Rozdział 1
1
Wieczór sylwestrowy 1999 roku
W taki wieczór jak ten Flanagans był pełen ludzi i Frankie potrzebowała
chwili dla siebie, zanim o północy wzniesie tradycyjny noworoczny toast.
Nadal nie mogła uwierzyć, że jest to teraz jej zadanie. Jeszcze niedawno
śmiała się tylko z takich rzeczy, jak odpowiedzialność i tradycja.
Między tą chowaną pod kloszem, rozpieszczaną młodą kobietą, którą była
kiedyś, a tą, którą jest dzisiaj, zauważała ogromną różnicę. Życie
przyniosło ze sobą niespodziewaną powagę - niespodziewaną, gdyż w przeszłości wszystko kręciło się wokół niej.
Jak bardzo brakuje mi czasem poczucia wolności, pomyślała i pchnęła
ciężkie drzwi prowadzące na wewnętrzny dziedziniec. Przeszył ją chłód.
Miała na sobie jedynie cienką suknię wieczorową i na ramionach pojawiła
się gęsia skórka. Chciała tylko zaczerpnąć świeżego powietrza i wrócić
do środka, kiedy nagle... Coś poruszyło się u stóp schodów i wyrwało ją z zamyślenia. W ciemności prawie nic nie było widać.
Kiedy ze stopnia podniosła się mała postać, Frankie zorientowała się, że
to dziecko. W środku nocy, w dodatku w sylwestra? Mały gość hotelowy,
który nie odnalazł drogi powrotnej do domu?
- Stój! - krzyknęła Frankie, gdy dziecko zaczęło biec przez dziedziniec.
Zatrzymało się gwałtownie i odwróciło do Frankie. W blasku oświetlonego
hotelu widziała, że jest nieodpowiednio ubrane. Naprawdę ktoś mu
pozwolił tak wyjść na dwór? Przecież taka kurtka nikogo nie ogrzeje!
- Wiesz, kim jestem? - zapytała Frankie.
Żadnej odpowiedzi. Kiwnęła głową w stronę dużego, oświetlonego budynku z cegły. Przez otwarte okno dochodził hałas zabawy sylwestrowej. W taką
noc jak ta hotel eksplodował blaskiem i tylko na dziedzińcu oświetlenie
było stosunkowo skąpe.
- Ten hotel należy do mnie - powiedziała, starając się brzmieć
przyjaźnie, by nie onieśmielać dziecka. - Chcesz wejść do środka i trochę się ogrzać?
Zbliżała się północ, goście czekali, a rok 1999 zbliżał się do 2000. To
była największa impreza we Flanagans od lat. Pewnie Gino przestępował
już nerwowo z nogi na nogę, nie wiedząc, gdzie Frankie się podziewa. Nie
mogła jednak zostawić tego biednego dziecka na mrozie.
- Jak się nazywasz? - zapytała, kiedy nadal nie usłyszała odpowiedzi.
- Mały Charles.
Zmrużyła oczy, by lepiej widzieć w ciemności.
- Mój pradziadek pracował we Flanagans, zanim umarł. To pani jest panią
Nolan? - chłopiec odważył się podejść bliżej, wsunął rękę do kieszeni,
po czym podał Frankie kopertę. - Napisał do pani list.
Frankie wzięła kopertę i bez wahania powiedziała:
- Jego rodzina jest moją rodziną! Mów mi Frankie. Mam sporo pracy w ciągu najbliższych kilku godzin, ale ty możesz tymczasem posilić się w kuchni.
Maluch jest tak chudy, że z pewnością potrzebuje posiłku, pomyślała
Frankie.
- Chodź!
Otworzyła przed nim drzwi. Jeśli mały Charles szybko się nie ogrzeje,
może to się źle dla niego skończyć.
Schowała list do torebki. Przeczyta, kiedy będzie już miała czas. W tej
chwili nie jest to możliwe. Chce na spokojnie się dowiedzieć, co napisał
najwierniejszy pracownik hotelu.
Pracował dla nich wszystkich: dla ojca Lindy, dla Lindy, dla Elinor i matki Frankie, i wreszcie dla Frankie. Jego śmierć przed kilku laty
wywołała głęboki smutek i żal. Personel Flanagans nosił żałobne kwiaty,
a w dniu pogrzebu panował nastrój przygnębienia. Jeśli ktoś kiedykolwiek
kochał Flanagans tak bardzo jak Frankie, to właśnie Charles. Teraz, gdy
nagle stanęła twarzą w twarz z jego prawnukiem, który w dodatku wydawał
się zaniedbany, była wstrząśnięta. Jak do tego doszło?
Gino wścieknie się, jeśli weźmie pod swoje skrzydła kolejne dziecko -
ale było jej to obojętne. Nikt nie będzie mówił Frankie Nolan, co ma
robić, nawet jej mąż - a już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o dziecko, a w tym przypadku o prawnuka Charlesa.
Billie na pewno by to zrozumiała. Ale była teraz w Los Angeles na
castingu. Chociaż Frankie bardzo tęskniła za siostrą, wiedziała, że
rola, o którą Billie się ubiega, może zmienić jej życie. Dziś wieczorem
Billie była na przyjęciu, ale jutro odbędzie się spotkanie u producenta
filmowego - człowieka, który od samego początku nie wzbudził sympatii
Frankie. Widziała zbyt wiele zdjęć, na których ten facet z samozadowoleniem uśmiechał się do aparatu, obejmując ramieniem młodą
kobietę. Ale ten film to w końcu jego produkcja i jeśli wybierze Billie,
jej kariera nabierze tempa.
Przed drzwiami do pomieszczeń kuchennych powiedziała do małego Charlesa:
- Musimy zejść na dół.
Wyciągnęła do niego rękę. Bez wahania ruszył za nią i wsunął małą,
lodowatą dłoń w dłoń Frankie. Co za dziwne dziecko.
Kiedy szli korytarzem, Frankie odpowiadała uśmiechem na uśmiechy
pracowników obsługi, którzy mijali ich, niosąc duże talerze. Frankie
mocno trzymała małego Charlesa za rękę, żeby nikomu nie wszedł pod nogi.
Była niezmiernie wdzięczna, że personel był gotowy pracować w sylwestra.
Żaden londyński hotel nie mógł się równać z Flanagans, a to wyłącznie
zasługa jej pracowników. W głębi duszy obawiała się, że któryś z nich
może odwrócić się od niej i przejść do konkurencji. Kiedy myślała o swoim personelu, serce jej rosło.
Gdy dotarli do kuchni, położyła ręce na ramionach chłopca.
- To jest mały Charles. Koniecznie musi zjeść coś ciepłego - z uśmiechem
powiedziała do Pierre'a, który był niekwestionowanym panem kuchni.
Pierre zmierzył chłopca wzrokiem od stóp do głów, jakby chciał w ten
sposób ocenić, jaki rodzaj pożywienia jest chłopcu potrzebny.
- Spaghetti - zdecydował. - Nie sądzę, by ten smyk przepadał za
pasztetem strasburskim.
W jasnym kuchennym świetle mały Charles wyglądał na siedem, osiem lat.
Jak to możliwe, że wędruje sam po mieście? W ocenie Frankie pochodził z dobrego środowiska. Porozmawia z nim później, gdy goście rozejdą się do
domów, a ona przeczyta list jego pradziadka.
- Mógłbyś się nim zaopiekować? - zapytała Pierre'a.
Spojrzał jej w oczy i patrzył trochę za długo.
- Przecież wiesz - powiedział w końcu. - I...
- Tak?
- Szczęśliwego Nowego Roku!
Frankie wsłuchiwała się w siebie, by sprawdzić, czy coś się zmieniło w pierwszy poranek nowego tysiąclecia, ale wszystko wydawało się takie
samo. Północ minęła bez niespodzianek, a fajerwerki, które towarzyszyły
pierwszym minutom nowego roku, odpalił przed hotelem Andy i zrobił to
jak zawsze z największą starannością i precyzją. Andy był złotą rączką
we Flanagans i znał się na wszystkim. Gdyby w noc sylwestrową wystąpił
jakiś problem, natychmiast by się nim zajął. "Gdzie jest Andy?", to było
chyba najczęściej zadawane pytanie w hotelu.
Kiedy Frankie stanęła na schodach, by wznieść tradycyjny toast, Annika,
najbliższa współpracowniczka Frankie, objęła ją ramieniem, pocałowała w oba policzki i wzniosła toast szampanem.
- Nie wypijemy za Billie? - zapytała.
- Oczywiście. I za moją mamę! Miałaby dzisiaj urodziny - odpowiedziała
Frankie. Stuknęły się kieliszkami i zawołały najgłośniej, jak tylko
mogły: - Za ciebie, Billie! I za ciebie, Emmo!
Goście roześmiali się i również wznieśli swoje kieliszki. Frankie wypiła
łyk lemoniady i skinęła głową w stronę gości. Tego sylwestra nikt szybko
nie zapomni.
A mimo to siedziała na brzegu łóżka i miała wrażenie, że o czymś
zapomniała. A może po prostu za krótko spała? Spojrzała na zegarek. Wpół
do ósmej. Pół godziny więcej snu dobrze by jej zrobiło, ale wiedziała,
że już nie zaśnie. Zesztywniały jej plecy, nie mówiąc o karku.
Wykrzywiła twarz i obracała głową w prawo i w lewo. Przydałby się masaż!
Ale nie teraz, może po pracy w biurze, jeśli któryś z masażystów z hotelowej strefy fitness będzie miał dla niej czas.
Wyszła na palcach z pokoju, przeszła przez salon i uchyliła drzwi
najpierw jednej, potem drugiej sypialni. Zarówno Gino, jak i jej brat
Nick jeszcze spali. Tak jak ostrożnie otworzyła drzwi, tak samo zamknęła
je za sobą.
W drodze do biura zatrzymała się i przejechała dłońmi po pomalowanej na
biało ścianie. Szeroko zakrojone prace remontowe zakończyły się rok
temu. Ciemne drewniane panele zastąpiono ścianami w kolorze kości
słoniowej. Wyszło tak pięknie, jak sobie wyobrażała. Bardzo zaangażowała
się w remont, wybrała nowe kolory dla wszystkich pomieszczeń i była
niezwykle zadowolona z rezultatu. Pokoje wyposażono w nowe meble,
zniknęły toporne telewizory, a wykładziny zostały jedynie na korytarzach
i schodach.
Dawny klub Lindy, który istniał zaledwie od kilku lat, serwował teraz
najsmaczniejsze lunche w Londynie i był uwielbiany przez młode kobiety,
które świadomie się odżywiały. Pierre doskonale poradził sobie z wprowadzeniem nowego trendu, na który początkowo kręcił nosem. Ale gdy
zaczął tworzyć nowe menu, narastał w nim entuzjazm i przyciągnięcie do
restauracji osób dbających o zdrowie stało się dla niego wyzwaniem.
Restaurację nazwali Ogród Jabłoni, od drzew rosnących w małym prywatnym
sadzie obok hotelu. Ale szybko przyjęła się skrócona wersja - Jabłko.
Prawie od początku zawsze mieli komplet gości. Przed wejściem często
tworzyły się długie kolejki. W chłodne dni serwowano czekającym gorący
bezalkoholowy cydr. Frankie nie chciała, aby jej goście marzli w oczekiwaniu na stolik.
W ciągu dziesięciu lat, kiedy Frankie była współwłaścicielką Flanagans,
zmieniła tu więcej niż kiedykolwiek jej mama i Elinor. Billie, do której
należała druga połowa hotelu, mogła tu wrócić w każdej chwili i zająć
się Flanagans, jeśli jej kariera filmowa dobiegnie końca. Miała przecież
trzydzieści dziewięć lat, a to sporo, by dopiero zaistnieć w Hollywood.
Kiedy mama i Elinor zapytały, czy chciałaby przejąć hotel i zostać
wspólniczką, Frankie już od lat pracowała w hotelu. Ona i Annika,
najlepsza przyjaciółka Billie i koleżanka ze studiów w Uppsali, tworzyły
tak nierozłączny duet jak kiedyś jej matka i Elinor - tyle że z mniejszymi problemami.
Frankie zrobiło się ciepło na sercu na wieść o tym, że jej rodzice znów
się w sobie zakochali. Jej mama promieniała szczęściem, gdy przyjęła
oświadczyny byłego męża. A on padł przed nią na kolana w pełnej gości
restauracji Bellemare w Calais. Frankie pamiętała dokładnie, co wtedy
pomyślała: że ta miłość przezwycięży wszystko. Mimo że jej wewnętrzny
cynik zawsze twierdził, iż to czysty nonsens.
Ich ślub był najpiękniejszym wydarzeniem, jakie Frankie kiedykolwiek
przeżyła. Pierre był drużbą ojca, a Frankie druhną mamy - i wyglądało na
to, że nastrój panujący w sali udzielił się także jej: Frankie i Pierre
tańczyli razem i gdyby Frankie posłuchała tego, czego pragnie jej ciało,
z pewnością robiliby coś więcej, niż tylko tańczyli, ale nie odważyła
się ponownie przejąć inicjatywy. Pierre zbyt często dawał jej do
zrozumienia, że nie zależy mu na niej jako na partnerce, i nie zmienił
tego nawet fakt, że trzymał ją blisko siebie na parkiecie.
W biurze Frankie oparła się o ścianę, zamknęła oczy i wzięła głęboki
oddech. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy pomyślała o mamie, która tak
bezinteresownie porzuciła Flanagans i zamieszkała z mężem w Calais, by
razem z nim prowadzić restaurację. Kochała Flanagans, ale ojciec Frankie
był dla niej ważniejszy.
Restauracja. Cholera! Wreszcie Frankie przypomniała sobie, o czym
zapomniała. Szybko otarła łzy i pospieszyła do windy, którą zjechała do
kuchni. Cholera, zostawiła małego Charlesa w kuchni Pierre'a! Ufała mu,
ale on przecież nie prosił, by zostawić mu dziecko do towarzystwa, a już
na pewno nie w sylwestrową noc, kiedy miał najwięcej pracy... Jak to się
mogło stać? Listu też nie przeczytała!
Zamiast wysiąść z windy i pójść do kuchni, nacisnęła guzik z numerem
piętra, na którym było jej mieszkanie. Najpierw chciała się dowiedzieć,
co napisał Charles, potem zajmie się dzieckiem. Gdzie zostawiła torebkę,
którą miała w noc sylwestrową? Tam! Rozerwała kopertę.
Droga Frankie!
Jeśli mój prawnuk Charles przyjdzie do Pani z tym listem, to znaczy, że jego matka nie może się już nim opiekować. Proszę mi wierzyć, zrobiliśmy wszystko, by wyzdrowiała. Nie udało się nam. Mój syn już wcześniej się poddał, ale ja próbowałem przynajmniej pomóc Charlesowi. Kiedy jego mama nie była w stanie zajmować się nim, chłopiec mieszkał w moim domu.
Ale on jest samotny, Frankie, bo kiedy będzie Pani czytać te słowa, mnie już zabraknie na tym świecie. Charles nie ma nikogo, do kogo mógłby się zwrócić.
Jeśli nie będzie Pani mogła przyjąć go do swojej rodziny, pomoże mu Pani znaleźć inną rodzinę? Malec jest grzecznym, delikatnym chłopcem, który potrzebuje dużo miłości i opieki, aby nie skończył tak jak jego rodzice. Nie znam nikogo innego, do kogo mógłbym się zwrócić z tą sprawą.
Ma Pani wielkie serce, które potrafi wiele znieść. Śledziłem Pani drogę przez życie, odkąd była Pani małym dzieckiem, cierpiałem razem z Panią w obliczu ciężkich strat i myślę, że zrozumie Pani samotne dziecko, jakim jest Karol. On potrzebuje kogoś u swego boku, a Pani jest osobą, do której mam największe zaufanie.
Serdecznie pozdrawiam,
Charles
Z walącym sercem Frankie pobiegła do kuchni, gdzie ostatni raz widziała
chłopca, ale oczywiście nie zastała go tam. Co sobie wyobrażała? Że
będzie siedział na krześle i spał? Zajrzała do kuchni - Pierre'a też nie
było. Minionej nocy pracował, więc teraz z pewnością leży w łóżku w swoim mieszkaniu. Nie wypada go budzić... Ale przede wszystkim musiała
myśleć o chłopcu.
Frankie minęła kilku pracowników, którzy szykowali śniadanie. Przez całą
dobę wszyscy starali się zaspokajać nawet najbardziej błahe potrzeby
gości hotelowych, a w Nowy Rok prośby były liczniejsze niż kiedykolwiek:
częstszy serwis pokojowy, późniejsze przychodzenie na śniadanie, gdzie w bufecie było więcej gorących potraw niż zwykle. Żałowała, że nie miała
czasu, aby się zatrzymać i zamienić kilka słów ze swoim zapracowanym
personelem, ale najpierw musiała dowiedzieć się, jak radził sobie mały
Charles. Przyszedł prosić ją o pomoc, a ona zupełnie bezmyślnie położyła
się po przyjęciu do łóżka. To chyba wiele o niej mówi.
Cicho zapukała do drzwi mieszkania Pierre'a. Boże, spraw, żeby nie
otworzyła kobieta!
- Tak?
- To ja.
Usłyszała kroki, potem drzwi się otworzyły. Pierre położył palec na
ustach i dał ręką znak, by weszła do środka.
O pokoju Pierre'a krążyły legendy. Czterdzieści lat wcześniej mama
Frankie dzieliła go z Elinor. To tutaj Sebastian uwiódł swoim urokiem
jej mamę i sprawił, że zaszła w ciążę. W innym pokoju zrobił to samo z Elinor i tak na świat przyszła Billie.
Teraz Pierre mieszkał w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Pierre,
którego Frankie poznała w Calais w restauracji ojca, Bellemare. Pierre,
którego nienawidziła do żywego już od pierwszego spotkania. Pierre -
jedyny mężczyzna, który potrafił zbić ją z tropu.
Zanim poznała Pierre'a, potrafiła okręcić sobie każdego mężczyznę wokół
palca, ale ilekroć Pierre tylko na nią spojrzał, momentalnie milkła,
miała niepokojąco wysoki puls i czuła tysiąc motyli w brzuchu. Zbliżenie
się do niego na odległość jednego metra zagrażało jej życiu, dlatego
trzymała się z daleka, gdy dowiedziała się, z iloma kobietami się
zadawał. Była idiotką, myśląc, że cokolwiek dla niego znaczy. Dla
Pierre'a była tylko córką właściciela restauracji i nikim więcej. Jakże
tęskniła za tym pocałunkiem, który w końcu otrzymała... nawet jeśli po
tylu latach nie chciała nawet myśleć, jak bardzo upokorzyła się w swoim
dążeniu do niego. Flirtowała z nim bezwstydnie i krążyła wokół niego jak
kotka.
I w końcu dopięła swego, nie ma co do tego wątpliwości. Ale co ten
biedak mógł zrobić?
Ten pocałunek był zdecydowanie najbardziej elektryzującą rzeczą, jakiej
kiedykolwiek doznała w swoim dwudziestotrzyletnim życiu - a do tego
czasu próbowała już wiele. Wciąż czuła na plecach jego ręce, gdy
przyciskał ją do siebie. Ale po tamtej wieczornej zmianie sprawy nie
potoczyły się tak, jak Frankie sobie wyobrażała. Zamiast kontynuować to,
co wcześniej zaczęli, objął ramieniem Nicole - fałszywą żmiję z dużym
biustem, której Frankie nie znosiła - i wyszedł z restauracji, nie
oglądając się za siebie. Przysięgła sobie, że już nigdy więcej się do
niego nie zbliży. Tylko że nie potrafiła się opanować i kiedy znalazła
go w magazynie, ogarnięta nagłą pewnością siebie, chwyciła go,
pocałowała i zaczęła rozpinać mu koszulę. Wstyd, jaki poczuła, gdy
odepchnął jej ręce i bąknął: "Nie chcę", był nie do opisania.
Przez resztę pobytu w Bellemare nigdy więcej na nią nie spojrzał i całą
swoją uwagę poświęcał innym dziewczynom z personelu. Nieco później,
kiedy ojciec urządził przyjęcie z okazji zaręczyn Pierre'a z Marie,
ciemnoskórą pięknością, która dała się lubić, Frankie odwróciła się od
Francji, wróciła do mamy i zapowiedziała, że chce się jak najwięcej
nauczyć o Flanagans. Tak, ona i Pierre tańczyli przytuleni na weselu jej
rodziców, ale nigdy nie doszło między nimi do większego kontaktu
fizycznego.
Kiedy zaczął pracować jako szef kuchni we Flanagans, szybko stał się
popularny i lubiany jak wcześniej w Calais. Gdyby chciał, mógłby
codziennie poznawać nową kobietę, bo zaręczyny z Marie wkrótce zostały
zerwane, podobnie zresztą jak kolejne. To, że potrafił tak bardzo
oczarować kobiety, było całkiem zrozumiałe, w końcu Frankie sama swego
czasu wpadła w tę pułapkę. Pierre był atrakcyjny, a w dodatku był
doskonałym szefem kuchni i miał łagodne usposobienie - bez niego czułaby
się zupełnie zagubiona. Teraz pozostawali dobrymi przyjaciółmi... Nie
myślała już o tym, że jest seksowny i prawdopodobnie ognisty w łóżku.
O kuchnię nie musiała się martwić w najmniejszym stopniu - i to było
wspaniałe, że mogła bezgranicznie polegać na kimś takim jak on. Rozumiał
ją, po jednym spojrzeniu wiedział, co się z nią dzieje. Kiedy była
zdołowana, jej mąż nawet nie zwracał na to uwagi, natomiast Pierre
natychmiast to dostrzegał i pytał, jak Frankie się czuje. Ale być może
tak właśnie jest z dobrymi przyjaciółmi płci męskiej: nie uważają, że
świat kręci się wokół nich.
- Szukasz tego młodego człowieka? - zapytał, wskazując na łóżko, w którym mały Charles smacznie spał.
Frankie z ulgą założyła ręce na piersiach i głośno wypuściła powietrze.
Usiadła na brzegu łóżka i pogłaskała chłopca po włosach.
- Dziękuję - wyszeptała. - Na szczęście chciał z tobą zostać, mimo tej
ohydnej piżamy!
Piżama z nadrukiem kotków zupełnie nie pasowała do męskiego Pierre'a.
- Kiedy ją kupiłeś? - zapytała. - A raczej... dlaczego?
- To prezent - bąknął. - Zwykle śpię nago.
Jego ciemne oczy błyszczały.
- Zawsze gotowy?
Ten pokój widział już pewnie niezliczoną liczbę gości płci żeńskiej.
Nietrudno było sobie wyobrazić, jak Pierre wygląda bez kawałka materiału
na ciele - i rzeczywiście wyobrażała to sobie wiele razy. Miał owłosioną
klatkę piersiową, niezwykle umięśniony brzuch jak na kucharza, długie
nogi, dobrze wyćwiczone górne partie ramion i aksamitną skórę. Pamiętała
to, bo kiedyś zarzuciła mu ręce na szyję. Resztę wymyśliła, obserwując
go potajemnie. Skierowała wzrok na dziecko w łóżku.
Chłopiec obudził się. Kiedy zobaczył Frankie siedzącą na brzegu łóżka,
odetchnął z ulgą.
- Przeczytałaś list? - zapytał. - Mogę u ciebie zostać?
Rozdział 2
2
Billie zrzuciła buty. Jej apartament w luksusowym hotelu w Hollywood nie
stał się ładniejszy, odkąd opuściła go kilka godzin wcześniej.
Westchnęła głęboko i poszła do łazienki. Może to niesprawiedliwe wobec
tych, którzy mogli tylko marzyć o tak wytwornym pokoju hotelowym, ale w sylwestrową noc bardziej niż kiedykolwiek tęskniła za Anglią i domem.
Niewiele hoteli mogło konkurować z Flanagans. Tam czekało na nią jej
małe królestwo, a piętro niżej Frankie - po każdym pobycie w domu z coraz większym trudem zdobywała się na powrót do Stanów Zjednoczonych.
Ale jej kariera rozwijała się w Los Angeles i nie byłoby dobrze, gdyby w końcu nie dostała głównej roli. Zbyt wiele lat czekała na tę okazję.
Każda kolejna przypadała konkurentce, a Billie zawsze zajmowała drugie
miejsce. Oczywiście miała na swoim koncie występy filmowe, ale nigdy nie
była to wymarzona główna rola.
Coraz częściej wracała myślami do Londynu. Gdyby obsadzono ją w nowym
projekcie filmowym, większość zdjęć kręcono by w domu, a ona mogłaby
mieszkać we własnym mieszkaniu i spotykać się z Frankie i Anniką, gdy
tylko miałaby wolne na planie filmowym. Z pewnością wróciliby też
rodzice z Włoch, a ona cieszyła się na myśl o ponownym spotkaniu z nimi.
Zadzwonili do niej dzień wcześniej i życzyli szczęśliwego nowego roku.
Nadal byli tak samo beztroscy i szczęśliwi jak w poprzednich latach.
Trudno uwierzyć, że mama wcale nie tęskniła za Flanagans, a przecież
przez tyle lat tak bardzo poświęcała się dla hotelu. Dla ojca Flanagans
nic nie znaczył. Cieszył się, że może spędzać jak najwięcej czasu z mamą
Billie. Jej tatuś... Kiedyś dziki i nieokiełznany, teraz zadowolony
człowiek, który ucinał sobie drzemki, pilnował poziomu cholesterolu i przestał pić w chwili, gdy u Elinor zdiagnozowano raka. Od tego czasu
minęło siedemnaście lat. Billie nie musiała już martwić się o rodziców.
Zamiast tego, gdy była za granicą, zwykle myślała o Frankie. Siostra
zawsze chciała sprawiać wrażenie, że prowadzenie hotelu w pojedynkę jest
czymś wspaniałym, ale to, że wiąże się z tym ciężka praca, nawet jeśli
Frankie miała u boku Annikę, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Fakt,
że nie może siostrze pomóc, łamał Billie serce - zdawała sobie sprawę,
że to samolubne z jej strony, iż na pierwszym miejscu stawia karierę
aktorską. Jednak pragnienie sprawdzenia się towarzyszyło jej niezmiennie
od czasów młodości i czuła, że nigdy nie będzie naprawdę szczęśliwa,
dopóki nie dotrze na szczyt.
Zmieniła się, odkąd odkryła dla siebie scenę. Nie była już onieśmieloną
małą Billie. Owszem, stała się bardziej pewna siebie, ale jeśli ma być
całkiem szczera, wszystko podporządkowała pracy. Nie pozwalała sobie
nawet na minutę odpoczynku. Podczas gdy inni w jej wieku zakładali
rodziny, Billie zawsze skupiała się na kolejnej roli. Nie pozwolę już
nikomu zbliżyć się do mnie, pomyślała. Jakby kiedykolwiek to zrobiła...
Dopiero gdy pewien mężczyzna powiedział jej, jak trudno dobrze ją
poznać, zdała sobie z tego sprawę. Nie zakochiwała się i nie okazywała
zbyt wiele ciepła tym, z którymi utrzymywała bliskie stosunki. Zaletą
takiego postępowania było to, że oszczędziła sobie złamanego serca, wadą
zaś - że z takiego doświadczenia mogłaby przecież skorzystać w swoim
zawodzie. Ale co miała zrobić? Umawiała się z mężczyznami, jednak nie
potrafiła żywić do nikogo głębszych uczuć. Bawiła się w ich
towarzystwie, sypiała z nimi - i to wszystko.
Nie była chyba aż tak niepodobna do swojego ojca, co skrycie ją
cieszyło. Gdyby odpuściła, to znaczy, że zrezygnowałaby z ciągłego
myślenia, iż wielki sukces jeszcze nie nadszedł i może wcale nie
nadejdzie. Długi wieczór spędzony z przyjaciółmi prawie nigdy nie
wpływał na jej następny dzień, nie miała kaca, zawsze działała zgodnie z planem. Pod tym względem była podobna do mamy. Ale czy warto, skoro w rolach, które były dla niej stworzone, zawsze obsadzano konkurentki?
Billie zsunęła sukienkę na podłogę. Zmyła makijaż i usunęła sztuczne
rzęsy. Przeszedł ją dreszcz. Powinna się wykąpać, ale był środek nocy,
więc wzięła tylko prysznic.
Była pierwsza. Z przyjęcia w hotelu Billie wyszła tuż po północy, kiedy
inni goście całowali się jeszcze i życzyli sobie szczęśliwego nowego
roku. Ale ona musiała wcześnie wstać - pragnęła wyglądać na wypoczętą i świeżą. Spotkanie miała zaraz po śniadaniu i chciała być dobrze
przygotowana.
- Nie ufam temu człowiekowi za grosz - powiedziała Frankie przez
telefon.
I nie bez powodu. O Juliusie Forsycie krążyły niezliczone plotki. Mówiło
się, że żądał od aktorek dowodu wdzięczności za rolę w filmie.
Nietrudno zgadnąć, o jaki dowód wdzięczności mu chodzi, pomyślała
Billie, spłukując prysznicem pachnącą pianę z mydła. Mimo to postanowiła
pójść na spotkanie i przyrzekła sobie, że zakończy je przy najmniejszej
próbie zbliżenia - jeśli Forsyth będzie chciał czegoś więcej niż tylko
porozmawiać o filmie. Już sam fakt, że chciał się z nią spotkać w pokoju
hotelowym w Nowy Rok, wzbudził jej niepokój. Owinęła się ręcznikiem i usiadła na toalecie.
Pragnęła dostać tę rolę. Czuła, jakby była dla niej stworzona. Jej
potencjalny partner filmowy, Hiszpan Luca Sanchez, to pierwszy Latynos,
który zdobył Oscara w zeszłym roku - pełnia szczęścia. Ze swoją
nienaganną brytyjską angielszczyzną i ciemnym, płonącym spojrzeniem był
po prostu wyjątkowy. Grać z nim to spełnienie marzeń. Muszę zdobyć tę
rolę, pomyślała. Po prostu muszę.
Noc była niespokojna. Billie stłumiła myśl, że Hollywood wystrzelał cały
swój roczny budżet, strasząc fajerwerkami wszystkie zwierzęta bez
wyjątku. Miała też obawy przed spotkaniem z Juliusem Forsythem. Może to
jej ostatnia szansa w branży, w której gładka skóra i jędrne piersi
liczą się bardziej niż wszystko inne - ona sama skończy wkrótce
czterdzieści lat.
Billie miała nadzieję, że w hotelu obecna będzie również sekretarka
producenta. Ale plotka głosiła, że wolał się spotykać z aktorkami sam na
sam. Zamierzała przyjść ze swoją agentką Leanne, ale on nie chciał o tym
słyszeć.
Były też niestety sprawy, które przemawiały na korzyść Forsytha - jego
talent do wybierania zawsze najlepszego scenariusza i znajdowania
idealnej obsady do każdej roli był wyjątkowy. Świadczyły o tym liczne
statuetki Oscara. Billie pocieszała się, że przynajmniej uprzedzono ją o zapędach producenta.
Ale gdzie leży granica? Jest nią sprośny komentarz? A może Forsyth musi
ją najpierw dotknąć, by posunąć się za daleko? A jeśli będzie uprzejmy,
ale położy rękę na jej nodze, to będzie jeszcze do przyjęcia?
Leanne udzieliła wymijającej odpowiedzi: Trudno tu cokolwiek doradzić.
Nie były to zbyt pomocne słowa. Taka rozmowa kwalifikacyjna to drażliwa
sytuacja - tym bardziej że Billie nie wie, czy będzie musiała się bronić
przed swoim potencjalnym pracodawcą. A gdyby Frankie poprosiła kucharzy,
żeby rozebrali się przed rozpoczęciem pracy? Tylko w branży filmowej
takie rzeczy są w zwyczaju i nikt nie widzi w tym problemu. Nie
przejmuj się, mawiali ludzie, jakby chodziło o kogoś, kto tylko
zachował się niezręcznie. Ale powód był jeden: ten człowiek zarabiał
dużo pieniędzy. Więcej niż wszyscy inni producenci filmowi razem wzięci.
Inwestowanie w jego projekty było praktycznie pozbawione ryzyka,
ponieważ w biznesie nie znał granic, a w Hollywood to pieniądze
nakręcały ludzi tak bardzo jak kokaina.
Billie obiecała Frankie, że zadzwoni do niej przed spotkaniem i zaraz po
nim. Jeśli tego nie zrobi, siostra wsiądzie w najbliższy samolot do Los
Angeles. I właśnie z tego powodu Billie miała ochotę nie zadzwonić.
- Denerwujesz się? - zapytała Frankie.
Billie stała w lobby hotelu Beverly Hills i serce podchodziło jej do
gardła.
- Nie, bez obaw - odpowiedziała, by nie niepokoić siostry. - Nad
wszystkim panuję.
- Nie oszukuj się - odparła Frankie. - Znam cię. Jesteś kłębkiem nerwów.
- To po co pytasz? - zirytowała się Billie.
- Żeby cię rozruszać i dodać energii. Bądź twarda! A jak za bardzo się
do ciebie zbliży, oderwij mu kutasa. Obiecaj mi to!
- Chciałabym, żebyś tu była - powiedziała Billie.
- Ja też bym chciała. Ale jest, jak jest. Która u ciebie godzina? Musisz
już iść?
- Jeszcze nie, ale zaraz. Opowiedz mi o przyjęciu sylwestrowym we
Flanagans. Coś mnie ominęło?
- Prawnuk Charlesa.
- Co? Kto? Naszego Charlesa?!
- Tak. Mały chłopiec. Znalazłam go tuż przed północą na schodach na
dziedzińcu.
- Żartujesz?
- Nie, siedział tam, jakby czekał do rana, aż zrobi się widno. Zabrałam
go oczywiście do środka. Zaopiekował się nim Pierre. Opieka społeczna
jeszcze nic nie wie... Ale to długa historia. Opowiem ci wszystko po
spotkaniu.
- Biedne dziecko - powiedziała Billie.
Zawsze z bólem słuchała o dzieciach, dla których życie nie było zbyt
łaskawe. Jej rodzice ją rozpieszczali, dbali o nią i byli zamożni, więc
Billie nigdy niczego nie brakowało, wręcz przeciwnie - należała do
niewielkiego, niezwykle uprzywilejowanego odsetka ludzi na świecie. Na
szczęście w Hollywood pochodzenie z wyższej klasy nie było ani zaletą,
ani wadą, jak to działo się w Anglii. Frankie też miała dobrze.
Buntowała się, ale potem odnalazła drogę do siebie. Mimo to było jej
trudniej. Musiała się zmierzyć z wieloma konfliktami i ponieść straty.
Ludzi, którzy byli Frankie bliscy, kochała miłością bezwarunkową, co
było zrozumiałe tylko wtedy, gdy znało się jej historię.
- Tak, niektóre dzieci muszą przechodzić przez straszne rzeczy -
zgodziła się z nią Frankie.
- Dobrze, że mają ciebie - powiedziała Billie z uśmiechem, bo jeśli jej
siostra była w czymś dobra, to właśnie w opiece nad dziećmi.
- Zobaczymy, co z tego wyniknie - powiedział Frankie. - Ale teraz nie
będę cię już dłużej zatrzymywać.
Billie na kilka minut zapomniała o zbliżającym się spotkaniu, ale teraz
spojrzała na zegarek.
- Cholera, muszę się pospieszyć!
- Leć już! A potem zadzwoń do mnie!
Julius Forsyth był sam. Już na widok jego szlafroka Billie miała złe
przeczucia. Forsyth był wysoki, mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt i gdyby stał się agresywny, nie miałaby z nim szans. W apartamencie
unosiła się lekka woń alkoholu. Producent filmowy uśmiechnął się
szeroko, odsłaniając dwa rzędy lśniąco białych zębów. Każdy, kto
wcześniej nie słyszałby nic na jego temat, wpadłby w zachwyt. Forsyth
był przystojnym mężczyzną.
Wskazał na kanapę i poprosił, by usiadła. Sam zajął miejsce w fotelu
naprzeciwko i rozłożył nogi. Billie starała się nie patrzeć w jego
stronę. Obawiała się, że Forsyth nie ma nic pod szlafrokiem. Przez
chwilę rozmawiali o sylwestrze, on wspominał o kilku znanych
osobistościach, z którymi się bawił, a potem spojrzał jej w oczy.
- Billie Lansing - powiedział wolno. - Ty czy Halle Berry. Wiesz,
prawda? Nie mogę obsadzić dwóch czarnych kobiet w tym samym filmie. A obie jesteście całkiem niczego sobie perełkami. Pozwól, że ci się
przyjrzę - powiedział, wykrzywiając opalony palec. - Zdejmij żakiet.
Był nieprzyjemnie bezpośredni. Billie potrząsnęła głową.
- Nie, zostanę w żakiecie - odpowiedziała, siląc się na stanowczy ton.
- To nie było pytanie.
- Ale to była moja odpowiedź.
- Taka jesteś - powiedział, jakby ją przejrzał. - Szukasz zwady. To ma
być jakaś gra? - odchylił się do tyłu i spojrzał na nią protekcjonalnie,
po czym kontynuował: - Widziałem takie rzeczy dziesiątki razy. Kobiety
takie jak ty, które najpierw udają nieśmiałe, a potem, zanim jeszcze
spotkanie dobiegnie końca, rozkładają nogi. Mógłbym się przespać z każdą
aktorką o każdej porze dnia i nocy, gdybym nie miał nic innego do roboty
- mierzył ją wzrokiem, aż w końcu zatrzymał go na jej butach. - Małe
stopy, wysokie obcasy. Lubię to. Dobrze o tym wiedziałaś, prawda?
Jak długo była już w tym pokoju? Dziesięć minut? Nawet nie próbował
ukryć swoich intencji. Ten łajdak musiał to wszystko planować od rana,
skoro tak szybko odkrywa karty.
- Zapewniam pana, że nie prowadzę żadnej gry. Mieliśmy rozmawiać o Oku
Didrika. Jak pan wie, jestem zainteresowana rolą Ellen. A scenariusz
jest świetny - powiedziała stanowczym głosem.
- Ty czy Berry, oto jest pytanie. Obie jesteście dobre, ale twoje
nazwisko brzmi jakoś lepiej. Rola jest wymagająca. Poradzisz sobie bez
problemu z rozbieranymi scenami?
Billie wzdrygnęła się. Nigdzie w scenariuszu nie było napisane, że
będzie musiała się rozebrać. Co Forsyth miał na myśli?
- Mówimy o tym samym scenariuszu? - zapytała sceptycznie.
- Chodzi ci o to, że nie ma w nim wzmianki o rozbieranej scenie? Powiem
tylko, że taki jest wymóg. Czarna kobieta w głównej roli musi pokazać
więcej skóry niż biała. I dobrze o tym wiesz. Chciałbym też zobaczyć,
jak uprawiacie prawdziwy seks, ale to chyba zbyt duże wymaganie. Komisja
cenzury filmowej wpadłaby w szał.
Zaśmiał się, a Billie poczuła z jego ust obrzydliwy zapach alkoholu.
Czuła się coraz bardziej niezręcznie. Wstać i po prostu wyjść? Jak
postąpiłyby inne aktorki? Czekałyby na jego kolejny ruch czy też
natychmiast opuściły pokój? Dlaczego jest taka niespokojna?
- Chętnie przyjdę na przesłuchanie - powiedziała, chcąc wrócić do
tematu.
- Wiesz, że powinnaś być wdzięczna, że w ogóle daję ci szansę.
Przesłuchanie to minimum, aby dostać rolę.
- I jedyna rzecz, którą jestem gotowa zrobić - odpowiedziała.
Najchętniej wstałaby i wyszła. Dlaczego tego nie zrobiła?
- Umów się ze mną na wieczór. Chcę cię zobaczyć w obcisłej, seksownej
sukience.
Noworoczna impreza branży filmowej. Impreza, na którą wszyscy chcieli
być zaproszeni. Będą tam producenci, reżyserzy i scenarzyści. Doskonała
okazja do nawiązania kontaktów towarzyskich. Ale u jego boku?
- Niech pan już przestanie - powiedziała, zaskakując samą siebie tym,
jak stanowczo zabrzmiała. - Możemy teraz porozmawiać o roli Ellen?
Odsłonił poły szlafroka i wskazał na swoje krocze.
- Dobrze... Powiedzmy, że ta rola jest twoja, jeśli... - uśmiechał się
szyderczo i sprośnie. - Podnieca mnie, że jesteś taka niesforna. Boże,
jestem naprawdę napalony. Mógłbym... - urwał na chwilę, jakby zastanawiał
się, jak zaatakować Billie. - Cholera, naprawdę mnie podniecasz. Rola
jest twoja, musisz tylko paść na czarne kolana i...
Podniósł się, zanim zdążyła zareagować. Nagle stanął tuż przed nią,
wypinając biodra do przodu i wystawiając penisa w jej stronę jak broń
gotową do strzału.
Reakcja Billie była całkowicie intuicyjna. Jego krzyk, gdy go chwyciła i obróciła, słychać było chyba w całym hotelu, a zanim zdążył ją złapać,
była już na korytarzu. Serce podeszło jej do gardła. Prawie nie mogła
oddychać.
- Jesteś skończona! - krzyczał za nią, gdy biegła korytarzem. -
Słyszysz? Już po tobie!
Rozdział 3
3
Pierre cały czas myślał o chłopcu.
- Biedne dziecko - powiedział pod nosem, wchodząc do chłodni i przeglądając półki, na które lada moment miał trafić świeży towar.
Samochód dostawczy był już w drodze i Pierre musiał zrobić miejsce.
Przestawiał artykuły spożywcze, przesuwał i porządkował, ale myślami
cały czas wracał dziecka. Mały Charles był bardzo głodny i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dziecko było chude jak szczapa. Z pewnością nie dostawał w domu wystarczająco dużo jedzenia. Grzecznie
podziękował za jedzenie, a kiedy Frankie nie wróciła, Pierre zabrał
chłopca do siebie, by mógł się przespać. Charles był szczęśliwy. Nie
wyglądało na to, by tęsknił za rodzicami. To było w sumie dziwne. I smutne.
Może powinien zapytać chłopca o numer telefonu do rodziców, zanim mały
zasnął? Chyba tak. Dopilnował jednak, by wyszorował się pod prysznicem.
Potem poszedł do pralni i zapytał o pozostawione w hotelu ubrania dla
dzieci. Takim sposobem udało mu się skompletować garderobę chłopca od
stóp do głów.
Gdy wrócił do pokoju, chłopiec leżał na kołdrze owinięty mokrym
ręcznikiem. Pierre odłożył nowe ubrania i podszedł do łóżka, by przykryć
go grubą puchową kołdrą. Chłopiec szczękał zębami, podczas gdy Pierre
osuszał ręcznikiem jego długie włosy. Łóżko było na tyle szerokie, że
mogli wygodnie leżeć obok siebie na waleta, gdy nadszedł czas, by także
Pierre poszedł spać.
Zdawał sobie sprawę, że Frankie nie pojawi się aż do następnego ranka. W taką noc jak ta miała zbyt wiele na głowie, a on nie miał ochoty jej
szukać. Owszem, miło było spotkać się z gośćmi, ale nie w sylwestra,
kiedy większość z nich była pobudzona i nie chciała przestać mówić.
Pierre cieszył się, że może pomóc. Dotrzymał obietnicy danej
Alexandrowi, ojcu Frankie, i nie chciał jej złamać. Pierre miał otoczyć
dziewczynę uwagą.
A mimo to zdarzało się, że doprowadzała go do obłędu. Jej zielone
błyszczące oczy rozpalały w nim emocje - tak jak wtedy w restauracji w Calais, gdy zawsze się kłócili i jednocześnie ciągnęło ich do siebie
nawzajem. Wtedy igrał z ogniem i teraz znów przypomniał sobie, jak
trudno było mu się wtedy opanować.
Po rozpoczęciu pracy we Flanagans nie potrzebował zbyt dużo czasu, by
zdać sobie sprawę, że nadal jest dla niego atrakcyjna, mimo że ich
pierwsze spotkanie miało miejsce wiele lat temu. Ileż to razy musiał się
opierać, by nie wsunąć rąk w jej długie włosy, by nie przyciągnąć jej do
siebie i nie uciszyć gniewu pocałunkiem? Jako dorosła kobieta była tak
samo uwodzicielska jak kiedyś, a jej dzikie spojrzenie tak samo
odurzające. Mijający czas nie zmienił tego, kim była. Pierre doskonale
wiedział, kto kryje się za tą wypolerowaną fasadą. Czasami wdawał się z Frankie w kłótnię, by się upewnić, że ta namiętna dziewczyna, która nie
potrafiła zdławić w sobie złości, nadal istnieje.
Ale wtedy, w Calais... Sprowokowała go, wyzwała na pojedynek jego ego, a on na to pozwolił. Wpadł w pułapkę i pocałował ją. Ten jeden raz
wystarczył, aby uświadomić sobie, że coś takiego już nigdy nie może się
powtórzyć. To złamałoby jego młode serce. Przez lata miał wiele
dziewczyn, ale żadna z nich nie oczarowała go tak jak Frankie.
Nie musiał nawet słyszeć stukotu jej wysokich obcasów na korytarzu, by
wiedzieć, że idzie. Na długo zanim dotarł do niego zapach znajomych
aksamitnych perfum, wyczuwał jej obecność, a kiedy otwierała drzwi do
kuchni, nigdy nie był zaskoczony. Często zastanawiał się, czy Frankie
wie, że jej spojrzenie mówi mu więcej niż słowa. Może przywiązywał do
tych spojrzeń większą wagę, niż powinien?
Nie miał odwagi o to zapytać, bo w międzyczasie zaprzyjaźnili się i zostali dobrymi przyjaciółmi. Często spotykali się na lunchu i śmiali z tych samych rzeczy. Nie dało się ukryć, że była między nimi chemia, ale
jednocześnie było to uczucie naturalne i niekłopotliwe. Ona dogryzała mu
z powodu jego romansów, a on - z powodu wyboru męża. Nigdy jednak nie
wdawali się w szczegóły dotyczące ich życia uczuciowego i erotycznego,
zresztą nie było takiej potrzeby, poza tym mieli ważniejsze sprawy do
omówienia.
Czy odważy się do niej zbliżyć, kiedy w końcu pośle Gina do diabła? W oczach Pierre'a mąż Frankie był nikczemną pijawką. Pierre nie znał
odpowiedzi na to pytanie. Ale i tak nie miało to znaczenia, bo Frankie
była mężatką, a Pierre nie słyszał, by w najbliższym czasie cokolwiek
miało się zmienić w tej kwestii.
Frankie nigdy nie mówi źle o swoim mężu, ale Pierre nie jest ślepy.
Włoch wyraźnie żył ponad stan. Z tego, co Pierre wiedział, Frankie
utrzymywała Gina, a kiedy ten przychodził do kuchni ze swoimi dziwnymi
pytaniami o menu, których Pierre nie rozumiał, miał ochotę go wyrzucić.
Nigdy tego nie zrobił i wymagał też od swoich pracowników, aby
traktowali Gina z szacunkiem, ale w głębi duszy życzył sobie, by mąż
Frankie poślizgnął się i skręcił kark na gołej podłodze w kuchni.
Nie powinna za niego wychodzić. Ale kim był Pierre, by to osądzać? Poza
tym Frankie Nolan nigdy nikogo nie słuchała. Zawsze szła własną drogą.
Pierre wiedział, jak wiele ten człowiek dla niej znaczy. Wielokrotnie
podkreślała, że bardzo ceni jego lojalność i przyjaźń, że jest ważny dla
hotelu oraz jakości kuchni i uspokaja ją, gdy może przekazać mu część
odpowiedzialności...
Najlepiej będzie, jeśli zapomni o uczuciach, które skrycie żywi do
Frankie, bo grożą one zduszeniem w zarodku tego, co aktualnie rodziło
się między Penny a nim. Pewnego wieczoru w kuchni Flanagans zatańczyła
dla niego uwodzicielsko, eksponując swoje krągłości, i od tego czasu ich
relacje uległy zmianie, coraz częściej zauważał, jak bardzo brakuje mu
Penny, gdy miała wolne. Penny była zupełnie innym typem kobiety. Ona też
była ambitna, ale nie miała takiej niezłomnej dumy jak Frankie, która
nigdy się nie poddawała. Obcowanie z Penny było łatwe i nieuciążliwe.
Widok Penny nie przyspieszał wprawdzie bicia jego serca - ale czy to aż
tak ważne?
Pierre zerknął na duży zegar w kuchni. Wkrótce zjawi się personel -
pewnie na kacu i w złym humorze. Nigdy by tego nie zaakceptował, gdyby
nie Nowy Rok. Najważniejsze, że również dzisiaj będą w hotelu serwować
jedzenie. Miał nadzieję, że Penny przyjdzie przed rozpoczęciem zmiany.
Kilka godzin później praca w kuchni szła pełną parą. Obsługa
przekazywała zamówienia, a przystawki, dania główne i desery
nieprzerwanie opuszczały kuchnię. Penny była świetnie zorganizowana,
szybko reagowała i pracowała z Pierre'em tak, jakby od lat stanowili
zgrany zespół.
- Jesteś ideałem, Penny - powiedział z uznaniem.
- To dobrze, bo pewnego dnia chcę przejąć twoją pracę - odpowiedziała. -
Ale do tego czasu będziesz moim najlepszym nauczycielem.
Penny była ambitna. Kuchnie restauracyjne wciąż stanowiły domenę
mężczyzn, ale zanim Pierre dostał pracę we Flanagans, w kuchni szefowała
kobieta. Penny ma wszelkie predyspozycje, by szybko się piąć po
szczeblach kariery, jeśli tylko zechce. W tym hotelu zawsze stawiano na
kobiety.
- Nie ma zbyt wielu nauczycieli, których można pocałować - wyszeptała,
upewniwszy się, że nikt nie słucha.
- Masz rację. Ale nie ma żadnych zasad, które by tego zabraniały -
odparł szeptem.
- Rozmawiałeś o tym z Frankie?
Skrzywił się lekko i miał nadzieję, że Penny niczego nie zauważyła.
- Nigdy nie było tu z tym problemu. Adele, była szefowa kuchni, wyszła
za mąż za jednego z kucharzy i mają teraz trójkę dzieci.
- Małżeństwo i dzieci - rozmarzyła się Penny. - "Flanagans" to brzmi
naprawdę obiecująco.
Pierre udawał, że nie wie, o co jej chodzi. W najmniejszym stopniu nie
był zainteresowany małżeństwem. Miał czterdzieści trzy lata i gdyby
chciał założyć rodzinę, zrobiłby to w młodszym wieku. Lubił dzieci i wydawało się, że one także go lubią, ale zdecydował, że nie zamierza
mieć własnych. Oby Penny mimo to nadal chciała się z nim spotykać! Nie
jest jednak pierwszą sympatią, która próbuje namówić go do małżeństwa.
Ale po trzykrotnych zaręczynach zrobił się już ostrożny.
Penny wyrwała go z zadumy.
- O czym myślisz?
Było jeszcze za wcześnie, by powiedzieć jej prawdę. Ich związek dopiero
się wykluwał.
Zamiast tego odparł:
- Szefowa nadchodzi.
Miał wrażenie, że Frankie lada chwila otworzy drzwi.
- Nie wiem, jak to możliwe, że za każdym razem to wyczuwasz -
powiedziała Penny, po czym poprawiła czepek i wygładziła fartuch. -
Trochę to przerażające.
- Intuicja. Pracujemy razem od lat. Ma ostrzejszy język niż inni, ale
wrażliwe wnętrze.
Znał jej dobre strony, które teraz coraz częściej się ujawniały. Frankie
była już dorosła. Jest jeszcze bardziej atrakcyjna, pomyślał, gdy
otworzyły się wahadłowe drzwi i weszła Frankie z małym Charlesem u boku.
Wbrew własnej woli Pierre zareagował tak, jak nigdy nie reagował na
widok Penny. Przy nowej partnerce czuł się szczęśliwy, ale to Frankie
coś w nim rozbudzała. Coś głębszego, czego jeszcze nie rozumiał, a co
mogłoby go zranić, gdyby nie zachował ostrożności.
- Mały Charles ma ci coś do powiedzenia, Pierre - powiedziała Frankie,
błądząc wzrokiem po garnkach w kuchni. Wdychała smakowite zapachy,
trzymając ręce na ramionach dziecka.
Pierre ucieszył się na widok chłopca.
- Witaj, miło cię znowu widzieć.
Ubranie pasowało na niego idealnie, wyglądał naprawdę schludnie.
- Cześć. Chciałem tylko podziękować za jedzenie... I za to, że mogłem u pana zostać na noc - powiedział nieśmiało mały Charles.
- Było fajnie - odpowiedział Pierre. - Nieczęsto się zdarza, że dzieci
odwiedzają mnie w kuchni.
- Chętnie tu wrócę - odparł szybko chłopiec.
- Bardzo proszę. Jesteś tu mile widziany.
Pierre mówił poważnie. Polubił tego malca i chciałby zrobić dla niego
coś więcej. Bo gdzie Charles miał pójść? Co go czekało?
- No cóż, to już wszystko - powiedziała Frankie. - Penny?
- Tak? - odpowiedziała nieśmiało, jakby obawiając się tego, co miało
nastąpić.
- Może już pani odetchnąć - powiedziała Frankie i uśmiechnęła się do
młodszej kobiety. - Doszły do mnie informacje, że ma pani wielki talent.
Nie musi się więc pani niczego obawiać z mojej strony.
Frankie postanowiła nie zabierać małego Charlesa do mieszkania, na
wypadek gdyby był tam Gino. Zamiast tego w salonie, gdzie pito herbatę,
zamówiła mu wszystko, na co miał apetyt. Zjadł, zamknął oczy i zrobił
minę, jakby był w siódmym niebie. W obu rękach trzymał smakołyk i jeden
w ustach, jakby się bał, że obsługa zabierze mu talerz, zanim skończy
jeść.
Tymczasem Frankie przyglądała mu się w zamyśleniu. Trudno powiedzieć,
czy mały Charles pamięta pradziadka, bo odkąd Frankie znała Charlesa
seniora, był pomarszczony i zgarbiony. Pracował aż do śmierci. Ostatnio
już nie na cały etat, tylko od czasu do czasu. I nigdy nie oczekiwał
innego traktowania ze względu na swój wiek. Jak zawsze nosił torby
podróżne i opiekował się gośćmi w foyer. Frankie trudno było
zrozumieć, że komuś z rodziny starego Charlesa źle się wiedzie. Nikt nie
dbał o rodzinę bardziej niż Charles i jego żona.
Frankie wiedziała jednak, jak szybko wszystko może się zmienić i jak
łatwo wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. Narkotyki można zdobyć niemal
jak piwo w pubie. Tak się stało z rodzicami chłopca? Jej samej coś
takiego się przytrafiło. Wymknęła się rodzicom spod kontroli. Byli wtedy
zbyt zajęci sobą. A od hucznej imprezy do przedawkowania i hospitalizacji krótka droga.
Co widzieli goście, kiedy patrzyli na Frankie? Pewnie mamę, która pije
herbatę ze swoim synem. Dzięki Pierre'owi mały Charles był schludnie
ubrany i czysty. Długie kręcone włosy sięgały mu do ramion. Wyglądał tak
słodko jak ciastka, które wszyscy jedli.
- Gdzie tak właściwie mieszkasz? - zapytała Frankie.
To nie było przesłuchanie - Frankie chciała jedynie, by chłopiec się
odprężył. Mimo to w jej głowie kłębiły się pytania, na które
potrzebowała odpowiedzi.
- W mieszkaniu... Ale tam nie jest zbyt ciepło - odpowiedział. - Mama
czasami zapomina zapłacić rachunki i wtedy wszystko nam wyłączają. Ty
też tak robisz?
Odwrócił głowę i rozejrzał się, jakby chciał sprawdzić, czy wszystkie
światła są włączone.
- Nie, pod tym względem jestem inna.
- Jesteś bardzo bogata?
Wypił łyk soku. Machał nogami, siedząc na rokokowej sofie, i patrzył na
wielki żyrandol na suficie.
- Nie wiem - powiedziała Frankie.
- W takim razie jesteś - zdecydował. - Jeśli człowiek nie jest bogaty,
to wie, że jest biedny. Moja mama nie jest bogata.
- Nie sądzisz, że za tobą tęskni? - zapytała Frankie z wahaniem.
Zamiast odpowiedzieć, zapytał:
- Mogę u ciebie zostać?
Co miała odpowiedzieć? Nie może lekkomyślnie składać obietnic.
- Wiesz - powiedziała po chwili - musisz mieć naprawdę dobre warunki... i dlatego musimy najpierw porozmawiać z ludźmi, którzy dobrze wiedzą, jak
zajmować się dziećmi. Ci ludzie pomogą nam znaleźć dla ciebie najlepszą
rodzinę.
- Wy jesteście najlepszą rodziną - powiedział i patrzył na nią wytrwale.
Charles senior mógł mu powiedzieć tylko dobre rzeczy o mnie i Flanagans, pomyślała, ponieważ ten mały chłopiec zachowywał się tak,
jakby byli starymi przyjaciółmi. Ufał jej, mimo że spotkał pierwszy raz
w życiu. A to mogło oznaczać tylko tyle, że Charles opowiedział mu o Frankie, hotelu i rodzinach, do których należał Flanagans.
- Dużo czasu spędzałeś z pradziadkiem? - zapytała.
- Spotykałem się z nim tylko wtedy, gdy mama była naćpana. Wtedy
dzwoniłem do niego, żeby po mnie przyjechał - westchnął. - Powiedział
mi, że można skończyć z narkotykami, bo ty też przestałaś je brać. Już
nie bierzesz, prawda, Frankie?
Wyglądał na nieopisanie smutnego. Charles stanowił opokę dla swojego
prawnuka, gdy jego matka nie mogła się nim opiekować. Strata pradziadka
była dla chłopca dotkliwa. Frankie poczuła ukłucie w sercu. Ona również
opłakiwała przyjaciela z dawnych lat, ale nigdy nie przyszło jej do
głowy, żeby zapytać, jak się miewa jego rodzina i czy potrzebuje od niej
pomocy. Zajmowała się tylko własnym smutkiem.
Potrząsnęła głową.
- Nie, nie biorę już narkotyków - odparła i pogłaskała go po ciemnych
włosach. - Zobaczysz, twoja mama też przestanie.
Nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć ani jak pocieszyć małego
Charlesa.
Spojrzał na nią sceptycznie.
- Nie sądzę. Uważa, że to najlepsza rzecz w jej życiu.
- Co?
- Narkotyki.
Frankie nie sądziła, by matka chłopca ujęła to dokładnie w ten sposób.
Żaden rodzic nie powiedziałby czegoś takiego swojemu dziecku. Ale sam
fakt, że Charles tak to zrozumiał, był już wystarczająco przerażający...
Dość dojrzałe zachowanie jak na tak małego chłopca.
Mały Charles patrzył na Frankie dużymi, ciemnymi oczami i mocno trzymał
ją za rękę. Właśnie przyjechały Alice i Viola z opieki społecznej. Cała
czwórka siedziała teraz w gabinecie Frankie. Obie kobiety piły herbatę,
a Frankie kawę. Mały Charles nie chciał jeść ani pić. Był zdenerwowany i nie spuszczał wzroku z Frankie, jakby obawiał się, że może wstać i odejść.
Frankie przekazała im list Charlesa. Viola przeczytała go, podczas gdy
Alice prowadziła kurtuazyjną rozmowę o hotelu i wyjątkowo mroźnej zimie.
Zapytała, jak często trzeba czyścić żyrandole, które widziała w drodze
do gabinetu. Potem wodziła wzrokiem po portretach poprzedników Frankie i stwierdziła, że rozpoznaje Lindę Lansing, ale innych nie.
W Nowy Rok pracownice opieki społecznej miały zapewne dyżur. Mały
Charles nie był z pewnością jedynym dzieckiem, które potrzebowało pomocy
w święta. Frankie uznała, że dobrze by było, gdyby panie szybko przeszły
do rzeczy, bo zaczynało jej się udzielać zdenerwowanie chłopca.
Czy zostanie umieszczony w domu dziecka, czy też ma innych krewnych,
którzy mogliby się nim zaopiekować? Z pewnością ktoś musiał zauważyć, że
był zaniedbywany. Nie znała oczywiście całej historii, to była sprawa
dla urzędników, ale mały Charles powiedział, że nie wie, kim jest jego
ojciec, i że jego matka zażywa narkotyki. W sumie było bardzo mało
prawdopodobne, że chłopiec wróci do domu.
- Charles, powiedz mi, jak się masz? - zachęcała go Viola, oddając list
Frankie. - Frankie i Alice wyjdą na chwilę, żebyśmy mogli spokojnie
porozmawiać.
- Nie - odpowiedział stanowczo. - Frankie zostaje tutaj.
Jeszcze mocniej ścisnął jej dłoń.
- Obiecuję ci, że będzie czekała tuż za drzwiami.
Frankie starała się zachować spokój, ale pewnie emanowała takim samym
zdenerwowaniem jak chłopiec. Zawiedzie go, jeśli teraz wyjdzie?
Najspokojniej, jak potrafiła, powiedziała:
- Usiądę naprzeciwko drzwi. Widziałeś, że jest tam kanapa, prawda? Nie
ruszę się z miejsca, dopóki nie wyjdziesz. Viola jest miła, chce tylko z tobą porozmawiać.
Delikatnie uwolniła swoją dłoń z jego uścisku. Mały Charles spuścił
wzrok i wpatrywał się w swoje kolana. Jego podbródek drżał, a on sam
wydawał się coraz mniejszy w fotelu. Frankie błagała Violę wzrokiem, by
mogła zostać, ale kobieta ledwie dostrzegalnie potrząsnęła głową i spojrzała w stronę drzwi. Frankie wstała z ciężkim sercem. Nie miała nic
do powiedzenia w tej sprawie. Znalazła dziecko przed swoim hotelem, to
wszystko.
- Co z nim będzie? - zapytała, kiedy siedziała z Alice przed gabinetem.
- Przede wszystkim musimy spróbować odnaleźć jego rodziców lub innych
krewnych. Według policji nie ma doniesienia o zaginięciu osoby. Oznacza
to, że coś jest nie tak. Jeśli nikt z rodziny nie może lub nie chce się
nim zająć, musimy znaleźć dla niego dom. Istnieją procedury ustanowione
przez władze dla takich przypadków. To już czwarty raz, kiedy Viola i ja
musimy zajmować się dzieckiem, które uciekło z domu w noworoczny
weekend.
- Nie wiem, czy uciekł - powiedziała Frankie. - Wczoraj wieczorem
siedział na schodach i patrzył w niebo. Jego pradziadek był cenionym
pracownikiem Flanagans przez prawie osiemdziesiąt lat. Co mogę zrobić?
Naprawdę chciałabym pomóc.
Alice zastanowiła się przez chwilę, po czym powiedziała poważnie:
- Chłopiec potrzebuje przyjaciela, kogoś, kto go nie zawiedzie. Myślę,
że wiele przeszedł.
Mały Charles nie zaszczycił Frankie spojrzeniem, gdy wyszedł z Violą na
korytarz.
- Idziemy - powiedziała Viola, a Alice natychmiast wstała.
- Zabierają panie chłopca? - zapytała Frankie drżącym głosem.
Viola położyła rękę na ramieniu małego Charlesa.
- Zostanie umieszczony w dobrym domu dziecka, a my tymczasem postaramy
się odnaleźć jego rodziców.
Frankie poklepała małego Charlesa po głowie, a on wzdrygnął się, jakby
go uderzyła.
- Pradziadek powiedział, że mi pomożesz.
W oczach chłopca był tak bezgraniczny smutek, że Frankie wystraszyła
się.
- Dziękuję, że zajęła się pani nim wczoraj wieczorem - powiedziała
Viola. - Teraz my się nim zajmiemy.
Frankie nie zdążyła nawet wyjaśnić, że to Pierre opiekował się
Charlesem, bo kobiety odwróciły się i ruszyły w stronę schodów.
W połowie schodów mały Charles jeszcze raz się odwrócił.
- Frankie, dlaczego nie mogę tu zostać? Obiecuję, że będę grzeczny.
Obiecuję. Proszę, Frankie.
Pod powiekami piekły ją łzy wstydu i bezradności. Zraniła chłopca i nie
mogła tego znieść. Nie powinna zostawiać go samego z kobietą z pomocy
społecznej. Przecież to ją prosił o pomoc! Był jeszcze taki mały - jak
mogła pozwolić, by kobiety go zabrały? Kiedy nie odpowiedziała, spuścił
głowę i zszedł po ostatnich stopniach schodów. Łkając, patrzyła, jak
idzie przez hol i zmierza do wyjścia.
Rozdział 4
4
1990
- Mamma mia!
Frankie spieszyła się i gdy jakiś mężczyzna zagrodził jej drogę, wpadła
w złość. Podniosła okulary przeciwsłoneczne na czoło i spojrzała w parę
rozbawionych ciemnobrązowych oczu.
- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem!
Pewnie Włoch, pomyślała. Wszystko na to wskazywało: zielona kurtka,
którą w Anglii nosiło się zwykle tylko w stajni, wyprasowane, obcisłe
dżinsy i wypolerowane buty.
- Jak masz na imię? - kontynuował, bez skrępowania mierząc ją wzrokiem
od stóp do głów.
- Przepraszam, ale spieszę się.
Z powrotem założyła okulary przeciwsłoneczne, skierowała się w stronę
przejścia dla pieszych i pospiesznie przeszła przez jezdnię, zanim
światło zmieniło się na czerwone.
Po chwili mężczyzna znów pojawił się przed nią.
- Przepraszam. Nie chciałem cię urazić komplementem. Dasz się zaprosić
na herbatę, piwo lub kieliszek wina? Pójdziesz ze mną do kina, na
kolację lub na seks? Jesteś modelką?
- Zjeżdżaj!
Złapał ją za ramię.
- Dlaczego tak się wściekasz?
- Zostaw mnie w spokoju! - krzyknęła i uwolniła się od niego.
- Co robisz, Antonio? - zawołał ktoś za nimi i Frankie odwróciła się. -
Przepraszam, mój przyjaciel najwyraźniej nie potrafi się zachować.
Mężczyzna odciągnął Antonia na bok.
- Dzięki.
Frankie chciała jak najszybciej pójść dalej. Idioci... przynajmniej jeden
z nich.
W pubie było tłoczno i głośno, więc musiała kluczyć między ludźmi, żeby
dojść do baru.
- Frankie, tutaj! - Billie już do niej machała. Siedziała z piwem przy
barze, zajęła też stołek dla Frankie. - Wyglądasz na zestresowaną -
zauważyła, gdy Frankie usiadła. - Poproszę sok pomarańczowy! - zwróciła
się do barmana, wskazała na siostrę.
- Co za dzień!
Frankie wzięła głęboki oddech i czuła, jak napięcie z niej schodzi, gdy
wreszcie siedziała naprzeciwko Billie.
- Opowiadaj!
- Czy Elinor z tobą rozmawiała?
- O czym? Że podpisałyście dzisiaj dokumenty? To wspaniale, że
przejmujesz hotel od mamy i Emmy - powiedziała Billie i uśmiechała się
zachęcająco, jakby chciała zapewnić Frankie, że wszystko będzie dobrze.
- Odkąd Emma przeniosła się do Alexandra do Calais i tak sama się
wszystkim zajmujesz.
- Może byłam w hotelu częściej niż nasze mamy, ale nie podjęłam żadnej
decyzji, której bym wcześniej z nimi nie skonsultowała.
Frankie upiła dwa duże łyki soku. To było dokładnie to, czego teraz
potrzebowała. Prowadzenie Flanagans stanowiło ogromne wyzwanie i rzadko
miała czas i ochotę na spotkanie z Billie w pubie. Na szczęście Billie
już niedługo będzie współwłaścicielką hotelu, jeśli zgodnie z obietnicą
podpisze umowę. Czy tego chciały, czy nie, Frankie i ona będą musiały
wspólnie podejmować decyzje.
- Od tej pory nasza dewiza brzmi: ty i ja - dodała Frankie, na wypadek
gdyby Billie zapomniała, że ona też dostała kawałek tortu.
- Tak, jasne, ty i ja. Ale ty tu rządzisz. Moje udziały są w kompetentnych rękach, taka była umowa i musisz się jej trzymać. Nie mogę
prowadzić hotelu i być jednocześnie gwiazdą filmową.
Frankie nie miała nic przeciwko, by jej siostra uganiała się za rolami
filmowymi, dopóki będzie mogła z nią omawiać swoje pomysły i wątpliwości, jak to się działo do tej pory. Poza tym Frankie może liczyć
na pomoc Anniki, która była co najmniej tak samo dobrze poinformowana
jak ona sama.
- Cześć - powiedział męski głos za nimi. Obie kobiety odwróciły się. -
Miło cię znowu widzieć. Chcę jeszcze raz przeprosić za złe zachowanie
mojego przyjaciela - mężczyzna podniósł dwa palce w stronę barmana. -
Potrafi być trochę natarczywy.
Frankie wzruszyła ramionami.
- Nie ma sprawy. Mimo to cieszę się, że się pan pojawił. W przeciwnym
razie dałabym mu w twarz.
- Z pewnością na to zasłużył.
Uśmiechnął się szeroko, pokazując przy tym lśniąco białe zęby, i wziął
od barmana piwa.
- Zaraz, czy ja coś przegapiłam? - zapytała Billie i uśmiechnęła się
czarująco do mężczyzny. - Billie - przedstawiła się i wyciągnęła do
niego rękę. - A pan nazywa się...?
- Gino. Miło mi cię poznać.
Frankie patrzyła, jak nagie, szerokie plecy i jędrne pośladki Gina
znikają w łazience. Poprawiła poduszki pod plecami. Jest naprawdę
dobry, pomyślała. Od czasu do czasu potrzebowała seksu, a on znał się
na tym. Dobry seks jest korzystny zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.
Sporadyczne przygody na jedną noc to wprawdzie też jakaś odmiana, ale im
Frankie była starsza, tym rzadziej zdarzały jej się takie przygody. Nie
miała czasu ani ochoty na poważny związek, a wielu mężczyzn, których
spotykała, myślało o małżeństwie. Frankie jeszcze do tego nie dojrzała i być może nigdy nie dojrzeje. Ilekroć pojawiał się temat obrączek, zawsze
chodziło o zobowiązania społeczne, rozwagę i kompromisy, a to nie były
mocne strony Frankie - wręcz przeciwnie. Z tego też powodu chciała sama
prowadzić Flanagans, bo choć ta myśl ją onieśmielała, wyzwanie pasowało
do jej odwagi. Mama nadal będzie dla niej wielkim wsparciem, nawet jeśli
w pełni poświęci się ojcu i restauracji w Calais.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki