Prolog
- PROLOG -
Kurierka dostała jedną krótką instrukcję:
dostarczyć chłopca, nim wybije północ. Proste - tyle tylko, że zazwyczaj
dostarczała przesyłki w ciągu dnia, a nie małych chłopców w środku nocy.
Zlecenie wiązało się z sowitą zapłatą, ale nie dlatego je przyjęła.
Zrobiła to, ponieważ kierowała nią ciekawość.
Zastanawiała się, dlaczego to zamożne małżeństwo zwróciło się akurat do
niej. Dlaczego ojciec chłopca odmówił zapisania adresu, tylko wyszeptał
go jej na ucho, i dlaczego matka chłopca zanosiła się płaczem.
Najbardziej jednak zastanawiało ją to, kto odbierze chłopca, skoro
adres, pod który miała go dostarczyć, nie był domem ani żadnym fizycznym
obiektem, lecz przestrzenią pomiędzy dwoma budynkami - pustą alejką po
drugiej stronie miasta.
Chłopiec wyglądał całkiem zwyczajnie, a jego gładka, miedziana cera była
tylko o odcień ciemniejsza od jej własnej. Jednak gdy ruszyli, zwiesił
głowę, jak gdyby gęste nocne powietrze kładło się ciężarem na jego
ramionach.
Kurierka wycelowała światło latarni w mrok, odganiając cienie z rosnącym
poczuciem niepokoju. Przypomniały się jej opowieści dziadka - szeptanki
o magii kryjącej się w różnych zakątkach tego świata i o dzieciach,
które spotkał tragiczny los.
Mimo że dawno wyrosła z bajek, przyspieszyła kroku.
Gdy od celu dzieliła ich tylko jedna przecznica, chłopiec zaczął się
ociągać. Chwyciła więc go za chude ramię i ciągnąc, przeprowadziła go
przez ostatnią ulicę, po czym przystanęła.
Alejki nie było. W jej miejscu stał dziwny, wydłużony, wciśnięty w wąską
przestrzeń budynek, idealnie wpasowany pomiędzy dwie rozpadające się
kamienice po bokach.
Z mroku przy wejściu do budynku wynurzyła się jakaś postać.
Kurierka przeciągnęła chłopca za siebie.
- Czy to tobie mam dostarczyć dziecko?
Postać, kimkolwiek była, uniosła w górę długi, cienki przedmiot.
Zapłonęła krwistoczerwona świeca, rozświetlając niebieskie oczy i bladą
twarz młodego mężczyzny.
Kurierka szukała wzrokiem zapałki, która wyjaśniłaby pojawienie się
płomienia; nie da się przecież ot tak zapalić świecy. Chyba że...
Z jej koniuszka spływały kłęby połyskującego złotego dymu. Rozlał się na
ulicę, owijając się wokół kurierki jak wąż. Maleńkie kule gazu brzęczały
i migotały jak ważki albo drobinki kurzu odbijające blask księżyca. Albo
coś jeszcze innego. Zapachniało olejkiem miętowym, potem palonym cukrem,
jakby ktoś zapomniał o bulgoczącym w garnku karmelu, po nich zaś
nadgniłymi cytrusami.
Mężczyzna przeszedł przez złoty dym i wziął chłopca za rękę niczym
ojciec. Chłopiec przez chwilę stał w półkroku, potem jednak
dobrowolnie odszedł wraz z mężczyzną w kierunku wąskiego budynku.
Kurierka przycisnęła dłoń do piersi i poczuła, że jej serce bije
urywanym rytmem, mocniej niż kiedykolwiek. Wszystko było nie tak.
Rzuciła się, by powstrzymać mężczyznę, ale złoty dym owinął się wokół
jej kostek, krępując jej ruchy. Otworzyła usta, żeby krzyknąć, ale nie
dobył się z nich żaden, nawet najsłabszy dźwięk.
W chwili, gdy mężczyzna przystanął na progu budynku, dziewczyna złapała
się za gardło. Z przerażeniem patrzyła, jak uśmiecha się, obnażając
ostre zęby, a potem przykuca, zbliżając swą niezwykłą twarz do twarzy
chłopca.
- Chodź - powiedział. - Mam dla ciebie idealną pracę.
Mężczyzna otworzył drzwi i wepchnął dziecko do środka.
W momencie, gdy zamknęły się za nimi drzwi, dym rozpłynął się w powietrzu. Po chwili wysiłku kurierka znów była w stanie poruszać
stopami. Podbiegła w stronę budynku, by zaraz gwałtownie się zatrzymać,
bo oto na jej oczach cały gmach zniknął, zostawiając po sobie jedynie
pokrytą przerośniętymi chwastami i spowitą mrokiem aleję.
Rozdział 1
- 1 -
Moją siostrę często najpierw było słychać,
a dopiero później widać. Tak też było tamtego wieczora. Miękki głos Zosy
dobiegał przez otwarte okno stancji u madame Bézier. Przypominał głos
naszej matki - przynajmniej do chwili, gdy Zosa zaintonowała sprośną
rymowankę, porównującą wrażliwą część męskiej anatomii do pewnego owocu.
Wślizgnęłam się do środka. W tłumie lokatorek stancji nikt nie zwrócił
na mnie uwagi. Dwie młodsze dziewczyny udawały, że tańczą z niewidzialnymi partnerami, jednak wszystkie pozostałe wlepiały wzrok w moją siostrę, najbardziej utalentowaną ze wszystkich.
Pokoje na stancji u madame Bézier były wynajmowane szczególny rodzaj
dziewcząt. Prawie każda z nich miała zajęcie stosowne dla jej wulgarnego
języka: pracowały na drugą zmianę w fabryce lub w kuchni bądź na
dowolnym innym niskopłatnym stanowisku w vieux quais - na starym
nabrzeżu w Durc. Sama pracowałam w Garbarni Fréllac, gdzie kobiety
krzątały się nad garnkami stwardniałego ałunu i kubłami barwników. Zosa
była inna.
- Wszystkiego najlepszego! - wykrzyknęłam, gdy skończyła śpiewać.
- Jani! - Zosa aż podskoczyła.
Jej olbrzymie brązowe oczy błyszczały na tle bladej, oliwkowej, o wiele
za szczupłej twarzy.
- Zjadłaś kolację?
Zostawiłam jej coś, nim wyszłam, ale przy tylu współlokatorkach jedzenie
często znikało.
- Tak. Nie musisz co wieczór mnie o to pytać - burknęła.
- Oczywiście, że muszę. Jestem twoją starszą siostrą. To moja życiowa
misja.
Zosa zmarszczyła nos, a ja dałam jej w niego prztyczka. Pogrzebałam w torbie i wyłowiłam z niej gazetę, która kosztowała mnie połowę dniówki,
i wcisnęłam ją Zosie do ręki.
- Twój prezent, madame.
Tu, w Durc, urodziny nie były świętem obsypanym cukrem-pudrem;
musiałyśmy na nie ciężko zapracować, przez co ceniłyśmy je wyżej niż
złoto.
- Gazeta?
- Sprawdź dział ogłoszeń. - Otworzyłam dziennik z przebiegłym
uśmieszkiem.
Wewnątrz znajdowały się oferty zatrudnienia w sklepach z sukniami
wieczorowymi, w ciastkarniach i perfumeriach, na stanowiskach, na które
nigdy nie przyjęto by trzynastolatki, która nie wyglądała na więcej niż
dziesięć lat. Na szczęście to nie o nie mi chodziło.
Pominęłam je i wskazałam palcem ogłoszenie, które pojawiło się we
wszystkich gazetach w miasteczku zaledwie godzinę wcześniej.
Atrament miał jaskrawy, purpurowy kolor, jak krwiste maki w Aligney albo
gnieciony ametystowy welur. Wyróżniał się niczym światło latarni na tle
morza czerni i bieli.
Dziewczęta zgromadziły się wokół nas i wszystkie pochylałyśmy się nad
purpurowym tuszem, który skrzył się blaskiem dorównującym oszlifowanemu
kamieniowi księżycowemu.
W ogłoszeniu nie podano adresu. Słynny hotel go nie potrzebował. Zjawiał
się z grubsza co dziesięć lat w tej samej starej alejce śródmieścia.
Teraz było tam pewnie całe miasto, naiwnie czekając na szansę na pobyt w nim.
Wiele lat temu, kiedy hotel zjawił się tu ostatnim razem, większość
zaproszeń doręczono kilka dni wcześniej wyłącznie do najbogatszych
mieszkańców miasta. Dzień przed przybyciem hotelu kilka drogocennych
zaproszeń otrzymały przypadkowe osoby z tłumu. W gronie tych
szczęśliwców znalazła się nasza gospodyni, Minette Bézier.
Tamtego dnia o północy goście weszli do hotelu i zniknęli wraz z całym
budynkiem. Wyszli z niego dwa tygodnie później, pojawiając się znikąd w alejce.
Zadrgały mi palce, gdy wyobraziłam sobie, że łamię pieczęć na moim
zaproszeniu. Jednak nawet gdyby się nam poszczęściło i zdobyłybyśmy je,
nadal musiałybyśmy opłacić pokój, a nie należały one do najtańszych.
Zosa ściągnęła brwi.
- Chcesz, żebym poszła na rozmowę?
- Nie do końca. Na rozmowę pójdę ja. Ciebie zabieram na przesłuchanie
na posadę śpiewaczki.
Minęły cztery lata, odkąd zabrałam ją na pierwsze przesłuchanie - nie
poszło po naszej myśli i nie mogłam znieść ryzyka, że przeżyjemy to samo
ponownie, dlatego przestałyśmy próbować. Dziś jednak były jej urodziny,
a do tego chodziło o ten Hotel Magnifique. A to coś zupełnie innego.
Idealnego.
- Hotele zawsze potrzebują śpiewaczek. To jak?
Odpowiedziała uśmiechem, który poczułam w całym ciele, włącznie z palcami u stóp.
Jedna ze starszych dziewcząt wetknęła pukiel tłustych blond włosów za
różowe ucho.
- To ogłoszenie to podpucha. To, że zatrudnią którąś z nas, graniczy z cudem.
Wyprostowałam się.
- Wcale nie.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i obróciła się na pięcie.
- Róbcie, co chcecie. Ja na waszym miejscu nie traciłabym czasu.
- Myślisz, że ma rację? - spytała Zosa, a jej delikatna buzia wygięła
się w podkówkę.
- Absolutnie nie - odpowiedziałam, może zbyt szybko.
Gdy zmartwienie na twarzy Zosy się pogłębiło, po cichu zaklęłam i przesunęłam kciukiem po starym naszyjniku naszej matki.
Nic niewarty łańcuszek wykonany był z werdaneryjskiego, twardego jak
stal złota. Maman zwykła żartować, że mój kręgosłup jest zrobiony
właśnie z niego. Często sięgałam po wisiorek, kiedy potrzebowałam jej
rady odnośnie Zosy. Nie żeby kiedykolwiek mi jej udzieliła - ciężko
oczekiwać tego od zmarłych matek.
- Hotel nie zamieściłby ogłoszenia, gdyby nikt nie miał szansy dostać
pracy. Jutro pokażemy im, na co nas stać. Kiedy odkryją, jakie jesteśmy
wspaniałe, będziemy mogły na zawsze pożegnać się z tym miejscem.
Myśl ta rozgrzała mnie niczym rozżarzony węgiel.
Gdy rozprostowywałam jeden z ciemnych loków Zosy, tak jak zazwyczaj
robiła to maman, trzęsły mi się dłonie.
- Pokażmy to ogłoszenie madame Bézier. Wie na temat hotelu więcej niż
ktokolwiek.
Zosa przytaknęła z błyskiem w oczach. Zabrałam gazetę z ogłoszeniami z jej ręki i poderwałam się z miejsca. Dziewczęta popędziły za mną na górę
do mojego ulubionego pokoju, salonu na trzecim piętrze, w którym,
jeszcze zanim madame Bézier kupiła cały budynek, zatrzymywali się
marynarze. Pokój wypełniały półki pełne przestarzałych map oceanów i atlasów odległych miejsc, które często przeglądałam.
Madame Bézier siedziała przy kominku, opierając odziane w pończochy nogi
o parapet. Na zewnątrz deszcz niemiłosiernie chłostał port w Durc,
zmieniając miasto, którego nie cierpiałam, w mokrą plamę.
Usta kobiety zacisnęły się na widok wdzierającego się do pokoju tłumu
dziewcząt.
- O co chodzi tym razem?
Podałam jej stronę z gazety. Blask ognia padł na purpurowy atrament, a mina madame Bézier zrzedła.
- Coś nie tak? - spytała dziewczyna stojąca za mną.
Madame Bézier przeniosła wzrok nad kominek, na oprawiony w szkło kawałek
pergaminu sprzed blisko dekady: jej zaproszenie. W słabym świetle
purpurowy atrament błyszczał identycznie jak w ogłoszeniu.
- A więc Hotel Magnifique powrócił.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wcisnęło się jeszcze kilka ciekawskich
dziewcząt, które przepychały się, aby móc rzucić okiem na to, co się
dzieje.
- Słyszałam, że do śniadania goście popijają płynne złoto z kieliszków
do szampana - odezwała się któraś z nich.
W odpowiedzi wtrąciły się kolejne, dzieląc się zasłyszanymi pogłoskami.
- Ponoć w poduszkach nie ma pierza, tylko przędza z chmur.
- Słyszałam, że hotel co noc trzykrotnie przemierza całą ziemię...
- A eleganccy portierzy są w rzeczywistości książętami z dalekich
krajów.
- Założę się, że równie elegancko całują.
Dziewczyna o beżowym odcieniu skóry i rumianych policzkach wykonała
wulgarny ruch językiem. Na szczęście uszedł on uwadze Zosy. Na jej
twarzy zakwitł za to uśmiech.
Szkoda, że nie istniał żaden sposób, żeby przekonać się, czy pogłoski są
prawdziwe. W chwili zameldowania w hotelu goście podpisywali kontrakt, w którym zrzekali się wspomnień. Poza bagażem jedyną rzeczą, z którą
wracali, było poczucie obezwładniającego szczęścia. Madame Bézier
wyznała kiedyś, że musiała okładać swoją obolałą od ciągłego uśmiechania
się żuchwę lodem.
Zaintrygowana zerknęłam na naszą gospodynię. Miała zamglony wzrok, jak
gdyby powrót hotelu przywrócił jej wspomnienia. Otworzyłam usta, aby o to zapytać, jednak Zosa mnie ubiegła.
- Czy widziała pani maître'a?
Maître d'hôtel, właściciel i zarządca hotelu, cieszył się równie
wielką sławą, co sam hotel.
Madame Bézier skinęła głową z zadowoleniem.
- Hotel zjawił się w Durc, kiedy byłam jeszcze młodym i ładnym
dziewczęciem. Maître miał na twarzy najszerszy uśmiech, jaki w życiu
widziałam. Dosłownie błyszczał, witając zgromadzone tłumy. Potem zerwał
z powietrza kwiat i rzucił w moją stronę. - Madame Bézier wykonała ruch,
jakby łapała malutki kwiat. - Pachniał niczym ciasto z jagodami, a potem
rozpłynął się w moich dłoniach. Minęła ponad dekada, zanim hotel zjawił
się ponownie, a przez ten czas maître ani trochę się nie zmienił.
- Miał na sobie ten sam strój? - zapytała któraś z dziewcząt.
- Nie, głuptasie. Wyglądał tak samo. Ta sama twarz. Ten sam urok. Nie
zestarzał się nawet o dzień. Nic dziwnego - w końcu to najpotężniejszy
suminariusz na świecie.
Dziewczęta westchnęły na dźwięk tego słowa: suminariusz w dawnym
języku werdaneryjskim oznaczał czarodzieja.
Poza hotelem suminariusze stanowili ogromne zagrożenie. Mówiło się, że
magia wzbiera w ich krwi w okresie dojrzewania i eksploduje z nieokiełznaną mocą, która może zranić - lub zabić - każdego, kto w tym
czasie znajduje się w pobliżu.
Niektórzy twierdzili, ze magia wylewa się z nosa dziecka, tworząc ciemny
obłok. Inni, że przypomina czarne jak smoła palce zaciskające się wokół
dziecięcego gardła. Do momentu eksplozji nie sposób było odróżnić
zwykłego dziecka od suminariusza.
Rzecz jasna krążyły pogłoski na temat znaków, jakich należało
wypatrywać. Wymieniano całkowicie absurdalne objawy, takie jak głód krwi
czy czerniejące języki. Mówiono, że niektóre dzieci mimo śmiertelnych
ran wracały do żywych za sprawą magii, która, jak się okazywało, płynęła
w ich żyłach. Nikt jednak nie był w stanie tego udowodnić.
Niezależnie od tego, jak było naprawdę, magia stanowiła tak duże
niebezpieczeństwo, że w Verdanne przez wieki topiono lub palono na
stosie dzieci, które podejrzewano o bycie suminariuszami.
Jednak wewnątrz hotelu magia nie stanowiła zagrożenia. Powszechnie
wiadomo było, że maître zaczarował sam budynek, dzięki czemu
suminariusze, których zatrudniał, mogli dokonywać zadziwiających czynów,
nie raniąc przy tym nawet muchy. Nie wiadomo, jak udało mu się tego
dokonać, każdy jednak chciał przekonać się o tym na własne oczy.
Nim którakolwiek z nas zdążyła zadać kolejne pytanie, madame Bézier
klasnęła w dłonie.
- Już późno. Wszystkie do swoich pokoi.
- Chwileczkę - powiedziałam. - Czy teraz, gdy hotel powrócił, coś sobie
pani przypomniała? Czy jest on tak magiczny, jak wszyscy mówią?
Gdy tylko wypowiedziałam te słowa, poczułam się głupio, że zapytałam.
Ale madame Bézier nie zaśmiała się ani nie uznała tego za dziwne.
Popatrzyła za to tęsknym wzrokiem na swoje stare zaproszenie.
- Wiem z całą pewnością, że bardziej - odpowiedziała z nutką goryczy.
Ja także byłabym rozgoryczona, gdybym nie mogła przypomnieć sobie
najbardziej ekscytującego okresu w moim życiu. Madame cisnęła ogłoszenie
w ogień, po czym odskoczyła do tyłu.
- Mon Dieu.
Papier zajął się ogniem, najpierw różowym, a następnie zielonym i szkarłatnym, przemieniając kominek w olśniewający pokaz tęczowych
płomieni. Ogień wystrzelił w górę i wypełnił komin, tworząc spektakl,
który przykuwał wzrok bardziej niż witryny sklepowe na bulwarze Marigny.
- To magia - wyszeptała Zosa.
Włosy zjeżyły mi się na karku. Nie bez powodu Hotel Magnifique wzbudzał
sensację. W normalnym świecie magia była rzadka, niebezpieczna, i należało unikać jej za wszelką cenę. Jednak w hotelu było zupełnie
odwrotnie, a jutro, być może, będzie nam dane wreszcie zobaczyć ją na
własne oczy.
Rozdział 2
- 2 -
Następnego ranka wilgotny wiatr z południa
przywiał na stare nabrzeże śliskie algi. Trzymając się za ręce,
prześlizgiwałyśmy się wzdłuż doków pomiędzy rozładowującymi palety
rybakami i matkami żegnającymi synów-żeglarzy.
- Jani, spójrz - Zosa wskazała na wpływającą do portu barkę. - Myślisz,
że to ta nasza?
- Trudno powiedzieć.
Cztery lata temu, po śmierci naszej matki, wydałam niebotyczną ilość
dublonów na przeprawę podobną barką z Aligney, naszej niewielkiej,
położonej w głębi lądu wioski.
Podróż trwała pięć dni. Zosa spędziła ten czas, rozmyślając o bibelotach, które można kupić w Durc, takich jak koronkowe mitenki albo
metalowe, pasiaste pudełeczka różu, którym smarowała twarz maman. Mnie
zaś przez całą drogę nie schodził uśmiech z twarzy. Wierzyłam, że moje
życie dopiero się zacznie.
Nasze odczucia uległy zmianie, gdy tylko opuściłyśmy pokład. Doki były
pełne ludzi. Zosa miała wówczas dziewięć lat, więc kazałam jej trzymać
się blisko mnie. Wtedy dotarło do mnie, że wszyscy moi bliscy albo nie
żyją, albo zostali w Aligney. Znalazłyśmy się zupełnie same w obcym
mieście, wyłącznie z mojej winy.
Opuszczenie domu było błędem. Dlatego przez ostatnie kilka miesięcy
odkładałam każdy grosz na podróż powrotną do Aligney. Jednak tempo, w jakim przybywało oszczędności, nie napawało optymizmem. Dzięki hotelowi
zapewne udałoby się nam wrócić do domu o lata szybciej.
Na tę myśl wstrzymałam oddech i mój umysł zalały wyraźne, cudowne
wspomnienia domu. Niemal czułam nierówne kocie łby, po których biegałam
jako dziecko, a w brzuchu truskawki, którymi zajadałam się latem,
zrywając je z obsypanych nimi krzewów.
- Z drogi - warknęła blada kobieta, przytrzymując etolę z wydrowego
futra i wyrywając mnie z zamyślenia.
Okrążyła nas, uważając, aby za bardzo się nie zbliżyć.
Zosa dotknęła dziur w swojej wyjściowej sukience.
- Pewnie myśli, że wypełzłyśmy spod doków. Wszyscy wyglądają dziś tak
wytwornie.
Zdjęłam z głowy falbaniasty, liliowy kapelusz. Chociaż wyglądał
potwornie staroświecko, był najpiękniejszą rzeczą, jaką miałam.
Pochyliłam się i nałożyłam go Zosie na głowę niczym koronę.
- Nikt nie wygląda równie olśniewająco jak my, madame - oświadczyłam, a na widok jej uśmiechu urosło mi serce. - A teraz się pospieszmy. Sam
maître d'hotel czeka na nas z podwieczorkiem.
Minęłyśmy stare doki i znalazłyśmy się w centrum miasta. Z krawędzi
dachów zwisały kaskady purpurowych chorągiewek, a każdy próg zdobiły
różowe i zielone goździki. Nigdy nie widziałam podobnie świątecznego
wystroju - wszystko ze względu na przybycie hotelu.
- Ale tłum - zachichotała Zosa, gdy skręciłyśmy w uliczkę niedaleko
słynnej alei. - Nie widzę własnych stóp.
Musiałam interweniować, żeby nie wpadła pod nogi dużej grupy ludzi.
- Jeśli nie będziesz uważać, ktoś nastąpi ci na te piękne stópki i będzie płacz.
Zosa wykonała obrót.
- Trudno. Jest cudownie.
- Do momentu, aż stracimy się z oczu.
Myśl, że zgubię ją w tłumie, zawsze wyprowadzała mnie z równowagi.
- Robisz wszystko, żeby uprzykrzyć sobie dzień?
- Wyznaję zasadę, że czas na przyjemności jest dopiero po obiedzie -
przekomarzałam się.
- Naprawdę?
- Daj już spokój - powiedziałam i pokierowałam ją na plac zajmowany
przez artystów ulicznych w satynowych kamizelkach i z twarzami ukrytymi
pod maskami z papier-mâché.
Zosa odskoczyła do tyłu, gdy jedna z artystek w masce, na której
namalowano kapiące krwawe łzy, wyrwała się naprzód z pieśnią na ustach.
Suminariusz użył magii,
zamienił żonę w stos.
Żar strawił jej oczy i strzaskał kości -
Ach, marny był jej los!
Słyszałam te słowa wiele razy. Suminariusze wciąż byli tematem wielu
pieśni i opowieści, nawet jeśli od dawna nikt ich nie widział. W ciągu
ostatnich dziesięcioleci spotykano ich tak rzadko, że ludzie przestali
uważać magię za zagrożenie, zaczęła za to budzić ich ciekawość;
poluźniono też werdaneryjskie prawo. Obecność hotelu tylko wzmagała
fascynację. Ludzie tak bardzo pragnęli doświadczyć magii, że zapominali
o swoich lękach, tak jak zapomina się, że pośrodku pola można zginąć od
rażenia piorunem.
- Myślisz, że zobaczymy dziś jakiegoś suminariusza? - spytała Zosa.
- Oby tylko w środku, gdzie maître zapewnia wszystkim
bezpieczeństwo.
- Założę się, że maître jest bardzo przystojny.
- Przede wszystkim jest dla ciebie za stary - wycedziłam i dałam jej
prztycznka w nos. - Nie zatrzymujmy się.
Chwilę potem minęłyśmy dwóch mężczyzn o brązowej skórze i podekscytowanych uśmiechach. Każdy z nich ściskał grubą kopertę.
Zaproszenia.
- Tym razem mamy sześcioro zwycięzców! - rozległ się okrzyk.
- Już ich wybrano?
Zrzedła mi mina. Konkurs był sprawiedliwy - dzięki niemu każdy mógł mieć
nadzieję na odwiedzenie hotelu. Mimo to poczułam ukłucie zazdrości,
którego nie potrafiłam się pozbyć. Nim zrobiłam kolejny krok, Zosa
pociągnęła mnie za rękaw z taką siłą, że o mały włos nie wyrwała mi
ręki.
- Hej!
- Czy możesz łaskawie się odwrócić? - Wskazywała na coś palcem.
Wtedy go zobaczyłam.
Hotel sprawiał wrażenie, jakby od zawsze był częścią wąskiej alejki
między Apothicaire Richelieu i Maison du Thé. Jego fasadę pokrywały
drewniane listwy, a pojedyncza kolumna okien sięgała aż do piątego
piętra. W środku nie mogło się mieścić więcej niż dziesięć ciasnych
pokoi. Nad drzwiami wisiała dekoracyjna tablica, która nie pasowała do
tego obskurnego budynku. Widniały na niej dwa ozdobnie zawijane,
inkrustowane masą perłową wyrazy: HOTEL
MAGNIFIQUE.
- Ciekawe - skwitowałam z nutą rozczarowania. Hotel niczym się nie
wyróżniał.
U szczytu budynku umieszczono pojedyncze okrągłe okno, dwa razy większe
od pozostałych, w którym stało kilka sukulentów. Szczęściarze. Nie
rozumiałam tylko, jak przemieszczały się z miejsca na miejsce. Ani jak
robił to cały budynek.
Krążyły plotki o tym, że hotel odwiedził każdy zakątek świata. Byłam
dobra z geografii - Verdanne, największe państwo na kontynencie,
graniczyło z poszarpanymi górami Skaadi na północy i z targanym wiatrem
Preetem na wschodzie. Za nimi roztaczały się większe państwa, a jeszcze
dalej oceany z nieskończoną liczbą miejsc, które tylko czekały na
odwiedziny. Świat był rozległy i niepojęty, a jednak ten budynek
przemierzył go w całości.
Obie gwałtownie wyprostowałyśmy się na dźwięk kobiecego krzyku.
- To maître!
Przy wejściu stał młody mężczyzna.
- Widziałam, jak rozdawał zaproszenia - ciągnęła kobieta. - Wręczył róże
pierwszej zwyciężczyni, która weszła do hotelu.
- Wiedziałam! Jest wspaniały - zachwycała się Zosa.
Musiałam zmrużyć oczy. Promienie słońca padały prosto na niego,
sprawiając, że lśnił niczym świeżo wybity dublon. Maître miał na sobie
czarną liberię, która kontrastowała z jego jasną karnacją.
Madame Bézier miała rację. Największy suminariusz na świecie był
niewiele starszy ode mnie. Miał jakieś dziewiętnaście, góra dwadzieścia
lat. Był wręcz szokująco młody. A przynajmniej na takiego wyglądał.
W jakiś sposób mężczyzna ten zdołał zaczarować cały budynek i sprawić,
że suminariusze, których zatrudniał, mogli bezpiecznie praktykować
magię, a goście bezpiecznie ją oglądać.
- Witamy. - Maître zerwał z powietrza tulipan i wręczył go starszej
kobiecie o brązowej skórze i szerokim uśmiechu, kiedy ta dokuśtykała do
wejścia, ściskając mocno swoje zaproszenie. - Cała przyjemność po mojej
stronie - powiedział do młodej kobiety o alabastrowej cerze, która także
trzymała w dłoni zaproszenie, a chwilę później: - Cóż za niesamowity
kapelusz, mademoiselle - zwrócił się do jej córeczki, kiedy
przechodziły przez drzwi tuż przed parą podekscytowanych mężczyzn.
Maître odchrząknął.
- Dziękuję wszystkim za przybycie. Zapraszam ponownie, gdy Hotel
Magnifique zjawi się następnym razem.
Mężczyzna pochylił się w wytwornym ukłonie. Gdy się podniósł, spomiędzy
jego długich palców wyłoniły się lilie. Podrzucił je do góry. Kwiaty
przekształciły się w maleńkie ptaki, które rozpływały się w połyskliwym
purpurowym dymie z każdym uderzeniem skrzydeł. Kiedy spojrzałam w dół,
maître'a nie było.
Niesamowite. W miejscu, w którym uprzednio stał, pojawiła się lina
blokująca drzwi wejściowe i tabliczka o treści: Wstęp tylko dla gości i personelu.
- Jak myślisz, czy przesłuchania odbywają się w środku? - zapytała Zosa.
- Nie mam pojęcia, ale zamierzam się tego dowiedzieć.
Przyjrzałam się tabliczce z informacją. Szybkie zajrzenie do środka nie
mogło zaszkodzić.
- Poczekaj tu na mnie.
Przepychając się łokciami przez tłum, weszłam po schodkach i prześlizgnęłam się pod liną. Na pomalowanych czarnym lakierem drzwiach
wygrawerowano trzy słowa nie większe od kciuka: le monde entier.
Cały świat.
Słowa poruszyły coś wewnątrz mnie, jakby mnie nawoływały.
Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi, ale nie sposób było cokolwiek
zobaczyć. Zrobiłam krok naprzód. Jednak zamiast znaleźć się w środku,
zderzyłam się z niewidzialną ścianą.
Próbując się wycofać, pod palcami poczułam coś, co wydawało się być
warstwą szkła wypełniającą framugę. A przynajmniej tak sądziłam do
czasu, gdy wysunęła się przez nie dłoń i złapała mnie za nadgarstek. Z krzykiem odkryłam, że dłoń należała do młodego portiera.
Zamrugałam, próbując pojąć, jak to możliwe, że otwarte wejście było
jednocześnie ścianą, przez którą temu chłopakowi udało się tak po prostu
przejść.
Nie, nie chłopakowi. Był zbyt wysoki, a pod jego liberią wyraźnie
rysowały się mięśnie. Maître był porażająco blady, za to ten młody
mężczyzna był jego przeciwieństwem. Ciepły, miedziany odcień skóry
podkreślał jego żywe, brązowe oczy, które właśnie wpatrywały się we mnie
karcąco.
- Czy mogę ci w czymś pomóc? - zapytał po werdaneryjsku, z akcentem,
którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
Spojrzałam w górę na budynek hotelu i przypomniałam sobie atlasy
wypełniające salon madame Bézier, kontury lądów, które obrysowywałam
palcem. To, że tak stara budowla była w stanie podróżować tak daleko,
wydało mi się nieprawdopodobne.
- Gdzie byliście wczoraj? - spytałam.
- Minutę drogi stąd - odpowiedział uprzejmie mężczyzna.
Kiedy spróbowałam zbadać ścianę, zamknął drzwi.
- Tylko goście i personel mają wstęp do środka.
Ach tak. Przeklęta tabliczka.
- Gdzie odbywają się przesłuchania?
- Chcesz starać się o posadę w hotelu?
Wydawał się zaskoczony, przez co się nastroszyłam. Posłałam mu
przeszywające spojrzenie.
- Co w tym dziwnego?
Oboje podskoczyliśmy, gdy nagle drzwi do hotelu otworzyły się na oścież.
Na zewnątrz wyszła grupa gości. Na szyi niskiej, ciemnoskórej kobiety
błysnął naszyjnik z lapis lazuli. Za nią podążał gość o skórze tak
jasnej, że prawie białej, która w ciągu minuty spiekłaby się w letnim
słońcu Durc.
Goście śmiali się, a za nimi unosiła się zmysłowa woń, od której zmiękły
mi kolana.
- Co to za zapach?
- Jaśmin pustynny. Nic szczególnego.
Na pewno nie określiłabym go tymi słowami. Mogłabym zjeść go na deser.
- Jest przepiękny. Skąd pochodzi?
- Niestety bardzo mi się spieszy. Nie mam czasu zabawiać niemądrych
dziewcząt.
- Pardon?!
- Wyjęłaś mi to z ust - powiedział z przekąsem, po czym spróbował mnie
wyminąć.
Nie mogłam wejść do budynku sama i chociaż portier doprowadzał mnie do
szału, był jedynym pracownikiem poza maîtrem, którego spotkałam.
Chwyciłam go za ramię.
- Gdzie są przesłuchania?
- Nie rozumiesz, że jestem zajęty?
- Więc lepiej pospiesz się i odpowiedz.
Popatrzył na mnie przeciągle, po czym zbadał wzrokiem ulicę. Próbowałam
namierzyć to, czego szukał, ale widziałam tylko tłum ludzi. Wstrzymałam
oddech, kiedy odgarnął lok z mojej szyi.
- Na twoim miejscu poszedłbym prosto do domu i udawał, że hotelu nigdy
tu nie było - powiedział ściszonym głosem, po czym minął mnie i zniknął
w tłumie.
Rozdział 3
- 3 -
Przez następne dwie godziny nie mogłam
przestać myśleć o portierze i o sposobie, w jaki jego żywe spojrzenie
zdawało się mnie oceniać. A także o tym, jak się mnie pozbył. Pewnie
chciał mnie odstraszyć, ponieważ według niego nie pasowałam do takiego
miejsca jak Hotel Magnifique.
Skubałam pozieleniałe od farby palce. Barwnik z garbarni cuchnął portem,
tak jak większość rzeczy w Durc. Mówiło się, że jeśli tylko pomieszka
się tu wystarczająco długo, na żebrach wykwitają pąkle. Wcale mnie to
nie dziwiło. Po okazjonalnej kąpieli moja skóra nadal wionęła gnijącą
rybą. Nie mogłam jednak się poddać. Maman zawsze powtarzała, że jestem
uparta jak osioł, ale nic nie mogłam na to poradzić. Zachowanie portiera
sprawiło, że tylko bardziej zapragnęłam tej pracy.
- Czy ta kolejka mogłaby posuwać się wolniej?
- Boże, oby nie - Zosa otarła pot kapiący spod liliowego kapelusza.
Kolejka przed Maison du Thé - starą herbaciarnią obok hotelu, w której,
jak ustaliłyśmy, odbywały się przesłuchania - była potwornie długa. Na
nieszczęście dla moich obolałych łydek znajdowałyśmy się na samym jej
końcu.
Gdy wreszcie dotarłyśmy do wejścia, Zosa wskazała na pozłacaną tablicę,
na której wymieniono wszystkie wolne stanowiska: między muzykiem a pomywaczką widniała pozycja artysty scenicznego. Mężczyzna o jasnej
skórze, ubrany w garnitur zbyt wyszukany jak na panujący upał, nie
przywitał nas uśmiechem. Otworzył za to drzwi i praktycznie wepchnął nas
do środka.
Wewnątrz na marmurowych blatach stały srebrne wagi z szalami
wypełnionymi po brzegi kolorowymi liśćmi herbaty. Z zaplecza dobiegł
głos kobiety.
- Następny!
Przesłuchania.
- Pójdziesz pierwsza? - Głos Zosy drżał ze zdenerwowania tak samo, jak
na pierwszym przesłuchaniu kilka lat temu.
Pogładziłam falbanę jej kapelusza.
- Oczywiście.
Na zapleczu przywitała mnie posągowa kobieta o oliwkowej skórze. Jej
krótko ścięte brązowe włosy pasowały do blasku aksamitnego kostiumu,
składającego się z marynarki i spodni. Była ubrana po męsku, ale miała w sobie więcej werwy niż wszyscy znani mi mężczyźni. Budziła moją
sympatię, dopóki nie zmarszczyła nosa na mój widok.
- Nie ma na czym zawiesić oka, co? - powiedziała, mierząc mnie wzrokiem,
po czym podniosła ogromny, brązowy kompas z połyskującą igłą z zielonego
nefrytu. - Nie ruszaj się.
Igła kompasu kręciła się w zawrotnym tempie, ani razu się nie
zatrzymując. Kobieta schowała kompas do kieszeni.
- Do czego to służy?
- Ja tu zadaję pytania - schwyciła mnie za podbródek. - Imię i nazwisko?
Przełknęłam ślinę.
- Janine Lafayette, ale mówią na mnie Jani.
- Cóż za pospolite imię. - Zacisnęła wargi. - Jestem Yrsa, skoro już
przy tym jesteśmy. - Puściła mój podbródek. - Mieszkasz tu całe życie?
- Pochodzę z wioski położonej w głąb lądu. Nazywa się Aligney -
odpowiedziałam drżącym głosem.
- Lubiłaś swoją wioskę?
Gdy byłyśmy niemowlętami, maman ustawiła nasze kołyski w stronę
centrum Aligney, aby nasze stopy mogły zawsze odnaleźć drogę powrotną.
Ten werdaneryjski przesąd na zawsze utkwił mi w pamięci.
Nawet teraz potrafiłam doskonale przywołać w wyobraźni wąskie rzędy
domów, które zimą podczas zachodu słońca zmieniały kolor na
cytrynowożółty. Dokładnie wiedziałam, kiedy zakwitały maki i skąd brało
się jedzenie na naszym stole. Miałam tam przyjaciół - takich, którzy się
o mnie troszczyli. Czułam, że przez ostatnie cztery lata nie wzięłam
ani jednego głębokiego wdechu; za to w Aligney potrafiłam oddychać każdą
cząstką płuc.
Teraz jedyną stałą było pragnienie powrotu, kłujące klatkę piersiową.
- Kochałam ją. Gdy zmarła nasza matka, przywiozłam tu moją siostrę.
Zamierzałam wrócić, ale...
- A więc matka nie żyje - przerwała mi w pół zdania. - A ojciec?
Maman nigdy nie wyjawiła nam szczegółów.
- Był rolnikiem.
- Gdzie teraz mieszkacie?
Zaczęłam opowiadać o stancji u madame Bézier, dopóki kobieta nie
machnęła ręką i nie odprawiła mnie jednym gestem.
- Dowiedziałam się wystarczająco dużo. Poślij po następną osobę.
Na mój widok Zosa zerwała się na równe nogi.
- Jak ci poszło?
- W porządku - skłamałam. - Nie każ jej na siebie czekać.
Gdy moja siostra biegła na zaplecze, ja ocierałam oczy z łez. Pozwolenie
sobie na nadzieję było głupotą. Palcami obrysowywałam twarde krawędzie
monety, która została mi w kieszeni po zakupie gazety. Wystarczyło, żeby
po wszystkim kupić Zosie pudełko cukierków na osłodę porażki.
Mijały długie minuty. Przez drzwi docierał do mnie jej stłumiony śpiew.
W końcu Zosa wypadła na zewnątrz z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- No więc?
Uniosła w górę zwój pergaminu, a mi zaschło w ustach. Arkusz zawijał się
na rogach i wyglądał na bardzo stary. Czarny wers na dole oznajmiał,
czym był - kontraktem dla jednej osoby.
Yrsa podeszła do nas lekkim krokiem.
- Zaoferowałam twojej siostrze posadę. Będzie dostawać dziesięć
werdaneryjskich dublonów tygodniowo w zamian za raczenie naszych gości
śpiewem.
Dziesięć dublonów stanowiło trzykrotność tego, co zarabiałam. Musiałam
ugryźć się w język, aby się nie rozpłakać. To oczywiste, że Yrsa poznała
się na wyjątkowości Zosy, zwłaszcza na tle jej nijakiej siostry.
Jednak Zosa nie mogła iść do pracy sama. Gdyby była tu maman,
szturchnęłaby mnie, żebym coś zrobiła. Ale twarz Zosy rozświetlał
uśmiech tak szeroki, jak gdyby wzeszło w niej samo słońce. Nie
potrafiłam wymyślić nic, co mogłabym powiedzieć, nie łamiąc jej przy tym
serca.
Yrsa postawiła na stole pióro z wykonaną z brązu stalówką i kałamarz z purpurowym atramentem. Następnie wyjęła złotą szpilkę i ukłuła moją
siostrę w palec. Na jego koniuszku zebrała się idealna kropla rubinowej
krwi.
Wyrzuciłam ręce w górę.
- Co to ma znaczyć?
- To część kontraktu. Nawet goście muszą podpisać podobny.
Yrsa przechyliła kroplę krwi tak, aby wpadła do kałamarza. Purpurowy
tusz zasyczał, a krew Zosy rozpuściła się w nim. Yrsa umoczyła pióro i włożyła je między palce mojej siostry.
Przerzuciłam wzrok na kontrakt. Spodziewałam się, że będzie sporządzony
w werdaneryjskim - języku Verdanne, dość powszechnie używanym na całym
kontynencie. Jednak choć kontrakt zawierał nieco werdaneryjskiego,
większość ustępów została napisana w językach, z którymi nigdy się nie
spotkałam. U dołu widniał znak X.
Policzki Zosy były zarumienione.
- Nigdy nie przydarzyło mi się nic równie ekscytującego. Jani, udało
się!
Ogarnęła mnie zazdrość. Moje palce zwinęły się w odruchu, aby chwycić
kontrakt i samej go podpisać. Zamiast tego zwróciłam się do Yrsy.
- Moja siostra ledwo co skończyła trzynaście lat. Nie mogę puścić jej
samej. Możemy dzielić pokój, a ja mogę wykonywać dowolną pracę.
Przyjmij nas obie.
- Obawiam się, że to niemożliwe - odpowiedziała Yrsa. - Zaoferowałam
pracę jej, a tylko goście i personel mogą przekroczyć próg hotelu.
Próg - tę ścianę zrobioną z niczego. Przejście przez niego razem było
niemożliwe.
- Nie szkodzi - powiedziała Zosa. - Porozmawiamy o tym z kimś. Wszystko
się ułoży.
Nie rozumiała, że nie mogłam z nią iść, chyba że także zostałabym
zatrudniona. Złożyłam twarz w dłoniach. Kiedy podniosłam wzrok, Zosa
przyłożyła stalówkę do pergaminu i niezdarnie skreśliła swoje imię u dołu strony.
Rzuciłam się naprzód i przewróciłam kałamarz. Purpura rozlała się po
stole. Chwyciłam pióro i oddałam je Yrsie, a gdy spojrzałam w dół, omal
nie jęknęłam ze zdziwienia. Purpurowy tusz się nie wylał, a kałamarz nie
przewrócił. Miał zamkniętą pokrywkę. Widziałam jednak, jak rozlewa się
atrament, byłam tego pewna.
To musiała być magia.
- Twoja siostra stawi się w hotelu najpóźniej o szóstej wieczorem.
Yrsa schowała podpisany kontrakt Zosy za pazuchę marynarki i wyszła.
- Nie ma mowy, żebyś tam poszła - powiedziałam, stawiając stopę na
starej koszuli nocnej, po którą akurat sięgała Zosa. Gdy wyrwała ją,
udając, że mnie tam nie ma, puściły jej szwy.
- Hej, tu jestem. - Dałam jej prztyczka w czoło, na co spojrzała na mnie
spode łba. - Wcale nie jestem niewidzialna, co?
Dalej mnie ignorując, Zosa wepchnęła nuty należące niegdyś do maman do
worka na zboże, wypełnionego pamiątkami po niej. Z płótna na jej palec
przeskoczył pająk. Wzdrygnęła się, próbując go strzepnąć, a potem
obróciła się, stając na wprost mnie.
- Nigdy nie pozwalasz mi robić tego, co chcę.
- To nieprawda. Poza tym przyrzekłam, że będę nad tobą czuwać.
Zosa przewróciła oczami.
- To było, zanim umarła maman. Mam już trzynaście lat. Nie byłaś wiele
starsza ode mnie, kiedy przyjęłaś pracę w garbarni.
- Myślisz, że miałam inne wyjście? Teraz mam siedemnaście lat i wiem
lepiej. - Machnęłam ręką, wskazując ciasny pokoik. - To ja za to
wszystko płacę, mam więc chyba coś do powiedzenia.
- Masz na myśli sadzę czy korniki i smród psujących się zębów? To nie ty
całymi dniami wyrywasz sobie włosy, marząc, by zrobić to samo ze swoją
skórą, żeby nie czuć drapiącego kurzu! Gdybym zarabiała dziesięć
dublonów tygodniowo, mogłabym wysyłać ci jakąś część wypłaty. Już zimą
mogłabyś wyprowadzić się z vieux quais.
- Jak niby wyślesz mi pieniądze z drugiego końca świata?
- Musi być jakiś sposób.
- Nigdy o nim nie słyszałam.
- Gdyby maman żyła, pozwoliłaby mi przyjąć tę pracę. - Dolna warga
Zosy zadrżała. - Jani, myślałam, że chcesz, żebym śpiewała.
- Bo chcę - powiedziałam i poczułam szarpnięcie w sercu, ale nie
wiedziałam, co innego mogę zrobić. - Ale nie w ten sposób, nie beze
mnie. Przykro mi.
Zosa zerwała z głowy liliowy kapelusz i rzuciła nim na korytarz.
Zrobiłam krok naprzód, aby go podnieść, ale zatrzymałam się. Z worka
Zosy wyglądała perła.
Perłowe kolczyki maman.
Gdy byłyśmy małe, Zosa zakładała je i zaczynała śpiewać na całe gardło,
udając, że występuje na scenie, a ja piałam wespół z nią niczym
pozbawiony słuchu muzycznego osioł. Nie widziałam ich, odkąd Zosa poszła
na swoje pierwsze przesłuchanie w Durc. Jedyne przesłuchanie, aż do
dziś.
Nagle coś mi się przypomniało. Tamtego dnia sądziłam, że dzięki
kolczykom Zosa będzie wyglądać na starszą, niż jest, dlatego przypięłam
je do płatków jej uszu i ubrałam ją w swoją starą różową sukienkę. Zosa
wyglądała jak mała, przestraszona różyczka, ale potrzebowałyśmy
pieniędzy, a ona nade wszystko pragnęła iść na przesłuchanie.
Teraz marzyłam tylko o tym, aby wymazać tamten dzień z pamięci nas obu.
Obróciłam perłę w palcach. Opalizująca farba odchodziła, odkrywając tani
drewniany koralik pod spodem. Po tym, jak przesłuchanie nie poszło po
naszej myśli, usiłowałam sprzedać kolczyki jubilerowi, lecz ten mnie
wyśmiał. Nigdy nie powiedziałam Zosie o tym, że są bezwartościowe.
- Posłuchaj. Gdy tylko zaoszczędzimy potrzebną kwotę, kupię bilety do
Aligney. - Wzięłam Zosę za rękę. Próbowała ją wyrwać, ale mocno ją
trzymałam. - Co, jeśli nie wrócisz do czasu mojego wyjazdu? Co, jeśli coś
się stanie i będę zmuszona się gdzieś przenieść? Co, jeśli hotel nie
wróci przez następne dziesięć lat? - Wyobraziłam sobie powrót z pracy do
pustego pokoju i coś chwyciło mnie za gardło. - Nie chcę zostać tu sama -
przyznałam z grymasem na twarzy.
Po jej policzku spłynęła łza. Kilka sekund upłynęło w milczeniu, po czym
jej drobna dłoń ścisnęła moją. Usiadła.
- Przez ten kapelusz moje włosy przypominają ptasie gniazdo. Pomożesz mi
je rozczesać?
Powoli wypuściłam powietrze z płuc.
Tego wieczora Zosa poszła spać wcześnie, a ja leżałam rozbudzona, nie
mogąc zmrużyć oczu. Gdy zegar w Durc wybił jedenastą, zaburczało mi w brzuchu; minęło wiele godzin, odkąd jadłam ostatni posiłek. Zakradłam
się na dół po schodach, zatrzymując się po drodze, aby podnieść
zadeptany i ubłocony liliowy kapelusz - jedyną, na szczęście, ofiarę
tego dnia.
Na palcach weszłam do kuchni, położyłam kapelusz na stole i zaczęłam
plądrować pozostawione w spiżarce resztki. Nurkowałam akurat w szafce z pieczywem, próbując chwycić czerstwą skórkę, kiedy zaskrzypiały drzwi
kuchenne. Zamarłam. Niemożliwe, żeby o tak późnej porze dziewczęta były
jeszcze na nogach. Moje palce zacisnęły się wokół puszki z drewnianymi
łyżkami. Trzymając ją niczym broń, obróciłam się.
W drzwiach stał jakiś mężczyzna.
- Tutaj jesteś. W dodatku mocno spóźniona.
Zbadał wzrokiem wymiętoszony kapelusz, a potem mnie. Był to ten sam
młody portier, na którego natknęłam się wcześniej. Nie miał czapki i nic
nie zakrywało jego czarnych, długich do ramion włosów. Kiedy odgarnął
niesforny kosmyk za ucho, wstrzymałam oddech. W miejscu jednego z palców
dostrzegłam misternie wyrzeźbiony i wypolerowany kawałek drewna.
Drewna, które się zginało.
Przez głowę przeleciało mi słowo niebezpieczeństwo. Uniosłam puszkę z łyżkami, a brwi portiera wygięły się w łuk. Nieznacznie cofnęłam ramię.
- Czego chcesz?
- Nie sądzę, żebym był tu z twojego powodu, chyba że wcześniej ukrywałaś
ten kapelusz pod spódnicą. - Dotknął liliowej falbanki. - Szukam
właścicielki tego... czegoś. Młodej damy, która podpisała kontrakt.
Chodziło mu o Zosę.
- Tu jej nie ma.
Nieprzekonany wszedł do kuchni. Za blisko. Rzuciłam puszkę w kierunku
jego głowy. Nie trafiłam, puszka uderzyła w ścianę, a na barki spadł mu
deszcz drewnianych łyżek.
- Wyśmienity rzut. - Wyciągnął łyżkę zza kołnierza. - Lubię dobrą
zabawę, ale teraz nie ma na to czasu. Przyszedłem, aby zabrać
właścicielkę kapelusza do hotelu.
- Kim jesteś?
- Nazywam się Bel. Gdzie ona jest?
Nie ufałam mu ani przez chwilę.
- Ona nigdzie z tobą nie pójdzie.
- Proszę, proszę, a więc jednak tu jest.
Ugryzłam się w język, by nie zakląć.
Portier odwrócił się w stronę wyjścia. Musiałam go powstrzymać.
Sięgnęłam pod blat do krojenia i wyciągnęłam gruby, zaśniedziały nóż.
Rzuciłam się do przodu i stanęłam pomiędzy mężczyzną a drzwiami. Jedną
ręką przytrzymując się futryny, wymierzyłam nóż w jego klatkę piersiową.
Przeszedł mnie dreszcz emocji.
- Nadal masz mnie za niemądrą dziewczynkę?
- Jak najbardziej.
- Cóż... Jeśli postąpisz o krok dalej, pożałujesz tego.
- Z pewnością.
Pstryknął drewnianym palcem. Rozległ się ledwo słyszalny trzask i z palca wysunęło się ostrze - nóż sprężynowy.
Mężczyzna skoczył ku mnie. Gdy przycisnął mnie do drzwi, moja broń z brzękiem wylądowała na podłodze. Twarz portiera znajdowała się zaledwie
parę centymetrów od mojej. Czułam jego oddech na mojej skórze. Gdyby w tym momencie ktoś wszedł do kuchni, mógłby mylnie zinterpretować całe
zajście.
Zarumieniłam się na tę myśl i spróbowałam się wyswobodzić, ale portier
dalej mocno mnie trzymał. Nie odrywając noża od mojego gardła, nachylił
się i powąchał powietrze przy mojej szyi. Zmarszczył nos.
- Czy w Durc nie ma mydła?
Odchyliłam się do tyłu i splunęłam mu w twarz. Wytarł podbródek o ramię.
Miejski zegar wybił wpół do dwunastej.
- Nie masz nic lepszego do roboty?
Zaklął. Jego ostrze zadźwięczało bliżej mnie.
- Nie mam zamiaru cię skrzywdzić.
- Szczerze w to wątpię.
- Posłuchaj. O północy twoja przyjaciółka i ja przejdziemy przez próg
hotelu. Dziewczyna podpisała kontrakt, czy ci się to podoba, czy nie.
Wtedy zobaczyłam w kącikach jego oczu coś, co doskonale znałam z własnego odbicia w lustrze: desperację. Z doświadczenia wiedziałam, że
zdesperowani ludzie podejmują kiepskie decyzje.
- W tym budynku jest nieskończenie dużo pokoi. W życiu nie znajdziesz
jej przed północą. Daj mi pracę, a zabiorę cię prosto do właścicielki
kapelusza.
Bel kopniakiem usunął kuchenny nóż z drogi i zbliżył się do mnie jeszcze
bardziej, tak że moje ramiona dotknęły ściany.
- Nie rozumiesz. Już prawie północ.
Wypowiedział słowo północ - godzinę odjazdu hotelu - z pietyzmem.
- Nie chcę cię skrzywdzić - dodał.
Wierzyłam mu. Nie chciał mnie skrzywdzić. Ale jego wzrok mówił mi, że
jest gotów to zrobić.
- Czy jeśli jej nie przyprowadzisz, czeka cię kara? - spytałam.
Musiał istnieć jakiś powód, dla którego był gotów ryzykować powrót na
czas, aby znaleźć Zosę.
- Nic z tych rzeczy. Nie uważasz jednak, że nieładnie byłoby odmówić
dziewczynie posady?
Nie do wiary.
- Po tym, jak sam ostrzegłeś mnie przed hotelem, jak może obchodzić cię
to, czy moja siostra będzie w nim pracować?
- Twoja siostra? - podchwycił. - Nie, ona mnie, nie obchodzi.
- Jeśli to prawda, to mi też daj pracę.
- Nie.
- Więc zostaw nas w spokoju.
Z gardła Bela dobył się głęboki warkot.
- Dosyć. Muszę ją znaleźć, a to znaczy, że musisz zejść mi z drogi.
Jednym ramieniem objął moje plecy, drugie owinął wokół szyi, a kciukiem
złapał za naszyjnik maman tak mocno, że o mało go nie zerwał.
Rzuciłam się na niego z pazurami. Moje palce pociągnęły za coś twardego
w okolicy obojczyka. To coś mnie poraziło i złapałam się za nadgarstek.
Spod jego marynarki wysunął się drobny łańcuszek z kluczem. Nigdy
przedtem nie dotykałam niczego magicznego, ale nie było innego
wyjaśnienia na to, co poczułam. Nie mogłam tego zrozumieć - wszyscy
wiedzieli, że magia płynie w krwi suminariuszy, a nie w przedmiotach.
Portier musiał w jakiś sposób zaczarować ten klucz.
- Jesteś suminariuszem? - zapytałam.
Usta Bela wygięły się w szelmowskim uśmiechu, a ja poczułam ucisk w żołądku. Chłopak schował klucz pod koszulę i zerknął na moją dłoń, wciąż
zaciśniętą wokół nadgarstka.
- Daj mi posadę - ponowiłam.
Na szczęście słowa, które wyszły z moich ust, brzmiały odważniej, niż
czułam się w rzeczywistości.
Tym razem jego twarz przybrała dziwny wyraz, jak gdyby rzeczywiście to
rozważał.
- Często bywasz tak okropnie uparta?
- Dla ciebie zawsze. - Rozochocona pokazałam mu zęby. - Weźmiesz mnie ze
sobą?
- To nie takie proste. Nie mam atramentu, a nikt nie może dostać się do
środka bez podpisanego kontraktu lub zaproszenia.
Moje źrenice się powiększyły.
- A co, jeśli jestem w stanie dostać się do środka?
- Jak niby miałabyś to zrobić?
- Z zaproszeniem.
Uwolnił mnie z uścisku.
- Pokaż mi zaproszenie, a obiecuję, że zjem to falbaniaste paskudztwo,
które nazywasz kapeluszem.
- Daj mi pięć minut. Możesz zacząć szukać widelca.
- Masz minutę.
Popędziłam po schodach do bawialni na trzecim piętrze. Zerwałam
oprawione w ramę zaproszenie znad kominka, zbiłam szybkę i wyciągnęłam
świstek papieru. Czym prędzej zbiegłam do kuchni i pomachałam nim przed
twarzą Bela, nie mogąc złapać tchu.
- Czy to wystarczy?
Wyrwał mi zaproszenie.
- Ile lat ma to coś?
- Czy to wystarczy?
- Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś próbował wejść z tak starym
zaproszeniem. - Oddał mi je. - Gdzie więc jest twoja siostra? Powinniśmy
byli wyjść jakieś dziesięć minut temu.
Krew pulsowała mi w żyłach.
- Dasz mi pracę?
- Wygląda na to, że nie mam wyboru.
Tyle tylko, że miał. Jednak z jakiegoś powodu nie chciał opuścić tego
miejsca bez Zosy. Utkwił wzrok w zaproszeniu.
- Jeśli dotrzemy do hotelu i uda ci się wejść do środka za pomocą tego
czegoś, zostaniesz zatrudniona na próbę.
- To znaczy?
- Będziesz pracować bez wynagrodzenia przez dwa tygodnie, czyli tyle,
ile trwa pobyt gości. Jeśli udowodnisz, że na to zasługujesz,
zostaniesz.
- Za dziesięć dublonów tygodniowo?
- Pięć.
Mniej niż Zosa. Ale nadal więcej niż zarabiałam teraz.
- A więc mój los będzie zależał od ciebie?
- Niech zgadnę, to dla ciebie problem.
- Wcale nie - wydusiłam przez zaciśnięte zęby. - A co, jeśli coś pójdzie
nie tak?
- Wylecisz z pracy.
To oznaczało, że zostanę odesłana z powrotem. Bez wypłaty i bez Zosy.
- To bardzo hojna oferta.
- Z pewnością.
Trzy lata temu przyszłam do Garbarni Fréllac, desperacko poszukując
pracy. Ze względu na wiek zatrudniono mnie na próbę, a dopiero po jakimś
czasie na stałe. Oferta Bela była podobna. To mogło się udać. Spojrzałam
w górę.
- Czy mogę ci ufać?
Równie dobrze mógł kłamać.
- Jestem niezwykle wiarygodny.
- I ja mam w to wierzyć?
- To już zależy od ciebie.
Jakże chciałam, żeby była tu maman. Wiedziałaby, co robić.
- Przyrzeknij na swoją matkę - wymyśliłam naprędce.
Na moment na jego twarzy pojawił się ból.
- Nie pamiętam swojej matki.
- Och... Przykro mi - wybąkałam i poczułam nagłe ukłucie w piersi. Sama
nie miałam prawie żadnych wspomnień o swoim ojcu. Mój wzrok spoczął na
kluczu.
- Wobec tego przysięgnij na swoją magię.
- Dobrze. Przysięgam na moją magię, że dam ci pracę. A teraz musimy
biec, jeśli mamy zdążyć na czas.
Wyobraziłam sobie, jak razem z Zosą opuszczamy hotel w Aligney,
nareszcie wracając do domu. Gdy zachichotałam, Bel posłał mi zdziwione
spojrzenie, po czym zasłonił mi usta dłonią. Zwróciłam się w kierunku
schodów i zatrzymałam. Jeśli będziemy biec, Zosa nie będzie w stanie
dotrzymać nam kroku.
- Musisz ją nieść - powiedziałam, wbiegając po schodach.
Bel był tuż za mną. Chwilę później zarzucił sobie Zosę na ramię jak
worek brukwi. Zbudzona zamrugała, szarpiąc się, dopóki szeptem nie
przedstawiłam jej naszego planu.
- Kto to jest? - zapytała bezgłośnie, po czym wskazała brwiami na plecy
Bela.
Boże.
- Przestań.
Dałam jej prztyczka w nos.
Bel spojrzał na nas obie.
- O co chodzi? - spytałam.
- Ty naprawdę nie pozwoliłabyś mi jej zabrać samej.
W jego głosie dało się słyszeć zdziwienie.
- Jak sam stwierdziłeś, jestem okropnie uparta.
Jego usta zadrżały, jak gdyby powstrzymywał się od uśmiechu.
- Tylko nie zgub zaproszenia, dopóki nie przejdziesz przez drzwi -
powiedział i ruszył korytarzem.
Worek Zosy, wypełniony rzeczami maman z czasów, gdy uczyła muzyki,
nadal leżał na podłodze. A w nim perłowe kolczyki.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że Zosa już wkrótce zaśpiewa przed prawdziwą
publicznością, o czym od zawsze marzyła. Okazało się, że te wszystkie
lata, kiedy ledwo wiązałyśmy koniec z końcem, miały swój cel.
Przez kilka miesięcy zaoszczędzimy na tyle dużo, aby spokojnie przeżyć
parę lat w Aligney. Najpierw jednak będziemy podróżować z hotelem,
zobaczymy trochę świata. Wydawało się to zbyt piękne, żeby było
prawdziwe.
- Możesz się pospieszyć? - zawołał Bel.
Zaskrzypiała podłoga. Dziewczęta zaczynały się budzić.
Dźwignęłam obleziony przez pająki płócienny worek Zosy i pobiegłam za
portierem niosącym moją siostrę.
Rozdział 4
- 4 -
Maman powiedziała kiedyś, że prawdziwy dar zawsze się ujawni. Kiedy
skończyłam jedenaście lat, w końcu zrozumiałam, co miała na myśli.
Festiwal zbiorów w Aligney, znany jako F?te de la Moisson, zawsze
odbywał się na początku jesieni. Dorośli popijali vin de framboise pod
gwiazdami i wymieniali się plonami późnego lata, a uczniowie maman
dawali występy, aby uzbierać datki na szkołę muzyczną.
Tamtego roku Zosa błagała, żeby móc wystąpić podczas festiwalu. "Jeszcze
nie teraz, ma petite p?che", napominała maman. "Jesteś za mała,
brzoskwinko". Ja jednak uważałam, że moja siostra była na tyle dobra,
aby móc zarobić kilka dublonów, za które chciałyśmy kupić puszkę
karmelków wypatrzoną w witrynie sklepowej. Zawinięte w złotą folię
wyglądały bajecznie, a pod etykietą skrywały krótką, ekscytującą
historyjkę. Zdeterminowana, by je mieć, wplotłam wstążki we włosy Zosy i zabrałam ze spiżarki skrzynkę na jabłka. Po zachodzie słońca
pomaszerowałyśmy na skraj miasteczka, gdzie odbywał się festiwal.
Wystawcy stali za swoimi kunsztownie pomalowanymi kramami, oświetlanymi
przez migoczące światła latarenek ozdobionych wyrzeźbionymi scenami z baśni. Ogarnął mnie wstyd z powodu naszej starej skrzynki i o mało nie
zawróciłam. Jednak Zosa się na to nie zgodziła, a w moje dłonie wbijały
się drzazgi, gdy taszczyłam tę okropną skrzynkę. Nie chciałam, żeby
okazało się, że dźwigałam ją na próżno.
Unikając maman, zakradłyśmy się za ostatnie stoiska, na których
rozkładali się wystawcy przyjeżdżający jako ostatni. Rozpoznałam madame
Durand, układającą na blacie stos z bakłażanów ze swojego ogródka. Gdy
wykopywałam na boki kamienie, aby zrobić dla nas miejsce, zadarła swój
czerwonawy nos do góry. Przed naszym stoiskiem wystawiłam plakat
zachęcający do wpłat, który sama namalowałam, i pusty słoik po mące.
Stara madame Durand prychnęła z kpiną, a we mnie aż zawrzało. Za to Zosa
zupełnie ją zignorowała. Wskoczyła na skrzynkę i zaczęła śpiewać tak
pięknie, że wszyscy przerwali swoje zajęcia, aby jej posłuchać.
Słuchałam śpiewu Zosy od tak dawna, że jej głos w moich uszach brzmiał
równie zwyczajnie, jak jej chrapanie, ale otaczający nas ludzie
reagowali na niego zupełnie inaczej. Wokół nas zebrał się mały tłumek.
"Śpiewa jak słowik! To anioł! Co za niezwykła kruszyna!", szemrali
między sobą. Wtedy zjawiła się maman, zasłaniając dłonią usta.
"To koniec", pomyślałam. "Wyciągnie nas stąd za uszy". Ale dłoń maman
opadła, ukazując uśmiech. W jej oczach lśniły łzy, a ja roześmiałam się
z ulgą, także na dźwięk dublonów wpadających do słoika po mące. Wszystko
za sprawą mojej siostry.
Często zastanawiałam się, czy Zosa pamięta tamten dzień i czy był dla
niej tak samo ważny jak dla mnie. Dziś, wiele lat później, stałyśmy w obliczu nagrody dalece przewyższającej wypełniony monetami słój po mące.
Księżyc spowił Hotel Magnifique poświatą z lśniącego srebra. Bel
otworzył polakierowane na czarno drzwi. Światła zdawały się ostrzejsze
niż przedtem. Ściskając w dłoniach zaproszenie, wysunęłam palce nad
progiem. Nie wyczułam niewidzialnej ściany.
- Witaj, podróżująca!
Przesadnie ożywiony kobiecy głos zadźwięczał mi w uszach.
- Kto to był?
Bel posłał mi znaczące spojrzenie.
- Czy możesz przestać wszystko utrudniać? Może i trzymasz worek
bezwartościowych gratów, ale ja za to niosę osóbkę o wyjątkowo
wystających kościach.
Gdy dalej stałam w miejscu, popchnął mnie do przodu i potknęłam się o próg. Otworzyłam usta, żeby się poskarżyć, ale nie dobyły się z nich
żadne słowa. Zniknął rybi zapach, a w jego miejsce pojawiła się woń
kwiatów z pomarańczową nutą. No i ten widok...
Budynek nie zmieściłby się ani w starej alei, ani w miejscu pięćdziesiąt
razy większym.
Hotel był wielki niczym pałac.
W tylnej części parteru piętrzyły się kolosalnych rozmiarów schody. Z pułapu zwisały wypełnione świecami kule przypominające świecące
winogrona. Nad nimi każdy milimetr sufitu zdobiły złote listwy i filigranowe sylwetki zwierząt, zaś ściany wokół były udekorowane
tapetami we wzór z ciemnych kwiatów. Gdy się im przypatrywałam, płatki
powiewały jak na wietrze.
Było tego tyle, że ledwo obejmowałam wszystko wzrokiem.
Wokół całej sali znajdowały się przepierzenia ze szkła rtęciowego, które
tworzyły przytulne kąciki wypoczynkowe, wyściełane różowymi poduszkami z frędzlami. W jednym z tak wydzielonych miejsc stały gigantyczne szachy,
a realistycznie wyglądające królowe ubrane były w zwiewne tuniki jak
boginie.
W szeregu wnęk wzdłuż tylnej ściany mieściły się obite pluszem loże.
Zawiesiłam wzrok na trzech ogromnych fotelach w kształcie księżyca,
które znajdowały się przy drzwiach. Emanowały blaskiem i kołysały się,
wisząc w powietrzu.
Stojący obok nich rząd wózków bagażowych ciągnął się do okazałej
recepcji. Choć nikt jej nie obsługiwał, powierzchnię blatu zajmował
kilkupiętrowy tort przybrany płatkami róż, obok którego stała wieża z pieczołowicie umieszczonych jeden na drugim kieliszków do szampana.
Wstrzymałam oddech, gdy w najwyżej położonym kieliszku zamusował płyn i zaczął wylewać się na boki. Wkrótce na blacie recepcji z jeszcze przed
chwilą pustych kieliszków lała się magiczna fontanna szampana.
Za nią rozciągał się najwspanialszy widok ze wszystkich: gigantyczna,
sięgająca sufitu szklana kolumna, w której zamknięto coś na kształt
ogrodu.
Światło księżyca sączyło się pomiędzy białymi pnączami, rosnącymi aż do
punktu, w którym kolumna stykała się z galerią na drugim piętrze. Wysoko
w górze wielki ptak sfrunął na gałąź, na której siedziały inne ptaki.
Kolumna okazała się olbrzymich rozmiarów wolierą, która pięła się w górę
przez sam środek hotelu.
W niektórych sklepach na bulwarze Marigny można było zobaczyć egzotyczne
ptaki w klatkach. Zosę bawił sposób, w jaki stroszyły swoje kolorowe
pióra. Jednak grube szkło woliery na poziomie lobby nie pozwalało
przyjrzeć się dokładnie jej wnętrzu. To, co trzymano w środku, z pewnością nie przypominało ptaków w Durc.
Zatrzasnęły się drzwi frontowe. Obróciłam się i zahaczyłam rękawem o gałąź drzewa pomarańczowego, które wyrastało wprost z podłogi. Jego
grube korzenie wiły się ku górze, krusząc fragmenty marmuru. Z gałęzi
zwisały liście o woskowej powierzchni i lśniące pomarańcze, które
wydawały się śliskie w dotyku. Zaintrygowana, dotknęłam jednej z nich.
Owoc się zakołysał.
- Nie ruszaj ich - powiedział Bel.
Postawił Zosę na podłodze i z przerażeniem na twarzy przesunął wzrokiem
od mojej szyi po zaproszenie madame Bézier.
- Coś nie tak?
- Starzejesz się.
Podniosłam dłoń i nie mogłam pojąć tego, co zobaczyłam. Moja skóra była
obwisła. Moje knykcie przebijały sflaczałe ciało. Przebiegłam palcami po
obojczykach, wzdrygając się przy dotyku skóry zwisającej tam, gdzie
powinna być napięta. Moje nadgarstki pokryły się starczymi plamami. A przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zmieniły koloru na czarny i nie
zaczęły piec, gnić i wydzielać cieczy. Kiedy z jednej z ran wypełza
dorodna larwa, poczułam, jak zbiera mi się na wymioty.
Wcale się nie starzałam. Rozkładałam się niczym zepsuta ryba na słońcu.
- Jani, co się dzieje? - Zosa przysunęła się do mnie.
- Nie podchodź - wychrypiałam.
Moja obwisła skóra zadrżała. W tym tempie w ciągu kilku minut będę
trupem.
Nim się spostrzegłam, Bel ruszył pędem przez lobby. Ostry skurcz
przeszył mój bok. Potknęłam się i przewróciłam pomarańczowe drzewo.
Jedna z pomarańczy oderwała się, uderzyła o podłogę i roztrzaskała na
kawałki. Nawet będąc w obecnym stanie, zmarszczyłam brwi. Owoce przecież
nie mogły rozpadać się w ten sposób.
Uderzyła mnie kolejna fala bólu i opadłam na kolana. Bel wrócił chwilę
później z arkuszem pergaminu. Był to kontrakt.
- Zrób coś - jęknęłam.
Zosa załkała.
Bel położył przede mną kontrakt i kałamarz z purpurowym atramentem.
Jednym ruchem sprężynowego noża nakłuł mój kciuk i skierował kapiącą
krew do kałamarza w chwili, gdy zegar na placu w Durc zaczął wybijać
północ.
Nim wybrzmiał po raz ósmy, zdołałam podpisać się pełnym imieniem i nazwiskiem. Tuż przed dziesiątym wybiciem dzwonu Bel zaczął wertować
strony jakiejś wielkiej księgi przy wejściu. Następnie wyciągnął swój
klucz na łańcuszku i wsunął go w zamek drzwi. Po wszystkim stanął z czołem opartym na ich czarnym lakierze, a mięśnie jego pleców wznosiły
się i opadały. Zegar zadzwonił po raz jedenasty.
Nie byłam w stanie spojrzeć na swoje dłonie, a raczej na to, co z nich
zostało. Siedziałam więc, oszołomiona, czekając na dwunaste wybicie
zegara. Ale ono nigdy nie nastąpiło.
Bel ukucnął i utkwił we mnie wzrok. Nim jego głowa opadła na skrzyżowane
ramiona, zdołałam dojrzeć cień uśmiechu.
- Witamy z powrotem.
- Rzeczywiście - potwierdziła ze zdumieniem Zosa.
Dotknęłam swojej szyi i policzków. Skóra już z nich nie zwisała.
- Następnym razem, gdy jakaś inna mądralińska będzie usiłowała dostać
się do środka ze starym zaproszeniem, przypomnij mi proszę, że to
fatalny pomysł - powiedział Bel, ale byłam zbyt poruszona, aby dać się
sprowokować.
- Jest po północy. - Zosa skoczyła na równe nogi i podbiegła do
najbliższego okna, aby spróbować zajrzeć za zaciągnięte zasłony.
- Nie jesteśmy już w tej alei w Durc, prawda? - zapytałam Bela.
Jego brwi złączyły się w jedną linię.
- Jesteśmy w jakiejś alei. - Podniósł się i zrobił krok w moją stronę,
ale zatrzymał się, gdy nastąpił na jeden z odłamków pomarańczy. - Zbiłaś
pomarańczę? Wygląda na to, że wykonywanie poleceń nie jest twoją
najmocniejszą stroną.
Posłałam mu pełne irytacji spojrzenie, ale on był już zajęty wyrzucaniem
pozostałych odłamków - pozbywaniem się wszelkich dowodów tego, co
zrobiłam. Potem zbadał mnie wzrokiem tak zawzięcie, jak nie badał mnie
jeszcze nikt, a już na pewno nie mężczyzna. Paliła mnie skóra. Bel
nachylił się ku mnie, ale mnie nie dotknął. Wziął za to do ręki
podpisany przeze mnie kontrakt i zaklął.
- Czy coś się nie zgadza?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki