Halina Mikulska, Lenka Rybik (pokój 131)
Sobota, godz. 8.35
Kiedy widzę zdrowo zaróżowione policzki wnuczki i jej radosne oczy, naprawdę bardzo się cieszę, że tu przyjechałyśmy. To była świetna decyzja. Gdy po raz pierwszy padła propozycja kilkudniowego wypadu na Mazury, nie wahałam się długo, tym bardziej że w Warszawie mała nie ma tylu okazji, by pobyć na dworze i pooddychać świeżym powietrzem.
W tym roku poszła po raz pierwszy do przedszkola i, jak to zwykle bywa, od razu zaczęły się choroby. Mam wrażenie, że we wrześniu częściej siedziała w domu z katarem i gorączką, niż była na zajęciach. Szkoda, bo polubiła przedszkolanki i towarzystwo innych dzieci. Podczas jednej z wizyt w przychodni pediatra zasugerował, że dobrze by było, gdyby Lenka wykorzystała ostatnie jesienne promienie słoneczne, żeby złapać trochę witaminy D. Zapytał, czy jest szansa, by choć na kilka dni zmieniła środowisko i odpoczęła od smogu, który nie wpływa korzystnie na jej mocno osłabione infekcjami drogi oddechowe. Córka zadzwoniła do mnie, gdy tylko wyszły z gabinetu, i o wszystkim mi opowiedziała. Nawet nie musiała pytać, czy zechcę pojechać na tydzień za miasto z wnuczką. Przecież wiedziałam, że rodzice Lenki wykorzystali już cały urlop latem i teraz żadne z nich nie miało szans na choćby pięć dni wolnego. Ja od kilku lat jestem już na emeryturze i wizja wyjazdu z małą bardzo mnie ucieszyła, tym bardziej że uwielbiamy spędzać ze sobą czas. W końcu jest moją jedyną wnuczką, a ja jestem babcią, która rozpieszcza ją zdecydowanie bardziej niż mama czy tata i zawsze chętnie się z nią bawi.
Mazury są na tyle blisko Warszawy, że nie trzeba jechać cały dzień, i na tyle daleko, żeby zapomnieć o wielkim mieście. Poszperaliśmy trochę w internecie i znaleźliśmy hotel nad urokliwym jeziorem. Oferował kilka pakietów i w końcu zgodnie wybraliśmy ten o nazwie "Listopadowa odnowa", bo oferta pasowała zarówno do mnie, jak i wnuczki.
Córka z zięciem odprowadzili nas na dworzec i stali na peronie, aż odjechałyśmy. Jeszcze nigdy nie rozstawali się na tak długo ze swoją pociechą. Chyba spodziewali się, że Lenka będzie płakać i wyrywać się do mamy, jednak najwyraźniej to oni bardziej przeżyli pożegnanie z dzieckiem, bo wnuczka tylko raz pomachała im przez okno, a potem przez całą drogę spokojnie kolorowała swoje książeczki. Gdy przyjechałyśmy na miejsce, zdziwiłam się, że nawet poza sezonem w hotelu jest sporo gości. Pewnie ze względu na atrakcje, jakie oferuje: animacje dla dzieci, spa i duży podgrzewany basen. Oferta jest naprawdę imponująca, dla mnie jednak najważniejsze jest co innego - największy atut tego obiektu to jego położenie. Hotel wybudowano niedaleko niewielkiego jeziora, a tuż za ogrodzeniem znajduje się gęsty las, po którym można spacerować przez cały dzień. Z naszych okien widać piękne, rozłożyste drzewa, a nad ranem i wieczorem słychać rozśpiewane ptaki. Ośrodek położony jest właściwie na pustkowiu - w najbliższej okolicy nie ma żadnych turystycznych atrakcji. Wokół panują cisza i spokój, co pewnie dla ludzi szukających nocnego, miejskiego życia jest nie do przyjęcia. My z wnuczką korzystamy z dobrej, słonecznej pogody i codziennie długo spacerujemy. Przyglądamy się sarnom, które skubią w oddali trawę na polanie, śmiejemy się, gdy jakiś spłoszony zając czmychnie nam niemal spod nóg, i nasłuchujemy odgłosów lasu. Po prostu cieszymy się kontaktem z naturą - w końcu po to tu przyjechałyśmy.
- Babciu, pójdziemy nad jezioro? - pyta Lenka i nie czekając na odpowiedź, już biegnie w tamtą stronę.
- Pewnie, tylko nie pędź tak szybko, bo babcia za tobą nie może nadążyć - odpowiadam i próbuję ją dogonić, co nie jest łatwe, bo kilka miesięcy temu miałam operację na lewe biodro i nie wróciłam jeszcze do pełnej sprawności.
- Jak nazywa się to jezioro? - pyta Lenka.
- Koralowe. Jak trochę zwolnisz, to opowiem ci o nim legendę. - Wiem, że tylko tak ją zatrzymam, bo moja wnuczka uwielbia słuchać opowieści, a ja mam ich sporo w zanadrzu.
Mała oczywiście natychmiast zwalnia, odwraca się ku mnie, po czym podchodzi z uśmiechem i bierze za rękę, a ja od razu czuję, jak zalewa mnie fala miłości do wnuczki. Lubię czuć ciepło jej paluszków zamkniętych w mojej dłoni.
- Opowiedz, babciu, opowiedz - prosi.
- Dawno, dawno temu - zaczynam - nad jeziorem znajdowała się rybacka wioska. Mieszkał w niej rybak Hubert z córką Julią. Dziewczyna była najpiękniejsza w okolicy. Niestety była również bardzo próżna i zarozumiała, a jej serce nie znało współczucia ani litości.
- Co to znaczy "próżna"? - przerywa mi Lenka. Od kilku miesięcy przechodzi fazę nieustającej ciekawości i w kółko zadaje pytania. To dobrze, bo oznacza, że się rozwija i chce poznać świat, w którym żyje, choć czasami bywa to męczące. W pociągu na Mazury co prawda tylko raz oderwała się od swoich kolorowanek i zapytała, jak właściwie zbudowany jest pociąg, czym wprowadziła mnie w konsternację. Na szczęście akurat przechodził konduktor i ze śmiechem zaczął jej opowiadać, jak działa lokomotywa. Od kiedy jednak wysiadłyśmy, bez przerwy o coś pyta. To zapewne dlatego, że znalazła się w nowym miejscu.
- To oznacza, że liczył się dla niej tylko wygląd. Uwielbiała, jak inni ją podziwiali - tłumaczę powoli.
- Aha. I co było dalej? - pyta zaciekawiona dziewczynka.
- Julia na szesnaste urodziny dostała od ojca piękne czerwone korale, których zazdrościły jej inne dziewczyny w wiosce. Dumna zakładała je niemal codziennie, ale najbardziej lubiła przeglądać się w tafli jeziora i podziwiać swoją urodę. Potrafiła to robić godzinami. Ojciec coraz bardziej niepokoił się zachowaniem córki, ale nie wiedział, jak sprawić, by zajęła się czymś innym niż patrzeniem na swoje odbicie. Prosił, żeby pomogła mu w domu, przygotowała kolację lub wypieliła ogród, ale dziewczyna w ogóle nie zwracała na to uwagi. Patrząc w wodę i zachwycając się sobą, zapominała o otaczającym ją świecie. Podczas jednej z kłótni zdenerwowany ojciec zerwał z szyi Julii korale i wrzucił je do jeziora, a zrozpaczona dziewczyna skoczyła za nimi i zniknęła pod powierzchnią.
Doszłyśmy właśnie nad brzeg, więc podniosłam mały kamyk i wrzuciłam go do wody. Kiedy wpadł z pluskiem, Lenka aż otworzyła usta ze zdumienia.
- Rybak próbował ratować córkę - ciągnęłam po chwili swoją historię - jednak jezioro zrobiło się nagle tak ciemne, że nie mógł jej znaleźć. Ludzie w wiosce mówili, że dziewczynę zabrały do siebie nimfy, a że była bardzo piękna, to uczyniły ją swoją królową. Jezioro od tamtej chwili nosi nazwę Koralowe.
Lenka milczy przez chwilę, zastanawiając się nad tym, co usłyszała. W końcu marszczy nosek i patrzy mi w oczy.
- To smutna opowieść - mówi poważnym głosem, który nie pasuje do wesołej i zwykle rozbrykanej czterolatki.
To prawda, jest smutna - mityguję się w myślach. - Może ta bajka była dla niej zbyt straszna, może nie powinnam jej opowiadać?
- Nie wszystkie historie są wesołe - odpowiadam pospiesznie, a na pocieszenie dodaję, że to tylko legenda i nawet nie wiadomo, czy jest prawdziwa.
Nie jest, dobrze o tym wiem, bo sama ją przed chwilą wymyśliłam. Zawsze miałam dar do tworzenia na poczekaniu różnych opowieści. Kiedyś, dawno temu, gdy jako młoda dziewczyna wybierałam się ze znajomymi na ognisko, często prosili mnie, żebym coś opowiedziała. Zazwyczaj chcieli strasznych, krwawych historii, pasujących do atmosfery - polany w lesie, rozgwieżdżonego nieba nad naszymi głowami i pohukiwań sowy - a ja chętnie spełniałam ich prośby. Tworzenie postaci i ich zawiłych losów, przykuwanie uwagi słuchaczy i prowadzenie ich krok po kroku prosto do wymyślonej naprędce puenty - uwielbiałam to! Zresztą przydało mi się później, kiedy na świecie pojawiły się moje dzieci i wieczorami snułam długie opowieści, żeby je ukołysać do snu, a one tak bardzo to lubiły, że ani razu nie zasnęły, nim skończyłam mówić. A teraz z mojego daru korzysta Lenka.
Mała milczy jeszcze przez kilka sekund, ale jak to zwykle bywa u dzieci, po chwili znajduje sobie inne zajęcie. Zbiera różnokolorowe kamyki i zaczyna wrzucać je do wody. Jedne lądują blisko brzegu, inne dalej. Widzę, że stara się rzucić kamień dalej niż ja, i uśmiecham się pod nosem.
- Babciu, zobacz, jak daleko poleciał! - woła, klaszcząc z radości.
- Rzeczywiście daleko - odpowiadam. - Usiądę sobie chwilę na ławeczce, ale nie odchodź nigdzie - dodaję, bo biodro zaczyna mi już porządnie dokuczać.
Lenka potakuje i schyla się po kolejny kamyk, a ja siadam z ulgą i próbuję rozmasować drętwiejącą nogę. Najwyraźniej podróż pociągiem nie pomogła, chociaż co jakiś czas starałam się przespacerować po wagonie. Ból powoli rozchodzi się po całej kończynie i w końcu dokucza tak bardzo, że aż zaciskam zęby. Nie tak planowałam ten tydzień na Mazurach. Mała jest pełna energii i to oczywiste, że narzuca swoje tempo, a ja muszę się do niego dostosować. Co prawda wieczorami, wykończona ruchem na świeżym powietrzu, szybko zasypia, ale przez cały dzień jest bardzo aktywna. Muszę znów zapisać się na rehabilitację - wzdycham w duchu, a teraz przydałby mi się porządny masaż. Może zapytam w recepcji o specjalistę? Skoro mają tu spa, nie powinno być z tym problemu. Tak, a gdy tylko wrócimy do pokoju, wezmę środki przeciwbólowe - postanawiam.
Podnoszę głowę i nagle z przerażeniem odkrywam, że nigdzie nie widzę Lenki. Serce podchodzi mi do gardła. Zapominając o bólu, zrywam się z ławki i rozglądam się dookoła. Przecież przed minutą tu była, a teraz jakby zapadła się pod ziemię! Boże, dokąd ona poszła?!
- Lenka! Gdzie jesteś? Miałaś się nie oddalać! - krzyczę.
Przez chwilę nie słyszę żadnej odpowiedzi. Robi mi się słabo. Ze zdenerwowania zaczyna mi się kręcić w głowie. Jak mogłam być tak głupia i spuścić ją z oczu?! Jesteśmy przecież nad jeziorem, a to jeszcze mała dziewczynka! Mogła się poślizgnąć i wpaść do wody. Co ze mnie za babcia, skoro nie potrafię upilnować wnuczki?! Boże, żeby tylko nic jej się nie stało! - modlę się w myślach, przerażona tym, co przed chwilą mogło się wydarzyć.
Nagle słyszę jej krzyk:
- Babciu, babciu! Chodź tutaj szybko!
Oddycham z ulgą. Nic jej nie jest! Boże, dziękuję! To się więcej nie powtórzy, obiecuję. Będę uważniejsza. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby Lence coś się stało. Jestem za nią odpowiedzialna, zwłaszcza teraz, kiedy jest daleko od rodziców. Najwyraźniej nie wystarczy powiedzieć jej, żeby nie odchodziła za daleko. Nic dziwnego, ma dopiero cztery lata i nie zdaje sobie sprawy z wielu rzeczy. Muszę jej spokojnie wytłumaczyć, że nie może się sama oddalać od babci, bo to może być niebezpieczne.
Biorę głęboki wdech, żeby się uspokoić, i w następnej sekundzie widzę czubek jej pomarańczowej czapki, wystający z gęstych zarośli i krzaków rosnących tuż przy brzegu.
- Już idę, Lenko - odpowiadam i kieruję się w jej stronę.
Stąpam powoli, starając się nie przewrócić na błotnistej, śliskiej powierzchni. Jaki człowiek na starość robi się niedołężny - myślę.
Jako młoda dziewczyna byłam bardzo sprawna. Lubiłam sport, a zwłaszcza bieganie - brałam nawet udział w szkolnych zawodach. Dziś jednak w niczym nie przypominam tamtej szybkiej i zwinnej nastolatki. I jeszcze biodro ciągle odmawia mi posłuszeństwa. Tak, to prawda, że starość się Panu Bogu nie udała.
Kiedy podchodzę bliżej, zauważam, że Lenka trzyma w ręku długi cienki patyk i dotyka nim czegoś w wodzie.
- Uważaj, kochanie, żebyś nie wpadła do jeziora - przestrzegam, a ona spogląda na mnie zaaferowana.
- Babciu, znalazłam ją! - mówi głośno i wzrokiem pokazuje mi koniec kija.
- Kogo? - pytam zdziwiona, automatycznie również podnosząc głos.
- Julię. Tę z twojej opowieści - odpowiada.
Patrzę w tamtą stronę i z przerażeniem odkrywam, że moja wnuczka dotyka patykiem jasnych, splątanych włosów. Bo tuż przy brzegu leży obnażona do piersi młoda, martwa dziewczyna.