Hotel w Zakopanem - Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. TY­TU­ŁEM WSTĘPU

.

W wy­niku wielu hi­sto­rycz­nych zda­rzeń, cią­gną­cych się od za­ra­nia dzie­jów po te­raź­niej­szość, do­ko­nał się po­dział świata na pań­stwa o ści­śle wy­ty­czo­nych gra­ni­cach. Czyli te­ry­to­ria cał­ko­wi­cie su­we­renne lub za­leżne od są­sied­nich mo­carstw. Od­mienne ję­zy­kowo, kul­tu­rowo i go­spo­dar­czo, co wy­nika z wielu skom­pli­ko­wa­nych pro­ce­sów, któ­rych źró­dła tkwią w bliż­szej lub dal­szej prze­szło­ści, oraz z usy­tu­owa­nia geo­po­li­tycz­nego. Wszyst­kie bez wy­jątku kraje róż­nią się, cza­sem w tak fun­da­men­tal­nych kwe­stiach, iż wy­klu­cza to ja­kie­kol­wiek po­ro­zu­mie­nie. Jed­nak rów­no­cze­śnie te wszyst­kie pań­stwa świata łą­czy jedno, z czego nie do końca zdają so­bie sprawę ich oby­wa­tele.

Każde z nich po­siada tajne służby.

Owe for­ma­cje, za­leż­nie od ustroju po­li­tycz­nego oraz stop­nia za­awan­so­wa­nia chęci rzą­dzą­cych do utrzy­ma­nia się przy wła­dzy, nie wspo­mi­na­jąc już o pa­ra­noi dyk­ta­to­rów na punk­cie ota­cza­ją­cych ich zdraj­ców i spi­skow­ców, są mniej lub bar­dziej pod­da­wane kon­troli od­po­wied­nich or­ga­nów pań­stwa. Co na­wet w kra­jach z wy­soko roz­wi­niętą de­mo­kra­cją nie ozna­cza by­naj­mniej jaw­no­ści ich dzia­ła­nia. Z sa­mej de­fi­ni­cji wszystko, co tajne, nie ma prawa krzy­czeć z pierw­szych stron ga­zet. To oczy­wi­ste i na ogół ak­cep­to­wane przez zde­cy­do­waną więk­szość spo­łe­czeń­stwa. Ża­den kraj jed­nak nie przy­znaje się, i ni­gdy nie przy­zna, do jed­nego: do po­sia­da­nia w taj­nych służ­bach wy­dzie­lo­nych ko­mó­rek nie­pod­le­ga­ją­cych prak­tycz­nie głęb­szej kon­troli, o któ­rych dzia­łal­no­ści wie je­dy­nie garstka lu­dzi na szczy­tach wła­dzy.

Nie­kiedy zaś na­wet oni nie są świa­domi ich ist­nie­nia...

To sy­tu­acja ide­alna, gdyż rzą­dzący przy­cho­dzą i od­cho­dzą, ale każdy z nich od­czu­wałby nie­od­partą po­kusę wy­ko­rzy­sty­wa­nia nie­wi­dzial­nej siły dla wła­snych in­te­re­sów. A pra­cu­jący tam lu­dzie, je­śli mają dzia­łać sku­tecz­nie, nie mogą pod­le­gać zmien­nym wia­trom pły­ną­cym z po­li­tycz­nych ga­bi­ne­tów. Jed­nak sy­tu­acje ide­alne nie ist­nieją, zwłasz­cza w sfe­rze new­ral­gicz­nych in­te­re­sów da­nego kraju. To­też na­wet naj­bar­dziej utaj­nione służby ko­muś jed­nak pod­le­gać mu­szą, ina­czej prę­dzej czy póź­niej ule­głyby swo­istej de­ge­ne­ra­cji i za­tra­ciły zdol­ność oceny, do ja­kich gra­nic mogą się po­su­nąć. A stąd już tylko mały kro­czek do dzia­ła­nia wy­łącz­nie we wła­snym in­te­re­sie. Który za­wsze po­lega na ule­ga­niu nie­po­skro­mio­nym po­ku­som po­sze­rza­nia wła­snej wła­dzy, po­ta­jem­nego bo­ga­ce­nia się oraz wpły­wa­nia na bieg hi­sto­rii. To ostat­nie stwier­dze­nie może z po­zoru wy­glą­dać na prze­sad­nie gór­no­lotne, nie­ma­jące od­zwier­cie­dle­nia w re­al­nym świe­cie. Lecz jest cał­ko­wi­cie uza­sad­nione. Po chwili za­sta­no­wie­nia przy­zna to każdy, kto jako tako jest za­zna­jo­miony z bie­żą­cymi wy­da­rze­niami w kraju i na are­nie glo­bal­nych wy­da­rzeń.

Przy­znają to także zwo­len­nicy teo­rii spi­sko­wych, któ­rzy choć wy­jąt­kowo mają tu ra­cję, i tak nie są trak­to­wani po­waż­nie. Ta­jem­nicą po­li­szy­nela jest fakt, iż ana­li­tycy wy­wiadu bar­dzo do­kład­nie śle­dzą wszel­kiego ro­dzaju teo­rie spi­skowe. Pa­mię­ta­jąc o za­sa­dzie, że na­wet naj­bz­dur­niej­sza plotka może po­sia­dać ja­kieś uza­sad­nione źró­dło. Oraz że ist­nieją wy­spe­cja­li­zo­wane odłamy in­nych służb, któ­rych je­dy­nym za­da­niem jest sze­rze­nie dez­in­for­ma­cji. Tu do­sko­na­łym in­stru­men­tem byli wła­śnie łowcy sen­sa­cji i mi­ło­śnicy teo­rii spi­sko­wych. Coś tam z ich bre­dze­nia za­wsze prze­ni­kało do opi­nii pu­blicz­nej. Cho­dziło rów­nież o po­da­wa­nie in­for­ma­cji praw­dzi­wych, tak jed­nak za­ka­mu­flo­wa­nych, aby ska­py­wały po­wo­lutku ni­czym kro­pla wody drą­żąca skałę i nie dało się wy­śle­dzić ich źró­dła...

*

Pre­mier jed­nego z eu­ro­pej­skich kra­jów w za­ci­szu swego ga­bi­netu roz­my­ślał o wspo­mnia­nych kwe­stiach. Działo się to tuż po ob­ję­ciu przez niego sta­no­wi­ska. Na biurku le­żały do­ku­menty opa­trzone naj­wyż­szą klau­zulą po­uf­no­ści. Wśród nich znaj­do­wał się je­den, któ­rym za­mie­rzał się za­jąć w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Zwy­kle miał sze­roki wy­bór de­cy­zji. Lub umy­cia od nich rąk, co spro­wa­dzało się do pod­rzu­ce­nia ku­kuł­czego jaja ko­muś z jego ga­bi­netu po­li­tycz­nego. Te­raz jed­nak nie by­łoby to do­bre po­su­nię­cie, mu­siał wy­brać jedną z dwu moż­li­wo­ści. Pod­pi­sać lub po­drzeć, a strzępy wrzu­cić do nisz­czarki. Dzwo­niący te­le­fon wy­rwał męż­czy­znę z za­my­śle­nia. Pre­mier zi­gno­ro­wał na­tar­czywy ter­kot, się­gnął po wieczne pióro i zło­żył na do­ku­men­cie pod­pis. Na­stęp­nie wstał i scho­wał za­dru­ko­waną kartkę do sejfu. Rze­czony do­ku­ment i tak miał na ko­niec wy­lą­do­wać w nisz­czarce... Jed­nakże wpierw na­le­żało go ko­muś po­ka­zać.

Ko­muś, kto ofi­cjal­nie nie ist­niał.

Wci­snął je­den z przy­ci­sków usta­wio­nej w rogu biurka kon­soli. Po chwili drzwi ga­bi­netu uchy­liły się bez pu­ka­nia. Do po­miesz­cze­nia wszedł męż­czy­zna. W prze­ci­wień­stwie do zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści go­ści nie miał ze sobą teczki ani ni­czego, w czym można by trzy­mać do­ku­menty. Gdyby był ak­to­rem, ob­sa­dzano by go z pew­no­ścią w ro­lach cha­rak­te­ry­stycz­nych, lecz ra­czej dru­go­pla­no­wych. Już na pierw­szy rzut oka był ide­al­nym wcie­le­niem czar­nego cha­rak­teru. Pre­mier wie­dział jed­nak, że w jego wy­padku osła­wione pierw­sze wra­że­nie jest wy­soce my­lące. Spoj­rze­nie sza­rych oczu męż­czy­zny było prze­ni­kliwe i spra­wiało, że każdy pod jego wpły­wem za­czy­nał czuć się nie­swojo. Wszak mało jest lu­dzi o ab­so­lut­nie czy­stym ży­cio­ry­sie, o ile tacy w ogóle ist­nieją. I próżno ich szu­kać na szczy­tach wła­dzy, gdyż do­cie­rają tam wy­łącz­nie osoby o ja­sno okre­ślo­nych przy­mio­tach. Bez­względ­ność w sto­sunku do ry­wali oraz ela­styczny sto­su­nek do pre­zen­to­wa­nych za­sad są klu­czowe. A także do­mi­nu­jąca oso­bo­wość.

W tym jed­nakże aspek­cie mało kto do­rów­ny­wał męż­czyź­nie o sza­rych oczach.

- My­ślę, że nie po­trze­bu­jemy pro­wa­dze­nia żad­nej gry wstęp­nej - za­gaił pre­mier, nie wsta­jąc zza biurka. - Oby­dwaj się na­wza­jem znamy. Przy­naj­mniej ze sły­sze­nia.

- I oby­dwaj nie lu­bimy tra­cić czasu - zgo­dził się męż­czy­zna.

- Przejdźmy więc do rze­czy. Masz mi do prze­ka­za­nia coś waż­nego?

Zwró­ce­nie się do go­ścia per ty nie wy­ni­kało z braku sza­cunku. Ozna­czało po pro­stu su­ge­stię, że ich przy­szłe wza­jemne sto­sunki po­winny być ra­czej nie­kon­wen­cjo­nalne, za­kła­da­jące po­mi­ja­nie ofi­cjal­nych za­sad i jaw­no­ści kon­tak­tów. Oby­dwaj byli gra­czami z naj­wyż­szej ligi. Ist­nymi po­li­tycz­nymi szu­le­rami, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia. Ale grali w jed­nej dru­ży­nie. Co było o tyle nie­oczy­wi­ste, że męż­czy­zna o sza­rych oczach zaj­mo­wał swe sta­no­wi­sko pod­czas ka­den­cji rzą­dów kilku dia­me­tral­nie róż­nią­cych się ugru­po­wań po­li­tycz­nych. I prze­trwał. Choć po­wody ta­kiego stanu rze­czy mocno nur­to­wały pre­miera, jed­nego był pe­wien. Usu­wa­nie go na sa­mym po­czątku swej ka­den­cji by­łoby wy­soce ry­zy­kowne.

- Coś waż­nego do prze­ka­za­nia? - Męż­czy­zna nie­znacz­nie wzru­szył ra­mio­nami. - To za­leży, jak zde­fi­niu­jemy to okre­śle­nie...

Nie oka­zu­jąc znie­cier­pli­wie­nia, pre­mier wska­zał sofę w rogu ga­bi­netu i zer­k­nął na ze­ga­rek.

- Mam kwa­drans do na­stęp­nego spo­tka­nia, wy­star­czy?

Jego gość nie od­po­wie­dział, wszak nie od niego za­le­żała dłu­gość wi­zyty. Usie­dli we wska­za­nym miej­scu. Przez więk­szość czasu głos za­bie­rał przy­były, go­spo­darz je­dy­nie wtrą­cał krót­kie py­ta­nia. W pew­nym mo­men­cie wstał, pod­szedł do biurka i wci­snąw­szy coś na kon­soli, wy­po­wie­dział jedno ci­che zda­nie. Wśród licz­nych umie­jęt­no­ści męż­czy­zny o sza­rych oczach nie było czy­ta­nia z ru­chu ust, ale nie po­trze­bo­wał jej, by zro­zu­mieć treść zda­nia: Nie ma mnie dla ni­kogo!

Roz­mowa trwała bli­sko dwie go­dziny...

ROZ­DZIAŁ 1

PIERW­SZE CHWILE NIE­WOLI

Miała su­cho w ustach i po­twor­nie spierzch­nięty ję­zyk. Bo­lała ją głowa. A wła­ści­wie bo­lało ją wszystko. Nie mo­gła się po­ru­szyć, ręce były drę­twe, nogi ścierp­nięte, całe ciało dziw­nie skrę­cone. Było jej duszno. Spró­bo­wała głę­biej ode­tchnąć i... udało się. Cho­ciaż coś, po­my­ślała, i po­now­nie za­czerp­nęła wię­cej po­wie­trza. Uff, może od­dy­chać. To już dużo. Jed­nak gdy spró­bo­wała się po­ru­szyć, jej po­cząt­kowa ulga za­częła prze­kształ­cać się w pa­nikę. Nie mo­gła po­wie­dzieć, że każdy ruch spra­wiał jej ból, bo­wiem nie mo­gła wy­ko­nać żad­nego ru­chu. Na­wet próba po­ru­sze­nia głową się nie udała, przy­pra­wia­jąc ją tylko o do­dat­kowy dys­kom­fort. Do czego do­łą­czyło rwa­nie w barku i sztyw­nie­nie karku.

Po­jęła już, co nie było trudne, że jest po­rwana, upro­wa­dzona, zwią­zana i... Wła­śnie, i co? Do jej do­le­gli­wo­ści fi­zycz­nych do­łą­czyło uczu­cie bez­sil­no­ści, a ta do­kucz­li­wość była rów­nie silna, jak po­przed­nie cier­pie­nia.

Le­żała na czymś twar­dym i nie­przy­jem­nie wo­nie­ją­cym. Ja­kiś stary ma­te­rac, po­my­ślała. Piw­nica? Ko­mórka? Ra­czej piw­nica, są­dząc po za­pa­chach, ciem­no­ści i uczu­ciu wszech­oble­ga­ją­cej ją ple­śni. Żad­nego ru­chu po­wie­trza, żad­nego ru­chu w ogóle. Żeby choć mała myszka, mruk­nęła do sie­bie. Byle nie duży szczur, za­strze­gła. Cho­ciaż... może jakby szczur, po­pro­si­łaby go, żeby prze­gryzł sznur. Przy­naj­mniej ten na rę­kach, bo już tak jej zdrę­twiały, że zu­peł­nie stra­ciła czu­cie. A poza tym... coś ją swę­działo na szyi, bli­sko ucha. I je­śli się za­raz nie po­dra­pie, osza­leje.

Ilja nie miała po­ję­cia, skąd się wzięła na tym ma­te­racu i co się działo przed­tem. Cho­ciaż gdy za­częła wy­tę­żać umysł, pró­bu­jąc prze­gnać mgłę, jaką miała w gło­wie, coś jej się przy­po­mniało. Ktoś po­dał jej ja­kiś na­pój, z kimś roz­ma­wiała, była w por­cie... W por­cie? Po co? O, tak, przy­po­mi­nała so­bie. Ich "urlop", pe­wien dzien­ni­karz, jacht.

Tak, spi­sała się, nie ma dwóch zdań. Se­ba­stian bę­dzie wście­kły. I oczy­wi­ście bę­dzie miał ra­cję. Po­peł­niła same błędy.

I jako agentka - wie­działa prze­cież, że na taką ak­cję nie po­winna wy­bie­rać się sama.

I jako le­karka - jak mo­gła przyj­mo­wać od ob­cego, po­dej­rza­nego męż­czy­zny coś do pi­cia? Niby uwa­żała, niby ni­czego jej do szkla­neczki nie wsy­pał. A jed­nak. Jako le­karka po­winna do­sko­nale pa­mię­tać choćby o dość już po­pu­lar­nej sub­stan­cji GHB, zwa­nej "pi­gułką gwałtu", a ona dała się po­dejść jak ma­ło­lata. Mam na­dzieję, że nie o gwałt mu cho­dziło, du­mała, choć ta kon­sta­ta­cja nie była naj­szczę­śliw­sza. Może lu­bił prze­cią­gać za­bawę z ofia­rami, to da­jąc, to od­bie­ra­jąc na­dzieję...

Poza do­le­gli­wo­ściami bó­lo­wymi miała jesz­cze je­den kło­pot. Czuła prze­możne par­cie na pę­cherz i wie­działa, że za chwilę ule­gnie. I oczy­wi­ście się tego do­cze­kała. Było to dla niej chyba gor­sze od cier­pień fi­zycz­nych, ta­kiego upo­ko­rze­nia do­tych­czas nie do­znała.

Cier­pie­nia fi­zyczne ła­twiej jej było zno­sić, prze­żyła po­dobny stan w swoim "po­przed­nim ży­ciu", jak na­zy­wała okres po­prze­dza­jący jej zwią­zek i pracę z Se­ba­stia­nem. Kie­dyś prze­trwała na­pad człon­ków gangu, zo­stała bru­tal­nie po­bita i zmu­szona do dzia­łań uła­twia­ją­cych ucieczkę szefa ma­fii z wię­zie­nia. Wtedy ura­to­wał ją Szew­ni­kow­ski, a sprawa ta stała się po­cząt­kiem jej pracy w taj­nych służ­bach. Stop­niowo zwią­zek z Se­ba­stia­nem prze­stał być je­dy­nie współ­pracą za­wo­dową, roz­wi­nęło się mię­dzy nimi uczu­cie i nie­długo mieli zo­stać mał­żeń­stwem.

A to, co dzieje się te­raz, było na­stęp­stwem ich pierw­szego wspól­nego urlopu. Po­je­chali do Łeby, oby­dwoje pa­mię­tali tę miej­sco­wość jesz­cze z dzie­ciń­stwa. Przy­pusz­czali, że mia­sto zmie­niło się, jak więk­szość pięk­nych krań­ców Pol­ski. Nie przy­pusz­czali jed­nak, że zmiana bę­dzie tak spek­ta­ku­larna. Łeba ofe­ro­wała bo­gac­two do­znań o każ­dej po­rze roku. Na­wet te­raz, późną je­sie­nią, można tu było zna­leźć mnó­stwo spo­so­bów na przy­jemne spę­dza­nie czasu, włącz­nie ze zbie­ra­niem grzy­bów, o ile w li­sto­pa­dzie jesz­cze można ja­kieś zna­leźć. Ilja wy­szu­kała w in­ter­ne­cie kilka miejsc, które chęt­nie obej­rza­łaby. Nie zdą­żyła...

A ma­rzyła jej się wy­prawa do Sło­wiń­skiego Parku Na­ro­do­wego, na ru­chome wy­dmy, do la­tarni mor­skiej Stilo. Do mu­zeum mo­tyli, oce­ana­rium, ogrodu or­ni­to­lo­gicz­nego. Chęt­nie po­pły­nę­łaby w ja­kiś rejs wy­ciecz­kowy po mo­rzu. A na­wet wzię­łaby udział w rej­sie węd­kar­skim na dor­sza...

Ma­rze­nia...

Ock­nęła się na­gle, wi­docz­nie za­snęła na chwilę. Te­raz czuła się jesz­cze go­rzej, sen w po­zy­cji zwi­nię­tego rol­mopsa nie jest naj­wy­god­niej­szy. Było jej nie tylko nie­wy­god­nie, za­częło jej być zimno. Co­raz zim­niej. Uczu­cie to po­głę­biały jesz­cze zmo­czone dolne par­tie ubra­nia. I, co też było do­le­gli­wo­ścią, ro­biła się co­raz bar­dziej głodna.

Spró­bo­wała krzyk­nąć, ale z jej za­schnię­tego gar­dła wy­do­było się tylko coś w ro­dzaju skrzeku. Za­chryp­nię­tego. Zdała so­bie zresztą sprawę z tego, że nie­po­trzeb­nie na­raża struny gło­sowe na ze­rwa­nie. Prze­cież na­wet je­śli uda­łoby się jej wrza­snąć na cały głos, nikt by jej nie usły­szał. A na­wet gdyby ktoś usły­szał, i tak nie za­re­ago­wałby. Bo kto re­aguje na jęki z piw­nicy? Kto przyj­dzie na ra­tu­nek du­szy po­tę­pio­nej?

My­ślami znowu po­bie­gła w nie­da­leką prze­szłość. Kiedy to było? Chyba wczo­raj...

- To do­kąd się te­raz wy­bie­rzemy? - głos Se­ba­stiana.

- Te­raz to nie, za późno. Ale ju­tro chcia­ła­bym zo­ba­czyć la­tar­nię mor­ską Stilo - roz­ma­rzony szept Ilji bu­szu­ją­cej w in­ter­ne­cie. - Bo stam­tąd, z sa­mej góry, można po­dzi­wiać i mo­rze, i las, i je­zioro. Och, i Ro­wo­kół[2]. Tylko że trzeba po­ko­nać sto dwa­dzie­ścia trzy schody. Ale co tam, we­szła­bym.

- No ja­sne, ja­sne. To prze­cież tylko ja­kieś dzie­sięć pię­ter. - Ci­chy śmiech, za­glą­da­ją­cego jej przez ra­mię Szew­ni­kow­skiego. - Nie­stety, po­patrz, otwarte tylko do wrze­śnia. Mu­simy przy­je­chać tu kie­dyś w le­cie.

- Może w po­dróż po­ślubną...

Miłe wspo­mnie­nie zo­stało za­stą­pione rze­czy­wi­sto­ścią. O czym przy­po­mniały jej łzy spły­wa­jące po twa­rzy. Łzy wście­kło­ści i bez­sil­no­ści. Nie mo­gła nic zro­bić. I to było naj­gor­sze.

Ból bę­dący wy­ni­kiem nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji, wy­krę­ce­nia rąk, nie­ty­po­wego wy­gię­cia nóg i nie­wy­god­nej de­for­ma­cji ciała; głód i od­wod­nie­nie - wszystko to po­wo­do­wało, że utrzy­my­wała przy­tom­ność naj­wyż­szym wy­sił­kiem, ale już chyba dwa razy tro­chę od­pły­nęła. Te­raz czuła, że sta­nie się to znowu, i na­wet ją to ucie­szyło. Bo nie czuć, zna­czy nie cier­pieć. A ona wła­śnie już tylko tego chciała.

Nie cier­pieć.

Jakby ktoś czy­tał w jej du­szy, a może w gło­wie? Coś za­zgrzy­tało, skrzyp­nęło i otwo­rzyły się drzwi. A obok niej, wła­ści­wie nad nią, sta­nęła ja­kaś po­stać. Spodnie, wor­ko­wata bluza, na twa­rzy we­necka ma­ska.

Aha, po­my­ślała Ilja resztką przy­tom­no­ści, ma ma­skę, nie chce po­ka­zać mi swo­jego ob­li­cza. To zna­czy, że jesz­cze tro­chę po­żyję. Nie była pewna, czy to po­cie­sza­jąca myśl...

Po­stać schy­liła się i wy­do­by­tym z kie­szeni bluzy nie­wiel­kim no­żem prze­cięła więzy na ple­cach nie­szczę­snej więź­niarki. Wią­za­nie mu­siał uczy­nić ar­ty­sta w swoim fa­chu, bo te­raz wy­star­czyło jedno cię­cie noża i wszyst­kie sznury opa­dły.

- Pani głodna? Spra­gniona? A może do ła­zienki? - sły­szała, że coś sy­czy, ale wy­raź­nie ko­ja­rzyła słowa.

Pró­bo­wała po­ru­szyć rę­kami, drgnęły, jed­nak nie do końca tak, jak chciała. Nogi też jej nie słu­chały, w dal­szym ciągu była po­skrę­cana w pre­ce­lek i w gło­wie brzmiało jej tylko: do ła­zienki. Ow­szem, chciała do ła­zienki, ale nie na se­des. Pę­cherz nie zdą­żył wy­pro­du­ko­wać no­wej por­cji mo­czu, bo to, co było, nie zo­stało w ża­den spo­sób uzu­peł­nione.

Chciała do wanny. Do wanny peł­nej wody, aż po szyję. Mo­głaby się mo­czyć i pić tę wodę jed­no­cze­śnie. I, choć prze­cież była le­karką, na­wet do głowy jej nie przy­szło, że taka woda z wanny, z sie­dzą­cym w środku brud­nym, za­nie­czysz­czo­nym i spo­co­nym czło­wie­kiem, jest tak pełna za­raz­ków, że pi­cie jej jest co naj­mniej nie­hi­gie­niczne.

Po­stać w ma­sce chwy­tem pod pa­chy dźwi­gnęła ją z ma­te­raca i po­nio­sła gdzieś przez drzwi, jedne, po­tem dru­gie i rap­tem Ilja zna­la­zła się w kra­inie ma­rzeń. Zo­ba­czyła przed sobą wannę, na­peł­nioną wodą, tak, jak chciała. Tuż przy wan­nie stał sto­lik, na nim duży pla­sti­kowy ku­bek z wodą i pa­pie­rowy ta­lerz z ka­nap­kami.

- Masz pół go­dziny. Za trzy­dzie­ści mi­nut po cie­bie przyjdę - do­biegł ją znie­kształ­cony głos, osoba w ma­sce wska­zała jej fro­towy szla­frok i ze­gar wi­szący nad drzwiami tej ła­zienki i wy­szła.

Gdyby nie oko­licz­no­ści, Ilja mo­głaby po­wie­dzieć, iż spę­dziła naj­lep­sze pół go­dziny w swoim ży­ciu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki