Rozdział pierwszy
DRRRYŃ! W szkole podstawowej w Bobromyślu rozległ się dzwonek
obwieszczający koniec lekcji. Uczniowie pierwszej klasy zerwali się z krzeseł i podbiegli do stojącego w kącie terrarium. Mieszkający w nim
mały żółwik natychmiast ukrył głowę w skorupie.
Dzieci nachyliły się nad nim, wpatrując się w niego wielkimi oczami.
Zaczęły go szturchać i dźgać palcami.
-?Hej, żółwiku. Masz, jedz!
-?Czy on w ogóle żyje?
Wkrótce zwierzak wylądował na grzbiecie i zaczął bezradnie poruszać
nogami, próbując się przekręcić. Wychowawczyni oznajmiła, że pora już na
przerwę. Wtedy dzieci wybiegły z klasy i popędziły prosto na plac zabaw.
Gdy w końcu zapadła cisza, zza ławki wyjrzała dziewczynka. Czym prędzej
podeszła do terrarium i wbiła wzrok w żółwia.
-?Ciii, malutki -?szepnęła. Sięgnęła do środka, delikatnie odwróciła
zwierzątko grzbietem do góry i wyjęła je z terrarium. -?Jestem Malwina.
Zabiorę cię stąd.
To powiedziawszy, ostrożnie włożyła żółwia do tornistra i zasunęła suwak
na tyle, by zwierzak nie wypadł. Zarzuciła plecak na ramię i zdecydowanym krokiem wymaszerowała na korytarz.
Ciche popiskiwanie sprawiło, że zajrzała do innej pustej klasy. Szybko
namierzyła zamkniętego w klatce chomika. Niewiele myśląc, wzięła go do
ręki i umieściła w plecaku obok żółwia.
Inne dzieci bawiły się na dworze, podczas gdy Malwina przemykała z klasy
do klasy, zbierając kolejne zwierzątka i wkładając je do tornistra.
Kiedy w końcu skierowała się w stronę wyjścia z budynku, oprócz żółwia i chomika, dźwigała na plecach żaby, papużki, jaszczurkę i węża! Uginała
się pod ciężarem przemycanych stworzeń, ale za wszelką cenę zamierzała
wynieść je na zewnątrz. Była już niemal u celu, gdy tuż za nią rozległ
się głos:
-?Hej, ty! -?Malwina ciężko westchnęła i powoli odwróciła się w stronę
woźnego, który szedł korytarzem, popychając wózek do sprzątania. Nie
spuszczał wzroku z jej plecaka, który lekko podskakiwał, najwyraźniej
żyjąc własnym życiem. -?Co masz w tornistrze?
Zanim Malwina zdążyła odpowiedzieć, z plecaka dobiegło głośne KUM, KUM!
Woźny wytrzeszczył oczy, a dziewczynka rzuciła się biegiem.
-?Wracaj tu! -?zawołał mężczyzna, próbując ją dogonić. -?Mówię do
ciebie!
Malwina przyspieszyła kroku, ale gdy skręciła za róg, zobaczyła, że
drogę blokuje jej grupa gawędzących na korytarzu nauczycieli. Zatrzymała
się z poślizgiem.
-?Eee... Malwinka? -?odezwała się jej wychowawczyni. -?Co tu robisz?
-?To TA Malwinka? -?upewnił się inny nauczyciel szeptem.
Wychowawczyni skinęła głową.
Malwina zaczęła powoli się cofać, ale z drugiej strony drogę zastąpił
jej zdyszany woźny.
-?Jej plecak! -?wysapał. -?Coś się w nim rusza!
-?Znowu to samo! -?jęknęła wychowawczyni.
Dorośli zaczęli zbliżać się do Malwiny, która zagotowała się ze złości.
Skrzywiła się i zacisnęła pięści na szelkach tornistra, przyciskając go
do pleców. A potem natarła na nauczycieli! Z niezwykłą zwinnością
skoczyła i wyminęła wszystkie wyciągające się do niej ręce. Ale zanim
dostała się do wyjścia, któraś nauczycielka złapała ją za plecak i zatrzymała w półkroku.
Malwina warknęła i ugryzła ją w dłoń!
-?AAAAAAUĆ! -?wrzasnęła kobieta, cofając rękę.
W tym momencie plecak się otworzył. Zwierzęta wyleciały, wyskoczyły i wypełzły na wolność, wpadając na nauczycieli. W zamieszaniu jedno z nich
wytrąciło komuś z ręki kubek kawy. Kubek wystrzelił wysoko w górę i uderzył w zraszacz przeciwpożarowy, z którego trysnęła woda!
W mgnieniu oka na podłodze zaczęły się zbierać kałuże, a wiszące na
ścianach prace plastyczne całkiem przemokły, podobnie jak ubrania
nauczycieli. Tymczasem żółw powoli uniósł głowę. Wyciągnął szyję
najdalej, jak potrafił, i zamknął oczy, delektując się chłodem kropli na
grubej skórze.
Kilka chwil później Malwina siedziała skulona na krześle w gabinecie
dyrektora. Nachylało się nad nią przemoczone grono pedagogiczne.
-?Te wybryki muszą się skończyć -?łajali ją. -?Nie możemy pozwolić, żeby
uczniowie robili, co im się żywnie podoba.
Dziewczynka próbowała nie słuchać. Obserwowała biednego żółwia, który
najwyraźnej z powrotem miał trafić do terrarium.
Wkrótce Malwina znalazła się w samochodzie mamy, gdzie czekał ją kolejny
wykład.
-?Wiem, że kochasz zwierzątka, Malwiś, ale na litość boską, ugryzłaś
nauczycielkę! -?gderała mama, wzdychając ciężko. -?Nie wolno gryźć. Czy
naprawdę muszę ci o tym przypominać?
Skręciły z ruchliwej szosy na cichą drogę i zatrzymały się przed
niewielkim domem. W drzwiach stanęła babcia Malwiny. Jej życzliwą twarz
okalała czupryna siwych włosów, spomiędzy których błyskały wesołe, żywe
oczy. Kobieta miała na sobie swoją nieodłączną kurtkę leśniczki. Z uśmiechem zbliżyła się do samochodu.
Mama Malwiny otworzyła okno.
-?Mamo, muszę wracać do pracy. Mogłabyś się nią zająć przez parę godzin?
-?poprosiła.
Babcia skinęła głową.
Gdy auto odjechało, przez chwilę stała bez ruchu. Nagle jej uszu
dobiegło chrobotanie. Podążyła za nim i odgłos doprowadził ją do drzewa,
na które wdrapała się Malwina. Dziewczynka przycupnęła na gałęzi z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
-?No dobrze -?odezwała się babcia, uśmiechając się szelmowsko. -?To za
co zgarnęli cię tym razem?
Malwina odwróciła się do niej plecami i pociągnęła nosem.
-?Żywot wyjętej spod prawa awanturniczki bywa samotny, co? -?zagaiła
znów babcia. Zawahała się, po czym westchnęła głęboko. -?W porządku, nie
dajesz mi wyboru. Chodź. -?I nie czekając, zaczęła się oddalać.
Zaciekawiona Malwina zeskoczyła z drzewa i trzymając się w pewnej
odległości, ruszyła za babcią przez las, klucząc między strzelistymi
drzewami.
Dotarła do ścieżki ułożonej z dużych płaskich kamieni, która
zaprowadziła ją nad brzeg jeziorka. Babcia czekała tam na nią na wielkim
głazie. Siedziała odwrócona plecami do wnuczki i z wolna wodziła
wzrokiem po polanie.
Poklepała kamień, zapraszając Malwinę, by do niej dołączyła. Dziewczynka
zawahała się przez chwilę, po czym wdrapała się na głaz i usiadła obok
babci.
-?Gdy miałam dwanaście lat, przyłożyłam koleżance w nos -?odezwała się
starsza pani.
Malwina rozdziawiła buzię ze zdumienia.
Babcia popatrzyła na nią z uśmiechem.
-?Dawniej często wpadałam w złość. Ale teraz już mi się to nie zdarza.
Zdradzić ci mój sekret?
Szerokim gestem pokazała na otaczającą je piękną polanę.
Wciąż wzburzona i rozżalona, Malwina skrzyżowała ręce na piersi i prychnęła lekceważąco.
-?Musisz być bardzo cicho -?poradziła babcia. Nachyliła się i szepnęła
jej na ucho: -?Wytęż wzrok. I nadstaw ucha. Ciiii...
Malwina siedziała bez słowa ze zmarszczonym czołem. Delikatny wietrzyk
kołysał wiszącymi nad ich głowami listkami brzóz. Dziewczynka wlepiła
spojrzenie w krystalicznie czystą taflę jeziorka i dostrzegła pływające
w nim kijanki i ryby. Bzycząca ważka przeleciała tuż obok jej ucha i delikatnie musnęła wodę, a moment później zarechotała żaba, która
wskoczyła na przewalony pień drzewa. Potem Malwina przeniosła wzrok na
dumną kaczkę przemierzającą jezioro na czele grupki żółciutkich
kaczątek. Pisklaki dziarsko przebierały nóżkami, znacząc powierzchnię
wody delikatnymi pierścieniami.
Mała buntowniczka naraz poczuła, że jej gniew powoli ustępuje. Z zachwytem przesuwała wzrokiem po polanie, wyszukując co raz to nowe
ciekawe rzeczy do obserwowania.
Po drugiej stronie jeziorka trawę skubała grupka jeleni. W pobliskich
szuwarach pająk uwijał się przy rozpinaniu sieci. Nad ich głowami
przeleciało stado rozćwierkanych niebieskich ptaszków, które przysiadły
w koronach drzew.
Malwina przeniosła uwagę z powrotem na jeziorko, przez które płynęła
samica bobra z młodym. Dziewczynka nachyliła się, żeby lepiej im się
przyjrzeć. Maluch zanurkował, a mama poszła w jego ślady, zamachując się
ogonem, który uderzył w taflę wody z głośnym pluskiem!
Malwina nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Babcia wzięła ją za rękę.
-?Już lepiej?
Wnuczka przytaknęła.
-?Właśnie tak działa przyroda -?powiedziała kobieta w zielonej kurtce. -
Ciężko się wściekać, gdy czujesz, że jesteś częścią czegoś wielkiego.
Malwina zarzuciła babci ręce na szyję i mocną ją uściskała.
-?Czy mogę tu przychodzić codziennie?
-?Kiedy tylko zechcesz. To może być nasze specjalne miejsce. Tylko
nasze. Nieważne, co się wydarzy, zakątek ten zawsze będzie na ciebie
czekał.
Przez kolejne lata Malwina i jej babcia przeżyły na leśnej polanie wiele
wspólnych dni i nocy. Uwielbiały spędzać tam czas, sadząc drzewa,
zbierając śmieci, eksplorując okolicę albo po prostu siedząc na głazie i obserwując tętniące wokół nich życie. Polana rzeczywiście stała się ich
specjalnym miejscem. Ale gdy Malwina miała dziewiętnaście lat, wszystko
się zmieniło.
Rozdział drugi
Pewnego poranka pełną spokoju ciszę polany zakłóciło donośne dudnienie.
Grupa robotników rozstawiła metalowe ogrodzenie, zamknęła bramę na
kłódkę i powiesiła na niej znak z napisem: JUŻ WKRÓTCE. OBWODNICA
BOBROMYŚLA!
Malwina z ręką w gipsie gorączkowo kręciła się po swoim mieszkaniu.
Zarzuciła na plecy kurtkę babci i popędziła w stronę drzwi. Zanim
wyszła, włożyła jeszcze bukiecik kwiatów do wazonu, który stał na półce
poświęconej pamięci zmarłej staruszki.
-?Muszę lecieć, babciu -?mruknęła i wypadła na dwór. Wskoczyła na
deskorolkę i rozpędzona pomknęła chodnikiem.
Tymczasem na polanie ryczała piła łańcuchowa, a robotnicy układali
ścięte drzewa w stos. W pobliżu piszczała cofająca ciężarówka pełna
materiałów wybuchowych. W końcu ustawiła się na odpowiedniej pozycji i ekipa zaczęła ją wyładowywać.
-?Uzbrojone i zabezpieczone? -?zawołał kierownik robót.
Robotnicy rozmieścili ładunki wybuchowe na zbudowanej przez bobry tamie,
po czym jeden z nich odpowiedział:
-?Tak jest!
W tym momencie do ogrodzenia przypadła Malwina.
-?Hej, czekajcie! -?krzyknęła. Przerzuciła deskorolkę na drugą stronę i zaczęła się wdrapywać po metalowej siatce. -?Stop!
Ale była za daleko, by robotnicy mogli ją usłyszeć.
-?No to przygotować się do wysadzania -?polecił kierownik.
Malwina dalej gramoliła się przez ogrodzenie. Nagle poczuła, jak jeden z jej trampków utyka w oku siatki. Wiedziała, że nie ma ani chwili do
stracenia, więc szarpnęła nogą i przeskoczyła na drugą stronę,
zostawiając but tkwiący w płocie.
-?Odbezpieczone -?oznajmił jeden z robotników. -?Nauszniki!
Malwina pędziła w stronę tamy, krzycząc na całe gardło, ale ekipa dalej
przygotowywała się do detonacji. Robotnicy nie zdawali sobie sprawy z obecności intruzki, dopóki... ta nie wbiegła na tamę!
-?Czekajcie! -?wykrzyknęła. -?Natychmiast przestańcie! Akcja odwołana!
-?Hej! Dziewczyno, złaź stamtąd! -?zawołał kierownik. -?Tam jest
dynamit!
-?To go stąd zabierzcie! -?wrzasnęła zdesperowana Malwina, nie ruszając
się z miejsca.
-?Nie możemy! -?odpowiedział mężczyzna.
-?W porządku, to sama to zrobię.
-?Nie, nie, nie, nie, nie! -?jeden przez drugiego zaczęli w panice
krzyczeć robotnicy.
-?Spokojnie, zajmę się tym -?odezwał się nagle ktoś pewnym i opanowanym
tonem.
Malwina warknęła, czując, jak zalewa ją kolejna fala złości. Zmrużyła
oczy i zwinęła dłonie w pięści.
-?Dziarski -?wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Burmistrz Bobromyśla minął ekipę robotników i zbliżył się do Malwiny.
Miał na sobie nienagannie dopasowany garnitur, a jego zaczesane na żel
włosy układały się w idealną fryzurę. W zarozumiałym uśmiechu,
wykrzywiającym przepisowo opaloną twarz, błyskały równe i olśniewająco
białe zęby. Malwina nie znosiła w nim absolutnie wszystkiego.
-?Jak tam ręka? -?zagaił Dziarski.
-?Podejdź i sam się przekonaj -?rzuciła Malwina tonem groźby.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, ale ani jedno, ani
drugie nie zdołało pohamować buzującej w nich złości. Zaczęli wrzeszczeć
na siebie w tym samym momencie:
-?Kiedy ty się wreszcie obudzisz, Dziarski?! Co?! Będziesz miał krew na
rękach! Tego właśnie chcesz?! Myślisz, że uda ci się ją zmyć z tych
swoich tępych, obrzydliwych łapsk?!
-?Naprawdę jeszcze ci się nie znudziło, Malwino?! Co ty tu w ogóle
robisz?! Tu się rozgrywają ważne sprawy! Budujemy obwodnicę! Mamy pełno
samochodów, które muszą mieć po czym jeździć! Jak według ciebie ludzie
mają się dostać do pracy?!
Gdy oboje wykrzyczeli to, co mieli do wykrzyczenia, Dziarski westchnął
ciężko.
-?Malwino, nie możemy się wiecznie kłócić o to samo.
-?Wcale nie kłócimy się o to "wiecznie" -?odbiła piłeczkę Malwina.
Ale polityk miał rację. O to samo spierali się już na schodach ratusza,
podczas wieców wyborczych Dziarskiego, a nawet w jego domu!
Malwina skrzyżowała ręce na piersi.
-?Mówię serio, Dziarski. Łamiesz prawo. Naprawdę zamierzasz wysadzić
jezioro pełne zwierząt?
-?Ale przecież tu nie ma żadnych zwierząt -?zauważył burmistrz.
-?Ha, ha! -?wykrzyknęła Malwina. -?Bo musisz po prostu być
supermegacicho -?powiedziała, parafrazując słowa swojej babci. -?Wytężyć
wzrok i nadstawić ucha. Ciiii.
Przez moment stali w milczeniu... ale nie pojawiło się żadne zwierzę. Ani
żaden zwierzęcy odgłos.
Jeden z robotników wyjął telefon z kieszeni i przyłożył go do ucha.
-?Hej, kotku. Zapowiada się, że będę dzisiaj później.
-?Uch -?jęknął Dziarski.
Malwina zmarszczyła czoło. Dziwne... Rozejrzała się... Kurczę, ten
Dziarski ma rację.
-?Zaraz, gdzie one się podziały? Przecież były tu jeszcze parę dni temu.
-?Słuchaj, smarkulo, nie mamy na to czasu -?rzucił Dziarski gniewnie.
-?Mam dziewiętnaście lat.
-?Wszystko jedno! Złaź z tamy!
-?Nigdzie się nie wybieram. Nic, co zrobisz...
Chwilę później grupa policjantów ściągnęła dziewczynę z tamy.
-?Zostawcie mnie! -?krzyczała obrończyni polany, szamocząc się
gwałtownie.
-?Wybacz, mała -?rzuciła policjantka.
Gdy minęli burmistrza, Malwina wrzasnęła:
-?Nikt cię nie prosił o tę durną obwodnicę!
-?I tu się mylisz -?odparł Dziarski. -?To dzięki niej drugą kadencję mam
w kieszeni.
-?Dziarski, nie możesz im zabrać domów -?nalegała Malwina, dalej
próbując wyrwać się funkcjonariuszom.
-?Słuchaj, umówmy się tak -?odezwał się burmistrz polubownie -?napisz
petycję, zbierz podpisy. Wtedy będziemy mogli pogadać. Masz czterdzieści
osiem godzin, zanim zaczniemy lać beton. Licząc od... -?W tym momencie dał
sygnał ręką, a tama eksplodowała!
Malwina krzyknęła z przerażenia. Rzuciła nienawistne spojrzenie
Dziarskiemu, a ten w odpowiedzi postukał palcem w zegarek.
Następnego dnia -?uzbrojona w gruby plik formularzy i długopis -?Malwina
zaczęła pukać do drzwi Bobromyślan. Była gotowa poprosić każdego
mieszkańca miasta o podpisanie jej petycji w sprawie uratowania
ukochanego zakątka jej i jej babci.
Gdy otworzyły się pierwsze drzwi, przywołała na twarz swój
najpogodniejszy i najprzyjaźniejszy uśmiech.
-?Hej, dzień dobry, jestem Malwina i chciałabym zająć dwie minutki...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki