Horyzont - Marek Stelar

Reflow text when sidebars are open.
Słońce skryło się już za horyzontem, powierzchnia wody była gładka jak stół. Biały kadłub jachtu tkwił na niej nieruchomo kilkaset metrów od plaży na Warszowie, jak gdyby utknął w zielonkawym żelu i z powodu flauty nie mógł się z niego wydostać. Żagle zresztą zostały zrefowane, jacht dopłynął w to miejsce na silniku, teraz stał samotnie w wieczornej ciszy. Na flagsztoku znajdowała się macierzysta, niemiecka bandera, na salingu kurtuazyjna - polska, ale obie zwisały tak samo smętnie mimo różnicy wysokości, na których były umieszczone. Skwarne lipcowe powietrze mimo późnej pory stało w bezruchu, słońce prażące bezlitośnie przez cały ostatni tydzień rozgrzało je tak bardzo, że nawet noc nie przynosiła ulgi.
Pokład był pusty. Skajlajt i luki pokładowe stały otworem, z wnętrza nie dochodziły żadne odgłosy, wszystko wyglądało jak naturalnej wielkości model odzwierciedlający najdrobniejsze detale. W mesie pod pokładem, przy maleńkim jak wszystko wokół stoliku siedział półnagi mężczyzna w białych bermudach i klapkach. Jego opalone na brąz plecy wygięte były w łuk. Pochylony nad blatem spokojnie i bez pośpiechu kończył przy świetle małej lampki pisać krótki tekst. Drobne, lekko pochyłe i staranne litery zapełniały niewielki arkusik papieru, ale tyle miejsca wystarczyło, żeby zmieścić wszystko to, co mężczyzna chciał przekazać. Kiedy skończył, odłożył ołówek na bok, odruchowo zerknął na zegarek, a potem włożył papier w przygotowaną wcześniej foliową torebkę ze strunowym zapięciem. Zasunął je, sięgnął po leżący obok marynarski nóż, wziął zamach i wbił go w pasek folii nad zapięciem, przygważdżając list do blatu. Zrobił to tak mocno, że ołówek aż podskoczył na stoliku. Mężczyzna patrzył jeszcze przez moment szklistym wzrokiem na swoje dzieło, a potem wstał, zszedł pod dolny pokład i stamtąd wpełznął do zęz i bez najmniejszego wahania odkręcił zawory denne.
Wrócił do mesy, otworzył szafkę, sięgnął do środka i po chwili miał już w ręku niewielki pistolet. Obejrzał go i uśmiechnął się do siebie smutno. Kto by pomyślał, że sprawy przybiorą właśnie taki obrót? Wrócił do stolika, usiadł przy nim, kładąc sobie broń na udzie. Dotknięcie zimnego metalu na skórze odczuł jak oparzenie, ale nie zareagował, wpatrzony w list. Ponownie przeczytał to, co napisał, a potem pokiwał głową, uznając, że niczego by nie zmienił.
Uniósł broń i jeszcze raz się jej przyjrzał. Stary Makarow był sprawny, jak wszystko na jachcie i w życiu mężczyzny. Wszystko, jak do tej pory i oprócz jednej rzeczy, na którą ten nie miał absolutnie żadnego wpływu i z powodu której teraz tu był.
Mężczyzna upewnił się, że nabój jest w komorze, zacisnął palce na broni i rozejrzał się po mesie. W jego oczach jawiło się teraz wszystko: żal i zachwyt, złość i bezsilność. Nie było w nich tylko strachu. Zamknął je i pod powiekami miał cudownie radosny i piękny obraz złożony ze wspom-nień. Tych najlepszych.
- Kurwa... - szepnął do siebie, nie otwierając oczu, i pokręcił głową, jakby jednak nie wierzył w to, co się dzieje.
A potem chwycił pistolet i zdecydowanym ruchem włożył sobie go w szeroko otwarte usta, przyciskając wylot lufy do podniebienia. Kiedy poczuł zapach smaru, a na języku metaliczny smak, po prostu nacisnął spust.
W mesie rozległ się suchy huk. Ciało mężczyzny szarpnęło się i osunęło na siedzisko, a potem na podłogę między nim a stolikiem. Półprzymknięte oczy wpatrywały się jeszcze w niski sufit, po chwili zaczęły gasnąć, kiedy mózg przestał wysyłać sygnały do reszty ciała. Ostatnie drgnięcie nogi było jak miokloniczny zryw tuż przed zaśnięciem, ale mężczyzna miał się już nigdy nie obudzić.
Spod spodu dochodził cichy bulgot wlewającej się przez zawory wody. Jacht zakołysał się lekko, wrócił do pionu, znów przechylił i już został w tej pozycji, ale tylko na kilkanaście sekund. Powoli i nieubłaganie przechył się pogłębiał, ciszę mąciły stęknięcia kadłuba poddanego naprężeniom masy wody, wpływającej już z zęz do mesy. Jej poziom wzrastał i wkrótce jacht przechylił się prawie całkiem na sterburtę. Bulaj po prawej stronie pozieleniał, ten z lewej wypełnił się błękitem nieba. Ciało mężczyzny uniosła wlewająca się do wnętrza woda, ale kiedy jej poziom jeszcze wzrósł, zostało zaklinowane pod blatem stolika i tylko bezwładne kończyny falowały jak morskie algi unoszone delikatnym przybojem. Zieleń wokół głowy mężczyzny pociemniała od zmieszanej z nią krwi. Chwilę później woda wytrysnęła z wnętrza kadłuba z głośnym chlupotem przez skajlajt i luki, a maszt leżący tuż nad powierzchnią morza uderzył w nią z pluskiem i metalicznym brzękiem olinowania. Jacht przypominał teraz białego wieloryba, który właśnie wypływa na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza i zaraz znów się pod nią zanurzyć.
Nadchodził koniec.
Spieniona woda zawirowała wokół niebieskiego napisu na burcie. Starannie wymalowane litery miały krój identyczny jak te na karteczce włożonej do szczelnego woreczka, przyszpilonego nożem do blatu stolika w mesie.
Składały się na nazwę, czy raczej, jak wolą ludzie morza: imię jachtu.
Brzmiało ono: LARYSA.
Aspirant Gośka Podrzycka wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w mieniącą się w słońcu taflę wody. Stojący obok niej komisarz Paweł Szenfeld robił mniej więcej to samo, podobnie jak Bartek Muczyński, technik kryminalistyczny z ich komendy. Od kilkunastu minut tkwili na wschodnim falochronie gazoportu i czekali, aż zacznie oględziny wnętrza osiadłego na gwiazdoblokach jachtu. Woda ze środka została już częściowo wypompowana przez straż pożarną, jednak wciąż się tam gromadziła, utrudniając dalsze działania. Kadłub zabezpieczono cumami, co prawda morze było spokojne, ale niespodziewane obsunięcie się mogło spowodować zagrożenie dla pracujących przy jachcie ludzi. Pompa chodziła cały czas, na razie nie dało się przesunąć wraku na otwarte wody czy odholować go do portu.
Podrzycka czuła, jak słońce wypala jej w głowie dziurę. Czekali na prokuratora, który przyjechał na miejsce, ale poszedł spotkać się z ludźmi z Urzędu Morskiego i kapitanatu portu w Świnoujściu. Było wczesne przedpołudnie, ale to niewiele zmieniało, niedawne deszcze minęły i nie zanosiło się, żeby miały wrócić w najbliższym czasie, ku uciesze urlopowiczów. Gośka nie cierpiała Świnoujścia latem. Miała wrażenie, że z początkiem czerwca obcy anektują jej miasto, zawłaszczają je dla siebie, jakby mieli tu spędzić resztę życia i to na swoich, niekoniecznie akceptowalnych dla niej zasadach. Tłumy przewalające się po ulicach prowadzących do plaż, knajpek, restauracji i sklepów wzbudzały w niej niesmak i kiedy sobie to wszystko uświadomiła, uznała, że znów jest stąd. Że jest u siebie, a miasto, z którego uciekła i do którego wróciła po latach, jest znowu jej miastem. Nie zmieniało to faktu, że musiała się nim dzielić z tysiącami innych ludzi, a to, że mieszkała w apartamentowcu w pobliżu plaży, nie poprawiało sytuacji.
Ostatnio w jej życiu zaszły spore zmiany, choć sprowadzały się w większości do konsekwencji tej jednej, najgorszej. Pół roku wcześniej u Krzyśka, jej niepełnosprawnego brata, zdiagnozowano nowotwór płuc. Nawracające infekcje, osłabienie i kaszel wzbudziły w końcu jej niepokój, a kiedy zaprowadziła go do lekarza, a potem na prześwietlenie i dalsze badania, prawda uderzyła w nią z siłą rozpędzonego walca. Zaawansowane stadium i przerzuty nie dawały mu praktycznie żadnych szans. Jej brat do końca nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Odchodził w cierpieniu, a kiedy umarł, razem z nim odeszła też część Gośki. Paweł wspierał ją przez cały czas, podobnie jak pani Irenka, sąsiadka, która zajmowała się Krzyśkiem podczas jej nieobecności. Nawet Rupert i Tuśka, dwa dachowce Podrzyckiej, stały się jakieś przygaszone; była przekonana, że kiedy tamtego dnia wróciła zapłakana ze szpitala, wiedziały dlaczego.
Ale ponieważ życie musiało toczyć się dalej, w tej całej sytuacji była w stanie dostrzec jedną wartościową rzecz. Paweł zdał test na partnera. I zdał go śpiewająco.
- Zapaliłbym... - rzucił z westchnieniem gdzieś przed siebie.
Podrzycka z niedowierzaniem odwróciła głowę w jego stronę.
- Paweł, błagam. Pierwsza zasada rzucania palenia: nie mówimy o paleniu. - Spojrzała na niego krzywo, splatając ramiona na piersiach.
Rzucili fajki dwa tygodnie temu, razem, dokładnie miesiąc po śmierci Krzyśka. Ponieważ od ponad roku byli ze sobą, przyszło im to łatwiej, a przynajmniej takie było założenie. Jak zwykle wyszło, że nic w życiu nie jest łatwe, a szczególnie rzucanie fajek, nawet jeśli to życie wiedzie się we dwoje.
- To jest druga zasada, pierwsza brzmi: nie palimy. - Szenfeld ścisnął sobie nasadę nosa, jakby szukał czakry trzeciego oka, której stymulacja mogłaby pomóc w opanowaniu odruchu albo stłumieniu chęci na papierosa. - Kurwa, podobno najgorsze powinno być już za nami.
- To kwestia nawyku, najwięcej jara się z nudów, na przykład czekając na coś. Tak zawsze robiłeś i teraz ci się przypomina.
- Może... - Paweł zerknął na palce.
Podrzycka wróciła myślami do Krzyśka. Ironia losu. Facet, który nie zapalił w życiu ani jednego papierosa, dostał raka płuc. Odchodził kilka miesięcy, ostatni był koszmarem.
W tamtych strasznych chwilach Gośka pytała samą siebie, czy eutanazja nie byłaby najlepszym rozwiązaniem. Nie miała kogo o to zapytać, nie odważyła się powiedzieć o swoich rozterkach nawet Pawłowi, a te myśli wracały coraz częściej, w miarę jak Krzysiek przechodził kolejne tąpnięcia. Nienawidziła się wtedy za nie. Dziś wiedziała, że są naturalne, że podobnych pytań nie zadają sobie tylko ludzie, którzy nie muszą patrzeć na coś takiego ani w tym współuczestniczyć. Przekonanie o własnej wszechwiedzy na ten temat albo bezrefleksyjna wiara pomagają im w jednym, ale szkodzą w drugim, przeważnie ich bliskim. Chcą dla nich dobrze, ale mierzą ich fizyczne cierpienie miarą swojego, emocjonalnego.
A potem zadawała sobie kolejne pytania, czy ona w takiej sytuacji potrafiłaby poprosić o skrócenie męki albo zrobić to sama. Zastanawiało ją, czy ludzie są w takich momentach świadomi nadchodzącego końca, czy jednak instynktowna wola życia zaburza tę świadomość, dając jakąś nadzieję. I czy, jeśli jednak już pogodzą się z nieuchronnym, dalej nie odważą się wziąć swojego losu we własne ręce i czy potem, kiedy nabiorą odwagi, nie będzie za późno, bo ze względu na stan i osłabienie nie będą mieli fizycznej możliwości odebrać sobie życia.
Jej brat nie był pierwszym, któremu towarzyszyła w ostatniej, pełnej męczarni drodze, ale nikt z nich nie znaczył dla niej tyle, co on. Tylko że Krzysiek nie był w stanie zadawać sobie takich pytań, nie był w stanie o nic poprosić, tylko jego zamglone bólem oczy były jak niemy krzyk, a ona nie mogła nawet nic zrobić, żeby mu pomóc. Mogła tylko być blisko. Mogła tak strasznie niewiele. Nie miała nawet pojęcia, czy zdawał sobie sprawę, że umrze. A kiedyś jej samej przyjdzie leżeć jak on w białym, obcym miejscu i oby był wtedy obok niej ktoś bliski. Chociaż tyle.
- Ciekawe, kim była Larysa? - Gośka wskazała napis na kadłubie.
Dziób tkwił częściowo pod powierzchnią morza i napis rozmywał się lekko w zielonej toni. Promienie słońca załamane falującą przy betonowych blokach wodą tańczyły na starannie wymalowanych literach. Ich krój Podrzycka uznała za wyjątkowo udany.
- Czemu myślisz, że kimś była? - zapytał Szenfeld.
- To chyba dość częste, że właściciele łodzi nadają im imiona bliskich, zwłaszcza kobiet?
- Nie wiem, nigdy nie miałem jachtu. I nie sądzę, żebym kiedykolwiek miał.
Nagle zobaczyli, że od strony zabudowań gazoportu zbliża się prokurator Zarzycki. Podszedł do nich zdyszany.
- Już jestem, mam najświeższe informacje.
Zarzycki był z tych prokuratorów, którzy na czynnościach przy trupie byli od początku do końca.
- Rozmawiałem też z ludźmi ze Straży Granicznej. - Otarł z czoła perlisty pot i poprawił jaskrawopomarańczową kamizelkę, które ze względu na bezpieczeństwo mieli na sobie wszyscy. - Urząd Morski nie miał tej łodzi na mapach, najprawdopodobniej wyłączony został AIS. Nie wiem, czy państwo to wiecie, więc wyjaśnię: Automatyczny System Identyfikacji, jaki mają na wyposażeniu jednostki pływające. Wskazuje ich pozycję na elektronicznych mapach służb. Jeszcze wczoraj wieczorem jakiś jacht widziany był z plaży około kilometra na wschód od falochronu i najprawdopodobniej chodzi o ten: jego pozycja zapisała się na mapach. Musiał wyłączyć AIS tuż przed zatonięciem, bo Straż Graniczna nie wykryła naruszenia dwustumetrowej strefy bezpieczeństwa gazoportu. Zareagowali dopiero na sygnał z Gaz-Systemu, wysłali patrol i zajrzeli do środka przez skajlajt. Pod pokładem stwierdzono obecność ludzkich zwłok oraz broni. Nie ma żadnych widocznych od tej strony uszkodzeń kadłuba, które mogły spowodować, że jacht nabrał wody, ale nie zatonął całkowicie, przewrócił się tylko na bok, bo w środku zostało wystarczająco dużo powietrza. A w nocy zdryfował na zachód i osiadł tutaj. - Wskazał na trójkolorową plamkę tuż pod powierzchnią wody. - Niemiec. Cholera, szkoda, że medyk sądowy nie da rady przyjechać. Dobrze, panie aspirancie... - zwrócił się do Muczyńskiego. - Może pan się już zabierać do pracy, miejmy nadzieję, że działanie wody morskiej nie spowodowało zbyt wielu zniszczeń. I proszę uważać, nie chcemy, żeby komuś jeszcze coś się stało.
Muczyński uśmiechnął się wątle.
- Też bym nie chciał - mruknął i zsunął się z krawędzi falochronu na pierwszy z brzegu gwiazdoblok.
Kiedy stanął w stabilnej pozycji, Szenfeld podał mu skrzynkę z wyposażeniem i Bartek zniknął we wnętrzu jachtu. Sytuacja była nietypowa i Zarzycki, mimo swojego wieloletniego doświadczenia jako prokurator, miał lekki zgrzyt. A może i nie lekki. W związku z prawdopodobieństwem udziału w zdarzeniu osób trzecich, którego nie można było na razie wykluczyć, ciało ofiary zostało w środku. Zarzycki zdecydował, że oględziny przez technika, przynajmniej te wstępne, odbędą się jeszcze przed jego zabraniem do kostnicy. Muczyński miał trudne zadanie. Ryzyko obsunięcia się kadłuba, no i obecność w nim oraz kilkugodzinne działanie słonej wody. Wszyscy podejrzewali, że większość istotnych śladów mogła ulec zatarciu lub zniszczeniu, a wiele z przedmiotów zmieniło swoje położenie. Ale tę robotę trzeba było zrobić.
Kiedy godzinę później Bartek wychynął z jachtu, Podrzycka odetchnęła z ulgą, i to z kilku powodów. Głównymi były oczywiście upał i troska o kolegę. Kiedy Szenfeld pomógł Muczyńskiemu wdrapać się na falochron, ten pokazał im coś.
- Dokumenty, niemieckie, na nazwisko Jacek Hanke, denat miał przy sobie, a to było przybite do stolika nożem. - Podał Zarzyckiemu ociekającą jeszcze wodą foliową torebkę. - Proszę się nie przejmować odbitkami palców na folii, tylko nie wyciągać ze środka papierka.
- Jacek Hanke - powtórzyła Podrzycka z namysłem. - Myślicie, że miał polskie pochodzenie, może podwójne obywatelstwo? - Zerknęła na Szenfelda.
Ten stał w bezruchu z uniesioną butelką izotoniku, już odkręconą.
- Chcesz? - zaproponował.
- Nie, dzięki. - Pokręciła przecząco głową.
- Tak czy siak, to i tak pójdzie przez konsulat - stwierdził prokurator, uniósł trzymaną w ręku torebkę i przyjrzał się jej zawartości z obu stron.
Folię pokrywała skroplona para, więc Zarzycki kucnął, położył ją sobie na udzie i kantem dłoni starł resztę wilgoci. Teraz w jej wnętrzu wyraźnie widać było niewielki arkusik papieru zapełniony drobnym, starannym, ręcznym pismem. Prokurator wstał i zaczął czytać na głos.
Czasem zastanawiałem się, dlaczego jedni mają wszystko albo prawie wszystko, a inni nic. Ja byłem wśród tych pierwszych. Koniec końców okazuje się, że i tak trzeba za to zapłacić, choć wciąż nie wiem, jak płacą ci, którzy nie mieli niczego. Dla mnie taką zapłatą jest przedwczesna śmierć z powodu raka. Czym płacą oni, skoro dla nich śmierć jest wybawieniem? Wobec widma powolnego, bolesnego i samotnego procesu umierania biorę sprawy w swoje ręce. Moją ukochaną łajbę przekazuję na rzecz Skarbu Państwa, niech ktoś ją kupi na licytacji i pływa nią szczęśliwie, choć zapewne nigdy nie pokocha jej tak mocno jak ja. Reszta rzeczy materialnych mnie nie interesuje, niech wezmą je ci, którym się należą zgodnie z prawem. Ale z niektórymi sprawami, zwłaszcza z jedną, powinienem był zrobić porządek już dawno temu, tylko nie miałem odwagi. Teraz nie mam nawet szansy, bo braknie na to czasu, a może wciąż odwagi. Może Ty, mały Szczurku? Czy odważysz się zajrzeć za horyzont? Czy będziesz chciał dowiedzieć się: DLACZEGO?
Kiedy skończył, zapadła cisza, którą mącił tylko denerwujący warkot generatora pompy i plusk wody wylewającej się z leżącego na nabrzeżu węża. Gośka stała z Szenfeldem i Muczyńskim w milczeniu, patrząc na trzymany przez Zarzyckiego samobójczy list i testament w jednym. Jej myśli znów wróciły do Krzyśka. On nie mógł wybrać takiego wyjścia. Czy to było sprawiedliwe?
- No to chyba wszystko jasne, przynajmniej teoretycznie i dopóki to nie znajdzie potwierdzenia w dowodach. - Zarzycki westchnął. - Pewnie odkręcił zawory denne i sam zatopił jacht, zanim się zabił.
- Mogę zobaczyć? - Podrzycka wyciągnęła rękę po list.
- Proszę. - Prokurator podał jej go i strzepnął z palców resztki wilgoci.
Gośka przeczytała tekst jeszcze raz.
- Dlaczego: co? - zapytała.
Uniosła torebkę i odwróciła ją, jak gdyby spodziewała się znaleźć dalszy ciąg na drugiej stronie listu, mimo że przed chwilą oglądała go już dokładnie.
- Nie chodzi o to, że nie dokończył, bo jest znak zapytania, ale ten, do którego skierował pytanie, musi wiedzieć, o co chodzi - tłumaczyła swoje wątpliwości. - I jeszcze te wielkie litery.
Zarzycki wzruszył ramionami. Szenfeld się nie odzywał.
- Ciekawe, kim jest ten "Szczurek"? - drążyła dalej Gośka.
Wyciągnęła telefon, zrobiła zdjęcie listu, oddała torebkę Zarzyckiemu i zerknęła na Szenfelda. W jego oczach był jakiś smutek: rzadko widziała u niego takie spojrzenie, zazwyczaj patrzył wesoło, wręcz łobuzersko, i pewnie również dlatego Paweł tak bardzo podobał się kobietom.
- Strasznie cię trzepnęło - mruknęła z lekkim zdziwieniem w głosie, chowając telefon do kieszeni.
Paweł zmarszczył nos.
- Ano - potwierdził krótko. - Szkoda człowieka. I szkoda jachtu.
- Jacht się wyremontuje, nawet taka była ostatnia wola denata. - Gośka zapatrzyła się w biały kadłub. - Może to głupio zabrzmi, ale to, co zrobił, jest na swój sposób piękne... Może inaczej: romantyczne.
- Odszedł na swoich zasadach, chociaż nie do końca mu wyszło, bo chciał pewnie pójść na dno - zgodził się z nią Zarzycki, wciąż przyglądając się listowi. - No i trochę nas to kosztowało.
- Nas? - zdziwiła się Gośka.
- Podatników.
- Nie wszystko da się przełożyć na kasę - skwitowała Podrzycka ten, jej zdaniem, typowo męski brak uczuć wyższych.
Szenfeld gładził w zamyśleniu brodę.
Pojawiały się już w niej pierwsze białe nitki, ale Podrzycka poprosiła go, żeby zachował trochę godności i nie farbował zarostu. Jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla niej. Wystarczyło, że chodził do barbera dwa razy w tygodniu, żeby ją trymować, czy co tam robi się z brodą. Dżianni, chłopak, którzy zawsze Pawła strzygł, śmiał się podobno, że nawet rasowe psy nie mają tak dobrze.
- Piękne pismo - zauważył nagle Zarzycki. - Naprawdę piękne, dziś tak nikt nie pisze.
Podrzycka wskazała na jacht.
- To jest to samo pismo - zwróciła uwagę.
Zarzycki i Szenfeld pochylili się nad krawędzią falochronu i zerknęli na kadłub.
- Faktycznie - przyznał prokurator i odwrócił się do Bartka. - Pokaże mi pan na chwilę jego dowód? - poprosił.
Ten podał mu go, a Gośka wykorzystała okazję i zerknęła prokuratorowi przez ramię.
- No, właśnie, on przecież wcale nie był stary... - Ze zdjęcia patrzył na nią przystojny, szpakowaty mężczyzna. - Nie miał nawet pięćdziesiątki... Niemiecki dokument, ale imię polskie i list też po polsku. Trzeba go sprawdzić, zanim skontaktujemy się z konsulatem.
- Tak, Hanke był Polakiem - powiedział niespodziewanie Szenfeld. - Mieszkał kiedyś w Świnoujściu, niedaleko kapitanatu. Wyjechał dawno temu. Jeśli to ten sam - zastrzegł.
- Ty też mieszkałeś w tamtej okolicy za dzieciaka. - Gośka zmarszczyła jasne brwi. - Znałeś go?
Szenfeld zastanawiał się nad odpowiedzią o chwilę za długo, jak na gust Podrzyckiej.
- No, znałeś? - zniecierpliwiła się lekko.
Spojrzał na nią i się uśmiechnął.
- Znałem to za dużo powiedziane - powiedział powoli, patrząc na nią takim wzrokiem, jakby szykował jakąś niespodziankę. - Kojarzyłem. Ledwo. Był parę lat starszy, nie moje towarzystwo. Nawet patrząc na zdjęcie, nie stwierdzę z całą pewnością, że to on.
- Hanke... - Zarzycki pokiwał głową, bo coś nagle mu tam zaświtało. - Czy to czasem nie...
- Tak - przerwał mu Szenfeld. - Właścicielką Arctisu jest jego siostra.
- No to grubo. - Podrzycka westchnęła.
Rodzinna firma Arctis była świnoujskim producentem lodów, jednym z najpopularniejszych w tym kraju. Ze względu na bliskość granicy i współpracę z dużym producentem owoców jagodowych z Rugii lody tej marki cieszyły się dużym wzięciem również w północno-wschodnich landach Niemiec, a kiedyś, przed najazdem Rosji na Ukrainę, również za wschodnią granicą. Dobry PR robiła im legenda o początkach firmy, zaczynająca się od jednej, obwoźnej lodziarni objeżdżającej nadmorskie miejscowości przy dźwiękach muzyczki skomponowanej na prymitywnym dziecięcym keyboardzie przez córkę lodziarza, obecną właścicielkę firmy.
Z doświadczenia Podrzyckiej wynikało, że w takich przypadkach relacje między członkami rodziny były bardziej skomplikowane niż zasady amerykańskiego futbolu.
- Będę państwa prosił, żebyście poinformowali rodzinę o śmierci pana Hankego. - Głos Zarzyckiego brzmiał właśnie jak prośba, a nie jak polecenie.
- Oczywiście - stwierdziła Gośka bez entuzjazmu, a Szenfeld tylko przytaknął skinieniem głowy.
Przypatrywała mu się przez moment.
- Teraz? - zasugerowała.
Porównanie twarzy denata z wizerunkiem na dokumencie w zasadzie wykluczało pomyłkę, choć pełne potwierdzenie identyfikacji wymagało jeszcze dodatkowych czynności, ale nie było na co czekać. Widząc wzrok Szenfelda wciąż wpatrującego się w zamyśleniu w jacht, Podrzycka postanowiła, że weźmie sprawy w swoje ręce. Zadzwoniła do dyżurnego i po chwili miała już ustalone miejsce zamieszkania Mileny Hanke.
- Chodź... - Lekko trąciła Pawła łokciem. - Do roboty.
Czuła się trochę dziwnie, przejmując inicjatywę, bo to ona podlegała Pawłowi, a nie na odwrót. Szenfeld wciąż pełnił obowiązki naczelnika wydziału kryminalnego, w komendzie przebąkiwało się, że niedługo z pełniącego obowiązki zmieni się w pełnoprawnego szefa. Gośka po kilku miesiącach służby w wydziale stwierdziła, że to chyba najlepsze jak do tej pory miejsce, jakie sobie znalazła, i pewnie niemałą rolę grał w tym jej bezpośredni przełożony. Gdyby nie śmierć Krzyśka i parę traumatycznych wspomnień z odległej i bliskiej przeszłości, Podrzycka byłaby najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Pożegnali się z Zarzyckim i Bartkiem, pracownik Gaz-Systemu odprowadził ich na brzeg, gdzie oddali mu kamizelki i wsiedli do samochodu. Mijając monstrualnej wielkości zbiorniki na skroplony gaz, Gośce przyszło do głowy, co by się stało, gdyby choć jeden z nich eksplodował. Z tego, co wiedziała, takie pytanie zadawało sobie od lat wielu Świnoujszczan i nie tylko oni. Najprawdopodobniej nawet Niemcy po drugiej stronie granicy.
Droga do celu dawała doskonałą okazję, żeby choć przez chwilę odsapnąć w klimatyzowanym wnętrzu auta. Kiedy paręnaście minut później Podrzycka z Szenfeldem zajechali na ulicę Teligi i stanęli pod poniemieckim domem o odnowionej elewacji, dochodziła czternasta. Z żalem opuścili samochód i podeszli do drzwi. Wciskanie dzwonka nic nie dało i Podrzycka uznała, że po prostu nikogo nie ma w środku.
- Może podjedźmy do jej firmy? - zaproponowała.
Szenfeld obojętnie skinął głową.
- Co się tak rozglądasz? - zapytała go.
Wzruszył ramionami.
- Dawno tu nie byłem, a to moje okolice.
Podrzycka wiedziała, że Paweł mieszkał w dzieciństwie przy Żeglarskiej, następnej przecznicy.
- Zatęskniło ci się?
Uśmiechnął się wątle.
- Przypomniało mi się parę rzeczy.
- Jakich?
- Nie chcesz wiedzieć.
- A jeśli chcę?
- Zmieniłabyś o mnie zdanie. - Popatrzył na nią tak, jak lubiła: łobuzersko. - Na szczęście wyrosłem z tego. Skończyło się, kiedy przestałem nosić krótkie spodenki. Ale dzięki temu wiem, co może strzelić do łba dzieciakom.
- Masz rację - stwierdziła po krótkim namyśle. - Nie chcę wiedzieć.
Podeszli do auta, Szenfeld chwycił za klamkę i zastygł w bezruchu wpatrzony w coś przed sobą. Podrzycka powiodła spojrzeniem w tamtą stronę: między domami widać było wieżę ciśnień. Ceglany, zwężający się ku górze słup wieńczyło walcowate zgrubienie przykryte stożkowym dachem o niewielkim nachyleniu.
- Tam też byłeś? - zapytała Gośka z rozbawieniem.
Paweł oderwał wzrok od budowli.
- Nie raz - odparł z jakąś miękkością w głosie. - I nie raz dostałem za to w dupsko od ojca. Kiedyś to była ruina, strach było wchodzić.
- Super... - Podrzycka westchnęła tylko i wsiadła do samochodu.
Ruszyli w kierunku centrum, mieli do przejechania dość spory kawałek. Szenfeldowi znowu zebrało się na wspomnienia, choć nieco bardziej związane ze sprawą.
- Znać ojca Jacka, Piotra Hanke, to było coś, zwłaszcza kiedy było się gówniarzem - powiedział tonem dziadka opowiadającego wnuczkowi o czasach swojej młodości. - Jeśli miałaś szczęście i akurat przejeżdżał obok tym swoim różowym Lodołamaczem, to czasem stawał i częstował cię lodami. Za friko.
- Czym przejeżdżał? - zdziwiła się Podrzycka.
- Lodołamacz, tak wszyscy nazywali tę jego różową furgonetkę z chłodnią. Kiedy wjeżdżał w uliczki, włączał muzyczkę. Była strasznie denerwująca, ale kiedy się ją słyszało, to nogi same rwały się do biegu w tamtą stronę.
- Masz sporą wiedzę na ten temat i taki ton, jakbyś wspominał najszczęśliwsze chwile życia - zauważyła Gośka.
- Bo wiążą się z dzieciństwem, wiadomo. No i ty jesteś już inne pokolenie. Za komuny były głównie lody Bambino i Calypso, czasem włoskie z automatu, ale między tymi, które sprzedawał Hanke, a tamtymi była przepaść. Miał gałkowe, cztery smaki: w ciągłej sprzedaży śmietankowy, truskawkowy i kakaowy, a okazjonalnie pistacjowy. Czaisz? - Odwrócił głowę w jej stronę i zobaczyła jego błyszczące oczy. - Pistacjowy! Myśmy nawet nie wiedzieli, co to są pistacje! Były zielonkawe, w takim seledynowym odcieniu, i zajebiste. I czasem trafiałaś właśnie na nie.
- Dobry handlowiec był z niego.
- Chyba dobry człowiek?
- Nie wiem, jakim był człowiekiem, ale to, że dawał lody dzieciakom za darmo, świadczy o zmyśle handlowca.
- Czy ja wiem? Raczej był na tym stratny. Potrafił tak obdarować mnóstwo dzieciaków, myśmy nawet próbowali wyczaić trasy i czas, kiedy będzie przejeżdżał w okolicy, żeby się tam "przypadkowo" znaleźć.
- Ile gałek dawał?
- Nooo, jedną. Ale liczył się smak. I była za darmo.
- A potem rodzice lecieli do tej stacjonarnej lodziarni i zostawiali tam kupę hajsu, kupując je w hurtowych ilościach, bo dzieciaki jęczały, że nie chcą Bambino?
- Fakt, też latałem tam czasem z termosem, do którego mieściło się dziesięć gałek. - Roześmiał się. - Kiedyś mi upadł na ziemię: te stare były z gównianej blachy, wewnętrzna część była szklana, a między nimi była próżnia. Czasem wystarczyło mocniej w nie puknąć i trafiał je szlag. Kurwa, pamiętam, jaki był wtedy żal. Chciałem nawet wydłubać te kawałki szkła i zjeść lody, ale matka zabroniła, zresztą i tak miały być dla gości. Dziesięć gałek poszło się dymać.
- Pistacjowe tam były? - zainteresowała się Podrzycka.
Szenfeld podrapał się w brew.
- Chyba nie. Pewnie ryczałbym godzinę dłużej.
Gośka zmrużyła nagle chytrze oczy.
- Gdybyśmy się wtedy znali, sprzedałabym ci tipa.
- Wtedy to ty jeszcze nie umiałaś mówić, dzieciaku.
- No to nie.
- Dobra... Jakiego? - Szenfeld starał się wrócić do łask przymilnym uśmiechem.
- Wystarczyło zakumplować się z synem lodziarza. - Podrzycka puściła do niego oko. - Nie ma za co.
Z rozbawieniem patrzyła Pawłowi w twarz. Wciąż widniał na niej uśmiech, ale zmrużone powieki delikatnie się rozszerzyły, a wzrok spoważniał.
- Takich cwaniaków to pewnie było na pęczki - stwierdził.
- Ale w ostatnich momentach życia myślał tylko o jednym z nich - zauważyła Podrzycka. - Niekoniecznie o cwaniaczku, oczywiście, ale na pewno stąd.
Szenfeld prowadził przez chwilę w milczeniu.
- Dziwne to wszystko... - powiedział niespodziewanie.
- Co masz na myśli?
- Nnno, tę całą sytuację. - Wzruszył ramionami.
Gośka nie skomentowała. Dojechali na miejsce w milczeniu, Szenfeld skręcił z Wojska Polskiego w 11 Listopada i zjechał na parking przy końcowej stacji kolejki UBB. Wysiedli, upał znów buchnął im w twarze i wpełznął do płuc i pod mundury.
- Kiedyś, w tamtą stronę, aż do Świdnego Lasu nie było praktycznie niczego. - Szenfeld skinął podbródkiem w stronę McDonalda. - A tu wszędzie dookoła siedzieli Ruscy, pamiętasz? Pełno było na mieście tych oficerów w galowych mundurach, mieli czapki wielkości pokładu lotniskowca. I tak nazywał ich mój stary. O, patrz, mówił, lotniskowiec idzie.
- Nie pamiętam, bo interesowały mnie wtedy lalki i mleko mamusi. - Podrzycka się uśmiechnęła. - Przypominam ci, że jak stąd wyszli, miałam trzy lata. I nie umiałam mówić - dodała.
Szenfeld jakby jej nie słuchał, tylko wyciągnął rękę przed siebie.
- To osiedle stoi na terenie ich dawnego stadionu. Stadion to za dużo powiedziane, był zawsze zdewastowany i stadionem był wyłącznie z nazwy. Tam... - Wskazał parking, plac zabaw i prześwitujący między drzewami budynek. - Tam mieli swoją szkołę. To znaczy dla swoich dzieci. Dzisiejszy urząd miejski to dawne ruskie koszary, a kantyna, która się znajdowała na ich terenie, była jak oaza na pustyni: można było się w niej zaopatrzyć w całkiem dobre rzeczy.
- Ruskie i dobre? - Podrzycka zmarszczyła brwi. - To mi się kłóci, może z wyjątkiem pierogów.
- Czas i perspektywa zmieniają punkt widzenia. - Paweł zerknął na nią z rozbawieniem. - Gimby nie znajo. Niektórzy z miejscowych mieli tam niezłe wejścia i mogą potwierdzić. W kwartałach w okolicy Leśmiana i dalej na zachód były ruskie mieszkania służbowe i sklepiki. Pamiętam, że ojciec kupował tam czasem zagęszczone mleko i "konfiety". Cukierki - wyjaśnił, widząc wzrok Gośki. - Mieli straszny syf, bywało, że okna nie miały firanek, tylko były zaklejone gazetami, a na balkonach wędzili ryby. Kiedy wyjechali, te mieszkania były w gorszym stanie niż cele w południowoamerykańskim więzieniu. Totalna dewastacja. Pamiętam, jak po nich łaziłem... - Uśmiechnął się do siebie.
- A tam po maturze poszliście na kremówki. - Podrzycka machnęła ręką w nieokreślonym kierunku.
Szenfeldowi zabłysły oczy.
- Nie, po maturze poszliśmy na tanie wino, ale rozumiem to wzruszenie papieża. Kiedy oglądałem w telewizji, jak o tym mówił, to była dla mnie abstrakcja. A teraz już nie...
Gośkę wciąż zastanawiało, co sprawiło, że Pawłowi włączył się tryb "nostalgia". Rzadko, a właściwie prawie nigdy nie wspominał o swoim dzieciństwie. Kiedy go o to zagadywała, wymigiwał się, że było nudne i zwyczajne, a nagle okazało się, że jednak działo się wtedy sporo, nie zawsze bezpiecznie, ale na pewno nie nudno. Chrząknęła i pacnęła dłonią karoserię auta.
- Bardzo ciekawa wycieczka w przeszłość, ale pozwolisz, że teraz zajmiemy się jednak teraźniejszością? - zasugerowała.
Szenfeld pokiwał głową. Nieobecne spojrzenie na powrót się wyostrzyło, więc nie zwlekając dłużej, Gośka ruszyła ku budynkowi wytwórni lodów Arctis.
Niewielka, niska hala stała na skraju osiedla, które musiało się do niej dopasować. Była tam, odkąd Podrzycka sięgała pamięcią, budynki mieszkalne pojawiły się dużo później, otaczając ją z dwóch stron, ale kontrast między nowoczesną, dość oszczędną architekturą bloków a tą prezentowaną przez fabryczkę był dość wyraźny. Podrzycka nie czuła się fachowcem, ale wiedziała, że w tamtych latach tak między innymi objawiało się zachłyśnięcie nowymi technologiami budowlanymi w połączeniu z zasobnością portfela inwestora. Hala nie ociekała może złotem, ale na pewno nie można było o niej powiedzieć, że jest skromna w formie. Nieco wypłowiałe kolory pokrywającej w większości elewacje trapezowej blachy nadawały jej wygląd bliższy niewielkim parkom wodnym czy centrom rozrywki. Uwagę zwracało logo: wielki, przestrzenny blok przedstawiający zabawną różową furgonetkę jak z kreskówki i takie same litery składające się na nazwę firmy. Krzysiek lubił te lody chyba głównie ze względu na to logo.
Minęli rampę i wrota dla ciężarówek i podeszli do przeszklonego wejścia. Ta część hali była cała przeszklona, zza zielonkawych tafli prześwitywały wnętrza biur, widać było krzątających się po nich ludzi. Szenfeld otworzył drzwi i wpuścił Podrzycką pierwszą, a jej znów przyszła do głowy myśl, czy kiedyś się to zmieni. Czy kiedy zestarzeją się razem, to wciąż będzie między nimi chemia i wzajemny szacunek, czy tylko przyzwyczajenie i niewiele wnosząca do codzienności świadomość obecności tego drugiego w życiu. Czy dalej będzie otwierał przed nią drzwi, czy będzie miał to gdzieś?
Weszli do środka i stanęli pod wiszącą na ścianie holu tablicą informacyjną. Zanim jednak zdążyli na nią choćby zerknąć, na schodach pojawiła się jakaś kobieta w granatowej garsonce. Takie ubranie tutaj, w klimatyzowanym wnętrzu, może nie dziwiło, ale Podrzycka uznała, że powrót w nim do domu o tej godzinie i przy takiej pogodzie będzie dla kobiety nie lada wyzwaniem. Nawet jeśli wróci samochodem, który być może stał na parkingu nieopodal rozgrzany jak piekarnik nastawiony na dwieście stopni.
- Słucham państwa? - zapytała kobieta z niepokojem, obrzucając lekko spłoszonym spojrzeniem ich mundury.
Te też stanowiły wyzwanie w tym upale, przynajmniej dla Podrzyckiej, nawet pomimo tego, że były letnie.
- Szukamy pani Mileny Hanke - wyjaśniła Gośka.
- Czy coś się stało? - zaniepokoiła się kobieta.
- To pani? - Szenfeld zrobił krok w jej stronę.
- Nie...
- W takim razie szukamy pani Mileny Hanke. - Głos Pawła się nie zmienił, wciąż był grzeczny, choć ta grzeczność zalatywała ledwie dostrzegalną sztucznością.
- Szefowa jest u siebie. - Kobieta, nie puszczając pochwytu poręczy, spojrzała w górę schodów.
Podrzycka z Szenfeldem w tym samym momencie ruszyli ku nim. Minęli kobietę, po czym dotarli na piętro i znaleźli się w czymś w rodzaju niewielkiego holu. Drzwi jednego z pomieszczeń były otwarte na oścież, obok, na ścianie, zauważyli tabliczkę z informacją: "Milena Hanke - Właścicielka firmy/Firmeninhaberin". Za biurkiem, bokiem do nich, siedziała zapewne sama właścicielka i w skupieniu klikała w klawiaturę Macbooka. Przy wychodzącej na zewnątrz ścianie ze szkła siedział ktoś jeszcze, ale Podrzycka z Szenfeldem widzieli tylko ramię i fragment oparcia krzesła. Stali przez chwilę niezdecydowanie, choć to właściwie Szenfeld sprawiał takie wrażenie, bo Gośka chciała tam od razu wejść.
- Co tak na nią patrzysz? - szepnęła, widząc, jak Paweł wbija lekko nieobecny wzrok we wnętrze gabinetu szefowej firmy Arctis.
- Ja? - Drgnął i spojrzał na Podrzycką.
- Tak, ty.
- Za dzieciaka widywałem ją często, ale potem nie spotkałem jej kupę lat. Powiem tak: zmieniła się. - Też szeptał, ale teraz ten szept był już ledwo słyszalny.
- A ty nie?
W oczach Szenfelda coś mignęło.
- Też, wiadomo - mruknął. - Ale ona...
- No co, przecież jest całkiem do rzeczy? - Gośka starała się być obiektywna, choć podejrzewała, że Paweł będzie wietrzył jakiś podstęp.
- Chodzi mi właśnie o te lata - wyjaśnił Szenfeld. - Kiedyś, jak byłem mały, podobała mi się. A teraz jest, że tak to ujmę: kolosalna różnica między tym kiedyś a dziś.
- Dobra, chodź już tam, bo niczego nie zdążymy załatwić przez te twoje wspomnienia.
Podrzycka stanęła w drzwiach i zapukała w futrynę. Hanke, oderwana od pracy niespodziewanym dźwiękiem, aż podskoczyła na krześle. Spojrzała w stronę drzwi z otwartymi ustami i zmarszczyła brwi.
- Państwo do mnie? - zapytała szybko.
Szenfeld zdążył dołączyć do Gośki i stał teraz za jej plecami. Podrzycka zorientowała się po chwili, że Milena Hanke nie poznała Pawła. Trudno było się dziwić, i może to nawet dobrze. Przypomnienie znajomości, nawet pobieżnej, skracało dystans, a w tym przypadku to nie było wskazane. Za to na twarzy osoby siedzącej po drugiej stronie gabinetu wykwitł jakiś namysł. Starsza, ubrana na czarno kobieta nie zmieniła pozycji na krześle, tylko odwróciła głowę w ich stronę. Była podobna do Mileny Hanke, więc Podrzycka wyciągnęła odpowiednie wnioski.
- Tak, komisarz Paweł Szenfeld i aspirant Małgorzata Podrzycka, Wydział Kryminalny Komendy Miejskiej Policji Świnoujście, dzień dobry. - Postąpiła krok naprzód. - Pani Milena Hanke, prawda?
- Zgadza się, dzień dobry. - Hanke zamknęła laptop i wskazała na kobietę na krześle. - A to moja mama, Grażyna.
Na twarzy starszej pani pojawił się lekki grymas, który można było wziąć za nikły uśmiech. Podrzycka przyjrzała się jej, ale po chwili zmieniła obiekt zainteresowania, kiedy na ścianie zauważyła wielki, kolorowy plakat z reklamą firmy. Musiała być bardzo stara, kolory, zwłaszcza żółty, wypłowiały, a widoczna na nim dziewczyna o niezwykłych, jasnoszarych oczach jedząca truskawkowy rożek miała dziwną fryzurę.
- Ty czasem nie kolegowałeś się w dzieciństwie z Jackiem?
Szenfeld, który właśnie zamykał drzwi, zesztywniał lekko, gdy usłyszał pytanie.
- Mieszkaliście chyba niedaleko nas?
Chrząknął z zakłopotaniem i odwrócił się w stronę starszej pani.
- Nie należałem do jego paczki, byłem wtedy za mały - wyjaśnił.
- Ale jesteś synem sierżanta Szenfelda, prawda?
Gośka zerknęła na niego z ledwo maskowanym rozbawieniem i zobaczyła, że robi się czerwony. Widać to było wyraźnie nawet pomimo opalenizny.
- Tak - wydukał. - Tata zmarł kilka lat temu...
- Słyszałam... - Starsza pani pokiwała smutno głową i odwróciła się w stronę okna, jakby o nich zapominając.
Milena Hanke wstała i wyszła do nich zza biurka.
- Słucham w takim razie, o co chodzi? - zapytała zdecydowanym, mocnym głosem.
Podrzycka była zaskoczona nie tyle jego siłą, co wzrostem kobiety. Skupiła się jednak, bo teraz przyszedł czas na mało przyjemną część wizyty. Nigdy tego nie lubiła. Nie chodziło nawet o emocjonalne współuczestnictwo w czyimś nieszczęściu, tylko o poczucie wchodzenia w czyjeś życie z buciorami. Ale ktoś to musiał robić.
- Przykro mi bardzo, ale muszę poinformować panią i... pani mamę o śmierci Jacka Hankego, która miała miejsce dziś w nocy w... w okolicy gazoportu. Zmarł na swoim jachcie, na chwilę obecną uważamy, że to samobójstwo, które popełnił przez oddanie strzału w głowę. Zostawił list pożegnalny, w którym wyjaśnia motyw swojego kroku: śmiertelną chorobę.