Rozdział 2
- Nazwisko?
Senny policjant w sennym komisariacie, siedzący za kontuarem ze sklejki. Taki obraz zapamiętał z dzieciństwa i taki miał też teraz przed oczyma.
- Krzysztof Rozkroczny.
- Miejsce zamieszkania?
- Na stałe chyba ciągle zameldowany jestem tutaj. Ulica Jeziorna 4.
Policjant z mozołem wystukiwał jego zeznanie na starej, beżowej maszynie do pisania.
- To pan tutejszy? - zdziwił się.
- Urodziłem się tu i wychowałem, ale od dziesięciu lat mieszkam gdzie indziej. Przyjechałem sprzedać swój dom.
- A, to dlatego pana nie znam! Pracuję tu dopiero od dwóch lat. Straszne zadupie. Wcale się nie dziwię, że pan stąd wyjechał. Sam bym to chętnie zrobił, ale co robić? Przydział służbowy.
Policjant był młody, tłustawy i sympatyczny. Mówiąc, lekko się uśmiechał, jakby przez cały czas chciał zażartować, lecz powstrzymywała go przed tym powaga pełnionej funkcji.
- A który to dom? - Podniósł głowę znad maszyny. - Ten pusty, nad jeziorem? Piękne miejsce. I jaki widok! Sam bym go chętnie kupił. Gdybym oczywiście miał zamiar spędzić na tym zadupiu resztę życia - poprawił się po chwili.
Od kartki w maszynie odkleiła się kalka i opadła na biurko, pokazując im obu swój fioletowy język. Farba na ścianach komisariatu łuszczyła się na potęgę. Z tym, że do połowy wysokości łuszczyła się sina olejna, a od połowy i na suficie zwykła biała.
- Widzi pan, w jakich warunkach tu pracujemy? - pożalił się policjant. - Wszystko już tu odnowili: szkołę, urząd gminy, kościół, a komisariat wygląda cały czas jak przed trzydziestu laty. I żeby jeszcze działo się coś ciekawego! Same awantury po pijaku i kłótnie rodzinne. Nuda, że aż można nożem kroić.
- Ale teraz to już chyba nie może pan narzekać. Morderstwo to poważna sprawa.
- Jakie morderstwo? A to... - wzruszył ramionami. - Chodzi panu o tę rękę? To już przebrzmiała sprawa. Brakujący element dawno rozwiązanej układanki. Zresztą to nawet nie był nasz rejon. W zeszłym roku w sąsiedniej gminie facet podczas alkoholowej libacji zatłukł swoją konkubinę kuchennym taboretem, a jej ciało zakopał nad rzeką. Przyszły wiosenne roztopy, rzeka wezbrała i woda wypłukała zwłoki. To przedramię to pewnie z nich. Wie pan, zanim ktoś je znalazł, dobrały się do nich lisy. Co i rusz znajdujemy coś w lesie. A to pewnie rzeka przyniosła.
Wyciągnął kartkę z maszyny, rozdzielił oryginał od dwóch odbitych na kalce kopii, po czym podsunął mu wszystko do podpisania. Widząc jego minę, zreflektował się.
- Przepraszam, że tak o tym mówię - usprawiedliwił się. - Zdążyłem się do tej sprawy przyzwyczaić. To oczywiście makabryczna historia, ale co robić. Jaka okolica, takie morderstwa.
Dom, jak to dom, nie ruszył się ani o centymetr. Stał dokładnie tam, gdzie go zostawił poprzednim razem. Wielki, z czerwonej cegły, przykryty blachą. Pradziadek zbudował go na szkołę. Był bogatym gospodarzem, stać go było na taki gest. Potem wybuchła wojna, pradziadka zabrali Niemcy i dla siebie domu zbudować już nie zdążył.
Rodzina zamieszkała więc w tym. Wielkie, wysokie pokoje z dużymi oknami, przeznaczone pierwotnie na klasy, ogromny strych, gdzie miały być mieszkania dla nauczycieli - nikt we wsi nie miał takiego domu. Po wojnie zresztą rzeczywiście urządzono w części domu szkołę. Jego mama idąc na lekcje, wychodziła z domu jednym wyjściem, obchodziła go z lewej strony, i wchodziła drugim. Potem zbudowano nową szkołę i dom znów był cały ich. Jego babcia urządziła wtedy w jednej z byłych klas kaplicę. Wzięła stare szkolne ławki, ustawiła je jak w kościele, kupiła wielki obraz, lichtarze i sztuczne kwiaty. Kiedy ksiądz chodził po kolędzie albo święcił pokarmy na Wielkanoc, przyjmowano go zawsze w tej kaplicy. Kiedy zaś babcia umarła, jej trumnę na katafalku postawiono pod wielkim obrazem. Rodzina i znajomi przychodzili ją pożegnać, a stare kobiety ze wsi płakały i śpiewały kościelne pieśni.
Stał tam wtedy razem z innymi, a starzy mężczyźni z jego rodziny patrzyli na niego, jak się patrzy na kogoś, kto przedłuża ród. Z ciekawością, uwagą, niepokojem, z pytaniem we wzroku, czy jest godny być wnukiem tej starej, mądrej kobiety, która właśnie umarła.
A kiedy na podwórzu zapiał kogut, jeden z nich powiedział:
- Po co piejesz, koguciku? Po co piejesz? Twojej pani już przecież nie ma...
Swoją drogą to ciekawe, ile historii przechowuje w sobie taki dom. W jego pokrytym blachą dachu można było jeszcze znaleźć dziury po odłamkach bomb z czasów wojny. Kiedy mocno padało, ciekła przez nie woda. Nie na tyle jednak, by chciało się je komuś załatać.
Taki wielki, stary dom działa zresztą na trochę innej zasadzie niż współczesne domy. Tam wystarczy odrobina wilgoci i już pojawia się zaciek, farba zaczyna się łuszczyć, na tynku wyrastają purchle, potem wdaje się pleśń. Stare domy są jak organizmy, mają w sobie wewnętrzny mechanizm samoregulacji. Nawet jeśli do środka nacieknie trochę wody, to ta woda potem gdzieś wsiąknie, wyschnie albo zostanie wchłonięta, spożytkowana w jakichś wewnętrznych, tajemnych procesach. Przecież wszystko - glina na cegły, drewno na stropy, nawet blacha na dach i pokrywająca ją smoła, to owoce tej ziemi, na której dom stoi. Nic więc dziwnego, że dom wrasta w nią, z czasem staje się jej częścią, naroślą na jej obliczu, jak grzyb albo drzewo, które są jednocześnie czymś innym i tym samym, co ziemia, na której rosną.
Otworzył drzwi kluczem, choć w zasadzie była to niepotrzebna formalność. Wystarczyłoby je mocniej pchnąć albo kopnąć, a otworzyłyby się same. Nikt przecież jednak nie robi takich rzeczy. Taki sposób otwierania drzwi zarezerwowany jest dla Niemców i rosyjskich żołnierzy. I jedni, i drudzy skorzystali z niego zresztą w czasie ostatniej wojny. Niemcy zabrali wówczas pradziadka, a Rosjanie zegarek i posrebrzane sztućce. Od tego czasu przyjęło się w jego domu Niemców nienawidzić, a do Rosjan czuć głęboką pogardę. Oba te uczucia, choć nie wprost, przeszły także na niego. Gdy jego myśli operowały na odpowiednim poziomie ogólności, wtedy był za pojednaniem i przebaczeniem. Jednak gdy schodziły do poziomu spraw codziennych i zwykłych, niechęć nagle wypływała. Wystawiała głowę podczas relacji sportowych, kiedy czytał gazety, i na wakacjach, gdy słyszał nagle jeden z tych dwóch języków. Trzy pokolenia to widać za mało, żeby zapomnieć.
Wszedł do sieni. Nie było to główne wejście. Główne wejście zaopatrzone w ganek znajdowało się od frontu. Było ono jednak używane tylko przy szczególnych okazjach - ślubach, pogrzebach, wizytach księdza. Na co dzień wchodziło się od tyłu, od strony podwórka. To by nawet nie wypadało tak przy byle okazji pchać się głównym wejściem. To jakby ubrać się w garnitur i pójść ciąć słomę na sieczkę. Tylne wejście było bardziej niezobowiązujące, zwyczajne, swojskie. Tylnym wejściem można było wchodzić i wychodzić ile tylko się chce. Głównym wejściem było trochę strach.
Wszedł więc tylnym wejściem. Nie mógł zresztą inaczej - nie miał klucza od drzwi frontowych. Był on gdzieś w środku domu. Ale gdzie? Kto to mógł wiedzieć? Ostatnio w jego rodzinie nie było ślubów - jego odbył się zupełnie gdzie indziej ani, Bogu dzięki, pogrzebów. A i ksiądz od pewnego czasu zachodził tylnym wejściem, zwyczajnie, jak wszyscy. Drzwi więc zarosły jak dawno przekłute ucho, w którym nikt już nie nosi kolczyka, i nie wiadomo, czy dałoby się je w ogóle otworzyć.
W sieni czuć było jeszcze zapach mleka i jabłek. Było to najchłodniejsze miejsce w całym domu, tu więc zawsze stały kanki z mlekiem, skrzynie z jabłkami i wiadra z wodą przyniesioną ze studni. Tutaj też rezydowały koty, bowiem na wsi koty muszą być w każdym domu. Jako że w każdym domu muszą być też i myszy.
Z sieni, gdzie dziadek zostawiał ubłocone gumiaki i przebierał się w domowe rzeczy, wiodły schody na górę i drzwi do kuchni. W kuchni był piec z żeliwną płytą i fajerkami, miejsce do mycia oddzielone zasłonką, mały, kuchenny stół i lampka z abażurem zrobionym z pocztówek. Dopiero z kuchni wchodziło się do innych pokoi. Na lewo do jednego, a na prawo do drugiego. Z tamtych zaś do trzeciego i czwartego.
Dom, z którego wyprowadzili się ludzie, zawsze sprawia przygnębiające wrażenie. Na podłodze walają się kartki i stare gazety. Po kątach albo na parapetach stoją kubki z utrąconymi uchami, poobijane garnki, koślawe krzesła, komody bez szuflad. Wszystko, co było zbyt stare lub zbyt zniszczone, by opłacało to się zabierać. Ranni żołnierze wielkiej armii pozostawieni własnemu losowi. Przedmioty będące kiedyś dumą swych właścicieli, dziś opuszczone i zdradzone przez człowieka.
Przeszedł wolnym krokiem po pokojach. Z tych drzwi do tamtych, potem z tych do tamtych i z tych do tamtych. Można było obejść cały dom naokoło, przechodząc z pokoju do pokoju. W każdym pokoju zaś {podoba mi się to zdanie bez orzeczenia - nie jest to chyba błąd} piec kaflowy, duże, dzielone na sześć okna i podłoga ze skrzypiących, pomalowanych na ceglasty kolor desek. Wszedł z powrotem do kuchni, tym razem z drugiej strony. Pozostało do odwiedzenia jedno miejsce - jego pokój.
Wrócił do sieni i po drewnianych schodach wszedł na górę. Na poddaszu były trzy pokoje pełniące w różnych okresach różne funkcje. Kiedyś mieszkania dla nauczycieli, potem składowiska niepotrzebnych rzeczy, ostatnio ponownie pomieszczenia mieszkalne. W jednym jego ojciec urządził sobie coś w rodzaju gabinetu, choć gabinet kojarzy się raczej ze skórzanym fotelem i biblioteką, a to było po prostu miejsce, gdzie ojciec trzymał swoje rzeczy i gdzie zaszywał się, by czytać ulubione książki. W drugim był jego pokój, a trzeci służył nie wiadomo do czego. Stały w nim meble, które były jeszcze zbyt dobre, by je wyrzucić, ale które nie były już do niczego potrzebne. Z pomocą tych mebli urządzono coś w rodzaju atrapy normalnego pokoju. Stało tam biurko, szafa i tapczan. Wszystko to sprawiało wrażenie zwykłego pokoju, tyle tylko, że nikt tam nie mieszkał i do niczego to nikomu nie było przydatne.
Wszedł do swojego pokoju. Na jego drzwiach od wewnętrznej strony wisiała jeszcze mapa Europy, na której w podstawówce planował wielkie powstanie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Powstanie, którego oczywiście miał być przywódcą. Niestety zanim dorósł, Związek Radziecki sam się rozpadł, musiał więc szukać innej roboty. Ta, którą znalazł, nie była zła, ale cóż - nie było to jednak to samo.
Uśmiechnął się do siebie. Jego pokój przedstawiał równie żałosny widok, jak cała reszta domu. Opuszczony, pozbawiony wszystkich rzeczy, które nadawały mu kiedyś charakter, odarty aż do kości, nie wiadomo dlaczego skojarzył mu się nagle z czaszką Yorika, którą Hamlet odnalazł kiedyś na cmentarzu. Podobnie jak ona jednocześnie przywoływał we wspomnieniach kształty przeszłości i budził smutek swoim dzisiejszym wyglądem.
Cały jego dom był taką czaszką Yoricka - pomyślał po chwili. Pozbawiony ludzi, mebli, firanek, serwetek, kwiatów w doniczkach, lampek nocnych, poduszeczek na kanapie, pamiątek z wakacji, był tylko pustą skorupą, martwym czerepem, tym żałośniejszym, że widoczne w nim były jeszcze ślady dawnego życia.
Podszedł do okna. To była jedna z rzeczy, które lubił najbardziej w swoim domu - widok z okna. I to się akurat, całe szczęście, nie zmieniło. Zielone wody jeziora ciągnęły się od lewej do prawej strony, za nimi widać było wzgórza porośnięte lasem. Jezioro, przy którym pobudowano wieś, było długie i dość wąskie. Z okna, przez które patrzył, nie było widać ani jego początku, ani końca. Wyglądało to trochę jakby rzeka toczyła swoje wody u stóp łagodnej skarpy, na której szczycie stoi dom. Kiedy był mały, często śniło mu się, że nagle budzi się w nocy i widzi, jak wody jeziora podchodzą aż pod jego okna. Wstawał wtedy, pakował swoje żołnierzyki do drewnianej walizeczki z zestawu "mały majsterkowicz" i szykował się do ucieczki. Nie czuł wówczas strachu, raczej pełną zaciekawienia i w sumie dość podniecającą grozę. Oto działo się coś niezwykłego, coś trochę przerażającego i niebezpiecznego, ale jednocześnie pięknego i wspaniałego. Kochał to jezioro i jeśli czegoś mu brakowało w jego dzisiejszym życiu, to właśnie tego widoku z okna.
Nie wszystkie meble z jego pokoju zostały jednak wyniesione. Na przeciwległej ścianie do drzwi, na prawo od okna stał jeszcze jego dawny regał. Kupiony w czasach, kiedy o żadnym wyborze koloru czy stylu nie mogło być nawet mowy, bo brało się to, co było, wyglądał jak szereg pozbijanych ze sobą drewnianych pudełek. Ów wyblakły, spłowiały kolor nie był skutkiem upływającego czasu, bo o ile mógł sobie przypomnieć, straszył już od samego początku. Mimo to dobrze pamiętał, jak cieszył się, gdy ten regał stanął w jego pokoju.
Otworzył pierwszą z brzegu szafkę. Także i tu zadekowało się kilku maruderów. Poprzecierana poszewka na kołdrę, stare, wełniane skarpetki prawie pozbawione już pięty, spodnie dawno już za małe na kogokolwiek. A tu, proszę, jego stary plecak! Z dwiema nie wiadomo po co wystającymi ze stelażu ku górze metalowymi rurkami, których przeznaczenia nie znał do tej pory. Można było w nie co najwyżej wetknąć dwie chorągiewki, ale nie sądził, by do tego właśnie służyły.
Sięgnął tym razem do szuflady. Jakieś linijki, cyrkle, długopisy. Zestaw dwudziestu czterech różnokolorowych flamastrów przywiezionych z Czech. Były tak piękne, że żal mu było ich używać, w związku z czym po pewnym czasie wyschły, leżąc bezużytecznie w szufladzie.
A to co? Na dnie szuflady leżał stary zeszyt w szarej okładce. To ci dopiero znalezisko archeologiczne! Otworzył go delikatnie na pierwszej stronie. W środku znajdowały się opisy bitew, jakie toczył za pomocą swojej armii plastikowych żołnierzyków. Każda zaopatrzona była w dokładną datę i stosowne mapki pokazujące rozmieszczenie wojsk i kierunki natarcia. Niektóre z tych bitew układały się w całe kampanie! Budowane były i zdobywane zamki, warowne obozy, czasami całe miasta. Zakres historyczny był bardzo szeroki - od bitew napoleońskich, przez walki Indian z amerykańską armią, po kampanię wrześniową 1939 roku. Sam z ołówków budował armaty, sklejał z kartonu czołgi. Miał obozowisko indiańskie z namiotami wyciętymi z kartek papieru i karabin maszynowy zrobiony z ołówka i kilku szpilek. Gdzie to wszystko teraz jest? Zdradził swoją armię, zostawił ją samą...