Horatio Hornblower. (#1). Szczęśliwy powrót - C. S. Forester


Reflow text when sidebars are open.
Szczęśliwy powrót jest szóstą częścią przygód kapitana Hornblowera, lecz powieść ta została napisana jako pierwsza. Opublikowano ją w 1937 roku i była pokłosiem złego okresu w karierze C.S. Forestera. Wcześniej pracował w Hollywood z Arthurem Hornblowem, producentem filmowym, od którego wziął nazwisko kapitan Hornblower. Forester i Hornblow pracowali nad filmem o piratach, który nigdy nie powstał, gdyż konkurencja wypuściła Kapitana Blooda z Errolem Flynnem. Film ten odniósł wielki sukces, a ponieważ był osadzony w tych samych realiach historycznych, pracę nad filmem zaproponowanym przez Forestera trzeba było przerwać. Forester znalazł się nagle bez pracy. Co gorsza, był ścigany przez śpiewaczkę operową, która chciała wytoczyć mu sprawę o ustalenie ojcostwa, postanowił więc uciec ze Stanów Zjednoczonych. Kupił bilet na statek towarowy płynący do Anglii i podczas rejsu, mając dużo czasu na rozmyślania, stworzył główne postacie sagi o kapitanie Hornblowerze. Kiedy przybył do Anglii, napisał Szczęśliwy powrót, pierwszą powieść z cyklu, który miał kontynuować aż do swojej śmierci.
Podejrzewam, że to właśnie śpiewaczka operowa sprawiła, iż Hornblower nie lubi muzyki. Wszyscy powinniśmy być wdzięczni tej damie, że zainspirowała Forestera do pisania cyklu o Hornblowerze, lecz powieści te dojrzewały na długo przed trudnym czasem w życiu autora, który był bezpośrednią inspiracją do ich powstania. W 1929 roku napisał on biografię Nelsona, w 1932 roku powieść pod tytułem Death to the French (Śmierć Francuzom), której akcja rozgrywa się w czasie wojen napoleońskich. Forester był zapalonym żeglarzem jachtowym, interesował się więc nie tylko wojnami, ale również morzem. Miał sześć roczników "Naval Gazette", czasopisma angielskiej marynarki wojennej z czasów wojen napoleońskich, i to właśnie lektura tego czasopisma przekonała go, iż morskie starcia z tamtych czasów mogą być doskonałym tematem dla powieściopisarza. Tak więc powstał wspaniały cykl powieści o kapitanie Hornblowerze.
Cecil Scott Forester urodził się w 1899 roku w angielskiej rodzinie mieszkającej w Egipcie. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Cecil Lewis Troughton Smith. Wychował się w Anglii, gdzie jako dziecko stał się namiętnym czytelnikiem, co zwykle jest pierwszym krokiem na drodze do kariery pisarskiej. W 1917 roku, jeszcze przed dniem osiemnastych urodzin, zgłosił się na ochotnika do armii brytyjskiej, oczekując, że zostanie skierowany na front zachodni, lecz został odrzucony z powodu złego stanu zdrowia. Był szczupłym i wysokim krótkowidzem, który lubił uprawiać sport, lecz badanie lekarskie ujawniło, iż ma niebezpiecznie słabe serce. Zamiast więc zostać żołnierzem, Forester rozpoczął studia medyczne w Guy's Hospital - bez sukcesu - lecz jego myśli już kierowały się ku pisaniu. Pierwsze próby okazały się nieudane, lecz wytrwale je ponawiał, aż w 1924 roku odniósł pierwszy sukces powieścią Payment deferred (Odroczona zapłata). Jej ekranizacja wprowadziła Forestera do świata Hollywoodu i, co ważniejsze, zawiodła go do Kalifornii. Podczas drugiej wojny światowej pisarz przeniósł się do Stanów Zjednoczonych na prośbę rządu brytyjskiego, by pisać artykuły i opowiadania zachęcające Amerykanów do popierania brytyjskiego wysiłku wojennego. Był to rodzaj subtelnej propagandy i Forester bardzo dobrze wywiązał się z zadania. Polubił również życie w Ameryce i większość powieści o kapitanie Hornblowerze powstała w Kalifornii, gdzie Forster mieszkał, wraz z drugą żoną, aż do swojej śmierci w 1966 roku. Do tego czasu opublikował około sześćdziesięciu powieści i stał się jednym z najbardziej popularnych pisarzy. Nawet gdyby nigdy nie stworzył postaci Hornblowera, byłby znany jako autor Afrykańskiej królowej, Dumy i namiętności, Marynarza królem i Polowania na "Bismarcka".
Mimo tych sukcesów, najsłynniejszym dziełem Forestera był niewątpliwie kapitan Hornblower, a cykl powieści o nim zaczyna się od niniejszej, wspaniałej historii rozgrywającej się na wybrzeżu Ameryki Południowej. W pierwszych latach wojen napoleońskich Wielka Brytania walczyła jednocześnie z Hiszpanią i Francją, swoimi dawnymi wrogami. Jednym ze sposobów zadania ciosu Hiszpanom było wzniecanie rebelii w dalekim zakątku ich wielkiego kolonialnego imperium. Właśnie dlatego, gdy straszliwy Supremo buntuje się przeciwko hiszpańskiej władzy, Hornblower otrzymuje rozkaz, by przybyć temu nieszczęśnikowi z pomocą. Kapitan wywiązuje się z tego zadania znakomicie, zdobywając jedyny okręt hiszpański, który mógł przeszkodzić Supermo w realizacji jego planów. Potem jednak w powieści następuje wspaniały i nieoczekiwany zwrot akcji: Hiszpania zostaje sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Nagle staje się konieczne udawanie, że Anglicy wcale nie popierali rebelii w Ameryce Południowej. Supremo jest teraz wrogiem, a nie sojusznikiem... lecz dalszych szczegółów fabuły nie ujawnię.
Mamy więc wspaniałą opowieść z niesamowitym bohaterem negatywnym, lecz przede wszystkim poznajemy w niej kapitana Hornblowera i inne postacie, które będą pojawiały się w następnych częściach cyklu: Bush, pierwszy porucznik na okręcie Hornblowera, który odegra niezwykle ważną rolę w późniejszych powieściach, lady Barbara Wellesley, siostra księcia Wellingtona. W rzeczywistości Wellington nie miał siostry, lecz Forester wpadł na genialny pomysł, stawiając naprzeciwko siebie niezręcznego, nieśmiałego Hornblowera i elegancką czarującą damę, lady Barbarę. Autor dodatkowo skomplikował sytuację faktem, iż w Anglii na Hornblowera czeka żona Maria, i to ona była najbardziej poszkodowana. Jest opisana jako "niska i korpulentna, często trapiona pryszczami na swej twarzy". Jakie miała szanse przy powabnej lady Barbarze? Jej mąż okazał się jednak człowiekiem honoru, co daje jej w tym starciu duże szanse.
Ekranizacja powieści Kapitan Hornblower była częściowo oparta na fabule powieści. Doskonały w tym filmie był dobór aktorów: Virginia Mayo zagrała lady Barbarę, a Gregory Peck doskonale wcielił się w Hornblowera, choć wydaje sie, że był zbyt przystojny. Hornblower w powieści Forstera jest siwiejącym mężczyzną z łysiną, podczas gdy Gregory Peck był... cóż, Gregorym Peckiem. Aktor wspaniale oddał jednak nieśmiałość Hornblowera, jego samozaparcie oraz poczucie obowiązku. Później powstały inne ekranizacje przygód kapitana, lecz żaden aktor nie zagrał tej postaci tak doskonale, jak Gregory Peck w pierwszym filmie. To właśnie rola Hornblowera otworzyła mu drogę do kariery. Powieści o kapitanie Hornblowerze pełne są niezwykłych przygód, lecz swój magnetyczny urok zawdzięczają przede wszystkim tej postaci - człowieka pełnego wad, lecz odznaczającego się honorem i niewzruszonymi zasadami etycznymi. Dołączmy do niego w podróży, podczas której stawi czoło jednemu z najbardziej niezwykłych bohaterów negatywnych w powieści przygodowej.
Bernard Cornwell
Kapitan Hornblower pojawił się na pokładzie rufowym "Lydii" niedługo po świcie. Porucznik Bush, który miał właśnie dyżur wachtowy, dotknął tylko kapelusza, ale się nie odezwał. W czasie rejsu, który trwał już od siedmiu miesięcy bez schodzenia na ląd, zdążył dość dobrze poznać upodobania swego kapitana. Wiedział, że w pierwszej godzinie dnia nie wolno do niego mówić ani przerywać biegu jego myśli.
Zgodnie z rozkazem, który w ciągu tak długiego rejsu stał się uświęconą tradycją, Brown, odpowiedzialny za nawigację i sterowanie okrętem, dopilnował, by bladym świtem nawietrzna strona pokładu rufowego została wyszorowana cegłą i paskiem. Bush, a wraz z nim midszypmen, wycofali się na zawietrzną, gdy tylko zobaczyli Hornblowera, który rozpoczął codzienny godzinny spacer, dwadzieścia jeden stóp w tę i z powrotem po wyszorowanym dla niego kawałku pokładu. Z jednej strony przestrzeń ta była ograniczona lawetami karonad, a z drugiej szeregiem przytwierdzonych do pokładu pierścieni, przez które przeciągano liny hamujące owe karonady. Kawałek pokładu, na którym kapitan Hornblower zażywał ruchu przez godzinę codziennie rano, miał więc pięć stóp szerokości i dwadzieścia jeden długości.
Kapitan kroczył szybko z jednego końca pokładu na drugi. Choć był głęboko pogrążony w rozmyślaniach, jego podwładni wiedzieli z doświadczenia, iż żeglarski instynkt kapitana nie śpi. Podświadomie obserwował on na pokładzie cień takielunku i wyczuwał dotyk wiatru na policzku, tak że najmniejsza pomyłka sternika ściągała grad jego obelg, obelg tym bardziej dosadnych, że sternik przeszkadzał mu w najważniejszej godzinie dnia. Hornblower w ten sam sposób dostrzegał, niby nie zwracając specjalnej uwagi, wszystkie ważne fakty dotyczące nawigacji i życia okrętu. Budząc się na koi, na umieszczonym nad głową kompasie dostrzegł (nie mając zamiaru tego czynić), że kurs jest północno-wschodni, taki sam jak przez ostatnie trzy dni. Wychodząc na pokład, od razu wyczuł, że wiatr wieje od zachodu i że jest akurat wystarczająco silny, by nadać okrętowi sterowność przy rozwiniętych wszystkich żaglach aż po marsle, że niebo jest nieskazitelnie błękitne i że morze jest spokojne, poza leniwą i powolną falą, na której "Lydia" unosiła się i opadała z pełną powagi regularnością.
Pierwsze, co kapitan Hornblower pomyślał świadomie, to to, że Pacyfik o świcie, zmieniając kolor z ciemnobłękitnego przy burcie na srebrzysty na horyzoncie, wygląda jak tarcza herbu o błękitnej i srebrnej tynkturze. Prawie uśmiechnął się do siebie, gdyż to porównanie powracało do niego co rano od dwóch tygodni. Z tą myślą i porównaniem jego umysł od razu rozpoczął sprawną i szybką pracę. Przyjrzał się marynarzom szorującym boczne pokłady. Na głównym pokładzie dostrzegł grupę zajętą tą samą czynnością. Marynarze rozmawiali normalnym tonem, dwa razy dał się słyszeć czyjś śmiech. To dobrze. Marynarze rozmawiający i śmiejący się w ten sposób najprawdopodobniej nie planują buntu, a kapitan Hornblower często ostatnio rozmyślał o takiej możliwości. Siedem miesięcy na morzu pochłonęło niemal wszystkie zapasy na okręcie. Tydzień temu nakazał zmniejszyć dzienną rację wody do trzech kwart, a trzy kwarty ledwo wystarczały ludziom żywiących się solonym mięsem i sucharami, dziesięć stopni na północ od równika, tym bardziej że po siedmiu miesiącach zgromadzona w beczkach woda była pełna zielonych żyjątek.
Również tydzień temu wydano ostatnie zapasy soku z cytryny, więc za miesiąc trzeba się będzie liczyć ze szkorbutem, i to bez lekarza na pokładzie. Hankey, chirurg okrętowy, umarł z powodu komplikacji spowodowanych alkoholizmem i syfilisem, kiedy okrążali przylądek Horn.
Od jakiegoś miesiąca tygodniowa racja tytoniu wynosiła dwie uncje. Hornblower gratulował sobie, że postanowił osobiście sprawować nadzór nad tą używką. Gdyby tego nie uczynił, ci bezmyślni głupcy zużyliby cały zapas, a marynarze pozbawieni tytoniu to marynarze, na których nie można polegać. Wiedział, że załoga bardziej niepokoi się brakiem tytoniu niż brakiem opału w kuchni, z powodu którego codziennie dostawali soloną wieprzowinę ledwo zagotowaną w morskiej wodzie.
Jednak brak tytoniu, wody i drewna na opał był niczym w porównaniu z mającym wkrótce nastąpić wyczerpaniem się zapasów grogu. Hornblower nie odważył się zmniejszyć dziennej racji trunku, choć na całym statku rumu zostało tylko na dziesięć dni. Nawet najlepszej na świecie załodze nie można ufać, jeśli pozbawiona jest dziennej racji rumu.
Płynęli tak samotnie przez morza południowe, jako jedyny okręt brytyjski w promieniu dwóch tysięcy mil. Gdzieś na zachód od nich znajdowały się wyspy szczęśliwe, na których mieszkały piękne kobiety, a na jedzenie nie trzeba pracować. Mogłoby się wydawać, że w zasięgu ręki mają życie polegające na zabawie i odpoczynku. Wystarczył jeden drań wśród marynarzy, a był poinformowany lepiej od innych, by im to uświadomić. Teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi, ale w przyszłości, gdy zabraknie grogu w południe, marynarze będą gotowi słuchać takich opowiastek. Od czasu, gdy załoga "Bounty" przejęła okręt, marząc o szczęśliwym życiu na Pacyfiku, buntu bał się każdy kapitan okrętu Jego Królewskiej Mości, któremu rozkazano wypłynąć na ten ocean.
Hornblower, przechadzając się po pokładzie, jeszcze raz uważnie przyjrzał się załodze. Siedem miesięcy bez schodzenia na ląd to doskonała okazja, by bandę więźniów i złapanych na ulicy włóczęgów wyuczyć na marynarzy, lecz był to również bardzo długi czas bez żadnych rozrywek. Im wcześniej uda się teraz dotrzeć do wybrzeży Nikaragui, tym lepiej. Zejście na ląd będzie dla marynarzy wytchnieniem, znajdą się tam również woda, świeża żywność, tytoń i rum.
Hornblower wrócił pamięcią do ostatnich obliczeń pozycji okrętu. Był pewny szerokości geograficznej, a dokonane w nocy obserwacje księżyca wydawały się potwierdzać długość geograficzną wynikającą ze wskazań chronometru, choć wydawało się niewiarygodne, by chronometr wciąż był godny zaufania po siedmiu miesiącach rejsu. Do brzegów Ameryki Środkowej pozostało im prawdopodobnie sto mil, najwyżej trzysta. Crystal, starszy oficer, pokręcił tylko głową, gdy usłyszał te optymistyczne szacunki, lecz był on starym głupcem i nie nadawał się na nawigatora. Za dwa, może trzy dni okaże się, kto miał rację.
Umysł Hornblowera niezwłocznie skoncentrował się na kolejnej kwestii: jak zorganizować życie na okręcie przez następne dwa lub trzy dni. Marynarze muszą być czymś zajęci. Nic tak nie sprzyja buntom, jak długie bezczynne dni. Hornblower nigdy nie bał się buntu podczas burzliwych dziesięciu tygodni, kiedy okrążali przylądek Horn. Porannej wachcie nakaże przygotować okręt do walki i ćwiczyć strzelanie, po pięć pocisków z każdego działa. Eksplozje najprawdopodobniej stłumią na jakiś czas wiatr, ale nie ma na to rady. To zapewne ostatnia okazja, by postrzelać, zanim działa zostaną użyte w prawdziwym boju.
W myślach kapitana pojawiła się kolejna kalkulacja. Pięć wystrzałów z każdego działa oznacza ponad tonę prochu i pocisków. Ponieważ zapasy się wyczerpywały, "Lydia" już teraz była niedostatecznie obciążona. Hornblower przywołał w wyobraźni obraz ładowni fregaty i rozmieszczenie magazynów: najwyższy czas, by zadbać o wyważenie okrętu. Kiedy marynarze zjedzą obiad, opłynie w tym celu okręt małą szalupą. "Lydia", jak oczekiwał Hornblower, jest prawdopodobnie nieco przechylona do tyłu. Jutro będzie można to naprawić, przesuwając dwie pierwsze karonady na przednim pokładzie na ich pierwotne miejsce. A ponieważ trzeba będzie zwinąć część żagli, kiedy kapitan będzie opływał go szalupą, to trzeba wykorzystać okazję i pozwolić Bushowi, by przećwiczył załogę na masztach i rejach. Jak każdy porucznik, Bush uwielbiał przydzielać marynarzom pracę przy żaglach. Dziś załoga pobiła swój rekord w wejściu na grotmaszt: jedenaście minut i pięćdziesiąt jeden sekund. W dwadzieścia cztery minuty i siedem sekund rozwinęli też wszystkie żagle, zaczynając od momentu, gdy byli na masztach. Bush i Hornblower zgadzali się, iż żaden z tych rekordów nie był tak dobry, jak mógłby być. Na wielu okrętach załogi pracują szybciej, a przynajmniej tak twierdzą ich kapitanowie.
Hornblower zauważył, że wiatr wzmógł się nieznacznie, lecz wystarczająco, by wywołać cichy szelest takielunku. Z dotyku wiatru na szyi i policzku wywnioskował, że zmienił on również kierunek o jeden, może dwa rumby. W momencie, gdy umysł Hornblowera zarejestrował zmianę wiatru i kapitan zaczął się zastanawiać, kiedy zauważy ją Bush, rozległo się wezwanie dla wachty. Clay, midszypman z tylnego pokładu, ryczał jak byk, wzywając załogę tylnego masztu. Chłopak przeszedł właśnie mutację i uczył się dopiero, jak poprawnie używać męskiego głosu, zamiast na przemian piszczeć i skrzeczeć. Nie spojrzawszy nawet na to, co się dzieje, Hornblower kontynuował przechadzkę, słuchając dobrze znanych odgłosów pracy wachty, która rzuciła się do brasowania żagli. Trzask uderzenia i czyjś jęk świadczyły o tym, że bosman Harrison znowu dopadł z rózgą jakiegoś leniwego albo pechowego żeglarza. Harrison był dobrym marynarzem, miał jednak słabość do zaokrąglonych tyłków, na których lubił ćwiczyć swoją rózgę. Każdy marynarz w opiętych spodniach miał duże szanse na lanie od Harrisona wyłącznie z tego powodu, szczególnie jeśli nieszczęśliwym przypadkiem bosman dopadł go w chwili, gdy marynarz zajęty był pracą wymagającą schylania się.
Rozmyślania Hornblowera na temat słabości bosmana Harrisona zajęły mniej więcej cały czas potrzebny na trymowanie żagli. Kiedy wachta wykonała rozkaz, Harrison ryknął: "Obłożyć liny!", i marynarze rozeszli się do swoich obowiązków. Rozległ się dzwon okrętowy: bim-bom, bim-bom, bim-bom, bom! Siódma godzina porannej wachty. Spacer Hornblowera trwał tego dnia znacznie dłużej niż ustalona zwyczajem godzina, i kapitan z zadowoleniem poczuł spływający pod koszulą pot.
- Dzień dobry, panie Bush! - odezwał się.
- Dzień dobry, panie kapitanie! - odpowiedział Bush, zupełnie jakby dopiero teraz zauważył kapitana, który przez ostatnie pięć kwadransów spacerował tuż obok niego.
Hornblower spojrzał na tabliczkę, na której zapisywany był log z ostatnich dwudziestu czterech godzin. Nie było tam nic godnego uwagi - rzucany co godzinę log wykazywał prędkość trzech węzłów, czterech i pół, czterech i tak dalej, podczas gdy z tarczy kursowej wynikało, iż okręt przez całą dobę utrzymywał kurs północno-wschodni. Kapitan był świadom, że porucznik Bush uporczywie się w niego wpatruje i że tłumi przemożną chęć, by się czegoś od niego dowiedzieć. Tylko jeden człowiek na pokładzie "Lydii" wiedział, dokąd płynie okręt, i był to właśnie kapitan. Wyruszył z rozkazami w zalakowanych kopertach, które zgodnie z instrukcją otworzył na trzydziestu stopniach szerokości północnej i dwudziestu stopniach długości zachodniej. Od tego czasu nie uznał za wskazane, by ujawnić treść rozkazów nawet swojemu zastępcy. Przez siedem miesięcy porucznik Bush powstrzymywał się od zadawania pytań, niemniej widać było, jak ogromnego wysiłku to od niego wymaga.
- Ha, hm... - chrząknął Hornblower z wahaniem. Bez słowa odwiesił tabliczkę i zszedł pod pokład do swojej kabiny.
Nieznajomość tych rozkazów była dla Busha źródłem cierpień, lecz Hornblower utrzymywał je w tajemnicy nie ze strachu przed gadatliwością porucznika, lecz przed swoją własną. Kiedy pięć lat temu pierwszy raz wypłynął na morze jako kapitan, nie próbował poskramiać wrodzonej skłonności do rozmowy i jego ówczesny porucznik zaczął wykraczać poza prerogatywy należne swojej randze, aż w końcu Hornblower nie mógł wydać żadnego rozkazu, nie przedyskutowawszy go z oficerami. Na poprzednim okręcie, którym dowodził, Hornblower starał się rozmawiać ze swoim porucznikiem tylko tyle, ile wymagała zwyczajowa uprzejmość, lecz okazało się, że nie potrafił przestrzegać takiego ograniczenia - niezdolny do trzymania języka za zębami, zawsze wypowiadał o jedno słowo za dużo, a potem tego żałował. Ten rejs rozpoczął z mocnym postanowieniem (jak pijak, który wie, że nie potrafi pić w sposób umiarkowany), by nie wdawać się w pogawędki z oficerami, poza rozmowami koniecznymi, by wypełniać obowiązki. W tym postanowieniu utwierdziły go rozkazy, które zobowiązywały do zachowania nadzwyczajnej tajemnicy. Przez siedem miesięcy trzymał się ich, stając się z każdym dniem bardziej małomównym, w miarę jak ten nienaturalny stan rzeczy coraz bardziej opanowywał jego wolę. Na Atlantyku potrafił jeszcze czasem porozmawiać z porucznikiem Bushem o pogodzie, jednak po przejściu na Pacyfik ograniczył się jedynie do pochrząkiwania.
Jego kajuta-sypialnia była maleńkim pomieszczeniem odgrodzonym od głównej kajuty. Połowę tej klitki zajmowało osiemnastofuntowe działo, resztę niemal w całości wypełniała koja Hornblowera, oraz jego biurko i kufer. Steward kapitana, Polwheal, układał właśnie jego brzytwę i miseczkę z pianą na półce pod niewielkim, przytwierdzonym do ścianki lustrem - było tam miejsce tylko na te dwa przedmioty. Polwheal przecisnął się przed biurkiem, żeby pozwolić kapitanowi wejść. Nie odezwał się przy tym ani słowem, bo Polwheal był człowiekiem przyjemnie małomównym - Hornblower wybrał go właśnie z tego powodu, gdyż musiał strzec się grzechu gadatliwości nawet wobec służących.
Zdjąwszy mokrą koszulę i spodnie, kapitan stanął nagi przed lustrem i zaczął się golić. Twarz, którą widział w lustrze, nie była ani ładna, ani brzydka, nie była też ani stara, ani młoda. Zdobiła ją para smutnych brązowych oczu, dość wysokie czoło, dość prosty nos, oraz niebrzydkie usta zaciśnięte z siłą, którą dawało dwadzieścia lat na morzu. Nieporządna czupryna brązowych, kręcących się włosów zaczynała się już cofać, czyniąc czoło jeszcze wyższym, co bardzo irytowało kapitana, który nie mógł się pogodzić z perspektywą łysienia. Spojrzawszy na włosy, przypomniał sobie o swoim drugim zmartwieniu i przeniósł wzrok na tors. Był mężczyzną chudym i umięśnionym. Miał nawet całkiem niezłą figurę, zwłaszcza kiedy się wyprostował i widać było, że ma sześć stóp wzrostu. Niestety, tam, gdzie kończyły się żebra, nie można było nie zauważyć zaokrąglającego się brzucha, który niedawno zaczął wystawać poza linię łączącą dolny skraj żeber z biodrami. Hornblower swojej rosnącej tuszy nie znosił z intensywnością rzadką u mężczyzn z jego pokolenia. Nie mógł pogodzić się z myślą, że jego szczupłe ciało zostanie zniekształcone przez szkaradny bąbel w samym środku tułowia. Właśnie dlatego on, człowiek z natury leniwy i nieznoszący dyscypliny, zmuszał się do codziennej porannej przechadzki po pokładzie rufowym.
Kiedy skończył się golić, odłożył brzytwę i pędzel, by Polwheal mógł je umyć, a następnie pozwolił stewardowi zarzucić sobie na ramiona podarty bawełniany szlafrok. Polwheal podążył za kapitanem do pompy sanitarnej, gdzie zdjął z niego szlafrok i zaczął pompować morską wodę zza burty, podczas gdy jego dowódca z namaszczeniem obracał się pod tym prysznicem. Po zakończeniu kąpieli, Polwheal znów narzucił na mokre ramiona kapitana szlafrok i wrócił z nim do kajuty. Na koi leżały schludnie rozłożone białe spodnie i lniana koszula, znoszona, lecz starannie pocerowana. Kiedy Hornblower się ubierał, Polwheal pomógł mu włożyć kurtkę od munduru, której naszywki nieco już wyblakły, a następnie podał mu kapelusz. Wszystko to odbyło się bez jednego słowa, tak wielkiej wprawy nabrał Hornblower w narzuconym sobie reżimie milczenia. W dodatku on, który nienawidził rutyny, narzucił sobie surową dyscyplinę, mającą go uratować przed własną gadatliwością, i dokładnie wtedy, gdy wyszedł na pokład, rozległo się osiem szklanek, tak samo jak każdego poprzedniego ranka.
- Załoga do kary, panie kapitanie? - zapytał Bush, dotykając kapelusza.
Hornblower skinął głową. Rozległ się świst; to maci zadęli w gwizdki, wzywając marynarzy.
- Cała załoga do oglądania kary! - krzyknął Harrison na głównym pokładzie i marynarze zaczęli wychodzić ze wszystkich części okrętu i ustawiać się w rzędach na wyznaczonych miejscach.
Hornblower stał sztywno przy relingu tylnego pokładu, starając się, by na jego twarzy malował się kamienny spokój. Wstydził się faktu, iż uważa chłostę za zwyczaj barbarzyński, że nie znosi wydawać rozkazu jej wymierzania i że boi się na nią patrzeć. Dwa czy trzy tysiące chłost, które widział w życiu, wcale go nie uodporniły. Wręcz przeciwnie - Hornblower doświadczał tego teraz w bolesny sposób - uczyniły go bardziej wrażliwym niż siedemnaście lat temu, kiedy zaczynał służbę jako miczman. Kary wymierzanej tego ranka nie można było jednak uniknąć. Winowajcą był Walijczyk nazwiskiem Owen, który żadną miarą nie potrafił oduczyć się plucia na pokład. Bush, bez powoływania się na kapitana, przysiągł, że każe Walijczyka chłostać za każde splunięcie, a Hornblower musiał poprzeć oficera i zaaprobować jego decyzję w imię dyscypliny, choć sam miał poważne wątpliwości, czy człowiek tak głupi, że nie poprawił się ze strachu przed chłostą, w jakikolwiek sposób zyska na tym, iż otrzyma razy.
Na szczęście sprawa nie potrwała długo. Maci przywiązali półnagiego Owena do masztu i wychłostali przy wtórze werbli. Owen, w przeciwieństwie do większości marynarzy, którzy zachowywali milczenie, kiedy baty rozcinały im ramiona, wrzeszczał z bólu i szarpał się, tańcząc groteskowo i uderzając stopami o pokład, dopóki nie stracił przytomności. Ostatnie z dwudziestu czterech razów dosięgły go, kiedy wisiał już na wantach bezwładnie i cicho. Ktoś oblał go wodą i zabrano go pod pokład.
- Załoga do śniadania, panie Bush - stanowczo odezwał się Hornblower, mając nadzieję, że tropikalna opalenizna ukryła bladość jego twarzy. Wymierzanie chłosty głupcowi nie było poranną rozrywką, w jakiej gustował, a poza tym złościł się na siebie, że nie był na tyle silny, by powstrzymać wymierzenie tej kary, ani na tyle taktowny, by w jakiś sposób załagodzić sytuację i nie podjąć decyzji, do której zmusił go Bush.
Szereg oficerów na tylnym pokładzie rozpadł się, kiedy każdy udał się do swoich obowiązków. Gerard, drugi porucznik, przejął od Busha służbę na pokładzie. Okręt przypominał w tej chwili chodnik pokryty magicznym parkietem. Widniał na nim geometryczny wzór, który uległ zaburzeniu, jakby ktoś nim potrząsnął, lecz potem niezwłocznie ułożył się w nowy, uporządkowany sposób.
Hornblower zszedł pod pokład, gdzie czekało już na niego podane przez Polwheala śniadanie.
- Kawa, panie kapitanie - oznajmił steward. - Owsianka.
Hornblower usiadł za stołem. W ciągu siedmiomiesięcznego rejsu wyczerpały się wszystkie przysmaki. Kawa była czarnym wywarem z przypalonego chleba i wszystko, co można było powiedzieć o jej smaku to to, że jest słodka i gorąca. Owsianka natomiast była niedającą się opisać słoną breją, przyrządzoną z rozgotowanej tartej bułki i skrawków solonej wołowiny. Hornblower jadł, nie zwracając uwagi na jakość tych specjałów. Jednocześnie lewą ręką stukał sucharem o blat stołu, mając nadzieję, że wypędzi z niego wołki do czasu, aż skończy jeść owsiankę.
Kiedy się posilał, do jego uszu ze wszystkich stron dochodziły dźwięki wydawane przez okręt. Za każdym razem, gdy "Lydia" przechylała się nieco wzdłuż lub w bok na szczycie fali, belki drewnianego kadłuba skrzypiały cichym chórem. W górze słychać było stukanie butów Gerarda chodzącego w tę i z powrotem po tylnym pokładzie, a czasem też stłumiony trucht bosych i zrogowaciałych stóp jakiegoś innego członka załogi. Od strony dziobu dochodziło monotonne szczękanie pomp, których jak co dzień używano do osuszania zęzy. Wszystkie te dźwięki były jednak przypadkowe i przerywane, był natomiast jeden dźwięk, który trwał cały czas i ucho przyzwyczajało się do niego tak, że trzeba się było wsłuchać, by go wychwycić: gwizd wiatru w niezliczonych linach takielunku. Był jak najcichsza pieśń, harmonia tysięcy wysokich tonów i alikwot, lecz słychać go było w każdej części okrętu, gdyż wszędzie przenosiły go łańcuchy i belki, z których rytmicznych skrzypieniem się łączył.
Hornblower skończył owsiankę i skupił uwagę na sucharze, którym przedtem stukał w blat stołu. Wpatrywał się w niego ze spokojną dezaprobatą. Był to marny posiłek, a z braku masła - ostatnia beczułka zjełczała miesiąc temu - będzie musiał popić twarde kęsy kawą z przypalonego chleba. Zanim jednak ugryzł pierwszy kęs, usłyszał dziki wrzask dochodzący z pokładu, który sprawił, że znieruchomiał, trzymając suchara w połowie drogi do ust.
- Ziemia na horyzoncie! - usłyszał. - Hej, pokład! Ziemia dwa rumby na bakburcie, panie poruczniku!
Był to krzyk marynarza na oku, dochodzący z fokmasztu. Hornblower, wciąż trzymając suchara, usłyszał bieganinę i gwar głosów na pokładzie. Wszyscy byli oczywiście podekscytowani widokiem lądu, po raz pierwszy od trzech miesięcy tego rejsu w nieznanym kierunku. Jemu też udzieliła sie ekscytacja. Z drżeniem serca oczekiwał mającej nastąpić zaraz chwili, kiedy przekona się, czy dobrze ocenił pozycję okrętu i czy trafił w przewidziany punkt na wybrzeżu. Przede wszystkim jednak niepokoił go fakt, że być może już za dwadzieścia cztery godziny będzie zajęty wypełnianiem trudnej i niebezpiecznej misji, z którą przysłali go tu lordowie Admiralicji. Zauważył, że jego serce przyspieszyło. Bardzo chciał podążyć za pierwszym odruchem i wybiec na pokład, lecz się powstrzymał. Bardziej bowiem pragnął zrobić na swoich oficerach i załodze wrażenie człowieka spokojnego i niezachwianie pewnego siebie - i to wcale nie po to, by zaspokoić własną próżność. Wszak im większym szacunkiem cieszy się kapitan, tym lepiej dla okrętu. Hornblower zmusił się do zachowania spokoju, zakładając nogę na nogę i jak gdyby nigdy nic popijając kawę, kiedy rozległo się pukanie i do kajuty wpadł miczman Savage.
- Panie kapitanie, pan Gerard przysłał mnie, żebym panu powiedział, iż po stronie bakburty zauważono ląd - wysapał. Z trudem mógł ustać w miejscu, zarażony wszechobecnym na okręcie podnieceniem. Zanim się odezwał, Hornblower starannie odmierzył jeszcze jeden łyczek kawy starał się wypowiadać słowa powoli i spokojnie:
- Proszę przekazać panu Gerardowi, że wyjdę na pokład za chwilę, kiedy skończę śniadanie.
- Tak jest, panie kapitanie.
Savage wybiegł z kajuty. Z korytarza dobiegł tupot jego wielkich i niezdarnych nóg.
- Panie Savage! Panie Savage! - krzyknął za nim Hornblower. Okrągła jak księżyc twarz miczmana znów pojawiła się w drzwiach.
- Zapomniał pan zamknąć drzwi - powiedział kapitan chłodno. - I proszę nie robić tyle hałasu na korytarzu.
- Tak jest, panie kapitanie! - odpowiedział skonfundowany Savage.
Hornblower był zadowolony z tej sceny i pogładził się po brodzie, by sobie pogratulować. Wypił kolejny łyk kawy, lecz nie znalazł w sobie ni krzty woli, by zjeść suchara. Zaczął bębnić palcami o blat stołu, próbując w ten sposób zmusić czas, by szybciej płynął.
Nagle usłyszał ryk młodego Claya dochodzący ze szczytu masztu, gdzie zapewne wysłał go z lunetą Gerard.
- Wygląda jak płonąca góra, panie poruczniku! Dwie płonące góry! Wulkany, panie poruczniku!
Hornblower od razu przywołał w pamięci mapę, którą godzinami studiował w tajemnicy zamknięty w swojej kajucie. Wulkany wznosiły się wzdłuż całego wybrzeża i obecność dwóch z nich na bakburcie nie oznaczała wcale, że okręt znajduje się w pożądanym miejscu. A jednak - a jednak - wejście do zatoki Fonseca niewątpliwie rozpoznać można po dwóch wulkanach od strony bakburty. Było całkiem możliwe, że trafił dokładnie w zamierzony punkt wybrzeża, po jedenastu tygodniach żeglugi z dala od lądu. Hornblower nie mógł dłużej usiedzieć na miejscu. Wstał zza stołu, i w ostatniej chwili przypomniawszy sobie, by iść spokojnie i w aurze braku zainteresowania, wyszedł na pokład.
Na pokładzie rufowym tłoczyli się oficerowie: wszyscy czterej porucznicy, starszy oficer Crystal, dowódca marynarzy Symonds, intendent Woods, oraz miczmanowie dowodzący wachtą. Takielunek roił się od podoficerów i marynarzy, w użyciu były wszystkie znajdujące się na pokładzie lunety. Hornblowerowi przyszło na myśl, że zwolennik surowej dyscypliny nie mógłby zgodzić się na takie całkowicie naturalne zachowanie, więc postanowił interweniować.
- Co to ma być? - zapytał stanowczo. - Nikt nie ma na tym okręcie nic do roboty? Panie Wood, może zechciałby pan posłać po bednarza i przygotować z nim do wypełnienia beczki na wodę. Panie Gerard, niech pan każe sprzątnąć bombramżagle i lizele.
Na statku znów zrobiło się zamieszanie, rozbrzmiały gwizdki, krzyk Harrisona wzywającego całą załogę do zdejmowania żagli, oraz rozkazy wydawane przez Gerarda z pokładu rufowego. Pozbawiona dodatkowych żagli, "Lydia" kołysała się łagodnie na uderzającej z boku słabej fali.
- Sir, wydaje mi się, że widzę z pokładu dym - odezwał się Gerard, nieśmiało zwracając uwagę kapitana na brzeg. Podał mu swoją lunetę i wskazał ręką kierunek. Nisko nad horyzontem, przesłonięte pasmem białych chmur, Hornblower dostrzegł coś, co rzeczywiście mogło być słupem dymu.
- Ha, hm... - chrząknął z nawyku, zamiast udzielić konkretniejszej odpowiedzi. Przeszedł na przód okrętu i zaczął wspinać się po wantach fokmasztu. Nie był zbyt sprawny fizycznie i z niechęcią zabierał się do tej czynności, lecz trzeba to było zrobić. A przy tym czuł skrępowanie, wiedząc, że każda niezajęta pracą para oczu na okręcie wpatruje się właśnie w niego. Na szczycie want, ze względu na opinię załogi, kapitan był zmuszony zrezygnować z wygodnego przejścia przez otwór w platformie marsa, tylko kontynuować wspinaczkę trudniejszą drogą, po wantach biegnących od masztu do brzegu platformy, co też uczynił, mimo że przeszkadzała mu w tym luneta. Nie mógł nawet zatrzymać się dla zaczerpnięcia oddechu, mając pod komendą miczmanów, którzy podczas zabawy w berka bez trudu wspinali się od podstawy do jabłka grotmasztu.
Mozolna wspinaczka po bramstenwantach była dla niego ciężką próbą. Dysząc ciężko, dotarł w końcu do bombramstenga i zajął dogodne stanowisko, by spojrzeć przez lunetę i unieruchomić ją na tyle, na ile pozwalał przyśpieszony oddech i nagły przypływ lęku wysokości. Piętnaście stóp od niego, okrakiem na końcu rei, zawadiacko usadowił się Clay, ale Hornblower postanowił go zignorować. Delikatne, spiralne kołysanie masztu rzucało Hornblowerem po wielkim kole, do góry, w przód, na boki i w dół. Początkowo tylko na moment mógł uchwycić w lunecie obraz odległych gór, lecz po chwili przyglądał im się przez dobrych kilka minut. W okularze ukazał się bardzo dziwny krajobraz. Było tam dużo ostro zakończonych wierzchołków wulkanów: dwa bardzo wysokie od strony bakburty i kilkanaście dalszych po obu stronach okrętu. Kontynuując obserwację, dostrzegł, że z jednego z wulkanów wylatuje obłok pary - nie ze szczytu, tylko z otworu w zboczu - i unosi się, by połączyć z pasmem białych chmur wiszących nad wierzchołkiem. Poza wulkanami na horyzoncie widać było długi łańcuch górski, którego odnogi stanowiły wulkany, lecz wydawało się, że sam łańcuch również składa się ze starych wulkanów spłaszczonych i zniekształconych przez upływ stuleci. Ten odcinek wybrzeża musiał wyglądać jak piekielna kuźnia, kiedy wszystkie wybuchały w tym samym momencie. Wyższe partie gór były szare, lecz był to ciepły odcień szarości zmieszanej z różem, natomiast niżej Hornblower dostrzegł jakby wodospady zieleni. Zapewne była to roślinność w wąwozach na zboczach gór. Zapamiętywał wysokość i położenie wulkanów względem siebie i na podstawie tych danych rysował w wyobraźni szkic, który mógł porównać z mapą znajdującą się w kajucie. Znał ją na pamięć. Ich podobieństwo nie ulegało wątpliwości.
- Wydaje mi się, że widziałem też przybój, sir - oznajmił Clay. Hornblower skierował więc lunetę na podnóże gór.
Tam zaczynał się ogromny pas zieleni, niczym nie przerwanej, poza miejscami, gdzie z lasu wystawały mniejsze wulkany. Hornblower dwukrotnie omiótł lunetą tę smugę zieleni na horyzoncie, aż nagle wydało mu się, że dostrzegł niewielką białą plamkę, która od razu znikła. Skierował lunetę w to samo miejsce, odczekał chwilę, a potem zobaczył ją jeszcze raz - niewielki obszar bieli, która pojawiała się i znikała.
- Rzeczywiście, to na pewno są fale przyboju - stwierdził i od razu się zreflektował. Nie było potrzeby odpowiadać Clayowi. W ten sposób nadszarpnie tylko swoją reputację niewzruszonego kapitana.
"Lydia" utrzymywała kurs na wybrzeże. Spoglądając w dół, sto czterdzieści stóp niżej Hornblower dostrzegał zabawnie skrócone postacie marynarzy na pokładzie dziobowym oraz niewielkie fale wokół dziobu, pozwalające ocenić prędkość okrętu na około cztery węzły. Do brzegu powinni więc dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, zwłaszcza że pod koniec dnia miała zacząć wiać bryza. Kapitan zmienił niewygodną pozycję i znów zaczął lustrować wybrzeże. W miarę upływu czasu dostrzegał więcej grzyw fal przyboju wokół miejsca, gdzie zobaczył je po raz pierwszy. Zapewne fale zderzały się tam z pionową skalną ścianą, która wynosiła ich białą pianę tak wysoko, że były widoczne przez lunetę. Rosła pewność Hornblowera, że dotarł we właściwe miejsce. Po obu stronach białego przyboju na horyzoncie rysowały się odcinki spokojnej wody, a za każdym z nich wyrastał średniej wielkości wulkan. Szeroka zatoka, wyspa u wejścia do niej, oraz dwa flankujące ją wulkany. Właśnie tak wyglądała zatoka Fonseca na mapie, lecz Hornblower miał bolesną świadomość faktu, że jeśli popełnił nawet niewielki błąd w nawigacji, mógł trafić w miejsce oddalone o co najmniej dwieście mil od punktu, w którym sądził, że znajduje się okręt. Zdawał sobie przy tym sprawę, że na takim wybrzeżu każdy odcinek wygląda podobnie. Przy odpowiednim ukształtowaniu innego kawałka brzegu mógł im się nawet ukazać złudny widok wyspy i wejście do zatoki. Poza tym nie mógł do końca ufać swoim mapom. Zostały przerysowane ze zdobycznym map, które Anson przechwycił właśnie na tych wodach sześćdziesiąt lat temu, a wszyscy znali złą jakość hiszpańskich map - taka mapa, w dodatku przerysowana przez kartografów nieuków z Admiralicji, mogła być zupełnie bezużyteczna.
Jednak dalsza obserwacja wybrzeża powoli rozpraszała wątpliwości Hornblowera. Otwierająca się przed nim zatoka była ogromna - gdyby w pobliżu była druga taka, nie umknęłaby ona uwagi nawet hiszpańskich kartografów. Oczy kapitana oceniły szerokość wejścia na około dziesięć mil wraz z wyspami. W głębi zatoki znajdowała się jeszcze jedna wyspa o typowym dla tego krajobrazu kształcie stromego stożka wyrastającego wprost z wody. Mimo że okręt pokonał już dziesięć mil, wciąż nie było widać odległego brzegu zatoki po drugiej stronie wejścia.
- Panie Clay - odezwał się, nie racząc nawet oderwać lunety od oka - może pan zejść z masztu. Proszę przekazać moje gratulacje panu Gerardowi i polecić mu, by odesłał całą załogę na obiad.
- Tak jest, panie kapitanie.
Cały okręt będzie teraz wiedział, że szykuje się coś ważnego, skoro obiad został zarządzony pół godziny wcześniej niż zwykle. Na okrętach brytyjskich oficerowie zawsze pilnowali, by załoga przed wyjątkowym wysiłkiem była najedzona.
Hornblower znów zaczął obserwować wybrzeże. Nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że "Lydia" wchodzi do zatoki Fonseca. Docierając dokładnie tu po jedenastu tygodniach bez widoku lądu, udało mu się dokonać nie byle jakiego wyczynu nawigacyjnego, z którego mógłby być dumny każdy żeglarz. Hornblower nie czuł jednak uniesienia. Cechowała go niezdolność do bycia dumnym z tego, czego potrafił dokonać. Ambicja zawsze pchała go ku niemożliwemu - chciał sprawiać wrażenie człowieka obdarzonego geniuszem, silnego, małomównego i pozbawionego emocji.
Na razie w zatoce nie widać było oznak życia, żadnych łodzi ani dymów. Mógłby się zbliżać do niezamieszkanego brzegu jak drugi Kolumb. Mógł liczyć jeszcze co najmniej na godzinę spokoju, bez konieczności podejmowania jakichkolwiek działań. Złożył lunetę, zszedł z masztu i z wystudiowaną powolnością przeszedł przez okręt na pokład rufowy.
Podekscytowani Crystal i Gerard rozmawiali o czymś przy relingu. Widać było, że usunęli się poza zasięg słuchu sternika, oraz że odesłali miczmana. Równie wyraźnie widać było też ze sposobu, w jaki patrzyli na Hornblowera, że rozmawiają właśnie o nim. Było całkiem naturalne, że są podekscytowani, gdyż "Lydia" była pierwszym od czasów "Ansona" brytyjskim okrętem wojennym, który dotarł do pacyficznego wybrzeża hiszpańskiej Ameryki. Na tych wodach kursował słynny galeon z Acapulco, z milionem funtów złota podczas każdej z corocznych podróży, a wzdłuż wybrzeży przesuwały się kabotażowce wiozące srebro z Potosi do Panamy. Wydawało się pewne, że każdy członek załogi zdobędzie fortunę, jeśli pozwolą na to nieznane nikomu rozkazy wydane kapitanowi przez Admiralicję. Wszyscy przykładali ogromną wagę do tego, co miał on w najbliższej przyszłości uczynić.
- Panie Gerard, niech pan wyśle godnego zaufania marynarza na grotmaszt - tylko tyle powiedział Hornblower, schodząc pod pokład.
Polwheal czekał na niego w kajucie z obiadem. Hornblower przez chwilę wahał się, czy w tej tropikalnej pogodzie chce w środku dnia zjeść soloną wieprzowinę. Nie był głodny, lecz pragnienie okazania się bohaterem w oczach stewarda zwyciężyło nad brakiem apetytu. Usiadł za stołem i jadł szybko przez dziesięć minut, zmuszając się do połykania niesmacznych kęsów. Polwheal z równie silną niechęcią wpatrywał się w każdy gest kapitana. Pod jego natarczywym spojrzeniem Hornblower wstał od stołu i schylając się pod niskim sufitem, przeszedł do kajuty sypialnej, gdzie otworzył biurko.
- Polwheal! - zawołał.
- Sir? - odpowiedział steward, natychmiast pojawiając się w drzwiach.
- Przynieś mój najlepszy mundur i przypnij nowe epolety. Wyczyść białe spodnie, albo nie, bryczesy, i najlepsze białe pończochy z jedwabiu. Daj też te buty z klamrami i wyczyść klamry tak, żeby błyszczały. I szablę ze złotą klingą.
- Tak jest, panie kapitanie.
Znów w głównej kajucie, Hornblower rozciągnął się oparty o szafkę pod tylnym oknem i jeszcze raz rozłożył tajne rozkazy z Admiralicji. Czytał je już tyle razy, że znał prawie na pamięć, lecz przezornie chciał się upewnić, że dobrze zrozumiał każde słowo. Trzeba przyznać, że zostały sformułowane precyzyjnie i zawierały wszystkie potrzebne informacje. Jakiś urzędnik Admiralicji wyraźnie puścił wodze fantazji, kiedy je pisał. Pierwsze dziesięć akapitów dotyczyło rejsu aż do chwili obecnej. Nakazywano w nich przede wszystkim zachowanie całkowitej tajemnicy, by Hiszpania nie dowiedziała się o przybiciu brytyjskiej fregaty do zachodnich wybrzeży jej amerykańskich kolonii. Oczekuje i wymaga się więc od Pana... by w czasie rejsu jego okręt jak najrzadziej był widoczny z brzegu, oraz niniejszym całkowicie zabrania się Panu... pojawiać się w zasięgu wzroku przy brzegach Pacyfiku aż do przybycia do zatoki Fonseca. Hornblower wypełnił te rozkazy co do joty, choć w marynarce niewielu było kapitanów, którzy mogliby i chcieliby to zrobić. Przyprowadził okręt od brzegów Anglii do tego miejsca, ani razu nie zbliżając do brzegu, poza krótką chwilą, kiedy widzieli przylądek Horn. W dodatku, gdyby tydzień temu pozwolił Crystalowi pokierować "Lidią" po swojemu, wylądowaliby w Zatoce Panamskiej, całkowicie zaprzepaszczając szanse na utrzymanie tajemnicy.
Hornblower z trudem powstrzymał się od wspominania kłótni o rozmiary dewiacji magnetycznej na tym akwenie i zmusił do skupienia się na studiowaniu rozkazów. Niniejszym oczekuje się i wymaga od Pana... by niezwłocznie po przybyciu do zatoki Fonseca zawarł przymierze z don Julianem Alvaradem, który jest właścicielem wielkich dóbr ziemskich na zachodnim brzegu zatoki. Don Julian zamierzał, przy wsparciu Brytyjczyków, wzniecić rebelię przeciw królestwu Hiszpanii. Hornblower miał przekazać mu pięćset muszkietów i bagnetów, pięćset pasów amunicyjnych, oraz milion sztuk amunicji do broni ręcznej, w które zaopatrzono go w Portsmouth. Wszystko to miał uczynić, zachowując tajemnicę, co pozwoli dokonać rebelii. Jeśli uzna to za konieczne, może przekazać rebeliantom również jedno lub więcej dział ze swego okrętu, lecz powierzone mu pięćdziesiąt tysięcy gwinei, pod rygorem sądu wojennego, ma wypłacić wyłącznie w przypadku, gdyby rebelia bez nich upadła. Miał również wspierać rebeliantów wszystkimi środkami, nawet za cenę uznania suwerenności don Juliana Alvarada na podbitych przez niego terytoriach, pod warunkiem, że ten w zamian zawrze traktaty handlowe z Koroną Brytyjską.
Wzmianka o traktatach handlowych najwyraźniej zapłodniła wyobraźnię urzędnika Admiralicji, który pisał rozkazy, gdyż następne dziesięć akapitów zawierało szczegółowe i pełne wzniosłych frazesów omówienie konieczności otwarcia hiszpańskich kolonii dla handlu brytyjskiego. Drewno balsamowe i kampeszyn z Peru, koszenila i srebro czekały na wymianę na towary brytyjskich manufaktur. Pióro urzędnika aż ociekało entuzjazmem, krągłym pismem opisując przyszłe zyski z tego handlu. Co więcej, istniała odnoga zatoki Fonseca zwana Estero Real, przypuszczalnie wcinająca się w głąb lądu, w pobliże jeziora Nikaragua, którego wody spływają rzeką San Juan do Atlantyku. Od kapitana Hornblowera oczekiwano i wymagano, by wszelkimi środkami otworzył tę drogę dla handlu brytyjskiego i tam skierował czyn zbrojny don Juliana.
Dopiero po zwycięstwie don Juliana i wykonaniu pozostałych zadań, rozkazy zezwalały kapitanowi Hornblowerowi na atakowanie na Pacyfiku złotych galeonów, lecz zabroniono mu napadać na statki tych mieszkańców, którzy mogliby poprzeć rebelię. Zwrócono również uwagę, że Hiszpanie prawdopodobnie utrzymują na tych wodach dwupokładowy okręt uzbrojony w pięćdziesiąt dział, zwany "Natividad", którego zadaniem jest umacnianie autorytetu królewskiej władzy. Od kapitana Hornblowera oczekiwano i wymagano zatem, że zdobędzie, zatopi, spali, lub zniszczy ten okręt przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Na koniec nakazano mu możliwie jak najszybsze nawiązanie łączności z wiceadmirałem dowodzącym bazą na Wyspach Zawietrznych, od którego miał otrzymać dalsze rozkazy.
Kapitan Hornblower złożył napisany na sztywnym papierze dokument i pogrążył się rozmyślaniach. Rozkazy te były zwyczajowym połączeniem tego, co ledwo możliwe, z tym, co zupełnie nieprawdopodobne. Takich rozkazów mógł oczekiwać każdy kapitan detaszowanego okrętu. Tylko szczur lądowy wydałby początkowy rozkaz dopłynięcia do zatoki Fonseca bez zbliżania się do wybrzeża Pacyfiku, i tylko szereg następujących po sobie cudów (Hornblower nie przyznał sobie zasługi za swój trzeźwy osąd i doskonałe umiejętności żeglarskie) umożliwił im wykonanie tego rozkazu.
Wzniecenie rebelii w amerykańskich koloniach Hiszpanii od dawna było marzeniem rządu Wielkiej Brytanii - marzeniem, które stawało się koszmarem dla oficerów mających je spełnić. Admirał Popham i admirał Stirling, generał Beresford i generał Whitelocke - wszyscy w ciągu ostatnich trzech lat stracili honor i reputację, podejmując próby wzniecenia rebelii w dorzeczu rzeki Platte.
Otworzenie drogi dla brytyjskiego handlu przez Przesmyk Panamski od dawna było równie nierealnym marzeniem urzędników z Admiralicji, którzy znali geografię z mało dokładnych map i nie mieli praktycznego doświadczenia. Trzydzieści lat temu sam Nelson, jako młody kapitan, o mało nie postradał życia, dowodząc wyprawą w górę rzeki San Juan, tej samej, którą Hornblower miał spłynąć w dół, od samego źródła.
Ukoronowaniem wszystkiego była krótka wzmianka o pięćdziesięciodziałowym okręcie wroga. Dla urzędników z Whitehall było to typowe: wysyłać fregatę uzbrojoną w trzydzieści sześć dział, by zaatakowała przeciwnika niemal dwukrotnie silniejszego. W czasie ostatnich wojen brytyjska marynarka wojenna odniosła tyle sukcesów w pojedynkach okrętów, że teraz zwycięstwa oczekiwano zawsze, niezależnie od stosunku sił. Gdyby jakimś cudem "Lydia" uległa przytłaczającej przewadze ogniowej "Natividad", nie przyjęto by żadnych wyjaśnień i kariera Hornblowera byłaby zrujnowana. Nawet gdyby nie załamał się podczas nieuniknionego procesu przed sądem wojennym, odsunięto by go od służby, by przez resztę swoich dni dogorywał na zredukowanej pensji. Porażka podczas zdobywania "Natividad", porażka podczas wzniecania rebelii, porażka przy otwieraniu drogi przez Przesmyk Panamski - każda z tych niemal pewnych porażek mogła oznaczać utratę reputacji, zatrudnienia, oraz haniebny powrót do żony, w której oczach będzie niezdolnym do służby nieudacznikiem.
Przeanalizowawszy wszystkie te ponure możliwości, Hornblower z determinacją i optymizmem oddalił od siebie myśl o nich. Najpierw musi nawiązać kontakt z don Julianem Alvaradem, co wydawało się zadaniem łatwym i mało interesującym. Później będzie mógł zająć się złotymi galeonami i nagrodami pryzowymi. Poza tymi dwoma zadaniami nie pozwoli sobie na troskę o przyszłość. Wstał i zdecydowanym krokiem wrócił do kajuty sypialnej.
Dziesięć minut później wyszedł na pokład rufowy i z sardonicznym rozbawieniem zauważył, że zgromadzeni na pokładzie oficerowie starają się ukryć wrażenie, jakie wywarł na nich jego wspaniały nowy mundur i epolety, najlepsze pończochy z jedwabiu, buty ze stalowymi klamrami, kapelusz i szabla ze złotą klingą. Hornblower rzucił spojrzenie na odległy brzeg.
- Walić w bęben, panie Bush - rozkazał. - Przygotować okręt do boju.
Warkot werbli rozpoczął dzikie zamieszanie na okręcie, gdyż na pokład wybiegła odpoczywająca wachta. Ponaglana komendami i gwizdkami podoficerów załoga rzuciła się do czynności mających przygotować okręt do walki. Pokłady polano wodą i posypano piaskiem, wybito ścianki działowe, brygady strażaków zajęły stanowiska przy pompach, chłopcy okrętowi do utraty tchu biegali z ładunkami do dział, a pod pokładem steward intendenta, którego mianowano tymczasowo lekarzem okrętowym, zsuwał skrzynie miczmanów, by zrobić z nich stół operacyjny.
- Jeśli pan pozwoli, panie Bush, działa mają być naładowane i wyprowadzone z furt - powiedział Hornblower.
Był to całkiem rozsądny środek ostrożności, zważywszy, iż okręt miał płynąć z wiatrem prosto ku brzegom hiszpańskiego terytorium. Załogi dział zdejmowały mocowania tylców, desperacko ciągnęły działa do tyłu na pokład, ładowały je prochem i kulami, dociskały ładunek stemplami, a potem szaleńczym wysiłkiem znów ciągnęły za liny, by wysunąć działa przez furty na zewnątrz.
- Okręt gotowy do boju. Dziesięć minut i dwadzieścia jeden sekund, sir - poinformował Bush, gdy ucichł gwar pracujących marynarzy. Porucznik zachodził w głowę, czy to tylko ćwiczenie, czy przygotowanie do prawdziwej walki, lecz wciąż nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie, a Hornblower przez próżność nie rozwiewał jego wątpliwości.
- Bardzo dobrze, panie Bush. Niech pan wyśle dobrego marynarza z sondą na dziób i przygotuje okręt do rzucenia kotwicy.
Bryza wiejąca od morza była teraz z każdą minutą silniejsza i okręt powoli nabierał szybkości. Patrząc przez lunetę, Hornblower widział z pokładu rufowego każdy szczegół wejścia do zatoki oraz szeroki tor wodny pomiędzy wyspą Conchaquita i zachodnim brzegiem zatoki, który według mapy zapewniał mu głębokość dwudziestu sążni przez pięć mil w głąb lądu. Trudno jednak było ufać hiszpańskim mapom.
- Co macie na dziobie?! - zawołał.
- Nie ma dna, sir!
- Ile wyluzowałeś sążni? Podać mu sondę głębinową.
- Tak jest, panie kapitanie.
Na pokładzie zapanowała cisza, zakłócana jedynie szumem wiatru w takielunku i pluskiem wody pod rufą.
- Nie ma dna, sir, sonda ma sto sążni.
Brzeg musi tu bardzo stromo opadać pod wodą, gdyż byli już tylko dwie mile od brzegu. Nie warto jednak ryzykować wejścia na mieliznę okrętem płynącym pod wszystkimi żaglami.
- Sprzątnąć dolne żagle i rzucać tę sondę na dziobie!
Płynąca pod samymi marslami "Lydia" powoli zbliżała się do lądu. Wkrótce okrzyk z dziobu oznajmił, że sonda sięgnęła dna na głębokości stu sążni i że głębokość zmniejsza się za każdym rzuceniem sondy. Hornblower byłby bardzo zadowolony, gdyby znał stan pływu - jeśli jednak wejdzie na mieliznę, to lepiej, jeśli stanie się to podczas przypływu, a nie odpływu - ale tego nie dało się w żaden sposób wyliczyć. Wszedł po wantach do połowy stermasztu, żeby mieć lepszy widok. Wszyscy poza marynarzem z sondą stali sztywno w oślepiającym upale. Okręt znajdował się już prawie u wejścia do toru wodnego. Hornblower dojrzał na powierzchni wody od strony lądu kawałki drewna, i skierowawszy na nie lunetę, stwierdził, że płyną w głąb zatoki. Trwał więc przypływ, sytuacja była nadspodziewanie dobra.
- Głębokość dziewięć! - przeciągle wyskandował marynarz z sondą.
Tyle warta jest hiszpańska mapa, według której miało tu być dziesięć.
- Osiem i pół!
Tor wodny szybko robił się coraz płytszy. W takim przypadku wkrótce będą musieli zakotwiczyć okręt.
- Osiem i pół!
Wciąż mają pod kilem dużo wody. Hornblower wydał komendę sternikowi i "Lydia" powoli zaczęła zmieniać kurs w prawo.
- Osiem i pół!
Wciąż bardzo dobrze. "Lydia" utrzymywała nowy kurs.
- Siedem sążni!
Oczy Hornblowera lustrowały tor wodny, próbując odnaleźć linię najgłębszej wody.
- Siedem sążni!
Kolejny rozkaz Hornblowera zmienił kurs "Lydii" nieco dalej od brzegu. Bush po cichu wysłał kilku ludzi do brasów, żeby przetrymowali reje na nowy kurs.
- Osiem i pół!
Tak lepiej.
- Głębokość dziewięć!
Jeszcze lepiej. "Lydia" wpłynęła już dość daleko w głąb zatoki, a w dodatku wciąż trwał przypływ. Okręt sunął powoli po gładkiej powierzchni morza, a ciszę przerywały jedynie monotonne meldunki marynarza z sondą. Powoli zbliżała się do nich stożkowata góra w środku zatoki.
- Siedem i trzy czwarte! - krzyknął marynarz na dziobie.
- Kotwice gotowe? - zapytał Hornblower.
- Gotowe, sir.
- Siedem sążni!
Nic nie zyskają, płynąc dalej.
- Kotwicę rzuć!
Łańcuch zachrobotał w kluzie, marynarze na wachcie rzucili się do pracy przy sprzątaniu marsli, a "Lydia" powoli obróciła się do wiatru i pływu. Hornblower zszedł na pokład rufowy.
Bush zamykał i otwierał oczy, patrząc na kapitana jak na cudotwórcę. Siedem tygodni po tym, jak ostatni raz zobaczyli ląd - przylądek Horn - Hornblower doprowadził "Lydię" prosto do miejsca przeznaczenia. Przybył tu po południu wraz z wieczorną bryzą i przypływem, który pomógł im wejść do zatoki, a jeśli napotkają na niebezpieczeństwo, to mający się wkrótce zacząć odpływ pomoże im ją opuścić. Bush nie potrafił orzec, na ile zawdzięczają ten sukces szczęściu, a na ile kalkulacjom kapitana, lecz opinia porucznika o umiejętnościach żeglarskich Hornblowera była o wiele lepsza niż opinia, jaką miał o sobie sam Hornblower. Bush był gotów przyznać kapitanowi znacznie większe zasługi, niż ten naprawdę miał.
- Trzymać wachtę przy działach, panie Bush - powiedział Hornblower. - Zwolnić wachtę odpoczywającą.
Ponieważ okręt znajdował się milę od jakiegokolwiek możliwego niebezpieczeństwa, oraz był przygotowany do walki, nie było potrzeby trzymać całej załogi na stanowiskach. Statek wypełnił wesoły gwar, kiedy wolna wachta zgromadziła się wzdłuż relingów, by przyjrzeć się zielonej dżungli i szarym skałom na lądzie, natomiast Hornblower czuł się przez chwilę zaniepokojony, bo nie wiedział, co dalej czynić. Ekscytacja związana z wprowadzaniem okrętu do nieznanej przystani uniemożliwiła mu dokładne zaplanowanie następnego kroku, co miał w zwyczaju. Z kłopotu wybawił go okrzyk marynarza na oku:
- Hej, na pokładzie! Od brzegu odbija łódź. Dwa rumby od rufy ku sterburcie!
Powoli zbliżały się ku nim dwie białe plamki. Luneta Hornblowera powiększyła je i ukazała mu łódź pod dwoma niewielkimi żaglami łacińskimi, na której w miarę, jak się zbliżała, dostrzegł załogę złożoną z sześciu ciemnoskórych mężczyzn w szerokich słomkowych kapeluszach. Łódź zatrzymała się pięćdziesiąt jardów od nich, ktoś wstał przy tylnym żaglu i krzyknął po hiszpańsku z rękami złożonymi w trąbkę.
- Czy to angielski okręt?!
- Tak, wejdźcie na pokład! - odkrzyknął Hornblower. Dwa lata spędzone w więzieniu w Hiszpanii pozwoliły mu nauczyć się języka. Już dawno stwierdził, że tylko dlatego został wysłany z tą niezwykłą misją.
Łódź przybiła do burty "Lydii" i mężczyzna, który do nich wołał, zręcznie wspiął się po drabince na pokład. Zatrzymał się na chwilę i rozejrzał ciekawie, zauważając porządek i nieskazitelną czystość panującą na pokładzie. Miał na sobie czarną kamizelę skrzącą się złotymi haftami, pod nią brudną białą koszulę, a na nogach brudne białe spodnie kończące się w strzępach tuż poniżej kolan. Był boso, a za czerwony pas wetknął dwa pistolety i krótką ciężką szablę. Mówił po hiszpańsku, jakby to był jego język ojczysty, lecz nie wyglądał na Hiszpana. Czarne włosy, które założył za uszy, były długie, matowe i proste, jego brązowa skóra miała czerwony odcień, a białka oczu były żółtawe. Znad górnej wargi zwisały długie i cienkie wąsy. Jego oczy od razu odnalazły kapitana, który wyróżniał się we wspaniałym nowym mundurze. Przybysz skierował się ku niemu. Właśnie z myślą o takim spotkaniu Hornblower włożył najlepszy mundur i był teraz zadowolony ze swojej zdolności przewidywania.
- Pan jest kapitanem? - zapytał.
- Tak. Kapitan Horatio Hornblower z fregaty Jego Królewskiej Mości "Lydia", do usług. Kogo mam przyjemność powitać?
- Manuel Hernandez, generał porucznik w służbie Supremo.
- Supremo? - zapytał Hornblower zdziwiony. Tytuł ten niełatwo dawał się przetłumaczyć na język angielski. Najlepszym odpowiednikiem wydawało się słowo "wszechmocny".
- Tak, w służbie Supremo. Oczekiwano tu pana cztery do sześciu miesięcy temu.
Hornblower myślał szybko. Nie odważyłby się ujawnić celu swojej wizyty nieupoważnionej osobie, lecz fakt, że przybysz wie, iż przybycie okrętu było oczekiwane, wskazywał na jego udział w spisku Alvarada.
- W moich rozkazach nie ma mowy o żadnym Supremo - zaryzykował. Hernandez przerwał mu niecierpliwym gestem.
- Nasz pan, Supremo, był do niedawna znany jako Jego Ekscelencja don Julian Maria de Jesus de Alvarado y Montezuma - oświadczył.
- A! - wyrwało się Hornblowerowi. - To z tym panem chcę rozmawiać.
Hernandez był najwyraźniej rozdrażniony tak bezpośrednim określeniem don Juliana.
- Supremo - odparł, dobitnie podkreślając wagę tego tytułu - przysłał mnie, bym doprowadził pana przed jego oblicze.
- A gdzie on jest?
- W swoim pałacu.
- A co to za pałac?
- Kapitanie, wystarczy panu wiedzieć, że Supremo żąda, by stanął pan przed jego obliczem.
- Ach tak? A pan powinien chyba wiedzieć, se?or, że kapitan okrętu Jego Królewskiej Mości nie jest osobą, której każdy może wydawać rozkazy i wzywać, kiedy chce. Bardzo proszę wrócić do don Juliana i mu to przekazać.
Postawa Hornblowera wskazywała, iż uznał rozmowę za zakończoną. Hernandez stoczył wewnętrzną walkę, lecz najwyraźniej nie uśmiechała mu się perspektywa powrotu przed oblicze Supremo bez kapitana.
- Pałac znajduje się tam - odpowiedział w końcu pokornie, wskazując brzeg po drugiej stronie zatoki. - Na zboczu tamtej góry. Musimy przejść przez miasto ukryte za tym przylądkiem.
- W takim razie udam się tam. Przepraszam na chwilę, generale.
Hornblower zwrócił się do Busha, który stał obok. Na jego twarzy malował się wyraz zaciekawienia i podziwu, typowy dla ludzi widzących krajana płynnie mówiącego obcym językiem.
- Panie Bush, schodzę na ląd i mam nadzieję wkrótce stamtąd powrócić. Jeśli nie powrócę, lub jeśli przed północą nie dotrze do pana list ode mnie, będzie pan musiał podjąć kroki zapewniające okrętowi bezpieczeństwo. Tutaj jest klucz do mojego biurka. Rozkazuję panu, by o północy przeczytał pan tajny rozkaz Admiralicji, oraz by postępował pan według własnego uznania.
- Tak jest, panie kapitanie - odpowiedział Bush. Teraz na jego twarzy malował się niepokój i Hornblower z przyjemnym wzruszeniem zdał sobie sprawę, że Bush szczerze obawia się o jego los. - Nie myśli pan... że to niebezpieczne, schodzić tak samemu na ląd, panie kapitanie?
- Nie wiem - odrzekł Hornblower z nieudawaną obojętnością. - Muszę iść, i tyle.
- Jeśli będzie jakaś rozruba, to my pana uratujemy i bezpiecznie sprowadzimy na pokład!
- Najpierw ma pan zapewnić bezpieczeństwo okrętu - stanowczo odparł Hornblower, oczyma wyobraźni widząc Busha z oddziałem najlepszych marynarzy, jak idiotycznie błądzi po malarycznych dżunglach Ameryki Środkowej. Po chwili zwrócił się do Hernandeza:
- Jestem do pana usług, se?or.
Łódź miękko wylądowała na pokrytej złotym piaskiem plaży za przylądkiem, a jej ciemnoskóra załoga wyskoczyła i wciągnęła ją wyżej tak, że Hornblower i Hernandez mogli przejść suchą stopą na ląd. Hornblower rozejrzał się uważnie. Miasto dochodziło aż do skraju plaży, było zbiorowiskiem kilkuset domów z liści palmowych, wśród których tylko kilka miało dachy kryte dachówkami. Hernandez ruszył w kierunku zabudowań.
- Agua, agua - wychrypiał czyjś głos, kiedy się zbliżali. - Wody, na Boga, wody!
Przy ścieżce stał przywiązany do pala jakiś człowiek. Ręce miał wolne i machał nimi rozpaczliwie. Oczy wychodziły mu z orbit, a język wydawał się zbyt wielki, by zmieścić się w ustach, i wystawał z nich jak u idioty. Wokół niego siedziało na ziemi i polatywało stado sępów.
- Kto to jest? - zapytał wstrząśnięty Hornblower.
- Człowiek, który z rozkazu Supremo ma umrzeć z pragnienia - wyjaśnił Hernandez. - To jeden z nieoświeconych.
- Ma być zamęczony na śmierć?
- To jego drugi dzień. Umrze jutro w południe, kiedy słońce będzie świecić na niego wprost z góry - odrzekł Hernandez obojętnie. - Oni zawsze tak umierają.
- Ale za co umiera?
- Tak jak powiedziałem, kapitanie, jest jednym z nieoświeconych.
Hornblower zwalczył pokusę, by zapytać, na czym polega oświecenie. Z faktu, że Alvarado kazał się nazywać Supremo, mógł to sam wywnioskować. Nie miał też dość siły woli, by stanąć w obronie tego nieszczęśnika, podążył więc za Hernandezem - domyślał się, iż żaden protest nie zmieni decyzji Supremo, a zbyt natarczywe zabiegi mogą tylko zaszkodzić jego prestiżowi. Zaczeka więc, aż stanie twarzą w twarz z przywódcą.
Wąskie błotniste uliczki, brudne i śmierdzące, wiły się pomiędzy chatkami z liści palmowych. Sępy przysiadały na szczytach dachów i wdawały się we wrzaskliwe kłótnie z kundlami. Indiańska ludność miasteczka zajmowała się swoimi sprawami, nie zwracając uwagi na człowieka, który umierał z pragnienia pięćdziesiąt jardów od nich. Wszyscy mieli brązową skórę z odcieniem czerwieni, tak samo jak Hernandez. Dzieci biegały nagie, kobiety nosiły suknie czarne lub brudnobiałe, a nieliczni mężczyźni mieli na sobie tylko białe spodnie do kolan. Połowa domów wyglądała jak sklepy, bez ściany z jednej strony, w których na sprzedaż wystawiono kilka garści owoców albo trzy czy cztery jajka. Przy jednym z nich ubrana na czarno kobieta głośno się targowała.
Na niewielkim placu w środku miasteczka stało przywiązanych kilka niewielkich koników, które zajadle walczyły z muchami. Eskorta Hernandeza w pośpiechu odwiązała dwa z nich i przytrzymała je za łby, by Hornblower i przewodnik mogli wsiąść. Była to dla kapitana trudna chwila, bo nie był dobrym jeźdźcem i o tym wiedział, a w dodatku miał na sobie najlepsze jedwabne pończochy i raczej nie spodziewał się, że będzie wyglądał wspaniale i godnie, jadąc na takim koniku przy szabli i w kapitańskim kapeluszu. Nie można było jednak nic na to poradzić. Oczekiwano od niego, że wsiądzie na konia i pojedzie, więc nie mógł się wycofać. Kiedy włożył stopę w strzemię i wspiął się na siodło, z ulgą stwierdził, że konik jest mu powolny i spokojny. Podskakując niezdarnie w siodle, pojechał kłusem za Hernandezem. Twarz zalewał mu pot i co kilka sekund musiał podnosić rękę, by poprawić przekrzywiający się kapelusz. Podążali ścieżką, która za miasteczkiem wiodła stromo w górę, szeroka tylko na jednego jeźdźca, więc Hernandez wykonał grzecznościowy gest i pojechał pierwszy. Pięćdziesiąt jardów za nimi słychać było kroki wlokącej się za nimi eskorty.
Na wąskiej ścieżce panował straszliwy upał i zaduch, a po obu stronach rosły drzewa i krzaki. Wokół jeźdźców unosiły się roje kłujących niemiłosiernie owadów. Pół mili w górę ścieżki napotkali kilku wartowników, którzy niezdarnie starali się oddać im honory, a dalej zobaczyli ludzi, jak ten pierwszy na plaży przywiązanych do pali i umierających z pragnienia. Byli też ludzie martwi, gnijące mięso otoczone rojami much, które zaczynały bzyczeć jeszcze głośniej, gdy mijały je konie. Smród był okropny. Obżarte sępy, niezdolne do lotu, biegły przed końmi po ścieżce, próbując uciec między drzewa. Hornblower nie mógł znieść obrzydliwego widoku ich nagich szyj.
Kusiło go, by powiedzieć: "Więcej nieoświeconych, generale?", lecz zdał sobie sprawę z bezużyteczności takiego komentarza. Lepiej nic nie mówić niż powiedzieć coś na próżno. Jechał więc, milcząc, wśród smrodu i much, i zastanawiał się, co dzieje się w duszy człowieka, który trzyma gnijące trupy, by tak powiedzieć, na progu swojego domu.
Ścieżka pięła się po filarze góry i Hornblower mógł przez chwilę podziwiać roztaczający się z niej widok na zatokę, która w wieczornym słońcu mieniła się złotem, srebrem i błękitem. Na środku widać było zakotwiczoną "Lydię". Potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, las ustąpił miejsca polom i gajom. Ścieżkę otaczały pełne owoców gaje pomarańczowe, a pomiędzy drzewami Hornblower dostrzegł rozległe uprawy. Słońce, szybko chowające się za horyzont, złociło owoce na drzewach, a za zakrętem ścieżki rozświetliło wspaniały biały budynek, którego fasada rozpościerała się przed nimi szeroko na prawo i lewo.
- Pałac Supremo - oznajmił Hernandez.
Na dziedzińcu wyszli do nich słudzy, którzy trzymali lejce, podczas gdy Hornblower zsiadał z konia i ponuro zastanawiał się nad opłakanym stanem swoich najlepszych jedwabnych pończoch. Wyżsi rangą słudzy, którzy wprowadzili ich do domu, mieli na sobie ubrania podobne do stroju Hernandeza, eleganckie, ale też obszarpane: szkarłat i złoto na górze, a od pasa w dół szmaty i bose stopy. Najwspanialej ubrany sługa, którego rysy zdradzały dużą domieszkę krwi murzyńskiej, jak również indiańskiej i europejskiej, wyszedł do nich wyraźnie zatroskany.
- Supremo musiał czekać. Proszę pójść tędy tak szybko, jak to możliwe.
Niemal biegł przed nimi korytarzem, który prowadził do drzwi z miedzianymi ćwiekami. Zapukał w nie głośno, odczekał chwilę, zapukał znowu i otworzył drzwi szeroko, kłaniając się przy tym do ziemi. Hornblower, zachęcony gestem Hernandeza, wszedł pewnym krokiem do środka, Hernandez podążył za nim, a majordomus zamknął za nimi drzwi. Znajdowali się w podłużnej komnacie wybielonej tak, że ściany aż lśniły, której sufit podtrzymywały grube belki ozdobnie rzeźbione i malowane. Na końcu komnaty, samotne w tym pustym i ponurym wnętrzu, stało potrójne podium, a na nim tron pod baldachimem, na którym siedział jakiś człowiek. Hornblowera wysłano w rejs przez dwa oceany, by spotkał się właśnie z nim.
Nie wywierał wielkiego wrażenia, nie porażał majestatem. Ciemnoskóry człowieczek nie był w stanie usiedzieć spokojnie i wciąż nerwowo poruszał palcami. Jego czarne oczy patrzyły przenikliwie, a proste i cienkie włosy zaczynały siwieć. Z wyglądu można było wnioskować o jego europejskim pochodzeniu i niewielkiej domieszce krwi indiańskiej. Ubrany był na modłę europejską w czerwoną kamizelkę wyszywaną złotem, biały fular, białe bryczesy i pończochy, a na butach złote klamry. Hernandez aż skulił się pod jego spojrzeniem.
- Trzeba było na ciebie długo czekać - powitał go chłodno Alvarado. - Podczas twojej nieobecności kazałem wychłostać jedenastu ludzi.
- Supremo - jęknął Hernandez, szczękając zębami ze strachu - kapitan przybył niezwłocznie po usłyszeniu twojego wezwania.
Alvarado przeniósł świdrujące spojrzenie na Hornblowera, który ukłonił się sztywno. Nie mógł uwierzyć, ale najwyraźniej tych jedenastu ludzi, którzy zostali wychłostani nie wiadomo dlaczego, musiało długo cierpieć, bo jazda z plaży do pałacu zajęła im sporo czasu.
- Kapitan Horatio Hornblower z fregaty Jego Królewskiej Mości "Lydia", do usług - przedstawił się.
- Przywiózł mi pan broń i proch?
- Są na statku.
- Dobrze. Wraz z obecnym tu generałem Hernandezem przygotuje pan rozładunek.
Hornblowerowi stanęły przed oczyma puste magazyny jego okrętu i trzystu osiemdziesięciu czekających ludzi, których trzeba wyżywić. Co więcej, jak każdy kapitan zaczynał odczuwać irytację, że okręt zależny jest od dostaw z lądu. Nie zazna spokoju, dopóki "Lydia" nie będzie w pełni zaopatrzona w zapasy żywności, wody, drewna i wszystkiego, co konieczne, by okręt mógł wrócić, płynąc wokół przylądka Horn, co najmniej do Indii Zachodnich lub na Świętą Helenę, jeśli nie do samej Anglii.
- Nie mogę niczego rozładować, dopóki mój okręt nie zostanie zaopatrzony - oświadczył. Usłyszał, jak Hernandez wstrzymuje oddech wobec tak świętokradczej odpowiedzi. Supremo ściągnął brwi i przez chwilę wydawało się, że spróbuje narzucić kapitanowi swoją żelazną wolę, lecz jego twarz rozjaśniła się po chwili, kiedy zrozumiał, że kłócenie się z nowym sprzymierzeńcem nie ma sensu.
- Oczywiście - powiedział. - Proszę przekazać generałowi Hernandezowi, co jest potrzebne, a on wszystko panu dostarczy.
Hornblower miał wcześniej do czynienia z oficerami hiszpańskich sił zbrojnych i wiedział, że potrafią daleko zajść, składając obietnice i ich nie dotrzymując, działając dwulicowo i kunktatorsko, oraz unikając jasnych deklaracji. Zgadywał, że oficer kolonialny, który w dodatku bierze udział w buncie, jest jeszcze mniej godny zaufania. Postanowił przedstawić swoje wymagania teraz, by zwiększyć szansę na przynajmniej częściowe ich spełnienie w najbliższej przyszłości.
- Zapasy słodkiej wody muszą zostać uzupełnione jutro - zaczął.
Hernandez skinął głową.
- W pobliżu miejsca naszego lądowania jest źródło. Jeśli pan sobie życzy, przyślę ludzi do pomocy.
- Dziękuję, nie będzie to konieczne. Moja załoga się tym zajmie. Poza wodą potrzebuję...
Hornblower dokonał w myślach błyskawicznego przeglądu różnorodnych potrzeb fregaty wyruszającej na siedmiomiesięczny rejs.
- Tak, se?or?
- Będę potrzebował dwustu wołów. Dwustu pięćdziesięciu, jeśli będą chude i małe. Pięciuset świń. Sto kwintali soli. Czterdzieści ton chleba okrętowego, a jeśli nie będzie sucharów, to równoważną ilość mąki, oraz piece i drewno do wypieku. Sok z czterdziestu tysięcy cytryn, pomarańczy lub limonek. Mogę zapewnić nań beczułki. Tona kawy. Na tych brzegach uprawia się ziemniaki, prawda? W takim razie wystarczy dwadzieścia ton.
Twarz Hernandeza wydłużała się, kiedy słuchał tego niesamowitego recytatywu.
- Ale, kapitanie... - spróbował zaprotestować, lecz Hornblower przerwał mu stanowczo:
- A na bieżące potrzeby, podczas pobytu w przystani, będę potrzebował codziennie pięciu wołów, dwóch tuzinów kurczaków, tyle jaj, ile uda wam się dostarczyć, oraz świeże warzywa w ilości wystarczającej na potrzeby mojej załogi.
Hornblower był człowiekiem niezrównanej łagodności, lecz w każdej sprawie związanej z okrętem strach, że zostanie uznany za nieudacznika, przydawał mu nieoczekiwanej stanowczości i śmiałości.
- Dwieście wołów! - wykrzyknął nieszczęsny Hernandez. - Pięćset świń?
- Właśnie tak powiedziałem - padła nieuchronna odpowiedź. - Dwieście grubych wołów.
W tym momencie wtrącił się Supremo:
- Dopilnuj, żeby żądania pana kapitana zostały spełnione - powiedział, niecierpliwie machnąwszy ręką. - Zacznij już teraz.
Hernandez wahał się tylko przez ułamek sekundy, po czym ich zostawił. Wielkie drzwi komnaty zamknęły się za nim cicho.
- Tylko tak trzeba postępować z tymi ludźmi - powiedział Supremo beztrosko. - Są jak zwierzęta. Wszelkie próby uczłowieczenia ich skazane są na niepowodzenie. Niewątpliwie widział pan po drodze różnych ponoszących karę zbrodniarzy?
- Tak.
- Moi przodkowie na ziemi wkładali wiele wysiłku w wymyślne kary. Palili ludzi na stosie, dopełniając skomplikowanego rytuału. Wycinali im serca przy akompaniamencie muzyki i tańców albo miażdżyli na śmierć w workach z surowej skóry wysuszonej na słońcu. Uważam, że wszystko to było zbyteczne. Wystarczy prosty rozkaz, by przywiązać człowieka do pala i czekać, aż umrze z pragnienia. Człowiek umiera i taki jest jego koniec.
- Tak - zgodził się Hornblower.
- Oni nie są w stanie przyswoić sobie nawet najprostszych pojęć. Niektórzy do dziś nie mogą zrozumieć oczywistej zasady, że krew Alvarada i Montezumy musi być boska. Wciąż trzymają się tych absurdalnych Chrystusów i Dziewic.
- Ach tak? - mruknął Hornblower.
- Jeden z moich pierwszych poruczników nie mógł się uwolnić od wpływu wczesnej edukacji. Kiedy ogłosiłem swoją boskość, on naprawdę zasugerował - wyobraża pan sobie? - żeby wysłać misjonarzy do plemion indiańskich i nawrócić je, zupełnie jakbym stworzył nową religię. Nie mógł zrozumieć, że to nie jest kwestia wiary, tylko prosty fakt. Oczywiście umarł z pragnienia jako jeden z pierwszych.
- Ach tak, oczywiście.
Hornblower nie mógł w to uwierzyć. Powtarzał sobie jednak, że musi zawrzeć przymierze z tym szaleńcem, bo takie otrzymał rozkazy. Przede wszystkim jednak od współdziałania z nim zależy odnowienie zapasów na "Lydii", a to była dla Hornblowera sprawa najwyższej wagi.
- Ten pana król Jerzy musi być zachwycony, że postanowiłem z nim współpracować - zagadnął Supremo.
- Przekazano mi od niego rozkaz z posłannictwem, w którym zapewnia o swojej przyjaźni dla pana - odpowiedział Hornblower ostrożnie.
- No tak, nie chciał dopuścić się świętokradztwa, zwracając się do mnie w bardziej bezpośredni sposób. Krew rodziny Gwelfów nie może się przecież równać z krwią Alvarado.
- Ha, hm... - chrząknął Hornblower. To neutralne chrząknięcie okazało się równie przydatne w rozmowie z Supremo, jak w rozmowie z porucznikiem Bushem.
Supremo ściągnął lekko brwi.
- Zapewne zna pan historię rodziny Alvarado? - zapytał nieco surowo. - Wie pan, kim był pierwszy człowiek o tym nazwisku, który przybył do tego kraju?
- Był to porucznik Corteza... - zaczął Hornblower.
- Porucznik?! Nic z tych rzeczy. Dziwi mnie, że wierzy pan w te brednie. Był przywódcą konkwistadorów: tylko z powodu zafałszowaniu historii uważa się Corteza za dowódcę. Alvarado podbił Meksyk, a z Meksyku zstąpił na to wybrzeże i podbił je całe aż do Przesmyku. Ożenił się z córką Montezumy, ostatniego z cesarzy. A ja, jako ich potomek w prostej linii, postanowiłem wybrać z nazwisk mojej rodziny właśnie Alvarado i Montezuma. Jednak w Europie, na długo przed przybyciem głowy rodu do Ameryki, nazwisko Alvarado jest starsze niż Wizygoci i Habsburgowie, starsze niż Rzymianie i imperium Aleksandra, bo pochodzi z samych prapoczątków czasu. Jest więc naturalne, że w naszym pokoleniu ród ten powinien, w mojej osobie, zostać wyniesiony do rangi boskiej. Bardzo mi odpowiada, że pan się ze mną zgadza, kapitanie... kapitanie...
- Hornblower.
- Dziękuję. Sądzę, że teraz powinniśmy omówić plany poszerzenia mojego imperium.
- Jak pan sobie życzy - odrzekł Hornblower. Czuł, że musi we wszystkim zgadzać się z tym szaleńcem, przynajmniej do czasu, aż "Lydia" zostanie zaopatrzona w zapasy, lecz już wcześniej niewielkie, szanse na przeprowadzenie udanego powstania w tym kraju teraz wydawały się jeszcze mniejsze.
- Ten Burbon, który nazywa siebie królem Hiszpanii - mówił Supremo - utrzymuje w tym kraju urzędnika, który tytułuje się generałem gubernatorem Nikaragui. Jakiś czas temu wysłałem temu panu posłannictwo, w którym nakazuję złożenie mi hołdu. On tego jednak nie uczynił, a nawet miał odwagę brnąć dalej w swym błędzie i nakazał publicznie powiesić mojego posła w Managui. Jeden z pozbawionych czci ludzi, których wysłał potem, by wzięli do niewoli moją boską osobę, został zabity w drodze, inni umarli przywiązani do pali, a kilku miało szczęście ujrzeć moje boskie światło i zostali wcieleni do mojej armii. Generał gubernator, jak słyszę, zmierza teraz do nas na czele armii trzystu ludzi, która znajduje się w mieście Salvador. Kiedy wyładuje pan przekazaną mi broń, proponuję wyruszyć do tego miasta. Zamierzam spalić je wraz z generałem gubernatorem i wszystkimi żołnierzami jego armii, którzy nie dostąpią oświecenia. Zechce pan mi towarzyszyć, kapitanie? Płonące miasto warto zobaczyć.
- Mój okręt musi najpierw zostać zaopatrzony w zapasy - stanowczo powiedział Hornblower.
- Już wydałem stosowne rozkazy - przypomniał Supremo nieco zniecierpliwiony.
- Ponadto - ciągnął Hornblower - moim pierwszym obowiązkiem jest ustalenie pozycji hiszpańskiego okrętu "Natividad", który według mojej wiedzy znajduje się gdzieś na tych wodach. Zanim wezmę udział w jakichkolwiek działaniach na lądzie, muszę zapewnić bezpieczeństwo swojemu okrętowi. Muszę albo zdobyć "Natividad", albo upewnić się, że okręt ten znajduje się dość daleko, by nam nie zagrażać.
- W takim razie niech pan go lepiej zdobędzie, kapitanie. Z informacji, które otrzymałem, wynika, że może wpłynąć do zatoki w każdej chwili.
- W takim razie muszę natychmiast wrócić na mój okręt.
Hornblowera nagle ogarnął niepokój. Myśl o tym, że pod jego nieobecność fregata zostanie zaatakowana przez pięćdziesięciodziałowy okręt wroga sprawiła, że wpadł w panikę. Co powiedzą lordowie Admiralicji, jeśli "Lydia" zostanie stracona, podczas gdy jej kapitan znajduje się na brzegu?
- Właśnie wnoszą jedzenie. Proszę patrzeć! - wykrzyknął Supremo.
Kiedy wypowiadał te słowa, drzwi na końcu komnaty otworzyły się szeroko. Do środka zaczął wchodzić powoli tłum służących, niosąc duży stół ze srebrną zastawą, udekorowany czterema srebrnymi świecznikami w których płonęły świece.
- Proszę o wybaczenie, lecz nie mogę czekać na posiłek, nie wolno mi - powiedział Hornblower.
- Jak pan woli - mruknął Supremo. - Alfonso!
Ciemnoskóry majordomus podszedł do niego i się ukłonił.
- Dopilnuj, żeby kapitan Hornblower wrócił na swój okręt.
Zaledwie Supremo wypowiedział te słowa, znów pogrążył się w myślach. Na zamieszanie towarzyszące przygotowaniom do uczty nie zwracał najmniejszej uwagi. Nie raczył też nawet spojrzeć na Hornblowera, który wciąż stał przed nim, już żałując nagłej decyzji o powrocie na okręt, gdyż nie chciał obrazić Supremo brakiem dobrych manier, a jednocześnie martwiąc się o zaopatrzenie "Lydii". Boleśnie zdawał też sobie sprawę, że stojąc niepewnie przed człowiekiem, który nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, zachowuje się niegodnie.
- Tędy, se?or - powiedział Alfonso, chwytając go za łokieć, podczas gdy Supremo patrzył gdzieś ponad jego głową. Hornblower poddał się i poszedł za służącym, który wyprowadził go na patio.
Czekali tam na niego stojący w półmroku dwaj mężczyźni i trzy konie. Bez słowa, zdezorientowany tym nagłym zwrotem wydarzeń, Hornblower oparł stopę na złączonych dłoniach półnagiego niewolnika, który przyklęknął przy jego koniu, i wskoczył na siodło. Podążył za stukotem kopyt koni eskorty, która pierwsza przejechała przez bramę. Szybko zapadała noc.
Na zakręcie ścieżki otworzył się przed nimi widok na zatokę, nad którą coraz jaśniej świecił księżyc w pierwszej kwadrze. Ciemna sylwetka na środku srebrzystej tafli zatoki wskazywała miejsce, gdzie stała na kotwicy "Lydia" - przynajmniej ona wydawała się czymś stałym i pewnym w tym szalonym miejscu. Na zachodzie jeden z górskich szczytów nagle zapalił się czerwienią, rozświetlając chmury ponad sobą, a potem powoli zgasł i zniknął w ciemności. Jechali szybkim kłusem w dół stromej ścieżki, mijając jęczących ludzi przywiązanych do pali i rozkładające się trupy, aż dotarli do miasteczka przy plaży. Nie było tu ani światła, ani ruchu. Hornblower musiał zaufać koniowi, który kroczył krętymi uliczkami za eskortą. Stukot kopyt ucichł, gdy wjechali na miękki piasek plaży. Hornblower usłyszał wtedy żałosne jęki pierwszego człowieka, którego zobaczył przywiązanego do pala, i dostrzegł słabą fosforescencję przy samym brzegu morza.
Po omacku dotarł do czekającej na nich łodzi i usadowił się w niej bokiem, podczas gdy niewidoczna w ciemności załoga zaczęła wyciągać łódź na morze przy akompaniamencie gradu rozkazów. W ogóle nie było wiatru - dzienna bryza zamarła po zachodzie słońca, a nocna jeszcze nie zaczęła wiać. Niewidoczna załoga zabrała się do pracy przy sześciu wiosłach i oczom Hornblowera ukazała się woda. Każde uderzenie wioseł zapalało poblask, w którym dostrzec można było pianę. Pchani rytmicznymi pociągnięciami wioseł, powoli wypłynęli na zatokę. Daleko widział niewyraźny zarys "Lydii", a minutę później z przyjemnością usłyszał głos Busha, który wzywał ich z okrętu:
- Łódź, ahoj!
- "Lydia"! - odpowiedział Hornblower, krzycząc przez złożone w trąbkę dłonie.
Kapitan brytyjskiego okrętu kiedy płynie łodzią lub małym statkiem, przedstawia się nazwą tego okrętu.
Hornblower usłyszał teraz wszystkie oczekiwane dźwięki i zobaczył wszystkie oczekiwane obrazy: zamieszanie i hałas biegnących do trapu matów i trapowych, równy krok żołnierzy piechoty morskiej, migotanie latarni. Łódź podpłynęła do burty okrętu i kapitan wskoczył na drabinkę. Miło było znów poczuć pod stopami twardy dąb. Bosmańskie gwizdki zaćwierkały chórem, żołnierze zaprezentowali broń, a Bush stanął przy trapie, by powitać go z pompą i ceremoniałem należnym kapitanowi wchodzącemu na pokład.
Hornblower zobaczył w świetle latarni ulgę, jaka malowała się na szczerej twarzy Busha. Rozejrzał się po pokładach. Jedna wachta, owinięta w koce, leżała na nagich deskach, podczas gdy druga kucała przy działach gotowa do boju. Bush bardzo słusznie postąpił, zachowując wszelkie środki ostrożności, stojąc na kotwicy w przystani, która mogła okazać się wroga.
- Bardzo dobrze, panie Bush - pochwalił go Hornblower, po czym uświadomił sobie, że jego białe bryczesy są poplamione od siedzenia w siodle, a najlepsze jedwabne pończochy wiszą w strzępach. Był skrępowany swoim wyglądem, wstydził się wracać na statek w tak niegodny sposób, w dodatku nie dokonawszy żadnych, jak sądził, ustaleń na przyszłość. Był na siebie zły, obawiał się, że Bush, gdyby znał fakty, miałby o nim znacznie gorszą opinię. Poczuł, jak policzki rozpala mu rumieniec wstydu, i uciekł, jak zwykle, w nieprzystępność.
- Ha, hm... - wychrypiał - proszę mnie wezwać, jeśli będzie jakiś ważny powód.
Powiedziawszy to i nic więcej, odwrócił się i udał do swojej kabiny, gdzie drewniane ścianki zastąpione zostały ekranami z płótna.
Bush patrzył oniemiały na znikającego pod pokładem kapitana. Wulkany na brzegu iskrzyły się i świeciły wokół całej zatoki. Załoga, podekscytowana przybiciem do tego dziwnego lądu i z niepokojem czekająca na słowo wyjaśnienia, zrozumiała, że jest skazana na rozczarowanie, podobnie jak oficerowie, którzy z otwartymi z osłupienia ustami patrzyli, jak kapitan schodzi po drabince.
Przez krótki moment Hornblower czuł, że jego dramatyczny powrót i zejście pod pokład zrównoważą jakoś świadomość porażki, lecz trwało to tylko chwilę. Siedząc na koi, odesławszy Polwheala, poczuł, że jego nastrój pogarsza się jeszcze bardziej. Zmęczony umysł ponownie zabrał się do roztrząsania kwestii, czy jutro zdobędzie zaopatrzenie dla okrętu. Hornblower denerwował się, że nie uda się mu wzniecić rewolty na tyle udanej, by zadowolić Admiralicję. Denerwował się pojedynkiem z "Natividad".
Podczas tych rozmyślań ciągle powracało poczucie upokorzenia na myśl o bezceremonialnym sposobie, w jaki pożegnał go Supremo. Czuł, że niewielu było kapitanów na służbie Jego Królewskiej Mości, którzy równie pokornie znieśliby tak aroganckie traktowanie.
- No ale co miałem zrobić, do diabła? - zapytał żałośnie sam siebie.
Nie gasząc latarni, leżał na koi, pocąc się w bezwietrznej tropikalnej nocy, podczas gdy jego umysł miotał się od przeszłości do przyszłości.
Nagle płócienny ekran zatrzepotał. Przez pokłady przemknął lekki powiew wiatru. Żeglarski instynkt Hornblowera mówił mu, jak "Lydia" ustawia się względem kotwicy. Poczuł leciutkie drżenie całego okrętu, kiedy ten naprężył łańcuch kotwiczny w nowym kierunku. Nareszcie zaczęła wiać nocna bryza i na okręcie od razu zrobiło się chłodniej. Hornblower przekręcił się na bok i zasnął.
Wątpliwości i obawy, jakie ogarnęły Hornblowera, gdy próbował zasnąć, znikły z nadejściem dnia. Kiedy się obudził, poczuł w żyłach świeże siły. Gdy pił kawę przyniesioną o świcie przez Polwheala, jego głowę wypełniały nowe plany, i po raz pierwszy od tygodni darował sobie ranną przechadzkę po pokładzie rufowym. Wychodząc na pokład, postanowił, że może przynajmniej napełnić beczki wodą i uzupełnić zapasy opału, więc po jego pierwszych rozkazach grupy marynarzy w pośpiechu ruszyły do lin, by spuścić na wodę barkas i mniejsze łodzie zawieszone na rufie. Wkrótce płynęły do brzegu, załadowane pustymi beczkami i pełne rozmawiających w podnieceniu marynarzy. Na dziobie każdej z nich siedziało po dwóch żołnierzy piechoty morskiej w czerwonych mundurach, z naładowanymi muszkietami i bagnetami na lufach. W ich uszach wciąż brzmiało echo ostatnich rozkazów sierżanta, z których wynikało, że jeśli podczas pobytu na lądzie zdezerteruje choćby jeden marynarz, to wszyscy żołnierze na okręcie zostaną solidnie potraktowani batem.
Godzinę później barkas wrócił pod żaglami głęboko zanurzony, dźwigając beczki z wodą. Kiedy wciągano je na pokład i spuszczano do ładowni, kadet Hooker podbiegł do Hornblowera i zasalutował.
- Ktoś pędzi bydło w stronę brzegu, panie kapitanie - zameldował.
Hornblower musiał się porządnie wysilić, by na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień, i przyjąć te wieści tak, jakby się ich spodziewał.
- Ile? - spytał oschle. Pytanie wydawało się użyteczne, by zyskać trochę czasu, lecz odpowiedź była jeszcze bardziej zaskakująca.
- Setki, panie kapitanie. Jeden Hiszpan pilnuje tam wszystkiego i ma strasznie dużo do powiedzenia, ale na brzegu nie ma nikogo, kto by umiał mówić jego językiem.
- Przyślijcie go do mnie, gdy wrócicie na brzeg - polecił Hornblower.
Zapadła cisza i kapitan miał teraz chwilę na podjęcie decyzji. Zawołał do obserwatora na bramstendze grotmasztu, żeby uważnie patrzył w kierunku od morza. Z jednej strony istniało ryzyko, że "Natividad" wpłynie do zatoki z Pacyfiku, a wtedy "Lydia", zaskoczona z połową załogi na brzegu, nie będzie miała czasu, by wyjść z zatoki, i zostanie zmuszona do stoczenia na zamkniętych wodach walki z silniejszym przeciwnikiem. Z drugiej strony była okazja, by porządnie zaopatrzyć okręt i uniezależnić go od lądu. Z tego, co Hornblower zdążył tam zaobserwować, wynikało, że zwłoka w odzyskaniu tej niezależności naraża okręt na ogromne ryzyko. Rebelia don Juliana Alvarada może się w każdej chwili szybko i krwawo zakończyć.
Z brzegu przybył Hernandez, dopłynąwszy do "Lydii" tą samą łodzią z dwoma łacińskimi żagielkami, którą Hornblower poprzedniego wieczoru został zawieziony na brzeg i z powrotem. Wymienili honory na pokładzie rufowym.
- Czterysta sztuk bydła oczekuje na pana dyspozycje, kapitanie - poinformował Hernandez. - Moi ludzie pędzą je na plażę.
- Dobrze - odrzekł Hornblower, nie wiedząc, co robić.
- Obawiam się, że więcej czasu zajmie dostarczenie świń - dodał Hernandez. - Moi ludzie przeczesują całą okolicę, ale świnie pędzi się bardzo wolno.
- Tak - bąknął Hornblower.
- Jeśli chodzi o sól, to nie będzie łatwo zgromadzić stu kwintali, o które pan prosił. Zanim nasz pan ogłosił swą boskość, sól była monopolem królewskim i w rezultacie jej brakowało, lecz posłałem już oddział do warzelni w Jiquilisio, gdzie spodziewam się znaleźć odpowiednią ilość.
- Tak. - Hornblower pamiętał, iż żądał soli, ale nie mógł sobie przypomnieć, jak dużo.
- Kobiety zbierają już cytryny, pomarańcze i limonki - kontynuował Hernandez - ale obawiam się, że miną dwa dni, zanim będziemy gotowi dostarczyć wszystkie owoce.
- Ha, hm... - chrząknął Hornblower.
- Za to cukier jest już gotowy w cukrowni Supremo. Jeśli chodzi o tytoń, se?or, mamy go dość dużo w magazynach. Jaki rodzaj pan lubi? Przez pewien czas zwijaliśmy cygara tylko na nasze własne potrzeby, ale mogę kazać kobietom zacząć znowu je robić, gdy skończą zbierać owoce.
- Ha, hm... - chrząknął znowu Hornblower, w ostatniej chwili tłumiąc okrzyk zachwytu, który omal nie wymknął mu się z ust, gdy była mowa o cygarach - ostatnie wypalił trzy miesiące temu. Marynarze używali plecionego w warkocze tytoniu z Wirginii, którego oczywiście nie można dostać na tym wybrzeżu. Często widywał jednak marynarzy brytyjskich żujących ze smakiem na pół surowe liście z miejscowych upraw.
- Proszę przysłać tyle cygar, ile pan może, bez narażania się na dodatkowe trudności - powiedział obojętnym tonem.- Co do reszty, nie ma znaczenia, co pan przyśle.
Hernandez się ukłonił.
- Dziękuję, se?or. Kawę, jarzyny i jaja będzie oczywiście łatwo dostarczyć. Ale jeśli chodzi o suchary...
- Tak?
Hernandez najwyraźniej niepokoił się tym, co miał zaraz powiedzieć.
- Wasza ekscelencja raczy mi wybaczyć, ale w tym kraju mamy tylko kukurydzę. Na wyżynach uprawia się trochę pszenicy, jednak tamten obszar jest jeszcze w rękach nieoświeconych. Czy wystarczy mąka kukurydziana?
Hernandez czekał na odpowiedź Hornblowera. Dopiero w tym momencie kapitan uświadomił sobie, że Hernandez boi się o swoje życie i że przychylność Supremo więcej dla niego znaczy niż jakikolwiek opatrzony stemplami i pieczęciami rozkaz do hiszpańskiego urzędnika.
- To bardzo ważne - zaznaczył surowo Hornblower. - Moi angielscy marynarze nie są przyzwyczajeni do mąki kukurydzianej.
- Wiem - odparł Hernandez, którego splecione palce rąk drgały konwulsyjnie. - Zapewniam jednak waszą ekscelencję, że mogę zdobyć mąkę pszenną, tylko walcząc o nią, a jestem pewny, że Supremo na pewno nie życzyłby sobie, abym teraz rozpoczynał działania zbrojne. Będzie rozgniewany.
Hornblower przypomniał sobie przerażenie, z jakim Hernandez patrzył na Supremo poprzedniego wieczoru. Ten człowiek bał się śmiertelnie, że zostanie zadenuncjowany za niewykonanie rozkazów. I wtedy Hornblower przypomniał sobie coś, o co z niedających się wyjaśnić przyczyn zapomniał poprosić, a co było o wiele ważniejsze od tytoniu i owoców, a już na pewno o wiele ważniejsze niż różnica między mąką kukurydzianą i pszenną.
- Dobrze - powiedział - zgodzę się na mąkę kukurydzianą. Ale w związku z tym brakiem muszę poprosić o coś jeszcze.
- Oczywiście, panie kapitanie. Dostarczę wszystko, czego pan zażąda. Proszę tylko powiedzieć co.
- Potrzebuję czegoś do picia dla moich marynarzy. Można tu dostać wino? Mocniejsze trunki?
- Jest trochę wina, wasza ekscelencjo, ale tylko trochę. Ludzie na tym wybrzeżu piją trunek, z którym być może nie jest pan zaznajomiony. Bywa on dobry, kiedy jest dobrej jakości. Destyluje się go z pewnego odpadu w cukrowni, z melasy.
- Rum, na Boga! - wykrzyknął Hornblower.
- Tak, se?or, rum. Czy się nada, wasza ekscelencjo?
- Muszę go przyjąć, skoro nie ma nic lepszego - westchnął Hornblower.
Serce skakało mu z radości. W oczach oficerów będzie zakrawało na cud, że udało mu się zdobyć rum i tytoń na tym naszpikowanym wulkanami wybrzeżu.
- Dziękuję, panie kapitanie. Czy mam zatem zacząć ubój bydła?
Było to pytanie, na które Hornblower odwlekał odpowiedź od samego początku, kiedy tylko usłyszał o przybyciu bydła na brzeg. Spojrzał na obserwatora na szczycie masztu, ocenił siłę wiatru, przyjrzał się uważnie morzu i podjął decyzję.
- Dobrze. Zaczniemy teraz.
Bryza od morza była słabsza niż poprzedniego dnia, a im słabsza bryza, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że "Natividad" wejdzie do zatoki i przeszkodzi "Lydii" w uzupełnianiu zapasów. Jak się później okazało, wykonano to zadanie bez przeszkód. Przez dwa dni łodzie kursowały między plażą i okrętem. Przybywały wyładowane krwistymi kawałami mięsa. Piasek na plaży zrobił się czerwony od płynącej po nim krwi zabijanych zwierząt, podczas gdy na wpół oswojone sępy obżerały się na stosach wnętrzności. Na pokładzie intendent Woods i jego ludzie harowali jak niewolnicy w piekącym skwarze, napychając mięsem beczułki z solanką i przetaczając je do magazynów. Bednarz i jego pomocnicy pracowali od dwóch dni niemal bez przerwy, wyrabiając i naprawiając beczki. Worki mąki, baryłki rumu, bele tytoniu - marynarze przy żurawikach zalewali się potem, wciągając to wszystko z łodzi na pokład. "Lydia" pożerała ładunek, by napełnić swój brzuch.
Intencje ludzi na lądzie były zdecydowanie dobre, więc Hornblower wydał rozkaz wydania ładunku przeznaczonego dla tutejszego wybrzeża i łodzie przywożące na okręt mięso i mąkę wracały teraz wypełnione skrzyniami muszkietów oraz baryłkami prochu i śrutu. Hornblower kazał spuścić na wodę swój gig i od czasu do czasu opływał okręt, by sprawdzić trym, w każdej chwili spodziewając się, że będzie musiał podnieść kotwicę i wypłynąć na bój z "Natividad".
Praca wrzała nie tylko w dzień, ale również nocą. Przez piętnaście spędzonych na morzu lat - wszystkie były latami wojny - Hornblower widział wiele okazji straconych z powodu braku energii, niedopilnowania, by wycisnąć z załogi ostatnią kroplę potu. On sam też stracił w ten sposób kilka okazji. Na przykład wciąż jeszcze czuł do siebie obrzydzenie i wstyd na wspomnienie korsarza w pobliżu Azorów, którego nie zdołał przechwycić. Ze strachu przed ponownym pogrążeniem się we własnych oczach, pędził marynarzy do roboty, aż padali ze zmęczenia.
Nie było na razie czasu cieszyć się przyjemnościami, jakie czekały na lądzie. Grupa wysłana na brzeg co prawda rozpaliła ogromne ognisko i piekła przy nim swoje racje, rozkoszując się smakiem świeżego pieczonego mięsa po siedmiu miesiącach mięsa solonego i gotowanego w morskiej wodzie, jednak z charakterystyczną dla angielskich marynarzy przekorą ludzie ci ze wstrętem odrzucali proponowane im wspaniałe owoce - banany i papaje, ananasy i guawy - uważając się za ofiary złego traktowania, ponieważ owoce te otrzymali zamiast regulaminowej racji gotowanego suszonego grochu.
Wieczorem drugiego dnia, kiedy Hornblower przechadzał się po pokładzie rufowym, zażywając przyjemności najświeższej morskiej bryzy, radując się myślą, że w w razie konieczności może być niezależny od lądu nawet przez sześć miesięcy, i odczuwając przemożną radość ze spożycia na kolację pieczonego drobiu, od brzegu doleciał odgłos wystrzałów. Najpierw rozproszona salwa, potem kilka pojedynczych strzałów, a potem następna nierówna salwa. Hornblower zapomniał o kolacji, zapomniał o swoim dobrym samopoczuciu, zapomniał o wszystkim. Kłopoty na lądzie, jakiegokolwiek rodzaju, oznaczają, że sukces jego misji jest zagrożony. W gorączkowym pośpiechu przywołał gig i już po chwili płynął ku brzegowi, a załoga w wysiłku aż wyginała grube wiosła, poganiana przekleństwami sternika Browna.
Scena, która ukazała się jego oczom, gdy okrążył cypel, przeszła jego najgorsze oczekiwania. Cała wysłana na brzeg grupa stała na plaży zbita w gromadę. Dwunastu żołnierzy piechoty morskiej ustawionych w szereg na jednej flance nabijało muszkiety. Marynarze skupili się obok nich, uzbrojeni, w co się dało. Wokół załogi szerokim półkolem stali tubylcy, wymachując mieczami i muszkietami, a na ziemi niczyjej pomiędzy oboma grupami leżało kilka ciał. Na samym brzegu morza spoczywał marynarz, a nad nim pochylali się dwaj inni. Leżał wsparty na łokciu i wymiotował strumieniami krwi.
Hornblower wyskoczył z łodzi do płytkiej wody. Nawet nie spojrzał na rannego marynarza, tylko utorował sobie drogę przez tłum. Kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń, nad głowami tubylców zgromadzonych wyżej na plaży wykwitł obłoczek dymu, a tuż koło ucha kapitana ze świstem przeleciała kula. Hornblower nie zwrócił na to uwagi.
- Opuśćcie muszkiety! - ryknął do żołnierzy, a potem zwrócił się ku gwałtownie gestykulującym tubylcom i podniósł rękę, wnętrzem dłoni w ich stronę, w geście pokoju. W jego umyśle nie było miejsca na myśl o tym, że jest w niebezpieczeństwie, tak był rozgniewany myślą, że ktoś może uniemożliwić mu wypełnienie misji.
- Co to ma znaczyć? - zażądał odpowiedzi.
Na plaży dowodził Galbraith. Już miał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo jeden z marynarzy stojących przy umierającym koledze zapomniał o dyscyplinie i przepchnął się naprzód w napadzie sentymentalnego oburzenia, które Hornblower od razu rozpoznał, jako charakterystyczne dla prostych marynarzy z dolnego pokładu, i które uważał za godne pogardy.
- Oni tam torturowali jakiegoś biednego diabła, panie kapitanie - powiedział marynarz. - Przywiązali go do pala i zostawili, żeby umarł z pragnienia.
- Cisza! - ryknął Hornblower, tracąc panowanie nad sobą nie tylko z powodu naruszenia dyscypliny, ale także dlatego, iż uświadomił sobie, co go teraz czeka. - Panie Galbraith!
Galbraith był powolny w myślach i mowie.
- Nie wiem, jak to się zaczęło, panie kapitanie - wybąkał. Mimo iż na morzu był od dzieciństwa, wciąż słychać było w jego mowie ślad szkockiego akcentu. - Grupa przybiegła stamtąd. Mieli ze sobą Smitha, był ranny.
- Już nie żyje - odezwał się czyjś głos.
- Cisza! - krzyknął znowu Hornblower.
- Zobaczyłem, że chcą nas zaatakować, więc kazałem żołnierzom strzelać, panie kapitanie - ciągnął Galbraith.
- Później z panem porozmawiamy, panie Galbraith - uciął Hornblower. - Ty, Jenkins, i ty, Poole, co robiliście za plażą?
- No więc, panie kapitanie, to było tak, panie kapitanie... - zaczął Jenkins. Był markotny i zbity z tropu. Hornblower ostudził jego święte oburzenie, a teraz publicznie oskarżał go o złamanie rozkazów.
- Znałeś rozkaz: nikomu nie wolno było przechodzić przez strumyk.
- Tak, panie kapitanie.
- Jutro rano pokażę ci, co znaczą rozkazy, i tobie też, Poole. Gdzie sierżant piechoty morskiej?
- Tutaj, panie kapitanie.
- Ładnie pan trzyma wartę, sierżancie, skoro ci ludzie mogli przejść! Co robili pana strażnicy?
Sierżant nic nie dopowiedział, tylko stał sztywno na baczność, bo wiedział, że dowody jego niedopatrzenia są niezaprzeczalne.
- Pan Simmonds porozmawia z panem rano - dodał Hornblower. - Wątpię, czy po tej rozmowie będzie pan miał jeszcze te belki na ramieniu.
Spojrzał wilkiem na swoich ludzi. Jego wściekłe reprymendy sprawiły, że wszyscy byli przestraszeni i posłuszni, a kapitan poczuł, że jego wściekłość znika, gdy stwierdził, że udało mu się opanować sytuację, nie broniąc hiszpańsko-amerykańskich metod wymierzania sprawiedliwości. Odwrócił się, by powitać Hernandeza, który przybył, galopując na małym koniku. Powściągał wierzchowca, wzbijając fontanny piasku.
- Czy to Supremo wydał rozkaz, aby zaatakować moich ludzi? - wypalił Hornblower.
- Nie, panie kapitanie - odrzekł Hernandez, a Hornblower ucieszył się na widok przestrachu, jaki wywołało imię Supremo.
- Myślę, że nie będzie zbyt zadowolony z pana, kiedy mu o tym powiem.
- Pańscy marynarze próbowali uwolnić człowieka skazanego na śmierć - zauważył Hernandez na wpół urażonym, na wpół przepraszającym tonem. Widać było, że nie czuje się zbyt pewnie i że boi się, co zrobi Alvarado, gdy dowie się o tym incydencie. Nikt z otaczających go Anglików, o ile wiedział Hornblower, nie umiał mówić po hiszpańsku, ale zależało mu na tym, by załoga uwierzyła (teraz, gdy dyscyplina została przywrócona), że jest całym sercem po ich stronie.
- To nie upoważnia pańskich ludzi do zabijania moich - powiedział ostro.
- Są rozgniewani i niezadowoleni - odparł Hernandez. - Cały kraj został przeczesany w poszukiwaniu żywności dla pana. Człowiek, którego pańscy ludzie usiłowali uratować, został skazany za to, że chciał ukryć swoje świnie w dżungli, by nie zostały zabrane i oddane panu.
Ostatnie słowa Hernandez wypowiedział z wyrzutem, lecz także z ledwo wyczuwalnym gniewem. Hornblower próbował natomiast zachować pojednawczy ton, nie drażniąc przy tym swoich ludzi. Zamierzał odwołać Hernandeza na bok i przemówić doń nieco łagodniej, lecz zanim zdążył zrealizować ten plan, jego uwagę przykuł jeździec pędzący od strony plaży i wymachujący słomianym kapeluszem. Wszystkie oczy zwróciły się ku przybyszowi, poeonowi indiańskiego pochodzenia, który dysząc z wysiłku, krzyknął:
- Statek, statek się zbliża!
Był tak podniecony, że bezwiednie zaczął mówić w języku Indian i Hornblower nie mógł zrozumieć jego dalszych wyjaśnień. Hernandez musiał tłumaczyć.
- Ten człowiek stał na straży tam, na szczycie wzgórza. Mówi, że dostrzegł żagle okrętu płynącego w stronę zatoki.
Szybko zadał strażnikowi jeszcze kilka pytań, na które odpowiedzią były skinienia głową, gestykulacja i potok indiańskiej mowy.
- On mówi - ciągnął Hernandez - że wcześniej często widywał "Natividad" i jest pewny, że to ten sam okręt i że na pewno płynie tutaj.
- Jak jest daleko? - zapytał Hornblower, a Hernandez przetłumaczył odpowiedź:
- Daleko, jakieś dwadzieścia mil albo więcej. Płynie z południowego wschodu, z Panamy.
Hornblower pocierał podbródek, nad czymś się zastanawiając.
- Będzie szedł z bryzą aż do zachodu słońca - mruknął do siebie, a potem spojrzał na słońce. - To będzie godzina. Potem jeszcze jedna godzina i zacznie wiać nocna bryza od lądu, a wtedy będzie mógł utrzymać kurs, idąc ostro pod wiatr. W zatoce może być o północy.
Jego umysł zalał strumień planów i pomysłów. Możliwości przybycia okrętu nocą trzeba przeciwstawić znany mu hiszpański zwyczaj odpoczywania w nocy na morzu i unikania wszelkich skomplikowanych manewrów, jeśli warunki nie są najlepsze. Chciałby wiedzieć cokolwiek o kapitanie hiszpańskiego okrętu.
- Czy "Natividad" często zawija do tej zatoki? - zapytał.
- Tak, panie kapitanie, często.
- Czy jego kapitan jest dobrym żeglarzem?
- O tak, panie kapitanie, bardzo dobrym.
- Ha, hm - chrząknął Hornblower. Opinia człowieka z lądu o umiejętnościach morskich kapitana fregaty może nie być wiele warta, dawała jednak jakieś wyobrażenie.
Hornblower znów potarł podbródek. Brał udział w dziesięciu pojedynkach z okrętami nieprzyjaciela. Jeśli wyprowadzi "Lydię" na morze i rozpocznie walkę z "Natividad" na otwartych wodach, oba okręty będą zadawać sobie niszczące ciosy, aż zostaną z nich wraki. Olinowanie, drzewce, kadłuby i żagle zostaną poszarpane na strzępy przez pociski. "Lydia" poniesie duże straty w ludziach, a tu, na Pacyfiku, nie będzie kim ich zastąpić. Zużyje też bezcenne zapasy amunicji. Z drugiej strony, jeśli zostanie w zatoce, a planu, który wymyślił, nie uda się wprowadzić w życie - jeśli "Natividad" poczeka do rana z dala od brzegu - wtedy to on będzie musiał przebijać się z zatoki pod wiatr, dając Hiszpanom przewagę, kiedy jego okręt będzie płynął do boju. A przewaga "Natividad" już i tak była spora, i nierozważnym posunięciem było wystawianie "Lydii" do walki z tym hiszpańskim okrętem. Czy ma prawo zaryzykować i zwiększyć szanse przeciwnika? Możliwe korzyści będą jednak tak ogromne, że zdecydował sie podjąć ryzyko.