Rozdział pierwszy
Leon
Człowiek myśli, że kogo jak kogo, ale jego na pewno to nie spotka.
Do pewnego momentu każdy sądzi, że ma przed sobą jakąś przyszłość, a porażka dotyczy tylko niektórych. Patologii, pechowców albo wyjątkowych nieudaczników. Wiadomo, każdemu może powinąć się noga, ale żeby tak zupełnie się stoczyć? Dno ma się zapisane w genach. Wystarczy rzut oka i od razu wiadomo - z tego delikwenta nic nie będzie. Od urodzenia coś go ciągnie w dół.
Najpierw zły przykład rodziców. W szkole wagary i papieroski. Potem gangsterka albo nieletnia ciąża. I już równia pochyła, już spirala nieszczęść. Długi, kryminał i komornik, a wszystko obficie podlane wódką. Na nic kuratorzy i straszenie sądem. Dla przegranych nie ma ratunku.
Leon Laskowski pokręcił głową, wypłacając zawstydzonej kobiecie gotówkę za przyjęty łańcuszek. Pięćdziesiąt przeżytych wiosen to wystarczająco długo, by przestać wierzyć w mrzonki. Lata prowadzenia lombardu nauczyły go, że nie urodził się jeszcze człowiek, który nie mógłby skończyć na bruku. Na przykład ta klientka. Zupełnie nie przypominała bankrutki - czysta, schludna, normalna. A jednak.
Kiedy kilka lat wcześniej rejestrował spółkę, od inicjałów nazwaną skrótem L &L, w okolicy rozwijanym jako lombard i lichwa, nie przypuszczał, ile nauczy się o życiu. Klientela punktu przy ulicy Organizacji Wolność i Niezawisłość, w skrócie WiN, co bardziej odpowiadało upodobaniom i sumieniom mieszkańców Starych Bałut, stanowiła galerię typów i losów ludzkich, tworzących leksykon błędów i życiowych porażek. W swojej dzielnicy Leon znał każdą rysę, każde pęknięcie i każdy wykwit pleśni na murze. Z taką samą dokładnością mógł wymienić skazy w duszach i umysłach tutejszych ludzi. Widział zbyt wiele, by coś mogło go jeszcze zaskoczyć. Przyjmował w swych progach kobiety i mężczyzn, trzeźwych i pijanych, starych i młodych. Na wykolejenie zawsze była dobra pora.
Od razu wiedział, kto przychodził kupić, a kto sprzedać. Tych drugich rozpoznawał z daleka, kiedy niepewnie krążyli przed wejściem, łudząc się, że nikt ich nie zauważy. Rzadko wkraczali z otwartą przyłbicą, częściej wślizgiwali się ukryci za kołnierzem płaszcza, nerwowo rozglądając się na boki. Wkładali kaptury, naciągali czapki, wiązali szale sięgające nosa. Za to, co przynosili, dostawali ochłapy, ale dla nich liczyła się każda złotówka.
Jedni milcząc, spuszczali wzrok, w napięciu czekając na wycenę. Inni przesadnie dużo opowiadali o sobie, jakby szukali usprawiedliwienia. Zarzekali się, że mają tylko przejściowe trudności i lada moment przyjdą wykupić to, co oddawali w zastaw. Kłamali. Lombard był jak sierociniec - nikt nie zostawiał tu niczego, po co zamierzał wrócić.
Dlatego Leon zamarł na widok przedmiotu, który przyniósł ostatni klient. Ciężarówka-zabawka. Zostawił ją milczący okularnik, zaraz po nim weszła kobieta od łańcuszka. Kiedy Leon usłyszał dźwięk damskich obcasów, patrzył już tylko na nią. Wyprostował się i kątem oka zlustrował swoje odbicie w jednej ze szklanych witryn. Wypiął tors, w duchu gratulując sobie błękitnej koszulki polo, świeżo wyprasowanych dżinsów i ponadczasowej klasy białych adidasów. Jego zdaniem ten zestaw ujmował mu lat. Nie spuszczając z oka kobiety, przystąpił do pobieżnej wyceny miniaturowego samochodu.
Starannie wykonany model z czarnej, błyszczącej blachy musiał powstać przed zalewem chińszczyzny. Cacuszko w stylu retro. Leon zawsze miał do takich słabość. Okularnik mruknął coś o synu, który dorósł, i wyszedł, nie czekając na wypłatę. Leon zawołał za nim, ale nie mógł przecież zostawić czekającej klientki samej sobie. Wzruszył ramionami i wrócił do pracy.
Zabawką zajął się dopiero, kiedy został sam. Odkładał ją właśnie na półkę, gdy niespodziewanie otworzyła się ukryta wewnątrz skrytka. Spod malutkiej klapy wysunął się plik listów. Leon miał złe przeczucia. Otworzył jedną z kopert. Przebiegł wzrokiem kilka linijek i ścisnął kartkę w dłoni. Natychmiast podbiegł do drzwi i szarpnął je, wprawiając zawieszony nad nimi dzwonek w hałaśliwą huśtawkę. Wybiegł na zewnątrz, rozglądając się dookoła. Po mężczyźnie dawno nie było śladu.
Weronika
Na Facebooku dwieście osób polubiło jej status. Ten status to: bezrobotna. Weronika nie ubrała go akurat w to słowo, ale wynik sprowadzał się do tego samego. Wersja oficjalna brzmi: koniec z tym. Na opublikowanym zdjęciu pokazała znaczący gest przed siedzibą firmy, w której przez ostatnie osiem lat upływało jej życie. Zgrabny równoważnik zdania przekazuje pewną część znaczenia, pomijając niewygodny podmiot (Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) oraz krępujące orzeczenie (przechodzi reorganizację). Gdyby wdać się w niepotrzebne szczegóły, mogłoby się okazać, że to nie Weronika skończyła z firmą, tylko firma z nią. Strona bierna: Weronika jest skończona.
Wzięli ją z zaskoczenia. Po pierwsze, był poniedziałek, w dodatku rano. Kto wręcza wypowiedzenie na początku tygodnia? Przecież od tego są piątki, zwłaszcza te na koniec miesiąca. Jeśli wtedy szef niespodziewanie zaprasza na rozmowę do gabinetu, od razu wiadomo, o co chodzi. Po niedzieli jest już posprzątane. Puste biurko, zablokowana poczta, nieaktywna karta do drzwi.
- Nie chciałem psuć ci weekendu - wyjaśnił Rafał, szef Weroniki, wskazując jej krzesło obok kadrowej, w roli świadka czekającej za szklanym stołem. - A tak od razu rzucisz się w wir roboty i nie będziesz rozmyślać. Szybciej rozchodzisz stres, nie będziesz mieć czasu się nad sobą użalać.
- Szlachetnie.
Zajęła miejsce. Kadrowa wlepiła wzrok w blat. Leżał na nim srebrny długopis i przezroczysta teczka z dokumentami.
- Ile zostało mi czasu?
Widziała już kilka zwolnień lub, jak mówiono w korporacyjnym dialekcie, rozstań z firmą. Zazwyczaj były niespodziewane, natychmiastowe i nieodwołalne.
- Trzy miesiące. Będziesz pracować do końca okresu wypowiedzenia. Trzeba domknąć projekt. Sama wiesz, że się nie wyrabiamy. Potrzebujemy cię.
- I dlatego likwidujecie moje stanowisko?
- Oszczędności. - Rafał poluzował kołnierzyk bladoróżowej koszuli z Royal Collection. - Przykro mi. Za wypowiedzeniem czy za porozumieniem stron?
Wyszczerzył zęby w nieudanym uśmiechu, a kadrowa bez słowa wyciągnęła w jej stronę dwa arkusze pokryte drobnym drukiem, który, jak to zwykle bywa, wiele zmieniał. Weronika wzruszyła ramionami i wybrała wersję za wypowiedzeniem.
Rafał sprawiał wrażenie urażonego.
- Mam kredyt hipoteczny. Porozumienie stron pozbawia mnie ubezpieczenia od utraty pracy - usprawiedliwiła się. - Poza tym strony zupełnie się nie rozumiały - dodała już w myślach.
Gabinet szefa zgodnie z transparentną polityką firmy miał przeszklone drzwi. Wszyscy już wiedzieli. A jednak reakcja współpracowników była dla niej kolejnym zaskoczeniem. Kiedy wyszła z pomieszczenia, w którym TO się stało, najpierw zamknęła się w łazience. Odkręciła wodę i poczekała, aż zacznie lecieć lodowata, przenikająca cienką skórę dłoni aż do kości. Zwilżyła twarz i szyję, uważając, by nie zmoczyć starannie wyprostowanych, ciemnych włosów, bo te w kontakcie z wilgocią nieznośnie się puszyły. Próbowała zapanować nad oblewającym ją rumieńcem i piekącymi powiekami. Ostatni raz czuła się tak w szkole, kiedy przed całą klasą wydało się, że nie odrobiła pracy domowej. Wstyd. Upokorzenie. Złość, przede wszystkim na siebie. Wtedy po raz pierwszy i jedyny dostała żółtą kartkę. Dziś, trzydzieści lat później, kazali jej zejść z boiska.
Otrzepała dłonie i przygładziła ołówkową spódnicę, niesfornie marszczącą się na brzuchu. Mokre palce zostawiały ciemne smugi na beżowym materiale. Weronika zaklęła, ale przynajmniej miała powód, by dłużej zostać w łazience. Kiedy w końcu zajęła miejsce przy biurku, modliła się, by nikomu nie przyszło do głowy ją pocieszać. Mogłaby się niebezpiecznie rozkleić i stracić resztki godności. Wyobraziła sobie siebie z rozmazaną, skapującą na białą bluzkę maskarą, z zapuchniętymi oczami i czerwonym nosem. Poczuła wściekłość. Spodziewała się żenującego pakietu pożegnalnego, składającego się z poklepywania po plecach, krytycznych szeptów pod adresem szefostwa i zapewnień, że wszystko będzie dobrze. W najlepszym razie parzących w plecy litościwych spojrzeń. Niepotrzebnie się obawiała. Nie wzięła pod uwagę, że nie wydarzy się nic i właśnie to będzie najgorsze do zniesienia.
Trędowata. Tak się czuła, kiedy wzrok byłych współpracowników wędrował obok lub nad jej głową. Nikt o nic nie pytał, a już na pewno nie o samopoczucie. Gdyby chociaż na jej widok w pokoju zapadało niezręczne milczenie. Ale nie, nic takiego nie miało miejsca. Życie firmy toczyło się zwykłym, hałaśliwym trybem, przerywanym dzwonkami telefonu i wybuchami śmiechu. Po prostu Weronika nie była już jego częścią. Nie zapraszano jej na zebrania ani restart przy kuchennym ekspresie do kawy. Wykreślono z listy uczestników zbliżającego się wyjazdu integracyjnego, a adres usunięto z intranetu. Dostawała maile tylko od koleżanki, którą niedawno przyjmowała na staż, a która teraz miała przejąć jej obowiązki. Monika z kopią do szefa prosiła o pisemne przekazanie wszystkich instrukcji, kontaktów do klientów i raportu ze stanu realizacji bieżących projektów. Weronice wydało się to śmieszne, skoro siedziały przy sąsiednich biurkach. Tymczasem reszcie działu udzieliła się zrelaksowana atmosfera. Strzał już padł. Pozostali mogli się czuć bezpiecznie przynajmniej przez jakiś czas.
Ostatni dzień sierpnia i okresu wypowiedzenia był jasny i ciepły, ale kiedy Weronika zamknęła za sobą drzwi biura, na jej głowę lunął deszcz, choć jednocześnie świeciło słońce. Znów dała się zaskoczyć. Smugi złotych, wczesnojesiennych promieni padały na wszystko wokół. Tylko nie na nią.
Kinga
- Nic mnie tu nie czeka - szepnęła, przytulając ojca na pożegnanie.
Miała spierzchnięte usta, a wydychane przez nią powietrze w niespodziewanym chłodzie poranka zamieniało się w nitki białej pary. Jej słowa skraplały się w setki niewidocznych igiełek i przysiadały na wełnianym szaliku, boleśnie kłując usta i nos. Przystanek PKS, siódma rano. Koniec wakacji, pierwszy września. Dobry moment na rozpoczęcie nowego życia, jakich pełno w kalendarzu.
Stali pod przekrzywionym słupem z zardzewiałym rozkładem jazdy. Czekali w ogonku pasażerów i odprowadzających, z lekkim drżeniem, czy wystarczy miejsc. Kierowca rozklekotanego pojazdu z wysiedzianymi fotelami i zamglonymi szybami sprzedawał bilety do przyszłości, której tutaj, w miasteczku, nie było. Nie wyjeżdżała daleko, ale oboje wiedzieli, że na dobre. Z wyprowadzki za pracą nikt nie wraca. Mogło być gorzej: Anglia, Belgia lub Holandia, jak połowa jej klasy. Łódź jest przecież tylko kilkadziesiąt kilometrów stąd. I co z tego? W praktyce nie było większej różnicy. Odtąd jej życie miało się toczyć gdzie indziej.
- Ale będziesz przyjeżdżać? - zapytał ojciec, naciągając jej na uszy czapkę z pomponem.
Nie znosiła tego. Cienkie, jasne włosy w kontakcie z wełną najpierw przyklejały się do czoła, a potem naelektryzowane stawały na wszystkie strony. Dziś jednak nie protestowała. Zgodziła się włożyć wydziergany przez babcię pstrokaty ogrzewacz, chowając w kieszeni czarnej kurtki cieniutki, wyszywany cekinami beret. Przepełniała ją czułość i łagodność winowajcy. Ustępstwo w kwestii czapki i tak nie mogło wynagrodzić tego, co chciała zrobić. Zamierzała opuścić swojego ojca. Na zawsze.
Mama nie żyła, a Kinga była jego jedyną córką. Spędzili razem całe życie. Jej życie. Kolki, siniaki, zdarte kolana. Kolejki w dziecięcej przychodni, szkolne minidramaty i zmienne nastoletnie nastroje. Ogniska na działce, ryby nad jeziorem, niedzielne wycieczki do babci. Cotygodniowe porządki, godziny wysiedziane obok siebie w kościelnej ławce, spacery z psem. I pogrzeb psa też.
Pies! Powinna kupić mu nowego psa. Wypełniłby trochę miejsca po niej. Bo kiedy tata wróci dziś do domu, zastanie ciszę. Ta cisza, przerywana krótkotrwałym gwarem weekendowych odwiedzin, będzie trwać już zawsze. Dom, wreszcie wykończony, budowany przez lata z myślą o kilkupokoleniowej rodzinie, będzie z niego kpił. I po co to wszystko? Mogli zostać w małym mieszkaniu w kamieniczce. Nie żyć ponad stan, nie pchać dorobku życia w niepotrzebny metraż. Może wtedy nie musiałaby wyjeżdżać.
Ale w miasteczku nie ma pracy i nie ma z czego żyć. Dopóki ojciec pracował, ich dwuosobowy budżet jakoś się spinał. Od zawsze jednak wiedziała, że moment przejścia ojca na emeryturę dla niej będzie oznaczał nieodwołalny początek samodzielnego życia.
Jechała do pracy w mieście. Spróbuje w niej wytrwać do wymaganego końca, czyli do sześćdziesiątego siódmego roku życia. Dopiero wtedy będzie wolna i pomyśli o powrocie. To za czterdzieści lat. Jej ojciec nie będzie wtedy żył. Niedługo zacznie się starzeć, słabnąć i odchodzić, a ona będzie wtedy sprzedawać swój czas, by utrzymać się przy życiu gdzie indziej. Nie otoczy go opieką, a on nie zajmie się jej dziećmi. Odtąd ich losy, wcześniej splecione w rodzinny warkocz, miały biec równolegle.
Czuła się jak zdrajczyni. Nie tylko dlatego, że po tylu latach po prostu odchodziła, nie dając nic w zamian. Była hipokrytką. Kiedy tuż po szkole jej chłopak prosił, by wyjechała z nim do Londynu, odmówiła, nazywając go tchórzem, i nie wybaczyła, gdy ją zostawił. Dziś sama zamierzała to zrobić.
- Trzymaj się - chrząknął tata, kłując ją zarostem w policzek, a potem wycofał się ze stopni autobusu.
Kierowca zapuścił silnik, a Kinga zapadła się w śmierdzące siedzenie. Dziwnie jest ten świat urządzony. Trzeba szukać szczęścia gdzie indziej, choć wiadomo, że ono jest tutaj.
Łucja
Niedawno skończyła siedemdziesiąt sześć lat, a jutro czekał ją pierwszy dzień w pracy. Stresowała się jak przed maturą. Choć zdawała ją ponad pół wieku temu, do dziś pamiętała te nerwy i ulgę po wszystkim. Kształcić się już w życiu nakształciła, ale skoro miała czas i siły, grzech było nie dorobić. Każdy grosz się liczył. Nikt nie wiedział tego lepiej niż ona. Przeczytała w gazecie, że należy do pokolenia tysiąc sześćset, bo tyle wynosiła jej emerytura. Pewien radiowy dziennikarz, wstrząśnięty tą kwotą, przeprowadził eksperyment: próbował przeżyć za nią przez miesiąc. Poległ, ale zyskał rozgłos. Łucja żyła tak od lat i jakoś nie przysporzyło jej to sławy. A dziennikarzowi wyjaśniłaby, że emeryturą rozporządza w sposób następujący:
- czynsz, woda, ogrzewanie i wywóz śmieci: 390 zł
- rachunki: gaz, prąd, telewizja 160 zł
- telefon na kartę: 50 zł
- jedzenie: 400 zł (czasem lubiła ugotować coś dla rodziny)
- karma dla osiedlowych kotów: 100 zł
- leki i wizyty lekarskie: 250 zł
- ofiary w kościele: 40 zł
- prasa: 15 zł
Jak widać, nieraz odłożyła parę złotych na następny miesiąc. Częściej jednak pojawiały się dodatkowe wydatki i wtedy w budżecie jak w nadwyrężonej pończosze robiła się dziura.
Czasami Łucja czuła się troszkę zawiedziona. Przed laty, kiedy bywało ciężko, obiecywała sobie w duchu: "kiedyś sobie to wszystko odbiję". Przetrwała niejeden kryzys, myśląc o tym, że w przyszłości odpocznie i nagrodzi się za trud życia, kosztując tego, czego wcześniej sobie odmawiała. Na przykład podróży. Bardzo chciała zobaczyć choć niewielki kawałek świata.
Ale tak to już jest: marzenia odkłada się na sam koniec, czyli na starość. Był tylko mały szkopuł. Wcześniej jakoś nie pomyślała o tym, że wtedy nie będzie mieć pieniędzy. Mimo to nie użalała się nad sobą. Przecież dawała sobie radę i dla nikogo nie była ciężarem. Czasami miała tylko zwyczajnie ochotę coś sobie kupić, jak każda kobieta. Dlatego szukała okazji. Wiele rzeczy można zdobyć za bezcen. Łucja umiała dbać o przedmioty, reperowała je i dawała im drugie życie. Nigdy nie tolerowała marnotrawstwa, w przeciwieństwie do sąsiadek, które brały lichwiarskie pożyczki pod telezakupy albo wełniane kołdry. Płaciły trzy tysiące, a oddawały sześć. Gdy przestawały spłacać, to zaraz do nich przyjeżdżali. Nachodzili dzień w dzień i wstyd robili na całą kamienicę. Ale cóż, jak się człowiek nie umie powściągnąć, to ma za swoje.
Czasami Łucja sprzedawała kwiaty. To, co zarobiła, starczało na słodycze i jakiś przysmak dla kici. Mało. Zgłosiła się więc do innej pracy. Biurowej. Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia i się dostała. Przez pewien czas biła się z myślą, że to niemoralne iść do pracy na emeryturze, kiedy tylu młodych jest na bezrobociu. Ale przecież ją przyjęli, choć mogli wybrać kogoś innego.
Machnęła ręką na skrupuły jak na natrętną muchę i stanęła przed szafą. Otworzyła ciężkie, politurowane drzwi. Na szczęście kilka lat temu za radą sąsiadek przerzuciła się z naftaliny na lawendę. Teraz jej ubrania, nienowe, ale dobrze utrzymane, przyjemnie pachniały. Zanurzyła dłonie między wieszakami i raz po raz wysuwała spódnice i bluzki. Mimo upływu lat udało jej się zachować nienaganną figurę. Szczególną sympatią darzyła swoje nogi, wciąż zgrabne, którym pozwalała figlarnie wyglądać przez niewielkie rozcięcia w materiale. Srebrne włosy kręciła na wałki, dzięki temu zdawało się, że ma ich całą burzę. Nie było źle. Musiała tylko kupić pastę do butów albo odświeżyć wodą tę zaschniętą w blaszanym pudełeczku. Nie można wykonywać służbowych obowiązków w niewyczyszczonych pantoflach. Zastanawiała się tylko, jak przejść przez miasto czystą stopą. Od wielu miesięcy trwały remonty centralnych ulic. Na drodze ku lepszej przyszłości Łódź stanęła w miejscu. Korki, rozkopy, zawieruszone przystanki, błotniste ścieżki zamiast chodników, a pośrodku karawany objuczonych pieszych, skaczących przez dziury i nasypy. Dżungla. No cóż, jakoś będzie musiała sobie poradzić.
Z przyjemnością tak się szykowała i obmyślała stroje na pierwsze dni w nowej pracy. Cichutko pogwizdywała. Zaczynała w poniedziałek.