Hotel Magnifique - Emily J. Taylor

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- PRO­LOG -

Kurierka dostała jedną krótką instruk­cję: dostar­czyć chłopca, nim wybije pół­noc. Pro­ste - tyle tylko, że zazwy­czaj dostar­czała prze­syłki w ciągu dnia, a nie małych chłop­ców w środku nocy.

Zle­ce­nie wią­zało się z sowitą zapłatą, ale nie dla­tego je przy­jęła. Zro­biła to, ponie­waż kie­ro­wała nią cie­ka­wość.

Zasta­na­wiała się, dla­czego to zamożne mał­żeń­stwo zwró­ciło się aku­rat do niej. Dla­czego ojciec chłopca odmó­wił zapi­sa­nia adresu, tylko wyszep­tał go jej na ucho, i dla­czego matka chłopca zano­siła się pła­czem. Naj­bar­dziej jed­nak zasta­na­wiało ją to, kto odbie­rze chłopca, skoro adres, pod który miała go dostar­czyć, nie był domem ani żad­nym fizycz­nym obiek­tem, lecz prze­strze­nią pomię­dzy dwoma budyn­kami - pustą alejką po dru­giej stro­nie mia­sta.

Chło­piec wyglą­dał cał­kiem zwy­czaj­nie, a jego gładka, mie­dziana cera była tylko o odcień ciem­niej­sza od jej wła­snej. Jed­nak gdy ruszyli, zwie­sił głowę, jak gdyby gęste nocne powie­trze kła­dło się cię­ża­rem na jego ramio­nach.

Kurierka wyce­lo­wała świa­tło latarni w mrok, odga­nia­jąc cie­nie z rosną­cym poczu­ciem nie­po­koju. Przy­po­mniały się jej opo­wie­ści dziadka - szep­tanki o magii kry­ją­cej się w róż­nych zakąt­kach tego świata i o dzie­ciach, które spo­tkał tra­giczny los.

Mimo że dawno wyro­sła z bajek, przy­spie­szyła kroku.

Gdy od celu dzie­liła ich tylko jedna prze­cznica, chło­piec zaczął się ocią­gać. Chwy­ciła więc go za chude ramię i cią­gnąc, prze­pro­wa­dziła go przez ostat­nią ulicę, po czym przy­sta­nęła.

Alejki nie było. W jej miej­scu stał dziwny, wydłu­żony, wci­śnięty w wąską prze­strzeń budy­nek, ide­al­nie wpa­so­wany pomię­dzy dwie roz­pa­da­jące się kamie­nice po bokach.

Z mroku przy wej­ściu do budynku wynu­rzyła się jakaś postać.

Kurierka prze­cią­gnęła chłopca za sie­bie.

- Czy to tobie mam dostar­czyć dziecko?

Postać, kim­kol­wiek była, unio­sła w górę długi, cienki przed­miot. Zapło­nęła krwi­sto­czer­wona świeca, roz­świe­tla­jąc nie­bie­skie oczy i bladą twarz mło­dego męż­czy­zny.

Kurierka szu­kała wzro­kiem zapałki, która wyja­śni­łaby poja­wie­nie się pło­mie­nia; nie da się prze­cież ot tak zapa­lić świecy. Chyba że...

Z jej koniuszka spły­wały kłęby poły­sku­ją­cego zło­tego dymu. Roz­lał się na ulicę, owi­ja­jąc się wokół kurierki jak wąż. Maleń­kie kule gazu brzę­czały i migo­tały jak ważki albo dro­binki kurzu odbi­ja­jące blask księ­życa. Albo coś jesz­cze innego. Zapach­niało olej­kiem mię­to­wym, potem palo­nym cukrem, jakby ktoś zapo­mniał o bul­go­czą­cym w garnku kar­melu, po nich zaś nad­gni­łymi cytru­sami.

Męż­czy­zna prze­szedł przez złoty dym i wziął chłopca za rękę niczym ojciec. Chło­piec przez chwilę stał w pół­kroku, potem jed­nak dobro­wol­nie odszedł wraz z męż­czy­zną w kie­runku wąskiego budynku.

Kurierka przy­ci­snęła dłoń do piersi i poczuła, że jej serce bije ury­wa­nym ryt­mem, moc­niej niż kie­dy­kol­wiek. Wszystko było nie tak. Rzu­ciła się, by powstrzy­mać męż­czy­znę, ale złoty dym owi­nął się wokół jej kostek, krę­pu­jąc jej ruchy. Otwo­rzyła usta, żeby krzyk­nąć, ale nie dobył się z nich żaden, nawet naj­słab­szy dźwięk.

W chwili, gdy męż­czy­zna przy­sta­nął na progu budynku, dziew­czyna zła­pała się za gar­dło. Z prze­ra­że­niem patrzyła, jak uśmie­cha się, obna­ża­jąc ostre zęby, a potem przy­kuca, zbli­ża­jąc swą nie­zwy­kłą twarz do twa­rzy chłopca.

- Chodź - powie­dział. - Mam dla cie­bie ide­alną pracę.

Męż­czy­zna otwo­rzył drzwi i wepchnął dziecko do środka.

W momen­cie, gdy zamknęły się za nimi drzwi, dym roz­pły­nął się w powie­trzu. Po chwili wysiłku kurierka znów była w sta­nie poru­szać sto­pami. Pod­bie­gła w stronę budynku, by zaraz gwał­tow­nie się zatrzy­mać, bo oto na jej oczach cały gmach znik­nął, zosta­wia­jąc po sobie jedy­nie pokrytą prze­ro­śnię­tymi chwa­stami i spo­witą mro­kiem aleję.

Rozdział 1

- 1 -

Moją sio­strę czę­sto naj­pierw było sły­chać, a dopiero póź­niej widać. Tak też było tam­tego wie­czora. Miękki głos Zosy dobie­gał przez otwarte okno stan­cji u madame Bézier. Przy­po­mi­nał głos naszej matki - przy­naj­mniej do chwili, gdy Zosa zain­to­no­wała spro­śną rymo­wankę, porów­nu­jącą wraż­liwą część męskiej ana­to­mii do pew­nego owocu.

Wśli­zgnę­łam się do środka. W tłu­mie loka­to­rek stan­cji nikt nie zwró­cił na mnie uwagi. Dwie młod­sze dziew­czyny uda­wały, że tań­czą z nie­wi­dzial­nymi part­ne­rami, jed­nak wszyst­kie pozo­stałe wle­piały wzrok w moją sio­strę, naj­bar­dziej uta­len­to­waną ze wszyst­kich.

Pokoje na stan­cji u madame Bézier były wynaj­mo­wane szcze­gólny rodzaj dziew­cząt. Pra­wie każda z nich miała zaję­cie sto­sowne dla jej wul­gar­nego języka: pra­co­wały na drugą zmianę w fabryce lub w kuchni bądź na dowol­nym innym nisko­płat­nym sta­no­wi­sku w vieux quais - na sta­rym nabrzeżu w Durc. Sama pra­co­wa­łam w Gar­barni Fréllac, gdzie kobiety krzą­tały się nad garn­kami stward­nia­łego ałunu i kubłami barw­ni­ków. Zosa była inna.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego! - wykrzyk­nę­łam, gdy skoń­czyła śpie­wać.

- Jani! - Zosa aż pod­sko­czyła.

Jej olbrzy­mie brą­zowe oczy błysz­czały na tle bla­dej, oliw­ko­wej, o wiele za szczu­płej twa­rzy.

- Zja­dłaś kola­cję?

Zosta­wi­łam jej coś, nim wyszłam, ale przy tylu współ­lo­ka­tor­kach jedze­nie czę­sto zni­kało.

- Tak. Nie musisz co wie­czór mnie o to pytać - burk­nęła.

- Oczy­wi­ście, że muszę. Jestem twoją star­szą sio­strą. To moja życiowa misja.

Zosa zmarsz­czyła nos, a ja dałam jej w niego prztyczka. Pogrze­ba­łam w tor­bie i wyło­wi­łam z niej gazetę, która kosz­to­wała mnie połowę dniówki, i wci­snę­łam ją Zosie do ręki.

- Twój pre­zent, madame.

Tu, w Durc, uro­dziny nie były świę­tem obsy­pa­nym cukrem-pudrem; musia­ły­śmy na nie ciężko zapra­co­wać, przez co ceni­ły­śmy je wyżej niż złoto.

- Gazeta?

- Sprawdź dział ogło­szeń. - Otwo­rzy­łam dzien­nik z prze­bie­głym uśmiesz­kiem.

Wewnątrz znaj­do­wały się oferty zatrud­nie­nia w skle­pach z suk­niami wie­czo­ro­wymi, w ciast­kar­niach i per­fu­me­riach, na sta­no­wi­skach, na które ni­gdy nie przy­jęto by trzy­na­sto­latki, która nie wyglą­dała na wię­cej niż dzie­sięć lat. Na szczę­ście to nie o nie mi cho­dziło.

Pomi­nę­łam je i wska­za­łam pal­cem ogło­sze­nie, które poja­wiło się we wszyst­kich gaze­tach w mia­steczku zale­d­wie godzinę wcze­śniej.

Atra­ment miał jaskrawy, pur­pu­rowy kolor, jak krwi­ste maki w Ali­gney albo gnie­ciony ame­ty­stowy welur. Wyróż­niał się niczym świa­tło latarni na tle morza czerni i bieli.

Dziew­częta zgro­ma­dziły się wokół nas i wszyst­kie pochy­la­ły­śmy się nad pur­pu­ro­wym tuszem, który skrzył się bla­skiem dorów­nu­ją­cym oszli­fo­wa­nemu kamie­niowi księ­ży­co­wemu.

W ogło­sze­niu nie podano adresu. Słynny hotel go nie potrze­bo­wał. Zja­wiał się z grub­sza co dzie­sięć lat w tej samej sta­rej alejce śród­mie­ścia. Teraz było tam pew­nie całe mia­sto, naiw­nie cze­ka­jąc na szansę na pobyt w nim.

Wiele lat temu, kiedy hotel zja­wił się tu ostat­nim razem, więk­szość zapro­szeń dorę­czono kilka dni wcze­śniej wyłącz­nie do naj­bo­gat­szych miesz­kań­ców mia­sta. Dzień przed przy­by­ciem hotelu kilka dro­go­cen­nych zapro­szeń otrzy­mały przy­pad­kowe osoby z tłumu. W gro­nie tych szczę­śliw­ców zna­la­zła się nasza gospo­dyni, Minette Bézier.

Tam­tego dnia o pół­nocy goście weszli do hotelu i znik­nęli wraz z całym budyn­kiem. Wyszli z niego dwa tygo­dnie póź­niej, poja­wia­jąc się zni­kąd w alejce.

Zadrgały mi palce, gdy wyobra­zi­łam sobie, że łamię pie­częć na moim zapro­sze­niu. Jed­nak nawet gdyby się nam poszczę­ściło i zdo­by­ły­by­śmy je, na­dal musia­ły­by­śmy opła­cić pokój, a nie nale­żały one do naj­tań­szych.

Zosa ścią­gnęła brwi.

- Chcesz, żebym poszła na roz­mowę?

- Nie do końca. Na roz­mowę pójdę ja. Cie­bie zabie­ram na prze­słu­cha­nie na posadę śpie­waczki.

Minęły cztery lata, odkąd zabra­łam ją na pierw­sze prze­słu­cha­nie - nie poszło po naszej myśli i nie mogłam znieść ryzyka, że prze­ży­jemy to samo ponow­nie, dla­tego prze­sta­ły­śmy pró­bo­wać. Dziś jed­nak były jej uro­dziny, a do tego cho­dziło o ten Hotel Magni­fi­que. A to coś zupeł­nie innego. Ide­al­nego.

- Hotele zawsze potrze­bują śpie­wa­czek. To jak?

Odpo­wie­działa uśmie­chem, który poczu­łam w całym ciele, włącz­nie z pal­cami u stóp.

Jedna ze star­szych dziew­cząt wetknęła pukiel tłu­stych blond wło­sów za różowe ucho.

- To ogło­sze­nie to pod­pu­cha. To, że zatrud­nią któ­rąś z nas, gra­ni­czy z cudem.

Wypro­sto­wa­łam się.

- Wcale nie.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami i obró­ciła się na pię­cie.

- Rób­cie, co chce­cie. Ja na waszym miej­scu nie tra­ci­ła­bym czasu.

- Myślisz, że ma rację? - spy­tała Zosa, a jej deli­katna buzia wygięła się w pod­kówkę.

- Abso­lut­nie nie - odpo­wie­dzia­łam, może zbyt szybko.

Gdy zmar­twie­nie na twa­rzy Zosy się pogłę­biło, po cichu zaklę­łam i prze­su­nę­łam kciu­kiem po sta­rym naszyj­niku naszej matki.

Nic nie­warty łań­cu­szek wyko­nany był z wer­da­ne­ryj­skiego, twar­dego jak stal złota. Maman zwy­kła żar­to­wać, że mój krę­go­słup jest zro­biony wła­śnie z niego. Czę­sto się­ga­łam po wisio­rek, kiedy potrze­bo­wa­łam jej rady odno­śnie Zosy. Nie żeby kie­dy­kol­wiek mi jej udzie­liła - ciężko ocze­ki­wać tego od zmar­łych matek.

- Hotel nie zamie­ściłby ogło­sze­nia, gdyby nikt nie miał szansy dostać pracy. Jutro poka­żemy im, na co nas stać. Kiedy odkryją, jakie jeste­śmy wspa­niałe, będziemy mogły na zawsze poże­gnać się z tym miej­scem.

Myśl ta roz­grzała mnie niczym roz­ża­rzony węgiel.

Gdy roz­pro­sto­wy­wa­łam jeden z ciem­nych loków Zosy, tak jak zazwy­czaj robiła to maman, trzę­sły mi się dło­nie.

- Pokażmy to ogło­sze­nie madame Bézier. Wie na temat hotelu wię­cej niż kto­kol­wiek.

Zosa przy­tak­nęła z bły­skiem w oczach. Zabra­łam gazetę z ogło­sze­niami z jej ręki i pode­rwa­łam się z miej­sca. Dziew­częta popę­dziły za mną na górę do mojego ulu­bio­nego pokoju, salonu na trze­cim pię­trze, w któ­rym, jesz­cze zanim madame Bézier kupiła cały budy­nek, zatrzy­my­wali się mary­na­rze. Pokój wypeł­niały półki pełne prze­sta­rza­łych map oce­anów i atla­sów odle­głych miejsc, które czę­sto prze­glą­da­łam.

Madame Bézier sie­działa przy kominku, opie­ra­jąc odziane w poń­czo­chy nogi o para­pet. Na zewnątrz deszcz nie­mi­ło­sier­nie chło­stał port w Durc, zmie­nia­jąc mia­sto, któ­rego nie cier­pia­łam, w mokrą plamę.

Usta kobiety zaci­snęły się na widok wdzie­ra­ją­cego się do pokoju tłumu dziew­cząt.

- O co cho­dzi tym razem?

Poda­łam jej stronę z gazety. Blask ognia padł na pur­pu­rowy atra­ment, a mina madame Bézier zrze­dła.

- Coś nie tak? - spy­tała dziew­czyna sto­jąca za mną.

Madame Bézier prze­nio­sła wzrok nad komi­nek, na opra­wiony w szkło kawa­łek per­ga­minu sprzed bli­sko dekady: jej zapro­sze­nie. W sła­bym świe­tle pur­pu­rowy atra­ment błysz­czał iden­tycz­nie jak w ogło­sze­niu.

- A więc Hotel Magni­fi­que powró­cił.

Otwo­rzyły się drzwi i do pokoju wci­snęło się jesz­cze kilka cie­kaw­skich dziew­cząt, które prze­py­chały się, aby móc rzu­cić okiem na to, co się dzieje.

- Sły­sza­łam, że do śnia­da­nia goście popi­jają płynne złoto z kie­lisz­ków do szam­pana - ode­zwała się któ­raś z nich.

W odpo­wie­dzi wtrą­ciły się kolejne, dzie­ląc się zasły­sza­nymi pogło­skami.

- Ponoć w podusz­kach nie ma pie­rza, tylko przę­dza z chmur.

- Sły­sza­łam, że hotel co noc trzy­krot­nie prze­mie­rza całą zie­mię...

- A ele­ganccy por­tie­rzy są w rze­czy­wi­sto­ści ksią­żę­tami z dale­kich kra­jów.

- Założę się, że rów­nie ele­gancko całują.

Dziew­czyna o beżo­wym odcie­niu skóry i rumia­nych policz­kach wyko­nała wul­garny ruch języ­kiem. Na szczę­ście uszedł on uwa­dze Zosy. Na jej twa­rzy zakwitł za to uśmiech.

Szkoda, że nie ist­niał żaden spo­sób, żeby prze­ko­nać się, czy pogło­ski są praw­dziwe. W chwili zamel­do­wa­nia w hotelu goście pod­pi­sy­wali kon­trakt, w któ­rym zrze­kali się wspo­mnień. Poza baga­żem jedyną rze­czą, z którą wra­cali, było poczu­cie obez­wład­nia­ją­cego szczę­ścia. Madame Bézier wyznała kie­dyś, że musiała okła­dać swoją obo­lałą od cią­głego uśmie­cha­nia się żuchwę lodem.

Zain­try­go­wana zer­k­nę­łam na naszą gospo­dy­nię. Miała zamglony wzrok, jak gdyby powrót hotelu przy­wró­cił jej wspo­mnie­nia. Otwo­rzy­łam usta, aby o to zapy­tać, jed­nak Zosa mnie ubie­gła.

- Czy widziała pani maître'a?

Maître d'hôtel, wła­ści­ciel i zarządca hotelu, cie­szył się rów­nie wielką sławą, co sam hotel.

Madame Bézier ski­nęła głową z zado­wo­le­niem.

- Hotel zja­wił się w Durc, kiedy byłam jesz­cze mło­dym i ład­nym dziew­czę­ciem. Maître miał na twa­rzy naj­szer­szy uśmiech, jaki w życiu widzia­łam. Dosłow­nie błysz­czał, wita­jąc zgro­ma­dzone tłumy. Potem zerwał z powie­trza kwiat i rzu­cił w moją stronę. - Madame Bézier wyko­nała ruch, jakby łapała malutki kwiat. - Pach­niał niczym cia­sto z jago­dami, a potem roz­pły­nął się w moich dło­niach. Minęła ponad dekada, zanim hotel zja­wił się ponow­nie, a przez ten czas maître ani tro­chę się nie zmie­nił.

- Miał na sobie ten sam strój? - zapy­tała któ­raś z dziew­cząt.

- Nie, głup­ta­sie. Wyglą­dał tak samo. Ta sama twarz. Ten sam urok. Nie zesta­rzał się nawet o dzień. Nic dziw­nego - w końcu to naj­po­tęż­niej­szy sumi­na­riusz na świe­cie.

Dziew­częta wes­tchnęły na dźwięk tego słowa: sumi­na­riusz w daw­nym języku wer­da­ne­ryj­skim ozna­czał cza­ro­dzieja.

Poza hote­lem sumi­na­riu­sze sta­no­wili ogromne zagro­że­nie. Mówiło się, że magia wzbiera w ich krwi w okre­sie doj­rze­wa­nia i eks­plo­duje z nie­okieł­znaną mocą, która może zra­nić - lub zabić - każ­dego, kto w tym cza­sie znaj­duje się w pobliżu.

Nie­któ­rzy twier­dzili, ze magia wylewa się z nosa dziecka, two­rząc ciemny obłok. Inni, że przy­po­mina czarne jak smoła palce zaci­ska­jące się wokół dzie­cię­cego gar­dła. Do momentu eks­plo­zji nie spo­sób było odróż­nić zwy­kłego dziecka od sumi­na­riu­sza.

Rzecz jasna krą­żyły pogło­ski na temat zna­ków, jakich nale­żało wypa­try­wać. Wymie­niano cał­ko­wi­cie absur­dalne objawy, takie jak głód krwi czy czer­nie­jące języki. Mówiono, że nie­które dzieci mimo śmier­tel­nych ran wra­cały do żywych za sprawą magii, która, jak się oka­zy­wało, pły­nęła w ich żyłach. Nikt jed­nak nie był w sta­nie tego udo­wod­nić.

Nie­za­leż­nie od tego, jak było naprawdę, magia sta­no­wiła tak duże nie­bez­pie­czeń­stwo, że w Ver­danne przez wieki topiono lub palono na sto­sie dzieci, które podej­rze­wano o bycie sumi­na­riu­szami.

Jed­nak wewnątrz hotelu magia nie sta­no­wiła zagro­że­nia. Powszech­nie wia­domo było, że maître zacza­ro­wał sam budy­nek, dzięki czemu sumi­na­riu­sze, któ­rych zatrud­niał, mogli doko­ny­wać zadzi­wia­ją­cych czy­nów, nie raniąc przy tym nawet muchy. Nie wia­domo, jak udało mu się tego doko­nać, każdy jed­nak chciał prze­ko­nać się o tym na wła­sne oczy.

Nim któ­ra­kol­wiek z nas zdą­żyła zadać kolejne pyta­nie, madame Bézier kla­snęła w dło­nie.

- Już późno. Wszyst­kie do swo­ich pokoi.

- Chwi­leczkę - powie­dzia­łam. - Czy teraz, gdy hotel powró­cił, coś sobie pani przy­po­mniała? Czy jest on tak magiczny, jak wszy­scy mówią?

Gdy tylko wypo­wie­dzia­łam te słowa, poczu­łam się głu­pio, że zapy­ta­łam.

Ale madame Bézier nie zaśmiała się ani nie uznała tego za dziwne. Popa­trzyła za to tęsk­nym wzro­kiem na swoje stare zapro­sze­nie.

- Wiem z całą pew­no­ścią, że bar­dziej - odpo­wie­działa z nutką gory­czy.

Ja także była­bym roz­go­ry­czona, gdy­bym nie mogła przy­po­mnieć sobie naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cego okresu w moim życiu. Madame cisnęła ogło­sze­nie w ogień, po czym odsko­czyła do tyłu.

- Mon Dieu.

Papier zajął się ogniem, naj­pierw różo­wym, a następ­nie zie­lo­nym i szkar­łat­nym, prze­mie­nia­jąc komi­nek w olśnie­wa­jący pokaz tęczo­wych pło­mieni. Ogień wystrze­lił w górę i wypeł­nił komin, two­rząc spek­takl, który przy­ku­wał wzrok bar­dziej niż witryny skle­powe na bul­wa­rze Mari­gny.

- To magia - wyszep­tała Zosa.

Włosy zje­żyły mi się na karku. Nie bez powodu Hotel Magni­fi­que wzbu­dzał sen­sa­cję. W nor­mal­nym świe­cie magia była rzadka, nie­bez­pieczna, i nale­żało uni­kać jej za wszelką cenę. Jed­nak w hotelu było zupeł­nie odwrot­nie, a jutro, być może, będzie nam dane wresz­cie zoba­czyć ją na wła­sne oczy.

Rozdział 2

- 2 -

Następ­nego ranka wil­gotny wiatr z połu­dnia przy­wiał na stare nabrzeże śli­skie algi. Trzy­ma­jąc się za ręce, prze­śli­zgi­wa­ły­śmy się wzdłuż doków pomię­dzy roz­ła­do­wu­ją­cymi palety ryba­kami i mat­kami żegna­ją­cymi synów-żegla­rzy.

- Jani, spójrz - Zosa wska­zała na wpły­wa­jącą do portu barkę. - Myślisz, że to ta nasza?

- Trudno powie­dzieć.

Cztery lata temu, po śmierci naszej matki, wyda­łam nie­bo­tyczną ilość dublo­nów na prze­prawę podobną barką z Ali­gney, naszej nie­wiel­kiej, poło­żo­nej w głębi lądu wio­ski.

Podróż trwała pięć dni. Zosa spę­dziła ten czas, roz­my­śla­jąc o bibe­lo­tach, które można kupić w Durc, takich jak koron­kowe mitenki albo meta­lowe, pasia­ste pude­łeczka różu, któ­rym sma­ro­wała twarz maman. Mnie zaś przez całą drogę nie scho­dził uśmiech z twa­rzy. Wie­rzy­łam, że moje życie dopiero się zacznie.

Nasze odczu­cia ule­gły zmia­nie, gdy tylko opu­ści­ły­śmy pokład. Doki były pełne ludzi. Zosa miała wów­czas dzie­więć lat, więc kaza­łam jej trzy­mać się bli­sko mnie. Wtedy dotarło do mnie, że wszy­scy moi bli­scy albo nie żyją, albo zostali w Ali­gney. Zna­la­zły­śmy się zupeł­nie same w obcym mie­ście, wyłącz­nie z mojej winy.

Opusz­cze­nie domu było błę­dem. Dla­tego przez ostat­nie kilka mie­sięcy odkła­da­łam każdy grosz na podróż powrotną do Ali­gney. Jed­nak tempo, w jakim przy­by­wało oszczęd­no­ści, nie napa­wało opty­mi­zmem. Dzięki hote­lowi zapewne uda­łoby się nam wró­cić do domu o lata szyb­ciej.

Na tę myśl wstrzy­ma­łam oddech i mój umysł zalały wyraźne, cudowne wspo­mnie­nia domu. Nie­mal czu­łam nie­równe kocie łby, po któ­rych bie­ga­łam jako dziecko, a w brzu­chu tru­skawki, któ­rymi zaja­da­łam się latem, zry­wa­jąc je z obsy­pa­nych nimi krze­wów.

- Z drogi - wark­nęła blada kobieta, przy­trzy­mu­jąc etolę z wydro­wego futra i wyry­wa­jąc mnie z zamy­śle­nia.

Okrą­żyła nas, uwa­ża­jąc, aby za bar­dzo się nie zbli­żyć.

Zosa dotknęła dziur w swo­jej wyj­ścio­wej sukience.

- Pew­nie myśli, że wypeł­zły­śmy spod doków. Wszy­scy wyglą­dają dziś tak wytwor­nie.

Zdję­łam z głowy fal­ba­nia­sty, liliowy kape­lusz. Cho­ciaż wyglą­dał potwor­nie sta­ro­świecko, był naj­pięk­niej­szą rze­czą, jaką mia­łam. Pochy­li­łam się i nało­ży­łam go Zosie na głowę niczym koronę.

- Nikt nie wygląda rów­nie olśnie­wa­jąco jak my, madame - oświad­czy­łam, a na widok jej uśmie­chu uro­sło mi serce. - A teraz się pospieszmy. Sam maître d'hotel czeka na nas z pod­wie­czor­kiem.

Minę­ły­śmy stare doki i zna­la­zły­śmy się w cen­trum mia­sta. Z kra­wę­dzi dachów zwi­sały kaskady pur­pu­ro­wych cho­rą­gie­wek, a każdy próg zdo­biły różowe i zie­lone goź­dziki. Ni­gdy nie widzia­łam podob­nie świą­tecz­nego wystroju - wszystko ze względu na przy­by­cie hotelu.

- Ale tłum - zachi­cho­tała Zosa, gdy skrę­ci­ły­śmy w uliczkę nie­da­leko słyn­nej alei. - Nie widzę wła­snych stóp.

Musia­łam inter­we­nio­wać, żeby nie wpa­dła pod nogi dużej grupy ludzi.

- Jeśli nie będziesz uwa­żać, ktoś nastąpi ci na te piękne stópki i będzie płacz.

Zosa wyko­nała obrót.

- Trudno. Jest cudow­nie.

- Do momentu, aż stra­cimy się z oczu.

Myśl, że zgu­bię ją w tłu­mie, zawsze wypro­wa­dzała mnie z rów­no­wagi.

- Robisz wszystko, żeby uprzy­krzyć sobie dzień?

- Wyznaję zasadę, że czas na przy­jem­no­ści jest dopiero po obie­dzie - prze­ko­ma­rza­łam się.

- Naprawdę?

- Daj już spo­kój - powie­dzia­łam i pokie­ro­wa­łam ją na plac zaj­mo­wany przez arty­stów ulicz­nych w saty­no­wych kami­zel­kach i z twa­rzami ukry­tymi pod maskami z papier-mâché.

Zosa odsko­czyła do tyłu, gdy jedna z arty­stek w masce, na któ­rej nama­lo­wano kapiące krwawe łzy, wyrwała się naprzód z pie­śnią na ustach.

Sumi­na­riusz użył magii,

zamie­nił żonę w stos.

Żar stra­wił jej oczy i strza­skał kości -

Ach, marny był jej los!

Sły­sza­łam te słowa wiele razy. Sumi­na­riu­sze wciąż byli tema­tem wielu pie­śni i opo­wie­ści, nawet jeśli od dawna nikt ich nie widział. W ciągu ostat­nich dzie­się­cio­leci spo­ty­kano ich tak rzadko, że ludzie prze­stali uwa­żać magię za zagro­że­nie, zaczęła za to budzić ich cie­ka­wość; poluź­niono też wer­da­ne­ryj­skie prawo. Obec­ność hotelu tylko wzma­gała fascy­na­cję. Ludzie tak bar­dzo pra­gnęli doświad­czyć magii, że zapo­mi­nali o swo­ich lękach, tak jak zapo­mina się, że pośrodku pola można zgi­nąć od raże­nia pio­ru­nem.

- Myślisz, że zoba­czymy dziś jakie­goś sumi­na­riu­sza? - spy­tała Zosa.

- Oby tylko w środku, gdzie maître zapew­nia wszyst­kim bez­pie­czeń­stwo.

- Założę się, że maître jest bar­dzo przy­stojny.

- Przede wszyst­kim jest dla cie­bie za stary - wyce­dzi­łam i dałam jej prztycznka w nos. - Nie zatrzy­mujmy się.

Chwilę potem minę­ły­śmy dwóch męż­czyzn o brą­zo­wej skó­rze i pod­eks­cy­to­wa­nych uśmie­chach. Każdy z nich ści­skał grubą kopertę. Zapro­sze­nia.

- Tym razem mamy sze­ścioro zwy­cięz­ców! - roz­legł się okrzyk.

- Już ich wybrano?

Zrze­dła mi mina. Kon­kurs był spra­wie­dliwy - dzięki niemu każdy mógł mieć nadzieję na odwie­dze­nie hotelu. Mimo to poczu­łam ukłu­cie zazdro­ści, któ­rego nie potra­fi­łam się pozbyć. Nim zro­bi­łam kolejny krok, Zosa pocią­gnęła mnie za rękaw z taką siłą, że o mały włos nie wyrwała mi ręki.

- Hej!

- Czy możesz łaska­wie się odwró­cić? - Wska­zy­wała na coś pal­cem.

Wtedy go zoba­czy­łam.

Hotel spra­wiał wra­że­nie, jakby od zawsze był czę­ścią wąskiej alejki mię­dzy Apo­thi­ca­ire Riche­lieu i Maison du Thé. Jego fasadę pokry­wały drew­niane listwy, a poje­dyn­cza kolumna okien się­gała aż do pią­tego pię­tra. W środku nie mogło się mie­ścić wię­cej niż dzie­sięć cia­snych pokoi. Nad drzwiami wisiała deko­ra­cyjna tablica, która nie paso­wała do tego obskur­nego budynku. Wid­niały na niej dwa ozdob­nie zawi­jane, inkru­sto­wane masą per­łową wyrazy: HOTEL MAGNI­FI­QUE.

- Cie­kawe - skwi­to­wa­łam z nutą roz­cza­ro­wa­nia. Hotel niczym się nie wyróż­niał.

U szczytu budynku umiesz­czono poje­dyn­cze okrą­głe okno, dwa razy więk­sze od pozo­sta­łych, w któ­rym stało kilka suku­len­tów. Szczę­ścia­rze. Nie rozu­mia­łam tylko, jak prze­miesz­czały się z miej­sca na miej­sce. Ani jak robił to cały budy­nek.

Krą­żyły plotki o tym, że hotel odwie­dził każdy zaką­tek świata. Byłam dobra z geo­gra­fii - Ver­danne, naj­więk­sze pań­stwo na kon­ty­nen­cie, gra­ni­czyło z poszar­pa­nymi górami Ska­adi na pół­nocy i z tar­ga­nym wia­trem Pre­etem na wscho­dzie. Za nimi roz­ta­czały się więk­sze pań­stwa, a jesz­cze dalej oce­any z nie­skoń­czoną liczbą miejsc, które tylko cze­kały na odwie­dziny. Świat był roz­le­gły i nie­po­jęty, a jed­nak ten budy­nek prze­mie­rzył go w cało­ści.

Obie gwał­tow­nie wypro­sto­wa­ły­śmy się na dźwięk kobie­cego krzyku.

- To maître!

Przy wej­ściu stał młody męż­czy­zna.

- Widzia­łam, jak roz­da­wał zapro­sze­nia - cią­gnęła kobieta. - Wrę­czył róże pierw­szej zwy­cięż­czyni, która weszła do hotelu.

- Wie­dzia­łam! Jest wspa­niały - zachwy­cała się Zosa.

Musia­łam zmru­żyć oczy. Pro­mie­nie słońca padały pro­sto na niego, spra­wia­jąc, że lśnił niczym świeżo wybity dublon. Maître miał na sobie czarną libe­rię, która kon­tra­sto­wała z jego jasną kar­na­cją.

Madame Bézier miała rację. Naj­więk­szy sumi­na­riusz na świe­cie był nie­wiele star­szy ode mnie. Miał jakieś dzie­więt­na­ście, góra dwa­dzie­ścia lat. Był wręcz szo­ku­jąco młody. A przy­naj­mniej na takiego wyglą­dał.

W jakiś spo­sób męż­czy­zna ten zdo­łał zacza­ro­wać cały budy­nek i spra­wić, że sumi­na­riu­sze, któ­rych zatrud­niał, mogli bez­piecz­nie prak­ty­ko­wać magię, a goście bez­piecz­nie ją oglą­dać.

- Witamy. - Maître zerwał z powie­trza tuli­pan i wrę­czył go star­szej kobie­cie o brą­zo­wej skó­rze i sze­ro­kim uśmie­chu, kiedy ta dokuś­ty­kała do wej­ścia, ści­ska­jąc mocno swoje zapro­sze­nie. - Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie - powie­dział do mło­dej kobiety o ala­ba­stro­wej cerze, która także trzy­mała w dłoni zapro­sze­nie, a chwilę póź­niej: - Cóż za nie­sa­mo­wity kape­lusz, made­mo­iselle - zwró­cił się do jej córeczki, kiedy prze­cho­dziły przez drzwi tuż przed parą pod­eks­cy­to­wa­nych męż­czyzn.

Maître odchrząk­nął.

- Dzię­kuję wszyst­kim za przy­by­cie. Zapra­szam ponow­nie, gdy Hotel Magni­fi­que zjawi się następ­nym razem.

Męż­czy­zna pochy­lił się w wytwor­nym ukło­nie. Gdy się pod­niósł, spo­mię­dzy jego dłu­gich pal­ców wyło­niły się lilie. Pod­rzu­cił je do góry. Kwiaty prze­kształ­ciły się w maleń­kie ptaki, które roz­pły­wały się w poły­skli­wym pur­pu­ro­wym dymie z każ­dym ude­rze­niem skrzy­deł. Kiedy spoj­rza­łam w dół, maître'a nie było.

Nie­sa­mo­wite. W miej­scu, w któ­rym uprzed­nio stał, poja­wiła się lina blo­ku­jąca drzwi wej­ściowe i tabliczka o tre­ści: Wstęp tylko dla gości i per­so­nelu.

- Jak myślisz, czy prze­słu­cha­nia odby­wają się w środku? - zapy­tała Zosa.

- Nie mam poję­cia, ale zamie­rzam się tego dowie­dzieć.

Przyj­rza­łam się tabliczce z infor­ma­cją. Szyb­kie zaj­rze­nie do środka nie mogło zaszko­dzić.

- Pocze­kaj tu na mnie.

Prze­py­cha­jąc się łok­ciami przez tłum, weszłam po schod­kach i prze­śli­zgnę­łam się pod liną. Na poma­lo­wa­nych czar­nym lakie­rem drzwiach wygra­we­ro­wano trzy słowa nie więk­sze od kciuka: le monde entier.

Cały świat.

Słowa poru­szyły coś wewnątrz mnie, jakby mnie nawo­ły­wały.

Pocią­gnę­łam za klamkę i otwo­rzy­łam drzwi, ale nie spo­sób było cokol­wiek zoba­czyć. Zro­bi­łam krok naprzód. Jed­nak zamiast zna­leźć się w środku, zde­rzy­łam się z nie­wi­dzialną ścianą.

Pró­bu­jąc się wyco­fać, pod pal­cami poczu­łam coś, co wyda­wało się być war­stwą szkła wypeł­nia­jącą fra­mugę. A przy­naj­mniej tak sądzi­łam do czasu, gdy wysu­nęła się przez nie dłoń i zła­pała mnie za nad­gar­stek. Z krzy­kiem odkry­łam, że dłoń nale­żała do mło­dego por­tiera.

Zamru­ga­łam, pró­bu­jąc pojąć, jak to moż­liwe, że otwarte wej­ście było jed­no­cze­śnie ścianą, przez którą temu chło­pa­kowi udało się tak po pro­stu przejść.

Nie, nie chło­pa­kowi. Był zbyt wysoki, a pod jego libe­rią wyraź­nie ryso­wały się mię­śnie. Maître był pora­ża­jąco blady, za to ten młody męż­czy­zna był jego prze­ci­wień­stwem. Cie­pły, mie­dziany odcień skóry pod­kre­ślał jego żywe, brą­zowe oczy, które wła­śnie wpa­try­wały się we mnie kar­cąco.

- Czy mogę ci w czymś pomóc? - zapy­tał po wer­da­ne­ryj­sku, z akcen­tem, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam.

Spoj­rza­łam w górę na budy­nek hotelu i przy­po­mnia­łam sobie atlasy wypeł­nia­jące salon madame Bézier, kon­tury lądów, które obry­so­wy­wa­łam pal­cem. To, że tak stara budowla była w sta­nie podró­żo­wać tak daleko, wydało mi się nie­praw­do­po­dobne.

- Gdzie byli­ście wczo­raj? - spy­ta­łam.

- Minutę drogi stąd - odpo­wie­dział uprzej­mie męż­czy­zna.

Kiedy spró­bo­wa­łam zba­dać ścianę, zamknął drzwi.

- Tylko goście i per­so­nel mają wstęp do środka.

Ach tak. Prze­klęta tabliczka.

- Gdzie odby­wają się prze­słu­cha­nia?

- Chcesz sta­rać się o posadę w hotelu?

Wyda­wał się zasko­czony, przez co się nastro­szy­łam. Posła­łam mu prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie.

- Co w tym dziw­nego?

Oboje pod­sko­czy­li­śmy, gdy nagle drzwi do hotelu otwo­rzyły się na oścież. Na zewnątrz wyszła grupa gości. Na szyi niskiej, ciem­no­skó­rej kobiety bły­snął naszyj­nik z lapis lazuli. Za nią podą­żał gość o skó­rze tak jasnej, że pra­wie bia­łej, która w ciągu minuty spie­kłaby się w let­nim słońcu Durc.

Goście śmiali się, a za nimi uno­siła się zmy­słowa woń, od któ­rej zmię­kły mi kolana.

- Co to za zapach?

- Jaśmin pustynny. Nic szcze­gól­nego.

Na pewno nie okre­śli­ła­bym go tymi sło­wami. Mogła­bym zjeść go na deser.

- Jest prze­piękny. Skąd pocho­dzi?

- Nie­stety bar­dzo mi się spie­szy. Nie mam czasu zaba­wiać nie­mą­drych dziew­cząt.

- Par­don?!

- Wyję­łaś mi to z ust - powie­dział z prze­ką­sem, po czym spró­bo­wał mnie wymi­nąć.

Nie mogłam wejść do budynku sama i cho­ciaż por­tier dopro­wa­dzał mnie do szału, był jedy­nym pra­cow­ni­kiem poza maîtrem, któ­rego spo­tka­łam. Chwy­ci­łam go za ramię.

- Gdzie są prze­słu­cha­nia?

- Nie rozu­miesz, że jestem zajęty?

- Więc lepiej pospiesz się i odpo­wiedz.

Popa­trzył na mnie prze­cią­gle, po czym zba­dał wzro­kiem ulicę. Pró­bo­wa­łam namie­rzyć to, czego szu­kał, ale widzia­łam tylko tłum ludzi. Wstrzy­ma­łam oddech, kiedy odgar­nął lok z mojej szyi.

- Na twoim miej­scu poszedł­bym pro­sto do domu i uda­wał, że hotelu ni­gdy tu nie było - powie­dział ści­szo­nym gło­sem, po czym minął mnie i znik­nął w tłu­mie.

Rozdział 3

- 3 -

Przez następne dwie godziny nie mogłam prze­stać myśleć o por­tie­rze i o spo­so­bie, w jaki jego żywe spoj­rze­nie zda­wało się mnie oce­niać. A także o tym, jak się mnie pozbył. Pew­nie chciał mnie odstra­szyć, ponie­waż według niego nie paso­wa­łam do takiego miej­sca jak Hotel Magni­fi­que.

Sku­ba­łam pozie­le­niałe od farby palce. Barw­nik z gar­barni cuch­nął por­tem, tak jak więk­szość rze­czy w Durc. Mówiło się, że jeśli tylko pomieszka się tu wystar­cza­jąco długo, na żebrach wykwi­tają pąkle. Wcale mnie to nie dzi­wiło. Po oka­zjo­nal­nej kąpieli moja skóra na­dal wio­nęła gni­jącą rybą. Nie mogłam jed­nak się pod­dać. Maman zawsze powta­rzała, że jestem uparta jak osioł, ale nic nie mogłam na to pora­dzić. Zacho­wa­nie por­tiera spra­wiło, że tylko bar­dziej zapra­gnę­łam tej pracy.

- Czy ta kolejka mogłaby posu­wać się wol­niej?

- Boże, oby nie - Zosa otarła pot kapiący spod lilio­wego kape­lu­sza.

Kolejka przed Maison du Thé - starą her­ba­ciar­nią obok hotelu, w któ­rej, jak usta­li­ły­śmy, odby­wały się prze­słu­cha­nia - była potwor­nie długa. Na nie­szczę­ście dla moich obo­la­łych łydek znaj­do­wa­ły­śmy się na samym jej końcu.

Gdy wresz­cie dotar­ły­śmy do wej­ścia, Zosa wska­zała na pozła­caną tablicę, na któ­rej wymie­niono wszyst­kie wolne sta­no­wi­ska: mię­dzy muzy­kiem a pomy­waczką wid­niała pozy­cja arty­sty sce­nicz­nego. Męż­czy­zna o jasnej skó­rze, ubrany w gar­ni­tur zbyt wyszu­kany jak na panu­jący upał, nie przy­wi­tał nas uśmie­chem. Otwo­rzył za to drzwi i prak­tycz­nie wepchnął nas do środka.

Wewnątrz na mar­mu­ro­wych bla­tach stały srebrne wagi z sza­lami wypeł­nio­nymi po brzegi kolo­ro­wymi liśćmi her­baty. Z zaple­cza dobiegł głos kobiety.

- Następny!

Prze­słu­cha­nia.

- Pój­dziesz pierw­sza? - Głos Zosy drżał ze zde­ner­wo­wa­nia tak samo, jak na pierw­szym prze­słu­cha­niu kilka lat temu.

Pogła­dzi­łam fal­banę jej kape­lu­sza.

- Oczy­wi­ście.

Na zaple­czu przy­wi­tała mnie posą­gowa kobieta o oliw­ko­wej skó­rze. Jej krótko ścięte brą­zowe włosy paso­wały do bla­sku aksa­mit­nego kostiumu, skła­da­ją­cego się z mary­narki i spodni. Była ubrana po męsku, ale miała w sobie wię­cej werwy niż wszy­scy znani mi męż­czyźni. Budziła moją sym­pa­tię, dopóki nie zmarsz­czyła nosa na mój widok.

- Nie ma na czym zawie­sić oka, co? - powie­działa, mie­rząc mnie wzro­kiem, po czym pod­nio­sła ogromny, brą­zowy kom­pas z poły­sku­jącą igłą z zie­lo­nego nefrytu. - Nie ruszaj się.

Igła kom­pasu krę­ciła się w zawrot­nym tem­pie, ani razu się nie zatrzy­mu­jąc. Kobieta scho­wała kom­pas do kie­szeni.

- Do czego to służy?

- Ja tu zadaję pyta­nia - schwy­ciła mnie za pod­bró­dek. - Imię i nazwi­sko?

Prze­łknę­łam ślinę.

- Janine Lafay­ette, ale mówią na mnie Jani.

- Cóż za pospo­lite imię. - Zaci­snęła wargi. - Jestem Yrsa, skoro już przy tym jeste­śmy. - Puściła mój pod­bró­dek. - Miesz­kasz tu całe życie?

- Pocho­dzę z wio­ski poło­żo­nej w głąb lądu. Nazywa się Ali­gney - odpo­wie­dzia­łam drżą­cym gło­sem.

- Lubi­łaś swoją wio­skę?

Gdy były­śmy nie­mow­lę­tami, maman usta­wiła nasze koły­ski w stronę cen­trum Ali­gney, aby nasze stopy mogły zawsze odna­leźć drogę powrotną. Ten wer­da­ne­ryj­ski prze­sąd na zawsze utkwił mi w pamięci.

Nawet teraz potra­fi­łam dosko­nale przy­wo­łać w wyobraźni wąskie rzędy domów, które zimą pod­czas zachodu słońca zmie­niały kolor na cytry­no­wo­żółty. Dokład­nie wie­dzia­łam, kiedy zakwi­tały maki i skąd brało się jedze­nie na naszym stole. Mia­łam tam przy­ja­ciół - takich, któ­rzy się o mnie trosz­czyli. Czu­łam, że przez ostat­nie cztery lata nie wzię­łam ani jed­nego głę­bo­kiego wde­chu; za to w Ali­gney potra­fi­łam oddy­chać każdą cząstką płuc.

Teraz jedyną stałą było pra­gnie­nie powrotu, kłu­jące klatkę pier­siową.

- Kocha­łam ją. Gdy zmarła nasza matka, przy­wio­złam tu moją sio­strę. Zamie­rza­łam wró­cić, ale...

- A więc matka nie żyje - prze­rwała mi w pół zda­nia. - A ojciec?

Maman ni­gdy nie wyja­wiła nam szcze­gó­łów.

- Był rol­ni­kiem.

- Gdzie teraz miesz­ka­cie?

Zaczę­łam opo­wia­dać o stan­cji u madame Bézier, dopóki kobieta nie mach­nęła ręką i nie odpra­wiła mnie jed­nym gestem.

- Dowie­dzia­łam się wystar­cza­jąco dużo. Poślij po następną osobę.

Na mój widok Zosa zerwała się na równe nogi.

- Jak ci poszło?

- W porządku - skła­ma­łam. - Nie każ jej na sie­bie cze­kać.

Gdy moja sio­stra bie­gła na zaple­cze, ja ocie­ra­łam oczy z łez. Pozwo­le­nie sobie na nadzieję było głu­potą. Pal­cami obry­so­wy­wa­łam twarde kra­wę­dzie monety, która została mi w kie­szeni po zaku­pie gazety. Wystar­czyło, żeby po wszyst­kim kupić Zosie pudełko cukier­ków na osłodę porażki.

Mijały dłu­gie minuty. Przez drzwi docie­rał do mnie jej stłu­miony śpiew. W końcu Zosa wypa­dła na zewnątrz z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy.

- No więc?

Unio­sła w górę zwój per­ga­minu, a mi zaschło w ustach. Arkusz zawi­jał się na rogach i wyglą­dał na bar­dzo stary. Czarny wers na dole oznaj­miał, czym był - kon­trak­tem dla jed­nej osoby.

Yrsa pode­szła do nas lek­kim kro­kiem.

- Zaofe­ro­wa­łam two­jej sio­strze posadę. Będzie dosta­wać dzie­sięć wer­da­ne­ryj­skich dublo­nów tygo­dniowo w zamian za racze­nie naszych gości śpie­wem.

Dzie­sięć dublo­nów sta­no­wiło trzy­krot­ność tego, co zara­bia­łam. Musia­łam ugryźć się w język, aby się nie roz­pła­kać. To oczy­wi­ste, że Yrsa poznała się na wyjąt­ko­wo­ści Zosy, zwłasz­cza na tle jej nija­kiej sio­stry.

Jed­nak Zosa nie mogła iść do pracy sama. Gdyby była tu maman, szturch­nę­łaby mnie, żebym coś zro­biła. Ale twarz Zosy roz­świe­tlał uśmiech tak sze­roki, jak gdyby wze­szło w niej samo słońce. Nie potra­fi­łam wymy­ślić nic, co mogła­bym powie­dzieć, nie łamiąc jej przy tym serca.

Yrsa posta­wiła na stole pióro z wyko­naną z brązu sta­lówką i kała­marz z pur­pu­ro­wym atra­men­tem. Następ­nie wyjęła złotą szpilkę i ukłuła moją sio­strę w palec. Na jego koniuszku zebrała się ide­alna kro­pla rubi­no­wej krwi.

Wyrzu­ci­łam ręce w górę.

- Co to ma zna­czyć?

- To część kon­traktu. Nawet goście muszą pod­pi­sać podobny.

Yrsa prze­chy­liła kro­plę krwi tak, aby wpa­dła do kała­ma­rza. Pur­pu­rowy tusz zasy­czał, a krew Zosy roz­pu­ściła się w nim. Yrsa umo­czyła pióro i wło­żyła je mię­dzy palce mojej sio­stry.

Prze­rzu­ci­łam wzrok na kon­trakt. Spo­dzie­wa­łam się, że będzie spo­rzą­dzony w wer­da­ne­ryj­skim - języku Ver­danne, dość powszech­nie uży­wa­nym na całym kon­ty­nen­cie. Jed­nak choć kon­trakt zawie­rał nieco wer­da­ne­ryj­skiego, więk­szość ustę­pów została napi­sana w języ­kach, z któ­rymi ni­gdy się nie spo­tka­łam. U dołu wid­niał znak X.

Policzki Zosy były zaru­mie­nione.

- Ni­gdy nie przy­da­rzyło mi się nic rów­nie eks­cy­tu­ją­cego. Jani, udało się!

Ogar­nęła mnie zazdrość. Moje palce zwi­nęły się w odru­chu, aby chwy­cić kon­trakt i samej go pod­pi­sać. Zamiast tego zwró­ci­łam się do Yrsy.

- Moja sio­stra ledwo co skoń­czyła trzy­na­ście lat. Nie mogę puścić jej samej. Możemy dzie­lić pokój, a ja mogę wyko­ny­wać dowolną pracę.

Przyj­mij nas obie.

- Oba­wiam się, że to nie­moż­liwe - odpo­wie­działa Yrsa. - Zaofe­ro­wa­łam pracę jej, a tylko goście i per­so­nel mogą prze­kro­czyć próg hotelu.

Próg - tę ścianę zro­bioną z niczego. Przej­ście przez niego razem było nie­moż­liwe.

- Nie szko­dzi - powie­działa Zosa. - Poroz­ma­wiamy o tym z kimś. Wszystko się ułoży.

Nie rozu­miała, że nie mogłam z nią iść, chyba że także zosta­ła­bym zatrud­niona. Zło­ży­łam twarz w dło­niach. Kiedy pod­nio­słam wzrok, Zosa przy­ło­żyła sta­lówkę do per­ga­minu i nie­zdar­nie skre­śliła swoje imię u dołu strony.

Rzu­ci­łam się naprzód i prze­wró­ci­łam kała­marz. Pur­pura roz­lała się po stole. Chwy­ci­łam pióro i odda­łam je Yrsie, a gdy spoj­rza­łam w dół, omal nie jęk­nę­łam ze zdzi­wie­nia. Pur­pu­rowy tusz się nie wylał, a kała­marz nie prze­wró­cił. Miał zamkniętą pokrywkę. Widzia­łam jed­nak, jak roz­lewa się atra­ment, byłam tego pewna.

To musiała być magia.

- Twoja sio­stra stawi się w hotelu naj­póź­niej o szó­stej wie­czo­rem.

Yrsa scho­wała pod­pi­sany kon­trakt Zosy za pazu­chę mary­narki i wyszła.

- Nie ma mowy, żebyś tam poszła - powie­dzia­łam, sta­wia­jąc stopę na sta­rej koszuli noc­nej, po którą aku­rat się­gała Zosa. Gdy wyrwała ją, uda­jąc, że mnie tam nie ma, puściły jej szwy.

- Hej, tu jestem. - Dałam jej prztyczka w czoło, na co spoj­rzała na mnie spode łba. - Wcale nie jestem nie­wi­dzialna, co?

Dalej mnie igno­ru­jąc, Zosa wepchnęła nuty nale­żące nie­gdyś do maman do worka na zboże, wypeł­nio­nego pamiąt­kami po niej. Z płótna na jej palec prze­sko­czył pająk. Wzdry­gnęła się, pró­bu­jąc go strzep­nąć, a potem obró­ciła się, sta­jąc na wprost mnie.

- Ni­gdy nie pozwa­lasz mi robić tego, co chcę.

- To nie­prawda. Poza tym przy­rze­kłam, że będę nad tobą czu­wać.

Zosa prze­wró­ciła oczami.

- To było, zanim umarła maman. Mam już trzy­na­ście lat. Nie byłaś wiele star­sza ode mnie, kiedy przy­ję­łaś pracę w gar­barni.

- Myślisz, że mia­łam inne wyj­ście? Teraz mam sie­dem­na­ście lat i wiem lepiej. - Mach­nę­łam ręką, wska­zu­jąc cia­sny pokoik. - To ja za to wszystko płacę, mam więc chyba coś do powie­dze­nia.

- Masz na myśli sadzę czy kor­niki i smród psu­ją­cych się zębów? To nie ty całymi dniami wyry­wasz sobie włosy, marząc, by zro­bić to samo ze swoją skórą, żeby nie czuć dra­pią­cego kurzu! Gdy­bym zara­biała dzie­sięć dublo­nów tygo­dniowo, mogła­bym wysy­łać ci jakąś część wypłaty. Już zimą mogła­byś wypro­wa­dzić się z vieux quais.

- Jak niby wyślesz mi pie­nią­dze z dru­giego końca świata?

- Musi być jakiś spo­sób.

- Ni­gdy o nim nie sły­sza­łam.

- Gdyby maman żyła, pozwo­li­łaby mi przy­jąć tę pracę. - Dolna warga Zosy zadrżała. - Jani, myśla­łam, że chcesz, żebym śpie­wała.

- Bo chcę - powie­dzia­łam i poczu­łam szarp­nię­cie w sercu, ale nie wie­dzia­łam, co innego mogę zro­bić. - Ale nie w ten spo­sób, nie beze mnie. Przy­kro mi.

Zosa zerwała z głowy liliowy kape­lusz i rzu­ciła nim na kory­tarz. Zro­bi­łam krok naprzód, aby go pod­nieść, ale zatrzy­ma­łam się. Z worka Zosy wyglą­dała perła.

Per­łowe kol­czyki maman.

Gdy były­śmy małe, Zosa zakła­dała je i zaczy­nała śpie­wać na całe gar­dło, uda­jąc, że wystę­puje na sce­nie, a ja pia­łam wespół z nią niczym pozba­wiony słu­chu muzycz­nego osioł. Nie widzia­łam ich, odkąd Zosa poszła na swoje pierw­sze prze­słu­cha­nie w Durc. Jedyne prze­słu­cha­nie, aż do dziś.

Nagle coś mi się przy­po­mniało. Tam­tego dnia sądzi­łam, że dzięki kol­czy­kom Zosa będzie wyglą­dać na star­szą, niż jest, dla­tego przy­pię­łam je do płat­ków jej uszu i ubra­łam ją w swoją starą różową sukienkę. Zosa wyglą­dała jak mała, prze­stra­szona różyczka, ale potrze­bo­wa­ły­śmy pie­nię­dzy, a ona nade wszystko pra­gnęła iść na prze­słu­cha­nie.

Teraz marzy­łam tylko o tym, aby wyma­zać tam­ten dzień z pamięci nas obu.

Obró­ci­łam perłę w pal­cach. Opa­li­zu­jąca farba odcho­dziła, odkry­wa­jąc tani drew­niany kora­lik pod spodem. Po tym, jak prze­słu­cha­nie nie poszło po naszej myśli, usi­ło­wa­łam sprze­dać kol­czyki jubi­le­rowi, lecz ten mnie wyśmiał. Ni­gdy nie powie­dzia­łam Zosie o tym, że są bez­war­to­ściowe.

- Posłu­chaj. Gdy tylko zaosz­czę­dzimy potrzebną kwotę, kupię bilety do Ali­gney. - Wzię­łam Zosę za rękę. Pró­bo­wała ją wyrwać, ale mocno ją trzy­ma­łam. - Co, jeśli nie wró­cisz do czasu mojego wyjazdu? Co, jeśli coś się sta­nie i będę zmu­szona się gdzieś prze­nieść? Co, jeśli hotel nie wróci przez następne dzie­sięć lat? - Wyobra­zi­łam sobie powrót z pracy do pustego pokoju i coś chwy­ciło mnie za gar­dło. - Nie chcę zostać tu sama - przy­zna­łam z gry­ma­sem na twa­rzy.

Po jej policzku spły­nęła łza. Kilka sekund upły­nęło w mil­cze­niu, po czym jej drobna dłoń ści­snęła moją. Usia­dła.

- Przez ten kape­lusz moje włosy przy­po­mi­nają pta­sie gniazdo. Pomo­żesz mi je roz­cze­sać?

Powoli wypu­ści­łam powie­trze z płuc.

Tego wie­czora Zosa poszła spać wcze­śnie, a ja leża­łam roz­bu­dzona, nie mogąc zmru­żyć oczu. Gdy zegar w Durc wybił jede­na­stą, zabur­czało mi w brzu­chu; minęło wiele godzin, odkąd jadłam ostatni posi­łek. Zakra­dłam się na dół po scho­dach, zatrzy­mu­jąc się po dro­dze, aby pod­nieść zadep­tany i ubło­cony liliowy kape­lusz - jedyną, na szczę­ście, ofiarę tego dnia.

Na pal­cach weszłam do kuchni, poło­ży­łam kape­lusz na stole i zaczę­łam plą­dro­wać pozo­sta­wione w spi­żarce resztki. Nur­ko­wa­łam aku­rat w szafce z pie­czy­wem, pró­bu­jąc chwy­cić czer­stwą skórkę, kiedy zaskrzy­piały drzwi kuchenne. Zamar­łam. Nie­moż­liwe, żeby o tak póź­nej porze dziew­częta były jesz­cze na nogach. Moje palce zaci­snęły się wokół puszki z drew­nia­nymi łyż­kami. Trzy­ma­jąc ją niczym broń, obró­ci­łam się.

W drzwiach stał jakiś męż­czy­zna.

- Tutaj jesteś. W dodatku mocno spóź­niona.

Zba­dał wzro­kiem wymię­to­szony kape­lusz, a potem mnie. Był to ten sam młody por­tier, na któ­rego natknę­łam się wcze­śniej. Nie miał czapki i nic nie zakry­wało jego czar­nych, dłu­gich do ramion wło­sów. Kiedy odgar­nął nie­sforny kosmyk za ucho, wstrzy­ma­łam oddech. W miej­scu jed­nego z pal­ców dostrze­głam mister­nie wyrzeź­biony i wypo­le­ro­wany kawa­łek drewna.

Drewna, które się zgi­nało.

Przez głowę prze­le­ciało mi słowo nie­bez­pie­czeń­stwo. Unio­słam puszkę z łyż­kami, a brwi por­tiera wygięły się w łuk. Nie­znacz­nie cof­nę­łam ramię.

- Czego chcesz?

- Nie sądzę, żebym był tu z two­jego powodu, chyba że wcze­śniej ukry­wa­łaś ten kape­lusz pod spód­nicą. - Dotknął lilio­wej fal­banki. - Szu­kam wła­ści­cielki tego... cze­goś. Mło­dej damy, która pod­pi­sała kon­trakt.

Cho­dziło mu o Zosę.

- Tu jej nie ma.

Nie­prze­ko­nany wszedł do kuchni. Za bli­sko. Rzu­ci­łam puszkę w kie­runku jego głowy. Nie tra­fi­łam, puszka ude­rzyła w ścianę, a na barki spadł mu deszcz drew­nia­nych łyżek.

- Wyśmie­nity rzut. - Wycią­gnął łyżkę zza koł­nie­rza. - Lubię dobrą zabawę, ale teraz nie ma na to czasu. Przy­sze­dłem, aby zabrać wła­ści­cielkę kape­lu­sza do hotelu.

- Kim jesteś?

- Nazy­wam się Bel. Gdzie ona jest?

Nie ufa­łam mu ani przez chwilę.

- Ona ni­gdzie z tobą nie pój­dzie.

- Pro­szę, pro­szę, a więc jed­nak tu jest.

Ugry­złam się w język, by nie zakląć.

Por­tier odwró­cił się w stronę wyj­ścia. Musia­łam go powstrzy­mać. Się­gnę­łam pod blat do kro­je­nia i wycią­gnę­łam gruby, zaśnie­działy nóż. Rzu­ci­łam się do przodu i sta­nę­łam pomię­dzy męż­czy­zną a drzwiami. Jedną ręką przy­trzy­mu­jąc się futryny, wymie­rzy­łam nóż w jego klatkę pier­siową. Prze­szedł mnie dreszcz emo­cji.

- Na­dal masz mnie za nie­mą­drą dziew­czynkę?

- Jak naj­bar­dziej.

- Cóż... Jeśli postą­pisz o krok dalej, poża­łu­jesz tego.

- Z pew­no­ścią.

Pstryk­nął drew­nia­nym pal­cem. Roz­legł się ledwo sły­szalny trzask i z palca wysu­nęło się ostrze - nóż sprę­ży­nowy.

Męż­czy­zna sko­czył ku mnie. Gdy przy­ci­snął mnie do drzwi, moja broń z brzę­kiem wylą­do­wała na pod­ło­dze. Twarz por­tiera znaj­do­wała się zale­d­wie parę cen­ty­me­trów od mojej. Czu­łam jego oddech na mojej skó­rze. Gdyby w tym momen­cie ktoś wszedł do kuchni, mógłby myl­nie zin­ter­pre­to­wać całe zaj­ście.

Zaru­mie­ni­łam się na tę myśl i spró­bo­wa­łam się wyswo­bo­dzić, ale por­tier dalej mocno mnie trzy­mał. Nie odry­wa­jąc noża od mojego gar­dła, nachy­lił się i pową­chał powie­trze przy mojej szyi. Zmarsz­czył nos.

- Czy w Durc nie ma mydła?

Odchy­li­łam się do tyłu i splu­nę­łam mu w twarz. Wytarł pod­bró­dek o ramię. Miej­ski zegar wybił wpół do dwu­na­stej.

- Nie masz nic lep­szego do roboty?

Zaklął. Jego ostrze zadźwię­czało bli­żej mnie.

- Nie mam zamiaru cię skrzyw­dzić.

- Szcze­rze w to wąt­pię.

- Posłu­chaj. O pół­nocy twoja przy­ja­ciółka i ja przej­dziemy przez próg hotelu. Dziew­czyna pod­pi­sała kon­trakt, czy ci się to podoba, czy nie.

Wtedy zoba­czy­łam w kąci­kach jego oczu coś, co dosko­nale zna­łam z wła­snego odbi­cia w lustrze: despe­ra­cję. Z doświad­cze­nia wie­dzia­łam, że zde­spe­ro­wani ludzie podej­mują kiep­skie decy­zje.

- W tym budynku jest nie­skoń­cze­nie dużo pokoi. W życiu nie znaj­dziesz jej przed pół­nocą. Daj mi pracę, a zabiorę cię pro­sto do wła­ści­cielki kape­lu­sza.

Bel kop­nia­kiem usu­nął kuchenny nóż z drogi i zbli­żył się do mnie jesz­cze bar­dziej, tak że moje ramiona dotknęły ściany.

- Nie rozu­miesz. Już pra­wie pół­noc.

Wypo­wie­dział słowo pół­noc - godzinę odjazdu hotelu - z pie­ty­zmem.

- Nie chcę cię skrzyw­dzić - dodał.

Wie­rzy­łam mu. Nie chciał mnie skrzyw­dzić. Ale jego wzrok mówił mi, że jest gotów to zro­bić.

- Czy jeśli jej nie przy­pro­wa­dzisz, czeka cię kara? - spy­ta­łam.

Musiał ist­nieć jakiś powód, dla któ­rego był gotów ryzy­ko­wać powrót na czas, aby zna­leźć Zosę.

- Nic z tych rze­czy. Nie uwa­żasz jed­nak, że nie­ład­nie byłoby odmó­wić dziew­czy­nie posady?

Nie do wiary.

- Po tym, jak sam ostrze­głeś mnie przed hote­lem, jak może obcho­dzić cię to, czy moja sio­stra będzie w nim pra­co­wać?

- Twoja sio­stra? - pod­chwy­cił. - Nie, ona mnie, nie obcho­dzi.

- Jeśli to prawda, to mi też daj pracę.

- Nie.

- Więc zostaw nas w spo­koju.

Z gar­dła Bela dobył się głę­boki war­kot.

- Dosyć. Muszę ją zna­leźć, a to zna­czy, że musisz zejść mi z drogi.

Jed­nym ramie­niem objął moje plecy, dru­gie owi­nął wokół szyi, a kciu­kiem zła­pał za naszyj­nik maman tak mocno, że o mało go nie zerwał.

Rzu­ci­łam się na niego z pazu­rami. Moje palce pocią­gnęły za coś twar­dego w oko­licy oboj­czyka. To coś mnie pora­ziło i zła­pa­łam się za nad­gar­stek.

Spod jego mary­narki wysu­nął się drobny łań­cu­szek z klu­czem. Ni­gdy przed­tem nie doty­ka­łam niczego magicz­nego, ale nie było innego wyja­śnie­nia na to, co poczu­łam. Nie mogłam tego zro­zu­mieć - wszy­scy wie­dzieli, że magia pły­nie w krwi sumi­na­riu­szy, a nie w przed­mio­tach. Por­tier musiał w jakiś spo­sób zacza­ro­wać ten klucz.

- Jesteś sumi­na­riu­szem? - zapy­ta­łam.

Usta Bela wygięły się w szel­mow­skim uśmie­chu, a ja poczu­łam ucisk w żołądku. Chło­pak scho­wał klucz pod koszulę i zer­k­nął na moją dłoń, wciąż zaci­śniętą wokół nad­garstka.

- Daj mi posadę - pono­wi­łam.

Na szczę­ście słowa, które wyszły z moich ust, brzmiały odważ­niej, niż czu­łam się w rze­czy­wi­sto­ści.

Tym razem jego twarz przy­brała dziwny wyraz, jak gdyby rze­czy­wi­ście to roz­wa­żał.

- Czę­sto bywasz tak okrop­nie uparta?

- Dla cie­bie zawsze. - Roz­ocho­cona poka­za­łam mu zęby. - Weź­miesz mnie ze sobą?

- To nie takie pro­ste. Nie mam atra­mentu, a nikt nie może dostać się do środka bez pod­pi­sa­nego kon­traktu lub zapro­sze­nia.

Moje źre­nice się powięk­szyły.

- A co, jeśli jestem w sta­nie dostać się do środka?

- Jak niby mia­ła­byś to zro­bić?

- Z zapro­sze­niem.

Uwol­nił mnie z uści­sku.

- Pokaż mi zapro­sze­nie, a obie­cuję, że zjem to fal­ba­nia­ste paskudz­two, które nazy­wasz kape­lu­szem.

- Daj mi pięć minut. Możesz zacząć szu­kać widelca.

- Masz minutę.

Popę­dzi­łam po scho­dach do bawialni na trze­cim pię­trze. Zerwa­łam opra­wione w ramę zapro­sze­nie znad kominka, zbi­łam szybkę i wycią­gnę­łam świ­stek papieru. Czym prę­dzej zbie­głam do kuchni i poma­cha­łam nim przed twa­rzą Bela, nie mogąc zła­pać tchu.

- Czy to wystar­czy?

Wyrwał mi zapro­sze­nie.

- Ile lat ma to coś?

- Czy to wystar­czy?

- Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, żeby ktoś pró­bo­wał wejść z tak sta­rym zapro­sze­niem. - Oddał mi je. - Gdzie więc jest twoja sio­stra? Powin­ni­śmy byli wyjść jakieś dzie­sięć minut temu.

Krew pul­so­wała mi w żyłach.

- Dasz mi pracę?

- Wygląda na to, że nie mam wyboru.

Tyle tylko, że miał. Jed­nak z jakie­goś powodu nie chciał opu­ścić tego miej­sca bez Zosy. Utkwił wzrok w zapro­sze­niu.

- Jeśli dotrzemy do hotelu i uda ci się wejść do środka za pomocą tego cze­goś, zosta­niesz zatrud­niona na próbę.

- To zna­czy?

- Będziesz pra­co­wać bez wyna­gro­dze­nia przez dwa tygo­dnie, czyli tyle, ile trwa pobyt gości. Jeśli udo­wod­nisz, że na to zasłu­gu­jesz, zosta­niesz.

- Za dzie­sięć dublo­nów tygo­dniowo?

- Pięć.

Mniej niż Zosa. Ale na­dal wię­cej niż zara­bia­łam teraz.

- A więc mój los będzie zale­żał od cie­bie?

- Niech zgadnę, to dla cie­bie pro­blem.

- Wcale nie - wydu­si­łam przez zaci­śnięte zęby. - A co, jeśli coś pój­dzie nie tak?

- Wyle­cisz z pracy.

To ozna­czało, że zostanę ode­słana z powro­tem. Bez wypłaty i bez Zosy.

- To bar­dzo hojna oferta.

- Z pew­no­ścią.

Trzy lata temu przy­szłam do Gar­barni Fréllac, despe­racko poszu­ku­jąc pracy. Ze względu na wiek zatrud­niono mnie na próbę, a dopiero po jakimś cza­sie na stałe. Oferta Bela była podobna. To mogło się udać. Spoj­rza­łam w górę.

- Czy mogę ci ufać?

Rów­nie dobrze mógł kła­mać.

- Jestem nie­zwy­kle wia­ry­godny.

- I ja mam w to wie­rzyć?

- To już zależy od cie­bie.

Jakże chcia­łam, żeby była tu maman. Wie­dzia­łaby, co robić.

- Przy­rzek­nij na swoją matkę - wymy­śli­łam naprędce.

Na moment na jego twa­rzy poja­wił się ból.

- Nie pamię­tam swo­jej matki.

- Och... Przy­kro mi - wybą­ka­łam i poczu­łam nagłe ukłu­cie w piersi. Sama nie mia­łam pra­wie żad­nych wspo­mnień o swoim ojcu. Mój wzrok spo­czął na klu­czu.

- Wobec tego przy­się­gnij na swoją magię.

- Dobrze. Przy­się­gam na moją magię, że dam ci pracę. A teraz musimy biec, jeśli mamy zdą­żyć na czas.

Wyobra­zi­łam sobie, jak razem z Zosą opusz­czamy hotel w Ali­gney, naresz­cie wra­ca­jąc do domu. Gdy zachi­cho­ta­łam, Bel posłał mi zdzi­wione spoj­rze­nie, po czym zasło­nił mi usta dło­nią. Zwró­ci­łam się w kie­runku scho­dów i zatrzy­ma­łam. Jeśli będziemy biec, Zosa nie będzie w sta­nie dotrzy­mać nam kroku.

- Musisz ją nieść - powie­dzia­łam, wbie­ga­jąc po scho­dach.

Bel był tuż za mną. Chwilę póź­niej zarzu­cił sobie Zosę na ramię jak worek bru­kwi. Zbu­dzona zamru­gała, szar­piąc się, dopóki szep­tem nie przed­sta­wi­łam jej naszego planu.

- Kto to jest? - zapy­tała bez­gło­śnie, po czym wska­zała brwiami na plecy Bela.

Boże.

- Prze­stań.

Dałam jej prztyczka w nos.

Bel spoj­rzał na nas obie.

- O co cho­dzi? - spy­ta­łam.

- Ty naprawdę nie pozwo­li­ła­byś mi jej zabrać samej.

W jego gło­sie dało się sły­szeć zdzi­wie­nie.

- Jak sam stwier­dzi­łeś, jestem okrop­nie uparta.

Jego usta zadrżały, jak gdyby powstrzy­my­wał się od uśmie­chu.

- Tylko nie zgub zapro­sze­nia, dopóki nie przej­dziesz przez drzwi - powie­dział i ruszył kory­ta­rzem.

Worek Zosy, wypeł­niony rze­czami maman z cza­sów, gdy uczyła muzyki, na­dal leżał na pod­ło­dze. A w nim per­łowe kol­czyki.

Wtedy zda­łam sobie sprawę, że Zosa już wkrótce zaśpiewa przed praw­dziwą publicz­no­ścią, o czym od zawsze marzyła. Oka­zało się, że te wszyst­kie lata, kiedy ledwo wią­za­ły­śmy koniec z koń­cem, miały swój cel.

Przez kilka mie­sięcy zaosz­czę­dzimy na tyle dużo, aby spo­koj­nie prze­żyć parę lat w Ali­gney. Naj­pierw jed­nak będziemy podró­żo­wać z hote­lem, zoba­czymy tro­chę świata. Wyda­wało się to zbyt piękne, żeby było praw­dziwe.

- Możesz się pospie­szyć? - zawo­łał Bel.

Zaskrzy­piała pod­łoga. Dziew­częta zaczy­nały się budzić.

Dźwi­gnę­łam oble­ziony przez pająki płó­cienny worek Zosy i pobie­głam za por­tie­rem nio­są­cym moją sio­strę.

Rozdział 4

- 4 -

Maman powie­działa kie­dyś, że praw­dziwy dar zawsze się ujawni. Kiedy skoń­czy­łam jede­na­ście lat, w końcu zro­zu­mia­łam, co miała na myśli.

Festi­wal zbio­rów w Ali­gney, znany jako F?te de la Mois­son, zawsze odby­wał się na początku jesieni. Doro­śli popi­jali vin de fram­bo­ise pod gwiaz­dami i wymie­niali się plo­nami póź­nego lata, a ucznio­wie maman dawali występy, aby uzbie­rać datki na szkołę muzyczną.

Tam­tego roku Zosa bła­gała, żeby móc wystą­pić pod­czas festi­walu. "Jesz­cze nie teraz, ma petite p?che", napo­mi­nała maman. "Jesteś za mała, brzo­skwinko". Ja jed­nak uwa­ża­łam, że moja sio­stra była na tyle dobra, aby móc zaro­bić kilka dublo­nów, za które chcia­ły­śmy kupić puszkę kar­mel­ków wypa­trzoną w witry­nie skle­po­wej. Zawi­nięte w złotą folię wyglą­dały bajecz­nie, a pod ety­kietą skry­wały krótką, eks­cy­tu­jącą histo­ryjkę. Zde­ter­mi­no­wana, by je mieć, wplo­tłam wstążki we włosy Zosy i zabra­łam ze spi­żarki skrzynkę na jabłka. Po zacho­dzie słońca poma­sze­ro­wa­ły­śmy na skraj mia­steczka, gdzie odby­wał się festi­wal.

Wystawcy stali za swo­imi kunsz­tow­nie poma­lo­wa­nymi kra­mami, oświe­tla­nymi przez migo­czące świa­tła lata­re­nek ozdo­bio­nych wyrzeź­bio­nymi sce­nami z baśni. Ogar­nął mnie wstyd z powodu naszej sta­rej skrzynki i o mało nie zawró­ci­łam. Jed­nak Zosa się na to nie zgo­dziła, a w moje dło­nie wbi­jały się drza­zgi, gdy tasz­czy­łam tę okropną skrzynkę. Nie chcia­łam, żeby oka­zało się, że dźwi­ga­łam ją na próżno.

Uni­ka­jąc maman, zakra­dły­śmy się za ostat­nie sto­iska, na któ­rych roz­kła­dali się wystawcy przy­jeż­dża­jący jako ostatni. Roz­po­zna­łam madame Durand, ukła­da­jącą na bla­cie stos z bakła­ża­nów ze swo­jego ogródka. Gdy wyko­py­wa­łam na boki kamie­nie, aby zro­bić dla nas miej­sce, zadarła swój czer­wo­nawy nos do góry. Przed naszym sto­iskiem wysta­wi­łam pla­kat zachę­ca­jący do wpłat, który sama nama­lo­wa­łam, i pusty słoik po mące.

Stara madame Durand prych­nęła z kpiną, a we mnie aż zawrzało. Za to Zosa zupeł­nie ją zigno­ro­wała. Wsko­czyła na skrzynkę i zaczęła śpie­wać tak pięk­nie, że wszy­scy prze­rwali swoje zaję­cia, aby jej posłu­chać.

Słu­cha­łam śpiewu Zosy od tak dawna, że jej głos w moich uszach brzmiał rów­nie zwy­czaj­nie, jak jej chra­pa­nie, ale ota­cza­jący nas ludzie reago­wali na niego zupeł­nie ina­czej. Wokół nas zebrał się mały tłu­mek. "Śpiewa jak sło­wik! To anioł! Co za nie­zwy­kła kru­szyna!", szem­rali mię­dzy sobą. Wtedy zja­wiła się maman, zasła­nia­jąc dło­nią usta.

"To koniec", pomy­śla­łam. "Wycią­gnie nas stąd za uszy". Ale dłoń maman opa­dła, uka­zu­jąc uśmiech. W jej oczach lśniły łzy, a ja roze­śmia­łam się z ulgą, także na dźwięk dublo­nów wpa­da­ją­cych do sło­ika po mące. Wszystko za sprawą mojej sio­stry.

Czę­sto zasta­na­wia­łam się, czy Zosa pamięta tam­ten dzień i czy był dla niej tak samo ważny jak dla mnie. Dziś, wiele lat póź­niej, sta­ły­śmy w obli­czu nagrody dalece prze­wyż­sza­ją­cej wypeł­niony mone­tami słój po mące.

Księ­życ spo­wił Hotel Magni­fi­que poświatą z lśnią­cego sre­bra. Bel otwo­rzył pola­kie­ro­wane na czarno drzwi. Świa­tła zda­wały się ostrzej­sze niż przed­tem. Ści­ska­jąc w dło­niach zapro­sze­nie, wysu­nę­łam palce nad pro­giem. Nie wyczu­łam nie­wi­dzial­nej ściany.

- Witaj, podró­żu­jąca!

Prze­sad­nie oży­wiony kobiecy głos zadźwię­czał mi w uszach.

- Kto to był?

Bel posłał mi zna­czące spoj­rze­nie.

- Czy możesz prze­stać wszystko utrud­niać? Może i trzy­masz worek bez­war­to­ścio­wych gra­tów, ale ja za to niosę osóbkę o wyjąt­kowo wysta­ją­cych kościach.

Gdy dalej sta­łam w miej­scu, popchnął mnie do przodu i potknę­łam się o próg. Otwo­rzy­łam usta, żeby się poskar­żyć, ale nie dobyły się z nich żadne słowa. Znik­nął rybi zapach, a w jego miej­sce poja­wiła się woń kwia­tów z poma­rań­czową nutą. No i ten widok...

Budy­nek nie zmie­ściłby się ani w sta­rej alei, ani w miej­scu pięć­dzie­siąt razy więk­szym.

Hotel był wielki niczym pałac.

W tyl­nej czę­ści par­teru pię­trzyły się kolo­sal­nych roz­mia­rów schody. Z pułapu zwi­sały wypeł­nione świe­cami kule przy­po­mi­na­jące świe­cące wino­grona. Nad nimi każdy mili­metr sufitu zdo­biły złote listwy i fili­gra­nowe syl­wetki zwie­rząt, zaś ściany wokół były ude­ko­ro­wane tape­tami we wzór z ciem­nych kwia­tów. Gdy się im przy­pa­try­wa­łam, płatki powie­wały jak na wie­trze.

Było tego tyle, że ledwo obej­mo­wa­łam wszystko wzro­kiem.

Wokół całej sali znaj­do­wały się prze­pie­rze­nia ze szkła rtę­cio­wego, które two­rzyły przy­tulne kąciki wypo­czyn­kowe, wyście­łane różo­wymi podusz­kami z frędz­lami. W jed­nym z tak wydzie­lo­nych miejsc stały gigan­tyczne sza­chy, a reali­stycz­nie wyglą­da­jące kró­lowe ubrane były w zwiewne tuniki jak bogi­nie.

W sze­regu wnęk wzdłuż tyl­nej ściany mie­ściły się obite plu­szem loże. Zawie­si­łam wzrok na trzech ogrom­nych fote­lach w kształ­cie księ­życa, które znaj­do­wały się przy drzwiach. Ema­no­wały bla­skiem i koły­sały się, wisząc w powie­trzu.

Sto­jący obok nich rząd wóz­ków baga­żo­wych cią­gnął się do oka­za­łej recep­cji. Choć nikt jej nie obsłu­gi­wał, powierzch­nię blatu zaj­mo­wał kil­ku­pię­trowy tort przy­brany płat­kami róż, obok któ­rego stała wieża z pie­czo­ło­wi­cie umiesz­czo­nych jeden na dru­gim kie­lisz­ków do szam­pana.

Wstrzy­ma­łam oddech, gdy w naj­wy­żej poło­żo­nym kie­liszku zamu­so­wał płyn i zaczął wyle­wać się na boki. Wkrótce na bla­cie recep­cji z jesz­cze przed chwilą pustych kie­lisz­ków lała się magiczna fon­tanna szam­pana.

Za nią roz­cią­gał się naj­wspa­nial­szy widok ze wszyst­kich: gigan­tyczna, się­ga­jąca sufitu szklana kolumna, w któ­rej zamknięto coś na kształt ogrodu.

Świa­tło księ­życa sączyło się pomię­dzy bia­łymi pną­czami, rosną­cymi aż do punktu, w któ­rym kolumna sty­kała się z gale­rią na dru­gim pię­trze. Wysoko w górze wielki ptak sfru­nął na gałąź, na któ­rej sie­działy inne ptaki. Kolumna oka­zała się olbrzy­mich roz­mia­rów wolierą, która pięła się w górę przez sam śro­dek hotelu.

W nie­któ­rych skle­pach na bul­wa­rze Mari­gny można było zoba­czyć egzo­tyczne ptaki w klat­kach. Zosę bawił spo­sób, w jaki stro­szyły swoje kolo­rowe pióra. Jed­nak grube szkło woliery na pozio­mie lobby nie pozwa­lało przyj­rzeć się dokład­nie jej wnę­trzu. To, co trzy­mano w środku, z pew­no­ścią nie przy­po­mi­nało pta­ków w Durc.

Zatrza­snęły się drzwi fron­towe. Obró­ci­łam się i zaha­czy­łam ręka­wem o gałąź drzewa poma­rań­czo­wego, które wyra­stało wprost z pod­łogi. Jego grube korze­nie wiły się ku górze, kru­sząc frag­menty mar­muru. Z gałęzi zwi­sały liście o wosko­wej powierzchni i lśniące poma­rań­cze, które wyda­wały się śli­skie w dotyku. Zain­try­go­wana, dotknę­łam jed­nej z nich. Owoc się zako­ły­sał.

- Nie ruszaj ich - powie­dział Bel.

Posta­wił Zosę na pod­ło­dze i z prze­ra­że­niem na twa­rzy prze­su­nął wzro­kiem od mojej szyi po zapro­sze­nie madame Bézier.

- Coś nie tak?

- Sta­rze­jesz się.

Pod­nio­słam dłoń i nie mogłam pojąć tego, co zoba­czy­łam. Moja skóra była obwi­sła. Moje knyk­cie prze­bi­jały sfla­czałe ciało. Prze­bie­głam pal­cami po oboj­czy­kach, wzdry­ga­jąc się przy dotyku skóry zwi­sa­ją­cej tam, gdzie powinna być napięta. Moje nad­garstki pokryły się star­czymi pla­mami. A przy­naj­mniej tak myśla­łam, dopóki nie zmie­niły koloru na czarny i nie zaczęły piec, gnić i wydzie­lać cie­czy. Kiedy z jed­nej z ran wypełza dorodna larwa, poczu­łam, jak zbiera mi się na wymioty.

Wcale się nie sta­rza­łam. Roz­kła­da­łam się niczym zepsuta ryba na słońcu.

- Jani, co się dzieje? - Zosa przy­su­nęła się do mnie.

- Nie pod­chodź - wychry­pia­łam.

Moja obwi­sła skóra zadrżała. W tym tem­pie w ciągu kilku minut będę tru­pem.

Nim się spo­strze­głam, Bel ruszył pędem przez lobby. Ostry skurcz prze­szył mój bok. Potknę­łam się i prze­wró­ci­łam poma­rań­czowe drzewo. Jedna z poma­rań­czy ode­rwała się, ude­rzyła o pod­łogę i roz­trza­skała na kawałki. Nawet będąc w obec­nym sta­nie, zmarsz­czy­łam brwi. Owoce prze­cież nie mogły roz­pa­dać się w ten spo­sób.

Ude­rzyła mnie kolejna fala bólu i opa­dłam na kolana. Bel wró­cił chwilę póź­niej z arku­szem per­ga­minu. Był to kon­trakt.

- Zrób coś - jęk­nę­łam.

Zosa załkała.

Bel poło­żył przede mną kon­trakt i kała­marz z pur­pu­ro­wym atra­men­tem. Jed­nym ruchem sprę­ży­no­wego noża nakłuł mój kciuk i skie­ro­wał kapiącą krew do kała­marza w chwili, gdy zegar na placu w Durc zaczął wybi­jać pół­noc.

Nim wybrzmiał po raz ósmy, zdo­ła­łam pod­pi­sać się peł­nym imie­niem i nazwi­skiem. Tuż przed dzie­sią­tym wybi­ciem dzwonu Bel zaczął wer­to­wać strony jakiejś wiel­kiej księgi przy wej­ściu. Następ­nie wycią­gnął swój klucz na łań­cuszku i wsu­nął go w zamek drzwi. Po wszyst­kim sta­nął z czo­łem opar­tym na ich czar­nym lakie­rze, a mię­śnie jego ple­ców wzno­siły się i opa­dały. Zegar zadzwo­nił po raz jede­na­sty.

Nie byłam w sta­nie spoj­rzeć na swoje dło­nie, a raczej na to, co z nich zostało. Sie­dzia­łam więc, oszo­ło­miona, cze­ka­jąc na dwu­na­ste wybi­cie zegara. Ale ono ni­gdy nie nastą­piło.

Bel ukuc­nął i utkwił we mnie wzrok. Nim jego głowa opa­dła na skrzy­żo­wane ramiona, zdo­ła­łam doj­rzeć cień uśmie­chu.

- Witamy z powro­tem.

- Rze­czy­wi­ście - potwier­dziła ze zdu­mie­niem Zosa.

Dotknę­łam swo­jej szyi i policz­ków. Skóra już z nich nie zwi­sała.

- Następ­nym razem, gdy jakaś inna mądra­liń­ska będzie usi­ło­wała dostać się do środka ze sta­rym zapro­sze­niem, przy­po­mnij mi pro­szę, że to fatalny pomysł - powie­dział Bel, ale byłam zbyt poru­szona, aby dać się spro­wo­ko­wać.

- Jest po pół­nocy. - Zosa sko­czyła na równe nogi i pod­bie­gła do naj­bliż­szego okna, aby spró­bo­wać zaj­rzeć za zacią­gnięte zasłony.

- Nie jeste­śmy już w tej alei w Durc, prawda? - zapy­ta­łam Bela.

Jego brwi złą­czyły się w jedną linię.

- Jeste­śmy w jakiejś alei. - Pod­niósł się i zro­bił krok w moją stronę, ale zatrzy­mał się, gdy nastą­pił na jeden z odłam­ków poma­rań­czy. - Zbi­łaś poma­rań­czę? Wygląda na to, że wyko­ny­wa­nie pole­ceń nie jest twoją naj­moc­niej­szą stroną.

Posła­łam mu pełne iry­ta­cji spoj­rze­nie, ale on był już zajęty wyrzu­ca­niem pozo­sta­łych odłam­ków - pozby­wa­niem się wszel­kich dowo­dów tego, co zro­bi­łam. Potem zba­dał mnie wzro­kiem tak zawzię­cie, jak nie badał mnie jesz­cze nikt, a już na pewno nie męż­czy­zna. Paliła mnie skóra. Bel nachy­lił się ku mnie, ale mnie nie dotknął. Wziął za to do ręki pod­pi­sany przeze mnie kon­trakt i zaklął.

- Czy coś się nie zga­dza?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki