Zegarek majora
StasiowiMrówczyńskiemu
1
Możei powinienem tam pojechać. Przecież była okazja. Zamiast do N.pojechalibyśmy na Grodzisk Mazowiecki, a potem przez Błoniedotarlibyśmy na miejsce. Według mapy w sieci, raptem czterdzieścitrzy kilometry, prostą drogą. Ale samochód był twój, popołudniejedno, no i mieliśmy inne plany.
Jamiałem inne plany. Choć wiele przemawiało za tym - również jasam, mimochodem, w rozmowie, jaką prowadziliśmy, jadąc, a ty pytałeśmnie, co teraz piszę - żeby były takie. Jak by mogły być. Nawetpora roku byłaby z nimi w zgodzie. Ten sam miesiąc. Pejzażmazowiecki, płaski. I już jasnozielony. Jak wówczas. Choć pogodajednak zupełnie inna. Bo ta nasza wiosna była spóźniona właściwie. Atamta, jego - w przedwczesnym rozkwicie. My więc tutaj wkurtkach, pod chłodnym i szarym deszczykiem, a tam omdlała duchota,nabrzmiały błękit.
Tyleże nie o pogodę chodziło oczywiście. I nie o twój samochód czy naszwspólny niedostatek czasu. A o mnie. O mój lęk. Że w tym miejscustanę. I nie będzie odwrotu. Tak zwyczajnie stanę. Przed sobą, nadnimi. Chociaż nie wiem, czy oni tam wciąż jeszcze są. Czy on tamjest.
Tozresztą nie miało znaczenia.
Całanasza niedzielna, mazowiecka droga odpychała mnie od celu. Weekendowetłumy, zatłoczone parkingi przed każdym pałacykiem, przed każdąrestauracją i zajazdem, które dla zabytku i zbytku, i w którychciemne, opięte na brzuchach i karkach garnitury, koszule jeszczebiałe, pod powrozem krawata; włoskie szpilki, polskie wesela, zimnawódka. A wokół rozkopane drogi w przyszłość. Estakady wielopasmowe.Więc z możliwością wyboru. Bilet tylko na pałac, czy na całość wraz zmuzeum i oranżerią.
Zato drzew mało, całkiem inaczej niż u nas, na zachodzie kraju, gdziekiedyś nas nie było, a gdzie byle park gęściejszy niż tutaj las czybór.
Tam,gdzie mogliśmy pojechać, pewnie też cztery drzewka na krzyż.
Krzyżmogę sobie zresztą zobaczyć na obrazku w sieci. Współczesne zdjęcianie różnią się wiele od tych, które wkrótce po tym wszystkim pojawiłysię w poznańskiej prasie. W warszawskiej, rzecz jasna, rzecz mroczna,nie mogły. Tyle że dzisiejsze kolorowe, a tamto w sepii. Choć tochyba raczej litografia. Krzyż na niej prosty, wysoki, u szczytuprostokątnej, obmurowanej wokół, płaskiej, jakby udeptanej mogiły.Żadne jakby, naprawdę ją wtedy udeptano. Wdeptano ziemię w ziemię. Ajeśli teraz się symbolicznie wypucza, rośnie w mogilne wzgórze,powstańczy kurhan, garb pamięci zaszczytny, punkt docelowypatriotyczno-turystycznych szlaków, tym bardziej mnie tam nie ma.
Nawet,gdybym był. Gdybyśmy tam jednak pojechali.
Tenżelazny krzyż to zresztą replika drewnianego, który stanął niedługopotem. I miał w sobie siedemdziesiąt sześć gwoździ, inni podają, żesiedemdziesiąt dwa. Może tam zresztą zostały, wtopione w żelazokrzyża - pamiątki czasów nie łatwiejszych, a późniejszychledwie o lat czterdzieści osiem.
Późniejszychczy raczej młodszych. Miara względna, bo dla kogo. Dla nas, dla mnie,czy dla niego.
Aleczterdzieści osiem lat to ramy kuszące. Powiedzmy, że miał wtedywłaśnie tyle. Bo ile miał naprawdę, nie wiadomo przecież. Niewielezresztą wiadomo, prócz tego, co wiadomo było od razu.
Noto sobie patrzę w okienko laptopa, który wie wszystko. Mogiła wBudzie Zaborowskiej, co się kiedyś zwała Gać - w okolicznymlasku - porośnięta jest zadbaną, przystrzyżoną trawą. Taką jakta, którą - wstając od biurka - widzę teraz z oknarzeczywistego, z drugiego piętra pałacu w R. Patrząc ponad drzewamiokalającymi obszerny gazon - raczej w lewo trochę, a potemprosto - mogę sobie wyobrazić, że to tam. Niedaleko, zwłaszczana kruczych, wronich skrzydłach wyobraźni. Że nic mi nie zasłaniatego, czego nie widać coraz bardziej. Te drzewa zresztą nie są chybatak znowu stare; jesiony i lipy żyją krótko.
Jakna drzewa.
2
Głowabolała go od samego rana. Bardziej niż wczoraj. Kiedy to przecieżcały dzień chodził po obozie chmurny i odzywał się mało, ale był wkażdym miejscu - przy wydawaniu broni i kokard, formowaniudziesiątek, instruktażu robienia kosą; pochylał się nad mapą,rozłożoną na ściętym pniu. Kto by go nie znał, a znał go tu mało kto,nie domyśliłby się, że coś mu dolega.
Terazjuż ukryć się tego nie dało. I nie próbował nawet. Skronie ścisnęłymu w jednej chwili takie kleszcze, jakby go ktoś chciał siłąwyciągnąć z martwego łona. Nie dbając, czy żywcem wyciągnie.
Siedzieliakurat w jadalni, przy stole biało nakrytym, umajonym, choć skromnym.Tydzień był już wprawdzie od Wielkanocy, ale na tę niedzielę akuratprawosławna wypadała. A gospodarz folwarku - czy to chcącspokojnym być od miejscowej władzy, czy z osobnych jakichś, sobiewiadomych powodów - przeciągnął czas świąt, jakby sięspodziewał innych gości.
Także siedzieli w Truskawiu razem, przy tym śniadaniu jakby świątecznym,Leon Majewski z żoną i dwiema córkami, jego ekonom Faska, i oni -wojsko, według starszeństwa, a raczej wieku, bo w oddziale, nielicząc majora Walerego Remiszewskiego, nie było oficerów; adiutantJan Budkiewicz oraz dowodzący setkami Bachmiński i Płotnickioficjalnie stopni jeszcze nie mieli. Doproszono też do stołu parumłodych, studentów i urzędników. Reszcie - jako że ciepło byłoniczym latem - nakryto w tylnym ogrodzie, przy długich,drewnianych ławach, zaś pospolici, a i ostrożniejsi może, zalegli wpobliskim lasku.
Major,choć podsuwano mu półmiski, nie jadł nic prawie, aż w końcuspostrzeżono, że zbladł i obiema dłońmi za brzeg stołu chwycił. Takgwałtownie, że panny Majewskie spłoszyły się tym jego nagłym ruchem,a że zwróciły się przy tym ku sobie, stuknęły się czołami, z czegopowstała jeszcze większa konsternacja, i pan Faska - wzamieszaniu - biały barszcz na obrus ulał. Minę zrobił przy tymtaką, jakby miał lat osiem, stodołę spalił, i liczył się z kijami.Ale szczęściem nikt na niego nie patrzył, bo wszystkie oczy zwróciłysię na majora.
Aon wciąż na krawędzi stołu dłonie zaciskał, oczy zmrużył, wargizaciął. Aż mu grube krople potu na czole i całej twarzy wystąpiły.
PaniMajewskiej, pewnie stąd, że była w ciąży (syn, syn! zapewniał panLeon, unosząc kieliszek), wydały się podobne do tłustych robaków, gdytak sunęły z wolna w dół. Zwłaszcza że major ich nie ocierał, a gdywreszcie otworzył oczy i przepraszał, tłumacząc, że ból nagły -tu czoła dotknął - też po serwetę nie sięgnął, a zaczął kroplechwytać palcami i strząsać na podłogę.
Uniosłachusteczkę do ust i oddychała chwilę zapachem geranium.
Agdy mdłości minęły, spytała majora, czy nie przynieść mu możepomarańczowych kropli. Na co pan Leon, że przeciwnie, żołnierzowilepiej dać szklankę czarnej kawy, co go niechybnie ożywi. Tyle że,mówiąc to, wytrzeszczał się przesadnie, tak że wielu uznało, iżchodzi mu o wódkę. Lecz na myśl o niej - w takie gorąco -im samym pot na czoła występował. I w efekcie nikt się od stołu, bymajorowi ulżyć, nie ruszył, a milczenie robiło się coraz cięższe. Niesmakowały jajka ani wędliny, choć biła od nich woń majeranku ijałowca; a kopczyk masła - ledwie parę razy cięty nożem -pocił się śmiertelnie między półmiskami, jakby wiedział coś, czegoobecni jeszcze nie wiedzieli.
Oknaw jadalnym były otwarte, bo upał - mimo nocnej burzy -dawał się we znaki. Tak że z podwórza szło gorąco jak z kuźni. A znim kurz, bo choć wiatru nie było, raz po raz przejeżdżała furmanka,to znów krowy - nie wiedzieć czemu - pędzono w te inazad. Pani Majewska zadysponowała więc, by okna zawrzeć. Ale majoruprosił, aby tego nie czynić. Zdawało mu się, że ich zamknięciesprawi, iż gorzej mu jeszcze będzie, że osaczy go tu, uwięzi, właśniejak ów ból w głębi czaszki, który się po niej ciskał.
Wolałteż mieć major na dziedziniec widok, choć po prawdzie nic by mu zniego nie przyszło, gdyby pojawili się dońscy w parę koni, a choćby ipatrol powiatowych żandarmów. Byłby to przecież znak, że już im Mochysiedzą na karku. A że i tak, za kapotę prawie chwyciwszy, są tegoblisko, domyślał się od wczoraj. Zwiadowcy wysłani konno przed nocą,nie wrócili. A nie sądził, by odbiegli samopas, jeśli dopiero co sięznaleźli w oddziale.
Koniszkoda, gryzł się. Zakładał jednak, że u Majewskiego weźmie kilka, narządowy papier, a choćby siłą, gdyby dzierżawca Truskawia był temukrzywy. Konie niezbędne do zwiadu i ubezpieczenia, zresztą jak beznich miałby sobie radzić, gdy mu już uwolnionych więźniów zwiozą odMarymontu. Trzeba by ich wyprawić dalej, a i oficerom - którzyby w partii zostali - pod siodło dać. Tyle że wiedział już, żena owych ludzi czekać mu przyjdzie dłużej, może i bez skutku. Miałbyć przecież znak od Komitetu, a była cisza. Coś musiało sięwydarzyć, bo idąc zgodnie z rozkazem w stronę Warszawy, ku Cytadeli,już przy Babicach zatrzymać się wczoraj musiał. Żydek jeden przyniósłniespodzianą, ale wiarygodną, jako że złą wiadomość, iż stoją tamkozuni, a prócz nich jeźdźcy jacyś, i niemało piechoty, a straszniesię rozpytują o panów Polaków.
Niespodzianybył ten ruch. Zakładano przecież, że na swą Wielkanoc Rosjaniesiedzieć będą w mieście, biesiadować. A tu nie dość, że z miastawyszli, to i nie na zwykłe przeczesywanie okolicy. Na takie łowy,których celem byłyby małe grupki, pojedyncze zbiegi do powstaniaciągnące, starczyłoby wiejskich wieszatieli. Tymczasem od miastawojsko szło. I nie przypadkiem w ich stronę.
Wzłym momencie głowa zaczęła majorowi zawadzać. Prawda, miał jużchwile, gdy gotów był do niej przyłożyć lufę rewolweru. Niedawnochoćby. Ale to po pijanemu, gdy w karty się zgrał. Tak sobie mówił,że o pieniądze szło. Zgrał się, a przecież, gdy na stół rzucił swójzłoty zegarek, zabrakło nagle ochotników, by grać dalej o tak łakomąstawkę. Choć wydać się mogła łatwym łupem, bo major zębami zgrzytał,lecz wzrok miał mętny. A mimo to wstano od stołu, by karty kłaść icygara kurzyć gdzieś obok.
Niestrzelił sobie w łeb wtedy, lecz prędko spostrzegł, że będzie wkrótceokazja, by inni zrobili to za niego.
Odpoczątku zresztą wszystko układało się jak dziad w grobie.
Choćto, że akurat on stał z partią w okolicy, zdało mu się naprzódszczęśliwym trafem. Wiedział, że z samego krycia się po krzakach niewyniknie nic, prócz rozprzężenia i narastających lęków. A udanywypad, prędki marsz, niechby i jakaś potyczka w odwrocie, to dobrylek na żołnierskie niepokoje. Tyle że traf okazał się ślepy. Bozanosiło się, iż energiczne, planowe działanie, wszelka efektownabrawura, zmienić by się w tych okolicznościach mogły w panikę, chaos,a z nimi w ostateczną katastrofę.
Jużwtedy powinni zawrócić, ominąć Lipków, i nie czekając w okolicyruszyć dalej na Kampinos. Szczególnie, że Żydek jak nagle wieściprzyniósł, tak i nagle przepadł. Płotnicki, choć zwykle nie skory dogwałtowności, klął, że pokpili sprawę, trzeba by Żydkowi od razusznur na szyję, i na gałąź, bo szpieg był z niego pewnie iprowokator. Bachmiński początkowo się wzdrygnął, twarz miał delikatnąjak lalka, czy raczej walet kier, ale gdy inni zaczęli dowodzić, żeŻydek pobiegł do kozaków, by im wydać, gdzie partia stoi, sam siędeklarował, że póki jeszcze czas, puści się za nim w pogoń, znajdzie,i przyprowadzi na postronku jak kozę, a wtedy go będą mogli wypytać,lub powiesić. Albo jedno i drugie.
Naco Budkiewicz zdjął niebieskie okulary, upodabniające go do jakiegośzwierzęcia, czy może ptaka - major przypomniałby to sobie,gdyby nie ból ćmiący, tępy - i rzekł, że czekać nie ma na co.Ryzyko za duże. Trzeba szybko zawrócić, i nie drogą iść, a lasem.Szczególnie, że tu Rosjanie dogonią ich choćby półszwadronem, zwiążąwalką, zaś reszta sołdatów prędko doskoczy, kierując się samymi tylkoodgłosami boju.
Majorsłuchał tego z miną krzywą, ale nie wiedzieli, czy mu co dolega, czynie zgadza się z ich opinią; trudno zresztą zgadnąć, którą.
Amajor myślał tylko, że jeśli Żydek kłamał, ale też jeśli prawdęmówił, dobrze zrobił, że wziął nogi za pas. Nawet jeżeli to nie pasbył, a lichy pasek parciany, którym kapotę wiązał. Głośno zaśoznajmił, że ganianie za parchem na nic. A na odwrót zawsze będzieczas. Tyle że on na pejsach powodzenia całego planu nie zawiesi. Nimsię więc cofnie, sprawdzi, jak się rzeczy mają.
Nieboz rana błękitne, bielało teraz połyskliwie, było już dobrze popołudniu, a upał nie słabnął. Znużeni gorącem i wydarzeniami dniadrzemali wśród drzew, wsparłszy głowy o felejzy i worki, pachniałonagrzaną trawą i fajczanym dymem. Nic gorszego niż dać się zaskoczyćw takiej porze.
Narozpoznanie wyjechali we dwóch, major i adiutant. Niezbyt zgodnie zwojenną, zwłaszcza partyzancką sztuką, która kazałaby zwiadowcówużyć. Na dodatek major już od rana jakby szukał okazji, by się odpartii oddalić, a przy tym - niby panna na globus po lekturzefrancuskiego romansu, zżymał się Budkiewicz - wyrzekać zacząłprzy adiutancie na ból głowy. Toteż gdy oznajmił, że pod Babice sampójdzie, adiutant rzekł, iż być przy nim musi. A gdy Remiszewskispojrzał nań chmurno, Budkiewicz dodał, że musi i chce.
Jakdziecko, co się sukni mamki czepia, naburmuszył się major, niezbytzadowolony z tak nagłego przejawu woli czy też zgoła cywilnejzachcianki, lecz skinął na zgodę. Trochę też i zadowolony w głębi, żedecyzję - która pewnie zmieni się wkrótce w konieczność -przyjdzie mu podjąć po wspólnym zwiadzie. Nikt mu wówczas niezarzuci, że rozkaz pochopny.
Arzeczywiście, gdy tylko minęli porębę, Budkiewicz wypatrzył nawygonie świeże ślady kopyt. Podkutych. Cofnęli się opodal. Niepewniwciąż, czy to nie podjazd leśnych. Tyle że takich - prócz nich- w okolicy nie było. Od zimy, kiedy wykurzono stądPadlewskiego, nie stała w Kampinosie nawet kompania.
Aha,tak że to już, pomyślał major, lecz owo "już" ciążyło muteraz prawie tak, jak głowa. I jak wszystko, co dotąd zrobił, i czegonie odrobi. Za czas przeszły, ale i teraźniejszy. Pulsowało, łupało wczaszce, pot zlepiał włosy pod furażerką. Słodko-gorzka, migdałowawoń tarniny, kwitnącej biało na skraju poręby, mieszała się z kwaśnymodorem jego niezmienianej od dawna odzieży.
Lasekbabicki zawsze był cherlawy, wiatrem przewiewny jak dziurawyspencerek, ale teraz zrobił się jeszcze mniejszy i rzadszy niż był wistocie. Choć powietrze między brzózkami, gdzie stanęli, zdawało sięnieruchome.
Widnotu na przestrzał, pomyślał major.
Wciążbyli niedaleko Babic, tak blisko, że dzwon kościoła Wniebowzięcia,zawsze jakoś zgrzytliwy w tonie, zdawał się teraz bić ze wszystkichstron.
Majorpamiętał ten dźwięk, przypominający tłuczenie pogrzebaczem w dziurawąbalię, bo - w armii służąc - jeździł często, z podwodami,do Sochaczewa. Zdarzało się, że i w kłusie cugle puszczał, uszyzatykał. I teraz ręce do tego świerzbiły, zwłaszcza że staliprzecież. Ale Budkiewicz, człowiek dojrzały już, trzydziestoletni,siedział obok, niemal strzemię w strzemię, wyprostowany jak struna,co zaraz pęknie, więc mógłby to poczytać za przejaw paniki, a nawetbezbożność i zły omen. Nie, to przecież socjał, czerwony. Major niewytrzymał, i jak ktoś, kogo zbytnio swędzi, dłoń podniósł. Tyle żeucha umykając, skroni nią tylko dotknął, mówiąc, iż łeb mu pęka jaklicho drutowany garnek.
Budkiewicznie rzekł na to nic, jakby się obawiał, że odezwaniem się ból dowódcyzwiększy. A może i co innego przyspieszy. Poprawił więc tylkookulary, wsuwając je wyżej na nos.
Jużwiem, borsuk, pomyślał major, patrząc na adiutanta, i sam dziwiąc sięsobie, że boląca głowa nie ma nic innego do roboty, jak zabawę wskojarzenia.
Budkiewiczfaktycznie miał w twarzy coś zwierzęcego, ale nie tylko przez długinos, i wyciągnięte ku przodowi usta, co nadawało jej kształt pyska,gdy ciemne binokle tworzyły wokół oczu jakby maseczkę. I nie przezhalsztuk, który mu spod szyją czerniał niby u wrony. To by jeszczebyło nic, tyle że ten skrywany w spokojnych, ale zbyt sztywnychruchach wyraz płochliwości, i wciąż wyprostowana, jakby nastroszonapostać, czyniły owo podobieństwo dokuczliwym. Przynajmniej w oczachmajora. Który zwykł się przyglądać nowym podwładnym, jakby z górywiedział, że zobaczy w nich to, co mu się nie podoba.
Zdarzyłomu się też raz czy drugi we śnie, że patrzył tak w lustro, ale poprzebudzeniu nie umiał sobie snu wytłumaczyć.
Alei Budkiewicz spodziewał się, co zaraz nastąpi. Przy majorze byłkrótko, a wcześniej się nie znali; gdy Remiszewski konspirował, on nadrewnianym koniku był jeszcze sadzany przez starszego brata, potemzaś ich drogi z majorem, ówcześnie kapitanem, rozminęły się. Ale iprzez ten krótki czas od koncentracji oddziału zdążył zaobserwować,że w chwilach namysłu, czy raczej tych, które - co zacząłpodejrzewać - namysł udają, major wyjmował zegarek. I patrzyłnań, jakby w obrotach wskazówek - kończących się sercowatymgrotem - wypatrywał potwierdzenia swych wyborów, a zarazemdowodu na nieodmienność i nieuchronność zdarzeń.
Budkiewicznie był człowiekiem prędkiej, nieprzemyślanej decyzji, w gimnazjumuczył nauk ścisłych, a i sam uważał się nawet za ważącego czyny, alew tym zachowaniu dowódcy widział coś więcej, bo skłonność doasekuracji, działań niesamodzielnych, kunktatorstwa.
Irzeczywiście, major sięgnął za pazuchę, by błysnąć zegarkiem.Rzetelnie złotym, choć z dewizką pozłacaną jedynie, co major rzekł muzresztą sam już pierwszego dnia, zauważając ciekawe spojrzenie. Niewiadomo jednak, skąd go miał, nie opowiadał się w tej materiiadiutantowi, ani nikomu. Choć mówiono - o czym Budkiewicz niemiał akurat pojęcia - że to pamiątka rodzinna, cenna tymbardziej, że dobra Remiszewskich po tamtej insurekcji przepadły. Innigadali, że dar wojenny, za Kaukaz, gdzie wcześniej służył. Czegodowodem być miało, iż na kopercie dwugłowy orzeł. Ale po prawdzie toraczej medale stamtąd przywożono, i krzyże - bywało, że własne,na grób - niż takie cacka. Dlatego inni mówili, że na zegarkuwygrawerowano nie orła, a pióra układające się w skrzydlaty ornament.Jakoby Geniusza. Na co niektórzy z oficerów, przy kartach i wódce,kpili, że koperta zupełnie do cyferblatu nie pasuje.
- Spóźnilisię - mruknął major, a że Budkiewicz zerknął ku niemu pytająco,dorzucił dla jasności: - Z sygnaturką. Na mszę dzwonią, agodzina dawno wybiła.
- Myślałem,że o naszych major mówisz - rzekł Budkiewicz.
- Naszychjuż dziś nie obaczym.
Dzwonzamilkł. I cicho się zrobiło nagle, jakby wszystko wokół tej ciszypodzwonnej słuchało. Upał męczył chyba również ptaki, a może na burzęszło, bo polatywały z gałęzi na gałąź bezgłośnie. Tylko jakaś sójkaspadła nagle, krzycząc, z gołego jeszcze jesionu, i pomknęła kuporębie. A wtedy - jakby wzgardliwym echem - jeden, potemdrugi gwizd ich dobiegł. Tyle że od wioski. Jakby kto nahajkąświsnął. Oddział liczny być musiał, jeśli kozacy nie kryli swejobecności.
Majorzegarek schował i dłuższą chwilę patrzył przed siebie.
- Możepastuchy bydło zaganiają z łąki - powiedział bez przekonaniaBudkiewicz. W ustach czuł kwaśną suchość, jak od cygara.
Apotem zawrócili, by część taboru rozpuścić i powieźć partię naIzabelin, Lipków, wreszcie Zaborów i głębiej w puszczę wejść,czekając nowych rozkazów.
Wracaliw milczeniu, popatrując ku sobie. Przynajmniej Budkiewicz zerkał co irusz, a że jeźdźcem zbyt wprawnym nie był, uważać musiał, by wzmiennym terenie i z konia nie spaść, i pleców majora nie zgubić.
Domyślałsię major, skąd ta czujność adiutanta. Ich partia była ledwie cosformowana, i po prawdzie niegotowa do działania. Składała się zgarstki miejskich konspiratorów - za największą swą bojowąwartość mających poczucie służby dla wstającej z umarłych ojczyzny irewolucyjny zapał, lecz przeszkolenia w polu żadnego, nie wspominającjuż o doświadczeniu walki - oraz z ludzi zupełnieprzypadkowych. Nie przystawało to do celu, który właśnie jej -trochę z musu, trochę z przypadku - powierzono. A już przybraku dowódcy cel to byłby równie osiągalny jak kurek na dachu dladubeltówki oddalonej o staję.
ToteżBudkiewicz, gdy tylko wyszli z lasku i ruszyli stępa przez miedzę, apotem w bok łąką, drogą kawałek, i znów duktem przez las, spoglądałuważnie na majora, czy aby nie puści się on nagle kłusem, i niezniknie mu gdzie między drzewami. Nie dogoniłby go. A i nie goniłbywcale. Nie dlatego, że w cywilu był nauczycielem matematyki i fizyki,za młodu zaś i polować chodził z bratem pieszo. Nie goniłby, choćby ibiec wystarczyło. Bo jakże tak, za dowódcą.
Strzelałnatomiast dobrze, w czym okulary były mu akurat pomocne. Widział to imajor, od dnia, gdy znaleźli się w lesie, a Budkiewicz stał się jegoprzybocznym. Rozkaz co do tego miał na piśmie. Za to na twarzywypisane jednocześnie pewność siebie, i niepewność sytuacji. Jakbywięc chcąc tę drugą pierwszą zatrzeć, strzelców zwołał, i niby dlainstrukcji, na dwadzieścia kroków, trafiał z pistoletu w kartęprzybitą do pnia lipy.
Strzelałbytak i do mnie, w łeb pochylony nad kulbaką, a może i w plecy,zastanawiał się major, gdy spod Babic wracali, ale myśl ta, ledwie muw głowie błysła, już zgasła, przykryta płachtą bólu. Aż pociemniało woczach; dobrze, że dojeżdżali do swoich. Swoich, jego. Czyichwłaściwie. Póki był oficerem armii, mundur nosił, nie zastanawiał sięnad tym. Dobra rzecz, iść na wroga, rzucając do ataku ludzi, uktórych przyjaźni nie szukasz, a i nie dbasz o nią.
Toteżgdy stało się jasne, że to akurat jemu prowadzić przyjdzie gromadę,co do lasu zbiegła, i wokół niego się skupiła, nie umiał się wyzbyćrozczarowania, niechęci. Owszem, krył to za marszczeniem brwi,mierzwieniem brody, przypaleniem fajki żagwią ze wspólnego ogniska.Ale gdy w ślad za młodymi przyszła wiadomość, że w Warszawie już onich mówią "nasze dzieci", pojawiła się i złość. Cóż toza ojcostwo, gdy cała jego chwała w tym, by potomstwo dawaćludojadom. A to dzieci były w istocie, poniektórzy nie mieli nawetlat szesnastu; zbieranina liczna wprawdzie, ale nieostrzelana,nadrabiającachwacką miną każde zerknięcie za siebie, ku miastu, a często pewniedomowi i matce.
Czyaby na pewno on, niedawno oficer carski, znany z surowości, czy możetylko obojętności wobec rekruta - którego zdarzało mu się i popysku prać, i nie zawsze z myślą, co rozgrzesza, że to Rus i zbój -odpowiedni jest na dowódcę takiej partii. Lepiej by mu już dali jakiskromny plutonik strzelców, są przecież w okolicy gajowi, i chłopy,co kłusują dłużej niż on szlify nosi, aniżeli te dwie z górą setkimłodzianków, co im mleko jeszcze na wąsach nie zdążyło skisnąć.
Gdyzeskakiwali z fur, i szli w las od dorożek i bryczek, taradajek ilinijek, na które przesiadali się za miastem, jak już umówienikolejarze otwarli zaplombowane dla ich bezpieczeństwa wagony, sądziłnawet, że ten ucisk, co jak obręcz ołowiana czaszkę mu obejmowaćzaczynał, to wyraz objawionego nagle lęku. Nie o nich samych nawet;zbyt długo był oficerem, aby wzdragać się, że żołnierz krwią płaci,chociaż krew nie mundur tym razem zabarwi, lecz sukmanę, kubrak czyuczniowski surducik. I nie przed odpowiedzialnością nawet. A przedbezradnością. Swoją własną.
Ot,weź i machaj szablą z patyka, gdy przeciw tobie ogień idzie. Chyba,że nabijesz na nią kawał mięsa, i uprażysz go sobie w tym płomieniu.
Gorzej,że pewnie wraz ze sobą.
Zastanawiałsię, czy aby nie miała to być właśnie - z czyjejś woli wysokiej- wyznaczona mu próba, czyściec, kara wreszcie, bo przecież nienagroda. Tyle że jeśli ktoś tak to sobie obmyślił, nie jemu przecieżkrzywdę największą zrobi. I nie tym Antkom, Józkom i Frankom, co dolasu z nim pociągnęli; mają dać szyję, to dadzą. W imię takiej służbyczy owakiej. Ale ten planista i strateg sam siebie ukrzywdziprzecież. Bo czasem i najlepsza dubeltówka sypnie śrutem w dupę temu,co ją nabił. Co więc będzie, jeżeli się okaże, że miejskie chłopięta,wyznaczone dla zbawienia ojczyzny, pokpią sprawę i sfajdają się nawidok szarży huzarów, albo pierzchną jak kawki od pierwszej palby?Kto wówczas zda sprawę z całej awantury? Czy aby na pewno panowiekonspiratorzy i nawróceni na białego orła gaspada oficery, po którychto przecież szli pod Cytadelę?
Tenlęk minął nieco, gdy zaczęli się organizować. Nie w kompanie jeszczeczy plutony; oddział istniał raptem dwa dni - do niedobitków poPadlewskim, przyczajonych na mokradłach, dochodzili wciąż nowi zmiasta - a jego stan osobowy się zmieniał. Na razie wdziesiątki i setki, co po prawdzie bardziej przypominało rachowaniestada niż wojska.
Patrzyłjednak na nich, od swojego szałasu, czasem ssąc zgasły cybuch, aczasem trzymając dłoń na rękojeści szabli przypasanej nieco z przodu,jak siekierka u rzemiennego pasa drwala, i stał tak, jakby już go dogazet rysowali. Bo to patrzenie uspokajało go, wyzwalało zwykłenawyki i myślenie. Nie dlatego nawet, że widział, iż czynili swojechętnie i żwawo, jakby samo działanie, jakiekolwiek, wyzbywało ichstrachu przed tym, na co się porwali. Lęk mijał i w nim, gdyż i onsam stał się przykładem dobroczynności tej zasady, że dla żołnierzanajlepszym pocieszeniem żołnierska robota.
Patrzyłwięc na podnieconych przygodą, basujących dziarsko, choć czasemprzechodziło to w pianie kogucika, i myślał, że gdyby tak miał niedzień, dwa, ale miesiąc, na ich przeszkolenie. Zerkał spod daszka napoklepujących się, przypinających sobie biało-amarantowe kokardy,rogatywki pod brodą wiążących, i wyobrażał sobie, jaki by z nichuczynił batalion. Spoglądał na kosy fasujących, jakby im całe życie wpolu upłynęło, a potem tnących powietrze ostrzem na sztorc, jakbykażdy z nich Bartoszem spodziewał się zostać, patrzył i brodę skubał,że gdyby nie parę mil od Warszawy stali, a w samej puszczy, byłbyczas na wszystko. Może i na życie. Jeśli nie jego, to ich.
Byłow partii nieco wiejskich parobków - tych, co fury z młodzieżąprzyprowadzili - ale większość stanowili młodzi szewcy, murarzei czeladnicy ślusarscy, ogrodnicy i bednarze, pomagierzy z poczty iaptek, a za nimi uczniowie gimnazjów i studenci Szkoły Głównej,kanceliści, urzędnicy miejscy niższego szczebla i pisarze prowentowi.Wszystko to szło w las z ochoty, która młode serce krwią tłoczy, leczgłównie z obawy przed poborem. Remiszewski wiedział, rzecz jasna, żeto ucieczka od tej służby, co już nie była jego służbą, ale jakooficer krzywił się, bo w las - jakby nie było - dezerterszedł.
Gdybyto jednak krzywić się musiał z takich tylko powodów.
Żebysię w ogóle krzywić mógł. Ze śmiechu choćby. A może by się i skrzywiłteraz szyderczo, że aż tak mu się powiodło. Ze wszystkim.
Coprawda na co dzień śmiać się nie lubił. Może i nie umiał. Do czegosię zresztą nie przyznawał i przed sobą. Uznając, że to nie braklekkości dowcipu czy skłonności do żartu, niechby i koszarowego, ajego własny wybór. Odpowiedź światu. Powaga. Siostra wzgardy,niechęci, wreszcie znużenia.
Kiedywrócili ze zwiadu, zebrał dowódców, wydał rozkazy - iść naLipków, tam - o ile nie będzie pościgu - przenocowaćkrótko, a przed świtem ruszyć dalej - i wlazł na furę, którąwieźli skrzynie z amunicją i prochem, szpadle i siekiery, worki zmąką i sucharami, a także płótno i szarpie. Początkowo planowałsiedzieć za plecami chudego wąsala w magierce, powożącego parąchłopskich koników, i porządku marszu pilnować.
Aleledwie z konia zszedł, oddając tręzlę Budkiewiczowi, i do wozuwskoczył, ból się nasilił, zaś głowa tak ciążyła, że położyć sięmusiał.
Bylegrymas cierpienie wzmagał, a co dopiero podskakiwanie wozu nawykrotach. Nawet mrugnięcia starał się więc unikać, ciesząc się, żeBudkiewicz do niego nie zagląda i nie widzi, że twarz dowódcy zaczynaprzypominać gipsowy odlew z umarłego zdjęty. I to mokry, jakby gipsnie zastygł jeszcze. Bo major pocił się coraz bardziej.
Szliw ciszy - słychać było tylko skrzypienie osi, parskanie koni,nierówny, głuszony piachem krok oddziału - co było naturalneprzy odwrocie, lecz i dla majora zbawienne; byle dźwięk głośniejszy,ostrzejszy żgał mózg, jakby w otwarty czerep wrażał mu kto zastruganykij.
Codziwne, nic prócz głowy go nie bolało. W dzieciństwie często chorowałna influencę, za młodu - w wojsku - przeszedł tyfus;pamiętał tamte gorączki i dreszcze. Ranny był też, poważnie -dwa razy; znał, co ból prawdziwy. Za pierwszym razem szok był taki,że zemdlał. Zdarzało mu się również, w lazarecie, skamleć w poduszkę.Ale ten ból, co się teraz w głowie pojawił, zdał mu się gorszy, boodbierający i resztę ciała, a sam niemający miary, ni kształtu. Anina nim zęby zagryźć, ani go prochem wypalić, ani w niego gorzałkęlać. Same paroksyzmy nie były nawet długie, lecz czas między nimiprzestawał istnieć, huczał i ćmił tępo, jak wieczność.
Toprzez upał. Niebywały jak na porę roku, mówił sobie Remiszewski, gdyból pojawił się po raz pierwszy. Wzbudzając w nim jedynie irytację,że myśli mu rozprasza, tak teraz potrzebne, gdy partię formowaćtrzeba i z dnia na dzień do działania szykować. Upał prawdziwy, nieto zwykłe, żyzne ciepło, od którego pękają pąki. Wiosna przecieżdopiero się zaczęła. Kwietnia jeszcze nie połowa, drzewa ledwieliściem pierwszym, drobnym okryte, a powietrze jak w lipcu.
Nawetteraz, a przecież wieczór niebawem.
Otworzyłoczy, akurat, gdy przesunęła się nad nim wysoka i czerwona rogatywkaBudkiewicza. Ale adiutant odjechał zaraz, bojąc się może, iż mupolecenia jakie wyda, i nad majorem pochyliło się jedynie niebo.Sine, obrzmiałe od fioletów, pewnie na znak bliskiego już zachodu.Pomyślał, że w tym świetle wyglądać musi jak trup. Może to ów widokspłoszył pana socjała.
Szkoda,rzekłby mu, by do Lipkowa wcale nie wchodzili. Postój zarządzić najakiej polanie, straże rozstawić. Nocą zrobi się może chłodniej, leczi tak pewnie ciepła będzie. Ostatniej nawet ognisk palić nie musieli.Co i latem nie zawsze się zdarzało, gdy w polu nocował.
Całazima przeszła zresztą sucha, ciepła, niemal bez mrozu. Tak że ktokożuch szykował, kurtą lada jaką mógł się dostatecznie opatrzyć.
Dobrapogoda, by w lasach zamieszkać. Nic dziwnego, że niejeden młody, abez pieniędzy i protekcji, potrzebnych, by go z listy skreślono,szukał tam schronu bez obawy, że zębami mu przyjdzie dzwonić odnieszporów do jutrzni. Ale i zdradliwa, bo jak tu w las iść,nieodziany na zimę, kiedy ona może i słowa ostatniego nie rzekła. Toi major o półkożuszek zadbał, a pod siwą, szamerowaną czarnoczamarką, też ubrał się jak na leśne pochody i biwaki o tej porzeroku przystało. Czego skutkiem lepił się teraz od potu. Jakby go ktomokrym płótnem owinął. To zresztą nie było szczególnie przykre.
Nieboprzygasło, z fioletu przeszło w granat, ale bez gwiazd, ciężki jakiś,jak sukno szynelu; zacisnął powieki, żeby przytrzymać tę ciemność, zaktórą pojawiła się ulga. Czy raczej pustka. Brak bólu, bo i brakciała. Marzenie żołnierza. Zasnął ciężko, głęboko.
Nachwilę tylko jednak, jak mu się zdało; nie do końca był zresztąpewien, czy aby wciąż nie śpi. Ale Budkiewicz, który znów pojawił sięprzy furze, tym razem w postaci czarnej, wysokiej zjawy, nie zniknął,a że wyczytał w milczeniu majora pytanie, powiedział, że są już wedlewsi. Musiała więc upłynąć i godzina.
Słychaćbyło ujadanie psów. Niepewne, przechodzące w skowyt.
NadWarszawą błysnęło i zamigotało, raz, drugi, i kolejny.
Uniósłsię na łokciu, patrzył. A inni z nim. Słyszał, co szemrano obok, zniepokojem, lecz i ciekawością. Że pożar, bitwa może.
Lampęprzynieść kazał. A gdy ją nad nim podniesiono, w skąpym świetlełojówki za okopconym szkłem, patrzył czas jakiś na mapę i otwartyzegarek.
Poczym mapę złożył, kopertę zatrzasnął i zszedł z fury.
Czułsię lepiej. Wydał nowe rozkazy. Ustawiono naprędce proste szałasy,dla ochrony przed zbliżającą się burzą. Do samego Lipkowa nie weszli.Posłał tam tylko Bachmińskiego, żeby się we dworze opowiedział.
Wysłałteż konno kilku zwiadowców. Za siebie i przed siebie.
Zasobą miał już zresztą wszystko. Przed sobą tyle samo.
Szeptałow nim, że nic.