Rozdział 1Faith tu była
Ściana z graffiti istniała tak długo jak ludzka myśl. A przynajmniej stała tutaj, odkąd rodzice chodzili do szkoły średniej w Sundance. W ciągu dwóch kolejnych dekad wyraźnie się rozrosła. Władze założyły, że jeśli pozwolą dzieciakom do woli niszczyć jedną ze szkolnych ścian, pozostałe zostawią w spokoju. Oczywiście istniały pewne zakazy: żadnych genitaliów, przekleństw czy bluźnierstw (mogliśmy jedynie zgadywać, czym było "bluźnierstwo"), ale prócz tego mieliśmy wolność twórczości artystycznej. I to się sprawdzało! To znaczy poza okazjonalnym "867-53-09 - zadzwoń, jeśli chcesz się zabawić" wyrytym wewnątrz kabiny w łazience. Choć nawet te pozostawały stosunkowo czyste, jeśli chodzi o gryzmoły.
Może mi się jedynie zdawało, ale miałam mur z graffiti za prawdziwą sztukę.
Stanowił mozaikę wielopokoleniowej tożsamości. Obrazy, barwy, emocje łączyły się w psychodeliczny kalejdoskop. Słowa takie jak "zagłada" i "euforia" wypełniały tę niesamowitą przestrzeń, namalowane niczym pomniki. Zwroty jak "bądź kimś" i "nie czekaj" podsuwały proste rady, które najprawdopodobniej przeniknęły do ogromnej liczby dusz. Znajdowały się tu również obrazy drzew z rozłożystymi systemami korzeniowymi, oplatającymi niewidzialną Ziemię. Obok przemykały czarne koty. Nad nimi szybowały ptaki. Wokół ściany niczym splatająca całość wstęga wił się imponujący chiński smok ze złotymi kolcami i wąsami.
W dolnym rogu czarnym markerem, który niemal już wyblakł, ktoś napisał: "Faith tu była". Skoro imię to oznaczało również "wiarę", zdanie brzmiało jak metafora. I miało moc czasu przeszłego. Była tu, lecz już jej nie ma.
Niestety w tym przypadku Faith oznaczała konkretną osobę.
I byłam przy tym, gdy to pisała.
Nabijałam się, jak tandetnie wyglądał napis na tle całej pozostałej sztuki. Nie chciałam być złośliwa. Po prostu zażartowałam.
Faith wzruszyła tylko ramionami i powiedziała:
- Tak, ale mam do zaoferowania jedynie swoje istnienie.
Patrząc z perspektywy czasu po tym, jak odeszła, to właśnie te słowa prześladowały mnie najbardziej.
Co za okrutny sposób wszechświata na pokazanie mi, ile znaczyło dla mnie to jej istnienie.
*
Urodziłam się pełna przekleństw.
Dokładnie w ten sposób odpowiadałam, gdy pytano mnie o to, od kiedy zaczęłam przeklinać jak postać z South Parku. Wszystkich to ciekawiło, skoro urodziłam się w rodzinie najgorliwszych chrześcijan po tej stronie pasma górskiego Black Hills. Zaczęłam przeklinać na głos jakiś miesiąc przed moimi szesnastymi urodzinami. Jednak jeśli chodziło o mój wewnętrzny monolog, najwyraźniej od zawsze składał się wyłącznie z samych przekleństw. W mojej głowie były same brzydkie słowa oraz ogromna, trawiąca mnie od środka pustka. Usłyszałam gdzieś słowo "kurwa" i nagle stało się jedynym w całym naszym języku, które miało sens. Trzymałam się go jak koła ratunkowego pośrodku bezkresnego oceanu.
Nie twierdzę, że w słowie na "k" tkwiło coś z natury znaczącego. Jednak czasami w świecie, którego kompletnie nie rozumiałam, wydawało mi się, że to jedyne, co rozumie mnie. Chciałam tylko wiedzieć, czy Bóg, w jakiego od dziecka uczono mnie wierzyć, miał naprawdę tak zjebane sposoby na tworzenie spraw. Nie byłam już pewna, czy nadal wierzę w tego Świętego Dupka. A kiedy choć raz usuniesz sobie cały ten duchowy dywanik spod stóp, rozsypie się twój cały psychiczny balans. Porzuciłam więc równowagę, która wydawała się nie mieć dłużej sensu.
W każdym razie chyba się zapędziłam. Chciałam opowiedzieć o Faith.
Faith była moją starszą siostrą. I przyjaciółką. I najfajniejszą osobą na świecie.
A mówiąc "najfajniejszą", mam na myśli najbardziej autentyczne, intymne znaczenie tego słowa. Faith była nerdem i introwertycznym dziwadłem. Według jakiegoś niedorzecznego standardu modowego magazynu stanowiła przeciwieństwo fajności. Poza rozmowami twarzą w twarz nie była elokwentna, nie cechowała jej telewizyjna atrakcyjność, a poczucie stylu nie wykraczało u niej poza zrozumienie różnicy pomiędzy koszulą a spodniami. Jednak była radośnie, lekkomyślnie stuprocentową sobą, a jeśli to nie jest fajne, to walić to, bo nie mam pojęcia, co miałoby to być.
I jej prawdziwą miłością było science fiction. Połykała wszystkie podgatunki: twardą fantastykę, paranormale, książki apokaliptyczne, postapokaliptyczne, kosmiczne opery mydlane, kosmiczne westerny, dystopie, historie o inwazji obcych na Ziemię, o umierającej planecie, afrofuturyzm, streampunk, biopunk, nanopunk (zdecydowanie zbyt wiele punków), ale jej ulubionym gatunkiem z tych punków był cyberpunk. Od książek Neuromancer, Zamieć, przez filmy Łowca androidów, Matrix, po anime i mangę jak Akira, Ghost in the Shell, Alita: Battle Angel, była napalona na to gówno. A podałam tylko klasyki. Uwielbiała również nowoczesne piorące mózg produkcje Netflixa, jak Czarne lustro czy Altered Carbon. Kochała historie o sztucznej inteligencji, wirtualnej rzeczywistości, hakerach i megakorporacjach zestawione z radykalną zmianą porządku społecznego. Kiedy próbowałam skonfrontować się z jej obsesją, wyjaśniła, że wszystkie te historie kręciły się wokół jednej, dokonującej ogromnej zmiany osoby. W bijącym sercu głównego bohatera istniała tylko jedna kwestia, co znaczy być człowiekiem.
Odkąd sięgam pamięcią, nasza rodzina uczęszczała do tego megakościoła (Faith lubiła nazywać go "MAGAkościołem", ale nie był to komplement) w Gillette - sąsiednim dużym mieście. Byliśmy w nim w każdą niedzielę. Nazywał się: Kościół Tradycyjnej Rodziny Chrystusa i wyglądał, jakby stadion sportowy oraz sala koncertowa zostały ochrzczone, pobrały się i uprawiały stary, dobry małżeński seks. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak problematyczna była sama nazwa. Jednak Faith szturchała mnie w bok i szeptała mi swoje uwagi do ucha. Jak na przykład wtedy, gdy pastor Raines poinstruował tysiące zebranych, aby nie robili niczego bez uprzedniej konsultacji z Bogiem.
- Ponieważ, nie daj Boże, nauczymy się dokonywać własnych, niezależnych wyborów - skomentowała Faith.
Albo kiedy pastor Fulco powiedział, że całe dobro jest wytworem Jezusa, a zło szatana.
- Dobrze, że świat jest taki czarno-biały - wytknęła Faith. - Możesz sobie wyobrazić, by istniała jakaś szarość? Mielibyśmy przejebane!
Albo kiedy pastor Brighton powiedział, że Biblia to nieomylne słowo Boże. Nie ma wad, nie zawiera kłamstw.
- Nawet wtedy, gdy według Drugiej Księgi Królewskiej dzieci nazywają Eliasza "łysym", za co prorok je przeklina, więc z lasu wychodzą dwa niedźwiedzie i pożerają te małe łobuzy? - Zabawne, bo to były zapewne jej ulubione wersety, które mogła recytować z pamięci. - Pieprzyć dzieci. Męskie łysienie to bardzo poważny problem.
Jeśli zastanawiacie się, jak cały czas udawało mi się zachować pokerową twarz, odpowiem, że wcale. Prawie zawsze parskałam, ledwie tłumiąc śmiech, a kiedy oboje rodzice piorunowali mnie wzrokiem, udawałam, że tak bardzo poruszyło mnie słowo Boże, chwała Mu! Ocierałam wywołaną uniesieniem łzę.
Kiedy pastor Raines wygłosił tyradę o "wiecznej naturze człowieka", mówiąc o płci i homoseksualizmie będącym "bezpośrednim atakiem" na rodzinę, i twierdząc, że wszystko, co nienaturalne, jest złe, spodziewałam się, że usłyszę coś bardzo zabawnego. Faceci na ołtarzu nie mogli wygłaszać takich monologów bez zjadliwych komentarzy Faith.
Ale siostra stała nieruchomo. Całkowicie skamieniała.
Była cicha również podczas powrotu do domu.
Dopiero wieczorem zapukała do moich drzwi i zajrzała do mojego pokoju.
- Hej - powiedziała.
- Hej - odparłam. - Dobrze się czujesz?
Pokiwała głową, zaraz nią pokręciła.
- Co się stało? - zapytałam.
Weszła do mojego pokoju, zamknęła za sobą drzwi.
- Mogę ci o czymś powiedzieć?
- Możesz mi powiedzieć o wszystkim. - Wydawało mi się, że to oczywiste, ale przeszłam na drugą stronę łóżka, podwinęłam nogi i poklepałam miejsce przed sobą. Wzięłam nawet mojego ulubionego pluszaka Chlebka - który właściwie był uśmiechniętym bochenkiem chleba z oczami - i położyłam go sobie na kolanach. Kiedy chodziłyśmy do podstawówki, Faith powiedziała mi, że u koleżanki oglądała film Flashdance. Do tej pory zachowaliśmy to z Chlebkiem w tajemnicy i zamierzaliśmy zabrać ten sekret do grobu.
Faith usiadła na skraju mojego łóżka, na kolanach zaciskając dłonie w pięści. Wpatrywała się w ścianę. Nawet nie mogła na mnie spojrzeć.
- Jestem lesbijką - wyznała.
Miała piętnaście lat, gdy mi o tym powiedziała. Ja trzynaście. W zasadzie byłyśmy jak Flandersi z Simpsonów. Nigdy wcześniej nie spotkałam prawdziwej lesbijki - przynajmniej takiej, która mówiłaby o tym publicznie, a jedyna sławna kobieta o tej orientacji, o której wiedziałam, to Kristen Stewart.
Zatem nie byłam celowo podła, gdy zapytałam:
- Jak Kristen Stewart?
Faith milczała, zastanawiając się nad tym.
- Myślę, że ona jest biseksualna. Ale tak, chyba tak.
Powoli pokiwałam głową.
- Lubię Kristen Stewart.
Faith się rozpłakała. Szlochała.
- Wow, hej - spanikowałam. Upuściłam Chlebka, przesunęłam się na łóżku i ją objęłam. - Hej, hej, hej. Kocham cię, tak? Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś.
- Nie powiesz nikomu, prawda?
- A chcesz, bym wszystkim powiedziała? - zapytałam.
Faith gwałtownie pokręciła głową.
- Nie. Jeszcze nie. Mama chyba by mnie zamordowała.
Chciałam jej powiedzieć, że mama jej nie zabije, ale szczerze mówiąc, w moim trzynastoletnim umyśle nie byłam tego do końca pewna. Zatem zamiast tego mocniej ją uściskałam.
- Twoja tajemnica jest bezpieczna. Tak bezpieczna jak Flashdance.
Faith jeszcze mocniej zaczęła szlochać. Kiedy mnie w końcu przytuliła, myślałam, że złamie mnie na pół. Ściskała mnie, jakbym była jedynym, czego mogła się trzymać. Jeśli pomyśleć o tym z perspektywy czasu, najprawdopodobniej tak było.
Nie pamiętam, by ten uścisk kiedykolwiek się skończył. Wspomnienie tego dnia składa się praktycznie tylko z niego. Z czystej miłości.
Byłyśmy zżyte, ale od tamtej pory stałyśmy się nierozłączne. Nasza relacja opierała się na intymnym zrozumieniu, świętym zaufaniu i zaciekłej lojalności. Ponieważ wiedziałam o jej orientacji seksualnej, czułam potrzebę wyjawiania jej swoich najgłębszych, najmroczniejszych sekretów - które były tak głębokie i mroczne jak cynamonowe frappuccino z bitą śmietaną. Polegały głównie na tym, że rozwinęłam w sobie mocną, trwałą, prawdopodobnie seksualną miłość do punk rocka.
I zakochałam się też w chłopcu, ale w tej tajemnicy chodziło o kogoś innego.
*
Miałam na imię Hope, a ona Faith, więc oczywiście nasza młodsza siostra nosiła imię Charity. Najwyraźniej rodzicom poszczęściło się, gdy na świat przyszły trzy córki. Wszystkie pojawiłyśmy się na świecie dzięki cesarskiemu cięciu w odstępach około dwóch lat od siebie, a lekarz wyraźnie wyjaśnił, że mama nie urodzi w ten sposób kolejnych trzech chłopców. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić, że mama zachowała tę ostatnią cesarkę dla syna? Faith, Hope i... Charlie? Co za hańba. Na szczęście się nie udało.
Charity i ja byłyśmy zżyte w sposób, w jaki najczęściej przyjaźnią się najmłodsze dzieci. Piękno nudy i potrzeba nieustannej zabawy sprawiają, że znikają wszelkie różnice. Jeśli Faith była kujonką, a ja byłam dzika (według konserwatywnych chrześcijańskich standardów), to Charity była romantyczką. Eony przed okresem dojrzewania uwielbiała zrywać mlecze i polne kwiaty, robić z nich koślawe bukiety. Urządzała śluby Kenowi i Barbie, czasami pisała nawet listy miłosne do Jezusa, którego chciała poślubić - a ja wyczyniałam te wszystkie głupoty wraz z nią. Podczas ślubów Barbie zazwyczaj trzymałam Kena, który bywał dobrze zorientowanym w sztuce karate agentem FBI. Zazwyczaj dyktowała swoje listy miłosne do Jezusa, a ja je spisywałam. Umowa była taka, że jeśli ja bawiłam się w jej gry, ona miała bawić się w moje, a uwielbiałam tę pod tytułem "Podłoga to lawa". Wszyscy ją znają. Skakałyśmy po salonie z mebla na mebel, umierałyśmy, dotykając podłogi. Bawiłyśmy się, dopóki czegoś nie rozbiłyśmy lub niezdarny tyłek Charity za bardzo się nie poobijał albo - co zdarzało się najczęściej - wracała mama i widziała, że skaczemy po skórzanej, markowej kanapie i dostawała ataku złości. I tak było super.
Dzięki tym słowom Charity mogła wyjść na prostą dziewczynę, ale była też utalentowana, przynajmniej jeśli chodziło o instrumenty klawiszowe. Brała lekcje gry na pianinie, jeszcze zanim dowiedziała się, skąd się biorą dzieci. Wieść niesie, że znalazła stary syntezator taty marki Moog Minimoog pochodzący z czasów szkoły średniej, gdy grał na nim w zespole o nazwie Kubły Śmietnikowe - od tamtego czasu ogarnął się i odnalazł Jezusa - i nauczyła się grać utwór Moby'ego God Moving Over the Face of the Waters, który to odkryła w internecie i sądziła, że to pieśń gospel, choć nie stanowiła dla niej przeżycia duchowego. Kiedy mama się o tym dowiedziała, nie miała wyjścia, musiała zaciągnąć kredyt pod hipotekę i kupić porządne pianino (ponieważ, bądźmy szczerzy, mama nienawidziła minimooga i wszystkiego, co oznaczał syntezator). Jednak zamiast zostać kolejnym Siergiejem Rachmaninowem, do czego Charity wydawała się w pełni zdolna, postanowiła poświęcić swoje umiejętności Jezusowi, grając również na organach w kościelnym chórze. Minimooga zesłano na strych.
Dopiero niedawno, kiedy sądziła, że nikt nie słyszy, zaczęła zachowywać się skandalicznie i wygrywać na starym steinwayu piosenki Marshmello czy deadmau5, a jeśli coś jej się szczególnie podobało, zamykała się w swoim pokoju, wkładała wielkie, redukujące hałas słuchawki (zakupione jako używane) i słuchała wszystkich internetowych stacji radiowych, jakie tylko mogła znaleźć. Nie ściemniam, Charity była uzależniona od muzyki elektronicznej, aspirowała do roli DJ-a - takiego, który czuje potrzebę posiadania gigantycznego kasku robota i tajemniczej tożsamości jak Daft Punk - ale miałam dowiedzieć się o tym znacznie, znacznie później. Mówię o tym teraz, byście uwierzyli, gdy do tego dojdzie.
W każdym razie kiedy Charity i ja byłyśmy małe, naiwne i zakochane w życiu, cieszyłyśmy się rzeczami takimi jak niechlujne przebieranki i rozmawiałyśmy o skaczących po drzewach chłopcach. W tym czasie niedaleko naszego domu znajdował się park z placem zabaw, na którym wymyśliłam nową grę i nazwałam ją "Wojownik ninja z Wyoming". Wtedy też po raz pierwszy dostrzegłam Danny'ego Rogera. Charity musiała mieć wtedy z siedem lat, a ja coś koło dziewięciu. Byłam we wczesnym okresie dojrzewania, bo powiem tandetnie: o rety, rety!
Pojęcie "pociągu seksualnego" do tej chwili nawet nie pojawiło się w moim umyśle. Jednak to stworzenie okazało się najseksowniejszym chłopcem, jakiego w życiu widziałam! Podczas tamtych wakacji nosił podkoszulki odsłaniające długie ramiona i uśmiechał się w sposób, od którego bolał mnie brzuch i miałam ochotę go... złapać. Nie miałam pojęcia, co bym zrobiła potem, najwyraźniej opuszkami palców zbadałabym jego absurdalnie chudą sylwetkę, ale możecie mi wierzyć, chęć złapania go była we mnie bałwochwalcza, niemal pogańska.
Danny miał również brata bliźniaka Dylana, ale ten stanowił bardziej żałosną i irytującą wersję doskonałego modela. Przychodzili do parku i uprawiali sport - każdy, który wymyślono na świecie - a ja zaczęłam przegrywać z Charity w "Wojownik ninja z Wyoming", ponieważ gwałtownie rosła, natomiast ja tylko zajmowałam się wytrzeszczaniem oczu. Kiedy powiedziałam siostrze, że zakochałam się w chłopaku o imieniu Danny, zaczęłyśmy tworzyć scenariusze, w których wychodziłyśmy za mąż za Danny'ego i Dylana Rogerów. Charity dowiedziała się już, że nie poślubi Jezusa, a nie odkryła jeszcze Calvina Harrisa, więc obniżyła swoje standardy do Dylana. W ten właśnie sposób mogłybyśmy mieszkać razem i przyjaźniłyby się nasze dzieci, moglibyśmy też wszyscy bawić się w "Podłoga to lawa" i byłoby super. Czasami dopracowywaliśmy szczegóły, wisząc do góry nogami na drabinkach.
Wydawało mi się jednak, że Charity robiła to mniej dla Dylana, a bardziej dla mnie.
*
Tata w żartach nazywał gitarę elektryczną "szatańskim banjo", ale myślę, że to jeden z tych żartów, które były poważne, ponieważ w domu pana Cassidy'ego istniały jedynie cztery gatunki muzyczne: country, gospel, muzyka klasyczna i melodyjki z seriali. Najzabawniejsze, że - podobnie jak w przypadku Charity i minimooga - to jego wina, że powędrowałam zdradziecką, grzeszną drogą rock'n'rolla.
Wszystko zaczęło się rok po tym, gdy Faith mi o sobie opowiedziała. Mama, Faith i Charity pojechały pewnego sobotniego poranka na jakieś kościelne zajęcia tylko dla kobiet i dziewcząt. Tyczyło się to chyba sztuki i rzemiosła. Nieważne. Ważniejsze, że miałam grypę żołądkową i całą noc wyrzucałam z siebie wnętrzności (wymiotowałam). Zatem żadnych sztuk i rzemiosła dla mnie.
Zanim wyjechały, mama zapakowała mnie do łóżka, położyła mi na czole ciepły kompres na ból głowy i była nawet na tyle uprzejma, że podłożyła mi dużą miskę, abym mogła się obrócić i rzygać, a nie wstawać i człapać do łazienki.
- Żadnej telewizji - poleciła. - Masz spać.
Nie musiała dwa razy powtarzać. Całonocne wymiotowanie było wykańczającym treningiem. W tamtej chwili powinnam mieć już sześciopak na brzuchu. Gdybym spróbowała usiąść, mogłabym umrzeć. Tak więc leżałam, przez godzinę tracąc przytomność, to znów ją odzyskując. Mniej więcej wtedy sny rozpłynęły się w majaki i wydawało mi się, że z garażu dobiega najbardziej rock'n'rollowa rzecz, jaką słyszałam przez czternaście lat mojego życia na tym ziemskim padole.
Wydawało mi się, że to sobie wyobraziłam. Nietrudno było zrozumieć dlaczego. Dźwięk był eksperymentalny, niemal halucynogenny, jak jazz po prochach. Bębny wygrywały szatańskie rytuały. Gitara dryfowała przez ściany i wymiary. (Jak się później dowiedziałam, gitarowe brzmienie zapewniał instrument zwany eterofon). Tymczasem wokalista jęczał, jakby był w ferworze popełniania grzechu. Kulminacja dźwięku to góra czystego szaleństwa.
Usiadłam prosto, nawet jeśli obolałe mięśnie brzucha protestowały w egzystencjalnym przerażeniu. Wyczołgałam się z łóżka. Zarzuciłam koc na ramiona jak szal. Oszołomiona przeszłam korytarzem. Muzyka definitywnie płynęła z garażu. Kiedy się zbliżyłam, halucynacja przekształciła się w osobliwą wizję: głos wokalisty.
Od tekstu utworu po strukturę głosu facet ociekał czystym seksem.
- Droga w dół wewnątrz, kobieto, potrzebujesz miłości...
Gitary - te prawdziwe - brzmiały jak wypełnione grzmotami chmury burzowe. Wokalista wrzeszczał:
- Moja, moja, moja, moja! - Zaborczo? Tak. Seksownie? Lepiej w to uwierzcie.
Dotarłam do drzwi prowadzących z domu do garażu. Czułam rock'n'rolla uderzającego w ich powierzchnię. Cicho je otworzyłam.
Dźwięk i wściekłość spłynęły po mnie niczym powódź.
Pośrodku stołu warsztatowego taty stało stare radio stereo. Brama garażowa została zamknięta, a maska hondy CR-V była uniesiona. Ojciec pochylał się nad silnikiem, śpiewając z kluczem francuskim w dłoni, jakby trzymał mikrofon - z dala, żeby nie zepsuć go swoim głosem.
- Potrząśnij nią dla mnie, dziewczyno - śpiewał. - Chcę być twoim facetem od tyłu.
- Tato? - zapytałam.
Równie dobrze mogłam go przyłapać na faktycznym akcie cudzołóstwa. Był wysokim mężczyzną o dużej, kwadratowej twarzy i fryzurze, która zdawała się jedynie podkreślać tę wielkość i kwadratowość. Zatem kiedy się wyprostował i uderzył masywną czaszką o maskę auta z siłą wystarczającą, by zwolnić podtrzymujący ją pręt, ta zatrzasnęła się, ledwie omijając mięsiste palce.
- Auu! - wrzasnęli jednocześnie tata i wokalista.
Sapnęłam.
- Nic ci się nie stało?
Ojciec posłał mi zbolały uśmiech i uniósł koślawe kciuki. Wydawał się bardziej przejęty tym, że z jego radia płynęły dźwięki "diabelskiego banjo" niż możliwym urazem głowy.
- Nie, ja... - wyjąkał, pocierając czaszkę. - Pozwól, że...
Nie był w stanie dokończyć myśli. Poczłapał do stołu warsztatowego i niezdarnie próbował wyłączyć muzykę. Kiedy ucichła, jej brak był jak dziura.
- Podobało mi się - stwierdziłam.
Tata przystanął. Spojrzał na mnie. Na jego twarzy malowała się czysta dezorientacja.
- Co to było? - zapytałam.
- Eee - bąknął. - Led Zeppelin?
Słodki Jezu. Nawet nazwę mieli seksowną.
- Spoko - rzuciłam.
Ściana niezręczności oddzielająca mnie od taty powoli się rozpadała. Dostrzegłam potwierdzenie w jego uśmiechu, w sposobie, w jaki pokiwał głową.
- Tak! Fajne, nie? - Spojrzał w lewo, potem w prawo. Musnął palcami drewniany blat i chwycił pudełko na płytę CD. - To z ich drugiego albumu. Piosenka nazywa się Whole Lotta Love.
- Możesz puścić mi coś więcej?
Jako ojciec trzech córek - a co dopiero mąż najbardziej religijnej kobiety w całym Wyoming - tata nie spodziewał się, że nadejdzie taki dzień. Przez chwilę zdawał się zastanawiać, czy to się naprawdę dzieje. A może to jakaś pułapka.
Ale tylko przez kilka sekund. W następnym momencie uśmiechał się szeroko.
Usiedliśmy na podłodze i oparliśmy się o stół warsztatowy. Między nami ustawiliśmy radio. Piosenka po piosence tata zabrał mnie na spacer po historii rock'n'rolla. Oto, czego się nauczyłam:
1. Seksowny wokalista to Robert Plant. Nie żeby tata czcił fałszywych bożków czy coś, ale nazwał go "bogiem rock'n'rolla" i byłam skłonna się z nim zgodzić.
2. John Bonham był bez wątpienia najwspanialszym perkusistą wszechczasów. Przykład: Moby Dick. Cały utwór był instrumentalny i stanowił w zasadzie wizytówkę szaleństwa w perkusyjnej solówce. Pieprzonego szaleństwa, mogę rzec! W porównaniu z nią Ahab wydawał się zdrowy na umyśle, a wieloryb wyglądał jak złota rybka!
3. Jimmy Page był samurajem, a gitara była jego kataną. Ciął nią z poezją i honorem.
4. I wreszcie John Paul Jones. Głównie na basie i klawiszach, ale znany również z gry na mandolinie, skrzypcach, wiolonczeli, banjo, keytarze, sitarze, ukulele, harfie tradycyjnej i elektronicznej, koto, klawinecie, melotronie i flecie prostym. Wymieniłam tylko kilka z opanowanych przez niego instrumentów.
Pod koniec dnia moją ulubioną piosenką była Ramble On. Nie tylko dlatego, że Page osiągnął zen na swojej gitarze przypominającej skrzypce, linia basu Johna Paula Jonesa była gładka jak lody, a według pogłosek Bonham walił w plastikowy kosz na śmieci, lecz także dlatego, że ta piosenka służyła również temu, by udowodnić, że czterej dorośli faceci byli totalnymi nerdami. Całość stanowiła liryczny hołd dla Władcy Pierścieni. Robert Plant posunął się nawet do tego, że wymienił Mordor i Golluma. Granica pomiędzy obsesją a cudem została zarysowana w ognistej gitarowej mgiełce. Pod koniec byłam po prostu oszołomiona.
- Wow - powiedziałam.
- Prawda? - zapytał tata.
- To było epickie.
- Prawda?!
- Dlaczego nigdy nie słuchasz tego w domu?
Wypowiadając te słowa, znałam już odpowiedź. Wiedziałam, że tata wiedział, że ja wiem. Chyba byłam zakłopotana i sfrustrowana, że współistnienie polegało na życiu z sekretami. Że czasami kluczem do akceptacji było ukrywanie prawdziwego ja.
- Oj, no wiesz - odparł lakonicznie. - Twoja mama... to bardzo uduchowiona kobieta. Jest wrażliwa na rzeczy, które zakłócają jej relację z Bogiem. Wiedziałem o tym, gdy ją poślubiłem. Czasami, kiedy kogoś kochasz, musisz się dla niego poświęcić.
Zdawałam sobie sprawę z tego, co chciał powiedzieć. I nie mogłam się z tym zgodzić, nie do końca. Chodziło o bezinteresowność. Ale rozmowa dotyczyła czegoś więcej niż tylko rock'n'rolla. Chodziło o Faith. O to, kim była. I sięgało o wiele głębiej niż preferencje muzyczne.
- Ale czy ona cię nie kocha? - zagadnęłam. - Nie powinna również poświęcić się dla ciebie?
- Poświęca się. Dała mi trzy piękne córki. I każdego dnia pomaga mi was wychowywać. To o wiele więcej, niż mógłbym prosić.
Przygryzłam wargę i uściskałam tatę. Odpowiedział, tuląc mnie. Dał niedźwiedzi, kojący uścisk, który sprawia, że można znieść trudne chwile. Niesprawiedliwość nadal istniała, ale na moment przestała się liczyć. Miłość niekiedy miała taką moc.
- Tak dla twojej informacji - zaczął. - Nie mówię, że nie wolno ci słuchać muzyki takiej, jakiej chcesz.
Wpatrywałam się w niego.
- Póki matka się nie dowie - dodał. - I póki będzie miała gitarowe solówki, które roztapiają twarze. - Puścił do mnie oko.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem w przypływie adrenaliny jak podczas popełniania przestępstwa.
- W centrum znajduje się sklep z płytami - podpowiedział. - Mieści się tam, odkąd byłem dzieckiem. Miał przeróżnych właścicieli, zmieniał nazwy, ale zasadniczo to ten sam sklep. Właśnie w nim odkryłem moje ulubione zespoły. Ostatnio gdy sprawdzałem, nadal mieli stanowisko ze słuchawkami, gdzie możesz przesłuchać materiał, zanim go kupisz. - Tata przechylił się w lewo, z tylnej kieszeni wyjął portfel. - Kiedy wyzdrowiejesz, niech Faith cię tam zaprowadzi. Znajdź utwór, który przemówi do twojej duszy.
Wyjął szeleszczący niczym jesienny liść banknot i podał mi go.
Cóż, próbował. Nie wzięłam od niego pieniędzy. Wpatrywałam się w nie jak w kasę na narkotyki.
- Tato - powiedziałam śmiertelnie poważnym tonem. - Mówisz mi, że mogę mieć przed mamą tajemnice?
Zaśmiał się.
- Wydaje mi się, że istnieją dwa rodzaje sekretów, Hope. Takie, które ranią innych, i takie, które ich chronią. Chciałbym myśleć, że ten chroni. Nic tak nie wzmacnia duszy jak muzyka, która do niej przemawia, zwłaszcza gdy sama ją odnajdziesz. Myślę, że w tym właśnie tkwi moc.
Delikatnie podsunął mi dwudziestkę.
Wiedziałam, że tata nie znał tajemnicy Faith. Miałam tego świadomość. Ale w jakiś sposób wydawało mi się, że o niej wiedział.
Jakby mówił mi, że wszystko będzie dobrze.
*
Sklep nazywał się w tej chwili Ralph Records: nowe i używane płyty CD i winylowe. Faith zabrała mnie tam bez pytania, częściowo dlatego, że się przyjaźniłyśmy, ale również dlatego, że Mavis Mackley według Faith była superfajną, różowowłosą szesnastolatką, która tam pracowała. Legenda głosiła, że grała na perkusji. Kiedy spostrzegłam, że siostra patrzy na nią jak na cukierek - albo gorzej, jak na jakąś dziwaczną mangę - wiedziałam, co się świeci. Pszczółki, motylki i takie tam. Nie chciałam wchodzić jej w paradę, więc jedynie nonszalancko się przyglądałam. Zostawiłam ją, aby w myślach układała teksty na podryw.
I wtedy to zobaczyłam. Debiutancki album The Strokes pod tytułem Is This It. Na okładce widać było jedynie hipnotyzującą kosmiczną żółć i błękit. Później dowiedziałam się, że to obraz śladów cząstek subatomowych w komorze pęcherzykowej. Sugerowanie, że zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia, brzmiałoby dość naiwnie, że to mój ulubiony album, zanim go jeszcze wysłuchałam, ale chciałam jedynie powiedzieć, że działo się tu coś karmicznego. Płyta była używana i, jak obiecywał tata, można ją było otworzyć i wypróbować na różnych odtwarzaczach w całym sklepie. Wrzuciłam więc ją do jednego z nich, na dziewicze uszy nałożyłam wielkie, nieprzepuszczające hałasu słuchawki i zanurzyłam się w głosie Juliana Casablancasa w utworze pod tytułem Is This It.
To było jak duchowe przebudzenie. Niezbyt w porządku. Dźwięk mnie zainfekował i potrzebowałam go więcej.
Przy drugim utworze The Modern Age byłam gotowa wydać całą kasę na tę muzykę.
Przy Last Nite można było powiedzieć, że mam obsesję.
Pod koniec Take It or Leave It byłam gotowa zrobić tatuaż, zapalić papierosa, założyć zespół garażowy i przenieść się do Nowego Jorku. Zostałam zmienioną dziewczyną. Nie. Zmienioną kobietą. W ciągu czterdziestu minut zgromadziłam bogactwo życiowych doświadczeń. Nie byłam już Hope Cassidy. Byłam kimś nowszym, fajniejszym, kimś, kto naprawdę musiał przekłuć sobie uszy. Niegdyś bałam się igieł, lecz teraz miałam pewność, że dam radę.
Najwyraźniej nie byłam jedyną, która odkryła siebie w Ralph Records. Faith i Mavis naprawdę wpadły sobie w oko. Sklep stał się więc punktem naszych regularnych wycieczek. Byłam na misji, aby zaspokajać nienasycony głód dźwięku, który mnie trawił, a Faith się zakochiwała.
Ja chyba również się zakochiwałam, ale wiecie, o co mi chodzi. To były dwie różne sprawy.
*
Pewnego słonecznego popołudnia wracałyśmy z Ralph Records w typowy sposób Faith, gdzie zagubiła się w stratosferze swoich myśli. Wydawało mi się, że myśli o Mavis. A może o nowoczesnej, rozwalającej mózg fabule serialu na Netfliksie Russian Doll. Normalka. Przynajmniej dopóki nie obróciła się, by na mnie spojrzeć i zapytać wprost:
- Myślałaś kiedyś o napisaniu książki?
Właściwie to nigdy nie pomyślałam o napisaniu książki. W takich chwilach zdawałam sobie sprawę, jak byłyśmy różne. Wiele razy myślałam o założeniu zespołu rockowego, ale najpierw zapewne musiałabym się nauczyć czytać nuty lub grać na jakimś wypasionym instrumencie. Muzycznie rzecz biorąc, byłam analfabetką.
- Nie - rzuciłam. - A ty myślałaś kiedykolwiek, by napisać książkę?
Wymownie pokiwała głową. Oczywiście, że się nad tym zastanawiała.
- Jaką?
- Cóż, jasne, że science fiction - odparła. - Ale też może romans.
Faith próbowała się nie śmiać, przez co śmiała się jeszcze bardziej, niż gdyby normalnie się uśmiechała, przez co i ja się uśmiechnęłam, i wiecie, jak poszło. Miałyśmy uśmiechowy kryzys.
- Przestań! - zawołała.
- Co mam przestać? - zapytałam. - Tylko się uśmiecham. To ty jesteś zakochana!
- Nie jestem!
Żadna z nas nie wyglądała, jakby wierzyła w to choćby przez sekundę. Faith za bardzo szczerzyła zęby w uśmiechu, samo patrzenie na nią sprawiało ból.
- Poza tym to nie tylko romans - powiedziała Faith. - Myślę, że sedno historii będzie dotyczyć tożsamości.
Pokiwałam głową, jakbym rozumiała, o co jej chodzi. A nie miałam pojęcia. Nie w sensie kontekstu tekstu.
Faith chyba zauważyła, że nie nadążam i dodała:
- Główna bohaterka to Andromeda.
W końcu kość, którą byłam w stanie dorwać w zęby.
- O, spoko imię.
- Fajne, nie?
- Andromeda - powtórzyłam, sprawdzając jak brzmi. - An... dro... me... da.
- Myślę, że Andromeda musi uciec z domu - wyznała.
- An... drah... Czekaj, co?
Zamrugałam i spojrzałam na siostrę. Po raz pierwszy w całej tej rozmowie się nie uśmiechała.
- Dlaczego? - dociekałam zapewne zbyt poważnie.
- Po prostu musi - poinformowała mnie Faith równie pozbawionym wesołości tonem. - Ponieważ na zawsze zostanie uwięziona, jeśli tego nie zrobi.
- Uwięziona?
- Obawia się, co się stanie, jeśli nie ucieknie. Ponieważ dosłownie każda inna możliwość wydaje się czymś najstraszniejszym na świecie.
Otworzyłam usta, ale umknął mi sens. O czym my w ogóle rozmawiałyśmy? Gwałtownie zgubiłam wątek.
- Obawia się, że ludzie dowiedzą się, kim naprawdę jest, i co wtedy? - zagadnęła. - Co, jeśli przydarzy się jej coś naprawdę złego?
- Ale... - zaczęłam. - Co, jeśli wszyscy nauczą się ją kochać i akceptować taką, jaka naprawdę jest?
- Nie dojdzie do tego - stwierdziła.
Głos miała tak ostry, że ciął. Krew tryskała z rany.
Zatrzymałam się. Faith postawiła jeszcze kilka kroków, nim przystanęła i obróciła się.
Łkałam w duchu.
- O czym my w ogóle rozmawiamy? - zapytałam.
Faith zmarszczyła brwi.
- Tylko o książce, prawda? - dociekałam. - To tylko książka, tak?
- Och, Hope. - Teraz to do oczu Faith napłynęły łzy. Wróciła o trzy kroki i objęła mnie. - To tylko książka.
Również ją uściskałam. Mocno. Zaborczo. Nie chciałam jej puścić, aż nie poczułam pewności, że nigdy mnie nie opuści.
Wtedy Faith zdecydowała się uderzyć prawdopodobnie najdziwniejszym i najtrafniejszym zestawem słów, jaki kiedykolwiek słyszałam.
- Andromeda i Tanks w czasie i przestrzeni - powiedziała.
- Że co? - zapytałam, mocno pociągając nosem.
- Taki tytuł nosi moja książka.
- Wow. - Ponownie pociągnęłam nosem. - Zarąbisty tytuł.
- Pewnie, że tak.
Ani na chwilę się nie zawahała.
W końcu odważyłam się ją puścić.
- Tanks, co? - zapytałam, posyłając jej smętny uśmiech. - Ma różowe włosy?
- O Boże - rzuciła, odpychając mnie. - Jesteś okropna. Idź sobie.
Ale się uśmiechała.
I ten uśmiech był wszystkim, czego potrzebowałam.
#
Andromeda wywodziła się z długiej linii czterowymiarowych istot.
To znaczy ściśle rzecz ujmując, była istotą trójwymiarową, ponieważ bycie istotą czterowymiarową czyniłoby ją pewnego rodzaju boginią. Dresdorianie jednak byli dumną, królewską rasą, zbyt dobrą, by się rozdrabniać. Nie zważali więc na szczegóły. Mieli się za istoty czterowymiarowe!
Oznaczało to - bycie bytem, który występował w więcej niż trzech wymiarach - że od chwili poczęcia świadomość Andromedy miała panoramiczny widok na to, co działo się od jej narodzin aż po śmierć. Pamięć rozciągała się w obu kierunkach jako idealnie prosta linia, taka, która istnieje jedynie w matematycznych abstrakcjach, a nie w szarej rzeczywistości. Linia stanowiła tunel, na końcu którego Andromeda widziała światło, gdy umierała w objęciach kochanki, niejasno nieśmiertelnej istoty. W dziecięcym umyśle, ledwo zdolnym do funkcji motorycznych, wiedziała, że poślubi Tanks, która się jeszcze nie narodziła. A raczej nie została skonstruowana. Tanks była syntetyczną istotą, własnością firmy Ixion Inc.
Ich romans najwyraźniej był zabroniony. A przynajmniej bardzo źle widziany, jak na standardy Dresdorian, nie wspominając o Kościele Czasu.
Tak naprawdę wiedza Andromedy o tym, co przyniesie jej przyszłość, nie była idealnie czytelnym obrazem. Przypominała raczej mocne, przedwczesne poczucie déja vu. To jak "poznanie" siebie w ograniczonym sensie. Wiedza, że ty to ty, ale jednoczesny brak rozumienia, kim jesteś na egzystencjalnym poziomie. Dlaczego robisz to, co robisz, mówisz to, co mówisz, zachowujesz się tak, a nie inaczej. Dlaczego jesteś, jaka jesteś? Egzystencja w dużej mierze była sprawą irracjonalną. Widok końca niekoniecznie pomagał go zrozumieć.
Zatem nawet jeśli Andromeda "wiedziała", że w jej siedemnaste urodziny Wszechojciec Odyss każe jej usiąść i da Ultimatum, niekoniecznie rozumiała, co to oznacza.
Nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że zostanie wygnana z Dresdoru i zostanie wycięte jej trzecie oko, nie rejestrowała, jak było to straszne.
?on Q - Andromeda i Tanks w czasie i przestrzeni
Rozdział 2Dodatek do lesbijstwa
Nie chcę mówić, że objawienie Faith w kwestii jej seksualności wbiło klin w moją relację z Charity, ale w pewnym sensie właśnie tak się stało. Starsza siostra potrzebowała mnie bardziej niż młodsza. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Kiedy nasze wycieczki do Ralph Records przerodziły się w tradycję, Charity często błagała nas, byśmy ją ze sobą zabrały. Patrzyłam na Faith, na co kręciła głową, i musiałam grzecznie powiedzieć Charity, by się odpieprzyła. Nasze wymówki się różniły, ale wynik pozostawał niezmienny.
Prawdę mówiąc, współczułam jej, ale co miałam zrobić? Nie mogłyśmy jej ze sobą zabierać. Natychmiast by nas wsypała! Charity kochała Kościół. Łykała wszystko, co powiedział którykolwiek pastor i nie zadawała pytań. Jezus był jej pierwszą, prawdziwą miłością i nawet jeśli wyjdzie za mąż, jej partner będzie musiał zaakceptować, że jest drugi w jej życiu.
Początkowo nasze wymówki były naprawdę kreatywne. A kiedy się skończyły, ze spokojem po prostu odmawiałyśmy. Nie była zaproszona.
Charity się oburzała, ale mogłyśmy z tym żyć.
Trwało to około roku. Ponieważ tkwiłam we własnym świecie, odkrywając nową dla mnie muzykę, nie miałam pojęcia, jak oczywisty stał się związek Faith i Mavis.
Wieść niesie, że przyjaciółka Charity Brianna przez sklepową witrynę spostrzegła, że Faith całuje się z dziewczyną.
Brianna powiedziała Charity.
Charity rozpaczliwie modliła się o wskazówki, pytając Boga, co powinna zrobić, a Bóg odparł: "Wydaj ją". Zatem tak też zrobiła.
*
O mamie można powiedzieć, że była piękna. Znacznie ładniejsza niż jej trzy córki, choć Charity zajmowała drugie miejsce. Miała szeroki uśmiech Cameron Diaz, bezsprzecznie doskonały nos, a jej włosy to cudowny blond w postaci czystego złota, który wyglądał na świeżo ufarbowany. Chodziło o to, że mamę cechowało naturalne piękno. Na domiar złego zawsze nienagannie się malowała, jej makijaż plasował się gdzieś pomiędzy eleganckim a naturalnym, więc trudno było na nią patrzeć i nie nienawidzić własnej twarzy.
Kiedy dowiedziała się o Faith, cała ta wspaniałość skostniała i przekształciła się w coś kamiennego, nieprzeniknionego i trochę przerażającego.
Charity i mnie odesłano do pokojów, ale nie, nie, nie, Faith, ty musisz zostać.
W drodze do siebie spojrzałam pytająco na młodszą siostrę, która wyglądała tak, jakby w amfiteatrze własnego serca wyśpiewywała starą niemiecką pieśń Be Still, My Soul. Po tym poznałam, że było bardzo źle i tylko mi się to nie spodobało.
Otworzyłyśmy drzwi do naszych sypialni.
Charity weszła do swojej i zamknęła je.
Ja swoje również zamknęłam, ale pozostałam na korytarzu.
Przywarłam do ściany jak glonojad, który czyści szyby w akwarium, prześlizgnęłam się na skraj cienia i ukradkiem wyjrzałam zza rogu salonu.
Mama siedziała w fotelu, tata w drugim, a Faith zajmowała bardzo małą przestrzeń na środku kanapy, lekko zapadając się w siebie. Najwyraźniej znajdowała się przed trybunałem.
Tata przebywał tam bardziej jako dekoracja. Podczas przesłuchania to mama miała być sędzią, ławą przysięgłych i katem.
- Kochanie, wiesz czym jest grzech seksualności? - zagadnęła.
Co za pytanie. Jak w ogóle można było na coś takiego odpowiedzieć? Faith z pewnością nie miała pojęcia, ponieważ otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło. Po prostu wpatrywała się w matkę, skamieniała z przerażenia.
- Seks to bardzo szczególny dar, który otrzymaliśmy od Boga - stwierdziła mama. - Został nam dany, aby mąż i żona mogli okazać sobie miłość, ale, co ważniejsze, został ofiarowany w szczególnie świętym celu tworzenia życia. Kiedy mąż i żona tworzą życie w ramach małżeńskiej więzi, wykonują dzieło Boże. Dosłownie nie ma ważniejszego zadania na Ziemi niż rodzenie dzieci Bożych i wychowywanie ich w kochającym domu Boga. Chcę, byś mi powiedziała, Faith, dlaczego to źle, że widziano cię, jak całujesz dziewczynę w sklepie z płytami.
Faith siedziała zmartwiona. Wyglądała na niepewną. Widać było, że miała ochotę płakać i było jej niedobrze, ale ponieważ wycofała się w siebie, na jej twarzy malował się smutek.
Tata nie prezentował się o wiele lepiej. Jego milczenie było równie wymowne jak cisza Faith. Może nawet głośniejsze.
- To nie jest koniec świata - stwierdziła mama. - Właściwie dlatego Jezus umarł na krzyżu? Wiedział, że popełniamy błędy, ale na szczęście dla nas, odkupił je swoją śmiercią. Pozostało nam tylko przyjąć Go do naszego serca, a On może nas uwolnić. W dodatku nigdy więcej nie wolno ci się spotkać z Mavis Mackley. Oczywiście.
- Co? - zapytała łamiącym się głosem.
- To dla twojego dobra. Ważną częścią procesu pokuty jest podejmowanie wysiłku unikania pokus. Mavis jest pokusą, ma na ciebie zły wpływ i szczerze mówiąc, jest nierządnicą. Możesz trzymać się od niej tak daleko, jak to tylko możliwe. Przynajmniej tyle możesz zrobić.
- Mamo, proszę!
- Nie mamuj mi tu. Przyjmujesz Jezusa do serca czy nie?
Milczenie Faith trwało całe wieki.
- Zadałam ci pytanie, Faith. Przyjmujesz Jezusa do serca czy...
- Nie wiem - odparła Faith tak cicho, że z łatwością można było tego nie usłyszeć.
Ale słowa zostały usłyszane.
- Przepraszam? - zapytała mama w sposób, który był przeciwnością przeprosin.
Faith prawdopodobnie mogłaby udawać, że niczego nie powiedziała, a mama zapewne przeszłaby dalej w sposób, w jaki działa buldożer.
Ale tego nie zrobiła.
- Nie wiem, czy wierzę w to samo co ty - stwierdziła Faith. - Nie jestem pewna, co jest ze mną nie tak.
Mama pękła jak cienka gałązka.
*
Faith natychmiast dostała szlaban.
Nie żeby wychodziła gdziekolwiek poza miejscem pracy Mavis. Jednak zakres jej kary był nieco większy niż wyjście z domu i zrobienie czegokolwiek. Mama przeszukała wszystkie jej rzeczy. Przeczesała wszystko, co można było uznać za "z natury lesbijskie". Problemem okazało się więc zbyt wiele kobiecej nagości w kolekcjach anime i mangi. Właściwie sama liczba materiałów dla pełnoletnich, którą posiadała siostra, była czymś w rodzaju cudu. Faith była nerdem, więc mama chyba nigdy nie podejrzewała jej o przemycanie "akcesoriów seksualnych". (A tak przy okazji, "z natury lesbijskie" oraz "akcesoria seksualne" były określeniami, których naprawdę użyła). Nawet stosunkowo wolne od tego filmy, jak Matrix, dostały bana. Mamie wystarczył jeden rzut oka na Trinity w obcisłym lateksowym stroju i trylogia została wyrzucona.
Rodzicielka zabrała wszystkie rzeczy córki, wepchnęła je do czarnego worka na śmieci, zamknęła w bagażniku hondy CR-V i odjechała. Kiedy wróciła, worka nie było - znajdował się w jakimś magazynie (mało prawdopodobne), w komisie (bardziej prawdopodobne), w przydrożnym kuble na śmieci (najbardziej możliwe). Podejrzewałam również, że mogła wpaść w tryb socjopatki i rozpuścić te rzeczy w wannie z kwasem solnym. Z każdym dniem po ujawnieniu preferencji seksualnych Faith matka stawała się trochę bardziej niezrównoważona.
Siostra nie walczyła. Nie wypowiedziała w proteście ani jednego słowa. Zazwyczaj starała się zajmować jak najmniej miejsca, prawdopodobnie mając nadzieję, że stanie się niewidzialna, a może po prostu zniknie. Nadal miała laptopa, chyba jedyne miejsce, w którym mogła się schronić, ale mama w jakiś sposób zablokowała jej dostęp do internetu, więc Bóg jeden wie, co tam robiła. Prawdopodobnie pisała książkę.
Mnie jakoś udało się uniknąć kary. Rodzice nie zapytali, czy znam Mavis, a sama o tym nie wspominałam. Myślę, że w tym przypadku na ratunek mógł mi przyjść tata. Ralph Records, ściśle rzecz biorąc, to jego wina.
Nienawidziłam ulgi, którą odczuwałam.
Powinnam lepiej pilnować siostry. Biblia mówi o "stróżu mojego brata", co jest nieco ironiczne, jeśli tyczy się Kaina i Abla, ale później występuje sugestia, że bycie stróżem swojego brata to coś dobrego. Wskazuje na pewnego rodzaju wspólnotę, odpowiedzialność za kogoś, krewnego czy też nie. Faith może i była starsza i mądrzejsza, ale miała również tajemnicę, która czyniła ją bezbronną w taki sposób, że miałam być jej strażniczką.
Nasz dom stał się psychologicznym polem minowym. Chodziłam wokół wszystkich na paluszkach ze zwieszoną głową. Chciałabym powiedzieć, że wspierałam Faith, ale wcale tak nie było. Nie wypowiedziałam ani jednego słowa w jej obronie. Nawet nie porozmawiałam z nią. Była na ideologicznej kwarantannie. Najlepsze, co mogłam zaproponować siostrze ze złamanym sercem, to kontakt wzrokowy przy obiedzie, gdy widelcem grzebałam w ziemniaczanym purée.
Obiad miał miejsce tydzień po tamtych wydarzeniach, gdy mama wygłosiła wielkie oświadczenie:
- Faith opuści nas na jakiś czas.
Upuściłam widelec na ziemniaki. Spojrzałam w dół, gdy zanurzał się powoli w sosie. Przeniosłam wzrok na mamę. Następnie na Faith. Pierwsza z nich wyglądała, jakby była na duchowym haju, najzdrowiej i najszczęśliwiej od tygodnia. Miała zaróżowione policzki i wyraźną lekkość sumienia. Uśmiechała się.
Faith wpatrywała się w kontury kurczaka z czosnkiem jak w liście herbaty, z których wyczytała, że miała przejebane.
- Co takiego? - zapytałam.
Mama nie miała problemu, by spojrzeć bezpośrednio na mnie. Właściwie to do mnie kierowała tę swoją cudowną gadkę. Może i dzięki tacie uniknęłam kary, ale matka wiedziała lepiej. Według jej kompasu moralnego byłam współwinna. Stanowiłam dodatek do lesbijstwa. Chyba zakładała, że to zaraźliwe.
- Niedaleko istnieje wspaniały obóz, na którym pomaga się zagubionym dzieciom - wyjaśniła, splatając palce i uśmiechając się szeroko. - Nosi nazwę "Zmiana poprzez Łaskę". To blisko. Pomagają ludziom takim jak Faith ponownie skoncentrować się na sobie poprzez naukę kochania i poznania kogoś, kto zna ich lepiej niż oni sami: Jezusa Chrystusa. On już zapłacił, a Faith musi jedynie Go przyjąć. Szatan pragnie, byśmy myśleli, że rodzimy się z pewnymi skłonnościami i nie możemy się zmienić, ale to po prostu nieprawda. Odwiecznym przeznaczeniem Faith jest bycie żoną, matką, jak ja, i założenie rodziny takiej jak nasza. Może teraz o tym nie wie, ale pewnego dnia spotka przystojnego młodego mężczyznę, który sprawi, że jej serce zatrzepocze i razem stworzą jedną rzecz, która zagraża królestwu Szatana bardziej niż cokolwiek innego: porządną, miłującą Boga rodzinę.
Spojrzałam na siostrę, aby potwierdzić, że słyszy te gówniane słowa. Faith wyglądała, jakby zamierzała zwymiotować kurczaka z czosnkiem i ziemniaczane purée.
- Już z nią o tym rozmawiałam - powiedziała mama. Tłumaczenie: "przestań gapić się na siostrę". - Zdaje sobie sprawę, że popełniła błąd. Jest gotowa to zrobić, aby odpokutować, uzdrowić swoją duszę i stać się młodą kobietą, jakiej pragnie nasz Pan i Zbawiciel. To jej decyzja. Jak długo tam zostanie, zależy wyłącznie od tego, jak bardzo jest gotowa oddać serce i duszę Bogu.
Istniało wiele pytań, które pragnęłam zadać, na przykład: "Co, do chuja?". Jednak wyrażenie mojego niedowierzania słowami nie było możliwe. Jedyne, na co mogłam sobie pozwolić, to słabe:
- Kiedy?
- Jutro rano - odparła mama. - Rozmawiałam już z głównym terapeutą. Przygotują dla niej pokój. Wypełniłam dokumenty, zapłaciłam już za pierwsze sześć tygodni...
- Sześć tygodni? - zapytała Faith.
Wystarczyły dwa słowa, aby całkowicie zakłócić spokój mamy, która rozplotła palce i przycisnęła je płasko do stołu, jakby zgniatała robaka.
- Faith - powiedziała, nawet na nią nie patrząc, stąpając po kruchym lodzie pomiędzy spokojem a niebezpieczeństwem. - Rozmawiałyśmy o tym.
- Nie mówiłaś, że to aż sześć tygodni - zaprotestowała siostra.
- Co najmniej sześć tygodni - poprawiła ją ostro matka. - Tyle, ile trzeba.
Faith kręciła głową - choć akurat nie był to obraz buntu, a stan kryzysu. Rozpadała się w duchu.
Nozdrza mamy rozszerzyły się z oburzeniem.
- Charity, Hope, do swoich pokojów.
*
Odejście do stołu stanowiło formalność. Nawet jeśli nakryłam głowę poduszką, słyszałam każde ich słowo, ponieważ albo zostały ciśnięte jak pociski, albo przepełniał je głęboki szloch.
To dźwięki, przy których zasnęłam. Nigdy nie pojmę, jak mi się to w ogóle udało.
Miałam wtedy piętnaście lat. Byłam w tym samym wieku, w którym Faith przyszła do mnie i wyznała prawdę.
#
Andromeda i Wszechojciec Odyss spotkali się na przystanku airbusa na skrzyżowaniu Minus Piątej i Głównej, gdzie się umówili. Przybyli dokładnie w tym samym czasie, usiedli i spojrzeli przed siebie. Oboje wyglądali na oburzonych predestynacją tej rozmowy.
- Oboje wiemy, jak to ma wyglądać - powiedział Wszechojciec Odyss. - Proszę, abyś zmieniła swoją oś czasu. Wiesz, że możesz to zrobić. Mamy możliwość zmiany osi czasu.
Niebo miało zielonkawy odcień, powietrze było słone, prawie jak kwas. Linia horyzontu przecinała grube chmury wypełnione kwaśnym deszczem. Dresorianie wyewoluowali i mogli przetrzymać najbardziej gwałtowne załamania pogody. Ich fizyczna struktura była tak złożona, że kwas nic im nie robił. Swoje miasta budowali z podobnych, nieprzepuszczalnych związków.
Mimo wszystko nadciągała mocna burza. Andromeda pomyślałaby, że to dość poetyckie, gdyby nie była tak zdenerwowana.
- Kocham ją - powiedziała.
Taka była prawda. Nie poznała jeszcze Tanks, a jednak kochała ją wszystkimi swoimi trzema sercami. Mówiąc obrazowo. Domyślnym celem jej serc, nawet tych mniejszych, pomocniczych, było pompowanie krwi do narządu symfonicznego - żyjącego mięczaka w stożkowanej muszli, tkwiącego na jej czole niczym róg. Trzecie oko. Działało niczym antena dla szyszynki. Te właśnie organy podpowiadały jej, że to miłość i jest nie do pokonania.
- To nawet nie jest ona - powiedział Wszechojciec Odyss. - To maszyna. Symulacja formy życia. To coś nawet nie jest zdolne do miłości.
- To ona, i kocha mnie bardziej, niż ty cokolwiek kochałeś - warknęła. - Tylko dlatego, że nie rozumiesz...
- A ty rozumiesz? - zapytał. Wstał. O, tak. To część, w której się denerwował. To było przewidywalne. Pod pomarańczową skórą spiął się każdy jego mięsień. Usta zniknęły pod gwałtownie kręcącą się rudą brodą. - Jesteś naiwną małą dziewczynką, która zaraz zniszczy sobie życie, przyszłość oraz reputację swojej rodziny i przez co? Przez bezbożne zauroczenie?
- Nie jest bezbożne i to nie jest zauroczenie. - Andromeda pragnęła brzmieć na wściekłą, a zaczęła płakać.
- Jasne. Każdy niedresdoriański związek jest bezbożny. To abominacja.
- Pieprz się.
- I przypuszczam, że ściśle rzecz biorąc, nie jest to zauroczenie, jeśli za cel obrało bezduszną imitację formy życia. Może obsesja?
- Pierdol się!
- To dla ciebie ostatnia szansa - stwierdził. - Chodź ze mną do ośrodka czasu. Potrzebuję słowa, pojedynczego słowa. Zgódź się. Predestynacja jest tak niewzruszona jak silna jest twoja wiara. Możesz się zmienić, Andromedo. Wiesz, jakie będą konsekwencje, jeśli tego nie zrobisz. I pozwól, że powiem, iż fizyczny ból towarzyszący wycięciu trzeciego oka jest niczym w porównaniu do ślepoty. Wygnani Dresdorianie popełniali przez to samobójstwa.
Andromeda również stanęła. Prosto. Wyzywająco. Być może nie była tak wysoka jak on - mierzyła zaledwie dwa metry, a on ponad dwa sześćdziesiąt - ale wynosiła ją śmiałość. Zacisnęła zęby i syknęła:
- Wybieram własną linię czasu. Wybieram Tanks.
Oczywiście w tej chwili była już częścią osi czasu Kościoła Czasu. Kardynałowie, którzy obserwowali interwencję z zachowaniem rozsądnego dystansu, zdecydowali się wkroczyć.
?on Q - Andromeda i Tanks w czasie i przestrzeni