Hotel Lao - Patrycja Strzałkowska

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Mówią, że prawda wyzwala. Kła­mią. Nie każdą histo­rię da się wpi­sać w ogól­nie przy­jęte ramy, cza­sami pozo­staje ona nie­zro­zu­miała. Dla­tego zda­rza się, że balan­su­jemy pomię­dzy prawdą a kłam­stwem. Wyja­wie­nie prawdy może zmie­nić czy­jąś rze­czy­wi­stość, spra­wić, że ina­czej postrze­gamy czło­wieka, któ­rego doty­czy. Jed­nym sło­wem szcze­rość może cał­ko­wi­cie znisz­czyć komuś życie.

Naj­ła­twiej nam się kła­mie, znie­kształca fakty. Wielu ludzi nie ma z tym pro­blemu, zmy­śla­nie, kolo­ry­zo­wa­nie to współ­cze­śnie coraz czę­ściej akcep­to­wane zja­wi­sko. Apo­geum osią­gamy wtedy, gdy okła­mu­jemy samych sie­bie. Tak długo prze­kła­mu­jemy rze­czy­wi­stość, że w końcu wie­rzymy w to, co wymy­śli­li­śmy. Postę­pu­jemy zgod­nie z zasadą, że: "Kłam­stwo powtó­rzone sto razy staje się prawdą".

Wyzna­nie prawdy wymaga czę­sto nie lada odwagi. Czy­niąc to, musimy być świa­domi, iż może zmie­nić to czy­jeś życie, spra­wić, że komuś nagle cały świat zwali się pod sto­pami, miaż­dżąc cał­ko­wi­cie jego duszę...

* * *

Słowa, które wypo­wie­działa Sara, spra­wiły, że męż­czy­zna się prze­ra­ził. Do tej pory uczu­cie to było mu obce. Teraz nie potrafi zapa­no­wać nad odde­chem i obronną reak­cją orga­ni­zmu, pod­po­wia­da­jącą ucieczkę. Jego ciało drży, jest w jakimś trud­nym do opa­no­wa­nia tran­sie. Dopiero po chwili do mózgu męż­czy­zny dociera sens wypo­wie­dzia­nych przed sekundą słów. Ma wra­że­nie, że jego serce zaczyna zwal­niać. Czyżby to był koniec? Czy wła­śnie umiera? Nie, to nie­moż­liwe. Z prze­ra­że­niem stwier­dza, że nie czuje koń­czyn, na doda­tek przed jego oczyma jawi się ciem­ność. Czyżby stra­cił wzrok? Jest gorzej niż kie­dy­kol­wiek. Gorzej niż w naj­gor­szych kosz­ma­rach, które nie­raz budziły go nocą, spra­wia­jąc, że jego skórę oble­wał mokry, zimny pot. Prze­ciera zaci­śnięte powieki, licząc na to, że wkrótce ujrzy zarysy obra­zów, z tru­dem prze­łyka gorzką ślinę. Z bez­sil­no­ści opiera się o mięk­kie łóżko, sta­no­wiące jeden z mebli zaj­mo­wa­nego przez niego pokoju na ostat­nim pię­trze hotelu Lao.

Odre­mon­to­wany, eks­klu­zywny, neo­ba­ro­kowy budy­nek stoi na placu zaj­mo­wa­nym nie­gdyś przez klasz­tor. Usy­tu­owany jest w ści­słym cen­trum zasty­głego w ciszy mia­sta, tuż przy wro­cław­skiej ope­rze. Cho­ciaż widok zza strze­li­stych hote­lo­wych okien apar­ta­mentu w głów­nej czę­ści gma­chu, wycho­dzą­cych na gotycką bryłę kościoła Świę­tej Doroty, zapiera dech w pier­siach, w tym momen­cie nie ma to żad­nego zna­cze­nia. W gło­wie męż­czy­zny toczy się walka. Nagle otwiera oczy, z prze­ra­że­niem uświa­da­mia sobie, że znisz­czył życie nie tylko sobie. Zde­spe­ro­wany kie­ruje wzrok na kobietę. Obci­sła sukienka pod­kre­śla jej smu­kłe kobiece kształty, a krę­cone, gęste, ciemne włosy łagod­nie opa­dają na mocno wyeks­po­no­wany biust. Potem prze­nosi wzrok wyżej i dostrzega drze­miący w niej smu­tek. Jest pewien, że za sztucz­nie przy­kle­jo­nym uśmie­chem miło­ści jego życia kryje się roz­bi­cie albo coś w rodzaju żalu. Chwilę zasta­na­wia się, co powi­nien uczy­nić. Z całych sił pra­gnie coś powie­dzieć, zare­ago­wać, ale zwy­czaj­nie bra­kuje mu odwagi. Po chwili zaci­ska dło­nie na pościeli, która deli­kat­nie sze­le­ści.

- Auć... - syczy z bólu, ude­rza­jąc paznok­ciem o ramę dzie­więt­na­sto­wiecz­nego drew­nia­nego łóżka. Wie, że nie może po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nie chce jej zra­nić. Mimo­wol­nie uśmie­cha się do sie­bie, jego twarz przyj­muje zupeł­nie inny, jakże odmienny od poprzed­niego, wyraz. Gdyby ktoś mu się teraz przy­glą­dał, wziąłby go za szczę­śli­wego czło­wieka. Cho­ciaż ten w zasa­dzie uszedł już z niego w cało­ści. Jesz­cze przez chwilę obda­rza Sarę sztucz­nym uśmie­chem, który jest cał­ko­wi­tym zaprze­cze­niem tego, co czuje w głębi ducha.

- Jestem ci naprawdę wdzięczna za dzi­siej­szy wie­czór... Może zabrzmi to infan­tyl­nie, ale wła­śnie tego potrze­bo­wa­łam - szep­cze Sara, ucie­ka­jąc oczyma przed wzro­kiem męż­czy­zny, który domy­śla się, że dziew­czyna nie chce wra­cać do poprzed­niego tematu, wie, że jest on dla niej rów­nież bole­sny. Wkrótce Sara pod­cho­dzi do niego i gła­dzi ręką jego ramię. Od razu prze­szywa go dreszcz. Jej dotyk jest dla niego niczym wbi­ja­jący się w skórę nóż. Po chwili kobieta obej­muje go mocno. Męż­czy­zna ma wra­że­nie, jakby ści­snęła go żela­zna obręcz, unie­moż­li­wia­jąca swo­bodne oddy­cha­nie.

- Nic nie powiesz? - pyta Sara.

- Wła­ści­wie... Wła­ści­wie to nie wiem, co mam powie­dzieć. Zamu­ro­wało mnie. Chyba powin­ni­śmy... - prze­rywa nie­spo­dzie­wa­nie, czu­jąc deli­katny dotyk palca Sary na swo­ich ustach.

- Cicho, pro­szę... Mamy to już za sobą. Cieszmy się tym, co jest tu i teraz. Pro­szę...

- Dobrze... Skoro uwa­żasz, że tak będzie lepiej. Niech tak pozo­sta­nie.

- Wydaje mi się, że w tej sytu­acji nie ma dobrego roz­wią­za­nia. Uwa­żam jed­nak, że tak będzie nam o wiele łatwiej... - Sara w odpo­wie­dzi posyła mu wymowne bła­galne spoj­rze­nie. - Nawet nie potra­fię sobie wyobra­zić tego, jak to wszystko zostało zor­ga­ni­zo­wane bez mojej wie­dzy. Musie­li­ście wło­żyć w to ogrom pracy! - dodaje.

- Zawsze zasłu­gi­wa­łaś na wszystko, co naj­lep­sze... Masz wokół sie­bie wielu wspa­nia­łych ludzi, dla któ­rych naj­bar­dziej na świe­cie liczy się twoje szczę­ście - mówi męż­czy­zna, wodząc wzro­kiem za Sarą, kie­ru­jącą się w stronę łazienki, wyło­żo­nej w cało­ści dro­go­cen­nym wło­skim mar­mu­rem.

- Ni­gdy wcze­śniej tu nie byłam. Cóż za piękne i kli­ma­tyczne miej­sce. - Sara mimo­wol­nie dotyka szyby, która sięga od pod­łogi aż po sufit, dosko­nale har­mo­ni­zu­jąc z gotyc­kimi przy­po­rami kościoła znaj­du­ją­cego się tuż przy hotelu.

- Mhm... - mru­czy męż­czy­zna, zasta­na­wia­jąc się nad tym, jakim cudem tak szybko prze­pra­co­wała pro­blem, z który on nie może sobie pora­dzić.

- Wra­camy na przy­ję­cie? Nie chcę zawieść moich gości. Poza tym nie mam nawet naj­mniej­szej ochoty prze­sie­dzieć swo­ich czter­dzie­stych uro­dzin, roz­pa­mię­tu­jąc prze­szłość.

- Jasne. Idź.

- A co z tobą?

- Zaraz do cie­bie dołą­czę. Okej? Potrze­buję przez chwilę pobyć w samot­no­ści.

- Tylko nie siedź tu za długo - prosi Sara i wraca do sypialni. Męż­czy­zna obser­wuje, jak prze­raź­li­wie wyso­kie i cien­kie obcasy jej szpi­lek zanu­rzają się w miękki, ręcz­nie tkany dywan. Sara mija niski zdo­biony sto­lik, trą­ca­jąc deli­kat­nie kola­nem wazon ze świe­żymi kwia­tami, po czym nachyla się nad uchem męż­czy­zny i szep­cze: - Naprawdę żałuję, że tak wyszło... - Po tych sło­wach całuje go i odcho­dzi, pozo­sta­wia­jąc na jego ustach smak swo­ich warg.

Męż­czy­zna spo­gląda za nią, widzi, jak znika w głębi hote­lo­wego kory­ta­rza, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi. Po jej wyj­ściu czuje się osa­mot­niony, zanu­rza twarz w pucho­wej poduszce, pogrą­ża­jąc się w zadu­mie i smutku. W apar­ta­men­cie panuje bez­brzeżna cisza. Głu­cha, upiorna cisza, która zaczyna wże­rać się w jego umysł i opa­no­wy­wać go mili­metr po mili­metrze. Po kilku chwi­lach, pod­czas któ­rych z tru­dem pró­buje odzy­skać utra­cony spo­kój, natar­czywe, skry­wane na dnie umy­słu wspo­mnie­nia powra­cają. Wiru­jąca na wie­trze sukienka, śmiech, pisk i gło­śny płacz. Powta­rza­jące się w jego gło­wie obrazy są nie do wytrzy­ma­nia. W końcu na twa­rzy męż­czy­zny poja­wia się łza, jedna mała łza, po brzegi wypeł­niona nadzieją, która minęła bez­pow­rot­nie. Świa­tełko w tunelu, pro­wa­dzące go przez życie, prze­staje ist­nieć. Teraz jest tylko ciem­ność.

Nie­spo­dzie­wa­nie wybiega z pokoju i gna przed sie­bie. W ogóle nie patrzy wstecz, jakby zamknął za sobą pewien etap życia i pod­jął decy­zję. Wbiega na dach budynku i upew­nia się, że nikogo nie ma w pobliżu. Powoli prze­kłada nogę przez barierkę i... ska­cze. Zabija go prawda.

Rozdział 1. Sześć dni przed urodzinami

Roz­dział 1

Sześć dni przed uro­dzi­nami

Pro­myki słońca deli­kat­nie muskają ciało pogrą­żo­nej jesz­cze we śnie Sary. Czu­jąc ich cie­pło, kobieta budzi się z gry­ma­sem. Dłu­gie, brą­zowe, krę­cone włosy, któ­rych zazdro­ściły kole­żanki, zasła­niają jej całą twarz, uka­zu­jąc jedy­nie zbyt spi­cza­sty nos. Sara jed­nym ruchem odsuwa je z twa­rzy, doty­ka­jąc przez przy­pa­dek spę­ka­nych od soli mor­skiej ust. Jesz­cze przed nie­spełna tygo­dniem cie­szyła się waka­cjami na Kre­cie. Cho­ciaż latem w Pol­sce tem­pe­ra­tura powie­trza jest niż­sza o nie­całe pięt­na­ście, cza­sem dzie­sięć, a nawet i pięć stopni, to nijak ma się to do mor­skiej bryzy, kolo­ro­wych kwia­tów na ulicy czy świe­żych owo­ców morza, które jadła zale­d­wie tydzień temu. Sara kocha waka­cje przede wszyst­kim za to, że może wtedy odpo­cząć od ota­cza­ją­cej ją rze­czy­wi­sto­ści.

Kobieta wydaje z sie­bie cichutki pomruk, a potem powoli otwiera zaspane oczy. Spo­gląda na miękki, puchaty dywan, na któ­rym leżą nie­chluj­nie roz­rzu­cone kap­cie. Następ­nie prze­nosi wzrok na ścianę w kolo­rze kości sło­nio­wej oraz na zawie­szony u sufitu, leni­wie koły­sany wia­trem hamak z frędz­lami, który co rusz dotyka sto­ją­cej na para­pe­cie ciem­no­zie­lo­nej alo­ka­zji. Obser­wu­jąc to, stwier­dza, że koniecz­nie musi prze­sta­wić doniczkę, alo­ka­zja bowiem nie znosi jakie­go­kol­wiek towa­rzy­stwa. Czyn­ność ta wymaga jed­nak opusz­cze­nia łóżka, a na to Sara nie ma jesz­cze ochoty.

Rośliny pora­stają każdy wolny skra­wek sypialni, nada­jąc jej cie­pły i przy­tulny kli­mat. Choć Sara uwiel­bia to miej­sce, teraz chęt­nie wró­ci­łaby na polanę, na któ­rej przed chwilą była, a z któ­rej zabrały ją inten­sywne pro­mie­nie sło­necz­nego świa­tła. Sen przy­wo­łał naj­mil­sze wspo­mnie­nia, Sara jesz­cze raz prze­ży­łaby minione chwile. Dla­tego też deli­kat­nie, powoli, jakby oba­wiała się, że ktoś może jej w tym prze­szko­dzić, przy­myka cięż­kie powieki, z całych sił sta­ra­jąc się wró­cić w obję­cia Mor­fe­usza. Chce znów zna­leźć się na zie­lo­nej łące, poczuć bez­tro­skę, lek­kość ciała, wszech­obecny cie­pły wiatr i deli­katny dotyk czy­ichś pal­ców na twa­rzy... Nie­stety, nie jest to takie pro­ste. Jej orga­nizm bun­tuje się, ma już dość odpo­czynku, jest gotowy do dzia­ła­nia. Umysł zaczyna pra­co­wać na peł­nych obro­tach, dociera do niego natłok infor­ma­cji, zaha­mo­wa­nie tego pro­cesu nie jest już moż­liwe.

Pewna tego, że sen już nie nadej­dzie, Sara leni­wie siada na łóżku, roz­gląda się po pokoju, po czym jej wzrok pada na wiszący na ścia­nie zegar, który wska­zuje 9:37. Świa­do­mość tego, która jest już godzina, działa na kobietę jak zimny prysz­nic. Sara szybko opusz­cza stopy na pod­łogę i z wiel­kim stra­chem zaczyna zanu­rzać rękę pod poduszkę. Przez chwilę jej palce wyczu­wają jedy­nie mięk­kie prze­ście­ra­dło, ale po kilku sekun­dach napo­ty­kają zna­jomy pro­sto­kątny przed­miot. Kobieta wyciąga go szybko, przy­suwa ekran tele­fonu do oczu, spraw­dza­jąc budzik. "Dla­czego nie dzwo­nił, dla­czego nie sły­sza­łam sygnału?", myśli w popło­chu. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że jest week­end i nie idzie do pracy. Uspo­ko­iw­szy oddech, czuje ulgę i uśmie­cha się do sie­bie. Tym razem nie spóźni się do biura. Nie zawali sza­le­nie waż­nego pro­jektu, któ­rym zaj­muje się od prze­szło pię­ciu tygo­dni, nie da sze­fowi powodu do zwol­nie­nia. Ostat­nio nie­ustan­nie się jej cze­piał, nie było dnia, by nie miał do niej pre­ten­sji. Sama nie wie, dla­czego jesz­cze nie zło­żyła wymó­wie­nia, praw­do­po­dob­nie ze względu na pen­sję, która była wię­cej niż satys­fak­cjo­nu­jąca. Z takiego sta­no­wi­ska nie rezy­gnuje się ot tak po pro­stu. Cho­ciaż prawdę mówiąc, gdyby Sara chciała resztę życia spę­dzić na kana­pie, z wyło­żo­nymi do góry nogami, to spo­koj­nie mogłaby to uczy­nić. Wtedy jed­nak prę­dzej czy póź­niej dopa­dłaby ją depre­sja, która praw­do­po­dob­nie pożar­łaby ją żyw­cem. Dla­tego wła­śnie od paru lat Sara grzęź­nie w tym okrop­nym biu­rze, do któ­rego przy­jeż­dża swoim super­no­wo­cze­snym autem, budzą­cym zazdrość samego szefa.

Uspo­ko­jona, wysuwa się powoli z pościeli i opusz­cza paste­lową sypial­nię w stylu boho, pozo­sta­wia­jąc na pod­ło­dze, tuż obok pło­żą­cych się po niej dziu­ra­wych liści mon­stery, byle jak rzu­coną koł­drę. Powol­nym kro­kiem stąpa po chłod­nej posadzce, wyko­na­nej z mikro­ce­mentu w cie­płym, beżo­wym odcie­niu. Wcho­dzi do łazienki i w pierw­szej kolej­no­ści obmywa twarz zimną wodą, a potem wkle­puje w nią nawil­ża­jący krem. Jest strasz­nie drogi, ale czego nie robi się dla urody. Nakła­da­nie każ­dego dnia aksa­mit­nego kremu to nie­zwy­kle przy­jemny rytuał, z któ­rego nie zamie­rza rezy­gno­wać.

Roz­czo­chrane włosy zwią­zuje w wysoki kucyk, two­rząc na gło­wie coś na wzór koka, a następ­nie szo­ruje zęby elek­tryczną szczo­teczką, wcze­śniej nasa­dza­jąc na jej koniec nakładkę z różową obu­dówką. Po poran­nej toa­le­cie wkłada na ramiona jedwabny cienki szla­frok, a póź­niej wraca do sypialni i ścieli łóżko, narzu­ca­jąc na nie wzo­rzy­stą kapę. Na koniec układa na nim ozdo­bione haftem poduszki. Wresz­cie, gotowa przy­wi­tać lip­cowy pora­nek, scho­dzi scho­dami na dół. Ich kon­struk­cja została zapro­jek­to­wana w taki spo­sób, by jed­no­cze­śnie peł­niły funk­cję regału na książki. Co prawda Sara jesz­cze do żad­nej nie zaj­rzała, ale na pewno wkrótce wszyst­kie prze­czyta. Przy­naj­mniej takie ma plany. Choć cza­sami wątpi, czy jej się to uda. Ksią­żek jest naprawdę dużo. Ich barwne okładki cie­szą oczy i to jest naj­waż­niej­sze. Sara jest typem zbie­raczki i maniaczki posia­da­nia nowo­ści z Empiku. Ma ich w swo­jej posia­dło­ści przy­naj­mniej sześć­set. Na szczę­ście dom, w któ­rym mieszka od prze­szło trzy­na­stu lat, pomie­ści jesz­cze przy­naj­mniej dru­gie tyle. To miej­sce, które potrafi uspo­koić nawet naj­bar­dziej roz­e­mo­cjo­no­wa­nego czło­wieka. Każdy znaj­dzie w nim wytchnie­nie i jakże potrzebny spo­kój. Dom zapro­jek­to­wano zgod­nie z mod­nym tren­dem urban jun­gle. Wikli­nowe krze­sła, lampy, egzo­tyczna roślin­ność dopeł­niają cało­ści.

Po chwili, gdy Sara znaj­duje się na par­te­rze, czuje chłodny podmuch powie­trza, dobie­ga­jący z nie­do­mknię­tych drzwi wycho­dzą­cych na ogród. Odru­chowo chwyta się za ramiona i pró­bu­jąc się roz­grzać, ener­gicz­nie pociera dłońmi miękki, deli­katny mate­riał szla­froka. Nie zasta­na­wia­jąc się długo, pod­cho­dzi do drzwi, wycho­dzą­cych na taras, zde­cy­do­wa­nie chwyta za gruby mate­riał zasłon i odsła­nia je. Przed nią roz­po­ściera się piękny wro­cław­ski Opo­rów. Przez chwilę Sara napawa się tym wido­kiem, a następ­nie chwyta zasłonki i odnaj­duje pętelki. Wkrótce wycho­dzi do ogrodu. Roz­gląda się wokół, roz­ko­szu­jąc pięk­nem poranka. Nie­ba­wem dostrzega ją jej pies, bisz­kop­towy labra­dor, do tej pory hasa­jący po mokrej od zra­sza­czy i nie­dawno sko­szo­nej tra­wie. Na widok wła­ści­cielki roz­we­se­lony pod­biega do niej i liże ją po wycią­gnię­tych w jego kie­runku dło­niach.

- Cześć, Buffi. Cześć, kochany. No już prze­stań! Nie skacz tak na mnie. Zaraz mnie prze­wró­cisz - mówi czule Sara. - Gdzie jest twój pan? Gdzie się podział? - pyta, choć wie, że nie otrzyma odpo­wie­dzi. Zwie­rzę, jakby rozu­miało jej słowa, prze­krzy­wia głowę, a potem mija ją, trą­ca­jąc jej udo puszy­stym ogo­nem i zmie­rza­jąc wprost do domu.

Sara z prze­ra­że­niem stwier­dza, że dębową pod­łogę, dotąd ste­ryl­nie czy­stą, pokry­wają patyki, pia­sek i resztki trawy. Praw­do­po­dob­nie to wszystko przy­cze­piło się psu do łap, a teraz odpada wła­śnie w kory­ta­rzu. Na twa­rzy Sary poja­wia się gry­mas. Kobieta marsz­czy brwi, natych­miast kie­ruje się do pobli­skiego pomiesz­cze­nia gospo­dar­czego i chwyta za odku­rzacz. Chce jak naj­szyb­ciej usu­nąć z pod­łogi brud pozo­sta­wiony przez pupila, jej mąż, pedant, widząc go, na pewno nie byłby zado­wo­lony. Krzysz­tof nie­na­wi­dzi bała­ganu. W jego mnie­ma­niu utrzy­ma­nie porządku jest nie­zwy­kle istotne, pozwala czło­wie­kowi funk­cjo­no­wać i być szczę­śli­wym. Poza tym uważa, że, dba­jąc o ład wokół sie­bie, zacho­wu­jemy har­mo­nię w życiu. Sara, choć ma nieco inne zda­nie na ten temat, sza­nuje zasady męża. Prze­cież prze­strze­ga­nie ich nie wymaga od niej zbyt dużego wysiłku, poza tym nie lubi się kłó­cić. Jej mąż jest naprawdę dobrym czło­wie­kiem, odda­nym, spo­koj­nym, tro­skli­wym i poukła­da­nym, dla­tego Sara stara się ponad wszystko, by czuł się w ich domu dobrze. Tak naprawdę jedyną rysę w ich związku sta­nowi wiek. Mąż jest star­szy od Sary o szes­na­ście lat, ale ona nie zwraca na to uwagi. Dla niej liczy się jego oso­bo­wość.

Sara pod­cho­dzi do kon­taktu i wkłada do niego wtyczkę od odku­rza­cza. Jed­nak zamiast sprzą­tać, wraca myślami do dnia, w któ­rym po raz pierw­szy zoba­czyła Krzysz­tofa.

Poznała go lata temu, popi­ja­jąc jaśmi­nową her­batę w her­ba­ciarni przy ulicy Kuź­ni­czej. Sie­działa na antre­soli, pod­pie­ra­jąc się łok­ciem o drew­nianą barierkę i bez­myśl­nie wpa­tru­jąc w okno. Krzysz­tof zako­chał się w niej od pierw­szego wej­rze­nia. Usiadł przy sąsied­nim sto­liku i zaczął ją zaga­dy­wać.

- Tak się składa, że przy­pad­kiem zamó­wi­łem o jedną szar­lotkę za dużo.

- Bar­dzo panu współ­czuję - odpo­wie­działa.

- Hmm... Widzę, że kiep­sko zaczą­łem. Spo­dzie­wa­łem się usły­szeć nieco inną odpo­wiedź. W zasa­dzie to mia­łem nadzieję, że domy­śli się pani, że chcę ją bli­żej poznać.

- Czyżby chciał mnie pan pode­rwać? - Po wypo­wie­dze­niu tych słów popa­trzyła na jego ciemny gar­ni­tur, duże nie­bie­skie oczy i sta­ran­nie przy­strzy­żony lekko szpa­ko­waty zarost. Wyglą­dał naprawdę ele­gancko, doj­rzale. Przy­glą­da­jąc się swo­jemu roz­mówcy, pomy­ślała, że taki dostojny męż­czy­zna zupeł­nie do niej nie pasuje.

- Nikogo poza nami tutaj nie widzę. Zdaje się, że jeste­śmy dziś jedy­nymi klien­tami tej klitki - odpo­wie­dział nie­zna­jomy.

- Co racja to racja...

- To jak, da się pani pode­rwać? - zapy­tał wprost.

- Nie­ko­niecz­nie - odrze­kła, posy­ła­jąc mu uśmiech. Z przy­jem­no­ścią go słu­chała. Miał zachryp­nięty głos, który bar­dzo jej się spodo­bał.

- Nale­gam. Niech się pani zli­tuje. Od paru chwil robię z sie­bie kom­plet­nego pajaca, a na doda­tek obrzy­dli­wego obżar­tu­cha. Pro­szę poświę­cić mi cho­ciaż kilka minut.

- No dobrze... Niech panu będzie, ale pro­szę nie mylić naszego spo­tka­nia z randką - powie­działa sta­now­czo.

- Ależ oczy­wi­ście. Nawet nie śmiał­bym o to pro­sić. Posta­ram się nie prze­kra­czać gra­nic i nie być zbyt nachal­nym. Mów mi Krzy­siek. - Po tych sło­wach przy­su­nął swoje krze­sło do jej sto­lika i podał jej dłoń.

- Cześć - odpo­wie­działa cicho, odwza­jem­nia­jąc uścisk.

- Naprawdę miło cię poznać - powie­dział i nało­żył na wide­lec kawa­łek szar­lotki. Przez chwilę przy­glą­dał mu się, po czym powoli wło­żył go do ust. Nie­stety, cia­sto oka­zało się fatalne, a kwa­śne jabłka z tru­dem można było prze­łknąć. Naj­chęt­niej wyplułby zawar­tość z powro­tem na talerz, ale w tej sytu­acji było to nie­moż­liwe.

- Dzię­kuję.

- Czę­sto tu bywasz? - kon­ty­nu­ował roz­mowę.

- Jestem tu pierw­szy raz. Nie­da­leko stąd mam zaję­cia. Wra­ca­jąc do domu, zauwa­ży­łam tę her­ba­ciar­nię i posta­no­wi­łam wstą­pić.

- Co to za zaję­cia?

- Byłam na lek­cji śpiewu. Zawsze o tym marzy­łam, ale jakoś ni­gdy nie mia­łam na to czasu. Praca, życie w biegu nie pozwa­lały na roz­wi­ja­nie pasji.

- Och, to naprawdę fascy­nu­jące. Faj­nie, że udało ci się odro­binę przy­sto­po­wać i zna­leźć czas dla sie­bie.

- To prawda, ale, nie­stety, chyba bra­kuje mi naj­waż­niej­szego...

- Czego?

- Nie mam za grosz talentu... Jed­nak mimo to nie zamie­rzam zre­zy­gno­wać, te zaję­cia mnie odprę­żają.

- Nie wie­rzę, że nie potra­fisz śpie­wać. Chyba tro­chę prze­sa­dzasz.

- Oj nie...! Uwierz mi, gdy­byś mnie usły­szał, po pierw­szej minu­cie byś uciekł. - Wypo­wie­dziaw­szy te słowa, roze­śmiała się, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

- Może jed­nak się mylisz. Mam nadzieję, że kie­dyś będę miał przy­jem­ność posłu­chać two­jego śpiewu i prze­ko­nać się, jak jest naprawdę. A teraz zacznę z zupeł­nie innej beczki. Ucie­ka­łaś kie­dyś bez pła­ce­nia?

- Ależ nie! Oczy­wi­ście, że nie! - odpo­wie­działa, zupeł­nie zbita z tropu. Spo­glą­dała na niego i nie bar­dzo rozu­miała, do czego zmie­rza.

- Zawsze musi być ten pierw­szy raz.

- Że co pro­szę? Chyba nie mówisz poważ­nie? - Jego pyta­nie było naprawdę dziwne. - Ni­gdy bym nie pomy­ślała, że taki sta­teczny męż­czy­zna ma takie złe zamiary.

- Pew­nie cho­dzi ci o to, że wyglą­dam na nud­nego kra­wa­cia­rza? - zapy­tał, uśmie­cha­jąc się do niej wesoło.

- Och, bez prze­sady, po pro­stu... No sam wiesz... Może to twój ubiór, a może wiek. Sama nie wiem.

- Bez prze­sady... Nie jestem jesz­cze taki stary, żeby nie móc cie­szyć się życiem i tro­chę posza­leć. Tobie też to pole­cam. - Mówiąc to, puścił do niej oczko. - Jeśli cho­dzi ci o mój gar­ni­tur, to dopiero co wró­ci­łem z pracy. Na co dzień się tak nie ubie­ram.

- Rozu­miem... - potwier­dziła, nieco uspo­ko­jona.

- Poza tym to tylko ubra­nie, które o niczym nie świad­czy... Spójrz na sie­bie. Gdy­bym miał cię oce­nić po wyglą­dzie, to wycią­gnął­bym błędne wnio­ski.

- To aku­rat prawda. Jestem z natury raczej mało roz­ryw­kowa, nie lubię ryzyka. Wła­ści­wie jesz­cze ni­gdy nie zro­bi­łam nic sza­lo­nego.

- Czas to zmie­nić... Wcho­dzisz w to? Nie okła­mujmy się. To cia­sto nadaje się jedy­nie do śmiet­nika. Nie wiem jak ty, ale ja nie zamie­rzam się dłu­żej z nim męczyć.

- Masz abso­lutną rację. Chyba ni­gdy nie jadłam tak paskud­nej szar­lotki - stwier­dziła i zaśmiała się gło­śno.

- W razie czego man­dat biorę na sie­bie - oświad­czył. - To co, zmie­niamy lokal? Nie­da­leko stąd jest restau­ra­cja, w któ­rej podają pyszne steki z praw­dzi­wymi bel­gij­skimi fryt­kami. Masz ochotę ich spró­bo­wać?

- Hmm... Brzmi cał­kiem dobrze.

- Obie­cuję ci, że będziesz zado­wo­lona. Wyjdź przed lokal i na mnie pocze­kaj. Popro­szę o rachu­nek za nas oboje i czmychnę, zanim kel­ner się zorien­tuje.

- Co za sza­leń­stwo! Nie wie­rzę w to, co się dzieje - oznaj­miła pod­eks­cy­to­wana, a jej twarz nabrała rumień­ców.

Mimo że Krzysz­tof był od niej zde­cy­do­wa­nie star­szy, coś ją do niego cią­gnęło. Miał duszę mło­dego czło­wieka, goto­wego na odro­binę sza­leń­stwa. Jego pomy­sły zawsze popra­wiały jej humor. Od ich pierw­szego spo­tka­nia minął już jakiś czas. Widy­wali się czę­sto, Krzysz­tof wymy­ślał pre­tek­sty, by spę­dzić z nią cho­ciaż chwilę. Dopiero po paru mie­sią­cach ich zna­jo­mo­ści wyznał, że pierw­szego dnia w her­ba­ciarni ure­gu­lo­wał rachu­nek. Zataił to przed nią, bo bar­dzo zale­żało mu, by zwró­cić na sie­bie jej uwagę. Dziew­czyna nie gnie­wała się na niego, lubiła, jak o nią zabie­gał. Pod­czas każ­dego spo­tka­nia Krzysz­tof zasy­py­wał ją pre­zen­tami i bukie­tami kwia­tów, za każ­dym razem innymi. Spra­wiał, że czuła się wyjąt­kowa i pewna sie­bie. Po roku od ich pierw­szego spo­tka­nia została jego żoną.

Po wyczysz­cze­niu pod­łogi Sara prze­mywa Buf­fiemu łapy, a potem idzie do kuchni. Posta­na­wia napić się kawy, którą przy­wieźli z RPA. Naj­pierw dokład­nie mieli brą­zowe zia­renka o smaku cyna­monu. Pies idzie w tym cza­sie do salonu, wska­kuje na kanapę i kła­dzie łebek na jej brzegu. Bacz­nie obser­wuje swoją panią, krzą­ta­jącą się w kuchni, od czasu do czasu sze­roko zie­wa­jąc. Po chwili kawa jest gotowa, jej aro­ma­tyczny zapach roz­nosi się po całym domu. Sara zasiada z kub­kiem przed ekra­nem gra­fi­to­wego Mac­Bo­oka. Włą­cza go, po chwili na ekra­nie poja­wiają się nie­za­mknięte wcze­śniej pro­gramy. Nagle kobieta sły­szy zna­jomą melo­dię powia­do­mie­nia.

- "Nad­cho­dzące wyda­rze­nie: za sześć dni uro­dziny" - czyta na głos tekst, który poja­wia się w prawy gór­nym rogu moni­tora. - Wiel­kie dzięki za przy­po­mnie­nie. Co za głu­pie urzą­dze­nie! Prze­cież dosko­nale o tym wiem! - pry­cha z dez­apro­batą. Nie jest zado­wo­lona z tego, że za kilka dni skoń­czy czter­dzie­ści lat. Czwórka z przodu przy­pra­wia ją o dresz­cze. To wiek, który wymaga od kobiety dobrego sta­no­wi­ska w pracy, peł­nej rodziny i praw­dzi­wej doj­rza­ło­ści, a ona wcale nie jest na to gotowa. Czuje się fatal­nie, spo­glą­da­jąc w lustro i widząc, że jej mło­dzień­cza uroda prze­mija, a dzieci sąsia­dów mówią do niej "pani". Jakby tego było mało, ich matki dzi­wią się, dla­czego nie ma jesz­cze potom­stwa. Zło­śliwe szepty odno­śnie jej domnie­ma­nego stanu zdro­wia cza­sami docho­dzą do jej uszu i spra­wiają przy­krość. Prze­cież nie powinno to nikogo inte­re­so­wać. Jest naprawdę milion powo­dów, dla któ­rych ktoś nie ma dzieci. Sara nie ma zamiaru się z tego nikomu tłu­ma­czyć, a już na pewno nie babom, które zaglą­dają jej przez płot, podzi­wia­jąc wytwor­ność jej posia­dło­ści, za którą w cało­ści zapła­cił znany na cały Wro­cław adwo­kat Krzysz­tof Zbo­row­ski. Na całe szczę­ście Krzy­siek ni­gdy na nią nie naci­skał. Twier­dził, że woli psy od ludzi. "One przy­naj­mniej nie skrzyw­dzą swo­jego wła­ści­ciela. Ludzie bywają okrutni. Czło­wiek to naj­gor­sza z istot, która kie­dy­kol­wiek stą­pała po Ziemi" - zwykł mówić.

Sara ma nadzieję, że jej tego­roczne uro­dziny umkną uwa­dze bli­skich. Chcia­łaby unik­nąć nie­szcze­rych spoj­rzeń i komen­ta­rzy doty­czą­cych jej urody. Nie­stety, Krzysz­tof na pewno nie pozwoli, by to święto prze­mi­nęło bez echa. Zawsze przy­kła­dał dużą wagę do wszel­kich rocz­nic. Ni­gdy o nich nie zapo­mi­nał. Cho­ciaż Sarze było to obo­jętne, dla niego sta­no­wiło ważny ele­ment życia, sca­la­jący ich rodzinę. Nie pomo­gło nawet tłu­ma­cze­nie, że obcho­dze­nie imie­nin czy uro­dzin to pozo­sta­łość po PRL-u. Mąż pusz­czał to mimo uszu, mówił, że jest to mu obo­jętne, że każdy powód jest dobry, by móc obda­rzyć uko­chaną pre­zen­tami.

Nagle Sarze przy­cho­dzi do głowy pewien pomysł. Wpi­suje w pole wyszu­ki­warki hasło: "Zamek Czo­cha". To odda­lone o dwie godziny drogi od Wro­cła­wia śre­dnio­wieczne zamczy­sko, które chowa w swo­ich murach wiele sekre­tów. Ide­alne miej­sce do ukry­cia się przed resztą świata. Z wieży wido­ko­wej można podzi­wiać zamek, rzekę Kwisę i pobli­skie lasy. Sara ma nadzieję, że jej pomysł wypali i uda jej się spę­dzić uro­dzi­nowy week­end ina­czej niż do tej pory, uni­ka­jąc obo­wiąz­ko­wego świę­to­wa­nia. Szybko spraw­dza ceny, które są dość przy­stępne. Kiedy jed­nak pró­buje doko­nać rezer­wa­cji, oka­zuje się, że wszystko jest zajęte. Na jej twa­rzy poja­wia się wście­kłość.

- Kurwa! Kurwa! Kurwa! - krzy­czy.

- Coś się stało, kocha­nie? - sły­szy za sobą głos męża. Nie zorien­to­wała się, gdy wcho­dził do domu.

- Ups... prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łam, że już wró­ci­łeś - mówi zakło­po­tana.

- Skoń­czy­łem dziś nieco wcze­śniej - wyja­śnia Krzysz­tof. Stoi w drzwiach tara­so­wych, jego mokra, po poran­nym jog­gingu, koszulka przy­kleja się do ciała.

- Nic takiego się nie stało... - kła­mie Sara, nawią­zu­jąc do pyta­nia zada­nego przez męża. - Wła­śnie sobie przy­po­mnia­łam, że wczo­raj mia­łam wysłać księ­go­wej doku­menty. Zupeł­nie o nich zapo­mnia­łam. Zaraz się tym zajmę.

- I to cię tak zde­ner­wo­wało? - dziwi się Krzysz­tof.

- Mhm... - odpo­wiada nie­pew­nie.

- Okej. Pozwól, że zosta­wię cię na chwilę. Zaraz wra­cam! Ni­gdzie mi nie ucie­kaj. Biorę szybki prysz­nic i zaraz się tobą zajmę...

- Och... Krzy­siek! Daj mi spo­kój. Nie mam dziś na to nastroju - prosi Sara, w tej chwili wola­łaby, żeby mąż potrak­to­wał sprawę obo­jęt­nie.

- Chcesz o czymś poga­dać? - pyta Krzysz­tof, a na jego twa­rzy poja­wia się nie­po­kój.

- O tym, że jestem stara? Nie. Nie chcę - bur­czy Sara.

- A więc to o to cho­dzi! To jest praw­dziwy powód two­ich poran­nych fochów?

- Może...

- Nie przej­muj się, inni w tym pokoju są już grubo po pięć­dzie­siątce. Poza tym zdra­dzę ci w sekre­cie, że szy­kuję dla cie­bie dużą nie­spo­dziankę.

- Mhm... - mru­czy Sara, jej nadzieje w tej chwili legły w gru­zach.

- To będzie nie­za­po­mniany wie­czór - oznaj­mia mąż.

- Z pew­no­ścią...

Rozdział 2. Wojtek, lat 19

Roz­dział 2

Woj­tek, lat 19

Po jed­nej stro­nie twa­rzy czuję roz­pie­ra­jący ból. Nie­spo­dzie­wane ude­rze­nie spra­wia, że moje oczy bez­wa­run­kowo przy­my­kają się, a głowa odwraca się w prze­ciw­nym kie­runku. Marsz­czę brwi, odczu­wa­jąc roz­cho­dzące się po twa­rzy cie­pło, syczę pod nosem, sta­ra­jąc się ukryć przej­mu­jący ból. Jed­nakże jest on tak ogromny, że nie udaje mi się nad tym cał­ko­wi­cie zapa­no­wać. W końcu z moich ust wymy­kają się poje­dyn­cze słowa, wyra­ża­jące to, co wła­śnie czuję. Jesz­cze nie dosze­dłem do takiej per­fek­cji, by zno­sić cier­pie­nie w ciszy.

Chude palce mojej matki wciąż wbi­jają się w moje kości policz­kowe, a ostre i dłu­gie paznok­cie prze­ci­nają cienką skórę pod okiem. Cho­ciaż ta maleńka ranka pie­cze mnie jak jasna cho­lera, sta­ram się nie dać tego po sobie poznać. Jestem doro­słym, zahar­to­wa­nym życiem męż­czy­zną. Biorę głę­boki oddech i odwra­cam w jej stronę obo­lałą twarz. Widzę jej dez­orien­ta­cję. W jej oczach maluje się wście­kłość, jest bar­dzo blada, jestem pewien, że zasta­na­wia się, co powinna teraz zro­bić, jaką obrać tak­tykę. Praw­do­po­dob­nie roz­waża, co tym razem na mnie zadziała. Czy bycie miłą i potulną, czy zaata­ko­wa­nie mnie. Chęt­nie pomogę jej w wybo­rze decy­zji. Uno­szę kąciki ust do góry i wybu­cham gło­śnym, iro­nicz­nym śmie­chem. Zadzia­łało. Kobieta, która dała mi życie, nagle nie wie, jak się zacho­wać. Moja reak­cja jest dla niej czymś obcym. Czymś, czego się w ogóle nie spo­dzie­wała. Ni­gdy wcze­śniej nie potra­fi­łem się jej prze­ciw­sta­wić. Może się bałem, a może po pro­stu nie śmia­łem ze względu na to, że była moją matką. Tym razem jed­nak coś we mnie pękło. Kręcę głową z nie­do­wie­rza­nia. Ona naprawdę nie wie, co robić. Takiej jej jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem. Nie patrzy na mnie, unika kon­taktu wzro­ko­wego, jakby nagle stra­ciła całą odwagę i siłę, błą­dzi oczyma po pod­ło­dze, jakby tam mogła zna­leźć ratu­nek. Na jej miej­scu już dawno zapadł­bym się pod zie­mię i nie mówię tylko o tym incy­den­cie, ale o całym życiu. Wiem, że czuje się winna. Widzę to po jej sku­lo­nej postu­rze i trzę­są­cych się ustach, które przez dłuż­szą chwilę nie potra­fią wydu­sić z sie­bie żad­nego słowa. Cała drży, zasko­czona moją reak­cją. To nie­moż­liwe, aby jej syn się jej prze­ciw­sta­wił, zlek­ce­wa­żył ją.

- Prze­pra­szam - sły­szę jej cichy głos. Powta­rza to słowo kilka razy, jak man­trę. Na początku mil­czę. Już dawno zauwa­ży­łem, że wła­śnie to działa na nią naj­le­piej. Mój brak reak­cji jest dla niej naj­więk­szą karą. Łka jak małe dziecko, uda­jąc pokrzyw­dzoną. Prze­cież tak naprawdę to ja powi­nie­nem pła­kać.

Wiem, że matka chce usły­szeć słowa prze­ba­cze­nia, ale to nie­moż­liwe. Koniec z wyba­cza­niem. Mam dość bycia wyro­zu­mia­łym synem. Ileż można zno­sić upo­ko­rze­nia? Czuję do niej jedy­nie pogardę, nic wię­cej. Znam ten stan dosko­nale, ale nauczy­łem sobie z nim radzić. To prze­cież nie pierw­szy raz, kiedy matka mnie policz­kuje. Jest taka słaba. Odno­szę wra­że­nie, że trak­tuje mnie tak okrut­nie, bo ni­gdy mnie nie chciała. Choć nie powie­działa tego, myślę, że o tym, że jest w ciąży ze mną, dowie­działa się zbyt późno. Nie mogła więc się mnie pozbyć. Dla­czego tak myślę? Dla­tego że zaszła w ciążę, gdy miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat, marzyła o aktor­stwie, karie­rze, a ja jej to unie­moż­li­wi­łem. Całe życie mnie za to obwi­niała, trak­tu­jąc jak nie­chciany pomiot. To nie jest kobieta, która powinna rodzić dzieci, a już na pewno je wycho­wy­wać. To chora psy­chicz­nie furiatka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki