10:00-11:00
Dzwoni menadżer, zaprasza nas na poranne zebranie. Zazwyczaj jedno z nas idzie, a drugie zostaje w recepcji. Jest nadal mnóstwo gości, których trzeba wymeldować, no i ktoś musi się upewnić, że w pokojach nie ma prostytutek.
To poważny problem w biznesie hotelowym. Tutaj mają swój raj. Pełen bogatych gości, których można pozbawić dużej ilości kasy, a którzy sami nie mają oporów, by się z tą kasą rozstawać. Chwilowo samotni, z kartami firmowymi na wydatki - marzą tylko o jednym: zabawić się właśnie teraz, gdy ich żony lub dziewczyny znajdują się po drugiej stronie kuli ziemskiej. Trudno aż uwierzyć w statystyki, według których dziewięciu na dziesięciu samotnych mężczyzn prosi w hotelu o "towarzystwo". Nam, szanowanemu hotelowi, nie wolno zezwalać na prostytucję ani jej w jakikolwiek sposób promować. Ale mówić, że ona tutaj nie istnieje, że hordy prostytutek nie przechodzą przez nasze drzwi każdego dnia i że Tony nigdy nie macza w tym palców ani nie dostaje za to napiwków - to potworne kłamstwo.
Prawda jest taka, że pełno ich w hotelu i o tej porze dnia należy na nie uważać. Tony zna kilka i jeśli wykonał swoją robotę, będzie wiedział, którzy goście poszli spać w towarzystwie, a którzy zamówili usługę w środku nocy. I teraz my mamy sprawić, żeby dziewczyny sobie poszły. W przeciwnym razie, kiedy faceci pójdą na zebranie czy dokądkolwiek, dziewczyny, które zostały w pokoju, myślą, że są cholerną Julią Roberts w Pretty Woman i zaczynają zamawiać fryzjera czy inne liczne usługi. Potem, oczywiście, gdy przychodzi pora płacenia za hotel, facet mówi, że nie zamawiał łososia o dziesiątej rano, bo go w tym czasie w hotelu nie było. Więc teraz należy wykazać czujność, jeśli chodzi o obsługę hotelową i linie telefoniczne. Należy mieć oko na to, kto się wymeldował, i nie powinien pozostawać w hotelu, lub kto wyszedł i na pewno nie może w tej chwili korzystać z naszych usług.
Liz i ja mamy małą dyskusję: które z nas powinno iść na zebranie, a które zostać w recepcji i pilnować prostytutek. Ja bardzo wolałabym to pierwsze. Marzę w tej chwili, żeby usiąść sobie przy kawie i ciasteczkach. Chcę zaapelować do sumienia Liz, ale szybko zdaję sobie sprawę z tego, że ona go nie ma. Wykorzystuję więc starszeństwo.
- Myślę, że skoro przyjeżdża dzisiaj kilku ważnych gości, a ja mam większe doświadczenie, to ja powinienem iść na zebranie.
- Dobra. - Nie wygląda na zachwyconą.
- Będziesz mieć oko na podejrzane zachowanie w pokojach?
- Oczywiście. - Wzdycha, jakby nigdy w życiu nie słyszała durniejszego pytania.
- Dobra. Na razie. - Uśmiecham się miło.
- Baw się dobrze - mówi sarkastycznie. Teraz naprawdę mam ochotę jej dać w gębę.
- Ty też - odpowiadam, nadal się uśmiechając.
Idę w stronę podwójnych szklanych drzwi, które prowadzą do foyer. Jest dziesięć po dziesiątej, a tam już siedzi kilka chudych kobiet w złocie i beżach, ze sztywnymi od lakieru włosami. Mają jakieś spotkanie przy kawie, drinkach i papierosach.
Foyer to dość dziwna mieszanina starego i nowego. Ściany są pokryte lustrami i fantastycznymi złotymi lampami, ale meble wybrano nowoczesne: wypchana sofa, obity skórą fotel, niskie stoły. Jest to dość dziwna kombinacja, która nadaje temu miejscu dekadenckiego charakteru, co nie powstrzymuje tabunów modelek, regularnie zamawiających tutaj sesje zdjęciowe.
Poza korytarzem, który prowadzi do baru, w dalekim końcu foyer, tuż obok złotych posągów trzymających pochodnie, są drzwi do biura menadżera. Tak naprawdę za tymi drzwiami jest kilka pomieszczeń. Najpierw wchodzi się do recepcji, gdzie pracuje jego sekretarka Angie i odbiera ważne wiadomości; po lewej znajduje się mniejsze biuro, całe w drewnie i skórach, z masywnym biurkiem wzdłuż jednej ze ścian i z widokiem przez okno, a po prawej od Angie jeszcze jedno, o wiele większe, ze stołem konferencyjnym pośrodku, otoczonym wysokimi krzesłami. Biuro z drewna i skóry jest używane, gdy Adrian próbuje przekonać młode kobiety do wydania dwudziestu pięciu tysięcy funtów na ślub w naszym hotelu - i kiedy chce wrzeszczeć na pracowników. Duże biuro ze stołem konferencyjnym służy do codziennych porannych zebrań, na które mają obowiązek przychodzić wszyscy.
Prawie wszyscy. Jackie, szefowa pokojówek, która ma romans z Benem, reprezentuje sprzątaczki i pokojówki. Przychodzą też James, ten blond idiota i szef działu zakupów, menadżera ds. żywności i napojów, menadżera ds. bankietów i imprez, menadżera ds. konserwacji, szef ochrony, menadżer restauracji i szef kuchni. Menadżerka ds. kadr jest w podróży poślubnej. Tony też się zjawił, razem z Gino, głównym barmanem, i Lynette, menadżerką ds. rezerwacji. I zawsze jest też ktoś z recepcji, kto wie, co nowego się wydarzyło.
Zebranie zwykle zaczyna się tak samo: wchodzi Angie ze swoimi przesadnie wylakierowanymi blond włosami, różowymi ustami i swetrem pachnącym lawendą, emanując wyblakłym majestatem złotego posągu z foyer. Niesie tacę, na której stoi duży dzbanek kawy i taki sam dzbanek herbaty, mleko, cukier i ciastka. Zazwyczaj ludzie na początku się powstrzymują i wybierają te suche i mdłe ciastka, dopiero w czasie drugiej rundy talerza rzucają się na te lepsze. Ale zawsze zostawiają dwa czekoladowe dla Adriana, który nigdy nie przychodzi na czas, bo właśnie rozmawia z kimś ważnym.
- Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry - mówi od drzwi i siada u szczytu stołu, wygładzając po drodze swój różowo-niebieski jedwabny krawat. Adrian lubi krawaty i zgromadził już sporą kolekcję - większość to prezenty od gości. Goście z krajów Zatoki Perskiej, którzy wypełniają hotel w sierpniu i wydają dziesiątki tysięcy funtów, zazwyczaj ofiarowują mu trzy albo cztery krawaty Herm?sa. Dzisiejszy jednak wydaje się dość tani. Możliwe, że Dave zapomniał odebrać pozostałe z czyszczenia.
- Dobra. Jest coś, co powinienem wiedzieć o zeszłej nocy? Jakieś straszne historie?
Zebranie jest zazwyczaj dość oficjalne. W mniejszych hotelach mogą być bardziej zabawne. W jednym miejscu, w którym kiedyś pracowałem, zebrania były pretekstem do żartów i rozmów - sesji integracyjnej. Ktoś powiedziałby Adrianowi o pewnym zdarzeniu zeszłej nocy, w którym sam brał udział, i wszyscy mieliby polewkę. Ale gdy hotel jest tak duży i zarabia trzydzieści pięć milionów funtów rocznie, i kiedy codziennie jest tyle problemów, tylko czasem udaje nam się zrelaksować na spotkaniu - wtedy, gdy Adrian ma dobry humor. I dziś wydaje się dość gadatliwy. Być może z powodu tego, co robił poprzedniej nocy. Udaje, że jest częścią grupy i próbuje się nam podlizać.
Rozbawiłem go, mówiąc o kobiecie z torbą wymiocin. Powiedziałem o facecie z rachunkiem za sekstelefon i problemie z kanadyjskim gościem, który miał wczesną rezerwację. Adrian pogratulował mi obniżenia rachunku o pięćdziesiąt funtów, stwierdzając, że był to najlepszy sposób na uspokojenie krzykacza, i zapisał sobie numer nowego pokoju Kanadyjczyka. Dodał, że powinniśmy mu wysłać darmowego szampana. Popatrzył na zapiski nocnego menadżera i zapytał kucharza, dlaczego mieliśmy problem ze stekiem na śniadanie dla gościa. Kucharz nie wiedział, co zrobić, aż w końcu zwalił winę na podwładnych i obiecał, że ich za to opierdoli.
- Wszystko pięknie, ale nie wykonałeś swojej pracy i Kanadyjczyk nie mógł się zameldować. Wszyscy jesteśmy od siebie zależni. Jesteśmy drużyną i musimy pracować jak drużyna.
Kucharz coś tylko wymamrotał, na co Adrian powiedział:
- Wiem, że czasem jest to trudne, ale właśnie dlatego zarabiasz trzy razy więcej niż inni kucharze. Lynette, co masz dzisiaj dla nas?
Wysoka, chuda i wyglądająca trochę jak szczur Lynette traktuje swoją pracę bardzo poważnie. To ona sprawdza listę VIP-ów i decyduje, komu wysłać małą butelkę szampana, a komu dużą, komu dać darmowy portfel z logo hotelu, komu misia, świeczkę albo innego rodzaju prezent. Dziesięć pobytów w naszym hotelu to szampan, pięć - miś albo coś podobnego. Ułożyła swoje kartki na biurku i najwyraźniej zamierzała wstać, co rozbawiło Adriana.
- Mam kilka spraw. Po pierwsze, nasza trudna pani Dickson ma się znowu pojawić.
- Myślałem, że trafiła na czarną listę? - mówi Adrian.
- To nie takie proste. Jej mąż ma udziały w hotelu. Żadne powtarzanie, że nie mamy wolnych pokoi, jej nie powstrzyma. Wydaje jej się, że hotel należy do niej. W pewnym sensie, w małym stopniu, należy przecież do jej męża. Tak czy inaczej, przywozi swojego psa, więc ktoś go będzie musiał wyprowadzać.
- Zupełnie jak Geri Halliwell - przerywa Adrian ze śmiechem.
Zdecydowanie za bardzo udaje, że jest jednym z nas. Wszyscy się miło uśmiechamy, bo słyszeliśmy historię Geri, która zamieszkała na jakiś czas w hotelu Halcyon po tym, jak obrabowali jej dom, i zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto zabierał jej znienawidzonego przez wszystkich psa Harveya na spacer. Adrian znowu opowiedział nam historię, którą już przecież wszyscy znamy. Geri zamówiła bieżnię treningową do swojego pokoju, za jakieś osiem tysięcy funtów, i używała jej do wieszania ubrań. Żyła na kanapkach i z obsługi hotelowej. Nie schodziła do restauracji, wysyłała ludzi po jedzenie.
Wszyscy się grzecznie zaśmialiśmy z tej historii.
- No więc właśnie - stwierdza Lynette. - Zarezerwowałam jej jedyny pokój, na który jeszcze nie narzekała.
- To mi coś przypomina - odzywa się Adrian, strzelając palcami. - Pamiętacie historię Richarda Gere'a, kiedy poprosił Hyde Park Hotel, żeby wymienili dywany? Powiedział, że nie cierpi ich dywanów, więc wymienili jeden za duże pieniądze, a on nigdy już nie wrócił.
- Właśnie - ekscytuje się Tony. - Czy nie zbudowali też wielkiego prysznica dla Pavarottiego, bo nie mieścił się w normalnym?
- Czego my dla nich nie robimy? - śmieje się Adrian i zaczyna opowiadać swoją ulubioną historię o Michaelu Jacksonie. Czterdzieści dwie butelki wody mineralnej wlane na życzenie do wanny. Nie wiadomo po co, bo nie wypełniły jej nawet do połowy, a sama woda nie była przecież gorąca. Do dziś nie wiemy, o co chodziło. Możliwe, że wszedł do wanny i dopełnił ją gorącą wodą z kranu. Kto wie.
Lynette znów próbuje dojść do głosu.
- Pan Masterson przyjeżdża dzisiaj.
- Masterson?
- Baron ropy naftowej z Teksasu.
- A tak.
Adrian musi się czuć fatalnie. Jego mózg zupełnie dziś nie działa. Wszyscy wiemy dokładnie, kto to jest Masterson, i jak na komendę wszyscy się prostują. Gruby, rumiany i pełen życia Teksańczyk, który zachowuje się tak, jakby wynalazł napiwki. Nigdy nie zapomina o rozdawaniu ludziom banknotów dziesięciofuntowych. Kiedy Masterson jest w hotelu, nikt z personelu nie choruje.
- Zażyczył sobie, żeby hotel miał dla niego Trynidad Diplomatics.
- Żeby miał co? - pyta James.
- Trynidad Diplomatics. W hotelu Lanesborough liczą sobie pięćset funtów od cygara - mówi Lynette z satysfakcją kogoś, kto odrobił pracę domową.
- Nigdy o nich nie słyszałem - mówi James.
- Że co? - pyta Gino, który oczami wyobraźni już widział, jak maleją mu zyski w barze.
- Nie denerwuj się, stary - uspokaja go James. - Nasz diler od cygar przychodzi za pół godziny. Jestem pewien, że będzie wiedział, gdzie znaleźć kilka pudełek.
- Kilka pudełek! - Gino reaguje, jakby mu ktoś zwymiotował na buty.
- Słuchaj, nie ma sensu pytać importerów z tak krótkim wyprzedzeniem. Musimy się tym zająć inaczej.
- Nie chcę wiedzieć, z kim się zadajesz - mówi Adrian, machając rękami - póki hotel jest odpowiednio zaopatrzony.
- Mój facet od kawioru też ma się dzisiaj pojawić - uśmiechnął się James.
- Bardzo dobrze - odzywa się kucharz z satysfakcją w głosie.
- Skąd jest tym razem?
- Morze Kaspijskie, przez Iran i Frankfurt. Tak mi się wydaje. W każdym razie pół ceny.
- Mam nadzieję, że zaoszczędzone pieniądze wracają do hotelu? - pyta Adrian.
- Oczywiście - odpowiada James w sposób, który mógłby sugerować, że część tych oszczędności pójdzie gdzie indziej. - Dziś jest też wyprzedaż rzadkich koniaków i brandy.
- To dzisiaj? Wspaniale! - Gino zaciera ręce. - Masz moją listę?
- Aha. Już zarezerwowałem butelkę Massougues, który twoi japońscy klienci tak lubią.
- Wspaniale - reaguje Gino, bo wie, że niedługo będzie sprzedawał koniak po pięćset funtów za miarkę.
- Miejmy nadzieję, że ten gnój Salvatore z Lanesborougha nie dostanie w swoje łapy tych kilku butelek Mignon, które sprzedajesz po siedemset funtów za szklankę - powiedział James, wgryzając się w swoje ciastko.
Ten chłop ma prawdopodobnie najlepszą fuchę w hotelu. Nie tylko cały dzień przegląda katalogi aukcji drogich win, whisky, koniaków i brandy, na które wydaje nie swoje pieniądze, ale też podróżuje po świecie. Dostaje zaproszenia z Francji, gdzie odwiedza domy szampańskie Veuve Clicquot albo Moët et Chandon w pobliżu Reims, a tam pompują w niego szampana i pasztet z gęsich wątróbek. Zmiękczają go gościnnością w podziękowaniu za jego zamówienia i w nadziei, że będzie zamawiał więcej. Jeździ na zbiory jałowca w Toskanii, jako gość firmy produkującej gin, po czym zaraz ktoś inny zaprasza go na południe Francji, żeby mu pokazać nowy typ sera. Zupełnie jak kucharz w święta, James musi brać samochód, kiedy przychodzi do pracy. Dostaje tyle darmowych koszy, skrzyń wina i kawałów łososia, że nie dałby rady zabrać wszystkich tych łapówek do domu metrem.
James i szef kuchni robią też wspólne przekręty. Na przykład, James sugeruje nowy rodzaj oliwy, kucharz zamawia trzydzieści pięć butelek, obaj dostają kilka litrów w prezencie. Taka sama sytuacja powtarza się przy dostawach innych luksusowych artykułów, jak łosoś albo dziczyzna. Kuchnia zamawia kuropatwy, a James i kucharz dzielą się bonusami. Słyszałem, że dziewczyna Jamesa aż się porzygała w zeszłym roku po zjedzeniu wszystkich czekoladek, które dostał w prezencie na święta.
- Ja muszę już iść - mówi kucharz i wstaje od stołu. - Dostawca sera przyjeżdża za dziesięć minut. Powinienem tam być.
- Nie ma problemu. Idź - odpowiada Adrian.
- Dzięki. Jeśli macie jakieś wariackie zamówienia z pokoi, w stylu Celion Dion, taramosalata i pita, dajcie mi znać - rzuca i wybiega z biura.
Nie mogę teraz przestać myśleć o serze. W brzuchu mi burczy, mimo że zjadłem trochę ciastek. Gdy pracowałem w kuchni, najbardziej lubiłem, gdy przywozili ser. Dostawca przyjeżdża małą furgonetką co drugi dzień i parkuje na tyłach hotelu. Szef kuchni albo jego zastępca wychodzą do niego, siadają w aucie i próbują wspaniałych serów z całego świata. Mają do degustacji między innymi pleśniowe stiltony, intensywne cheddary i fety do sałatek. Wybór jest wielki, a zapach w środku furgonetki bardzo silny. Czasem dostawca daje do spróbowania kawałek sera na krakersach, a czasem cienki, wręcz prześwitujący, plasterek, który rozpływa się na języku, a jego posmak dociera aż do jamy nosowej. Czego ja bym teraz nie dał, żeby posiedzieć w tej furgonetce przez dwadzieścia minut i obeżreć się tych pyszności.
A dostawca sera nie jest jedynym, który dzisiaj szuka aprobaty u szefa kuchni. Dostawca grzybów już pojawił się ze swoim koszykiem smardzów i trufli. Możliwe, że facet od ryb też już się zameldował ze swoimi tacami dorszy. Mieliśmy nawet kiedyś dostawcę jeży morskich z Francji. Przylatywały wczesnym lotem na Heathrow, przechodziły kontrolę celną i docierały do nas mniej więcej o tej porze. Ale teraz nie ma na nie popytu. Jeże morskie były popularne w latach osiemdziesiątych.
Lynette kończy omawiać swoją listę gości i przypomina raz jeszcze, że powinniśmy być superuprzejmi dla Mastersona i żony udziałowca z jej okropnym psem. Mamy też dzisiaj uroczystość w sali bankietowej i powinniśmy pilnować, żeby żaden nieproszony gość się tam nie pojawił.
- No to dobra - mówi Adrian. - Wygląda na to, że wszystko omówiliśmy. Ktoś ma coś do dodania? Jackie?
- Nie. Wszystko okej. Ale pamiętajcie, że mamy dzisiaj kontrolę towaru - odpowiedziała.
- A, właśnie. Powiedzieliśmy im, żeby skupili się na barze.
- Jasna cholera - reaguje Gino, chowając twarz w rękach.
- Przykro mi, stary. - Adrian uśmiecha się szeroko. - Coś jeszcze? Nie? I bardzo dobrze. Muszę iść, mam spotkanie. Na razie.
Właśnie. Zbieram moje papiery jak najszybciej, bo nie interesują mnie ploty. Powinienem lecieć do recepcji, jeśli nie chcę przegapić Michelle na wybiegu upokorzenia.