Prolog
Prolog
Mówią, że prawda wyzwala. Kłamią. Nie każdą historię da się wpisać w ogólnie przyjęte ramy, czasami pozostaje ona niezrozumiała. Dlatego
zdarza się, że balansujemy pomiędzy prawdą a kłamstwem. Wyjawienie
prawdy może zmienić czyjąś rzeczywistość, sprawić, że inaczej
postrzegamy człowieka, którego dotyczy. Jednym słowem szczerość może
całkowicie zniszczyć komuś życie.
Najłatwiej nam się kłamie, zniekształca fakty. Wielu ludzi nie ma z tym
problemu, zmyślanie, koloryzowanie to współcześnie coraz częściej
akceptowane zjawisko. Apogeum osiągamy wtedy, gdy okłamujemy samych
siebie. Tak długo przekłamujemy rzeczywistość, że w końcu wierzymy w to,
co wymyśliliśmy. Postępujemy zgodnie z zasadą, że: "Kłamstwo powtórzone
sto razy staje się prawdą".
Wyznanie prawdy wymaga często nie lada odwagi. Czyniąc to, musimy być
świadomi, iż może zmienić to czyjeś życie, sprawić, że komuś nagle cały
świat zwali się pod stopami, miażdżąc całkowicie jego duszę...
* * *
Słowa, które wypowiedziała Sara, sprawiły, że mężczyzna się przeraził.
Do tej pory uczucie to było mu obce. Teraz nie potrafi zapanować nad
oddechem i obronną reakcją organizmu, podpowiadającą ucieczkę. Jego
ciało drży, jest w jakimś trudnym do opanowania transie. Dopiero po
chwili do mózgu mężczyzny dociera sens wypowiedzianych przed sekundą
słów. Ma wrażenie, że jego serce zaczyna zwalniać. Czyżby to był koniec?
Czy właśnie umiera? Nie, to niemożliwe. Z przerażeniem stwierdza, że nie
czuje kończyn, na dodatek przed jego oczyma jawi się ciemność. Czyżby
stracił wzrok? Jest gorzej niż kiedykolwiek. Gorzej niż w najgorszych
koszmarach, które nieraz budziły go nocą, sprawiając, że jego skórę
oblewał mokry, zimny pot. Przeciera zaciśnięte powieki, licząc na to, że
wkrótce ujrzy zarysy obrazów, z trudem przełyka gorzką ślinę. Z bezsilności opiera się o miękkie łóżko, stanowiące jeden z mebli
zajmowanego przez niego pokoju na ostatnim piętrze hotelu Lao.
Odremontowany, ekskluzywny, neobarokowy budynek stoi na placu zajmowanym
niegdyś przez klasztor. Usytuowany jest w ścisłym centrum zastygłego w ciszy miasta, tuż przy wrocławskiej operze. Chociaż widok zza
strzelistych hotelowych okien apartamentu w głównej części gmachu,
wychodzących na gotycką bryłę kościoła Świętej Doroty, zapiera dech w piersiach, w tym momencie nie ma to żadnego znaczenia. W głowie
mężczyzny toczy się walka. Nagle otwiera oczy, z przerażeniem uświadamia
sobie, że zniszczył życie nie tylko sobie. Zdesperowany kieruje wzrok na
kobietę. Obcisła sukienka podkreśla jej smukłe kobiece kształty, a kręcone, gęste, ciemne włosy łagodnie opadają na mocno wyeksponowany
biust. Potem przenosi wzrok wyżej i dostrzega drzemiący w niej smutek.
Jest pewien, że za sztucznie przyklejonym uśmiechem miłości jego życia
kryje się rozbicie albo coś w rodzaju żalu. Chwilę zastanawia się, co
powinien uczynić. Z całych sił pragnie coś powiedzieć, zareagować, ale
zwyczajnie brakuje mu odwagi. Po chwili zaciska dłonie na pościeli,
która delikatnie szeleści.
- Auć... - syczy z bólu, uderzając paznokciem o ramę
dziewiętnastowiecznego drewnianego łóżka. Wie, że nie może po sobie
poznać, że coś jest nie tak. Nie chce jej zranić. Mimowolnie uśmiecha
się do siebie, jego twarz przyjmuje zupełnie inny, jakże odmienny od
poprzedniego, wyraz. Gdyby ktoś mu się teraz przyglądał, wziąłby go za
szczęśliwego człowieka. Chociaż ten w zasadzie uszedł już z niego w całości. Jeszcze przez chwilę obdarza Sarę sztucznym uśmiechem, który
jest całkowitym zaprzeczeniem tego, co czuje w głębi ducha.
- Jestem ci naprawdę wdzięczna za dzisiejszy wieczór... Może zabrzmi to
infantylnie, ale właśnie tego potrzebowałam - szepcze Sara, uciekając
oczyma przed wzrokiem mężczyzny, który domyśla się, że dziewczyna nie
chce wracać do poprzedniego tematu, wie, że jest on dla niej również
bolesny. Wkrótce Sara podchodzi do niego i gładzi ręką jego ramię. Od
razu przeszywa go dreszcz. Jej dotyk jest dla niego niczym wbijający się
w skórę nóż. Po chwili kobieta obejmuje go mocno. Mężczyzna ma wrażenie,
jakby ścisnęła go żelazna obręcz, uniemożliwiająca swobodne oddychanie.
- Nic nie powiesz? - pyta Sara.
- Właściwie... Właściwie to nie wiem, co mam powiedzieć. Zamurowało mnie.
Chyba powinniśmy... - przerywa niespodziewanie, czując delikatny dotyk
palca Sary na swoich ustach.
- Cicho, proszę... Mamy to już za sobą. Cieszmy się tym, co jest tu i teraz. Proszę...
- Dobrze... Skoro uważasz, że tak będzie lepiej. Niech tak pozostanie.
- Wydaje mi się, że w tej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania. Uważam
jednak, że tak będzie nam o wiele łatwiej... - Sara w odpowiedzi posyła mu
wymowne błagalne spojrzenie. - Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego,
jak to wszystko zostało zorganizowane bez mojej wiedzy. Musieliście
włożyć w to ogrom pracy! - dodaje.
- Zawsze zasługiwałaś na wszystko, co najlepsze... Masz wokół siebie wielu
wspaniałych ludzi, dla których najbardziej na świecie liczy się twoje
szczęście - mówi mężczyzna, wodząc wzrokiem za Sarą, kierującą się w stronę łazienki, wyłożonej w całości drogocennym włoskim marmurem.
- Nigdy wcześniej tu nie byłam. Cóż za piękne i klimatyczne miejsce. -
Sara mimowolnie dotyka szyby, która sięga od podłogi aż po sufit,
doskonale harmonizując z gotyckimi przyporami kościoła znajdującego się
tuż przy hotelu.
- Mhm... - mruczy mężczyzna, zastanawiając się nad tym, jakim cudem tak
szybko przepracowała problem, z który on nie może sobie poradzić.
- Wracamy na przyjęcie? Nie chcę zawieść moich gości. Poza tym nie mam
nawet najmniejszej ochoty przesiedzieć swoich czterdziestych urodzin,
rozpamiętując przeszłość.
- Jasne. Idź.
- A co z tobą?
- Zaraz do ciebie dołączę. Okej? Potrzebuję przez chwilę pobyć w samotności.
- Tylko nie siedź tu za długo - prosi Sara i wraca do sypialni.
Mężczyzna obserwuje, jak przeraźliwie wysokie i cienkie obcasy jej
szpilek zanurzają się w miękki, ręcznie tkany dywan. Sara mija niski
zdobiony stolik, trącając delikatnie kolanem wazon ze świeżymi kwiatami,
po czym nachyla się nad uchem mężczyzny i szepcze: - Naprawdę żałuję, że
tak wyszło... - Po tych słowach całuje go i odchodzi, pozostawiając na
jego ustach smak swoich warg.
Mężczyzna spogląda za nią, widzi, jak znika w głębi hotelowego
korytarza, zatrzaskując za sobą drzwi. Po jej wyjściu czuje się
osamotniony, zanurza twarz w puchowej poduszce, pogrążając się w zadumie
i smutku. W apartamencie panuje bezbrzeżna cisza. Głucha, upiorna cisza,
która zaczyna wżerać się w jego umysł i opanowywać go milimetr po
milimetrze. Po kilku chwilach, podczas których z trudem próbuje odzyskać
utracony spokój, natarczywe, skrywane na dnie umysłu wspomnienia
powracają. Wirująca na wietrze sukienka, śmiech, pisk i głośny płacz.
Powtarzające się w jego głowie obrazy są nie do wytrzymania. W końcu na
twarzy mężczyzny pojawia się łza, jedna mała łza, po brzegi wypełniona
nadzieją, która minęła bezpowrotnie. Światełko w tunelu, prowadzące go
przez życie, przestaje istnieć. Teraz jest tylko ciemność.
Niespodziewanie wybiega z pokoju i gna przed siebie. W ogóle nie patrzy
wstecz, jakby zamknął za sobą pewien etap życia i podjął decyzję. Wbiega
na dach budynku i upewnia się, że nikogo nie ma w pobliżu. Powoli
przekłada nogę przez barierkę i... skacze. Zabija go prawda.
Rozdział 1. Sześć dni przed urodzinami
Rozdział 1
Sześć dni przed urodzinami
Promyki słońca delikatnie muskają ciało pogrążonej jeszcze we śnie Sary.
Czując ich ciepło, kobieta budzi się z grymasem. Długie, brązowe,
kręcone włosy, których zazdrościły koleżanki, zasłaniają jej całą twarz,
ukazując jedynie zbyt spiczasty nos. Sara jednym ruchem odsuwa je z twarzy, dotykając przez przypadek spękanych od soli morskiej ust.
Jeszcze przed niespełna tygodniem cieszyła się wakacjami na Krecie.
Chociaż latem w Polsce temperatura powietrza jest niższa o niecałe
piętnaście, czasem dziesięć, a nawet i pięć stopni, to nijak ma się to
do morskiej bryzy, kolorowych kwiatów na ulicy czy świeżych owoców
morza, które jadła zaledwie tydzień temu. Sara kocha wakacje przede
wszystkim za to, że może wtedy odpocząć od otaczającej ją
rzeczywistości.
Kobieta wydaje z siebie cichutki pomruk, a potem powoli otwiera zaspane
oczy. Spogląda na miękki, puchaty dywan, na którym leżą niechlujnie
rozrzucone kapcie. Następnie przenosi wzrok na ścianę w kolorze kości
słoniowej oraz na zawieszony u sufitu, leniwie kołysany wiatrem hamak z frędzlami, który co rusz dotyka stojącej na parapecie ciemnozielonej
alokazji. Obserwując to, stwierdza, że koniecznie musi przestawić
doniczkę, alokazja bowiem nie znosi jakiegokolwiek towarzystwa. Czynność
ta wymaga jednak opuszczenia łóżka, a na to Sara nie ma jeszcze ochoty.
Rośliny porastają każdy wolny skrawek sypialni, nadając jej ciepły i przytulny klimat. Choć Sara uwielbia to miejsce, teraz chętnie wróciłaby
na polanę, na której przed chwilą była, a z której zabrały ją intensywne
promienie słonecznego światła. Sen przywołał najmilsze wspomnienia, Sara
jeszcze raz przeżyłaby minione chwile. Dlatego też delikatnie, powoli,
jakby obawiała się, że ktoś może jej w tym przeszkodzić, przymyka
ciężkie powieki, z całych sił starając się wrócić w objęcia Morfeusza.
Chce znów znaleźć się na zielonej łące, poczuć beztroskę, lekkość ciała,
wszechobecny ciepły wiatr i delikatny dotyk czyichś palców na twarzy...
Niestety, nie jest to takie proste. Jej organizm buntuje się, ma już
dość odpoczynku, jest gotowy do działania. Umysł zaczyna pracować na
pełnych obrotach, dociera do niego natłok informacji, zahamowanie tego
procesu nie jest już możliwe.
Pewna tego, że sen już nie nadejdzie, Sara leniwie siada na łóżku,
rozgląda się po pokoju, po czym jej wzrok pada na wiszący na ścianie
zegar, który wskazuje 9:37. Świadomość tego, która jest już godzina,
działa na kobietę jak zimny prysznic. Sara szybko opuszcza stopy na
podłogę i z wielkim strachem zaczyna zanurzać rękę pod poduszkę. Przez
chwilę jej palce wyczuwają jedynie miękkie prześcieradło, ale po kilku
sekundach napotykają znajomy prostokątny przedmiot. Kobieta wyciąga go
szybko, przysuwa ekran telefonu do oczu, sprawdzając budzik. "Dlaczego
nie dzwonił, dlaczego nie słyszałam sygnału?", myśli w popłochu. Dopiero
po chwili zdaje sobie sprawę, że jest weekend i nie idzie do pracy.
Uspokoiwszy oddech, czuje ulgę i uśmiecha się do siebie. Tym razem nie
spóźni się do biura. Nie zawali szalenie ważnego projektu, którym
zajmuje się od przeszło pięciu tygodni, nie da szefowi powodu do
zwolnienia. Ostatnio nieustannie się jej czepiał, nie było dnia, by nie
miał do niej pretensji. Sama nie wie, dlaczego jeszcze nie złożyła
wymówienia, prawdopodobnie ze względu na pensję, która była więcej niż
satysfakcjonująca. Z takiego stanowiska nie rezygnuje się ot tak po
prostu. Chociaż prawdę mówiąc, gdyby Sara chciała resztę życia spędzić
na kanapie, z wyłożonymi do góry nogami, to spokojnie mogłaby to
uczynić. Wtedy jednak prędzej czy później dopadłaby ją depresja, która
prawdopodobnie pożarłaby ją żywcem. Dlatego właśnie od paru lat Sara
grzęźnie w tym okropnym biurze, do którego przyjeżdża swoim
supernowoczesnym autem, budzącym zazdrość samego szefa.
Uspokojona, wysuwa się powoli z pościeli i opuszcza pastelową sypialnię
w stylu boho, pozostawiając na podłodze, tuż obok płożących się po niej
dziurawych liści monstery, byle jak rzuconą kołdrę. Powolnym krokiem
stąpa po chłodnej posadzce, wykonanej z mikrocementu w ciepłym, beżowym
odcieniu. Wchodzi do łazienki i w pierwszej kolejności obmywa twarz
zimną wodą, a potem wklepuje w nią nawilżający krem. Jest strasznie
drogi, ale czego nie robi się dla urody. Nakładanie każdego dnia
aksamitnego kremu to niezwykle przyjemny rytuał, z którego nie zamierza
rezygnować.
Rozczochrane włosy związuje w wysoki kucyk, tworząc na głowie coś na
wzór koka, a następnie szoruje zęby elektryczną szczoteczką, wcześniej
nasadzając na jej koniec nakładkę z różową obudówką. Po porannej
toalecie wkłada na ramiona jedwabny cienki szlafrok, a później wraca do
sypialni i ścieli łóżko, narzucając na nie wzorzystą kapę. Na koniec
układa na nim ozdobione haftem poduszki. Wreszcie, gotowa przywitać
lipcowy poranek, schodzi schodami na dół. Ich konstrukcja została
zaprojektowana w taki sposób, by jednocześnie pełniły funkcję regału na
książki. Co prawda Sara jeszcze do żadnej nie zajrzała, ale na pewno
wkrótce wszystkie przeczyta. Przynajmniej takie ma plany. Choć czasami
wątpi, czy jej się to uda. Książek jest naprawdę dużo. Ich barwne
okładki cieszą oczy i to jest najważniejsze. Sara jest typem zbieraczki
i maniaczki posiadania nowości z Empiku. Ma ich w swojej posiadłości
przynajmniej sześćset. Na szczęście dom, w którym mieszka od przeszło
trzynastu lat, pomieści jeszcze przynajmniej drugie tyle. To miejsce,
które potrafi uspokoić nawet najbardziej rozemocjonowanego człowieka.
Każdy znajdzie w nim wytchnienie i jakże potrzebny spokój. Dom
zaprojektowano zgodnie z modnym trendem urban jungle. Wiklinowe
krzesła, lampy, egzotyczna roślinność dopełniają całości.
Po chwili, gdy Sara znajduje się na parterze, czuje chłodny podmuch
powietrza, dobiegający z niedomkniętych drzwi wychodzących na ogród.
Odruchowo chwyta się za ramiona i próbując się rozgrzać, energicznie
pociera dłońmi miękki, delikatny materiał szlafroka. Nie zastanawiając
się długo, podchodzi do drzwi, wychodzących na taras, zdecydowanie
chwyta za gruby materiał zasłon i odsłania je. Przed nią rozpościera się
piękny wrocławski Oporów. Przez chwilę Sara napawa się tym widokiem, a następnie chwyta zasłonki i odnajduje pętelki. Wkrótce wychodzi do
ogrodu. Rozgląda się wokół, rozkoszując pięknem poranka. Niebawem
dostrzega ją jej pies, biszkoptowy labrador, do tej pory hasający po
mokrej od zraszaczy i niedawno skoszonej trawie. Na widok właścicielki
rozweselony podbiega do niej i liże ją po wyciągniętych w jego kierunku
dłoniach.
- Cześć, Buffi. Cześć, kochany. No już przestań! Nie skacz tak na mnie.
Zaraz mnie przewrócisz - mówi czule Sara. - Gdzie jest twój pan? Gdzie
się podział? - pyta, choć wie, że nie otrzyma odpowiedzi. Zwierzę, jakby
rozumiało jej słowa, przekrzywia głowę, a potem mija ją, trącając jej
udo puszystym ogonem i zmierzając wprost do domu.
Sara z przerażeniem stwierdza, że dębową podłogę, dotąd sterylnie
czystą, pokrywają patyki, piasek i resztki trawy. Prawdopodobnie to
wszystko przyczepiło się psu do łap, a teraz odpada właśnie w korytarzu.
Na twarzy Sary pojawia się grymas. Kobieta marszczy brwi, natychmiast
kieruje się do pobliskiego pomieszczenia gospodarczego i chwyta za
odkurzacz. Chce jak najszybciej usunąć z podłogi brud pozostawiony przez
pupila, jej mąż, pedant, widząc go, na pewno nie byłby zadowolony.
Krzysztof nienawidzi bałaganu. W jego mniemaniu utrzymanie porządku jest
niezwykle istotne, pozwala człowiekowi funkcjonować i być szczęśliwym.
Poza tym uważa, że, dbając o ład wokół siebie, zachowujemy harmonię w życiu. Sara, choć ma nieco inne zdanie na ten temat, szanuje zasady
męża. Przecież przestrzeganie ich nie wymaga od niej zbyt dużego
wysiłku, poza tym nie lubi się kłócić. Jej mąż jest naprawdę dobrym
człowiekiem, oddanym, spokojnym, troskliwym i poukładanym, dlatego Sara
stara się ponad wszystko, by czuł się w ich domu dobrze. Tak naprawdę
jedyną rysę w ich związku stanowi wiek. Mąż jest starszy od Sary o szesnaście lat, ale ona nie zwraca na to uwagi. Dla niej liczy się jego
osobowość.
Sara podchodzi do kontaktu i wkłada do niego wtyczkę od odkurzacza.
Jednak zamiast sprzątać, wraca myślami do dnia, w którym po raz pierwszy
zobaczyła Krzysztofa.
Poznała go lata temu, popijając jaśminową herbatę w herbaciarni przy
ulicy Kuźniczej. Siedziała na antresoli, podpierając się łokciem o drewnianą barierkę i bezmyślnie wpatrując w okno. Krzysztof zakochał się
w niej od pierwszego wejrzenia. Usiadł przy sąsiednim stoliku i zaczął
ją zagadywać.
- Tak się składa, że przypadkiem zamówiłem o jedną szarlotkę za dużo.
- Bardzo panu współczuję - odpowiedziała.
- Hmm... Widzę, że kiepsko zacząłem. Spodziewałem się usłyszeć nieco inną
odpowiedź. W zasadzie to miałem nadzieję, że domyśli się pani, że chcę
ją bliżej poznać.
- Czyżby chciał mnie pan poderwać? - Po wypowiedzeniu tych słów
popatrzyła na jego ciemny garnitur, duże niebieskie oczy i starannie
przystrzyżony lekko szpakowaty zarost. Wyglądał naprawdę elegancko,
dojrzale. Przyglądając się swojemu rozmówcy, pomyślała, że taki dostojny
mężczyzna zupełnie do niej nie pasuje.
- Nikogo poza nami tutaj nie widzę. Zdaje się, że jesteśmy dziś jedynymi
klientami tej klitki - odpowiedział nieznajomy.
- Co racja to racja...
- To jak, da się pani poderwać? - zapytał wprost.
- Niekoniecznie - odrzekła, posyłając mu uśmiech. Z przyjemnością go
słuchała. Miał zachrypnięty głos, który bardzo jej się spodobał.
- Nalegam. Niech się pani zlituje. Od paru chwil robię z siebie
kompletnego pajaca, a na dodatek obrzydliwego obżartucha. Proszę
poświęcić mi chociaż kilka minut.
- No dobrze... Niech panu będzie, ale proszę nie mylić naszego spotkania z randką - powiedziała stanowczo.
- Ależ oczywiście. Nawet nie śmiałbym o to prosić. Postaram się nie
przekraczać granic i nie być zbyt nachalnym. Mów mi Krzysiek. - Po tych
słowach przysunął swoje krzesło do jej stolika i podał jej dłoń.
- Cześć - odpowiedziała cicho, odwzajemniając uścisk.
- Naprawdę miło cię poznać - powiedział i nałożył na widelec kawałek
szarlotki. Przez chwilę przyglądał mu się, po czym powoli włożył go do
ust. Niestety, ciasto okazało się fatalne, a kwaśne jabłka z trudem
można było przełknąć. Najchętniej wyplułby zawartość z powrotem na
talerz, ale w tej sytuacji było to niemożliwe.
- Dziękuję.
- Często tu bywasz? - kontynuował rozmowę.
- Jestem tu pierwszy raz. Niedaleko stąd mam zajęcia. Wracając do domu,
zauważyłam tę herbaciarnię i postanowiłam wstąpić.
- Co to za zajęcia?
- Byłam na lekcji śpiewu. Zawsze o tym marzyłam, ale jakoś nigdy nie
miałam na to czasu. Praca, życie w biegu nie pozwalały na rozwijanie
pasji.
- Och, to naprawdę fascynujące. Fajnie, że udało ci się odrobinę
przystopować i znaleźć czas dla siebie.
- To prawda, ale, niestety, chyba brakuje mi najważniejszego...
- Czego?
- Nie mam za grosz talentu... Jednak mimo to nie zamierzam zrezygnować, te
zajęcia mnie odprężają.
- Nie wierzę, że nie potrafisz śpiewać. Chyba trochę przesadzasz.
- Oj nie...! Uwierz mi, gdybyś mnie usłyszał, po pierwszej minucie byś
uciekł. - Wypowiedziawszy te słowa, roześmiała się, ukrywając twarz w dłoniach.
- Może jednak się mylisz. Mam nadzieję, że kiedyś będę miał przyjemność
posłuchać twojego śpiewu i przekonać się, jak jest naprawdę. A teraz
zacznę z zupełnie innej beczki. Uciekałaś kiedyś bez płacenia?
- Ależ nie! Oczywiście, że nie! - odpowiedziała, zupełnie zbita z tropu.
Spoglądała na niego i nie bardzo rozumiała, do czego zmierza.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz.
- Że co proszę? Chyba nie mówisz poważnie? - Jego pytanie było naprawdę
dziwne. - Nigdy bym nie pomyślała, że taki stateczny mężczyzna ma takie
złe zamiary.
- Pewnie chodzi ci o to, że wyglądam na nudnego krawaciarza? - zapytał,
uśmiechając się do niej wesoło.
- Och, bez przesady, po prostu... No sam wiesz... Może to twój ubiór, a może
wiek. Sama nie wiem.
- Bez przesady... Nie jestem jeszcze taki stary, żeby nie móc cieszyć się
życiem i trochę poszaleć. Tobie też to polecam. - Mówiąc to, puścił do
niej oczko. - Jeśli chodzi ci o mój garnitur, to dopiero co wróciłem z pracy. Na co dzień się tak nie ubieram.
- Rozumiem... - potwierdziła, nieco uspokojona.
- Poza tym to tylko ubranie, które o niczym nie świadczy... Spójrz na
siebie. Gdybym miał cię ocenić po wyglądzie, to wyciągnąłbym błędne
wnioski.
- To akurat prawda. Jestem z natury raczej mało rozrywkowa, nie lubię
ryzyka. Właściwie jeszcze nigdy nie zrobiłam nic szalonego.
- Czas to zmienić... Wchodzisz w to? Nie okłamujmy się. To ciasto nadaje
się jedynie do śmietnika. Nie wiem jak ty, ale ja nie zamierzam się
dłużej z nim męczyć.
- Masz absolutną rację. Chyba nigdy nie jadłam tak paskudnej szarlotki -
stwierdziła i zaśmiała się głośno.
- W razie czego mandat biorę na siebie - oświadczył. - To co, zmieniamy
lokal? Niedaleko stąd jest restauracja, w której podają pyszne steki z prawdziwymi belgijskimi frytkami. Masz ochotę ich spróbować?
- Hmm... Brzmi całkiem dobrze.
- Obiecuję ci, że będziesz zadowolona. Wyjdź przed lokal i na mnie
poczekaj. Poproszę o rachunek za nas oboje i czmychnę, zanim kelner się
zorientuje.
- Co za szaleństwo! Nie wierzę w to, co się dzieje - oznajmiła
podekscytowana, a jej twarz nabrała rumieńców.
Mimo że Krzysztof był od niej zdecydowanie starszy, coś ją do niego
ciągnęło. Miał duszę młodego człowieka, gotowego na odrobinę szaleństwa.
Jego pomysły zawsze poprawiały jej humor. Od ich pierwszego spotkania
minął już jakiś czas. Widywali się często, Krzysztof wymyślał preteksty,
by spędzić z nią chociaż chwilę. Dopiero po paru miesiącach ich
znajomości wyznał, że pierwszego dnia w herbaciarni uregulował rachunek.
Zataił to przed nią, bo bardzo zależało mu, by zwrócić na siebie jej
uwagę. Dziewczyna nie gniewała się na niego, lubiła, jak o nią zabiegał.
Podczas każdego spotkania Krzysztof zasypywał ją prezentami i bukietami
kwiatów, za każdym razem innymi. Sprawiał, że czuła się wyjątkowa i pewna siebie. Po roku od ich pierwszego spotkania została jego żoną.
Po wyczyszczeniu podłogi Sara przemywa Buffiemu łapy, a potem idzie do
kuchni. Postanawia napić się kawy, którą przywieźli z RPA. Najpierw
dokładnie mieli brązowe ziarenka o smaku cynamonu. Pies idzie w tym
czasie do salonu, wskakuje na kanapę i kładzie łebek na jej brzegu.
Bacznie obserwuje swoją panią, krzątającą się w kuchni, od czasu do
czasu szeroko ziewając. Po chwili kawa jest gotowa, jej aromatyczny
zapach roznosi się po całym domu. Sara zasiada z kubkiem przed ekranem
grafitowego MacBooka. Włącza go, po chwili na ekranie pojawiają się
niezamknięte wcześniej programy. Nagle kobieta słyszy znajomą melodię
powiadomienia.
- "Nadchodzące wydarzenie: za sześć dni urodziny" - czyta na głos tekst,
który pojawia się w prawy górnym rogu monitora. - Wielkie dzięki za
przypomnienie. Co za głupie urządzenie! Przecież doskonale o tym wiem! -
prycha z dezaprobatą. Nie jest zadowolona z tego, że za kilka dni
skończy czterdzieści lat. Czwórka z przodu przyprawia ją o dreszcze. To
wiek, który wymaga od kobiety dobrego stanowiska w pracy, pełnej rodziny
i prawdziwej dojrzałości, a ona wcale nie jest na to gotowa. Czuje się
fatalnie, spoglądając w lustro i widząc, że jej młodzieńcza uroda
przemija, a dzieci sąsiadów mówią do niej "pani". Jakby tego było mało,
ich matki dziwią się, dlaczego nie ma jeszcze potomstwa. Złośliwe szepty
odnośnie jej domniemanego stanu zdrowia czasami dochodzą do jej uszu i sprawiają przykrość. Przecież nie powinno to nikogo interesować. Jest
naprawdę milion powodów, dla których ktoś nie ma dzieci. Sara nie ma
zamiaru się z tego nikomu tłumaczyć, a już na pewno nie babom, które
zaglądają jej przez płot, podziwiając wytworność jej posiadłości, za
którą w całości zapłacił znany na cały Wrocław adwokat Krzysztof
Zborowski. Na całe szczęście Krzysiek nigdy na nią nie naciskał.
Twierdził, że woli psy od ludzi. "One przynajmniej nie skrzywdzą swojego
właściciela. Ludzie bywają okrutni. Człowiek to najgorsza z istot, która
kiedykolwiek stąpała po Ziemi" - zwykł mówić.
Sara ma nadzieję, że jej tegoroczne urodziny umkną uwadze bliskich.
Chciałaby uniknąć nieszczerych spojrzeń i komentarzy dotyczących jej
urody. Niestety, Krzysztof na pewno nie pozwoli, by to święto przeminęło
bez echa. Zawsze przykładał dużą wagę do wszelkich rocznic. Nigdy o nich
nie zapominał. Chociaż Sarze było to obojętne, dla niego stanowiło ważny
element życia, scalający ich rodzinę. Nie pomogło nawet tłumaczenie, że
obchodzenie imienin czy urodzin to pozostałość po PRL-u. Mąż puszczał to
mimo uszu, mówił, że jest to mu obojętne, że każdy powód jest dobry, by
móc obdarzyć ukochaną prezentami.
Nagle Sarze przychodzi do głowy pewien pomysł. Wpisuje w pole
wyszukiwarki hasło: "Zamek Czocha". To oddalone o dwie godziny drogi od
Wrocławia średniowieczne zamczysko, które chowa w swoich murach wiele
sekretów. Idealne miejsce do ukrycia się przed resztą świata. Z wieży
widokowej można podziwiać zamek, rzekę Kwisę i pobliskie lasy. Sara ma
nadzieję, że jej pomysł wypali i uda jej się spędzić urodzinowy weekend
inaczej niż do tej pory, unikając obowiązkowego świętowania. Szybko
sprawdza ceny, które są dość przystępne. Kiedy jednak próbuje dokonać
rezerwacji, okazuje się, że wszystko jest zajęte. Na jej twarzy pojawia
się wściekłość.
- Kurwa! Kurwa! Kurwa! - krzyczy.
- Coś się stało, kochanie? - słyszy za sobą głos męża. Nie zorientowała
się, gdy wchodził do domu.
- Ups... przepraszam. Nie wiedziałam, że już wróciłeś - mówi zakłopotana.
- Skończyłem dziś nieco wcześniej - wyjaśnia Krzysztof. Stoi w drzwiach
tarasowych, jego mokra, po porannym joggingu, koszulka przykleja się do
ciała.
- Nic takiego się nie stało... - kłamie Sara, nawiązując do pytania
zadanego przez męża. - Właśnie sobie przypomniałam, że wczoraj miałam
wysłać księgowej dokumenty. Zupełnie o nich zapomniałam. Zaraz się tym
zajmę.
- I to cię tak zdenerwowało? - dziwi się Krzysztof.
- Mhm... - odpowiada niepewnie.
- Okej. Pozwól, że zostawię cię na chwilę. Zaraz wracam! Nigdzie mi nie
uciekaj. Biorę szybki prysznic i zaraz się tobą zajmę...
- Och... Krzysiek! Daj mi spokój. Nie mam dziś na to nastroju - prosi
Sara, w tej chwili wolałaby, żeby mąż potraktował sprawę obojętnie.
- Chcesz o czymś pogadać? - pyta Krzysztof, a na jego twarzy pojawia się
niepokój.
- O tym, że jestem stara? Nie. Nie chcę - burczy Sara.
- A więc to o to chodzi! To jest prawdziwy powód twoich porannych
fochów?
- Może...
- Nie przejmuj się, inni w tym pokoju są już grubo po pięćdziesiątce.
Poza tym zdradzę ci w sekrecie, że szykuję dla ciebie dużą
niespodziankę.
- Mhm... - mruczy Sara, jej nadzieje w tej chwili legły w gruzach.
- To będzie niezapomniany wieczór - oznajmia mąż.
- Z pewnością...