko. Dziadek próbował interweniować, widząc zalaną łzami babkę. "Przecież nie zrobimy mu nic złego" - powiedzieli. Kilka tygodni później, 17 października 1961 roku, Martin Ceccaldi, który od pewnego czasu chorował na raka, zmarł. Córka nie mogła zobaczyć go przed śmiercią - odmówiono jej wstępu na terytorium kraju ze względu na "antynarodowe przekonania".
Michel zamieszkał w Dicy w departamencie Yonne razem z babką Henriette i z Auguste'em Rogerem. Auguste pracował w Gaz de France[16]. Był to człowiek poczciwy, życzliwy, trochę może za bardzo oszczędny. Najchętniej zajmował się pracą w ogrodzie i karmieniem królików. Michel gardził nim i właściwie wykreślił go ze swego życia. "To był miły, sympatyczny człowiek, zawsze pełen podziwu dla Michela i jego niezwykłej inteligencji" - twierdzi matka. "To był facet mocno stojący na ziemi - twierdzi z kolei ojciec. - Niewykluczone, że miał jakieś nieprzyjemne przekonania. Z pewnością ten człowiek nie działałby w partii komunistycznej".
W narracji Michela Henriette zajmuje główne miejsce. "Pracowała w fabryce. Z przekonania raczej komunistka, należała do tego rodzaju ludzi, którzy całkowicie poświęcali się dla innych. Czas, kiedy u niej mieszkałem, to jedyna w moim życiu epoka szczęścia - wyznaje Houellebecq w wywiadzie dla "Madame Figaro" z 21 października 2002 roku. - Jeździłem na rowerze, czytałem Pifa i serię Tout l'Univers. W szkole byłem we wszystkim najlepszy, dzisiaj mówi się o takich dzieciach, że są szczególnie uzdolnione, ale lubili mnie, bo dawałem ściągać". Ojciec precyzuje: "Problemy zaczęły się w szkole podstawowej w Dicy - dzieci nie były dla niego miłe. A on nigdy się nie skarżył. Po prostu był o tyle bystrzejszy od tych wiejskich dzieciaków, że mu zazdrościły". Michel z bardzo dobrym wynikiem ukończył naukę na poziomie podstawowym w Villefranche w pobliżu Dicy. "Tym mi zaimponował" - ojciec wciąż jeszcze jest pod wrażeniem.
Później Henriette, chcąc być bliżej swoich sióstr, przeniosła się z Yonne do Villiers-sur-Morin w departamencie Seine-et-Marne, do małego, ślicznego domku ze świetnie utrzymanym ogrodem, z licznymi przybudówkami, w których trzymane były kury i króliki. "Jej wnuczek żył tam jak udzielny książę - komentuje matka. - Dostawał natychmiast wszystko, czego tylko zapragnął". Kiedy matka go odwiedzała, raz albo dwa razy do roku, mieszkała w tym domu razem z nimi.
René Thomas był wówczas przewodnikiem górskim i pracował bardzo intensywnie. Piesze wyprawy, wyjazdy narciarskie - Michel często z nim jeździł w czasie letnich i zimowych wakacji. Ale nie chciał się zdobyć na najmniejszy wysiłek, tłumacząc, że tego nie lubi. Przez trzy lata z rzędu jeździł do Val d'Is?re. Ucząc się na kursach grupowych, znajdował wprost złośliwą przyjemność w porzucaniu bez uprzedzenia instruktorów, którzy z czasem mieli już dość jego gubienia się po drodze i wracania kolejką linową na poszukiwania. A Michel robił wszystko, na co mu przyszła fantazja, chodził, którędy chciał, i kpił sobie ze wszystkich. I znowu wspomnienia, wspomnienia. Czytamy w Platformie: "W wieku czternastu lat - pewnego popołudnia, gdy mgła była szczególnie gęsta - zgubiłem się, jeżdżąc na nartach; musiałem przesuwać się wzdłuż korytarza utworzonego przez lawinę. Pamiętam przede wszystkim wiszące nisko ciężkie chmury, absolutne milczenie gór. Wiedziałem, że te masy śniegu, jeśli nastąpi jakiś gwałtowny ruch z mojej strony lub nawet bez żadnego określonego powodu [...], mogą nagle ruszyć. Wtedy porwą mnie ze sobą, polecę kilkanaście metrów w przepaść, aż do skalnych bloków na dole, zginę prawdopodobnie na miejscu. A jednak w ogóle się nie bałem. Było mi przykro, że rzeczy przybierają taki obrót [...]. Wolałbym umrzeć śmiercią lepiej przygotowaną, bardziej w pewnym sensie oficjalną, po jakiejś chorobie, z ceremonią pogrzebową i płaczami. Przede wszystkim żałowałem, prawdę mówiąc, że nie poznałem jeszcze ciała kobiety"[17].
Stany Zjednoczone, Chile, Argentyna - dla René Thomasa sezon na długie wyprawy w dalekie kraje trwał bez ustanku. Cztery razy wszedł na Kilimandżaro, był w Ushuai w Argentynie, dwa razy w Afganistanie, później pojechał do Nepalu.
A potomek? Co się z nim działo w tym czasie? "Żyłem raczej swoim życiem niż jego - przyznaje ojciec. - Ale wiedziałem, że jest pod dobrą opieką". Ciotki i wujkowie starali się zrekompensować dziecku brak rodziców. Marie-Thér?se, najmłodsza z czwórki rodzeństwa Thomasów, regularnie zabierała małego nad morze, do Arcachon. Cioteczne rodzeństwo było dla niego uprzedzająco grzeczne, a cała rodzina uwielbiała Michela i podziwiała mądrość cudownego dziecka.
On im w tym nie przeszkadzał. Zamykał się w sobie, uciekał w książki, w swój własny świat. Budował wewnętrzną zaporę, która miała go uchronić przed poczuciem pustki. Brakowało mu bowiem matki, kogoś, kto całowałby go na dobranoc, odgarniał mu włosy z czoła, odsłaniał rano zasłony, głaskał po głowie. Później, mimo upływu lat, nigdy nie zdołał przezwyciężyć tego emocjonalnego braku z dzieciństwa, nie zdołał ożywić na nowo tego, co w nim obumarło, co zanikło wskutek tej rany. "Moi rodzice rozwiedli się bardzo wcześnie, na początku lat sześćdziesiątych. Nie byłem nawet pewien, czy kiedykolwiek naprawdę byli razem - powiedział w wywiadzie dla "Inrockuptibles" w kwietniu 1996 roku, pięć lat po całkowitym i konsekwentnym zerwaniu z matką. - Zostawili mnie całkowicie pod opieką dziadków, do tego stopnia, że niewiele ich widywałem przez całe dzieciństwo. Właściwie byli prekursorami wielkiego rozpadu instytucji rodziny, który miał niebawem nastąpić. Dorastałem z poczuciem, że wyrządzona mi została wielka niesprawiedliwość. W stosunku do ojca odczuwałem raczej strach, a do matki wstręt. Ciekawe, że chyba nigdy nie zdała sobie sprawy z tego, że jej nienawidziłem. Kilka razy byłem z nią na wakacjach".
Było to w roku 1963 - a może trochę wcześniej lub trochę później? - Michel miał wówczas około siedmiu lat i spędzał wakacje z matką na Réunionie. Poznał tam kolegę, który również miał na imię Michel. Zasypywał go trudnymi pytaniami: "Wiesz, gdzie jest Cieśnina Beringa?", "Ile jest 95 razy 908?". Osłupiały dzieciak ledwo zdążył oswoić się nieco z pytaniem, gdy miażdżyła go prawidłowa odpowiedź. Oprócz tych łamigłówek Michela nic innego nie interesowało, ani piękno natury, ani zabawy w morzu. Albo taka scena: Michel siedzi na białej piaszczystej plaży Boucan Canot, niedaleko Saint-Gilles, na wprost morza. Nieco niżej fale obmywają przybrzeżne kamienie. Na horyzoncie ani jednej chmurki. Michel kontempluje rozciągający się widok. "Ładne?" - pyta matka. "Ogromne!".
"Bardzo szybko zaczął uświadamiać sobie przemijalność istnienia, cierpienie związane z ludzkim życiem. Szybko zaczął zadawać pytania w rodzaju: co robimy na Ziemi, co to jest wieczność, Wielki Wybuch, przestrzeń? To choroba tego pokolenia. Mnie się coś takiego nie zdarzało. Żyłem w czasach, kiedy trzeba było walczyć o przeżycie. Nie mieliśmy tego rodzaju problemów".
Michel, choć z początku o tym nie wiedział, ma cztery lata młodszą przyrodnią siostrę. Jego matka związała się z pewnym rybakiem i we wrześniu 1960 roku na świat przyszła Catherine Françoise. Drugie imię wybrane zostało na cześć przyjaciółki Janine, która była nauczycielką na Réunionie i miała męża lekarza. Od początku zapałała wielką miłością do nowo narodzonej dziewczynki i szybko, gdy tylko pojawił się kryzys między rodzicami, wzięła ją do siebie na stałe. Ojciec Catherine w czasie przedłużającego się pobytu Janine w Algierii uległ wdziękom pewnej młodej dziewczyny, ożenił się z nią i z czasem zbił majątek na przetwórstwie rybnym. Janine bardzo mocno przeżyła rozwód i za nic w świecie nie zgodziłaby się, by dziecko zostało przy ojcu. W głębi duszy uważała zapewne także, że typ organizacji plemiennej, jaki miała okazję obserwować w czasie swoich afrykańskich podróży, polegający na tym, że dorośli wspólnie opiekują się dziećmi, można wprowadzić również nad Sekwanę.
Małżeństwo, które niegdyś zajmowało się Catherine, dziś jest na emeryturze i mieszka w Amiens. "Odkąd skończyła pięć lat, była u nas cały czas - opowiada przybrana matka[18]. - Adoptowaliśmy ją, kiedy miała dziesięć. Była wtedy w ostatniej klasie podstawówki".
Catherine wcale nie ocenia źle swojej "przyjaciółki", naturalnej matki. "To naprawdę wyjątkowa kobieta, o niezwykłych walorach intelektualnych. I zawsze żyła w stresie". Kiedy Michel poznał swoją młodszą siostrę, miał osiemnaście lat, a ona czternaście. "Przyszedł koło południa, gdy siedzieliśmy przy stole. Jechał prosto z Paryża. Przyjęliśmy go bardzo uprzejmie. Zrobił na mnie wrażenie bardzo miłego chłopca, zamkniętego w sobie i skrytego" - wspomina Françoise. Mimo późniejszej kolejnej próby nawiązania kontaktu przyrodnie rodzeństwo pozostało sobie obce. Catherine mieszka w Clermont-Ferrand, a swojej biologicznej matki nie widziała od osiemnastego roku życia. Raz pojawiła się we Fnacu[19], gdy Michel podpisywał książki. Nic jednak z tych spotkań nie wynikło. Michel rzadko wspomina o jej istnieniu. "Mam przyrodnią siostrę, którą widziałem tylko raz w życiu. Była wychowywana przez ludzi, którzy adoptowali masę dzieci" - powiedział w wywiadzie dla czasopisma "Lire" we wrześniu 1998 roku. To koniec jego zwierzeń na ten temat. Jego powściągliwość w tej kwestii nie zmieniła się od czasu, gdy chodził do liceum Henri Moissana w Meaux. Żadna bowiem z osób, które wówczas się z nim stykały, nie słyszała, by Michel kiedykolwiek wspominał o Catherine. Nawet jego najbliżsi koledzy. A było ich czterech: Eric Clément, Patrick Le Bot, Patrick Hallali i Bernard Poulin. Wspomnienia, jakie cała czwórka zachowała z tamtych lat, zdecydowanie nie pokrywają się z ponurym obrazem wykreowanym przez Houellebecqa w Cząstkach elementarnych - chociaż wszyscy doskonale pamiętają opisane przez niego miejsca, a w pewnych postaciach z książki z łatwością rozpoznali tego lub innego profesora. Nic nie wiedzieli o przypadkach znęcania się nad kolegami, o przemocy i agresji. Zdziwiło ich to. Co prawda Michel jako jedyny z nich mieszkał w internacie, możliwe więc, że miał okazję być świadkiem czegoś, co umknęło ich uwagi. Jeśli tak było, ukrył to przed nimi mimo bliskich stosunków, jakie ich łączyły.
Dziennikarce, która zapytała Houellebecqa, czy sam był ofiarą molestowania seksualnego, jakie opisuje w swoich powieściach, odpowiedział: "Ja nie, ale bałem się cały czas". Po czym wysnuł teorię na temat upadku autorytetów i wrodzonego, jego zdaniem, okrucieństwa dzieci. "To był czas, kiedy po maju '68 roku panowała moda na samodyscyplinę, a uczniowie korzystali z tej wolności, by się nawzajem dręczyć. Oczywiście nie ma się czemu dziwić, dzieci w tym wieku są z natury okrutne"[20].
W liceum w Meaux aż wrzało od rewolucyjnej wiosny. Uczniowie najstarszych klas urządzili prawdziwą bitwę, zniszczone zostały drzwi i okna, a meble zdemolowane. Kontestatorzy musieli później, by zrekompensować straty, zapłacić po 10 franków. Wśród małolatów, do których należał także Michel, bunt sprowadzał się raczej do walk na wałki od tapczanów. Zostali odesłani do domu i mieli powrócić do szkoły dopiero na ostatnie dni roku szkolnego.
"W liceum, choć może to dość powierzchowne, niewiele rozmawialiśmy ze sobą o naszym życiu prywatnym. Wiedzieliśmy, że Michel nie miał takiej rodziny jak my wszyscy, że mieszkał u dziadków w Villiers i tam jeździł na weekendy, a wakacje spędzał w Val d'Is?re u swojego ojca. Ale nie wyglądało na to, by cierpiał z tego powodu. Był takim samym uczniem jak każdy, choć miał swoje dziwactwa, zawsze trochę nieprzytomny i już wtedy jakby rozczarowany życiem. Był dobrym kolegą. Na przerwach graliśmy trochę w nogę i się wygłupialiśmy. Z pewnością zbytnio się nie zadręczał" - opowiada ciepłym tonem Eric Clément[21]. Dziś jest dyrektorem wykonawczym w firmie informatycznej, jowialnym ojcem rodziny, który postanowił być w życiu optymistą. Poznał Michela, gdy mieli po czternaście lat, w pierwszej klasie liceum. Razem uczyli się niemieckiego jako pierwszego języka obcego. Szybko zapałali do siebie sympatią. Może dlatego, że Eric wyznał Michelowi, iż jest adoptowany, ten - rozumiejąc jego nieszczęście - darzył go przyjaźnią? Tak czy inaczej często się odwiedzali, później zaprosili się nawzajem na swoje śluby. Na powtórny ślub kolegi w 1978 roku Michel przybył wystrojony w wielki czarny kapelusz, o czym zaświadcza kucharz Marc Veyrat. Pamięta też prezent ślubny: dwa kieliszki do jajek i miłe słowo napisane na odwrocie kartki z ojcowskim zaleceniem od starego nauczyciela, który goszcząc ich na wakacjach w Morvan, wychwalał dietetyczne i ekonomiczne zalety jaj, stosunek ich jakości do ceny. Praktyczny prezent.
Dwa lata później przyszła kolej na Michela. Od Erica dostał w prezencie ślubnym radio z budzikiem.
"Pewna część życia Michela, ta związana z internatem, zdecydowanie nam się wymykała" - przyznaje Patrick Le Bot[22], dziś konsultant do spraw systemu informatycznego w Peugeot SA. Krótko ścięte włosy, koszula w biało-szarą kratę, stonowany krawat. Patrick ma znakomitą pamięć do szczegółów, Michel zaś ma skłonność do poddawania ich wnikliwej analizie. W "Inrockuptibles" spytano go, jak uświadomił sobie swoją "inność". "Zawsze ją wyczuwałem. Jeszcze jako dziecko miałem zwyczaj mówienia do siebie. W szkole od samego początku trzymałem się na uboczu. Nie było w tym nic złego, wcale nie chcę przedstawiać tego w jakimś dramatycznym świetle. Problem zaczyna się w wieku dojrzewania, bo wtedy potrzeba zbliżenia się do innych staje się bardzo silna. Ale jako dziecko można być całkowicie samowystarczalnym. [...] Wtedy, jako trzynastolatek, w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi. Dopiero później, gdy miałem szesnaście lat, zacząłem patrzeć na to bardziej romantycznie, czułem się jak jakiś beautiful loser".
W wieku, w którym pojawiają się pierwsze miłosne porywy, nie ma jeszcze mowy o flirtach. Chłopcy uważają, że dziewczynki, ogólnie rzecz biorąc, są dość odrażające. A co one sądzą? Sylvie Montambault, podówczas uczennica szkoły w Meaux, dziś zapalona nauczycielka prowadząca zajęcia ze sztuki włoskiej, opowiada, udając głos wzorowej małej dziewczynki: "Byliśmy bardzo grzeczni. Niewiele rozmawialiśmy. A on zawsze miał ten ironiczny uśmieszek w kąciku ust i rzucał czasami uwagi zupełnie jak dorosły. Taki trochę ze wsi, nie dawał sobie w kaszę dmuchać"[23]. Czas był raczej beztroski. "Nie rozmawialiśmy o przyszłości - dodaje Patrick Le Bot. - Rozrabialiśmy, dokazywaliśmy, wygłupialiśmy się. Michel nie pozostawał w tyle. Może trochę bardziej skryty niż my, trochę inteligentniejszy, ale bądź co bądź wiele nas łączyło". Gdyby było inaczej, czyż osiemnastoletni Michel wyruszyłby ze swoimi czterema kumplami w trwającą miesiąc podróż przez Niemcy, wzdłuż wybrzeża adriatyckiego i do Grecji?
Z kartą Interrail w kieszeni, jak magiczne zaklęcie otwierającą dostęp do prawie wszystkich miejsc w Europie za pół darmo, z Le Guide du routard[24] w drugiej kieszeni, wyruszyli na początku sierpnia 1974 roku. Michel miał wtedy długie włosy, nosił wytarte dżinsy, rolleiflex swojej matki przewieszony przez ramię i stary plecak górski pachnący pleśnią. W Monachium zwiedzili stadion olimpijski, na którym dwa lata wcześniej terroryści palestyńscy z organizacji Czarny Wrzesień zabili jedenastu izraelskich sportowców. Później obejrzeli Zagrzeb i Split, zrobili dłuższy postój w Atenach, obejrzeli Partenon na Akropolu i rozbili namiot na kempingu pod miastem. Wpadły im w oko dwie dziewczyny. Michel przeżył niewinną idyllę z jedną z nich, druga została żoną jego kolegi, Patricka Hallaliego. W wierszu 17-23, opublikowanym w czwartym zbiorku jego poezji pod tytułem Renesans, Houellebecq podziwia łatwość, z jaką jego przyjaciel uwodził dziewczęta:
Patrick Hallali zawsze miał swoje sposoby,
Żeby zwabić dziewczyny do nas do przedziału.
Mieliśmy lat, powiedzmy, koło osiemnastu,
Myśląc o nich, znów widzę, jak im błyszczą oczy
[...]
Samotne ciało w nocy
Złaknione czułości,
Prawie zniszczone czuje w sobie zew rozdzierającej
młodości[25]
[...]
Pewnego wieczora, z pustymi żołądkami, czterej przyjaciele udali się na degustację win w Dafni. Wejście było płatne, ale w środku wino z beczek rozlewano do woli. Weseli młodzieńcy wyszli stamtąd pijani do nieprzytomności. Dopiero po upływie doby doszli do siebie i byli w stanie dotrzeć do portu w Pireusie, gdzie mieli wsiąść na statek na Kretę. Nocowali na kempingu Ajos Nikolaos, niedaleko cmentarza. Piętnaście dni słodkiego nieróbstwa zeszło im na piciu uzo, zabawach w nocnych klubach i wylegiwaniu się na piasku. Michel zasnął na plaży bez koszulki i słońce zostawiło na skórze ślad dłoni, którą trzymał na brzuchu.
Powrót opóźnił się nieco ze względu na napięcia polityczne między Grecją a Turcją, które doprowadziły do chwilowego wstrzymania statków. Wracali przez Włochy, dwa dni tu, dwa dni tam. "Dobrze się dogadywaliśmy z Erikiem i Michelem. Zwiedziliśmy wszystko, co należało zwiedzić" - przypomina sobie Patrick Le Bot. W Rzymie - bazylikę św. Piotra, w Pizie - krzywą wieżę, w Wenecji - plac św. Marka. W Wenecji niezwykle silna ulewa zastąpiła im prysznic, chłopcy z radością wystawiali nagie torsy na strugi deszczu, a później przez niekończące się godziny gryźli orzeszki ziemne, czekając, aż deszcz się skończy.
Warto zauważyć, że wszyscy chłopcy, by zdobyć pieniądze na tę podróż, pracowali przez cały lipiec. Oprócz Michela. On nie musiał, dzięki pomocy rodziców. "Nigdy nie miał problemów z pieniędzmi - zaznacza Eric Clément - wielu zazdrościło mu takiego życia. Potem dostał małe mieszkanko na ulicy Malar w VII dzielnicy. Nie każdy miał takie szczęście".
W następnym roku Michel znowu wybrał się na wakacje z Erikiem Clémentem i Bernardem Poulinem. Skład grupy był mniejszy, ale charakter podróży mniej więcej taki sam. Tym razem do Maroka. Jechali przez Hiszpanię, zwiedzili Madryt, Kordobę, Toledo, obejrzeli meczet w Algeciras, skąd statkiem dopłynęli do Tangeru. W każdym mieście spędzali jeden albo dwa dni, tyle tylko, by poczuć ich koloryt i zapach. Taki sam system zastosowali po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej - Fez, Agadir. Sypiali w berberyjskich namiotach, często na nagiej ziemi, czasami pod gołym niebem. Raz spotkali jakąś panienkę lekkich obyczajów i ją zagadnęli. Mieli wtedy po dziewiętnaście lat. Zaproponowali, żeby dała im zniżkę, gdy odmówiła, odeszli. Jak żółtodzioby z college'u. Później, w nocnym pociągu do Casablanki, zasnęli wszyscy na drewnianych ławkach w przedziale z oknami bez szyb. Michelowi skradziono wówczas stary plecak należący do jego ojca, do którego niestety pechowo schowany był rolleiflex matki. "Może to właśnie wtedy zrodziła się jego lekka niechęć do Arabów" - sugeruje niepewnie Eric Clément. Co prawda akurat Michel nie oburzał się wcale tą przygodą bardziej, niżby należało. Przerwał jednak z tego powodu podróż i wrócił sam do Paryża.
Uczniowie mieszkający w internacie mieli pewne przywileje. Na przykład wydzielona była dla nich specjalna sala do nauki i mogli jeść razem posiłki we własnej jadalni przy ośmioosobowych stolikach. Nie mieli jednak prawa oddalać się poza teren szkoły. Jean-Michel Kempf chodził razem z Michelem na lekcje niemieckiego i dzielił z nim sypialnię na piętrze. Nie były to - jak dawniej w internatach - wielkie sale mieszczące dwudziestu czy trzydziestu uczniów, lecz wydzielone dla sześciu osób pokoiki z wysokim sufitem, w których każdy miał swoje łóżko i swoją szafkę. Dziewczynki spały w sąsiednim budynku - wyprawa do niego była bardzo ryzykowna.
Jean-Michel Kempf, dzisiaj jeden z dyrektorów paryskich szpitali, opowiada[26]: "Początkowo trzymał się na osobności. Ponieważ wszyscy przejawialiśmy w mniejszym lub większym stopniu instynkt stadny, jego zachowanie budziło pewne zdziwienie. W czwartki chodziliśmy na spacery. Dyskutowaliśmy. Polubiliśmy się chyba jakoś koło pierwszej licealnej".
Michel Thomas należał do dobrych uczniów, nawet jeśli wcale nie starał się wysilać swego talentu. Był świetny z matematyki, czym wprawiał w podziw profesora Rouquairola. Ospale i powoli zwlekał się z ławki, gdy wzywano go do tablicy, lecz jego umysł pracował zdecydowanie szybciej. Z fizyki zaliczał się do najlepszych w klasie, wiele czasu spędzał w bibliotece nad książką o teorii względności, którą koledzy chętnie zostawiali do jego dyspozycji. Od początku liceum fizyki uczył ich pan Mend?s, bardzo surowy w ocenianiu uczniów, ale Michelowi jako jednemu z trzech na trzydziestu udawało się zdobywać ocenę przynajmniej dostateczną. Wśród tych trzech był również Patrick Le Bot, który opowiada: "Począwszy od drugiej klasy, musieliśmy co tydzień oddawać pracę z przedmiotów ścisłych. My ostro zasuwaliśmy, a Michel zabierał się do tego w ostatniej chwili, a i tak dostawał najlepsze oceny".
Był skrupulatny i dokładny, starannie dobierał słowa. Z francuskiego zdystansował wszystkich kolegów. Nauczycielem tego przedmiotu był pan Pinet, około trzydziestopięcioletni, którego Michel bardzo lubił. Z kolei jego piętę achillesową stanowiły języki obce. Z niemieckiego w ostatnim roku nauki miał ocenę AB (dostatecznie), a lekcje angielskiego traktował raczej jako okazję do żartów. Gdy miał przygotować jakiś dialog ze swoim kolegą Le Botem, nazwał go Mister Ladada i zwracał się do niego I. Klasa wybuchła śmiechem ku irytacji nauczyciela, który nie znał przeboju Dalidy Darla dirladada. Na lekcjach filozofii Michela nękało jedno pytanie: "Czy istnieje absolutna wolność?". Epitet miał w tym zdaniu zasadnicze znaczenie. Stwierdził w końcu, że jest szczęśliwy, iż taka wolność nie istnieje. Gdyby istniała - byłaby koszmarem. Na zajęciach z wychowania fizycznego nie wyróżniał się szczególnie.
Każdego roku w czasie ferii zimowych w lutym, na Wszystkich Świętych, czasami również na Wielkanoc, uczniowie jeździli do wiejskiej posiadłości emerytowanego profesora historii Vérona, który niegdyś uczył w ich szkole. Było to w Moulin-Colas, niedaleko Quarré-les-Tombes w Morvan. Véron był miłośnikiem zabytków architektury tego regionu i codziennie zabierał uczniów na zwiedzanie do Auxerre, Avallon czy Pierre-qui-Vire. Dzieciaki zobaczyły opactwo cystersów w Fontenay i bazylikę w Vézelay, mogły się dowiedzieć wszystkiego o sztuce romańskiej i gotyckiej oraz o pozostałościach dawnych grobów zachowanych w okolicy.
Te wycieczki pachniały przygodą. Podróż autokarem i postoje w Burgundii były dla małych spryciarzy okazją do kupienia cichcem kilku butelek wina. Na miejscu uczniowie przygotowywali jedzenie. Wieczorem, po rozmowach i czytaniu, dziewczynki szły spać do domu, a chłopcy do chaty w lesie, w śpiworach, na słomie, którą dostawali od wieśniaków. "Warunki były spartańskie. Coś jak harcerstwo, ale bez tych wszystkich historii religijnych i wojskowych. Podobało nam się" - wspomina Partick Le Bot. Często towarzyszyli im dwaj nauczyciele, pan Vallier od nauk przyrodniczych i profesor francuskiego pan Pinet. W klasie maturalnej przyjechało ich więcej, by na wyjeździe zrobić razem z uczniami ostatnie powtórki. Michel Thomas zdał dobrze, choć bez wyróżnienia.
Ta sama wiosna 1973 roku, podczas której Michel z maturą w kieszeni szykował się do opuszczenia liceum w Meaux, przyniosła ogromne bezrobocie, pierwszy kryzys naftowy związany z drastycznym podniesieniem cen ropy przez producentów z krajów arabskich i wreszcie śmierć prezydenta Georges'a Pompidou. Kraj pogrążył się w żałobie, a wibrujące kształtami i barwami kinetyczne malarstwo, którym zmarły prezydent wytapetował ściany swoich prywatnych apartamentów w Pałacu Elizejskim, było czczone jak świętość. Notowania Vasarely'ego, Agama i Pola Bury'ego poszły w górę, podobnie jak tendencje psychodeliczne w sztuce. Poradzić sobie w tym chaosie było niebanalnym wyzwaniem dla siedemnastolatka, niezbyt poważnego, lecz z głową pełną planów, o sercu zimnym i gniewnym oraz melancholijnej duszy.
W czasie wakacji pojechał odwiedzić matkę, która już od trzech lat mieszkała w metropolii, gdzie robiła specjalizację anestezjologiczną w szpitalu La Timone w Marsylii. "Chciałam zająć się reanimacją z miłości do bliźnich" - mówi. I także dlatego, że jeszcze w szpitalu w Saint-Paul doprowadzało ją do rozpaczy, gdy nie była w stanie wygrać ze śmiercią. Mieszkała teraz na wzgórzach Cassis, w starym domu otoczonym drzewami morelowymi i polami rozmarynu, do którego prowadziła kamienna droga. Pewnego ranka, o piątej trzydzieści, spotkała na tej drodze swojego syna. Był blady i milczący. W Cząstkach elementarnych Houellebecq opisuje, jak pewnej nocy (czyżby to była właśnie ta noc?) jego bohater Bruno wszedł do pokoju, gdzie jego matka spała z kochankiem. Wymknął się po cichu, a zobaczywszy na plaży małego, czarnego kotka, który zasnął na skale, rozwalił mu głowę kamieniem. Matkę Michela przeraziła ta historia, bo właśnie tego dnia znalazła na dnie studni swego zmasakrowanego kota.
Skończywszy specjalizację, Janine Ceccaldi postanowiła spróbować czegoś zupełnie innego. Właśnie wtedy, gdy Michel najbardziej jej potrzebował, ona najbardziej potrzebowała zostać sama ze sobą. Udała się w podróż po Afryce i Indiach. Na Wyspach Kanaryjskich mieszkała przez rok w grocie pewnego pasterza. Żyła bez elektryczności, wodę musiała przynosić z rzeki. Chodziło o to, by poszukiwać siebie, swojej wewnętrznej harmonii, by odciąć się od brutalnego, nastawionego na konsumpcję świata.
Jej powrót do szpitala Saint-Joseph na Réunionie okazał się krótkotrwały - została tam zaledwie jedenaście dni. Odmówiła wykonania znieczulenia podczas zabiegu przerwania ciąży, tłumacząc się: "nie do tego mnie szkolono". Ale spotkała wówczas znowu swoją dawną przyjaciółkę, Margie Sudre[27], przyszłą panią minister, która pracowała jako anestezjolog w klinice. Ich spotkanie było tak ciepłe i serdeczne, jakby rozstały się wczoraj. Poznały się w Marsylii na początku lat siedemdziesiątych. "To znakomity lekarz i jedna z najbardziej niezwykłych osób, jakie znam - zapewnia pani sekretarz stanu. - Oryginalna, szlachetna, pozbawiona złych uczuć. Prawdziwa wychowanka Rousseau, ona naprawdę wierzyła w mit dobrego dzikusa. Całe jej życie kręciło się wokół mężczyzn, których kochała. Wiele razy dostała nieźle w kość i wreszcie zwątpiła w naturę ludzką - stąd jej mizantropia. To kobieta uduchowiona, niezależna i wolna. Nie przejmuje się tym, co myślą inni". Od tej pory nie straciły ze sobą kontaktu, nawet gdy Margie Sudre musiała całkowicie poświęcić się sprawom politycznym, jako członek rządu, jako przewodnicząca Rady Regionalnej[28] Réunionu czy - obecnie - jako posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia UMP[29]. Łączy je prawdziwa przyjaźń.
Teraz matka Michela mieszka na wyspie Réunion, w domku ukrytym pośród bujnej roślinności, na wzgórzu, którego zbocza porastają rzadkie, wonne zioła. Jacaranda o gałęziach ciężkich od kiści ciemnoróżowych kwiatów rzuca na dom swój chłodny cień. Obok stoi samochód, fioletowy citroën kombi C15 - musi mieć już co najmniej dwadzieścia lat. Nie domykają się w nim szyby, więc nadaje się do użytku tylko w czasie pory suchej.
Mała chatka, dość pobieżnie sklecona z desek i pokryta dachem z blachy falistej, wznosi się jak na palach na betonowych filarach, pod którymi schroniła się czereda kotów. "Mój składzik" - mówi o niej. Wchodzimy po drewnianej kładce: "Będę musiała pana poprosić o zdjęcie butów". W środku trzydzieści pięć metrów kwadratowych, trzy pomieszczenia w amfiladzie. W przedpokoju zlew, wanna i torebka białego ryżu dla kotów, który miesza im z jedną lub dwiema puszkami makreli lub kurczaka. Gdyby nie to, przejadłyby całą jej emeryturę. Tysiąc sto czterdzieści euro miesięcznie, choć pracowała od siedemnastego do sześćdziesiątego piątego roku życia. W kuchni-jadalni, na podłodze wyłożonej sześciokątnymi czerwonymi płytkami, stoją cztery samochodowe akumulatory - zbierają energię słoneczną, która pozwala jej oświetlić mieszkanie i słuchać Rachmaninowa. W związku z tym nie ma lodówki - na to nie starcza już prądu. Do wieczornego czytania jest lampka naftowa zakupiona w Vieux Campeur[30] w Paryżu. Bezpośrednio na ziemi leży materac przykryty poduszkami. Główne umeblowanie pokoju stanowi kilka półek pełnych książek - wśród których nie ma żadnej powieści Houellebecqa. Matka Michela pali skręty. Szybkim ruchem języka zwilża bibułkę firmy Rizla wypełnioną jasnym tytoniem, odrywa strzępki wystające z dwóch stron i gotowe. Pochyla się nad palnikiem kuchenki gazowej, by podpalić. Sposób, w jaki trzyma głowę, ma w sobie coś rasowego i szlachetnego, jej ruchy przypominają dystynkcję niektórych kobiet arabskich, te ich powolne gesty, które turyści tak lubią fotografować i które dają wrażenie jakiegoś zawieszenia w czasie.
Od pierwszego wejrzenia zadziwia jej podobieństwo do syna. Oboje mają szczególnie wyraziste i przeszywające lewe oko, ten sam owal twarzy, lekko wystające policzki, ten sam bardzo charakterystyczny nos, identyczne lekkie skrzywienie ust - skutek trzymania papierosa w ich prawym kąciku - a przede wszystkim, i to jest najbardziej uderzające, ten sam śmiech, sardoniczny, dobywający się z samego wnętrza. Gdy wybuchają tym śmiechem, całym ciałem wstrząsają potworne dreszcze, głowa zapada się w ramiona, a otwarte szeroko usta odsłaniają ostre zęby. Matka Michela ma w sobie siłę charakteru i jakąś rozumną dobroć. Z czasem zobojętniała na świat, przeciw jego marności buntuje się dziś już tylko słowami. Z własnej woli odcięła się od wdzierającej się wszędzie cywilizacji. Brak jej już tej energii i woli działania, które ją dawniej przepełniały. Dzisiaj ma bóle w kościach i zmęczone spojrzenie.
[...]