Hotel Portofino - J.P. O

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Bella po­my­ślała, że przy­go­to­wy­wa­nie po­koi dla no­wych go­ści przy­nosi jej wiele sa­tys­fak­cji. Po roz­mo­wie z Ce­ci­lem zde­cy­do­wała się umie­ścić pa­nie Drum­mond-Ward w apar­ta­men­cie Ep­som. Nie tylko miał wi­dok na mo­rze, lecz także był ja­sny i prze­wiewny, wy­po­sa­żony w ma­ho­niowe łóżka, a jego ściany zdo­biła ta­peta z de­li­kat­nym, nie­przy­tła­cza­ją­cym ro­ślin­nym wzo­rem.

Zbyt wiele wzo­rów za­wsze było po­myłką. Mogą ku­sić lu­dzi, żeby za­trzy­mali się i im przyj­rzeli, sta­rali się roz­pra­co­wać grę li­nii i kształ­tów. Jed­nak cza­sem - za­równo w ży­ciu, jak i urzą­dza­niu wnętrz - le­piej jest nie za­uwa­żać żad­nych wzo­rów.

W każ­dym ra­zie Bella nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, żeby się za­trzy­my­wać - miała za dużo do zro­bie­nia.

Prze­szła przez po­kój, w któ­rym Fran­ce­sco i Billy tru­dzili się nad prze­wró­ce­niem ma­te­raca na drugą stronę.

- Silny z cie­bie chło­pak - rzu­ciła do Billy'ego, czer­wo­nego na twa­rzy i zdy­sza­nego. - Spró­buj­cie jesz­cze raz.

- Ale on jest strasz­nie ciężki, pani Ain­sworth.

- To koń­skie wło­sie - wy­ja­śniła Bella. - Dzięki niemu tak wy­god­nie się na nim śpi.

- Ale w środku jest też me­tal, mogę go wy­czuć.

- To sprę­żyny, Billy.

Gdy Billy krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową, do środka wpa­ro­wała Pa­ola z na­rę­czem świe­żej, przed chwilą wy­pra­so­wa­nej po­ścieli. Zo­stała spro­wa­dzona z Lon­dynu - z sa­mego He­ala przy Tot­ten­ham Co­urt Road. Co prawda bry­tyj­ski sklep w Bor­di­ghe­rze rów­nież sprze­da­wał po­ściel - oraz pod­sta­wowe pro­dukty, jak gin Gor­don's czy her­bat­niki Hun­tley and Pal­mers - i wiele ro­dzin imi­gran­tów było za­do­wo­lo­nych z jego oferty.

Jed­nak w ho­telu Por­to­fino znaj­do­wało się miej­sce tylko dla tego, co naj­lep­sze.

A to ozna­czało miękką ba­weł­nianą po­ściel z gru­bej przę­dzy. Prze­ście­ra­dła, które aż trzesz­czą po zdję­ciu ze sznura do su­sze­nia.

Kiedy ma­te­rac zo­stał już prze­wró­cony jak na­leży, Billy zmył się, żeby po­móc swo­jej matce w kuchni. Pa­ola za­brała się do ście­le­nia łóżka, pod­czas gdy Fran­ce­sco usta­wił wa­zon z fio­le­to­wymi iry­sami na sto­liku ka­wo­wym.

Bella lu­biła sama przy­go­to­wy­wać ła­zienki, a w ho­telu Por­to­fino lep­sze apar­ta­menty miały wła­sne po­koje ką­pie­lowe. Wraz z Ce­ci­lem za­in­we­sto­wali w cał­ko­witą no­wość, jaką była go­rąca woda z kranu. W obec­nych cza­sach lu­dzie ocze­ki­wali moż­li­wo­ści wzię­cia ką­pieli - bez ca­łego cyrku zwią­za­nego z obec­no­ścią słu­żą­cych do­kła­da­ją­cych drewno do pieca. Poza tym nie­które star­sze tech­no­lo­gie były, szcze­rze mó­wiąc, dość nie­bez­pieczne. Wszy­scy sły­szeli hi­sto­rię o wy­bu­chu boj­lera w Ca­stle Brown. Ja­kiś nie­szczę­sny an­giel­ski tu­ry­sta wy­łą­czył go w złym mo­men­cie - i pro­szę! - trzy mie­siące póź­niej na­dal trwał tam re­mont.

Stą­pa­jąc po wy­po­le­ro­wa­nych mo­zai­ko­wych ka­fel­kach, Bella po­ło­żyła świeży biały ręcz­nik obok umy­walki i świecę za­pa­chową na półce przy wiel­kiej wan­nie na nóż­kach w kształ­cie lwich łap. Po­przedni lo­ka­to­rzy apar­ta­mentu, z kwiet­nia - star­sza para, okropne ma­rudy z Gu­ild­ford - na­rze­kali na za­pach. Belli nie udało się wy­czuć ni­czego po­dej­rza­nego. W przy­padku pań Drum­mond-Ward nie za­mie­rzała jed­nak ry­zy­ko­wać.

Kiedy wy­szła, Pa­ola skoń­czyła już słać łóżko i stała obok niego, cze­ka­jąc na osąd Belli. Pa­ola była wdową wo­jenną ze wsi. Miała duże ciemne oczy i krę­cone kru­czo­czarne włosy, zwią­zane z tyłu tak, że spły­wały gładko po szyi. Była rów­nie atrak­cyjna, co nie­za­wodna. Ale Bella za­uwa­żyła ostat­nio zmianę. Nową ostroż­ność po­łą­czoną z czymś bar­dziej pier­wot­nym i su­ge­styw­nym. Trudno ująć to w słowa, ale gdyby Pa­ola była męż­czy­zną, to Bella po­wie­dzia­łaby, że się wy­wyż­sza.

Na­rzuta wy­ma­gała je­dy­nie odro­biny do­piesz­cze­nia. Bella cof­nęła się i ski­nęła głową, apro­bu­jąc dzieło po­ko­jówki.

- Ec­cel­lente - oświad­czyła z uśmie­chem.

Pa­ola też się uśmiech­nęła, uni­ka­jąc jed­nak prze­ni­kli­wego spoj­rze­nia pra­co­daw­czyni.

"Dla­czego się mar­twię?", za­py­tała Bella samą sie­bie. "Dla­czego nie mogę się od­prę­żyć?"

Jej ra­cjo­nalna strona wie­działa, że od­po­wiedź jest oczy­wi­sta. Od tego lata za­le­żało tak wiele. Nie tylko re­pu­ta­cja ho­telu, lecz także przy­szłość Lu­ciana i - przy­zna­nie tego mar­twiło ją, ale nie było in­nego wyj­ścia - jej mał­żeń­stwo z Ce­ci­lem. Cza­sami wy­da­wało się, że wisi na wło­sku.

Przy­naj­mniej mo­gła po­wie­dzieć, że jest za­do­wo­lona z per­so­nelu.

Betty - ich ku­charka - i jej syn Billy to­wa­rzy­szyli im już wcze­śniej w Lon­dy­nie i York­shire. Byli jak ro­dzina i Bella ufała im bez­gra­nicz­nie, cho­ciaż Bóg wie, że wciąż usi­ło­wali od­na­leźć się w tym no­wym, ob­cym świe­cie. Duże na­dzieje wią­zała z Con­stance - nową nia­nią Lot­tie, po­le­coną przez Betty.

Z ko­lei Pa­ola po­zo­sta­wała nie­wia­domą. Go­dzina w jej to­wa­rzy­stwie spra­wiała, że Bella za­czy­nała się za­sta­na­wiać, czy w ogóle ro­zu­mie Wło­chów. A tak bar­dzo tego pra­gnęła.

Od naj­młod­szych lat miała ob­se­sję na punk­cie Włoch. W szkole z in­ter­na­tem po­wie­siła przy łóżku re­pro­duk­cje słyn­nych wło­skich ob­ra­zów i była wście­kła, gdy pro­wa­dzące pla­cówkę za­kon­nice po­pro­siły ją, by zdjęła Na­ro­dziny We­nus Bot­ti­cel­lego, bo uznały je za nie­przy­zwo­ite. Dla Belli Wło­chy ozna­czały prawdę, piękno i do­bro. Były po­ło­żoną wy­soko na cy­plu la­tar­nią mor­ską, pro­mie­niu­jącą sno­pami czy­stego śród­ziem­no­mor­skiego świa­tła, które jak brzy­twa prze­ci­nały mrok wil­got­nego, za­dy­mio­nego Lon­dynu.

Ce­cil też lu­bił Wło­chy. W każ­dym ra­zie tak twier­dził. Ale to Bella wy­brała Por­to­fino na miej­sce ich po­dróży po­ślub­nej.

Wes­tchnęła na wspo­mnie­nie tam­tych bez­tro­skich dni. To ta­kie dziwne, że córka po­częta na tam­tym wy­jeź­dzie była te­raz wdową, a ich syn we­te­ra­nem, który zo­stał ranny w naj­gor­szej woj­nie, jaką kto­kol­wiek pa­mię­tał. Co dziw­niej­sze, był rok 1926, a Bella miała czter­dzie­ści osiem lat.

Czas mi­nął tak nie­po­strze­że­nie.

Oczy­wi­ście, była też inna strata. Ale Bella ze­pchnęła ją tak głę­boko, jak tylko się dało. Gdyby po­zwo­liła jej się umoc­nić, nie my­śla­łaby o ni­czym in­nym.

To, z czym na­prawdę się zma­gała, to fakt - nie­za­prze­czalny - że ona i Ce­cil byli kie­dyś mło­dzi i za­ko­chani; spę­dzali ła­godne, upojne noce, wpa­tru­jąc się w lśniącą wodę, a po­tem pły­wali nago w za­toce Pa­raggi, gdy słońce wscho­dziło nad gó­rami.

W trak­cie tej pierw­szej po­dróży do Por­to­fino to­wa­rzy­szyły im na­miętne po­ca­łunki w księ­ży­co­wej ci­szy bocz­nych uli­czek oraz mnó­stwo no­wych sma­ków i do­znań - słone, cią­gnące się pro­sciutto i figi tak świeże, że pę­kały na jej ję­zyku.

Pod­czas gdy Ce­cil grał w te­nisa w ho­telu, Bella wy­cho­dziła i po­dą­żała sta­ro­żyt­nymi szla­kami mu­łów, pro­wa­dzą­cymi do farm na wzgó­rzach i ga­jów oliw­nych. Spo­glą­dała przez za­mknięte bramy na ogrody pstrzące się kwia­tami i za­sta­na­wiała się, kto może tam miesz­kać - i czy kie­dy­kol­wiek ona sama wpro­wa­dzi się do ta­kiego miej­sca? Przy­pa­try­wała się ko­ron­czar­kom na miej­skim placu, a po­tem kła­dła się na cie­płych ska­łach, spi­ja­jąc pro­mie­nie słońca, gdy jasz­czurki prze­my­kały po jej go­łych no­gach.

Oczy­wi­ście tamte czasy były o wiele bar­dziej for­malne - ko­bieta bez to­wa­rzy­stwa bu­dziła zdzi­wie­nie i dez­apro­batę. Ale Bella nie po­zwo­liła, żeby to ją po­wstrzy­mało. Dla­czego, u li­cha, mia­łoby? Była ko­bietą no­wo­cze­sną, jak te, o któ­rych czy­tała w po­wie­ściach, i wła­śnie do­świad­czała no­wej rze­czy­wi­sto­ści.

Pew­nego dnia, zwa­biona pa­sia­stą fa­sadą, wspięła się do sto­ją­cego wy­soko nad za­toką ko­ścioła San Mar­tino. Poza starą ko­bietą z czar­nym szy­deł­ko­wym sza­lem na gło­wie nie było tam ni­kogo. Wdy­cha­jąc za­pach ka­dzi­dła, Bella za­nu­rzyła palce w wo­dzie świę­co­nej i prze­że­gnała się - nie była ka­to­liczką, ale wy­da­wało się to słuszne. Po­czuła się tak, jakby grała, a jed­no­cze­śnie w czymś uczest­ni­czyła, i ude­rzyło ją to jak ro­dzaj oświe­ce­nia; coś, co może odło­żyć i wy­ko­rzy­stać póź­niej.

Tak wiele w ży­ciu opie­rało się na ry­tu­ale i spek­ta­klu, zwłasz­cza te­raz, gdy pro­wa­dziła ho­tel, od­gry­wa­jąc rolę za­równo kie­row­nika, jak i osoby ob­słu­gu­ją­cej go­ści. Nie­mą­drze by­łoby na­zwać to, co zro­biła, po­wo­ła­niem. Ale miało to po­nie­kąd wy­miar re­li­gijny. A ona wie­działa, że była w tym do­bra, co czy­niło wspo­mnie­nie po­cząt­ko­wego scep­ty­cy­zmu Ce­cila jesz­cze bar­dziej bo­le­snym.

- Otwo­rzyć ho­tel? W Por­to­fino? - Sie­dzieli w sa­lo­nie swo­jego wy­so­kiego, wą­skiego domu w Ken­sing­ton, Ce­cil do­le­wał so­bie whi­sky sin­gle malt. - Dla­czego mie­li­by­śmy to zro­bić?

Wie­dział do­sko­nale, jak ją stłam­sić. Ale tym ra­zem nie za­mie­rzała się pod­dać.

- To by­łaby przy­goda - po­wie­działa ra­do­śnie. - Nowy po­czą­tek. Spo­sób na za­po­mnie­nie o woj­nie i wszyst­kich okrop­nych rze­czach, które wy­rzą­dziła na­szej ro­dzi­nie.

- Pro­wa­dze­nie ho­telu to bez­sen­sowna ha­rówka. Wy­obraź so­bie bzdury, któ­rymi mu­sia­ła­byś się zaj­mo­wać. Wy­bór od­po­wied­niego ro­dzaju krze­seł na ta­ras. Or­ga­ni­zo­wa­nie jed­no­dnio­wych wy­cie­czek do mu­zeów. To wszystko jest ta­kie...

- W stylu klasy śred­niej? Przed­mieść?

- No cóż, o tym na­wet nie wspo­mi­na­jąc. - Ce­cil wy­krzy­wił usta, szu­ka­jąc wła­ści­wego słowa. - Ta­kie... pro­za­iczne. Co by­łoby w po­rządku, gdyby nie to, że ty, Bella, ni­gdy nie mia­łaś w so­bie nic pro­za­icz­nego. To po­wód, dla któ­rego cię po­ślu­bi­łem. W każ­dym ra­zie je­den z nich. - Opadł z wes­tchnię­ciem na ulu­biony fo­tel. - Poza tym w dzi­siej­szych cza­sach pa­nuje duża kon­ku­ren­cja. O ile masz na­dzieję przy­cią­gnąć tu­ry­stów lep­szego sortu.

Nie można było temu za­prze­czyć. Co roku w li­sto­pa­dzie od­by­wała się mi­gra­cja lu­dzi z bry­tyj­skich klas wyż­szych do bar­dziej sło­necz­nych re­gio­nów, gdzie po­zo­sta­wali do końca zimy. Nie­któ­rzy rę­czyli za Can­nes, inni wo­leli we­nec­kie Lido lub zdro­wotne wła­ści­wo­ści Ba­den-Ba­den. Biar­ritz z ko­lei spraw­dzało się w roli azylu, gdy upał na Ri­wie­rze Fran­cu­skiej sta­wał się nie do znie­sie­nia.

Ri­wiera Wło­ska wy­da­wała się zaś sto­sun­kowo nie­od­kryta. Była tu oczy­wi­ście bry­tyj­ska ko­lo­nia - gdzie na świe­cie ta­kiej nie było? - a więk­sze ho­tele miały na­wet korty te­ni­sowe i ba­seny.

Ale Bella miała na­dzieję przy­cią­gnąć inną klien­telę.

- Wy­obra­żam so­bie ra­czej ty­powy letni ho­tel - po­wie­działa. - Nie schro­nie­nie dla wy­rzut­ków z so­cjety.

Ce­cil udał, że wzdy­cha.

- No już, już! Sno­bizm a re­bo­urs za­wsze jest w złym gu­ście.

- Nie je­stem snobką, ani a re­bo­urs, ani żadną inną. - Bella sta­rała się, żeby w jej gło­sie nie było sły­chać gniewu. - Chcę tylko, żeby ho­tel spodo­bał się cie­ka­wym lu­dziom. Lu­dziom, z któ­rymi fak­tycz­nie chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać.

- Ta­kimi jak ar­ty­ści.

- Tak.

- I pi­sa­rze.

- Mam na­dzieję.

- Lu­dziom o ra­dy­kal­nych po­glą­dach. - Ton Ce­cila był wy­raź­nie szy­der­czy.

- Nie­ko­niecz­nie.

- Lu­dziom, któ­rzy nie są z wyż­szych sfer jak ja.

Na to Belli już nie star­czyło cier­pli­wo­ści.

- Nie bądź śmieszny.

- Ani biedni jak ja. Za­kła­dam, że twój oj­ciec sfi­nan­suje to przed­się­wzię­cie?

- Na pewno chęt­nie nam po­może.

Ce­cil uniósł szklankę w kpią­cym ge­ście.

- W ta­kim ra­zie wznie­śmy to­ast za Jego Hojną Wy­so­kość.

Z bie­giem lat Bella na­uczyła się igno­ro­wać sar­kazm Ce­cila, wie­dząc, że jest to przy­krywka dla braku pew­no­ści sie­bie. Była już tym zmę­czona. Ale te­raz skon­cen­tro­wała się na za­an­ga­żo­wa­niu go, by po­szu­kał w ga­ze­tach i cza­so­pi­smach ogło­szeń do­ty­czą­cych nie­ru­cho­mo­ści, pod­czas gdy ona przej­rza­łaby bro­szury biur tu­ry­stycz­nych. W ten spo­sób czułby się, jakby miał w tym pla­nie swój udział. A poza tym po­tra­fił być za­ska­ku­jąco za­radny - wręcz po­my­słowy - kiedy po­świę­cał się ja­kiejś spra­wie.

Na Ri­wie­rze nie bra­ko­wało do­mów. Ale nic, co wi­dzieli w bro­szu­rach, nie wy­da­wało się od­po­wied­nie. Nie­ru­cho­mo­ści były albo za duże, albo za małe, albo znaj­do­wały się w le­piej zna­nych, ale nad­mier­nie roz­wi­nię­tych ku­ror­tach Santa Mar­ghe­rita i Ra­pallo, pod­czas gdy Bella na­sta­wiła się na Por­to­fino, które miało bar­dziej ka­me­ralny cha­rak­ter.

Szu­kali przez kilka mie­sięcy i byli bli­scy re­zy­gna­cji, gdy pew­nego zi­mo­wego wie­czoru Ce­cil od nie­chce­nia wy­cią­gnął spod pa­chy po­ranny nu­mer "Ti­mesa" i skie­ro­wał uwagę Belli na ogło­sze­nie, które za­kre­ślił swoim ulu­bio­nym bur­gun­do­wym atra­men­tem:

Za­byt­kowa willa w Por­to­fino, po­ło­żona na ele­ganc­kim te­re­nie ze wspa­nia­łym wi­do­kiem na mo­rze. Bli­sko mia­sta i plaży. Do­sko­nała na "pen­sione". Tylko po­ważne oferty, szcze­góły pod Gro­sve­nor Squ­are 12, May­fair.

Trzy dni póź­niej zna­leźli się we Wło­szech, drżący z pod­nie­ce­nia, ale zde­ner­wo­wani, że po wszyst­kich ich wy­sił­kach - po­dróż była kosz­mar­nym po­łą­cze­niem cho­roby mor­skiej i opóź­nień przy prze­siad­kach - dom może ich roz­cza­ro­wać albo przy­naj­mniej oka­zać się mniej do­sko­nały w rze­czy­wi­sto­ści niż na zdję­ciach, które za­pre­zen­to­wał im przy her­ba­cie sprze­da­jący go bar­dzo wik­to­riań­ski sta­ru­szek cuch­nący tal­kiem.

Żwi­rowy pod­jazd ob­sa­dzony pal­mami pro­wa­dził do du­żej, bla­do­żół­tej willi z przy­sa­dzi­stą wieżą, przy­po­mi­na­ją­cej pięt­na­sto­wieczny wiej­ski dom. Dziw­nie to­skań­skiej, jak za­uwa­żył Ce­cil, ale pięk­nej - na­prawdę pięk­nej. Uczu­cie ulgi za­lało ciało Belli jak opiat. Ni­gdy nie za­po­mni do­nio­słej ci­szy, gdy cięż­kie dę­bowe drzwi otwo­rzyły się i po raz pierw­szy sta­nęli w chłod­nym mar­mu­ro­wym holu.

- Vi pia­cera, ve­drete - prze­ko­ny­wał agent. - Spodoba wam się.

A te­raz tam miesz­kali!

Z ko­ry­ta­rza Bella usły­szała, jak otwie­rają się drzwi i męż­czy­zna od­chrzą­kuje. Był to przy­ja­ciel Lu­ciana, Nish - skrót od Anish. Miesz­kał tu już od kilku ty­go­dni - ła­godna, uczona du­sza, która bez wąt­pie­nia ura­to­wała ży­cie Lu­ciana po woj­nie.

Ale kiedy Bella scho­dziła po scho­dach, do­bie­gły ją inne dźwięki - ko­biece głosy pod­nie­sione w gnie­wie albo co naj­mniej za­sko­cze­niu. Alice wy­bie­gła z kuchni, pra­wie wpa­da­jąc na matkę u pod­nóża scho­dów. Wy­glą­dała na wzbu­rzoną.

- To Betty - za­wo­łała. - Znowu robi aferę. Po­mo­żesz mi ją uspo­koić?

Ko­biety udały się do kuchni, gdzie w pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych przez otwarte na dzie­dzi­niec drzwi błysz­czała im­po­nu­jąca ko­lek­cja mie­dzia­nych ron­dli. Bellę drę­czył za­pach pie­czo­nego chleba. W ca­łym tym roz­gar­dia­szu za­po­mniała rano zjeść śnia­da­nie.

Betty stała przy piecu, jej ru­mianą twarz wy­krzy­wiał gry­mas.

- O co cho­dzi, Betty? Co się stało? - za­py­tała Bella, pod­cho­dząc do niej.

- Nic, pani Ain­sworth. Ra­dzę so­bie.

- Ra­dzisz so­bie?

Nie od­wra­ca­jąc się, Betty wska­zała na ka­wa­łek wo­ło­winy, który le­żał za nią na stole.

- To nie przy­po­mina żad­nego mięsa, ja­kie wcze­śniej go­to­wa­łam.

- Ale to wo­ło­wina? - Bella ski­nęła na Alice.

Ra­zem spoj­rzały na sztukę mięsa.

- Och, ja­sne, to wo­ło­wina. Wło­ska wo­ło­wina.

- A jest ja­kiś pro­blem z wło­ską wo­ło­winą?

- Nie ma na niej tłusz­czu - od­parła Betty rze­czowo.

- A czy to... coś złego? - ode­zwała się Alice.

Betty po­pa­trzyła na Alice jak na głu­pią.

- Nie będę miała wy­to­pio­nego tłusz­czyku! Na moje pud­dingi! Albo ziem­niaki! A skoro o nich mowa, ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam. - Wy­jęła jed­nego z ron­dla i unio­sła, trzy­ma­jąc go kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym. - Wo­sko­wate, po­dłużne jak po­ci­ski. Ani tro­chę jak po­rządne kar­to­fle.

- Je­stem pewna, że po­ra­dzisz so­bie zna­ko­mi­cie - po­wie­działa Alice. - Jak za­wsze, Betty.

- Zro­bię, co w mo­jej mocy, pani Mays-Smith.

Alice ode­szła, zo­sta­wia­jąc Bellę samą z Betty. Nie po raz pierw­szy Bellę ude­rzyło to, jak przy­tło­czona wy­da­wała się star­sza ko­bieta, i po­czuła się odro­binę winna. Prze­ko­na­nie Betty, by opu­ściła Lon­dyn i po­je­chała za Ain­swor­thami do Włoch, nie na­le­żało do ła­twych, zwłasz­cza że prze­pro­wa­dziła się z York­shire do­piero kilka lat wcze­śniej. Nie tylko ni­gdy do tej pory nie była za gra­nicą - na­dal uwa­żała Lon­dyn za nie­bez­piecz­nie obcy.

Ten krok był naj­więk­szym, naj­od­waż­niej­szym przed­się­wzię­ciem w ży­ciu Betty, a Bella cią­gle ją za to chwa­liła. Cza­sami jed­nak mar­twiła się, że jej za­chęty prze­ro­dziły się w przy­mus. A prze­cież tego nie chciała. Za­wsze pra­gnęła być do­bra, zwłasz­cza dla ko­goś ta­kiego jak Betty.

Jak wiele osób, Betty wciąż do­cho­dziła do sie­bie po woj­nie. Stra­ciła dwóch sy­nów na fron­cie za­chod­nim. Dwóch sy­nów! Oczy­wi­ście na­dal miała Billy'ego - ale jak mu­siała się czuć za każ­dym ra­zem, gdy wi­działa Lu­ciana? To tak, jakby dzień po dniu wbi­jać so­bie w stopę odła­mek szkła.

Naj­trud­niej­sze oka­zało się wy­ja­śnie­nie jej atrak­cyj­no­ści Włoch, która dla Belli była oczy­wi­sta. Po­sta­no­wiła po­ka­zać Betty nie­które pocz­tówki, ze­brane jesz­cze pod­czas mie­siąca mio­do­wego. Ręcz­nie ko­lo­ro­wane, przy­wo­dzące na myśl słońce i szczę­ście. Ta stra­te­gia wy­da­wała się dzia­łać - prze­ko­nała star­szą ko­bietę, że Wło­chy są bez­piecz­nym, cy­wi­li­zo­wa­nym miej­scem dla niej i jej po­zba­wio­nego ojca syna, mimo że nie­które do­nie­sie­nia pra­sowe świad­czyły o czymś wręcz prze­ciw­nym.

- A co z je­dze­niem? - spy­tała pełna po­dejrz­li­wo­ści Betty.

Bella wy­jęła z torby książkę. Betty prze­je­chała pulchną dło­nią po mięk­kiej zie­lo­nej okładce, po czym zmru­żyła oczy, od­czy­tu­jąc ty­tuł: Wło­ska sztuka do­brego go­to­wa­nia Pel­le­grina Ar­tu­siego.

- Znaj­dziesz tu wszystko, co mu­sisz wie­dzieć - po­wie­działa Bella. - Nikt nie pi­sze le­piej o wło­skiej kuchni.

Betty uśmiech­nęła się. Była słusz­nie dumna ze swo­jej umie­jęt­no­ści czy­ta­nia i pi­sa­nia.

- Za­cznę czy­tać jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Pierw­sze przy­rzą­dzone da­nia nie na­le­żały jed­nak do jej naj­więk­szych ku­li­nar­nych osią­gnięć. Szcze­gól­nie godna uwagi była próba ugo­to­wa­nia mi­ne­strone, by­naj­mniej nie ze względu na osta­teczny suk­ces.

- Co to jest, u li­cha? - za­py­tał Ce­cil, mie­sza­jąc roz­mię­kłe wa­rzywa.

Bella ostroż­nie spró­bo­wała zupy. Była za­ska­ku­jąco ostra w smaku, na tyle, że ser­wetką mu­siała stłu­mić ka­szel.

- Chyba użyła czosnku niedź­wie­dziego. I to sporo. No cóż. To nie ma zna­cze­nia. - Odło­żyła łyżkę. - Mu­simy ją wspie­rać, Ce­cil. Poza tym nie bę­dzie co­dzien­nie go­to­wała wło­skiego je­dze­nia. Wielu na­szych go­ści wy­bie­rze pla­cek z wo­ło­winą i ner­kami.

Po kilku ty­go­dniach sy­tu­acja wy­glą­dała już zu­peł­nie ina­czej. Betty była pra­co­wita i kom­pe­tentna. Billy ro­bił wra­że­nie god­nego za­ufa­nia mło­dzieńca, który miał zo­stać wspa­nia­łym boyem ho­te­lo­wym. Bella pla­no­wała na­uczyć go wkrótce ob­sługi sto­li­ków - sub­tel­nej sztuki uważ­nego krą­że­nia mię­dzy nimi.

Bella de­li­kat­nie chwy­ciła Betty za ra­mię.

- Wy­ko­nu­jesz wspa­niałą ro­botę - po­wie­działa. - Je­dze­nie, które przy­rzą­dzasz, jest nie z tego świata.

Betty za­ru­mie­niła się z wdzięcz­no­ści.

- Jest pani bar­dzo uprzejma, pani Ain­sworth.

- A Billy ci po­maga, tak?

Betty ski­nęła głową.

- Wła­śnie wy­sła­łam go, żeby przy­niósł tro­chę śmie­tanki do pud­dingu cy­try­no­wego.

- To do­brze. I nie za­po­mi­naj, że nie­długo przy­je­dzie Con­stance. Bę­dzie miała mnó­stwo czasu, żeby po­móc w kuchni, kiedy nie bę­dzie zaj­mo­wała się Lot­tie.

W tym mo­men­cie star­sza ko­bieta od­wró­ciła się do Belli. Jej ciało jakby cał­ko­wi­cie ze­sztyw­niało.

- Jaki mamy dzi­siaj dzień?

- Czwar­tek.

- O nie... - Za­kryła usta dło­nią.

- O co cho­dzi, Betty?

- To dzi­siaj. Con­stance przy­jeż­dża dzi­siaj. Po­cią­giem z Ge­nui.

- Ale to jest po­ciąg, na który wy­je­chał Lu­cian. Po­ciąg, któ­rym przy­jeż­dżają pa­nie Drum­mond-Ward.

- Och, pani Ain­sworth. - Betty wy­glą­dała, jakby miała za­raz wy­buch­nąć pła­czem. - Za­ufała mi pani, że zajmę się wszyst­kimi przy­go­to­wa­niami, po­nie­waż Con­stance jest przy­ja­ciółką ro­dziny...

- Nie pa­ni­kuj, Betty. Moż­liwe, że Lu­cian jesz­cze nie wy­je­chał. Wtedy po­wiemy mu, żeby ode­brał też Con­stance.

Bella pró­bo­wała brzmieć pew­nie i opty­mi­stycz­nie, ale sy­tu­acja była da­leka od ide­ału. Z tego, co wie­działa, Ju­lia Drum­mond-Ward nie była ty­pem ko­biety, która za­re­ago­wa­łaby do­brze na dzie­le­nie po­wozu ze słu­żącą. W każ­dym ra­zie Lu­cian pra­wie na pewno znaj­do­wał się już w po­ło­wie drogi do sta­cji Mez­zago. Bella roz­ma­wiała z nim wcze­śniej, kiedy cze­kał, aż Fran­ce­sco za­przę­gnie ko­nie. To był mo­ment, by wspo­mnieć o Con­stance.

Wy­bie­ga­jąc do holu, Bella za­wo­łała Lu­ciana - bar­dziej w na­dziei niż ocze­ki­wa­niu. Kiedy jej głos wciąż od­bi­jał się echem od ścian, z bi­blio­teki wy­ło­nił się Nish.

- Nie ma go tu­taj, pani Ain­sworth. Wy­ru­szył ja­kąś go­dzinę temu. Mar­twił się, że spóźni się na spo­tka­nie z Rose.

- I matką Rose - przy­po­mniała mu Bella.

- Oczy­wi­ście. Z nią też. - Nish uśmiech­nął się. - Czy mogę w czym­kol­wiek po­móc?

- Nie, nie. - Bella mach­nęła ręką. - Od­po­czy­waj i baw się do­brze. Je­steś na­szym go­ściem.

- Ale to wielki ty­dzień dla ho­telu. Wielki ty­dzień dla was.

Nie dało się temu za­prze­czyć. W po­nie­dzia­łek za­częli przy­by­wać go­ście - naj­pierw lady Latch­mere i jej cio­teczna wnuczka Me­lissa, po­tem hra­bia Al­bani i jego syn Ro­berto. Do week­endu ho­tel się za­pełni.

Bella była szcze­gól­nie pod­eks­cy­to­wana re­zer­wa­cją hra­biego. Jego przy­jazd bę­dzie sy­gna­łem dla szer­szego grona, że ho­tel Por­to­fino jest rów­nież miej­scem dla Wło­chów. Ce­cil nie miał pew­no­ści, czy to sy­gnał, który po­winni wy­sy­łać, ale obec­ność jego sa­mego w ho­telu sta­wała się co­raz bar­dziej ulotna i nie­prze­wi­dy­walna.

Gdzie on te­raz wła­ści­wie się po­dzie­wał? Czy wróci, za­nim po­ja­wią się pa­nie Drum­mond-Ward? Bella nie chciała być sama, kiedy po raz pierw­szy spo­tka się z Ju­lią. Znała hi­sto­rię jej i Ce­cila. Nie mo­gła za­prze­czyć, że ży­wiła wo­bec tej ko­biety silne, skom­pli­ko­wane uczu­cia. Cie­ka­wość, za­zdrość - na­wet strach. Po co jej mąż, je­śli nie po to, żeby ją uspo­koić w ta­kiej sy­tu­acji?

- Wszystko w po­rządku, pani Ain­sworth? - Głos Ni­sha wy­rwał Bellę z za­dumy.

- Po pro­stu mar­twię się o Con­stance - od­parła. - Nową nia­nię. Naj­wy­raź­niej jest w po­ciągu, na który wy­je­chał Lu­cian. Ale te­raz nic nie mo­żemy zro­bić. Bę­dzie mu­siała sama do nas tra­fić.

- Na pewno nic jej się nie sta­nie - po­wie­dział Nish. - Kiedy do­tar­łem do Mez­zago, nie mo­głem się prze­drzeć przez wrzesz­czą­cych tak­sów­ka­rzy.

Bella za­śmiała się.

- Dla­czego to mnie wcale nie uspo­kaja?

*

Ba­gnet na­pra­wiony. Lu­cian po­sta­wił mocno jedną stopę na stop­niu, a drugą na roz­kle­ko­ta­nej dra­bi­nie opar­tej o ścianę okopu. Przy­ci­snął głowę do naj­wyż­szego szcze­bla, za­mknął oczy i wy­szep­tał mo­dli­twę.

Czy Bóg słu­chał? Lu­cian nie do­strze­gał na to zbyt wielu do­wo­dów.

Zmierzch za­padł ciężko, łą­cząc niebo i zie­mię w bez­kształtną szarą masę. Lo­do­wate kro­ple desz­czu kłuły twarz Lu­ciana jak igły. Jego stopy i ręce były zmar­z­nięte, ale pot wciąż spły­wał mu po ple­cach. Ota­czał go stłu­miony grzmot dział. Kiedy ostatni raz w tej wrza­wie za­pa­no­wała ci­sza? Lu­cian prze­stał to śle­dzić. Zdą­żył przy­zwy­czaić się do tego świata i zim­nego, cho­rego stra­chu.

Być może ja­kaś jego część od za­wsze była do tego przy­zwy­cza­jona. W szkole, cze­ka­jąc na bi­cie za ja­kieś błahe wy­kro­cze­nie, Lu­cian do­pra­co­wał do per­fek­cji stra­te­gię ra­dze­nia so­bie. Tak bar­dzo za­pa­dał się w sie­bie, że nie był w sta­nie re­je­stro­wać bólu.

Pró­bo­wał te­raz tej sa­mej tak­tyki, pra­gnął sku­pić się na swoim od­de­chu i pul­so­wa­niu w uszach. Nie mógł jed­nak zi­gno­ro­wać od­le­głych grzmo­tów hau­bicy, wy­cia i huku po­ci­sków. Każda mi­ja­jąca se­kunda wy­da­wała się wiecz­no­ścią.

I wtedy nad­szedł - upiorny chór gwiz­dów wzdłuż li­nii. Wy­krzy­ki­wane na­wo­ły­wa­nia, żeby się przy­go­to­wać. Lu­cian trzy­mał się błot­ni­stych brze­gów, pró­bu­jąc się uspo­koić. Był zmar­z­nięty na kość. Kiedy po­cisk pękł, ma­leń­kie czą­steczki le­ciały jak odłamki muru.

Na­gły gwizd prze­szył jego lewe ucho. Ozna­czało to tylko jedno. Że na­de­szła jego ko­lej. Jego ko­lej na wy­ko­na­nie za­da­nia i wspię­cie się na górę...

Oczy Lu­ciana otwo­rzyły się, nie­przy­go­to­wane na wi­dok, który je po­wi­tał: krępy męż­czy­zna z wą­sami, w czer­wo­nej czapce z dasz­kiem i dłu­gim płasz­czu za­pi­na­nym na mo­siężne gu­ziki. Na­pie­rał na Lu­ciana i po­krzy­ki­wał po wło­sku: Si­gnore! Il treno da Ne­rvi sta ar­ri­vando!

Po czym od­su­nął się ostroż­nie, z rę­kami unie­sio­nymi w po­kor­nym ge­ście.

Lu­cian usiadł po­woli, serce biło mu mocno.

Znowu to samo. Wi­docz­nie przy­snął. Czę­sto, kiedy spał, śniło mu się Cam­brai. Okropne sny, które za­bie­rały go z po­wro­tem na li­nię frontu.

Ha­łas po­wtó­rzył się i Lu­cian za­drżał, chwy­ta­jąc za sie­dze­nie. Gdzie on był? Ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie - i na­tych­miast uspo­ko­iły go te­ra­ko­towe ka­felki i ja­sne pla­katy, słońce wpa­da­jące przez okna.

W po­rządku.

Po­cze­kal­nia na sta­cji Mez­zago. Pa­nika znik­nęła.

Ma­sywna syl­wetka na­czel­nika sta­cji wy­peł­niła drzwi. Wy­jął gwiz­dek z ust, spoj­rzał na Lu­ciana i wska­zał kciu­kiem sto­jący po­ciąg. Lu­cian wstał i wy­szedł za nim na pe­ron. Po­do­bień­stwo męż­czy­zny do jego daw­nego sier­żanta było nie­po­ko­jące. Z dru­giej strony te zmory po­ja­wiały się cią­gle.

Ściana go­rą­cego po­wie­trza, którą z na­gła prze­kro­czył, wy­da­wała się cu­downa, re­ge­ne­ru­jąca. Wziął głę­boki od­dech i wdy­chał za­pach ja­śminu i go­rą­cego as­faltu. Pe­ron był wy­peł­niony pa­sa­że­rami i tra­ga­rzami, parą i gło­sami. Lu­cian prze­ci­skał się przez tłum w stronę wa­gonu pierw­szej klasy.

Był tu­taj, by ode­brać starą przy­ja­ciółkę swo­jego ojca, Ju­lię Drum­mond-Ward, i jej córkę. Stara przy­ja­ciółka... Lu­cian do­sko­nale wie­dział, co to zna­czy, cho­ciaż rzadko roz­ma­wiali na ta­kie te­maty.

- Czy spo­tka­łem już kie­dyś pa­nią Drum­mond-Ward? - za­py­tał matkę.

- Tylko raz, kiedy by­łeś mały.

- Więc jak ją roz­po­znam?

Uśmiech­nęła się za­gad­kowo.

- Po­dej­rze­wam, że moż­li­wość po­myłki bę­dzie ogra­ni­czona. Cho­ciaż je­śli się mar­twisz, to je­stem pewna, że twój oj­ciec ma gdzieś scho­wane stare zdję­cie.

Pe­ron był węż­szy, niż za­pa­mię­tał Lu­cian. Duża grupa rzu­ciła się do przodu, za­sła­nia­jąc mu wi­dok. Za­jęło tro­chę czasu, za­nim do­strzegł w od­dali po­są­gową po­stać ko­biety, którą roz­po­znał na­tych­miast i bez­błęd­nie.

Pani Ju­lia Drum­mond-Ward.

Wy­szła z wa­gonu i stała na pe­ro­nie, ści­ska­jąc pa­ra­solkę; sta­rała się wy­glą­dać na opa­no­waną.

- Scusi!

Przy­spie­sza­jąc kroku, Lu­cian pod­szedł do niej i chciał uży­czyć jej swo­jej ręki, ale nie sko­rzy­stała. Za­miast tego jej oczy prze­su­nęły się z jego opa­lo­nej twa­rzy na białą ko­szulę bez koł­nie­rzyka i pod­wi­nięte rę­kawy.

- Moja córka - po­wie­działa, wska­zu­jąc na po­ciąg.

I wtedy Lu­cian po raz pierw­szy zo­ba­czył Rose: sto­jącą w drzwiach wa­gonu, przy­go­to­waną do zej­ścia, ubraną w ko­ron­kową su­kienkę z dłu­gimi rę­ka­wami i szarfą, która pod­kre­ślała jej szczu­płą ta­lię. Słom­kowy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem z tru­dem mie­ścił masę krę­co­nych kasz­ta­no­wych wło­sów. Je­śli wy­glą­dała na nieco zmę­czoną po­dróżą, nie umniej­szało to jej nie­zwy­kłego, na­tu­ral­nego piękna. Wła­ści­wie to je wzmoc­niło - uczy­niło jesz­cze bar­dziej na­tu­ral­nym, o ile było to moż­liwe.

Rose przy­ła­pała go na przy­glą­da­niu się i od­wza­jem­niła jego uśmiech. Lu­cia­nowi prze­wró­cił się żo­łą­dek. Po­czuł się nie­śmiały i - nie­zwy­kłe uczu­cie - nie­ade­kwatny.

Oczy star­szej ko­biety wciąż spo­czy­wały na nim.

- No­stri ba­ga­gli - po­wie­działa na­gle i wska­zała na wa­gon ba­ga­żowy. Po­tem do­dała rów­nie gło­śno, ale wol­niej, jak do dziecka: - Na­sze ba­gaże. Jest osiem wa­li­zek. - Unio­sła sześć pal­ców i dwa kciuki. - Otto.

Lu­cian stłu­mił śmiech, gdy do­tarła do niego prawda. Pani Drum­mond-Ward nie miała po­ję­cia, kim on jest. A trzeba przy­znać, że wy­glą­dał śniado, jak pew­nie by po­wie­działa, ze swoją ro­bot­ni­czą opa­le­ni­zną i kru­czo­czar­nymi wło­sami.

Cóż, skoro my­ślała, że jest Wło­chem - bę­dzie Wło­chem. Ukło­nił się lekko.

- Si­gnora - po­wie­dział.

- I nie zgub żad­nego z nich!

Po­chy­lił głowę.

- No, si­gnora.

Od­wró­cił się na pię­cie i pod­szedł do wa­gonu ba­ga­żo­wego. Z ulgą zo­ba­czył, że wa­lizki pań są już usta­wione na pe­ro­nie, nad­zo­ro­wał tylko za­ła­du­nek na wó­zek. Na­stęp­nie prze­szedł z po­wro­tem przez sta­cję, spe­cjal­nie trzy­ma­jąc się bli­sko ba­ga­żo­wego, i wy­szedł na piaz­zettę.

Kilku na­ga­nia­czy z tak­só­wek szu­kało klien­tów. Po uzgod­nie­niu, jak mu się wy­da­wało, roz­sąd­nej opłaty, Lu­cian za­ła­do­wał więk­szość ba­gaży do sa­mo­chodu tego, który wy­glą­dał na naj­mniej­szego oszu­sta. Reszta miała po­dró­żo­wać z pa­niami Drum­mond-Ward po­wo­zem na­le­żą­cym do ho­telu Por­to­fino; Lu­cian sam go wy­re­mon­to­wał i jeź­dził nim do Mez­zago jako nie­for­malny ho­te­lowy woź­nica.

Wró­cił do miej­sca, gdzie cze­kały ko­biety. Zda­wał so­bie sprawę, że po­ru­szał się zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle - bar­dziej tak, jak wy­obra­żał so­bie spo­sób cho­dze­nia wło­skiego chłopa. Za­wa­diacko i dum­nie, przy­naj­mniej na tyle, na ile zdo­łało to znieść jego po­ha­ra­tane ciało.

Po­dróż­niczki zna­la­zły tro­chę cie­nia pod mar­kizą. Mimo to pani Drum­mond-Ward krzy­wiła się i wa­chlo­wała - jej weł­niany strój był zbyt cie­pły na tę po­godę. Rose wy­da­wała się mniej tym przej­mo­wać. Pa­trzyła ze zdu­mie­niem na nowe oto­cze­nie. Boże, ja­każ ona była piękna. Lu­cian ni­gdy nie wi­dział ko­goś ta­kiego - nie z bli­ska, na wła­sne oczy. Wy­glą­dała jak z ma­ga­zynu o gwiaz­dach kina.

Lu­cian pra­gnął coś po­wie­dzieć - prze­stać grać w tę śmieszną grę, którą sam roz­po­czął. Ale nie wie­dział, jak to zro­bić, żeby ni­kogo nie ura­zić. Mu­siał też przy­znać, że za­baw­nie by­łoby się prze­ko­nać, czy ta gra może trwać; i czy fak­tycz­nie uda­łoby mu się ją wy­grać, po­nie­waż bez wąt­pie­nia była to ry­wa­li­za­cja. Nie mię­dzy Lu­cia­nem a Rose - nic nie mo­gło z nią kon­ku­ro­wać - ale mię­dzy nim a jej dumną matką o skwa­szo­nej mi­nie.

W ciągu pię­ciu mi­nut Lu­cian umie­ścił ko­biety w po­wo­zie. Pani Drum­mond-Ward zro­biła nieco za­mie­sza­nia z po­wodu twar­do­ści sie­dzeń, ale szybko jej prze­szło i usa­do­wiw­szy się wy­god­nie, za­częła mó­wić, nie ro­biąc żad­nych przerw.

Ru­szyli bru­ko­wa­nymi ulicz­kami, które pro­wa­dziły do nad­brzeż­nej drogi. Sie­dząc z przodu, Lu­cian ma­rzył o od­wró­ce­niu się i za­gad­nię­ciu do pa­sa­że­rów tak, jak zro­biłby to miej­scowy kie­rowca. Ecco la fa­mosa chiesa! At­tenta al ve­stito, per fa­vore... Da­łoby mu to rów­nież moż­li­wość rzu­ce­nia okiem na bo­ską Rose. Ale jego wło­ski był szcząt­kowy, a uwagi pani Drum­mond-Ward i tak nie uda­łoby się przy­cią­gnąć.

Mó­wiła i mó­wiła. A je­śli pod­czas ja­kiejś rzad­kiej chwili ci­szy w stru­mie­niu sno­bi­stycz­nych plo­tek Rose nie za­re­ago­wała wy­star­cza­jąco szybko, matka zwra­cała jej uwagę: "Słu­chaj mnie!", Rose zaś od­po­wia­dała: "Tak, mamo", gło­sem tak pu­stym, że mógł ucho­dzić za wręcz krnąbrny.

Droga wy­pro­sto­wała się po se­rii ostrych za­krę­tów i Lu­cian za­czął błą­dzić my­ślami. Nie­długo póź­niej jed­nak roz­mowa ze­szła na jego wła­sną ro­dzinę, więc nad­sta­wił uszu.

- To je­den z naj­star­szych ro­dów w hrab­stwie - mó­wiła pani Drum­mond-Ward. - Znam Ce­cila, od­kąd by­łam małą dziew­czynką.

- A co z pa­nią Ain­sworth? - Nie­winne py­ta­nie nie­win­nie za­dane.

- O Boże, nie. Ona jest czło­wie­kiem zu­peł­nie in­nego ro­dzaju.

- In­nego ro­dzaju?

- Nie uda­waj głu­piej, Rose. Wiesz do­sko­nale, o co mi cho­dzi.

- Nie je­stem pewna, mamo.

- To taka ko­bieta, która my­śli, że nie ma nic dziw­nego w otwie­ra­niu ho­telu. - Pani Drum­mond-Ward ści­szyła głos. - Jej oj­ciec pro­wa­dzi gar­bar­nię. I nie ob­cho­dzi go, kto o tym wie!

*

Rose już dawno od­kryła, że spo­so­bem na ra­dze­nie so­bie z jej matką było nie­ule­ga­nie jej pro­wo­ka­cjom. W in­nym wy­padku wy­wo­ły­wało się jej gniew, po nim zaś szybko na­stę­po­wały dąsy. Dużo lep­sze były spo­kój i po­słu­szeń­stwo. Które oczy­wi­ście nie były rów­no­znaczne z pa­syw­no­ścią - nie, je­śli Rose za­cho­wy­wała się tak ce­lowo. Za­sko­czyło ją to, za jak bo­le­sne na­dal uwa­żała ko­men­ta­rze matki, mimo że była już do­ro­słą, dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nią ko­bietą.

Nie­długo - pro­szę, niech to bę­dzie już nie­długo! - wyj­dzie za mąż. Więc dla­czego nie po­tra­fiła zi­gno­ro­wać lek­ce­wa­że­nia i po­ni­ża­nia ze strony mamy?

Do­brym przy­kła­dem była dzi­siej­sza sy­tu­acja w po­ciągu. Kiedy wjeż­dżał na sta­cję, Rose wy­chy­liła się przez okno, żeby le­piej wi­dzieć śliczny mały pe­ron i wszyst­kich peł­nych ży­cia lu­dzi. Ale mama nie była z tego za­do­wo­lona. Szturch­nęła ją w bok - tak, na­prawdę szturch­nęła! - swoim nie­szczę­snym pa­ra­so­lem.

- Odejdź od okna, Rose! Po­bru­dzisz su­kienkę!

Nie po­zo­stało nic in­nego, jak zro­bić to, co jej na­ka­zano.

Gdyby tylko Rose mo­gła przy­je­chać do Włoch sama. Ja­kie to by­łoby cu­downe! Ale oczy­wi­ście to nie wcho­dziło w ra­chubę. Ni­gdy. Młoda dama po­winna się znaj­do­wać pod opieką przy­zwo­itki. A tą przy­zwo­itką musi być... mama.

Ale dla­czego? Mama nie­na­wi­dziła "za­gra­nicy", jak to na­zy­wała. Jej en­tu­zjazm dla tej po­dróży osią­gnął szczyt na sa­mym po­czątku, w chwili, gdy ona i Rose przy­były do portu w Rzy­mie, pierw­szego przy­stanku ich wy­prawy.

Za­trzy­mały się na kilka dni w sza­cow­nym pen­sjo­na­cie nie­da­leko Scho­dów Hisz­pań­skich. Rose po raz pierw­szy od­wie­dzała Wło­chy i trzę­sła się z ner­wo­wego pod­nie­ce­nia, ma­rząc o spa­ghetti i wy­pró­bo­wa­niu swo­jego wło­skiego, któ­rego mo­zol­nie usi­ło­wała się uczyć ze sta­rej książki do gra­ma­tyki zna­le­zio­nej w bi­blio­tece. Ale matka, przy tych kilku oka­zjach, kiedy zgo­dziła się to­wa­rzy­szyć jej pod­czas zwie­dza­nia, była jesz­cze bar­dziej nie­chętna i nie­wzru­szona niż zwy­kle. Rose czuła się tak sfru­stro­wana, że w końcu po­sta­no­wiła dać upust swo­jemu roz­cza­ro­wa­niu.

Oczy­wi­ście mama zi­gno­ro­wała te pro­te­sty, które w ustach Rose za­brzmiały jak ner­wowe, ża­ło­sne uwagi.

- Je­steś skłonna prze­sad­nie ide­ali­zo­wać to miej­sce. Jako dziew­czyna od­by­łam swoje grand tour, więc do­brze znam Wło­chy, może za do­brze. Ni­gdy nie za­po­mi­naj, że jest to w za­sa­dzie kraj nie­pi­śmien­nych rol­ni­ków.

- Dante był Wło­chem - sprze­ci­wiła się Rose.

Miała na­dzieję, że się nie po­my­liła. To brzmiało wia­ry­god­nie.

Mama za­śmiała się chłodno.

- Co ty wiesz o Dan­tem? Dante nie po­może ci zna­leźć od­po­wied­niego męża.

Te­raz Rose czuła się, jakby była owi­nięta cięż­kim płasz­czem. Nie mo­gła się ru­szyć, nie mo­gła od­dy­chać. Tak bar­dzo chciała go ścią­gnąć i... być sobą. Co­kol­wiek to ozna­czało. Może uda się jej to w ho­telu Por­to­fino.

Bo na pewno nie­długo tam do­trą. Pod­czas gdy mama wy­ja­śniała jej na ucho okrop­no­ści miesz­kań so­cjal­nych - "Za­uważ, że tu­taj ich nie ma. We Wło­szech biedni są biedni i za­do­wo­leni z ta­kiego losu" - Rose chło­nęła nie­znane wi­doki wio­sek, przez które prze­jeż­dżali. Z gór­nych okien wy­glą­dały dziew­czyny o ciem­nych brwiach, stare ko­biety ro­biły na dru­tach przed do­mami, a dzieci ba­wiły się u ich stóp. To wszystko było ta­kie cza­ru­jące. Żeby zro­zu­mieć Wło­chy, trzeba spoj­rzeć nie tylko na sztukę, ale i na lu­dzi. Gdzie to prze­czy­tała? Nie po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć. Miała okropną pa­mięć, mama za­wsze na to na­rze­kała.

Rose była szcze­gól­nie za­fa­scy­no­wana ty­łem głowy woź­nicy. Ko­smyki czar­nych krę­co­nych wło­sów spły­wały mu po szyi. Nie spo­sób było nie za­uwa­żyć jego sze­ro­kich ra­mion, mię­śni aż na­zbyt wi­docz­nych pod białą ko­szulą bez koł­nie­rzyka, po­środku któ­rej znaj­do­wała się sze­roka plama potu.

Rose pra­gnęła skry­cie, żeby się od­wró­cił, ale oczy­wi­ście nie zro­bił tego, nie mógł. Mu­siał uwa­żać na drogę, którą w ogóle trudno było uznać za drogę, bar­dziej przy­po­mi­nała wy­żło­bioną ścieżkę wy­rą­baną w zbo­czu wzgó­rza.

"Mimo wszystko", po­my­ślała. "Mimo wszystko. By­łoby miło zo­ba­czyć jego twarz".

*

Do­tarli do Por­to­fino w chwili, gdy z dnia ucho­dził naj­gor­szy upał. Po­wóz po­dą­żał wzno­szącą się, krętą drogą w na­wał­nicy luź­nych ka­mieni i pyłu.

Po le­wej stro­nie znaj­do­wał się za­gaj­nik drzew po­ma­rań­czo­wych - a do­kład­nie chi­notto. Ro­sły na nich gorz­kie małe po­ma­rań­cze uży­wane do aro­ma­ty­zo­wa­nia cam­pari, jed­nego z ulu­bio­nych trun­ków Lu­ciana.

Ich wi­dok za­dzi­wił go w trak­cie pierw­szej po­dróży do Li­gu­rii, wzmac­nia­jąc u niego po­czu­cie, że za­lane słoń­cem Wło­chy są w ja­kiś spo­sób prze­ci­wień­stwem wojny. We Fran­cji, pod­czas tej strasz­nej zimy 1917 roku, ko­lega ofi­cer po­ka­zał mu dwie skle­jone, zmro­żone po­ma­rań­cze. "Spójrz na nie! Twarde jak piłki do kry­kieta!"

Cóż, tu­taj nie było zmro­żo­nych po­ma­rań­czy.

Jedną z pierw­szych rze­czy, ja­kie Lu­cian zro­bił, gdy zo­stał wy­pi­sany z re­kon­wa­le­scen­cji i od­zy­skał siły na tyle, by skon­cen­tro­wać się na dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut, było prze­czy­ta­nie bar­dzo sta­rego be­de­kera po Wło­szech, na­le­żą­cego do matki. Uwiel­biał za­miesz­czone w nim plany i mapy, bez­kom­pro­mi­sowe, zja­dliwe osądy re­stau­ra­cji i ho­teli.

Po­sta­no­wił po­je­chać na kon­ty­nent i ma­lo­wać jak jego idol, Da­vid Bom­berg. Bo tym wła­śnie był - ma­la­rzem - i do dia­bła z jego oj­cem! Lu­cian nie za­mie­rzał słu­chać wy­kła­dów czło­wieka, który ni­gdy w ży­ciu uczci­wie nie pra­co­wał.

Wszy­scy jego przy­ja­ciele pla­no­wali ucieczkę z An­glii, wy­da­wała się bo­wiem podła i pod­upa­dła. Naj­lepsi pi­sa­rze i ar­ty­ści już się stam­tąd wy­nie­śli, zwłasz­cza ci, któ­rzy wal­czyli pod­czas wojny. W końcu po co tam zo­sta­wać? Mnó­stwo pa­trio­tycz­nych prze­chwa­łek i nie­mal cał­ko­wita nie­świa­do­mość tego, co fak­tycz­nie wy­da­rzyło się na po­lach śmierci we Fran­cji i w Bel­gii.

- An­glia jest kra­jem fi­li­ster­skim - po­wta­rzał Nish - ale nie zdaje so­bie z tego sprawy. Jej kul­tura nie­do­maga. To po­wód, dla któ­rego im­pe­rium jest ska­zane na za­gładę.

Do­bry stary Nish. Za­wsze było wia­domo, czego się po nim spo­dzie­wać.

Te­raz Lu­cian za­trzy­mał po­wóz przed ostat­nim zjaz­dem, żeby ko­nie od­po­częły, a pa­sa­żerki miały szansę na po­dzi­wia­nie wi­doku: wy­so­kich pa­ste­lo­wych do­mów wy­ra­sta­ją­cych wo­kół za­toki i ło­dzi ko­ły­szą­cych się ła­god­nie na ide­al­nej, la­zu­ro­wej wo­dzie. Za­kła­dał, że będą tego chciały - że bę­dzie to dla nich rów­nie do­nio­sły wi­dok, jak kie­dyś dla niego. Ale pod­czas gdy Rose za­re­ago­wała drżą­cym wes­tchnie­niem, pani Drum­mond-Ward była skon­ster­no­wana.

- Dla­czego się za­trzy­mał? - usły­szał jej py­ta­nie.

- Nie wiem. Pew­nie po to, żeby po­ka­zać nam wi­dok.

- Ale ja nie chcę się za­trzy­my­wać. - Lu­cian po­czuł klep­nię­cie w ra­mię. - Jedźmy da­lej, pro­szę. - Zwró­ciła się do Rose: - Jak bę­dzie: "Jedź do ho­telu"?

- Pró­buję so­bie przy­po­mnieć - od­parła Rose.

- No to jak so­bie przy­po­mnisz, po­wiedz to woź­nicy.

- Vai in al­bergo? - Rose wstrzy­mała od­dech.

- Certo - od­parł Lu­cian.

Po raz pierw­szy od opusz­cze­nia sta­cji od­wró­cił się i po­chwy­cił spoj­rze­nie Rose. Krótki uśmiech, który wy­mie­nili, wy­peł­nił jego serce. "Roz­gry­zła mnie", po­my­ślał. "A je­śli nie, to ma silne po­dej­rze­nia".

Uśmie­cha­jąc się, skie­ro­wał wzrok znów na drogę i zmu­siw­szy ko­nia do ru­sze­nia, zje­chał ze wzgó­rza w stronę ho­telu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki