Wstęp
WSTĘP
Miałam wiele pomysłów na to, jak zacząć tę historię. Ostatecznie jednak
zadecydowała o tym sama przestrzeń, będąca przedmiotem moich krytycznych
refleksji. Kiedy bowiem 5 stycznia 2025 roku zabrałam się wreszcie do
pisania, spędzałam właśnie kilka tygodni w Norwegii, tak odmiennej pod
wieloma względami - nie tylko przestrzennymi i klimatycznymi - od
rodzimego kraju nad Wisłą. W południowej części Skandynawii zimą królują
cisza, biel i czystość: powietrza, wody i... myśli. Wszystko się ze sobą
zgadza i siebie dopełnia. Skupiska niewielkich drewnianych domów,
połączone krętym krwiobiegiem dróg, wydają się częścią krajobrazu,
naturalnym przedłużeniem lasów i wzgórz. Śnieg wygłusza dźwięki, łagodzi
ostre krawędzie, harmonizuje i spowalnia rytm. Świat, otulony tym
skrzącym w słońcu tynkiem z lodu i powietrza, zaprasza do celebrowania
życia. W tle góry, oszronione i ciężkie, stoją nieruchomo jak strażnicy
tej zimowej scenerii w nieco niebieskawym świetle krótkiego dnia. A ja w tym wszystkim, w objęciach bliskiej memu sercu prawdziwej zimy, mogąca
pierwszy raz od wielu lat spokojnie zebrać myśli i doświadczenia,
otoczona światłem Północy, czuję się jak w luksusowym hotelu, w którym
niczego mi nie brakuje.
I właśnie z tego dystansu, z poczuciem, że można jednak inaczej, snuję
polemiczną, miejscami gorzką, opowieść o deficytach przestrzeni
tworzonych przez ludzi dla ludzi i o sposobach ich użytkowania, często
bezrefleksyjnych i (auto)destrukcyjnych.
Norwegia nieodmiennie robi mi dobrze na głowę - przywraca mocno
nadwątloną wiarę w to, że można planować i aranżować przestrzenie
wystarczające, w ludzkiej skali, z lokalnych materiałów i bez płotów. I oczywiście piszę to, biorąc poprawkę na mój niekłamany zachwyt nad
normalnością krajów skandynawskich (fundowaną na idei lagom, czyli
umiarkowania, równowagi i życia "w sam raz", bez przesady, ale też bez
niedostatku) - zachwyt, który z biegiem lat być może przybiera formę
idealizacji.
W tym najlepszym z możliwych światów każde otoczenie, każda kultura,
ba!, nawet każda cywilizacja prędzej czy później objawia swoje deficyty
i ograniczenia. Wielowiekowe gloryfikacje stanu dzikiego (homo
silvestris, homo naturalis, nobilis barbarus), czyli szlachetnego,
naiwnego i szczęśliwego dzikusa, zostały brutalnie zweryfikowane przez
odkrycia archeologiczne, które dowiodły, że od tysięcy lat jesteśmy
tylko ludźmi, w pełnym znaczeniu tego słowa. Nigdy nie byliśmy
nieskalani, czyści i naiwni, raczej zawsze poruszaliśmy się na osi dobra
i zła, starannie szacowaliśmy wagę interesów własnych i grupowych,
popełnialiśmy błędy i mieliśmy momenty chwały. Tworzyliśmy rodziny,
plemiona i społeczeństwa, zgrupowani wokół wartości, które w danym
czasie i geolokalizacji wydawały nam się istotne.
W tych początkach ludzkiej drogi można dostrzec szacunek do natury,
poszukiwanie optymalnych struktur społecznych i nieustającą kreatywność
w radzeniu sobie z otaczającym światem. Odkąd staliśmy się sapiens,
kombinujemy, jak czynić sobie Ziemię poddaną, i raz na jakiś czas nasze
wysiłki spełzają na niczym, obracając w proch całe cywilizacje. To
ciekawe, że siła, która pcha nas ku rozwojowi, pozostaje nieustająco
równoważna z naszą siłą destrukcji. Nigdy nie mamy "wystarczająco" i zawsze szukamy jakiegoś "więcej/lepiej/szybciej", choć historia ma na
podorędziu całkiem sporo formacji kulturowych, które potrafiły żyć w innym paradygmacie. Jakoś nie umiemy rozgościć się w pięknym i darmowym
Hotelu Ziemia, mądrze czerpać z jego bogactwa, wspólnie korzystać z jego
atrakcji, przytomnie i racjonalnie zarządzać czasem, jaki został tu dla
nas zarezerwowany.
W książce proponuję trzy perspektywy oglądu tego problemu i tak też -
trójdzielnie - została skomponowana jej treść. W części pierwszej
rozmawiamy o początkach gatunku ludzkiego, potrzebie wędrowania i zakorzeniania się oraz życia w stadzie, składającym się nie tylko z ludzi. O fascynującej naturze zmysłów, rozumieniu/odczuwaniu czasu i przestrzeni oraz o wieloaspektowych związkach z przyrodą, konsekwencjach
jej odrzucania i degradowania. A także o tym, czym jest Umwelt,
antropocen oraz współpraca i wymiana międzygatunkowa na planecie Ziemia.
Druga część - najobszerniejsza - zabiera nas w stronę miast.
Przemierzamy różne jego formuły: miasta średniowieczne i renesansowe,
miasta 15-minutowe, miasta absolutne, miasta ogrody i smart cities.
Oraz te zwykłe, wystarczająco dobre, ale mające potencjał do zmian i rozwoju w pożądanych przez mieszkańców kierunkach. Które wyrażają się, w największym uogólnieniu, w postulatach: światło, cisza, powietrze,
przestrzenie wspólne i doludzkie, komunikacja, inkluzywność oraz
wspólnota. Tej ostatniej poświęciłam szczególnie wiele miejsca, jako że
w szeroko pojętej plemienności, sąsiedztwie, obywatelstwie łamanym na
współodpowiedzialność, sprawczość i lokalne zaangażowanie dostrzegam
promyczek nadziei dla naszego wspólnego Hotelu Ziemia. To na zebraniach
wspólnot mieszkaniowych, rady miast czy w budżecie partycypacyjnym
rozstrzygają się losy zielonych płuc miast i stref aktywności fizycznej,
multifunkcjonalności skwerów czy obiektów użyteczności, ale także
obecności ławek, toalet publicznych i ścieżek rowerowych. Piszę w tej
części także o neuroarchitekturze, próbującej odpowiedzieć na szczególne
potrzeby osób neuroróżnorodnych, a w zasadzie - zbudować szersze
struktury dobrostanu wszystkich mieszkańców, niezależnie od ich kondycji
psychofizycznej. Przebodźcowani dźwiękiem i światłem, atakowani chaosem
form i kolorów, uwięzieni w korkach, stłoczeni w windach i labiryntach
ulic, w niedoczasie i wiecznym napięciu - wszyscy skorzystamy na
uspokojeniu przestrzeni naszych miast.
W trzeciej części wchodzę do domów i przyglądam się ich formom, ukrytym
możliwościom i nieusuwalnym wadom oraz podatności na rozmaite choroby
cywilizacyjne: SBS, instragramozę, pastelozę czy excelozę. Patrzę na dom
jako na schron, więzienie i gniazdo rodzinne, przejściowy adres i docelową przystań. Wędruję myślą od pierwotnych jaskiń i prymitywnych
szałasów, przez tradycyjne domy wielopokoleniowe, peerelowskie
mieszkania w blokach z wielkiej płyty, po mikrokawalerki i co-livingi.
Zastanawiam się, jak mieszka się w tych domach singlom pracującym
zdalnie, rodzinom we wszelkich ich współczesnych modalnościach,
seniorom, osobom neuroróżnorodnym, zdiagnozowanym lub niezdiagnozowanym,
ale także studentom, uchodźcom czy pracownikom stacji badawczych. Bo
dom, rozumiany przeróżnie na rozmaitych etapach naszego życia, pozostaje
fundamentem, na którym można konstruować myśl o przyszłości. A ta myśl
nieodmiennie mnie niepokoi, inspiruje, pobudza do działania struktury
mojego mózgu i komory mojego serca.
Z tych pobudek powstała kolejna książka. Wyrosła z natłoku myśli,
obserwacji, doświadczeń oraz oczywiście całego koktajlu emocji, które
wzbudza we mnie świat i moje z nim interakcje. Mój mąż śmieje się ze
mnie, że mam w głowie multikino, w którym oglądam kilka filmów
równolegle, podczas gdy inni mają do dyspozycji co najwyżej dwie lub
trzy sale kinowe w tym samym czasie.
Nie jestem antropolożką, psycholożką ani neurolożką, choć jako dziecko
bardzo chciałam być archeolożką, a potem neurochirurżką. Przeszłam
ciekawą i nieprostą ścieżkę edukacji przez indywidualny tok nauczania w gimnazjum, liceum plastyczne, studia najpierw w dziedzinie sztuk
pięknych, potem architektury wnętrz, wzornictwa przemysłowego,
skończywszy na doktoracie łączącym wszystkie te obszary. Zajmowałam się
stylizacją przestrzeni do sesji zdjęciowych, urządzałam domy, biura i przychodnie; projektowałam wystawy, doświadczenia i obiekty; prowadziłam
badania na biegunie i w kosmosie, wykładałam na uczelni, konsultowałam,
zasiadałam w jury... Ciągle gadałam i pisałam o przestrzeni. Mieszkałam w szesnastu różnych miejscach, zaczynając i kończąc w Warszawie, z przystankami w Singapurze, Brukseli czy Gdańsku. Podróżowałam po
Europie, Azji i Afryce, w miejsca odległe od turystycznych szlaków, aby
spotkać tam prawdziwych, nieinstagramowych ludzi i doświadczyć
oryginalnego piękna natury, poza filtrami photoshopa. Obecnie lubię
mówić o sobie, że jestem projektantką, edukatorką i badaczką, tworzę
podcast #Bezpiecznik, uczę uważności, rozwijam startup KOTA-app. I ze
wszystkich tych miejsc przyglądam się światu, z ciekawością, podziwem,
namysłem i bardzo często z przerażeniem - co tu się, do cholery, dzieje?
Kilka lat temu napisałam Szałas na hałas - książkę o tym, jak zrobić z własnego domu azyl, dosłownie i w przenośni; rodzaj przewodnika po
sztuce budowania bezpiecznej, osobistej przestrzeni, która sprzyja
odpoczynkowi i pozwala odbudować siłę na codzienne zmagania z żywiołem
życia. Stworzyłam też Notes uważności, aby zatrzymać się w pędzącym z prędkością nanosekundy świecie na chwilę oddechu, świadomego ruchu,
odpoczynku, snu i innych fundamentalnych, lecz lekceważonych aktywności,
a może właśnie pasywności... Pisałam też, opowiadałam i wykładałam o zmysłach, roli przestrzeni, wyzwaniach współczesności i życiu w izolacji.
Tym razem zapraszam was nie do szałasu, ale do Hotelu Ziemia - jedynego
dostępnego nam miejsca do życia, miejsca wszystkomającego, oszałamiająco
pięknego i przebogatego, które oferuje swoim mieszkańcom wspaniałe
warunki do życia i rozwoju. Tymczasem homo sapiens, człowiek podobno
rozumny, z uporem godnym lepszej sprawy stara się zawłaszczyć,
wyeksploatować i zdewastować tę wspólną dla miliardów istnień
przestrzeń. Zawężając pole obserwacji do miast, dochodzimy do podobnych
wniosków - często stają się one niegościnnymi przestrzeniami pełnymi
hałasu, chaosu, smogu i wszelkiej innej zmysłowej opresji. Również nasze
domy, zamiast być ostoją spokoju i bezpieczeństwa, coraz częściej
przypominają magazyny rzeczy niczyich i najeżone przeszkodami poligony
walki z codziennością.
Przyglądając się w makro- i mikroskali zjawisku bezrozumnego i krótkowzrocznego wykorzystywania zasobów - zarówno naturalnych, jak i przestrzennych - oraz złego nimi zarządzania, spróbujmy się zmierzyć z pytaniem, dlaczego dysponując tak gigantycznym zasobem wiedzy i doświadczenia, uparcie tworzymy sobie świat, w którym nie da się zdrowo
i bezpiecznie żyć? Dlaczego zachowujemy się tak, jak byśmy byli jedynymi
i ostatnimi lokatorami Hotelu Ziemia? Dlaczego nie umiemy / nie chcemy
mądrze zamieszkiwać naszej planety, naszych miast i naszych domów?
1. Od Wielkiego Wybuchu do kuchennego blatu
1.
OD WIELKIEGO WYBUCHU
DO KUCHENNEGO BLATU
Lubię zaczynać swoje wykłady od koncepcji Wielkiego Wybuchu i stwierdzenia, że owe 13,8 miliardów lat (kiedy podobno Big Bang się
dokonał) brzmią dla nas absolutnie abstrakcyjnie. Z nie mniejszym trudem
przyjmujemy teorię, że w erze hadeiku (ok. 4,5 miliarda lat temu) młoda
Ziemia zderzyła się z innym ciałem niebieskim - planetą o rozmiarach
zbliżonych do Marsa, któremu nadano nazwę Theia. W wyniku tego
gigantycznego zderzenia powstał Księżyc, a Ziemia przybrała swój obecny
kształt, wchodząc w okres archaiku. Istnieje jeszcze co najmniej kilka
ciekawych teorii, jak doszło do narodzin życia w naszym Hotelu Ziemia.
Moje dwie ulubione to oparta na chemosyntezie teoria głębinowych oaz,
czyli powstanie życia w kominach termalnych na dnie oceanów, oraz teoria
panspermii, która zakłada, że życie na Ziemi nie powstało spontanicznie,
lecz zostało niejako zasiane z kosmosu. Jedną z jej odmian jest właśnie
koncepcja, że pierwsze organizmy żywe (lub ich prekursorzy) dotarły na
naszą planetę na pokładzie asteroidy lub komety, pochodzącej np. z Marsa.
Tak czy owak, znaczyłoby to, że powierzchnia, po której stąpamy, na
której wyewoluowaliśmy i którą systematycznie degradujemy, ma w przybliżeniu 4,54 miliarda lat, i myślę, że większość z nas tej liczby
też nie potrafi sobie wyobrazić. No chyba że byłaby to kwota na naszym
koncie, która pozostaje nie mniej abstrakcyjna, ale daje nam
policzalność tego, co można za to kupić. W kontekście czasu jednak jest
to niemożliwe - nie uda nam się policzyć z czasem w sposób, w jaki
liczymy pieniądze. Nawet jeśli uznamy powszechną długość życia na
poziomie 100 lat, o którą walczą lekarze i badacze długowieczności, to
nadal jest to czas nieuchwytny, porównywalny do kropli w oceanie, jeśli
zestawimy go z historią naszej planety. Z kolei koncepcje takie jak
transhumanizm, który zakłada, że za pomocą zaawansowanych technologii -
inżynierii genetycznej, nanotechnologii czy cyfrowych transferów
świadomości - uda się radykalnie przedłużyć ludzkie życie, a może nawet
osiągnąć postbiologiczną egzystencję, pokazują, jak bardzo pragniemy
kontrolować nasz czas. Ale nawet te idee, które obiecują nam
nieśmiertelność, nie zmieniają tego, że nadal pozostajemy w obrębie
naturalnych, nieprzekraczalnych granic. To, co nas trzyma w ryzach, to
nasza śmiertelność, skończoność życia i nieodwracalność czasu. Rozum
nasz słabo obejmuje 300 tysięcy lat, a to właśnie w takim przedziale
czasowym ukształtował się homo sapiens, człowiek podobno rozumny. Dużo
łatwiej wartość taką chwyta z bardziej doludzkiej perspektywy - jest to
kwota, która dziś w Polsce nie wystarczy na mieszkanie, ale bez problemu
pozwala na zakup samochodu. O mieszkaniach i samochodach rozprawiam w dalszych częściach książki, teraz powróćmy do (nie)rozumienia czasu.
Percepcja czasu stanowi przedmiot badań w dziedzinach nauk - takich jak
psychologia, neurobiologia czy antropologia - jako chronemika, czyli
arcyciekawa subdyscyplina, zajmująca się sposobami postrzegania,
organizowania i wykorzystywania czasu w kontekście komunikacji
międzyludzkiej oraz kulturowej. Dostarcza ważnych narzędzi do analizy i zrozumienia, jak różne społeczeństwa oraz jednostki operują czasem w kontekście komunikacji, interakcji i organizacji życia. Percepcja czasu
obejmuje m.in. punktualność, skłonność do czekania, tempo działania,
sposoby rozumienia harmonogramów, ukierunkowanie na
przeszłość/teraźniejszość/przyszłość i wiele innych aspektów ludzkiej
aktywności. Według niektórych klasyfikacji percepcja czasu uznawana jest
za niezależny zmysł, chociaż nasze ciało nie ma dedykowanych jej
receptorów. Istnieje natomiast obszar w mózgu, który stanowi wewnętrzny
zegar nadzorujący wszystkie funkcje życiowe, czyli cykl okołodobowy.
Reguluje on wiele aspektów naszego życia - decyduje o tym, kiedy śpimy,
co i kiedy jemy, oddziałuje na popęd seksualny czy wchłanianie
zażywanych przez nas leków. Jako istoty ludzkie pozostajemy biologicznie
zależni od światła słonecznego, a nasz zegar biologiczny dostosowuje się
do 24-godzinnego rytmu, związanego z ruchem Ziemi wokół Słońca.
Jednym z najbardziej przełomowych osiągnięć w badaniach nad cyklem
okołodobowym było, nagrodzone Noblem w 2017 roku, odkrycie dotyczące
mechanizmów molekularnych kontrolujących te cykle, którego dokonali
Jeffrey C. Hall, Michael Rosbash i Michael W. Young. Naukowcy ci
zidentyfikowali geny i białka odpowiedzialne za regulację rytmów
biologicznych, co pomogło zrozumieć, w jaki sposób organizmy adaptują
się do cykli dnia i nocy. Odkrycia te mają istotne znaczenie w badaniach
nad zaburzeniami snu, depresją oraz wpływem sztucznego oświetlenia i zmian klimatycznych na zdrowie człowieka.
W ramach badań nad rytmem dobowym wyodrębniono chronobiologię - naukę
zajmującą się wpływem czasu i rytmów biologicznych na organizmy żywe.
Analizuje ona regularne, cykliczne wzorce zachodzące w procesach, takich
jak sen, metabolizm, reprodukcja i aktywność fizyczna. Dzięki
chronobiologii lepiej rozumiemy złożoność indywidualnych różnic w rytmach dobowych. Zamiast prostego podziału na typy poranne (skowronki)
i wieczorne (sowy) wyróżnia się dziś cztery chronotypy: lwy (typ
poranny, wstający wcześnie i najbardziej aktywny rano), niedźwiedzie
(dominujący w populacji chronotyp, pod który zaprojektowany jest nasz
ludzki świat), wilki (typ wieczorny, aktywizujący się po zmroku) i delfiny (chronotyp niestandardowy).
Autorzy pracy Paradoks czasu, Philip G. Zimbardo i John Boyd, obrazowo
wyjaśniają, że każda komórka naszego ciała ma swój wewnętrzny zegar
biologiczny, ale główną rolę w regulacji rytmu dobowego odgrywa zegar
centralny - skupisko około 10 tysięcy neuronów w podwzgórzu, zwane
jądrem nadskrzyżowaniowym (SCN). Otrzymuje ono sygnały świetlne z nerwów
wzrokowych, dzięki czemu dostosowuje nasz organizm do cyklu dnia i nocy.
Jego strategiczne położenie pozwala także na wydzielanie neurohormonów,
które wpływają na pracę mózgu i całego ciała. W związku z tym każdy z nas odczuwa czas trochę inaczej. To subiektywne postrzeganie czasu
nazywamy czasem psychologicznym i odróżniamy go od czasu obiektywnego,
mierzonego za pomocą zegara. Dzielimy go na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, ale jego upływ - różny w różnych warunkach - nie zawsze
wydaje się równomierny. Nasze wewnętrzne zegary biologiczne regulują
rytm dobowy, dostosowując organizm do warunków dnia i nocy, ale na nasze
postrzeganie i odczuwanie czasu wpływają też terminy i zobowiązania oraz
związana z tym presja czasu. To, jak odczuwamy czas, wpływa na nasze
emocje, sposób myślenia i działania.
Czas niewątpliwie pozostaje konstruktem umysłu. Jak wynika z opisu
obszaru mózgu odpowiadającego za zegar dobowy, ten rzekomy zmysł czasu,
choć nie ma własnych receptorów, opiera się na innych zmysłach, takich
jak wzrok czy słuch. Poprzez nerwy wzrokowe SCN otrzymuje informacje o zmianach barwy światła w ciągu dnia, co pozwala mu zsynchronizować zegar
wewnętrzny z naturalnym cyklem dobowym, m.in. poprzez odpowiednio
wyregulowaną produkcję melatoniny (hormonu snu). SCN potrafi również
integrować bodźce słuchowe, np. śpiew ptaków o poranku lub odgłosy
nocne, które wspomagają nasz zegar molekularny w utrzymaniu
odpowiedniego rytmu biologicznego, a tym samym - zdrowej równowagi
organizmu i prawidłowości wszystkich jego funkcji. Czas, a przede
wszystkim jego upływ, pozwala mózgowi adaptować się do następujących po
sobie zmian w otoczeniu i przekładać je na zmiany organiczne.
Do tego, jak pokazała teoria względności Einsteina, czas jest względny i może się zmieniać w zależności od różnych czynników, takich jak prędkość
czy grawitacja. Osobiście bardzo lubię oddawać się rozmyślaniom nad
zapętlaniem czasoprzestrzeni i dylatacjami czasu występującymi np. przy
załamaniu czarnych dziur. Dobrze pokazuje to chociażby mój ulubiony film
science fiction, czyli Interstellar z 2014 roku w reżyserii
Christophera Nolana. W bardzo widowiskowy i jednocześnie sugestywny
sposób przedstawia on dylatację czasu wynikającą z teorii względności
Einsteina oraz koncepcję wielowymiarowej czasoprzestrzeni, pozwalając
widzom niejako zobaczyć skomplikowane zjawiska fizyczne na ekranie. Film
obrazuje też, jak czas może płynąć inaczej w zależności od warunków
grawitacyjnych - godzina spędzona na powierzchni pewnej planety okazuje
się równa siedmiu latom na statku znajdującym się poza jej orbitą.
Interstellar porusza również bardziej emocjonalną stronę postrzegania
czasu - dla astronautów przebywających w pobliżu silnych źródeł
grawitacji, jak np. na planecie Millera, czas płynie znacznie wolniej
niż na Ziemi. Podczas gdy dla nich mijają zaledwie godziny, ich bliscy
na Ziemi doświadczają upływu całych dekad, co prowadzi do bolesnej
dysproporcji we wspomnieniach, doświadczeniach i relacjach.
Jak już zaznaczyłam, percepcja czasu jest subiektywna, zależy od naszego
stanu emocjonalnego, zaangażowania w daną aktywność czy poziomu
koncentracji. Zjawiska kurczenia się czy rozciągania czasu doświadczył
chyba każdy z nas. Wystarczy przypomnieć casus poczekalni
stomatologicznej czy mijający z prędkością światła czas randki z ukochaną osobą. Czas płynie niepostrzeżenie w stanie flow, gdy
angażujemy się mocno w jakiś projekt - i wlecze się w nieskończoność -
podczas nudnej prezentacji.
Człowiek, który śpi, trzyma w krąg siebie nić godzin, porządek lat i światów. Radzi się ich instynktownie, budząc się, i odczytuje z nich w jednej sekundzie punkt ziemi, w którym się znajduje, czas, który upłynął
(...); ale ich szeregi mogą się zmącić, przerwać. (...) i w pierwszej
minucie przebudzenia nie będzie już wiedział, która godzina, będzie
myślał, że się dopiero co położył. Niech się zdrzemnie (...) na przykład
po obiedzie w fotelu - wówczas przewrót w wyważonych z orbit światach
będzie kompletny; czarnoksięski fotel pogna z nim z zawrotną szybkością
poprzez czas i przestrzeń i w chwili otwarcia powiek będzie myślał, że
zasnął kilka miesięcy wprzód w innej okolicy1.
Marcel Proust
Czas odmierzamy, posługując się wspomnianymi rytmami biologicznymi, a także pamięcią i językiem, co tworzy z niego konstrukt kształtujący
naszą kulturę. Pamięć pozostaje bardzo ciekawą składową percepcji czasu,
bo jest subiektywna i można nią manipulować, do tego pozostaje silnie
powiązana z emocjami. Używamy zdarzeń lub ważnych momentów w naszym
życiu jako punktów odniesienia do określenia, jak długo coś trwało, np.:
"To było w zeszłym miesiącu, kiedy obchodziłem urodziny". Czas często
wydaje się bardziej skonkretyzowany również wtedy, kiedy łączy się z silnymi przeżyciami czy ważnymi doświadczeniami. Wydarzenia nacechowane
silnymi emocjami zdecydowanie łatwiej sobie przypomnieć i mogą wydawać
się bardziej znaczące od tych rutynowych. Pamięcią można również
manipulować, co potwierdzają różne eksperymenty psychologiczne, np.
eksperyment Elizabeth Loftus z 1995 roku2. Wykazano w nim, że
można zaszczepić ludziom fałszywe wspomnienia poprzez silną sugestię -
uczestnikom wmawiano, że jako dzieci zgubili się w centrum handlowym, a wielu z nich zaczęło sobie "przypominać" szczegóły tego rzekomego
zdarzenia.
Dowodem na plastyczność pamięci jest zjawisko wyparcia - mechanizm
obronny, w którym mózg usuwa trudne lub bolesne wspomnienia, by chronić
nas przed stresem i cierpieniem. Pamięć nie działa jak twardy dysk
zapisujący wszystko bez zmian - może modyfikować, zacierać, a nawet
całkowicie blokować dostęp do pewnych wydarzeń, jeśli uzna, że lepiej
dla nas będzie ich nie pamiętać. Nie oznacza to jednak, że te
wspomnienia znikają całkowicie - mogą tkwić w podświadomości i wpływać
na nasze emocje czy zachowanie, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Bywa też, że pod wpływem bodźców lub silnych emocji wracają nagle,
czasem w postaci przebłysków, snów czy nieoczekiwanych skojarzeń.
Ludzkie rozumienie i odczuwanie czasu wyraża się również w języku. Do
określenia czasu używamy jednostek miary, takich jak sekunda, minuta,
godzina, dzień, tydzień, miesiąc czy rok, co pozwala nam precyzyjnie
wskazywać upływające chwile. Strukturę gramatyczną dostosowujemy do
czasu, w którym coś miało miejsce - używamy czasowników w czasie
przeszłym ("byłem"), teraźniejszym ("jestem") i przyszłym ("będę"), a także określeń czasowych, takich jak "wczoraj", "za tydzień" czy "w przyszłym roku". Jednak językowe postrzeganie czasu ma swoje
ograniczenia. Trudno nam myśleć o przedziałach czasowych wykraczających
poza naszą percepcję i długość życia - dlatego dalekowzroczność się w naszym gatunku jakoś nie przyjęła. Przykładem niech będzie ignorowanie
prognoz klimatologów dotyczących roku 2050 - dla wielu z nas to
abstrakcyjna przyszłość, której nie dożyją, więc nie potrafią się
przejąć konsekwencjami zmian klimatu.
W języku codziennym często operujemy metaforami związanymi z czasem, bo
tylko w formule przenośni możemy wyrazić tę subiektywność i niejednoznaczność własnych temporalnych doświadczeń. Mówimy, że czas
"leci" lub "ucieka", choć ruch nie jest jego właściwym kwalifikatorem.
Podobnie jak nasza - ludzi - fizyczna z nim relacja, choć często
próbujemy "złapać chwilę" lub czujemy, jak "czas przecieka nam przez
palce". Nawet fotografia, "chwytając moment", jest symboliczną próbą
zatrzymania czegoś, co w rzeczywistości jest nieuchwytne.
Czas zapisuje się też w kulturze materialnej, czyli - najprościej - w otaczających nas obiektach i przedmiotach. Każda stara kamienica,
brukowana ulica czy porcelanowa filiżanka nosi ślady minionych epok -
dłoni, które je tworzyły, ludzi, którzy z nich korzystali. Nawet rzeczy
codzienne mogą skrywać historie i herstorie sprzed milionów lat.
Pamiętam moment, gdy podczas montażu wapiennego blatu w jednej z moich
realizacji dostrzegłam w niej skamielinę amonita. Ten spiralny ślad
dawnego życia, odciśnięty w kamieniu, pochodził z czasów, gdy ląd, na
którym stałam, znajdował się jeszcze pod wodą. W jednej chwili uderzyło
mnie, jak niewiele znaczymy w skali trwania - my, nasze plany, problemy,
projekty i nowe kuchnie. Ten blat, który miał się stać tłem czyjejś
codzienności, nosił w sobie historię sprzed 65 milionów lat. To było jak
dotknięcie innego wymiaru czasu - takiego, którego nie mierzy się
zegarkiem, lecz warstwami skalnymi i erami geologicznymi. Amonit,
niegdyś unoszący się w pradawnym oceanie, teraz miał się stać częścią
czyjejś domowej przestrzeni. I choć my, ludzie, myślimy o sobie jako o twórcach, to materia, z której budujemy świat, przypomina nam, że tu, w tym niezwykłym Hotelu Ziemia, jesteśmy tylko na chwilę.
MENU WIEDZY:
H. Scales, Otchłań. Ukryte życie oceanów i grożące mu
niebezpieczeństwo, tłum. R. Śmietana, Copernicus Center Press, Kraków
2022 - książka o tajemnicach głębin oceanicznych, niezwykłym życiu
morskich ekosystemów oraz zagrożeniach, jakie niesie dla nich
działalność człowieka.
Obcy z głębin (2005), reż. J. Cameron - film dokumentalny pokazujący
inny świat mierzony innym czasem, znajdujący się pod powierzchnią wody.
L. Geddes, W pogoni za słońcem. O świetle słonecznym i jego wpływie na
ciało i umysł, tłum. A. Wojtasik, Insignis, Kraków 2019 - rodzaj
naukowego reportażu o tym, jak nowoczesny styl życia oddala nas od
naturalnego cyklu światła i ciemności oraz o oddziaływaniu słońca na
nasze zdrowie, samopoczucie i rytm dobowy.
TEDx: M. Komsta, "Okradzeni - rzecz o nocnych markach", 2019 - wykład o wykluczeniu osób o wieczornym chronotypie w świecie faworyzującym
chronotyp poranny, o sposobach wykorzystania potencjału tych pierwszych
oraz o konieczności dostosowania systemu pracy i edukacji do
zróżnicowanych rytmów biologicznych.
M. Breus, Potęga KIEDY. Żyj w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem,
tłum. A. Myśliwy, Znak, Kraków 2017 - książka o tym, jak dostosowanie
codziennych aktywności do naturalnego rytmu biologicznego związanego z określonym rodzajem chronotypu może poprawić produktywność, zdrowie i samopoczucie.
P. Zimbardo, J. Boyd, Paradoks czasu, tłum. M. Zieliński, A. Cybulko,
Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009 - książka o tym, jak
nasze postrzeganie czasu kształtuje decyzje, zachowania i emocje,
wpływając na codzienne życie oraz długoterminowe wybory.
A. Magnason, O czasie i wodzie, tłum. J. Godek, Karakter, Kraków 2020
- jedna z moich ulubionych książek o tym, jakie znaczenia uzyskują
słowa w kontekście czasu i jak czas wpływa na rozumienia świata.
M. Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Karakter, Kraków 2017 -
niezwykle osobista i przejmująca książka o niematerialnym znaczeniu
rzeczy w naszym otoczeniu.
M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, t. I: W stronę Swanna, 1987, tłum. T. Boy-Żeleński, s. 6. [wróć]
E.F. Loftus, J.E. Pickrell, The Formation of False Memories, "Psychiatric Annals" 1995, nr 25 (12), s. 720-725. [wróć]
2. Wielka Piątka w antropocenie
2
WIELKA PIĄTKA
W ANTROPOCENIE
O początkach ewoluowania zmysłów i o specyfice każdego z nich pisałam
już w książce Szałas na hałas. Jednak nie sposób wyczerpać tego
zagadnienia, które zahacza przecież o każdy inny temat związany z funkcjonowaniem człowieka w naturze. Zmysły nie tylko umożliwiają nam
przetrwanie, ale także warunkują adaptację do zmieniającego się
środowiska, są narzędziem komunikacji oraz tworzenia cywilizacji i kultury. Analizując kolejne fazy ewolucji i powstające coraz to nowe
odnogi drzewa życia, możemy obserwować, jak pierwotne funkcje reaktywne
organizmów ewoluowały, tworząc coraz bardziej złożone, funkcjonalne
systemy odbioru i przetwarzania bodźców. Zmysły, które pierwotnie
służyły wielorakim strategiom przetrwania, przekształciły się w narzędzia wykorzystywane do niezwykle zaawansowanych form eksploracji
otoczenia, modułów interakcji czy wreszcie budowania złożonych
społeczności i wyrafinowanych konstruktów kultury.
Może się nam wydawać, że to, co widzimy, jest rzeczywistością, ale jest
to bardzo ludzka rzeczywistość. Inne zwierzęta żyją w zupełnie innych
rzeczywistościach. Teraz możemy patrzeć ich oczami, ujawniając wiele
sekretów, które dotychczas były dla nas poza zasięgiem1.
Dan-Eric Nilsson
Cytat ten, mówiący o zróżnicowanym i relatywnym postrzeganiu
rzeczywistości, prowadzi nas do kluczowego tu pojęcia umwelt, które w najogólniejszym rozumieniu oznacza subiektywny świat postrzegania i działania, gdzie żyje i funkcjonuje dany organizm - świat uwarunkowany
jego zmysłami, budową ciała oraz zdolnością interpretacji bodźców.
Umwelt nie obejmuje więc całej (obiektywnej) rzeczywistości, lecz
tylko te jej aspekty, które mają znaczenie dla przetrwania i funkcjonowania danego organizmu. Każda istota ma zatem swój własny
umwelt.
Pojęcie umwelt (jako środowiska znaczącego - swoistej ramy, w której
funkcjonują organizmy) jako pierwszy ukuł Jakob von Uexküll. Ten
urodzony w 1864 roku zoolog poświęcił swoją karierę naukową badaniu
subiektywnego postrzegania otoczenia przez żywe organizmy oraz jego
wpływowi na ich zachowanie. Jego praca Umwelt und Innenwelt der Tiere
(Środowisko i świat wewnętrzny zwierząt, Berlin 1909) wniosła istotny
wkład w rozwój semiotyki, biosemiotyki i cybernetyki. Uexküll stał na
stanowisku, że świat doświadczenia każdej istoty żywej wykracza poza
zasięg naukowej wiedzy, co mocno nadszarpnęło wiarę ówczesnych badaczy w możliwość pełnego poznania rzeczywistości. Ponadto zoolog ten podkreślał
w swoich pracach, że żaden umwelt nie ma wyższego statusu
metafizycznego niż inne. Spostrzeżenia Uexkülla stały się punktem
wyjścia do szerszych badań tego zagadnienia, które prowadzone są do
dziś. Warto przy okazji wspomnieć, że jeszcze do lat 80. XX wieku wielu
naukowców podawało w wątpliwość przypuszczenie, że zwierzęta inne niż
ludzie odczuwają ból czy emocje, co jak zawsze dowodzi, jak wysokie
mniemanie mamy o sobie samych i jak bardzo sami sobie wydajemy się
wyjątkowi.
Pojęcie umwelt w piękny sposób rozwija książka Niezwykłe zmysły. Jak
zwierzęta odbierają świat Eda Younga, na wiele różnych sposobów
dowodzącego w niej, że nie ma jednego uniwersalnego sposobu odbioru
rzeczywistości. Jest ich tak wiele, jak wiele jest aparatów
sensorycznych charakterystycznych dla różnych mieszkańców naszej
planety.
POZWÓLMY PSOM BYĆ PSAMI. Węch!
(...) wielu właścicieli psów odmawia swoim zwierzętom radości wąchania.
Dla psa zwykły spacer to odyseja węchowych poszukiwań. (...) właściciel
tego jednak nie rozumie i traktuje spacer wyłącznie jako sposób na
zapewnienie ruchu lub jako drogę do celu (...). Kiedy pies wącha kupę,
padlinę lub coś, co dla zmysłów właściciela jest nieprzyjemne, trzeba go
odciągnąć. Kiedy pies wtyka nos w krocze innego psa, zachowuje się
nieprzyzwoicie: zły pies! Przecież, przynajmniej w kulturach Zachodu,
ludzie się nie obwąchują. (...) Ludzie wciąż narzucają swoje wartości -
i swój Umwelt własnym psom, a przez to zmuszają je do patrzenia
zamiast wąchania, osłabiają ich węchowe światy i tłumią istotną część
ich psowatości. (...) pozwólmy psom być psami. Doceńmy to, że ich
Umwelt jest inny, i zaakceptujmy tę różnicę2.
Ed Yong
Uwielbiam psy, ale mam też szczególną słabość do ośmiornic. Te
niesamowite głowonogi różni od nas praktycznie wszystko (jeśli w naszym
Układzie Słonecznym istnieją obcy, to prawdopodobnie są to właśnie
ośmiornice). Te niesamowite stworzenia są mistrzami kamuflażu, dzięki
chromatoforom potrafią błyskawicznie zmieniać kolor i teksturę skóry,
aby dopasować się do otoczenia. Mogą żyć zarówno przy powierzchni wody,
jak i na głębokości 3 km (wygooglujcie sobie, jak wygląda ośmiornica
Dumbo, czyli Grimpoteuthis - to prawdziwa piękność, ma wielkie uszy i spódnicę, zamieszkuje głębokości między 400 a 4800 m p.p.m.). Ośmiornice
wykazują złożone zachowania, takie jak rozwiązywanie problemów, używanie
narzędzi czy nauka przez obserwację. Budują ogródki z muszelek,
zapamiętują miejsca, w których ukryły pokarm, potrafią też rozpoznawać
poszczególne osoby (np. pluły wodą w badaczy, którzy wyrządzali im
krzywdę). Naśladują inne zwierzęta, aby uniknąć drapieżników lub zwabić
ofiarę. Ośmiornice mają niebieską krew (zawierającą hemocyjaninę) i trzy
serca: jedno pompuje krew do całego ciała, a dwa pozostałe do skrzeli.
Ośmiornicze mózgi są - w stosunku do ogólnej masy ciała - największe
wśród bezkręgowców. To fascynujące istoty, tak różne od nas. Ich
umwelt ma się nijak do naszego i to nie znaczy - co podkreślał Uexküll
- że jest gorszy czy lepszy, jest równie ważny do ich przetrwania, co
dla nas nasz własny.
Przyjmuje się, że ludzki umwelt opiera się na podstawowych pięciu
zmysłach, zgodnie z klasycznym ujęciem wypracowanym ok. 350 roku p.n.e.
przez Arystotelesa i wyłożonym w jego traktacie De Anima (O duszy).
Pogląd ten, mimo gigantycznego postępu w neuronaukach, nie stracił na
aktualności (choć od lat budzi wiele kontrowersji i zasadza się na
filozoficznym rozróżnieniu tego, co określimy mianem jednego zmysłu) i nadal Wielka Piątka stanowi najbardziej podstawowy model rozróżniania
zmysłów.
Dan-Eric Nilsson z Uniwersytetu w Lund, cyt. za: https://geekweek.interia.pl/przyroda/news-w-koncu-mozemy-zobaczyc-jak-ptaki-widza-otaczajacy-nas-swiat%2CnId%2C5543274 dostęp: 15 stycznia 2025 r. [wróć]
E. Yong, Niezwykłe zmysły. Jak zwierzęta odbierają świat, tłum. M. Rabsztyn-Anioł, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024, s. 33. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki