Hotel marzeń Flanagans - sa Hellberg

Kup ebooka

19.99 zł
16.94 zł (16,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Wie­czór syl­we­strowy 1999 roku

W taki wie­czór jak ten Fla­na­gans był pełen ludzi i Fran­kie potrze­bo­wała chwili dla sie­bie, zanim o pół­nocy wznie­sie tra­dy­cyjny nowo­roczny toast. Na­dal nie mogła uwie­rzyć, że jest to teraz jej zada­nie. Jesz­cze nie­dawno śmiała się tylko z takich rze­czy, jak odpo­wie­dzial­ność i tra­dy­cja. Mię­dzy tą cho­waną pod klo­szem, roz­piesz­czaną młodą kobietą, którą była kie­dyś, a tą, którą jest dzi­siaj, zauwa­żała ogromną róż­nicę. Życie przy­nio­sło ze sobą nie­spo­dzie­waną powagę - nie­spo­dzie­waną, gdyż w prze­szło­ści wszystko krę­ciło się wokół niej.

Jak bar­dzo bra­kuje mi cza­sem poczu­cia wol­no­ści, pomy­ślała i pchnęła cięż­kie drzwi pro­wa­dzące na wewnętrzny dzie­dzi­niec. Prze­szył ją chłód. Miała na sobie jedy­nie cienką suk­nię wie­czo­rową i na ramio­nach poja­wiła się gęsia skórka. Chciała tylko zaczerp­nąć świe­żego powie­trza i wró­cić do środka, kiedy nagle... Coś poru­szyło się u stóp scho­dów i wyrwało ją z zamy­śle­nia. W ciem­no­ści pra­wie nic nie było widać.

Kiedy ze stop­nia pod­nio­sła się mała postać, Fran­kie zorien­to­wała się, że to dziecko. W środku nocy, w dodatku w syl­we­stra? Mały gość hote­lowy, który nie odna­lazł drogi powrot­nej do domu?

- Stój! - krzyk­nęła Fran­kie, gdy dziecko zaczęło biec przez dzie­dzi­niec.

Zatrzy­mało się gwał­tow­nie i odwró­ciło do Fran­kie. W bla­sku oświe­tlo­nego hotelu widziała, że jest nie­od­po­wied­nio ubrane. Naprawdę ktoś mu pozwo­lił tak wyjść na dwór? Prze­cież taka kurtka nikogo nie ogrzeje!

- Wiesz, kim jestem? - zapy­tała Fran­kie.

Żad­nej odpo­wie­dzi. Kiw­nęła głową w stronę dużego, oświe­tlo­nego budynku z cegły. Przez otwarte okno docho­dził hałas zabawy syl­we­stro­wej. W taką noc jak ta hotel eks­plo­do­wał bla­skiem i tylko na dzie­dzińcu oświe­tle­nie było sto­sun­kowo skąpe.

- Ten hotel należy do mnie - powie­działa, sta­ra­jąc się brzmieć przy­jaź­nie, by nie onie­śmie­lać dziecka. - Chcesz wejść do środka i tro­chę się ogrzać?

Zbli­żała się pół­noc, goście cze­kali, a rok 1999 zbli­żał się do 2000. To była naj­więk­sza impreza we Fla­na­gans od lat. Pew­nie Gino prze­stę­po­wał już ner­wowo z nogi na nogę, nie wie­dząc, gdzie Fran­kie się podziewa. Nie mogła jed­nak zosta­wić tego bied­nego dziecka na mro­zie.

- Jak się nazy­wasz? - zapy­tała, kiedy na­dal nie usły­szała odpo­wie­dzi.

- Mały Char­les.

Zmru­żyła oczy, by lepiej widzieć w ciem­no­ści.

- Mój pra­dzia­dek pra­co­wał we Fla­na­gans, zanim umarł. To pani jest panią Nolan? - chło­piec odwa­żył się podejść bli­żej, wsu­nął rękę do kie­szeni, po czym podał Fran­kie kopertę. - Napi­sał do pani list.

Fran­kie wzięła kopertę i bez waha­nia powie­działa:

- Jego rodzina jest moją rodziną! Mów mi Fran­kie. Mam sporo pracy w ciągu naj­bliż­szych kilku godzin, ale ty możesz tym­cza­sem posi­lić się w kuchni.

Maluch jest tak chudy, że z pew­no­ścią potrze­buje posiłku, pomy­ślała Fran­kie.

- Chodź!

Otwo­rzyła przed nim drzwi. Jeśli mały Char­les szybko się nie ogrzeje, może to się źle dla niego skoń­czyć.

Scho­wała list do torebki. Prze­czyta, kiedy będzie już miała czas. W tej chwili nie jest to moż­liwe. Chce na spo­koj­nie się dowie­dzieć, co napi­sał naj­wier­niej­szy pra­cow­nik hotelu.

Pra­co­wał dla nich wszyst­kich: dla ojca Lindy, dla Lindy, dla Eli­nor i matki Fran­kie, i wresz­cie dla Fran­kie. Jego śmierć przed kilku laty wywo­łała głę­boki smu­tek i żal. Per­so­nel Fla­na­gans nosił żałobne kwiaty, a w dniu pogrzebu pano­wał nastrój przy­gnę­bie­nia. Jeśli ktoś kie­dy­kol­wiek kochał Fla­na­gans tak bar­dzo jak Fran­kie, to wła­śnie Char­les. Teraz, gdy nagle sta­nęła twa­rzą w twarz z jego pra­wnu­kiem, który w dodatku wyda­wał się zanie­dbany, była wstrzą­śnięta. Jak do tego doszło?

Gino wściek­nie się, jeśli weź­mie pod swoje skrzy­dła kolejne dziecko - ale było jej to obo­jętne. Nikt nie będzie mówił Fran­kie Nolan, co ma robić, nawet jej mąż - a już na pewno nie wtedy, gdy cho­dzi o dziecko, a w tym przy­padku o pra­wnuka Char­lesa.

Bil­lie na pewno by to zro­zu­miała. Ale była teraz w Los Ange­les na castingu. Cho­ciaż Fran­kie bar­dzo tęsk­niła za sio­strą, wie­działa, że rola, o którą Bil­lie się ubiega, może zmie­nić jej życie. Dziś wie­czo­rem Bil­lie była na przy­ję­ciu, ale jutro odbę­dzie się spo­tka­nie u pro­du­centa fil­mo­wego - czło­wieka, który od samego początku nie wzbu­dził sym­pa­tii Fran­kie. Widziała zbyt wiele zdjęć, na któ­rych ten facet z samo­za­do­wo­le­niem uśmie­chał się do apa­ratu, obej­mu­jąc ramie­niem młodą kobietę. Ale ten film to w końcu jego pro­duk­cja i jeśli wybie­rze Bil­lie, jej kariera nabie­rze tempa.

Przed drzwiami do pomiesz­czeń kuchen­nych powie­działa do małego Char­lesa:

- Musimy zejść na dół.

Wycią­gnęła do niego rękę. Bez waha­nia ruszył za nią i wsu­nął małą, lodo­watą dłoń w dłoń Fran­kie. Co za dziwne dziecko.

Kiedy szli kory­ta­rzem, Fran­kie odpo­wia­dała uśmie­chem na uśmie­chy pra­cow­ni­ków obsługi, któ­rzy mijali ich, nio­sąc duże tale­rze. Fran­kie mocno trzy­mała małego Char­lesa za rękę, żeby nikomu nie wszedł pod nogi. Była nie­zmier­nie wdzięczna, że per­so­nel był gotowy pra­co­wać w syl­we­stra. Żaden lon­dyń­ski hotel nie mógł się rów­nać z Fla­na­gans, a to wyłącz­nie zasługa jej pra­cow­ni­ków. W głębi duszy oba­wiała się, że któ­ryś z nich może odwró­cić się od niej i przejść do kon­ku­ren­cji. Kiedy myślała o swoim per­so­nelu, serce jej rosło.

Gdy dotarli do kuchni, poło­żyła ręce na ramio­nach chłopca.

- To jest mały Char­les. Koniecz­nie musi zjeść coś cie­płego - z uśmie­chem powie­działa do Pierre'a, który był nie­kwe­stio­no­wa­nym panem kuchni.

Pierre zmie­rzył chłopca wzro­kiem od stóp do głów, jakby chciał w ten spo­sób oce­nić, jaki rodzaj poży­wie­nia jest chłopcu potrzebny.

- Spa­ghetti - zde­cy­do­wał. - Nie sądzę, by ten smyk prze­pa­dał za pasz­te­tem stras­bur­skim.

W jasnym kuchen­nym świe­tle mały Char­les wyglą­dał na sie­dem, osiem lat. Jak to moż­liwe, że wędruje sam po mie­ście? W oce­nie Fran­kie pocho­dził z dobrego śro­do­wi­ska. Poroz­ma­wia z nim póź­niej, gdy goście rozejdą się do domów, a ona prze­czyta list jego pra­dziadka.

- Mógł­byś się nim zaopie­ko­wać? - zapy­tała Pierre'a.

Spoj­rzał jej w oczy i patrzył tro­chę za długo.

- Prze­cież wiesz - powie­dział w końcu. - I...

- Tak?

- Szczę­śli­wego Nowego Roku!

Fran­kie wsłu­chi­wała się w sie­bie, by spraw­dzić, czy coś się zmie­niło w pierw­szy pora­nek nowego tysiąc­le­cia, ale wszystko wyda­wało się takie samo. Pół­noc minęła bez nie­spo­dzia­nek, a fajer­werki, które towa­rzy­szyły pierw­szym minu­tom nowego roku, odpa­lił przed hote­lem Andy i zro­bił to jak zawsze z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią i pre­cy­zją. Andy był złotą rączką we Fla­na­gans i znał się na wszyst­kim. Gdyby w noc syl­we­strową wystą­pił jakiś pro­blem, natych­miast by się nim zajął. "Gdzie jest Andy?", to było chyba naj­czę­ściej zada­wane pyta­nie w hotelu.

Kiedy Fran­kie sta­nęła na scho­dach, by wznieść tra­dy­cyjny toast, Annika, naj­bliż­sza współ­pra­cow­niczka Fran­kie, objęła ją ramie­niem, poca­ło­wała w oba policzki i wznio­sła toast szam­pa­nem.

- Nie wypi­jemy za Bil­lie? - zapy­tała.

- Oczy­wi­ście. I za moją mamę! Mia­łaby dzi­siaj uro­dziny - odpo­wie­działa Fran­kie. Stuk­nęły się kie­lisz­kami i zawo­łały naj­gło­śniej, jak tylko mogły: - Za cie­bie, Bil­lie! I za cie­bie, Emmo!

Goście roze­śmiali się i rów­nież wznie­śli swoje kie­liszki. Fran­kie wypiła łyk lemo­niady i ski­nęła głową w stronę gości. Tego syl­we­stra nikt szybko nie zapo­mni.

A mimo to sie­działa na brzegu łóżka i miała wra­że­nie, że o czymś zapo­mniała. A może po pro­stu za krótko spała? Spoj­rzała na zega­rek. Wpół do ósmej. Pół godziny wię­cej snu dobrze by jej zro­biło, ale wie­działa, że już nie zaśnie. Zesztyw­niały jej plecy, nie mówiąc o karku. Wykrzy­wiła twarz i obra­cała głową w prawo i w lewo. Przy­dałby się masaż! Ale nie teraz, może po pracy w biu­rze, jeśli któ­ryś z masa­ży­stów z hote­lo­wej strefy fit­ness będzie miał dla niej czas.

Wyszła na pal­cach z pokoju, prze­szła przez salon i uchy­liła drzwi naj­pierw jed­nej, potem dru­giej sypialni. Zarówno Gino, jak i jej brat Nick jesz­cze spali. Tak jak ostroż­nie otwo­rzyła drzwi, tak samo zamknęła je za sobą.

W dro­dze do biura zatrzy­mała się i prze­je­chała dłońmi po poma­lo­wa­nej na biało ścia­nie. Sze­roko zakro­jone prace remon­towe zakoń­czyły się rok temu. Ciemne drew­niane panele zastą­piono ścia­nami w kolo­rze kości sło­nio­wej. Wyszło tak pięk­nie, jak sobie wyobra­żała. Bar­dzo zaan­ga­żo­wała się w remont, wybrała nowe kolory dla wszyst­kich pomiesz­czeń i była nie­zwy­kle zado­wo­lona z rezul­tatu. Pokoje wypo­sa­żono w nowe meble, znik­nęły toporne tele­wi­zory, a wykła­dziny zostały jedy­nie na kory­ta­rzach i scho­dach.

Dawny klub Lindy, który ist­niał zale­d­wie od kilku lat, ser­wo­wał teraz naj­smacz­niej­sze lun­che w Lon­dy­nie i był uwiel­biany przez młode kobiety, które świa­do­mie się odży­wiały. Pierre dosko­nale pora­dził sobie z wpro­wa­dze­niem nowego trendu, na który począt­kowo krę­cił nosem. Ale gdy zaczął two­rzyć nowe menu, nara­stał w nim entu­zjazm i przy­cią­gnię­cie do restau­ra­cji osób dba­ją­cych o zdro­wie stało się dla niego wyzwa­niem. Restau­ra­cję nazwali Ogród Jabłoni, od drzew rosną­cych w małym pry­wat­nym sadzie obok hotelu. Ale szybko przy­jęła się skró­cona wer­sja - Jabłko. Pra­wie od początku zawsze mieli kom­plet gości. Przed wej­ściem czę­sto two­rzyły się dłu­gie kolejki. W chłodne dni ser­wo­wano cze­ka­ją­cym gorący bez­al­ko­ho­lowy cydr. Fran­kie nie chciała, aby jej goście mar­zli w ocze­ki­wa­niu na sto­lik.

W ciągu dzie­się­ciu lat, kiedy Fran­kie była współ­wła­ści­cielką Fla­na­gans, zmie­niła tu wię­cej niż kie­dy­kol­wiek jej mama i Eli­nor. Bil­lie, do któ­rej nale­żała druga połowa hotelu, mogła tu wró­cić w każ­dej chwili i zająć się Fla­na­gans, jeśli jej kariera fil­mowa dobie­gnie końca. Miała prze­cież trzy­dzie­ści dzie­więć lat, a to sporo, by dopiero zaist­nieć w Hol­ly­wood.

Kiedy mama i Eli­nor zapy­tały, czy chcia­łaby prze­jąć hotel i zostać wspól­niczką, Fran­kie już od lat pra­co­wała w hotelu. Ona i Annika, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Bil­lie i kole­żanka ze stu­diów w Uppsali, two­rzyły tak nie­roz­łączny duet jak kie­dyś jej matka i Eli­nor - tyle że z mniej­szymi pro­ble­mami.

Fran­kie zro­biło się cie­pło na sercu na wieść o tym, że jej rodzice znów się w sobie zako­chali. Jej mama pro­mie­niała szczę­ściem, gdy przy­jęła oświad­czyny byłego męża. A on padł przed nią na kolana w peł­nej gości restau­ra­cji Bel­le­mare w Calais. Fran­kie pamię­tała dokład­nie, co wtedy pomy­ślała: że ta miłość prze­zwy­cięży wszystko. Mimo że jej wewnętrzny cynik zawsze twier­dził, iż to czy­sty non­sens.

Ich ślub był naj­pięk­niej­szym wyda­rze­niem, jakie Fran­kie kie­dy­kol­wiek prze­żyła. Pierre był drużbą ojca, a Fran­kie druhną mamy - i wyglą­dało na to, że nastrój panu­jący w sali udzie­lił się także jej: Fran­kie i Pierre tań­czyli razem i gdyby Fran­kie posłu­chała tego, czego pra­gnie jej ciało, z pew­no­ścią robi­liby coś wię­cej, niż tylko tań­czyli, ale nie odwa­żyła się ponow­nie prze­jąć ini­cja­tywy. Pierre zbyt czę­sto dawał jej do zro­zu­mie­nia, że nie zależy mu na niej jako na part­nerce, i nie zmie­nił tego nawet fakt, że trzy­mał ją bli­sko sie­bie na par­kie­cie.

W biu­rze Fran­kie oparła się o ścianę, zamknęła oczy i wzięła głę­boki oddech. Łzy napły­nęły jej do oczu, gdy pomy­ślała o mamie, która tak bez­in­te­re­sow­nie porzu­ciła Fla­na­gans i zamiesz­kała z mężem w Calais, by razem z nim pro­wa­dzić restau­ra­cję. Kochała Fla­na­gans, ale ojciec Fran­kie był dla niej waż­niej­szy.

Restau­ra­cja. Cho­lera! Wresz­cie Fran­kie przy­po­mniała sobie, o czym zapo­mniała. Szybko otarła łzy i pospie­szyła do windy, którą zje­chała do kuchni. Cho­lera, zosta­wiła małego Char­lesa w kuchni Pierre'a! Ufała mu, ale on prze­cież nie pro­sił, by zosta­wić mu dziecko do towa­rzy­stwa, a już na pewno nie w syl­we­strową noc, kiedy miał naj­wię­cej pracy... Jak to się mogło stać? Listu też nie prze­czy­tała!

Zamiast wysiąść z windy i pójść do kuchni, naci­snęła guzik z nume­rem pię­tra, na któ­rym było jej miesz­ka­nie. Naj­pierw chciała się dowie­dzieć, co napi­sał Char­les, potem zaj­mie się dziec­kiem. Gdzie zosta­wiła torebkę, którą miała w noc syl­we­strową? Tam! Roze­rwała kopertę.

Droga Fran­kie!

Jeśli mój pra­wnuk Char­les przyj­dzie do Pani z tym listem, to zna­czy, że jego matka nie może się już nim opie­ko­wać. Pro­szę mi wie­rzyć, zro­bi­li­śmy wszystko, by wyzdro­wiała. Nie udało się nam. Mój syn już wcze­śniej się pod­dał, ale ja pró­bo­wa­łem przy­naj­mniej pomóc Char­lesowi. Kiedy jego mama nie była w sta­nie zaj­mo­wać się nim, chło­piec miesz­kał w moim domu.

Ale on jest samotny, Fran­kie, bo kiedy będzie Pani czy­tać te słowa, mnie już zabrak­nie na tym świe­cie. Char­les nie ma nikogo, do kogo mógłby się zwró­cić.

Jeśli nie będzie Pani mogła przy­jąć go do swo­jej rodziny, pomoże mu Pani zna­leźć inną rodzinę? Malec jest grzecz­nym, deli­kat­nym chłop­cem, który potrze­buje dużo miło­ści i opieki, aby nie skoń­czył tak jak jego rodzice. Nie znam nikogo innego, do kogo mógł­bym się zwró­cić z tą sprawą.

Ma Pani wiel­kie serce, które potrafi wiele znieść. Śle­dzi­łem Pani drogę przez życie, odkąd była Pani małym dziec­kiem, cier­pia­łem razem z Panią w obli­czu cięż­kich strat i myślę, że zro­zu­mie Pani samotne dziecko, jakim jest Karol. On potrze­buje kogoś u swego boku, a Pani jest osobą, do któ­rej mam naj­więk­sze zaufa­nie.

Ser­decz­nie pozdra­wiam,

Char­les

Z walą­cym ser­cem Fran­kie pobie­gła do kuchni, gdzie ostatni raz widziała chłopca, ale oczy­wi­ście nie zastała go tam. Co sobie wyobra­żała? Że będzie sie­dział na krze­śle i spał? Zaj­rzała do kuchni - Pierre'a też nie było. Minio­nej nocy pra­co­wał, więc teraz z pew­no­ścią leży w łóżku w swoim miesz­ka­niu. Nie wypada go budzić... Ale przede wszyst­kim musiała myśleć o chłopcu.

Fran­kie minęła kilku pra­cow­ni­ków, któ­rzy szy­ko­wali śnia­da­nie. Przez całą dobę wszy­scy sta­rali się zaspo­ka­jać nawet naj­bar­dziej błahe potrzeby gości hote­lo­wych, a w Nowy Rok prośby były licz­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek: częst­szy ser­wis poko­jowy, póź­niej­sze przy­cho­dze­nie na śnia­da­nie, gdzie w bufe­cie było wię­cej gorą­cych potraw niż zwy­kle. Żało­wała, że nie miała czasu, aby się zatrzy­mać i zamie­nić kilka słów ze swoim zapra­co­wa­nym per­so­ne­lem, ale naj­pierw musiała dowie­dzieć się, jak radził sobie mały Char­les. Przy­szedł pro­sić ją o pomoc, a ona zupeł­nie bez­myśl­nie poło­żyła się po przy­ję­ciu do łóżka. To chyba wiele o niej mówi.

Cicho zapu­kała do drzwi miesz­ka­nia Pierre'a. Boże, spraw, żeby nie otwo­rzyła kobieta!

- Tak?

- To ja.

Usły­szała kroki, potem drzwi się otwo­rzyły. Pierre poło­żył palec na ustach i dał ręką znak, by weszła do środka.

O pokoju Pierre'a krą­żyły legendy. Czter­dzie­ści lat wcze­śniej mama Fran­kie dzie­liła go z Eli­nor. To tutaj Seba­stian uwiódł swoim uro­kiem jej mamę i spra­wił, że zaszła w ciążę. W innym pokoju zro­bił to samo z Eli­nor i tak na świat przy­szła Bil­lie.

Teraz Pierre miesz­kał w miej­scu, gdzie wszystko się zaczęło. Pierre, któ­rego Fran­kie poznała w Calais w restau­ra­cji ojca, Bel­le­mare. Pierre, któ­rego nie­na­wi­dziła do żywego już od pierw­szego spo­tka­nia. Pierre - jedyny męż­czy­zna, który potra­fił zbić ją z tropu.

Zanim poznała Pierre'a, potra­fiła okrę­cić sobie każ­dego męż­czy­znę wokół palca, ale ile­kroć Pierre tylko na nią spoj­rzał, momen­tal­nie mil­kła, miała nie­po­ko­jąco wysoki puls i czuła tysiąc motyli w brzu­chu. Zbli­że­nie się do niego na odle­głość jed­nego metra zagra­żało jej życiu, dla­tego trzy­mała się z daleka, gdy dowie­działa się, z iloma kobie­tami się zada­wał. Była idiotką, myśląc, że cokol­wiek dla niego zna­czy. Dla Pierre'a była tylko córką wła­ści­ciela restau­ra­cji i nikim wię­cej. Jakże tęsk­niła za tym poca­łun­kiem, który w końcu otrzy­mała... nawet jeśli po tylu latach nie chciała nawet myśleć, jak bar­dzo upo­ko­rzyła się w swoim dąże­niu do niego. Flir­to­wała z nim bez­wstyd­nie i krą­żyła wokół niego jak kotka.

I w końcu dopięła swego, nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści. Ale co ten bie­dak mógł zro­bić?

Ten poca­łu­nek był zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej elek­try­zu­jącą rze­czą, jakiej kie­dy­kol­wiek doznała w swoim dwu­dzie­sto­trzy­let­nim życiu - a do tego czasu pró­bo­wała już wiele. Wciąż czuła na ple­cach jego ręce, gdy przy­ci­skał ją do sie­bie. Ale po tam­tej wie­czor­nej zmia­nie sprawy nie poto­czyły się tak, jak Fran­kie sobie wyobra­żała. Zamiast kon­ty­nu­ować to, co wcze­śniej zaczęli, objął ramie­niem Nicole - fał­szywą żmiję z dużym biu­stem, któ­rej Fran­kie nie zno­siła - i wyszedł z restau­ra­cji, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Przy­się­gła sobie, że już ni­gdy wię­cej się do niego nie zbliży. Tylko że nie potra­fiła się opa­no­wać i kiedy zna­la­zła go w maga­zy­nie, ogar­nięta nagłą pew­no­ścią sie­bie, chwy­ciła go, poca­ło­wała i zaczęła roz­pi­nać mu koszulę. Wstyd, jaki poczuła, gdy ode­pchnął jej ręce i bąk­nął: "Nie chcę", był nie do opi­sa­nia.

Przez resztę pobytu w Bel­le­mare ni­gdy wię­cej na nią nie spoj­rzał i całą swoją uwagę poświę­cał innym dziew­czy­nom z per­so­nelu. Nieco póź­niej, kiedy ojciec urzą­dził przy­ję­cie z oka­zji zarę­czyn Pierre'a z Marie, ciem­no­skórą pięk­no­ścią, która dała się lubić, Fran­kie odwró­ciła się od Fran­cji, wró­ciła do mamy i zapo­wie­działa, że chce się jak najwię­cej nauczyć o Fla­na­gans. Tak, ona i Pierre tań­czyli przy­tu­leni na weselu jej rodzi­ców, ale ni­gdy nie doszło mię­dzy nimi do więk­szego kon­taktu fizycz­nego.

Kiedy zaczął pra­co­wać jako szef kuchni we Fla­na­gans, szybko stał się popu­larny i lubiany jak wcze­śniej w Calais. Gdyby chciał, mógłby codzien­nie pozna­wać nową kobietę, bo zarę­czyny z Marie wkrótce zostały zerwane, podob­nie zresztą jak kolejne. To, że potra­fił tak bar­dzo ocza­ro­wać kobiety, było cał­kiem zro­zu­miałe, w końcu Fran­kie sama swego czasu wpa­dła w tę pułapkę. Pierre był atrak­cyjny, a w dodatku był dosko­na­łym sze­fem kuchni i miał łagodne uspo­so­bie­nie - bez niego czu­łaby się zupeł­nie zagu­biona. Teraz pozo­sta­wali dobrymi przy­ja­ciółmi... Nie myślała już o tym, że jest sek­sowny i prawdopodob­nie ogni­sty w łóżku.

O kuch­nię nie musiała się mar­twić w naj­mniej­szym stop­niu - i to było wspa­niałe, że mogła bez­gra­nicz­nie pole­gać na kimś takim jak on. Rozu­miał ją, po jed­nym spoj­rze­niu wie­dział, co się z nią dzieje. Kiedy była zdo­ło­wana, jej mąż nawet nie zwra­cał na to uwagi, nato­miast Pierre natych­miast to dostrze­gał i pytał, jak Fran­kie się czuje. Ale być może tak wła­śnie jest z dobrymi przy­ja­ciółmi płci męskiej: nie uwa­żają, że świat kręci się wokół nich.

- Szu­kasz tego mło­dego czło­wieka? - zapy­tał, wska­zu­jąc na łóżko, w któ­rym mały Char­les smacz­nie spał.

Fran­kie z ulgą zało­żyła ręce na pier­siach i gło­śno wypu­ściła powie­trze. Usia­dła na brzegu łóżka i pogła­skała chłopca po wło­sach.

- Dzię­kuję - wyszep­tała. - Na szczę­ście chciał z tobą zostać, mimo tej ohyd­nej piżamy!

Piżama z nadru­kiem kot­ków zupeł­nie nie paso­wała do męskiego Pierre'a.

- Kiedy ją kupi­łeś? - zapy­tała. - A raczej... dla­czego?

- To pre­zent - bąk­nął. - Zwy­kle śpię nago.

Jego ciemne oczy błysz­czały.

- Zawsze gotowy?

Ten pokój widział już pew­nie nie­zli­czoną liczbę gości płci żeń­skiej. Nie­trudno było sobie wyobra­zić, jak Pierre wygląda bez kawałka mate­riału na ciele - i rze­czy­wi­ście wyobra­żała to sobie wiele razy. Miał owło­sioną klatkę pier­siową, nie­zwy­kle umię­śniony brzuch jak na kucha­rza, dłu­gie nogi, dobrze wyćwi­czone górne par­tie ramion i aksa­mitną skórę. Pamię­tała to, bo kie­dyś zarzu­ciła mu ręce na szyję. Resztę wymy­śliła, obser­wu­jąc go pota­jem­nie. Skie­ro­wała wzrok na dziecko w łóżku.

Chło­piec obu­dził się. Kiedy zoba­czył Fran­kie sie­dzącą na brzegu łóżka, ode­tchnął z ulgą.

- Prze­czy­ta­łaś list? - zapy­tał. - Mogę u cie­bie zostać?

Rozdział 2

2

Bil­lie zrzu­ciła buty. Jej apar­ta­ment w luk­su­so­wym hotelu w Hol­ly­wood nie stał się ład­niej­szy, odkąd opu­ściła go kilka godzin wcze­śniej. Wes­tchnęła głę­boko i poszła do łazienki. Może to nie­spra­wie­dliwe wobec tych, któ­rzy mogli tylko marzyć o tak wytwor­nym pokoju hote­lo­wym, ale w syl­we­strową noc bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek tęsk­niła za Anglią i domem. Nie­wiele hoteli mogło kon­ku­ro­wać z Fla­na­gans. Tam cze­kało na nią jej małe kró­le­stwo, a pię­tro niżej Fran­kie - po każ­dym poby­cie w domu z coraz więk­szym tru­dem zdo­by­wała się na powrót do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ale jej kariera roz­wi­jała się w Los Ange­les i nie byłoby dobrze, gdyby w końcu nie dostała głów­nej roli. Zbyt wiele lat cze­kała na tę oka­zję. Każda kolejna przy­pa­dała kon­ku­rentce, a Bil­lie zawsze zaj­mo­wała dru­gie miej­sce. Oczy­wi­ście miała na swoim kon­cie występy fil­mowe, ale ni­gdy nie była to wyma­rzona główna rola.

Coraz czę­ściej wra­cała myślami do Lon­dynu. Gdyby obsa­dzono ją w nowym pro­jek­cie fil­mo­wym, więk­szość zdjęć krę­cono by w domu, a ona mogłaby miesz­kać we wła­snym miesz­ka­niu i spo­ty­kać się z Fran­kie i Anniką, gdy tylko mia­łaby wolne na pla­nie fil­mo­wym. Z pew­no­ścią wró­ci­liby też rodzice z Włoch, a ona cie­szyła się na myśl o ponow­nym spo­tka­niu z nimi. Zadzwo­nili do niej dzień wcze­śniej i życzyli szczę­śli­wego nowego roku. Na­dal byli tak samo bez­tro­scy i szczę­śliwi jak w poprzed­nich latach. Trudno uwie­rzyć, że mama wcale nie tęsk­niła za Fla­na­gans, a prze­cież przez tyle lat tak bar­dzo poświę­cała się dla hotelu. Dla ojca Fla­na­gans nic nie zna­czył. Cie­szył się, że może spę­dzać jak naj­wię­cej czasu z mamą Bil­lie. Jej tatuś... Kie­dyś dziki i nie­okieł­znany, teraz zado­wo­lony czło­wiek, który uci­nał sobie drzemki, pil­no­wał poziomu cho­le­ste­rolu i prze­stał pić w chwili, gdy u Eli­nor zdia­gno­zo­wano raka. Od tego czasu minęło sie­dem­na­ście lat. Bil­lie nie musiała już mar­twić się o rodzi­ców.

Zamiast tego, gdy była za gra­nicą, zwy­kle myślała o Fran­kie. Sio­stra zawsze chciała spra­wiać wra­że­nie, że pro­wa­dze­nie hotelu w poje­dynkę jest czymś wspa­nia­łym, ale to, że wiąże się z tym ciężka praca, nawet jeśli Fran­kie miała u boku Annikę, nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Fakt, że nie może sio­strze pomóc, łamał Bil­lie serce - zda­wała sobie sprawę, że to samo­lubne z jej strony, iż na pierw­szym miej­scu sta­wia karierę aktor­ską. Jed­nak pra­gnie­nie spraw­dze­nia się towa­rzy­szyło jej nie­zmien­nie od cza­sów mło­do­ści i czuła, że ni­gdy nie będzie naprawdę szczę­śliwa, dopóki nie dotrze na szczyt.

Zmie­niła się, odkąd odkryła dla sie­bie scenę. Nie była już onie­śmie­loną małą Bil­lie. Ow­szem, stała się bar­dziej pewna sie­bie, ale jeśli ma być cał­kiem szczera, wszystko pod­po­rząd­ko­wała pracy. Nie pozwa­lała sobie nawet na minutę odpo­czynku. Pod­czas gdy inni w jej wieku zakła­dali rodziny, Bil­lie zawsze sku­piała się na kolej­nej roli. Nie pozwolę już nikomu zbli­żyć się do mnie, pomy­ślała. Jakby kie­dy­kol­wiek to zro­biła... Dopiero gdy pewien męż­czy­zna powie­dział jej, jak trudno dobrze ją poznać, zdała sobie z tego sprawę. Nie zako­chi­wała się i nie oka­zy­wała zbyt wiele cie­pła tym, z któ­rymi utrzy­my­wała bli­skie sto­sunki. Zaletą takiego postę­po­wa­nia było to, że oszczę­dziła sobie zła­ma­nego serca, wadą zaś - że z takiego doświad­cze­nia mogłaby prze­cież sko­rzy­stać w swoim zawo­dzie. Ale co miała zro­bić? Uma­wiała się z męż­czy­znami, jed­nak nie potra­fiła żywić do nikogo głęb­szych uczuć. Bawiła się w ich towa­rzy­stwie, sypiała z nimi - i to wszystko.

Nie była chyba aż tak nie­po­dobna do swo­jego ojca, co skry­cie ją cie­szyło. Gdyby odpu­ściła, to zna­czy, że zre­zy­gno­wa­łaby z cią­głego myśle­nia, iż wielki suk­ces jesz­cze nie nad­szedł i może wcale nie nadej­dzie. Długi wie­czór spę­dzony z przy­ja­ciółmi pra­wie ni­gdy nie wpły­wał na jej następny dzień, nie miała kaca, zawsze dzia­łała zgod­nie z pla­nem. Pod tym wzglę­dem była podobna do mamy. Ale czy warto, skoro w rolach, które były dla niej stwo­rzone, zawsze obsa­dzano kon­ku­rentki?

Bil­lie zsu­nęła sukienkę na pod­łogę. Zmyła maki­jaż i usu­nęła sztuczne rzęsy. Prze­szedł ją dreszcz. Powinna się wyką­pać, ale był śro­dek nocy, więc wzięła tylko prysz­nic.

Była pierw­sza. Z przy­ję­cia w hotelu Bil­lie wyszła tuż po pół­nocy, kiedy inni goście cało­wali się jesz­cze i życzyli sobie szczę­śli­wego nowego roku. Ale ona musiała wcze­śnie wstać - pra­gnęła wyglą­dać na wypo­czętą i świeżą. Spo­tka­nie miała zaraz po śnia­da­niu i chciała być dobrze przy­go­to­wana.

- Nie ufam temu czło­wie­kowi za grosz - powie­działa Fran­kie przez tele­fon.

I nie bez powodu. O Juliu­sie For­sy­cie krą­żyły nie­zli­czone plotki. Mówiło się, że żądał od akto­rek dowodu wdzięcz­no­ści za rolę w fil­mie. Nie­trudno zgad­nąć, o jaki dowód wdzięcz­no­ści mu cho­dzi, pomy­ślała Bil­lie, spłu­ku­jąc prysz­ni­cem pach­nącą pianę z mydła. Mimo to posta­no­wiła pójść na spo­tka­nie i przy­rze­kła sobie, że zakoń­czy je przy naj­mniej­szej pró­bie zbli­że­nia - jeśli For­syth będzie chciał cze­goś wię­cej niż tylko poroz­ma­wiać o fil­mie. Już sam fakt, że chciał się z nią spo­tkać w pokoju hote­lo­wym w Nowy Rok, wzbu­dził jej nie­po­kój. Owi­nęła się ręcz­ni­kiem i usia­dła na toa­le­cie.

Pra­gnęła dostać tę rolę. Czuła, jakby była dla niej stwo­rzona. Jej poten­cjalny part­ner fil­mowy, Hisz­pan Luca San­chez, to pierw­szy Laty­nos, który zdo­był Oscara w zeszłym roku - peł­nia szczę­ścia. Ze swoją nie­na­ganną bry­tyj­ską angielsz­czy­zną i ciem­nym, pło­ną­cym spoj­rze­niem był po pro­stu wyjąt­kowy. Grać z nim to speł­nie­nie marzeń. Muszę zdo­być tę rolę, pomy­ślała. Po pro­stu muszę.

Noc była nie­spo­kojna. Bil­lie stłu­miła myśl, że Hol­ly­wood wystrze­lał cały swój roczny budżet, stra­sząc fajer­wer­kami wszyst­kie zwie­rzęta bez wyjątku. Miała też obawy przed spo­tka­niem z Juliu­sem For­sy­them. Może to jej ostat­nia szansa w branży, w któ­rej gładka skóra i jędrne piersi liczą się bar­dziej niż wszystko inne - ona sama skoń­czy wkrótce czter­dzie­ści lat.

Bil­lie miała nadzieję, że w hotelu obecna będzie rów­nież sekre­tarka pro­du­centa. Ale plotka gło­siła, że wolał się spo­ty­kać z aktor­kami sam na sam. Zamie­rzała przyjść ze swoją agentką Leanne, ale on nie chciał o tym sły­szeć.

Były też nie­stety sprawy, które prze­ma­wiały na korzyść For­sy­tha - jego talent do wybie­ra­nia zawsze naj­lep­szego sce­na­riu­sza i znaj­do­wa­nia ide­al­nej obsady do każ­dej roli był wyjąt­kowy. Świad­czyły o tym liczne sta­tu­etki Oscara. Bil­lie pocie­szała się, że przy­naj­mniej uprze­dzono ją o zapę­dach pro­du­centa.

Ale gdzie leży gra­nica? Jest nią spro­śny komen­tarz? A może For­syth musi ją naj­pierw dotknąć, by posu­nąć się za daleko? A jeśli będzie uprzejmy, ale położy rękę na jej nodze, to będzie jesz­cze do przy­ję­cia?

Leanne udzie­liła wymi­ja­ją­cej odpo­wie­dzi: Trudno tu cokol­wiek dora­dzić. Nie były to zbyt pomocne słowa. Taka roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna to draż­liwa sytu­acja - tym bar­dziej że Bil­lie nie wie, czy będzie musiała się bro­nić przed swoim poten­cjal­nym pra­co­dawcą. A gdyby Fran­kie popro­siła kucha­rzy, żeby roze­brali się przed roz­po­czę­ciem pracy? Tylko w branży fil­mo­wej takie rze­czy są w zwy­czaju i nikt nie widzi w tym pro­blemu. Nie przej­muj się, mawiali ludzie, jakby cho­dziło o kogoś, kto tylko zacho­wał się nie­zręcz­nie. Ale powód był jeden: ten czło­wiek zara­biał dużo pie­nię­dzy. Wię­cej niż wszy­scy inni pro­du­cenci fil­mowi razem wzięci. Inwe­sto­wa­nie w jego pro­jekty było prak­tycz­nie pozba­wione ryzyka, ponie­waż w biz­ne­sie nie znał gra­nic, a w Hol­ly­wood to pie­nią­dze nakrę­cały ludzi tak bar­dzo jak koka­ina.

Bil­lie obie­cała Fran­kie, że zadzwoni do niej przed spo­tka­niem i zaraz po nim. Jeśli tego nie zrobi, sio­stra wsią­dzie w naj­bliż­szy samo­lot do Los Ange­les. I wła­śnie z tego powodu Bil­lie miała ochotę nie zadzwo­nić.

- Dener­wu­jesz się? - zapy­tała Fran­kie.

Bil­lie stała w lobby hotelu Beverly Hills i serce pod­cho­dziło jej do gar­dła.

- Nie, bez obaw - odpo­wie­działa, by nie nie­po­koić sio­stry. - Nad wszyst­kim panuję.

- Nie oszu­kuj się - odparła Fran­kie. - Znam cię. Jesteś kłęb­kiem ner­wów.

- To po co pytasz? - ziry­to­wała się Bil­lie.

- Żeby cię roz­ru­szać i dodać ener­gii. Bądź twarda! A jak za bar­dzo się do cie­bie zbliży, ode­rwij mu kutasa. Obie­caj mi to!

- Chcia­ła­bym, żebyś tu była - powie­działa Bil­lie.

- Ja też bym chciała. Ale jest, jak jest. Która u cie­bie godzina? Musisz już iść?

- Jesz­cze nie, ale zaraz. Opo­wiedz mi o przy­ję­ciu syl­we­stro­wym we Fla­na­gans. Coś mnie omi­nęło?

- Pra­wnuk Char­lesa.

- Co? Kto? Naszego Char­lesa?!

- Tak. Mały chło­piec. Zna­la­złam go tuż przed pół­nocą na scho­dach na dzie­dzińcu.

- Żar­tu­jesz?

- Nie, sie­dział tam, jakby cze­kał do rana, aż zrobi się widno. Zabra­łam go oczy­wi­ście do środka. Zaopie­ko­wał się nim Pierre. Opieka spo­łeczna jesz­cze nic nie wie... Ale to długa histo­ria. Opo­wiem ci wszystko po spo­tka­niu.

- Biedne dziecko - powie­działa Bil­lie.

Zawsze z bólem słu­chała o dzie­ciach, dla któ­rych życie nie było zbyt łaskawe. Jej rodzice ją roz­piesz­czali, dbali o nią i byli zamożni, więc Bil­lie ni­gdy niczego nie bra­ko­wało, wręcz prze­ciw­nie - nale­żała do nie­wiel­kiego, nie­zwy­kle uprzy­wi­le­jo­wa­nego odsetka ludzi na świe­cie. Na szczę­ście w Hol­ly­wood pocho­dze­nie z wyż­szej klasy nie było ani zaletą, ani wadą, jak to działo się w Anglii. Fran­kie też miała dobrze. Bun­to­wała się, ale potem odna­la­zła drogę do sie­bie. Mimo to było jej trud­niej. Musiała się zmie­rzyć z wie­loma kon­flik­tami i ponieść straty. Ludzi, któ­rzy byli Fran­kie bli­scy, kochała miło­ścią bez­wa­run­kową, co było zro­zu­miałe tylko wtedy, gdy znało się jej histo­rię.

- Tak, nie­które dzieci muszą prze­cho­dzić przez straszne rze­czy - zgo­dziła się z nią Fran­kie.

- Dobrze, że mają cie­bie - powie­działa Bil­lie z uśmie­chem, bo jeśli jej sio­stra była w czymś dobra, to wła­śnie w opiece nad dziećmi.

- Zoba­czymy, co z tego wynik­nie - powie­dział Fran­kie. - Ale teraz nie będę cię już dłu­żej zatrzy­my­wać.

Bil­lie na kilka minut zapo­mniała o zbli­ża­ją­cym się spo­tka­niu, ale teraz spoj­rzała na zega­rek.

- Cho­lera, muszę się pospie­szyć!

- Leć już! A potem zadzwoń do mnie!

Julius For­syth był sam. Już na widok jego szla­froka Bil­lie miała złe prze­czu­cia. For­syth był wysoki, mie­rzył pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt i gdyby stał się agre­sywny, nie mia­łaby z nim szans. W apar­ta­men­cie uno­siła się lekka woń alko­holu. Pro­du­cent fil­mowy uśmiech­nął się sze­roko, odsła­nia­jąc dwa rzędy lśniąco bia­łych zębów. Każdy, kto wcze­śniej nie sły­szałby nic na jego temat, wpadłby w zachwyt. For­syth był przy­stoj­nym męż­czy­zną.

Wska­zał na kanapę i popro­sił, by usia­dła. Sam zajął miej­sce w fotelu naprze­ciwko i roz­ło­żył nogi. Bil­lie sta­rała się nie patrzeć w jego stronę. Oba­wiała się, że For­syth nie ma nic pod szla­fro­kiem. Przez chwilę roz­ma­wiali o syl­we­strze, on wspo­mi­nał o kilku zna­nych oso­bi­sto­ściach, z któ­rymi się bawił, a potem spoj­rzał jej w oczy.

- Bil­lie Lan­sing - powie­dział wolno. - Ty czy Halle Berry. Wiesz, prawda? Nie mogę obsa­dzić dwóch czar­nych kobiet w tym samym fil­mie. A obie jeste­ście cał­kiem niczego sobie pereł­kami. Pozwól, że ci się przyj­rzę - powie­dział, wykrzy­wia­jąc opa­lony palec. - Zdej­mij żakiet.

Był nie­przy­jem­nie bez­po­średni. Bil­lie potrzą­snęła głową.

- Nie, zostanę w żakie­cie - odpo­wie­działa, siląc się na sta­now­czy ton.

- To nie było pyta­nie.

- Ale to była moja odpo­wiedź.

- Taka jesteś - powie­dział, jakby ją przej­rzał. - Szu­kasz zwady. To ma być jakaś gra? - odchy­lił się do tyłu i spoj­rzał na nią pro­tek­cjo­nal­nie, po czym kon­ty­nu­ował: - Widzia­łem takie rze­czy dzie­siątki razy. Kobiety takie jak ty, które naj­pierw udają nie­śmiałe, a potem, zanim jesz­cze spo­tka­nie dobie­gnie końca, roz­kła­dają nogi. Mógł­bym się prze­spać z każdą aktorką o każ­dej porze dnia i nocy, gdy­bym nie miał nic innego do roboty - mie­rzył ją wzro­kiem, aż w końcu zatrzy­mał go na jej butach. - Małe stopy, wyso­kie obcasy. Lubię to. Dobrze o tym wie­dzia­łaś, prawda?

Jak długo była już w tym pokoju? Dzie­sięć minut? Nawet nie pró­bo­wał ukryć swo­ich inten­cji. Ten łaj­dak musiał to wszystko pla­no­wać od rana, skoro tak szybko odkrywa karty.

- Zapew­niam pana, że nie pro­wa­dzę żad­nej gry. Mie­li­śmy roz­ma­wiać o Oku Didrika. Jak pan wie, jestem zain­te­re­so­wana rolą Ellen. A sce­na­riusz jest świetny - powie­działa sta­now­czym gło­sem.

- Ty czy Berry, oto jest pyta­nie. Obie jeste­ście dobre, ale twoje nazwi­sko brzmi jakoś lepiej. Rola jest wyma­ga­jąca. Pora­dzisz sobie bez pro­blemu z roz­bie­ra­nymi sce­nami?

Bil­lie wzdry­gnęła się. Ni­gdzie w sce­na­riu­szu nie było napi­sane, że będzie musiała się roze­brać. Co For­syth miał na myśli?

- Mówimy o tym samym sce­na­riu­szu? - zapy­tała scep­tycz­nie.

- Cho­dzi ci o to, że nie ma w nim wzmianki o roz­bie­ra­nej sce­nie? Powiem tylko, że taki jest wymóg. Czarna kobieta w głów­nej roli musi poka­zać wię­cej skóry niż biała. I dobrze o tym wiesz. Chciał­bym też zoba­czyć, jak upra­wia­cie praw­dziwy seks, ale to chyba zbyt duże wyma­ga­nie. Komi­sja cen­zury fil­mo­wej wpa­dłaby w szał.

Zaśmiał się, a Bil­lie poczuła z jego ust obrzy­dliwy zapach alko­holu. Czuła się coraz bar­dziej nie­zręcz­nie. Wstać i po pro­stu wyjść? Jak postą­pi­łyby inne aktorki? Cze­ka­łyby na jego kolejny ruch czy też natych­miast opu­ściły pokój? Dla­czego jest taka nie­spo­kojna?

- Chęt­nie przyjdę na prze­słu­cha­nie - powie­działa, chcąc wró­cić do tematu.

- Wiesz, że powin­naś być wdzięczna, że w ogóle daję ci szansę. Prze­słu­cha­nie to mini­mum, aby dostać rolę.

- I jedyna rzecz, którą jestem gotowa zro­bić - odpo­wie­działa.

Naj­chęt­niej wsta­łaby i wyszła. Dla­czego tego nie zro­biła?

- Umów się ze mną na wie­czór. Chcę cię zoba­czyć w obci­słej, sek­sow­nej sukience.

Nowo­roczna impreza branży fil­mo­wej. Impreza, na którą wszy­scy chcieli być zapro­szeni. Będą tam pro­du­cenci, reży­se­rzy i sce­na­rzy­ści. Dosko­nała oka­zja do nawią­za­nia kon­tak­tów towa­rzy­skich. Ale u jego boku?

- Niech pan już prze­sta­nie - powie­działa, zaska­ku­jąc samą sie­bie tym, jak sta­now­czo zabrzmiała. - Możemy teraz poroz­ma­wiać o roli Ellen?

Odsło­nił poły szla­froka i wska­zał na swoje kro­cze.

- Dobrze... Powiedzmy, że ta rola jest twoja, jeśli... - uśmie­chał się szy­der­czo i spro­śnie. - Pod­nieca mnie, że jesteś taka nie­sforna. Boże, jestem naprawdę napa­lony. Mógł­bym... - urwał na chwilę, jakby zasta­na­wiał się, jak zaata­ko­wać Bil­lie. - Cho­lera, naprawdę mnie pod­nie­casz. Rola jest twoja, musisz tylko paść na czarne kolana i...

Pod­niósł się, zanim zdą­żyła zare­ago­wać. Nagle sta­nął tuż przed nią, wypi­na­jąc bio­dra do przodu i wysta­wia­jąc penisa w jej stronę jak broń gotową do strzału.

Reak­cja Bil­lie była cał­ko­wi­cie intu­icyjna. Jego krzyk, gdy go chwy­ciła i obró­ciła, sły­chać było chyba w całym hotelu, a zanim zdą­żył ją zła­pać, była już na kory­ta­rzu. Serce pode­szło jej do gar­dła. Pra­wie nie mogła oddy­chać.

- Jesteś skoń­czona! - krzy­czał za nią, gdy bie­gła kory­ta­rzem. - Sły­szysz? Już po tobie!

Rozdział 3

3

Pierre cały czas myślał o chłopcu.

- Biedne dziecko - powie­dział pod nosem, wcho­dząc do chłodni i prze­glą­da­jąc półki, na które lada moment miał tra­fić świeży towar. Samo­chód dostaw­czy był już w dro­dze i Pierre musiał zro­bić miej­sce. Prze­sta­wiał arty­kuły spo­żyw­cze, prze­su­wał i porząd­ko­wał, ale myślami cały czas wra­cał dziecka. Mały Char­les był bar­dzo głodny i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dziecko było chude jak szczapa. Z pew­no­ścią nie dosta­wał w domu wystar­cza­jąco dużo jedze­nia. Grzecz­nie podzię­ko­wał za jedze­nie, a kiedy Fran­kie nie wró­ciła, Pierre zabrał chłopca do sie­bie, by mógł się prze­spać. Char­les był szczę­śliwy. Nie wyglą­dało na to, by tęsk­nił za rodzi­cami. To było w sumie dziwne. I smutne.

Może powi­nien zapy­tać chłopca o numer tele­fonu do rodzi­ców, zanim mały zasnął? Chyba tak. Dopil­no­wał jed­nak, by wyszo­ro­wał się pod prysz­ni­cem. Potem poszedł do pralni i zapy­tał o pozo­sta­wione w hotelu ubra­nia dla dzieci. Takim spo­so­bem udało mu się skom­ple­to­wać gar­de­robę chłopca od stóp do głów.

Gdy wró­cił do pokoju, chło­piec leżał na koł­drze owi­nięty mokrym ręcz­ni­kiem. Pierre odło­żył nowe ubra­nia i pod­szedł do łóżka, by przy­kryć go grubą puchową koł­drą. Chło­piec szczę­kał zębami, pod­czas gdy Pierre osu­szał ręcz­ni­kiem jego dłu­gie włosy. Łóżko było na tyle sze­ro­kie, że mogli wygod­nie leżeć obok sie­bie na waleta, gdy nad­szedł czas, by także Pierre poszedł spać.

Zda­wał sobie sprawę, że Fran­kie nie pojawi się aż do następ­nego ranka. W taką noc jak ta miała zbyt wiele na gło­wie, a on nie miał ochoty jej szu­kać. Ow­szem, miło było spo­tkać się z gośćmi, ale nie w syl­we­stra, kiedy więk­szość z nich była pobu­dzona i nie chciała prze­stać mówić. Pierre cie­szył się, że może pomóc. Dotrzy­mał obiet­nicy danej Ale­xan­drowi, ojcu Fran­kie, i nie chciał jej zła­mać. Pierre miał oto­czyć dziew­czynę uwagą.

A mimo to zda­rzało się, że dopro­wa­dzała go do obłędu. Jej zie­lone błysz­czące oczy roz­pa­lały w nim emo­cje - tak jak wtedy w restau­ra­cji w Calais, gdy zawsze się kłó­cili i jed­no­cze­śnie cią­gnęło ich do sie­bie nawza­jem. Wtedy igrał z ogniem i teraz znów przy­po­mniał sobie, jak trudno było mu się wtedy opa­no­wać.

Po roz­po­czę­ciu pracy we Fla­na­gans nie potrze­bo­wał zbyt dużo czasu, by zdać sobie sprawę, że na­dal jest dla niego atrak­cyjna, mimo że ich pierw­sze spo­tka­nie miało miej­sce wiele lat temu. Ileż to razy musiał się opie­rać, by nie wsu­nąć rąk w jej dłu­gie włosy, by nie przy­cią­gnąć jej do sie­bie i nie uci­szyć gniewu poca­łun­kiem? Jako doro­sła kobieta była tak samo uwo­dzi­ciel­ska jak kie­dyś, a jej dzi­kie spoj­rze­nie tak samo odu­rza­jące. Mija­jący czas nie zmie­nił tego, kim była. Pierre dosko­nale wie­dział, kto kryje się za tą wypo­le­ro­waną fasadą. Cza­sami wda­wał się z Fran­kie w kłót­nię, by się upew­nić, że ta namiętna dziew­czyna, która nie potra­fiła zdła­wić w sobie zło­ści, na­dal ist­nieje.

Ale wtedy, w Calais... Spro­wo­ko­wała go, wyzwała na poje­dy­nek jego ego, a on na to pozwo­lił. Wpadł w pułapkę i poca­ło­wał ją. Ten jeden raz wystar­czył, aby uświa­do­mić sobie, że coś takiego już ni­gdy nie może się powtó­rzyć. To zła­ma­łoby jego młode serce. Przez lata miał wiele dziew­czyn, ale żadna z nich nie ocza­ro­wała go tak jak Fran­kie.

Nie musiał nawet sły­szeć stu­kotu jej wyso­kich obca­sów na kory­ta­rzu, by wie­dzieć, że idzie. Na długo zanim dotarł do niego zapach zna­jo­mych aksa­mit­nych per­fum, wyczu­wał jej obec­ność, a kiedy otwie­rała drzwi do kuchni, ni­gdy nie był zasko­czony. Czę­sto zasta­na­wiał się, czy Fran­kie wie, że jej spoj­rze­nie mówi mu wię­cej niż słowa. Może przy­wią­zy­wał do tych spoj­rzeń więk­szą wagę, niż powi­nien?

Nie miał odwagi o to zapy­tać, bo w mię­dzy­cza­sie zaprzy­jaź­nili się i zostali dobrymi przy­ja­ciółmi. Czę­sto spo­ty­kali się na lun­chu i śmiali z tych samych rze­czy. Nie dało się ukryć, że była mię­dzy nimi che­mia, ale jed­no­cze­śnie było to uczu­cie natu­ralne i nie­kło­po­tliwe. Ona dogry­zała mu z powodu jego roman­sów, a on - z powodu wyboru męża. Ni­gdy jed­nak nie wda­wali się w szcze­góły doty­czące ich życia uczu­cio­wego i ero­tycz­nego, zresztą nie było takiej potrzeby, poza tym mieli waż­niej­sze sprawy do omó­wie­nia.

Czy odważy się do niej zbli­żyć, kiedy w końcu pośle Gina do dia­bła? W oczach Pierre'a mąż Fran­kie był nik­czemną pijawką. Pierre nie znał odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Ale i tak nie miało to zna­cze­nia, bo Fran­kie była mężatką, a Pierre nie sły­szał, by w naj­bliż­szym cza­sie cokol­wiek miało się zmie­nić w tej kwe­stii.

Fran­kie ni­gdy nie mówi źle o swoim mężu, ale Pierre nie jest ślepy. Włoch wyraź­nie żył ponad stan. Z tego, co Pierre wie­dział, Fran­kie utrzy­my­wała Gina, a kiedy ten przy­cho­dził do kuchni ze swo­imi dziw­nymi pyta­niami o menu, któ­rych Pierre nie rozu­miał, miał ochotę go wyrzu­cić. Ni­gdy tego nie zro­bił i wyma­gał też od swo­ich pra­cow­ni­ków, aby trak­to­wali Gina z sza­cun­kiem, ale w głębi duszy życzył sobie, by mąż Fran­kie pośli­zgnął się i skrę­cił kark na gołej pod­ło­dze w kuchni.

Nie powinna za niego wycho­dzić. Ale kim był Pierre, by to osą­dzać? Poza tym Fran­kie Nolan ni­gdy nikogo nie słu­chała. Zawsze szła wła­sną drogą. Pierre wie­dział, jak wiele ten czło­wiek dla niej zna­czy. Wie­lo­krot­nie pod­kre­ślała, że bar­dzo ceni jego lojal­ność i przy­jaźń, że jest ważny dla hotelu oraz jako­ści kuchni i uspo­kaja ją, gdy może prze­ka­zać mu część odpo­wie­dzial­no­ści...

Naj­le­piej będzie, jeśli zapo­mni o uczu­ciach, które skry­cie żywi do Fran­kie, bo grożą one zdu­sze­niem w zarodku tego, co aktu­al­nie rodziło się mię­dzy Penny a nim. Pew­nego wie­czoru w kuchni Fla­na­gans zatań­czyła dla niego uwo­dzi­ciel­sko, eks­po­nu­jąc swoje krą­gło­ści, i od tego czasu ich rela­cje ule­gły zmia­nie, coraz czę­ściej zauwa­żał, jak bar­dzo bra­kuje mu Penny, gdy miała wolne. Penny była zupeł­nie innym typem kobiety. Ona też była ambitna, ale nie miała takiej nie­złom­nej dumy jak Fran­kie, która ni­gdy się nie pod­da­wała. Obco­wa­nie z Penny było łatwe i nie­uciąż­liwe. Widok Penny nie przy­spie­szał wpraw­dzie bicia jego serca - ale czy to aż tak ważne?

Pierre zer­k­nął na duży zegar w kuchni. Wkrótce zjawi się per­so­nel - pew­nie na kacu i w złym humo­rze. Ni­gdy by tego nie zaak­cep­to­wał, gdyby nie Nowy Rok. Naj­waż­niej­sze, że rów­nież dzi­siaj będą w hotelu ser­wo­wać jedze­nie. Miał nadzieję, że Penny przyj­dzie przed roz­po­czę­ciem zmiany.

Kilka godzin póź­niej praca w kuchni szła pełną parą. Obsługa prze­ka­zy­wała zamó­wie­nia, a przy­stawki, dania główne i desery nie­prze­rwa­nie opusz­czały kuch­nię. Penny była świet­nie zor­ga­ni­zo­wana, szybko reago­wała i pra­co­wała z Pierre'em tak, jakby od lat sta­no­wili zgrany zespół.

- Jesteś ide­ałem, Penny - powie­dział z uzna­niem.

- To dobrze, bo pew­nego dnia chcę prze­jąć twoją pracę - odpo­wie­działa. - Ale do tego czasu będziesz moim naj­lep­szym nauczy­cie­lem.

Penny była ambitna. Kuch­nie restau­ra­cyjne wciąż sta­no­wiły domenę męż­czyzn, ale zanim Pierre dostał pracę we Fla­na­gans, w kuchni sze­fo­wała kobieta. Penny ma wszel­kie pre­dys­po­zy­cje, by szybko się piąć po szcze­blach kariery, jeśli tylko zechce. W tym hotelu zawsze sta­wiano na kobiety.

- Nie ma zbyt wielu nauczy­cieli, któ­rych można poca­ło­wać - wyszep­tała, upew­niw­szy się, że nikt nie słu­cha.

- Masz rację. Ale nie ma żad­nych zasad, które by tego zabra­niały - odparł szep­tem.

- Roz­ma­wia­łeś o tym z Fran­kie?

Skrzy­wił się lekko i miał nadzieję, że Penny niczego nie zauwa­żyła.

- Ni­gdy nie było tu z tym pro­blemu. Adele, była sze­fowa kuchni, wyszła za mąż za jed­nego z kucha­rzy i mają teraz trójkę dzieci.

- Mał­żeń­stwo i dzieci - roz­ma­rzyła się Penny. - "Fla­na­gans" to brzmi naprawdę obie­cu­jąco.

Pierre uda­wał, że nie wie, o co jej cho­dzi. W naj­mniej­szym stop­niu nie był zain­te­re­so­wany mał­żeń­stwem. Miał czter­dzie­ści trzy lata i gdyby chciał zało­żyć rodzinę, zro­biłby to w młod­szym wieku. Lubił dzieci i wyda­wało się, że one także go lubią, ale zde­cy­do­wał, że nie zamie­rza mieć wła­snych. Oby Penny mimo to na­dal chciała się z nim spo­ty­kać! Nie jest jed­nak pierw­szą sym­pa­tią, która pró­buje namó­wić go do mał­żeń­stwa. Ale po trzy­krot­nych zarę­czy­nach zro­bił się już ostrożny.

Penny wyrwała go z zadumy.

- O czym myślisz?

Było jesz­cze za wcze­śnie, by powie­dzieć jej prawdę. Ich zwią­zek dopiero się wyklu­wał.

Zamiast tego odparł:

- Sze­fowa nad­cho­dzi.

Miał wra­że­nie, że Fran­kie lada chwila otwo­rzy drzwi.

- Nie wiem, jak to moż­liwe, że za każ­dym razem to wyczu­wasz - powie­działa Penny, po czym popra­wiła cze­pek i wygła­dziła far­tuch. - Tro­chę to prze­ra­ża­jące.

- Intu­icja. Pra­cu­jemy razem od lat. Ma ostrzej­szy język niż inni, ale wraż­liwe wnę­trze.

Znał jej dobre strony, które teraz coraz czę­ściej się ujaw­niały. Fran­kie była już doro­sła. Jest jesz­cze bar­dziej atrak­cyjna, pomy­ślał, gdy otwo­rzyły się waha­dłowe drzwi i weszła Fran­kie z małym Char­le­sem u boku. Wbrew wła­snej woli Pierre zare­ago­wał tak, jak ni­gdy nie reago­wał na widok Penny. Przy nowej part­nerce czuł się szczę­śliwy, ale to Fran­kie coś w nim roz­bu­dzała. Coś głęb­szego, czego jesz­cze nie rozu­miał, a co mogłoby go zra­nić, gdyby nie zacho­wał ostroż­no­ści.

- Mały Char­les ma ci coś do powie­dze­nia, Pierre - powie­działa Fran­kie, błą­dząc wzro­kiem po garn­kach w kuchni. Wdy­chała sma­ko­wite zapa­chy, trzy­ma­jąc ręce na ramio­nach dziecka.

Pierre ucie­szył się na widok chłopca.

- Witaj, miło cię znowu widzieć.

Ubra­nie paso­wało na niego ide­al­nie, wyglą­dał naprawdę schlud­nie.

- Cześć. Chcia­łem tylko podzię­ko­wać za jedze­nie... I za to, że mogłem u pana zostać na noc - powie­dział nie­śmiało mały Char­les.

- Było faj­nie - odpo­wie­dział Pierre. - Nie­czę­sto się zda­rza, że dzieci odwie­dzają mnie w kuchni.

- Chęt­nie tu wrócę - odparł szybko chło­piec.

- Bar­dzo pro­szę. Jesteś tu mile widziany.

Pierre mówił poważ­nie. Polu­bił tego malca i chciałby zro­bić dla niego coś wię­cej. Bo gdzie Char­les miał pójść? Co go cze­kało?

- No cóż, to już wszystko - powie­działa Fran­kie. - Penny?

- Tak? - odpo­wie­działa nie­śmiało, jakby oba­wia­jąc się tego, co miało nastą­pić.

- Może już pani ode­tchnąć - powie­działa Fran­kie i uśmiech­nęła się do młod­szej kobiety. - Doszły do mnie infor­ma­cje, że ma pani wielki talent. Nie musi się więc pani niczego oba­wiać z mojej strony.

Fran­kie posta­no­wiła nie zabie­rać małego Char­lesa do miesz­ka­nia, na wypa­dek gdyby był tam Gino. Zamiast tego w salo­nie, gdzie pito her­batę, zamó­wiła mu wszystko, na co miał ape­tyt. Zjadł, zamknął oczy i zro­bił minę, jakby był w siód­mym nie­bie. W obu rękach trzy­mał sma­ko­łyk i jeden w ustach, jakby się bał, że obsługa zabie­rze mu talerz, zanim skoń­czy jeść.

Tym­cza­sem Fran­kie przy­glą­dała mu się w zamy­śle­niu. Trudno powie­dzieć, czy mały Char­les pamięta pra­dziadka, bo odkąd Fran­kie znała Char­lesa seniora, był pomarsz­czony i zgar­biony. Pra­co­wał aż do śmierci. Ostat­nio już nie na cały etat, tylko od czasu do czasu. I ni­gdy nie ocze­ki­wał innego trak­to­wa­nia ze względu na swój wiek. Jak zawsze nosił torby podróżne i opie­ko­wał się gośćmi w foyer. Fran­kie trudno było zro­zu­mieć, że komuś z rodziny sta­rego Char­lesa źle się wie­dzie. Nikt nie dbał o rodzinę bar­dziej niż Char­les i jego żona.

Fran­kie wie­działa jed­nak, jak szybko wszystko może się zmie­nić i jak łatwo wpaść w nie­od­po­wied­nie towa­rzy­stwo. Nar­ko­tyki można zdo­być nie­mal jak piwo w pubie. Tak się stało z rodzi­cami chłopca? Jej samej coś takiego się przy­tra­fiło. Wymknęła się rodzi­com spod kon­troli. Byli wtedy zbyt zajęci sobą. A od hucz­nej imprezy do przedaw­ko­wa­nia i hospi­ta­li­za­cji krótka droga.

Co widzieli goście, kiedy patrzyli na Fran­kie? Pew­nie mamę, która pije her­batę ze swoim synem. Dzięki Pierre'owi mały Char­les był schlud­nie ubrany i czy­sty. Dłu­gie krę­cone włosy się­gały mu do ramion. Wyglą­dał tak słodko jak ciastka, które wszy­scy jedli.

- Gdzie tak wła­ści­wie miesz­kasz? - zapy­tała Fran­kie.

To nie było prze­słu­cha­nie - Fran­kie chciała jedy­nie, by chło­piec się odprę­żył. Mimo to w jej gło­wie kłę­biły się pyta­nia, na które potrze­bo­wała odpo­wie­dzi.

- W miesz­ka­niu... Ale tam nie jest zbyt cie­pło - odpo­wie­dział. - Mama cza­sami zapo­mina zapła­cić rachunki i wtedy wszystko nam wyłą­czają. Ty też tak robisz?

Odwró­cił głowę i rozej­rzał się, jakby chciał spraw­dzić, czy wszyst­kie świa­tła są włą­czone.

- Nie, pod tym wzglę­dem jestem inna.

- Jesteś bar­dzo bogata?

Wypił łyk soku. Machał nogami, sie­dząc na roko­ko­wej sofie, i patrzył na wielki żyran­dol na sufi­cie.

- Nie wiem - powie­działa Fran­kie.

- W takim razie jesteś - zde­cy­do­wał. - Jeśli czło­wiek nie jest bogaty, to wie, że jest biedny. Moja mama nie jest bogata.

- Nie sądzisz, że za tobą tęskni? - zapy­tała Fran­kie z waha­niem.

Zamiast odpo­wie­dzieć, zapy­tał:

- Mogę u cie­bie zostać?

Co miała odpo­wie­dzieć? Nie może lek­ko­myśl­nie skła­dać obiet­nic.

- Wiesz - powie­działa po chwili - musisz mieć naprawdę dobre warunki... i dla­tego musimy naj­pierw poroz­ma­wiać z ludźmi, któ­rzy dobrze wie­dzą, jak zaj­mo­wać się dziećmi. Ci ludzie pomogą nam zna­leźć dla cie­bie naj­lep­szą rodzinę.

- Wy jeste­ście naj­lep­szą rodziną - powie­dział i patrzył na nią wytrwale.

Char­les senior mógł mu powie­dzieć tylko dobre rze­czy o mnie i Fla­na­gans, pomy­ślała, ponie­waż ten mały chło­piec zacho­wy­wał się tak, jakby byli sta­rymi przy­ja­ciółmi. Ufał jej, mimo że spo­tkał pierw­szy raz w życiu. A to mogło ozna­czać tylko tyle, że Char­les opo­wie­dział mu o Fran­kie, hotelu i rodzi­nach, do któ­rych nale­żał Fla­na­gans.

- Dużo czasu spę­dza­łeś z pra­dziad­kiem? - zapy­tała.

- Spo­ty­ka­łem się z nim tylko wtedy, gdy mama była naćpana. Wtedy dzwo­ni­łem do niego, żeby po mnie przy­je­chał - wes­tchnął. - Powie­dział mi, że można skoń­czyć z nar­ko­ty­kami, bo ty też prze­sta­łaś je brać. Już nie bie­rzesz, prawda, Fran­kie?

Wyglą­dał na nie­opi­sa­nie smut­nego. Char­les sta­no­wił opokę dla swo­jego pra­wnuka, gdy jego matka nie mogła się nim opie­ko­wać. Strata pra­dziadka była dla chłopca dotkliwa. Fran­kie poczuła ukłu­cie w sercu. Ona rów­nież opła­ki­wała przy­ja­ciela z daw­nych lat, ale ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, żeby zapy­tać, jak się miewa jego rodzina i czy potrze­buje od niej pomocy. Zaj­mo­wała się tylko wła­snym smut­kiem.

Potrzą­snęła głową.

- Nie, nie biorę już nar­ko­ty­ków - odparła i pogła­skała go po ciem­nych wło­sach. - Zoba­czysz, twoja mama też prze­sta­nie.

Nie wie­działa, co jesz­cze może powie­dzieć ani jak pocie­szyć małego Char­lesa.

Spoj­rzał na nią scep­tycz­nie.

- Nie sądzę. Uważa, że to naj­lep­sza rzecz w jej życiu.

- Co?

- Nar­ko­tyki.

Fran­kie nie sądziła, by matka chłopca ujęła to dokład­nie w ten spo­sób. Żaden rodzic nie powie­działby cze­goś takiego swo­jemu dziecku. Ale sam fakt, że Char­les tak to zro­zu­miał, był już wystar­cza­jąco prze­ra­ża­jący... Dość doj­rzałe zacho­wa­nie jak na tak małego chłopca.

Mały Char­les patrzył na Fran­kie dużymi, ciem­nymi oczami i mocno trzy­mał ją za rękę. Wła­śnie przy­je­chały Alice i Viola z opieki spo­łecz­nej. Cała czwórka sie­działa teraz w gabi­ne­cie Fran­kie. Obie kobiety piły her­batę, a Fran­kie kawę. Mały Char­les nie chciał jeść ani pić. Był zde­ner­wo­wany i nie spusz­czał wzroku z Fran­kie, jakby oba­wiał się, że może wstać i odejść.

Fran­kie prze­ka­zała im list Char­lesa. Viola prze­czy­tała go, pod­czas gdy Alice pro­wa­dziła kur­tu­azyjną roz­mowę o hotelu i wyjąt­kowo mroź­nej zimie. Zapy­tała, jak czę­sto trzeba czy­ścić żyran­dole, które widziała w dro­dze do gabi­netu. Potem wodziła wzro­kiem po por­tre­tach poprzed­ni­ków Fran­kie i stwier­dziła, że roz­po­znaje Lindę Lan­sing, ale innych nie.

W Nowy Rok pra­cow­nice opieki spo­łecz­nej miały zapewne dyżur. Mały Char­les nie był z pew­no­ścią jedy­nym dziec­kiem, które potrze­bo­wało pomocy w święta. Fran­kie uznała, że dobrze by było, gdyby panie szybko prze­szły do rze­czy, bo zaczy­nało jej się udzie­lać zde­ner­wo­wa­nie chłopca.

Czy zosta­nie umiesz­czony w domu dziecka, czy też ma innych krew­nych, któ­rzy mogliby się nim zaopie­ko­wać? Z pew­no­ścią ktoś musiał zauwa­żyć, że był zanie­dby­wany. Nie znała oczy­wi­ście całej histo­rii, to była sprawa dla urzęd­ni­ków, ale mały Char­les powie­dział, że nie wie, kim jest jego ojciec, i że jego matka zażywa nar­ko­tyki. W sumie było bar­dzo mało praw­do­po­dobne, że chło­piec wróci do domu.

- Char­les, powiedz mi, jak się masz? - zachę­cała go Viola, odda­jąc list Fran­kie. - Fran­kie i Alice wyjdą na chwilę, żeby­śmy mogli spo­koj­nie poroz­ma­wiać.

- Nie - odpo­wie­dział sta­now­czo. - Fran­kie zostaje tutaj.

Jesz­cze moc­niej ści­snął jej dłoń.

- Obie­cuję ci, że będzie cze­kała tuż za drzwiami.

Fran­kie sta­rała się zacho­wać spo­kój, ale pew­nie ema­no­wała takim samym zde­ner­wo­wa­niem jak chło­piec. Zawie­dzie go, jeśli teraz wyj­dzie?

Naj­spo­koj­niej, jak potra­fiła, powie­działa:

- Usiądę naprze­ciwko drzwi. Widzia­łeś, że jest tam kanapa, prawda? Nie ruszę się z miej­sca, dopóki nie wyj­dziesz. Viola jest miła, chce tylko z tobą poroz­ma­wiać.

Deli­kat­nie uwol­niła swoją dłoń z jego uści­sku. Mały Char­les spu­ścił wzrok i wpa­try­wał się w swoje kolana. Jego pod­bró­dek drżał, a on sam wyda­wał się coraz mniej­szy w fotelu. Fran­kie bła­gała Violę wzro­kiem, by mogła zostać, ale kobieta led­wie dostrze­gal­nie potrzą­snęła głową i spoj­rzała w stronę drzwi. Fran­kie wstała z cięż­kim ser­cem. Nie miała nic do powie­dze­nia w tej spra­wie. Zna­la­zła dziecko przed swoim hote­lem, to wszystko.

- Co z nim będzie? - zapy­tała, kiedy sie­działa z Alice przed gabi­ne­tem.

- Przede wszyst­kim musimy spró­bo­wać odna­leźć jego rodzi­ców lub innych krew­nych. Według poli­cji nie ma donie­sie­nia o zagi­nię­ciu osoby. Ozna­cza to, że coś jest nie tak. Jeśli nikt z rodziny nie może lub nie chce się nim zająć, musimy zna­leźć dla niego dom. Ist­nieją pro­ce­dury usta­no­wione przez wła­dze dla takich przy­pad­ków. To już czwarty raz, kiedy Viola i ja musimy zaj­mo­wać się dziec­kiem, które ucie­kło z domu w nowo­roczny week­end.

- Nie wiem, czy uciekł - powie­działa Fran­kie. - Wczo­raj wie­czo­rem sie­dział na scho­dach i patrzył w niebo. Jego pra­dzia­dek był cenio­nym pra­cow­ni­kiem Fla­na­gans przez pra­wie osiem­dzie­siąt lat. Co mogę zro­bić? Naprawdę chcia­ła­bym pomóc.

Alice zasta­no­wiła się przez chwilę, po czym powie­działa poważ­nie:

- Chło­piec potrze­buje przy­ja­ciela, kogoś, kto go nie zawie­dzie. Myślę, że wiele prze­szedł.

Mały Char­les nie zaszczy­cił Fran­kie spoj­rze­niem, gdy wyszedł z Violą na kory­tarz.

- Idziemy - powie­działa Viola, a Alice natych­miast wstała.

- Zabie­rają panie chłopca? - zapy­tała Fran­kie drżą­cym gło­sem.

Viola poło­żyła rękę na ramie­niu małego Char­lesa.

- Zosta­nie umiesz­czony w dobrym domu dziecka, a my tym­cza­sem posta­ramy się odna­leźć jego rodzi­ców.

Fran­kie pokle­pała małego Char­lesa po gło­wie, a on wzdry­gnął się, jakby go ude­rzyła.

- Pra­dzia­dek powie­dział, że mi pomo­żesz.

W oczach chłopca był tak bez­gra­niczny smu­tek, że Fran­kie wystra­szyła się.

- Dzię­kuję, że zajęła się pani nim wczo­raj wie­czo­rem - powie­działa Viola. - Teraz my się nim zaj­miemy.

Fran­kie nie zdą­żyła nawet wyja­śnić, że to Pierre opie­ko­wał się Char­le­sem, bo kobiety odwró­ciły się i ruszyły w stronę scho­dów.

W poło­wie scho­dów mały Char­les jesz­cze raz się odwró­cił.

- Fran­kie, dla­czego nie mogę tu zostać? Obie­cuję, że będę grzeczny. Obie­cuję. Pro­szę, Fran­kie.

Pod powie­kami pie­kły ją łzy wstydu i bez­rad­no­ści. Zra­niła chłopca i nie mogła tego znieść. Nie powinna zosta­wiać go samego z kobietą z pomocy spo­łecz­nej. Prze­cież to ją pro­sił o pomoc! Był jesz­cze taki mały - jak mogła pozwo­lić, by kobiety go zabrały? Kiedy nie odpo­wie­działa, spu­ścił głowę i zszedł po ostat­nich stop­niach scho­dów. Łka­jąc, patrzyła, jak idzie przez hol i zmie­rza do wyj­ścia.

Rozdział 4

4

1990

- Mamma mia!

Fran­kie spie­szyła się i gdy jakiś męż­czy­zna zagro­dził jej drogę, wpa­dła w złość. Pod­nio­sła oku­lary prze­ciw­sło­neczne na czoło i spoj­rzała w parę roz­ba­wio­nych ciem­no­brą­zo­wych oczu.

- Jesteś naj­pięk­niej­szą kobietą, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łem!

Pew­nie Włoch, pomy­ślała. Wszystko na to wska­zy­wało: zie­lona kurtka, którą w Anglii nosiło się zwy­kle tylko w stajni, wypra­so­wane, obci­słe dżinsy i wypo­le­ro­wane buty.

- Jak masz na imię? - kon­ty­nu­ował, bez skrę­po­wa­nia mie­rząc ją wzro­kiem od stóp do głów.

- Prze­pra­szam, ale spie­szę się.

Z powro­tem zało­żyła oku­lary prze­ciw­sło­neczne, skie­ro­wała się w stronę przej­ścia dla pie­szych i pospiesz­nie prze­szła przez jezd­nię, zanim świa­tło zmie­niło się na czer­wone.

Po chwili męż­czy­zna znów poja­wił się przed nią.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię ura­zić kom­ple­men­tem. Dasz się zapro­sić na her­batę, piwo lub kie­li­szek wina? Pój­dziesz ze mną do kina, na kola­cję lub na seks? Jesteś modelką?

- Zjeż­dżaj!

Zła­pał ją za ramię.

- Dla­czego tak się wście­kasz?

- Zostaw mnie w spo­koju! - krzyk­nęła i uwol­niła się od niego.

- Co robisz, Anto­nio? - zawo­łał ktoś za nimi i Fran­kie odwró­ciła się. - Prze­pra­szam, mój przy­ja­ciel naj­wy­raź­niej nie potrafi się zacho­wać.

Męż­czy­zna odcią­gnął Anto­nia na bok.

- Dzięki.

Fran­kie chciała jak naj­szyb­ciej pójść dalej. Idioci... przy­naj­mniej jeden z nich.

W pubie było tłoczno i gło­śno, więc musiała klu­czyć mię­dzy ludźmi, żeby dojść do baru.

- Fran­kie, tutaj! - Bil­lie już do niej machała. Sie­działa z piwem przy barze, zajęła też sto­łek dla Fran­kie. - Wyglą­dasz na zestre­so­waną - zauwa­żyła, gdy Fran­kie usia­dła. - Popro­szę sok poma­rań­czowy! - zwró­ciła się do bar­mana, wska­zała na sio­strę.

- Co za dzień!

Fran­kie wzięła głę­boki oddech i czuła, jak napię­cie z niej scho­dzi, gdy wresz­cie sie­działa naprze­ciwko Bil­lie.

- Opo­wia­daj!

- Czy Eli­nor z tobą roz­ma­wiała?

- O czym? Że pod­pi­sa­ły­ście dzi­siaj doku­menty? To wspa­niale, że przej­mu­jesz hotel od mamy i Emmy - powie­działa Bil­lie i uśmie­chała się zachę­ca­jąco, jakby chciała zapew­nić Fran­kie, że wszystko będzie dobrze. - Odkąd Emma prze­nio­sła się do Ale­xan­dra do Calais i tak sama się wszyst­kim zaj­mu­jesz.

- Może byłam w hotelu czę­ściej niż nasze mamy, ale nie pod­ję­łam żad­nej decy­zji, któ­rej bym wcze­śniej z nimi nie skon­sul­to­wała.

Fran­kie upiła dwa duże łyki soku. To było dokład­nie to, czego teraz potrze­bo­wała. Pro­wa­dze­nie Fla­na­gans sta­no­wiło ogromne wyzwa­nie i rzadko miała czas i ochotę na spo­tka­nie z Bil­lie w pubie. Na szczę­ście Bil­lie już nie­długo będzie współ­wła­ści­cielką hotelu, jeśli zgod­nie z obiet­nicą pod­pi­sze umowę. Czy tego chciały, czy nie, Fran­kie i ona będą musiały wspól­nie podej­mo­wać decy­zje.

- Od tej pory nasza dewiza brzmi: ty i ja - dodała Fran­kie, na wypa­dek gdyby Bil­lie zapo­mniała, że ona też dostała kawa­łek tortu.

- Tak, jasne, ty i ja. Ale ty tu rzą­dzisz. Moje udziały są w kom­pe­tent­nych rękach, taka była umowa i musisz się jej trzy­mać. Nie mogę pro­wa­dzić hotelu i być jed­no­cze­śnie gwiazdą fil­mową.

Fran­kie nie miała nic prze­ciwko, by jej sio­stra uga­niała się za rolami fil­mo­wymi, dopóki będzie mogła z nią oma­wiać swoje pomy­sły i wąt­pli­wo­ści, jak to się działo do tej pory. Poza tym Fran­kie może liczyć na pomoc Anniki, która była co naj­mniej tak samo dobrze poin­for­mo­wana jak ona sama.

- Cześć - powie­dział męski głos za nimi. Obie kobiety odwró­ciły się. - Miło cię znowu widzieć. Chcę jesz­cze raz prze­pro­sić za złe zacho­wa­nie mojego przy­ja­ciela - męż­czy­zna pod­niósł dwa palce w stronę bar­mana. - Potrafi być tro­chę natar­czywy.

Fran­kie wzru­szyła ramio­nami.

- Nie ma sprawy. Mimo to cie­szę się, że się pan poja­wił. W prze­ciw­nym razie dała­bym mu w twarz.

- Z pew­no­ścią na to zasłu­żył.

Uśmiech­nął się sze­roko, poka­zu­jąc przy tym lśniąco białe zęby, i wziął od bar­mana piwa.

- Zaraz, czy ja coś prze­ga­pi­łam? - zapy­tała Bil­lie i uśmiech­nęła się cza­ru­jąco do męż­czy­zny. - Bil­lie - przed­sta­wiła się i wycią­gnęła do niego rękę. - A pan nazywa się...?

- Gino. Miło mi cię poznać.

Fran­kie patrzyła, jak nagie, sze­ro­kie plecy i jędrne pośladki Gina zni­kają w łazience. Popra­wiła poduszki pod ple­cami. Jest naprawdę dobry, pomy­ślała. Od czasu do czasu potrze­bo­wała seksu, a on znał się na tym. Dobry seks jest korzystny zarówno dla ciała, jak i dla umy­słu. Spo­ra­dyczne przy­gody na jedną noc to wpraw­dzie też jakaś odmiana, ale im Fran­kie była star­sza, tym rza­dziej zda­rzały jej się takie przy­gody. Nie miała czasu ani ochoty na poważny zwią­zek, a wielu męż­czyzn, któ­rych spo­ty­kała, myślało o mał­żeń­stwie. Fran­kie jesz­cze do tego nie doj­rzała i być może ni­gdy nie doj­rzeje. Ile­kroć poja­wiał się temat obrą­czek, zawsze cho­dziło o zobo­wią­za­nia spo­łeczne, roz­wagę i kom­pro­misy, a to nie były mocne strony Fran­kie - wręcz prze­ciw­nie. Z tego też powodu chciała sama pro­wa­dzić Fla­na­gans, bo choć ta myśl ją onie­śmie­lała, wyzwa­nie paso­wało do jej odwagi. Mama na­dal będzie dla niej wiel­kim wspar­ciem, nawet jeśli w pełni poświęci się ojcu i restau­ra­cji w Calais.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki