Hopelandia - Ian McDonald

Kup ebooka

62.00 zł
51.33 zł (51,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

Sza­tan miał swo­jego archi­tekta, który nazy­wał się Nicho­las Hawk­smoor.

Uro­dzony w roku 1661. Praw­do­po­dob­nie. East Dray­ton w Not­tin­gham­shire. A może Ragnall. Wykształ­cony - nie wia­domo gdzie, choć nie­wąt­pli­wie wykształ­cony i na tyle zdolny, by zatrud­niono go jako pisa­rza w sądzie w York­shire, potem, w Lon­dy­nie, został uczniem Chri­sto­phera Wrena.

Nie­pewne fakty - luźne połą­cze­nia w bio­gra­fii, w które może się wsą­czyć legenda.

Pewne fakty - że był naj­zdol­niej­szym i najam­bit­niej­szym spo­śród cze­lad­ni­ków Wrena.

Że w roku 1711 dostał od kró­lo­wej Anny zle­ce­nie na nad­zo­ro­wa­nie budowy pięć­dzie­się­ciu nowych lon­dyń­skich kościo­łów.

Że zbu­do­wano z nich tylko dwa­na­ście i tylko sześć w cało­ści według kon­cep­cji Wrena.

Że te sześć kościo­łów jest nie­ty­po­wych dla angiel­skiej archi­tek­tury - i archi­tek­tury kościel­nej. Są agre­syw­nie kla­sy­cy­styczne i bul­wer­su­jąco for­malne. Prze­ci­na­jące się sze­ściany, poza­gnież­dżane złote podziały, kolumny, wyku­sze i gale­rie two­rzą ciągi zgodne z nume­ro­lo­gicz­nymi rezo­nan­sami. Nie­któ­rzy twier­dzą, że fun­da­menty jego archi­tek­tury się­gają o wiele głę­biej niż Gre­cja, do dio­ni­zyj­skich archi­tek­tów, któ­rzy zapro­jek­to­wali świą­ty­nię Salo­mona z jej her­me­neu­tyczną urodą - i że Bóg, któ­rego chwalą, to nie Jezus Chry­stus, lecz któ­ryś ze star­szych, mrocz­niej­szych i strasz­niej­szych bogów. Nad kościo­łem Świę­tego Jerzego na Blo­oms­bury wznosi się schod­kowa pira­mida inspi­ro­wana Mau­zo­leum w Hali­kar­na­sie. Na szczy­cie nie ma chry­stu­so­wego krzyża, lecz króla Jerzego I jako kla­sycz­nego herosa, zdo­bywcę świata. Kościół Świę­tego Łuka­sza na Old Street wień­czy egip­ski obe­lisk; nad pro­stym pudłem nie­ist­nie­ją­cego kościoła Świę­tego Jana na Hor­sley­down stała zwę­ża­jąca się kolumna, uko­ro­no­wana wia­trow­ska­zem w kształ­cie komety. Na dzie­dzińcu kościoła Świę­tej Anny na Lime­ho­use wznosi się pira­mida z wyrzeź­bio­nym Okiem Opatrz­no­ści. Stań na scho­dach kościoła Chry­stusa Króla na Spi­tal­fields - naj­więk­szego dzieła Hawk­smo­ora - a twoja dusza będzie się kulić, ogar­nięta zawro­tami głowy, jakby potężna fasada miała upaść i cię znisz­czyć. Hawk­smoor mówił, że chce two­rzyć archi­tek­turę Bojaźni i Wynio­sło­ści.

I to mu się udało. Bóg umarł, obwiesz­czają jego kościoły. Wie­czy­sta prawda to zimne bucze­nie entro­pii, brzę­cze­nie wszech­świata osu­wa­ją­cego się ku rów­no­wa­dze ter­mo­dy­na­micz­nej. Bóg kosmo­lo­gów.

Kościół Świę­tego Jana na Hor­sley­down spa­lił się pod­czas Blitzu. Wia­trow­skaz w kształ­cie komety oca­lał i jest eks­po­na­tem w Muzeum Lon­dynu. Przez lata znaczną liczbę odwie­dza­ją­cych, sto­ją­cych przed tą kometą, ogar­niało uczu­cie prze­ra­że­nia, lęku, stra­chu. Nikt nie ma poję­cia dla­czego.

Archi­tek­tura i emo­cje. Miej­sce i dusza. W szcze­linę mię­dzy nie­pew­nym a nie­sa­mo­wi­tym wkrada się mit.

Iain Sinc­lair, Bard Hack­ney, jest pierw­szym psy­cho­ge­ogra­fem Hawk­smo­or­lan­dii. Jego esej3 z roku 1975 zaty­tu­ło­wany Nicho­las Hawk­smoor, ze zbioru Lud Heat: A Book of the Dead Ham­lets, ujaw­nia ukryte w tych kościo­łach prze­sła­nie. Ich układy, orien­ta­cje, poło­że­nie. Opo­zy­cje i kon­tra­sty archi­tek­to­niczne. Wzory. Połą­czone kropki. Tu trój­kąt, tam gwiazda. Nowe kon­ste­la­cje wykre­ślone na pla­nie Lon­dynu - pie­częć Seta, egip­skiego boga cha­osu, nie­ładu, burz. Pustyń i prze­mocy. Obcych i cudzo­ziem­ców.

Peter Ackroyd, bio­graf miast i rzek, w swo­jej powie­ści Hawk­smoor prze­ista­cza archi­tekta w Nicho­lasa Dyera, budow­ni­czego kościo­łów, mor­dercę i okul­ty­stę. Dyer poświęca życia ludz­kie, by two­rzyć anty­oświe­ce­niową archi­tek­turę. Odrzuca ideał pro­gre­sji czło­wieka przez liniowy czas. Dyerowy czas to koło, odnaj­dy­wa­nie har­mo­nii i rezo­nan­sów w XX wieku poprzez zry­tu­ali­zo­wane mor­der­stwa, badane przez detek­tywa Nicho­lasa Hawk­smo­ora. Wąż Uro­bo­ros gry­zie się w ogon. Sza­tan ma swego archi­tekta.

W powie­ści Pro­sto z pie­kła Alan Moore, Sza­man z Nor­thamp­ton, usta­wia fal­los­ferę obe­li­sków, gro­bow­ców i kościo­łów Hawk­smo­ora w pen­ta­gram z kate­drą Świę­tego Pawła pośrodku, wię­żący pośród ścian z magicz­nej ener­gii oraz wiecz­nego patriar­chatu boską kobie­cość. W tej nie­świę­tej gwieź­dzie Kuba Roz­pru­wacz składa swe ofiary bogom-męż­czy­znom. Geo­gra­fia staje się lite­ra­turą, a umysł - kamie­niem. Rezo­nanse idą naprzód w cza­sie, utrzy­muje Moore, ale także cofają się falami w prze­szłość, jak woda spły­wa­jąca po plaży. Zatem mito­lo­gie psy­cho­ge­ogra­fów z końca XX wieku prze­pi­sują prze­szłość, w któ­rej są zako­rze­nione. Kto powie, że Nicho­las Hawk­smoor w isto­cie nie pla­no­wał dla Lon­dynu sata­nicz­nej archi­tek­tury, która ni­gdy nie docze­kała się reali­za­cji? Cię­cia budże­towe, jak zawsze. Miej­sce nabiera duszy, opo­wieść staje się histo­rią.

Rozdział 9

Mosty, wiel­kie kopuły, kościoły, ptaki: wszystko to ma puste kości.

***

W pod­ska­ku­ją­cym świe­tle LED-owej czo­łówki Raisa pro­wa­dzi Amona Bri­ght­bo­urne'a przej­ściem w ścia­nie kościoła Chry­stusa Króla na Spi­tal­fields. Pęche­rze na tynku pękają przy dotknię­ciu i zna­czą im ubra­nia kre­do­wym pyłem.

- Uwaga, cia­sno.

Odwra­cają się bokiem, roz­sta­wia­jąc stopy na godzinę dzie­siątą i drugą, pochy­la­jąc głowy, żeby nie wdy­chać pyłu z kamie­nia i kości.

- Uwaga, nisko.

Nur­kują w tunel połowę niż­szy od Raisy i poru­szają się w kucki. Głowy wień­czą im paję­czyny. Parę pię­dzi od nich pala­cze przed pubem Ten Bells wypusz­czają w nie­ru­chome powie­trze blade chmurki dymu, śmi­gają pizze na bagaż­ni­kach sku­te­rów, odbla­skowy patrol poli­cji patro­luje ner­wowy poza­miesz­kowy wie­czór. Tylko nie myśl o zakli­no­wa­niu się w tej szcze­li­nie odle­głej od wszel­kiej pomocy o gru­bość kamie­nia i cały wszech­świat. Nikt cię nawet nie usły­szy.

- Tędy.

Głos Raisy nie­sie się echem - przed nimi otwarta prze­strzeń. Czo­łówka oświe­tla pod­nóże schod­ków zwi­nię­tych cia­sno jak DNA.

- Jeste­śmy pod jedną z kolumn - mówi Raisa.

Brama w kościel­nym murze, schody do krypty, wąskie boczne drzwiczki, tajemne przej­ście w ścia­nach wiel­kiego kościoła Hawk­smo­ora. Obcho­dzą go od tyłu. Raisa pro­wa­dzi Amona w górę po cia­snych schod­kach, jak Wee Wil­lie Win­kie ze szkoc­kiej koły­sanki. Ociera się wło­sami o kamie­nie.

- Głowa w dół.

Amon pochyla się pod niskim łukiem i wycho­dzi za nią na bal­kon orga­nowy. Widziane od strony nawy główne organy Chry­stusa Króla to anioł muzyki - cen­tralna wieża dia­pa­zo­nów i bur­do­nów pomię­dzy dwoma skrzy­dłami kwint i ali­kwo­tów, pod­trzy­mu­ją­cymi pasto­rały z pryn­cy­pa­łów i gem­shor­nów. Złoto, mahoń, cie­pła kość sło­niowa. Widziane z pomo­stu na tyłach to favela lin, zawo­rów, pomp, kon­duk­tów, stro­ików i drew­nia­nych pó­łek peł­nych nie­uży­wa­nych pisz­cza­łek. Kurz, pta­sie kupy, poli­tura do mebli i cyn­kowa patyna. Skrzy­piące deski i nie­pewne dra­biny.

- Naj­więk­sze geo­r­giań­skie organy na świe­cie - mówi Raisa, tań­cząc świa­tłem czo­łówki po gład­kich pisz­czał­kach. - Kla­wia­tura sięga do G w sub­kon­trze. To bar­dzo nisko?

- Naprawdę nisko. - Amon zadziera głowę i patrzy na mia­sto rur. - Ja umiem grać na orga­nach. Kla­wi­szy nauczy­łem się na sta­rej fis­har­mo­nii Bri­ght­bo­urne'ów. Zgła­sza­łem się do oko­licz­nych kościo­łów, ale mnie nie chcieli. Chyba moja muzyka była tro­chę za bar­dzo... trans­owa. - Dotyka gład­kiego saty­no­wego metalu. - Spę­dził­bym z wami tro­chę czasu, moje piękne. Nauczył­bym się waszych gło­sów i reje­strów. Wydo­był­bym z was waszą sekretną muzykę.

- Ale może nie dzi­siaj, twe­edziaku - woła Raisa z zakrętu drew­nia­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na wieżę.

- Zro­zu­miałe - odpo­wiada Amon i razem wspi­nają się spi­ralą na wieżę kościoła Chry­stusa Króla.

***

Klapa na szczy­cie ostat­niej dra­biny wycho­dzi na małe pro­sto­kątne pomiesz­cze­nie pod bła­zeń­ską czapką wieży. Każdy bok składa się z trzech cegla­nych łuków, z czego środ­kowy jest otwarty, wypeł­niony lame­lami. Pośrodku pomiesz­cze­nia stoi wysoka drew­niana skrzy­nia, z zawia­sami i zasu­wami.

Raisa odciąga cięż­kie bolce, cią­gnie za łań­cu­chy. Lamele w oknach pod­no­szą się z grze­cho­tem. Deli­katny wie­czorny wie­trzyk chło­dzi lepki od kurzu pot.

- Teraz patrz - mówi i pod­cho­dzi na pal­cach, by odsu­nąć zasuwy na wierz­chu wyso­kiej skrzyni.

Zdej­muje wieko, potem boki. Wyobraża sobie zdu­mie­nie Amona, potem przy­po­mina sobie swoje wła­sne, gdy odkryła cewkę Tesli ukrytą na szczy­cie wieży kościoła Chry­stusa Króla. Coś dziw­niej­szego od wszel­kich dzi­wactw, które pouty­kał w swo­ich kościo­łach Hawk­smoor.

- Czyli tamta druga bły­ska­wica... - mówi on. - Kiedy mówi­łaś, że Iskro­ma­go­wie...

- Ciotka Mar­go­lis przy­szła tutaj i odpa­liła cewkę. - Raisa dotyka pier­wot­nego uzwo­je­nia, czu­jąc mro­wie­nie na samo wspo­mnie­nie bły­ska­wicy. - Dalej to czuć. Jeśli masz odpo­wiedni nos.

- Muszę zapy­tać o to, co oczy­wi­ste. Co to tu robi?

- Broni wschodu - wyja­śnia Raisa. - Są cztery cewki pod opieką czte­rech Iskro­ma­gów, pół­nocna, połu­dniowa, wschod­nia i zachod­nia. To jest Cewka Wschod­nia. Ciotka Mar­go­lis jest Wielką Trans­for­ma­torką, Iskro­ma­giem Wschodu jest koli­gatka Hope Acher­nar. Ona jest tutaj jakimś zastępcą pastora czy coś. Nie wiem za dobrze, jak to jest w chrze­ści­jań­stwie.

- Jest pasto­rem i Hope­lan­dem?

- Tak jak mówi­łam, można wie­rzyć w innych bogów albo nie. Prak­sja, nie doksja.

- Broni wschodu przed czym?

Raisa pod­cho­dzi do zachod­niego okna i świa­teł City.

- Przed tym. To śmierć. Chce się roz­lać po całym świe­cie. Wszystko upodob­nić do sie­bie. My to powstrzy­mu­jemy. U źró­dła, czyli tutaj. W tym kościele, koli­gatka Hope by ci wytłu­ma­czyła, nie ma nic chrze­ści­jań­skiego. Fun­da­menty tkwią w sta­rych maso­wych gro­bach z cza­sów zarazy, ale jego korze­nie się­gają głę­biej. Dużo głę­biej.

Raisa siada na gzym­sie, zwie­sza nogi. Pięć­dzie­siąt metrów ponad wie­czor­nym tłu­mem ludzi na Com­mer­cial Street. Pokle­puje kamień, rzu­ca­jąc wyzwa­nie Amo­nowi. Ten wci­ska się obok niej. Obcasy brog­sów zdra­pują wapień i pta­sie gówna.

- Teraz posłu­chaj. Mam dla cie­bie histo­rię.

Rozdział 10

Raisa i kobieta bły­ska­wica

Mnie poca­ło­wała Kobieta Bły­ska­wica. W Epping Forest. Jakiś czas tam miesz­ka­łam. Gdy mia­łam sie­dem­na­ście lat. Ucie­kłam w dzicz, tak jakby. Zamiesz­ka­łam w lesie. Dwa­dzie­ścia kilo­me­trów od Mar­ble Arch. W Epping tak się da. To jak obcięta kra­wędź Lon­dynu. Mia­sto się otwiera i wcho­dzą do niego dzi­kie stwo­rze­nia. Ten las jest więk­szy, niż się wydaje. A im dalej, tym jesz­cze więk­szy. Ludzie pocho­wali się tam pod­czas Blitzu i nie mogą wyjść. Ale poszli głę­boko. Ja tak głę­boko ni­gdy nie poszłam.

Gdy byłam dziec­kiem, uwiel­bia­łam być dziec­kiem. Wycho­wa­łam się w Ogni­sku Wand­sworth i byłam super­sz­czę­śliwa. Potem sta­łam się dziew­czyną i to już mi się nie podo­bało. Trudne to było. Cią­gły wysi­łek. Musia­łam myśleć o róż­nych rze­czach. Brać rze­czy pod uwagę. Jako dziecko mogłam robić, co zechcę. Być, kim zechcę. Jako dziew­czyna mogłam być tylko dziew­czyną.

No i musia­łam prze­nieść się do Domu Dziew­czyn. Zwle­ka­łam naj­dłu­żej, jak się dało. Nie cier­pia­łam Domu Dziew­czyn. Dziew­czyny. Miesz­ka­jące razem. Komu przy­szło do głowy, że to dobry pomysł? Wredne mendy i dozór od góry do dołu.

Wytrzy­ma­łam dwa lata, potem wynio­słam się z Dorling Ave­nue, poje­cha­łam do Epping i szłam pod drze­wami, póki nie zna­la­złam takiego, które mnie zapra­szało. Wielki dąb. Tysiąc­letni. Epping jest długi, ale wąski. Wszystko, co dziwne, jest na tej dłuż­szej osi. Idąc krótką, w poprzek, nie znaj­dziesz tego drzewa. Byłam na tyle bli­sko par­kin­gów, że widzia­łam świa­tła ludzi z psami, ale oni ni­gdy nie mogli mnie zna­leźć.

Pod tym wiel­kim dębem wygrze­ba­łam sobie zie­miankę. Pla­sti­kowe worki, kuchenka gazowa, wszystko. Liście były gęste, nie spa­dła na mnie ani jedna kro­pla desz­czu. Ale mia­łam robac­two, żywicę, mech. Na dębach szy­puł­ko­wych żyje czte­ry­sta gatun­ków owa­dów. Wiem dużo o dębach. Pomy­śla­łam, że lasy to może być to na jakiś czas.

U mnie wszystko jest "na jakiś czas". Ni­gdy nic na dłu­żej.

Ludzie z Ogni­ska Forest Gate zaglą­dali do mnie, patrzyli, czy nic mi nie jest, czy mam wodę, jedze­nie. Pew­nie i tro­chę mnie chro­nili. Nie­któ­rzy leśnicy też są koli­ga­tami. Ni­gdy nie mia­łam żad­nych pro­ble­mów. Jak mówi­łam, to miej­sce, gdzie się cho­wają dzi­kie stwo­rze­nia. Kiedy przy­szła burza, w poło­wie już byłam mchem.

Gdy idzie wielka burza, wpierw czu­jesz jej zapach. Pły­nie z korzeni, gleby, zarod­ni­ków. Potem się ją sły­szy. Wszystko zaczyna się ruszać, liście, potem małe gałązki, potem duże, i zanim naprawdę nadej­dzie, kiwają się już całe wiel­kie drzewa, skrzy­pią, zupeł­nie jak­byś był wewnątrz fali, która rzuca tobą wkoło. Zda­rzyło mi się to. W Korn­wa­lii. Kąpa­li­śmy się w morzu i przy­szła wielka fala i nagle zna­la­złam się w jej środku i mio­ta­łam się dookoła. A burza w lesie jest sil­niej­sza, bo sie­dzisz w niej. A ona w tobie. Potem cich­nie. Jakby na coś cze­kała. I nagle sły­szysz grzmot, i wszyst­kie drzewa, rośliny, liście, każdy grzyb, wszystko lśni. Widzisz życie.

Wró­ci­łam do zie­mianki. Nie trzeba było. Dęby i wiązy są jak pio­ru­no­chrony. Sie­dzia­łam pod dachem z czar­nych wor­ków, a niebo wario­wało. I las też. W bły­ska­wi­cach zwi­dy­wały mi się różne rze­czy. Cho­dziły wyso­kie rze­czy. Potem tra­fiło w moje drzewo. Powie­trze eks­plo­do­wało. Wysa­dziło moją zie­miankę, wszystko. W życiu nie sły­sza­łam cze­goś rów­nie gło­śnego. Świa­tło. Ośle­pia­jące. I nie tylko świa­tło. Świe­tli­sta kobieta. Odwró­ciła się do mnie. Poru­szyła ustami. Nachy­liła się, przy­tknęła twarz do mojej. Co za blask! Czu­łam, jak skóra zwija mi się i skwier­czy. Ale nie bolało. Dotknęła mnie ustami, potem odsu­nęła się, jakby chciała coś powie­dzieć. Błysk! I już jej nie ma. Powin­nam tam spło­nąć. Ale drzewo spra­wiło, że bły­ska­wica spły­nęła wokół mnie, po gałę­ziach. Ukryło mnie w bez­piecz­nej bańce w samym sercu burzy.

Leśnicy zna­leźli mnie maja­czącą. Gada­łam. O Kobie­cie Bły­ska­wicy. Szok, powie­dzieli. Uraz. Hipo­ter­mia. Zawieźli mnie na pogo­to­wie. Ale jedna leśniczka wie­działa. Też ją spo­tkała. Coś nie naszego. Nową Ema­na­cję.

Nie chcia­łam wra­cać do Domu Dziew­czyn. Nie, nie i jesz­cze raz nie. No, powie­dzieli, to gdzie my ją damy? Nagle stara ciotka Marco Betel­geuse rzu­ciła: pro­ste. Ma w sobie bły­ska­wicę, nie widzi­cie? Daj­cie ją do Iskro­ma­gów. Do kogo? - zapy­ta­łam.

Chcia­łam pójść na Soho, bo jest w środku wszyst­kiego, ale tam już był Finn, a Kara­ge­orge nie chciał w swoim wieku brać kolej­nego padu­ana. Ciotka Mar­goli miała zaś i czas, i miej­sce. No to przy­szłam tutaj.

Gwiazdy mają to do sie­bie, że ni­gdy nie prze­stają się poru­szać. Kon­ste­la­cje się zmie­niają. Jeste­śmy wszę­dzie, na każ­dym kon­ty­nen­cie. Wciąż rośniemy. Kawałki mogą zostać w tyle. Wypącz­ko­wać. Elek­tro­man­ce­rzy ist­nieją dłu­żej od Hope­lan­dów. Kiedy Wielka Trans­for­ma­torka Anna­liese Godin poznała koli­gata Sat­che­ve­rela, wokół leciały bomby. Sie­dzieli w schro­nie. Mają tam głę­bo­kie tunele. Polu­bili głę­bo­kie tunele. A Iskro­ma­go­wie stali się gwiaz­dami.

Wielka Trans­for­ma­torka Anna­liese zaczęła współ­pracę z Mini­ster­stwem Wojny, w Depar­ta­men­cie Stra­chów. To się oczy­wi­ście ofi­cjal­nie tak nie nazy­wało, ale wszy­scy tak mówili. Powo­ły­wali magi­ków, arty­stów, psy­cho­lo­gów, sce­no­gra­fów, auto­rów krzy­żó­wek, każ­dego, kto mógł namie­szać wro­gowi w gło­wie. Oraz Elek­tro­man­ce­rów. Koli­gatka Anna­liese przed wojną robiła w ope­rach. Wagner. Włócz­nie i bły­ska­wice. Myśleli, że to zadziała na Niem­ców. Ni­gdy nie spró­bo­wała, cho­ciaż wyglą­da­łoby to naprawdę porząd­nie. Poznała jed­nak innego arty­stę z cewką Tesli - takiego dwu­dzie­sto­latka, który podobno przy­szedł na pie­chotę z Ser­bii, cią­gnąc ten sprzęt na wózeczku. Tak w każ­dym razie głosi legenda. Wzięła go na padu­ana, ale on nie chciał całymi dniami pil­no­wać mroku w klatce z bły­ska­wi­cami. Nie, nie, on był show­ma­nem. Roz­stali się więc, a on prze­jął dawne miesz­ka­nie na Soho i nasy­cił je wła­sną magią.

Którą widzia­łeś.

Kara­ge­orge pozo­stał koli­ga­tem - koli­ga­tem nie prze­staje się być, choć można zapo­mnieć, że się nim jest - i we dwójkę zaczęli szko­lić Elek­tro­man­ce­rów. Nie­wielu. Bo muszą mieć tę bły­ska­wicę, rozu­miesz. Ja mam. Finn ma. Ciotka Mar­go­lis też miała i ciotka Anna­liese zoba­czyła to w niej, dawno, w latach sie­dem­dzie­sią­tych, ponu­rych, peł­nych ciem­no­ści, kiedy się bała, że linia Iskro­ma­gów ze Spi­tal­fields się zała­mie. Się nie zała­mała. Zwią­za­li­śmy ją cia­śniej. Jak statki linami. No ale dobra! Zoba­czyła we mnie bły­ska­wicę, zoba­czyła ją też u Lisi i ta cewka cały czas tu stoi i strzeże Lon­dynu.

Wiesz, co ci powiem? Wszystko, co robię, wszystko, co wiem, jest po to, żeby móc znowu zoba­czyć Kobietę Bły­ska­wicę i wresz­cie usły­szeć, co ma mi do powie­dze­nia.

***

Pod­udzia Raisy są cał­kiem odrę­twiałe, a nerwy pod kola­nami ści­śnięte od kuca­nia na wapien­nym para­pe­cie. Jest dużo póź­niej, niż myślała.

- No dobra, panie Amo­nie, idziemy. Rano trzeba wstać do szkoły. - Pod­nosi się, wytrząsa sztyw­ność z nóg. Zakłada bolce z powro­tem, opusz­cza rolety, zamyka burty skrzyni wokół cewki. - Chodźmy, twe­edziaku. - Wyciąga rękę i pomaga mu wstać.

- Jedna rzecz - mówi Amon, gdy ona już scho­dzi po dra­bi­nie. - Co mia­łaś na myśli, mówiąc: "potem sta­łam się dziew­czyną"?

Rozdział 11

Nim Amon Bri­ght­bo­urne obu­dził się z bia­łego snu, Raisa dawno już poszła bari­sto­wać dla poran­nej zmiany na Spi­tal­fields. Dziwne łóżka, dziwne ener­gie, mia­zmaty kościoła Chry­stusa Króla. (Czy on rze­czy­wi­ście ma na szczy­cie cewkę Tesli, czy fak­tycz­nie sie­dział tam, maj­ta­jąc brog­sami pięć­dzie­siąt metrów nad Com­mer­cial Street?) A naj­bar­dziej ze wszyst­kiego drę­czył go tekst Raisy, który spadł jak okruch wapie­nia z fasady kościoła.

Potem sta­łam się dziew­czyną.

Lisi idzie do szkoły dopiero za parę tygo­dni, a teraz uwija się przy pral­kach i suszar­kach. Ciotka Mar­go­lis gada przez tele­fon, zdaje się, że (sądząc po jej odpo­wie­dziach) z praw­ni­kami.

- Śnia­da­nie? - pyta Lisi. Amon nalewa sobie kawy. - Na śnia­da­nie? - dziwi się ona wzgar­dli­wie. Robi dobrą kawę.

- Może to ty powin­naś być baristką - rzuca Amon, pró­bu­jąc żartu.

- Mam jede­na­ście lat - odpo­wiada Lisi.

Amon zabiera tę dobrą kawę i idzie do biblio­teki, gdzie ma nadzieję zre­kom­pen­so­wać zarwaną noc pracą z prób­kami muzyki cewki. Zastaje Grif­fith-Geo­rge'a wśród pudeł z doku­men­tami, sza­fek na akta, sto­ja­ków na cza­so­pi­sma, pęka­tych teczek z napię­tymi gum­kami, pla­sti­ko­wych pojem­ni­ków, sto­sów listów prze­pa­sa­nych par­cie­ją­cymi sznur­kami, łusz­czą­cych się aktó­wek, szkol­nych wor­ków, dyplo­ma­tek, wali­ze­czek. Ksią­żek, segre­ga­to­rów, har­mo­ni­jek. Papie­rów spię­tych, spię­trzo­nych, zło­żo­nych, zbin­do­wa­nych: arku­szy A4, wydru­ków, zwi­ja­ją­cych się foto­gra­fii. Dłu­gich języ­ków papieru do dru­karki. Zapi­sa­nych odręcz­nie stro­nic dzien­ni­ków, sche­ma­tów blo­ko­wych, drzew gene­alo­gicz­nych. Ewi­dent­nie gdzieś tu jest i Arka Przy­mie­rza, scho­wana pod górą papie­rów zaraz obok palan­tiru z Orthanku.

Skar­biec cmo­ka­niem odga­nia kawę od swo­ich wraż­li­wych doku­men­tów. Znosi sior­ba­nie Amona przez dzie­sięć minut, po czym mówi:

- Ta kawa to już ci cał­kiem wysty­gła. Co potrzeba?

- Raisa wczo­raj powie­działa: "Potem sta­łam się dziew­czyną".

Skar­biec patrzy na niego znad oku­la­rów.

- O co jej cho­dziło? - pyta Amon.

- Nie­któ­rzy sami przy­cho­dzą, innych się adop­tuje, jesz­cze inni się rodzą - odpo­wiada Grif­fith-Geo­rge. - Pozwól, że coś ci opo­wiem. Ta opo­wieść zapro­wa­dzi cię do kolej­nej i jesz­cze następ­nej, aż w końcu może do cze­goś dotrzesz.

***

Skar­biec przy­je­chał do Anglii z wyspy Mont­ser­rat z dwoma skar­bami. Pierw­szy to pier­ścień clad­dagh prze­ka­zy­wany z palca na palec, począw­szy od swego pierw­szego wła­ści­ciela, Pro­in­siasa Joyce'a z Gal­way, wysła­nego w roku 1632 na służbę na Bar­ba­dos. April Grif­fith zdjęła go i wsu­nęła synowi na palec na lot­ni­sku, kiedy wyjeż­dżał, trzy­sta czter­dzie­ści lat po przy­by­ciu swo­ich przod­ków. Dru­gim i cen­niej­szym skar­bem była pamięć wzro­kowa. Zoba­czy coś raz - miej­sce, twarz, przed­miot, stro­nicę - i dzie­siątki lat póź­niej jest w sta­nie przy­po­mnieć to sobie w nad­na­tu­ral­nym szcze­góle. Twarz urzęd­nika, który ostem­plo­wy­wał mu pasz­port w okienku imi­gra­cyj­nym na Heath­row. Ubar­wie­nie kotów wła­ści­cielki w swoim pierw­szym lokum na Gre­en­croft Road. Każdy ele­ment gar­de­roby, jaki miał na sobie pod­czas dzie­sią­tych uro­dzin. Pro­wa­dzi grupy miesz­kań­ców Mont­ser­rat, wygna­nych po wybu­chu wul­kanu, na spa­cery pamięci po Ply­mo­uth, pogrze­ba­nej sto­licy. To wciąż sto­lica, choć teraz cho­dzą po niej tylko duchy.

Grif­fith-Geo­rge, z ser­cem otwar­tym na świat, wylą­do­wał w roku 1972 i zna­lazł pracę. Znaj­do­wał jedną pracę za drugą. Kie­rowca auto­busu, baga­żowy, dostawca paliwa, kie­ru­jący ruchem - wiecz­nie w tych odbla­sko­wych bran­żach. W 1987 zna­lazł się wśród pierw­szej obsady nowego lot­ni­ska Lon­don City i tam już został. Na pły­tach i pasach star­to­wych poznał i zako­chał się w Desi­ree The­rese Arc­tu­rus Hope­land. "Arc­tu­rus", powie­dział. "To gwiazda. Ark­tur".

"Tak, gwiazda", odpo­wie­działa.

Oddał jej swoje serce pod­czas cere­mo­nii Zwią­za­nia w Ogni­sku Beck­ton. Wzięła pier­ścień clad­dagh i wło­żyła mu z powro­tem na palec, ser­cem na zewnątrz. To nie po naszemu. Były lata, były dzieci, Zwią­za­nie się roz­wią­zało, ale Grif­fith-Geo­rge Rigel pozo­stał Hope­lan­dem, bo bycie Hope­lan­dem ni­gdy się nie koń­czy.

- Raisa Peri Anta­res. Niech zoba­czę. Uro­dzona szes­na­stego czerwca tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego ósmego roku, szpi­tal King's Col­lege. Oddana do adop­cji. Nie widzę żad­nego z rodzi­ców. Ailsa Cano­pus i Chloe Cen­tau­rus adop­to­wały ją w sierp­niu. Wszyst­kie ich dzieci są adop­to­wane. Adop­tu­jemy każde, które się rodzi. Idea Wiel­kiego Lind­nera. Żeby unik­nąć chowu wsob­nego. Jeste­śmy gene­tyczną rzeką, nie sto­jącą wodą. Ugwież­dżona dwu­dzie­stego trze­ciego wrze­śnia tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego. Pro­szę nie zada­wać pytań, panie Bri­ght­bo­urne. Pyta­nia są jak kamie­nie. Tamują prze­pływ pamięci. - Grif­fith-Geo­rge marsz­czy się, na twa­rzy świta mu uśmiech. - Widzę ją! Srebrna sukienka. Cekiny. Krótka. Błysz­czące raj­stopy. Odpadł jej flek z lewego buta. Włosy ma spięte z tyłu. Tam też sre­bro i bro­kat. Bro­ka­towy cień do oczu i szminka. Jest zima. Niech zoba­czę. - Odwraca głowę w lewo. - Prze­si­le­nie zimowe dwa tysiące ósmego roku. Ogni­sko Wand­sworth. Jest zimno. Po całym ogro­dzie poroz­sta­wiane kok­sow­niki. Roz­ma­wia z Donną Capellą i Jean-Claude'em Casto­rem. Prze­cho­dzę, zerka na mnie. Myśli, że powinna mnie skądś koja­rzyć. Ma dzie­więt­na­ście lat. - Prze­chyla głowę. - Teraz rok dwa tysiące czwarty. Wyru­sze­nie Car­men Sirius. Jeste­śmy w Ogni­sku Sit­ges, żeby poże­gnać duszę Car­men wra­ca­jącą do nieba. Yaty się obra­cają. Są tam, wśród rucho­mych świa­te­łek. Nie bar­dzo wiem, skąd się wzięły. Zobaczmy. Aaa. Car­men Sirius nie­długo pobyła ze swo­imi rodzi­ciel­kami. Są tam, Ailsa i Chloe. - Prze­kręca głowę w lewo. - Raisa stoi oddziel­nie. Czter­na­ście lat. Dziecko jest prze­ra­żone. Nie­długo uda się do Domu Dziew­czyn. Rok tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­siąty ósmy. Gorąco. W dłoni mam zim­nego, zim­nego guin­nessa. Rosa na butelce, odkleja się ety­kietka. Wand­sworth. Masa, masa twa­rzy. Zobaczmy. Jest! Duże, duże, duże dziecko. Wszystko duże, spodenki, buty, koszulka. Wszę­dzie włosy. Ktoś leje wodę z węża i Raisa prze­biega przez tęcze. Dzie­więć lat.

Grif­fith-Geo­rge otwiera oczy.

- To dar i prze­kleń­stwo zara­zem.

- Naj­pierw mówi­łeś "ona", a potem "ono, dziecko" - zauważa Amon.

- Tak mówi­łem, tak - odpo­wiada Grif­fith-Geo­rge. - I teraz masz kolejne pyta­nie, ale ja mam tylko dwie­ście dwa­dzie­ścia tysięcy Hope­lan­dów. Ich histo­rie, zła­mane serca, nadzieje. Nie śpiesz się, koli­ga­cie, podró­żuj daleko.

Rozdział 12

Lon­dyn to zaiste mia­sto dla psy­cho­ge­ogra­fów. Każda dziel­nica ma odmienną psy­chikę i oso­bo­wość. W pie­szym tunelu pod Tamizą na Wool­wich czas się zacina - minuty zmie­niają się w godziny, godziny w minuty; sły­szy się histo­rie o cza­so­wych wirach, roz­dwo­je­niu czasu. Róg Old Bailey i New­gate Street ma ponury, posępny cha­rak­ter, gnę­biony przez widma stu­leci nie­woli, tor­tur, roz­pa­czy. Cler­ken­well to od zawsze serce rady­ka­li­zmu i rewo­lu­cji, duch King Mob4. Spi­tal­fields od zawsze ma duszę piel­grzyma i zasta­wia stół dla imi­gran­tów.

Rok 1686. Gaston Godin z Nan­tes przy­bywa na Spi­tal­fields ze swoją żoną, trójką dzieci i fachem w ręku. Dawne pola i warzyw­niki szpi­tala Świę­tej Marii Panny poprze­ci­nano uli­cami dla hugo­noc­kich i irlandz­kich tka­czy jedwa­biu, fachu, któ­rego Angli­kom bra­kuje. W Nan­tes, skąd wyje­chał, dra­goni plą­drują domy pro­te­stan­tów, zmu­szają do nawró­ceń, gro­żąc bagne­tami, a gdzie się nie udaje, zarzy­nają hugo­no­tów. Wiek reli­gij­nej tole­ran­cji dobiega końca, bo maje­stat Ludwika XIV czuje się zagro­żony wiarą inną niż jego wła­sna.

W roku 1726 czó­łenka synów Gastona Godina śmi­gają po peł­nym świa­tła pod­da­szu ich domu przy Four­nier Street. Czter­dzie­ści lat póź­niej ich syno­wie patrzą, jak Johna Doyle'a i Johna Val­line'a, tka­czy z zawodu, wie­szają na Beth­nal Green za orga­ni­zo­wa­nie roz­ru­chów. Po stu latach fran­cu­ski import się pod­niósł, a ceny lokal­nych towa­rów spa­dły. Tka­cze ze Spi­tal­fields regu­lar­nie i z zawzię­to­ścią biorą udział w roz­ru­chach. Richard i Paul Godin dawno wyszli z branży włó­kien­ni­czej. Gdy jedwab scho­dzi ze sceny, wyso­kie, prze­stronne tkac­kie domy są dzie­lone i zmie­niają się w slumsy. Na uli­cach poja­wiają się nowe twa­rze. To ludzie, któ­rzy widzą w tych rude­rach ide­alne miej­sce dla kolej­nej nisko­czyn­szo­wej, a spra­gnio­nej świa­tła branży - szwalni. Pogromy prze­ga­niają prze­śla­do­wa­nych Żydów przez Europę, ku plą­ta­ni­nie ulic w cie­niu kościoła Chry­stusa Króla. Pra­wi­dło­wo­ści pośród czasu. Włókna ner­wowe, wspo­mnie­nia. Głosy woła­jące poprzez stu­le­cia.

Hugo­nocki kościół zmie­nia się w wesley­ań­ski kościół meto­dy­styczny, potem w Wielką Syna­gogę. Potem staje się Wiel­kim Mecze­tem. A potem czymś jesz­cze innym, kiedy wypro­wa­dzą się Ben­gal­czycy i wpro­wa­dzą się Soma­lij­czycy, Etiop­czycy, Ery­trej­czycy. W tym świe­cie bez końca będzie się wiecz­nie zmie­niał, a zosta­nie taki sam.

***

1. Aula wykła­dowa Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Nauk. Wie­czór.

1891 r. Bły­ska­wica: we wnę­trzu domu! Prze­ra­że­nie i zachwyt na twa­rzach DELE­GA­TÓW na widowni. DELE­GACI to bez wyjątku dobrze ubrani wik­to­riań­scy dżen­tel­meni. Migo­cze błę­kitne świa­tło. KAMERA prze­suwa się po twa­rzach widzów. Wśród nich: CHAR­LES GODIN, blady, entu­zja­styczny, dwu­dzie­sto­pa­ro­letni. Bły­ska­wica odbija się w jego oczach.

Cię­cie.

Stół labo­ra­to­ryjny z przodu auli. Na nim trans­for­ma­tor Tesli. Za nim NIKOLA TESLA. On tu jest mistrzem, głów­nym magiem. Unosi różdżkę i elek­tryczny łuk tanecz­nie prze­ska­kuje na nią z cewki. Radość maluje mu się na twa­rzy.

NIKOLA TESLA

Dro­dzy pano­wie, widzi­cie oto bły­ska­wicę. A ja widzę elek­trycz­ność prze­sy­łaną w dowolne miej­sce świata. Przez powie­trze! To jest potęga, która wpły­nie na naszą przy­szłość.

2. Aula wykła­dowa Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Nauk. Wie­czór.

Chwilę póź­niej. Pokaz się zakoń­czył. DELE­GACI ota­czają TESLĘ, zasy­pu­jąc go pyta­niami.

CHAR­LES GODIN usi­łuje się do niego prze­ci­snąć.

CHAR­LES GODIN

Panie Tesla! Panie Tesla!

Sfru­stro­wany, bie­gnie po scho­dach do głów­nego wyj­ścia.

3. Foyer Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Nauk. Wie­czór.

CHAR­LES GODIN na głów­nym bal­ko­nie, NIKOLA TESLA wcho­dzi do foyer, wciąż oble­gany przez DELE­GA­TÓW.

CHAR­LES GODIN

Panie Tesla!

NIKOLA TESLA pod­nosi wzrok.

CHAR­LES GODIN

Panie Tesla! Ta pana cewka... Jak coś takiego skon­stru­ować?

NIKOLA TESLA unosi laskę i celuje nią w CHAR­LESA GODINA.

TESLA

Sir, jak się pan nazywa?

CHAR­LES GODIN

Char­les Godin, panie Tesla!

TESLA

Pana mogę tego nauczyć.

4. Four­nier Street. Wie­czór.

Sze­ściu męż­czyzn i jedna kobieta zbie­rają się na tkac­kim pod­da­szu domu Godi­nów. Burza: ulewny deszcz, bły­ska­wice mię­dzy komi­nami Lon­dynu.

Wyraź­nie star­szy CHAR­LES GODIN stoi obok CEWKI TESLI domi­nu­ją­cej nad wyso­kim salo­nem pod dachem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Miłość spada z let­niego nieba.

***

Jest 22.23, a Lon­dyn pło­nie. Pło­mie­nie buchają z roz­bi­tych witryn Foot Loc­kera na Bri­xton. Białe szkie­lety pod­pa­lo­nych citroënów i toyot leżą mar­twe wzdłuż Wood Green Lane. Na Enfield poli­cję z psami blo­kuje bary­kada z pło­ną­cych pojem­ni­ków na śmieci. Turcy z Turn­pike Lanes, z kijami base­bal­lo­wymi w pogo­to­wiu, two­rzą falangę pomię­dzy skle­pami, keba­bami, kawiar­niami, swoim źró­dłem utrzy­ma­nia a nie­ar­ty­ku­ło­wa­nym rykiem ulicz­nej furii. Ostre zęby roz­bi­tych bute­lek, kosteczki z szyb samo­cho­do­wych, powgnia­tane rolety. Poroz­rzu­cane pudełka po butach, samotny tele­wi­zor LCD, prze­wró­cony na grzbiet, z facjatą roz­bitą czy­jąś stopą w prze­lo­cie. Od Wal­tham Forest po Croy­don, od Wool­wich po She­pherd's Bush, zamieszki prze­le­wają się jak roz­to­piony ołów z black­berry na iPhone'a, z nokii na sam­sunga, płyną do serca mia­sta, na Isling­ton, Slo­ane Squ­are, Oxford Cir­cus.

- Co ty tu robisz? - Kobieta w kami­zelce Trans­port for Lon­don pyta wysia­da­ją­cego z metra mło­dego czło­wieka.

Biały, wiel­ko­oki, z opa­da­jącą na oczy szopą rudych wło­sów. W twe­edach, o dwa numery za małych, w brog­sach, z prze­wie­szoną przez wąskie ramię skó­rzaną torbą. Chude, nie z tej ziemi stwo­rze­nie, poza swoim cza­sem i miej­scem, jak jelo­nek w fabryce. Kobieta i ta zjawa są jedy­nymi oso­bami na pero­nie linii Cen­tral.

- Szu­kam Meard Mews.

- Meard Mews?

- To gdzieś koło Bro­adwick Street. Zdaje się.

- Zwa­rio­wa­łeś?

- Jestem na Oxford Cir­cus, tak?

- Nie sły­sza­łeś wia­do­mo­ści? O uni­ka­niu zbęd­nych podróży? - Kobieta w odbla­sko­wej kami­zelce poka­zuje na swój black­berry. - Tam się wszystko roz­kręca.

Pod­ziemne wia­try pod­ry­wają pył z butów, sze­lesz­czą na kafel­kach papie­rami po bato­nach i niosą szum ulicy, cza­sem głosy, cza­sem cichy, nara­sta­jący ryk. Łomot. Brzęk tłu­czo­nych szyb. Dźwięki wirują w rurach olbrzy­miego instru­mentu, sta­cji Oxford Cir­cus, młody czło­wiek unosi wzrok, oczy ma wiel­kie jak anty­lopa.

- Może mi pani pomóc?

- Wyj­ście numer sie­dem - mówi kobieta. - Tylko uwa­żaj tam na górze.

- Ja mam szczę­ście w życiu - woła chło­pak za sie­bie.

Wyła­nia się w samym środku roz­ru­chów. Dło­nie ciskają kamie­nie, cegły, kawałki roz­wa­lo­nego kosza na śmieci i roz­kładu auto­bu­so­wego, które odbi­jają się od rolet fir­mo­wego sklepu Nike. Każde tra­fie­nie w łyżwę powo­duje rado­sne okrzyki. Powi­nien prze­śli­znąć się za ich ple­cami w wąskie uliczki Soho, lecz widok, dźwięk, zapach anar­chii są tak sprzeczne ze wszyst­kim, co wie o tym mie­ście, że zafa­scy­no­wany waha się odro­binę za długo. Radar tłumu go wykrywa. Tłum się odwraca. Widzi go. Bla­dego, w twe­edach. Torba przez ramię. Deka­den­cja. Elita.

Dłoń wędruje ku skó­rza­nej tor­bie, mięk­kiej jak poca­łu­nek, ze sta­ro­ści i z miło­ści. Ta sama torba towa­rzy­szyła jego stry­jecz­nemu dziad­kowi Aube­ro­nowi w taj­nych, nie­cnych akcjach w Licji i na Dode­ka­ne­zie. Ci ludzie mogą mu ją zabrać. Mogą zro­bić z nim, co zechcą. O ile więk­sza satys­fak­cja z odbi­ja­nia kamieni od ciała niż od grze­cho­czą­cej stali. Ciało potrafi krzy­czeć, potrafi krwa­wić. Czte­rech ludzi odłą­cza się od grupy i rusza ku niemu, z kawał­kami ulicz­nych mebli w dło­niach. Cofa się. Szkło chru­pie pod obca­sami brog­sów. Stoi na środku szkla­nego ścier­ni­ska z potłu­czo­nych bute­lek, witryn skle­po­wych, szyb aut.

Niebo roz­brzmiewa nagłym hała­sem. Tele­wi­zyjny śmi­gło­wiec nad­la­tuje nisko i ostro, znad dachu Deben­hamsa. Obro­towa kamera zwisa jak jądro pod jego tuło­wiem. Zawraca nad Oxford Cir­cus, szu­ka­jąc sen­sa­cyj­nych ujęć. Tłum zadziera głowy, pozuje. To jego pięć minut dla CNN.

Chło­pak okręca się na odłam­kach szkła i znika na Soho.

Wąskie, cia­sne uliczki pro­wa­dzą w świat rów­no­le­gły. Soho ma gdzieś heli­kop­tery, tłu­czone szyby, łoskot opusz­cza­nych rolet, szy­der­cze wrza­ski, fakt, że jest rok 2011. Na Soho życie toczy się jak zawsze, ławice ludzi w restau­ra­cjach z sushi. Bary z chińsz­czy­zną, puby na rogach, kawiar­nie. Chłopcy w kra­cia­stych szor­tach i japon­kach stoją na chod­ni­kach, piją i się drą. Młode kobiety w obcię­tych dżin­sach i let­nich butach palą. Tele­wi­zory poka­zują zamieszki na żywo. Amy Wine­ho­use śpiewa, że miłość to prze­grana gra.

Przy­staje, żeby pora­dzić się tele­fonu. Google nie zna Meard Mews.

- Lepiej z tym uwa­żaj - woła któ­ryś z piją­cych pod barem. - Ktoś ci go zabie­rze.

- Szu­kam Meard Mews.

Wzru­sze­nia ramion. Śmieszki.

- Meard Mews? - Gość zbie­ra­jący szklanki pstryka pal­cami nad ekra­nem tele­fonu. - Na mapie nie będzie, ale to jest tu, o. - Stuk­nię­cie w szybkę.

***

Meard Mews to szcze­lina na sze­ro­kość bar­ków mię­dzy dwiema cegla­nymi ścia­nami, pełna smro­dli­wych cieni. Włą­cza latarkę w tele­fo­nie - góry czar­nych wor­ków ze śmie­ciami, kar­tony roz­mięk­czone desz­czem i butami. Zapach sierp­nio­wej zgni­li­zny, czosnku, prze­grza­nego oleju do sma­że­nia. Kuchenne roz­mowy. Papla­nie radia, piwne szczyny Soho. "Podwójne czarne drzwi", mówił email. W wąskim prze­smyku są takich trzy sztuki.

Dzwoni domo­fo­nem do pierw­szych.

- Crum­ble? - pyta.

- Co?

- Crum­ble. Taki, ten, klub.

- Spier­da­laj.

Syreny, wzmoc­nione przez ceglaną trąbkę Meard Mews. Następne drzwi, następny domo­fon.

- Crum­ble?

Długi stru­mień szyb­kich sylab w języku, któ­rego nie roz­po­znaje, koń­czący się odło­że­niem słu­chawki. Ostat­nie drzwi.

- Dzień dobry, ja od muzyki.

- Że co, skar­bie?

- Muzyka. Do klubu Crum­ble. Mam grać set.

- W życiu nie sły­sza­łam, skar­bie.

- Może jest mały.

Głos woła kogoś poza zasię­giem domo­fonu.

- Nie­stety, kochany, nie ma tu nic takiego.

- A to jest Meard Mews?

- Tak.

- Pisali w mailu, żeby przyjść na Meard Mews. Czarne drzwi.

- Ale to nie tu, skar­bie.

Tele­wi­zyjny śmi­gło­wiec prze­la­tuje jesz­cze raz. Chło­pak jesz­cze raz stuka w ema­ila od pro­mo­tora.

Nagle z let­niego nieba spada miłość.

Rozdział 2

- Hej, halo?

Wga­pia się w domo­fon na ostat­nich czar­nych drzwiach.

- Tutaj. Tu jestem. Na górze.

Świa­tło z tele­fonu prze­ska­kuje po ścia­nach, przez drut kol­cza­sty i tłu­czone szkło na spę­ka­nym beto­nie, po ryn­nach. I tra­fia na twarz mło­dej kobiety ponad kru­szą­cym się cegla­nym gzym­sem. Skóra jasno­brą­zowa, ostre kości policz­kowe, piegi, zie­lone oczy, na wło­sach opa­ska Nike.

- Może to wyłącz? Razi mnie.

- A. Prze­pra­szam.

- Ile masz pro­cent? - woła kobieta.

- Eee?

- Bate­rii. W tele­fo­nie.

- Aaa. Osiem­dzie­siąt mniej wię­cej.

Na ulicę opada dra­binka poża­rowa. Pierw­sze scho­dzą buty. I to jakie buty - mięk­kie, jak ręka­wiczki dla stóp. Potem old­scho­olowe ska­ter­skie pod­ko­la­nówki z jedy­nym słusz­nym czer­wono-biało-nie­bie­skim paskiem u góry. Potem leg­ginsy Adi­dasa, do pół łydki, trzy paski, dziura z tyłu uda. Krótka koszulka, na niej ple­cak. Lek­kie, mocne ręka­wiczki bez pal­ców. Na lewym przed­ra­mie­niu tele­fon w czymś w rodzaju uprzęży. Scho­dzi z ide­alną rów­no­wagą, roz­pę­dem, gra­cją. Tak zstę­pują anioły z nieba. Anioły Soho.

- Daj Blu­eto­otha.

Kuca w zaułku, z twa­rzą oświe­tloną ekra­nem. Prze­ciąga pal­cem. Jego tele­fon odgrywa ury­wek melo­dii, którą grałby w klu­bie Crum­ble. Powia­do­mie­nie. Przy­cho­dzi apli­ka­cja.

- Zaak­cep­tuj. Jest bez­pieczna. Jak ona zdech­nie, to i ja nie żyję.

- Co takiego? - pyta.

Zagląda mu przez ramię i stuka w apli­ka­cję. Ekran wypeł­nia mapa Soho, prze­cięta pio­no­wym pół­prze­zro­czy­stym zie­lo­nym paskiem.

- Tak - szep­cze i wyrywa mu tele­fon z dłoni.

Skok, prze­skok, chwyt i już jest w poło­wie dra­binki po dru­giej stro­nie ulicy.

- Mój tele­fon!

Odwraca się na dra­bince i rzuca mu świe­tli­stą tabliczkę. Jej tele­fon. Kiedy trzyma go w zło­żo­nych dło­niach jak sakra­ment, apa­rat wcho­dzi w tryb oszczę­dza­nia ener­gii. Pięć pro­cent. Wyłą­cza go.

- Nała­duj - krzy­czy ona. - On mnie znaj­dzie.

- Co takiego? - pyta raz jesz­cze i dodaje: - Cze­kaj...

Ta chwila to wszystko. Łap ją. W któ­rymś punk­cie wiecz­no­ści losowe kwan­towe fluk­tu­acje raz jesz­cze odtwo­rzą ten wszech­świat w każ­dym szcze­góle i ta chwila wyda­rzy się na nowo. Ale miriady lat to zbyt dłu­gie ocze­ki­wa­nie na zaspo­ko­je­nie nie­odwza­jem­nio­nego pra­gnie­nia.

Gra­moli się na prze­my­słowy śmiet­nik. Do dra­binki daleko, ale jest zwinny i chudy. Torba huśta się za nim. Pode­szwy chwyt­nych butów zni­kają w górze na gzym­sie. Krzywi się, rysu­jąc czubki butów o cegły. Te brogsy są ręcz­nie szyte.

Ona jest już jeden dach dalej, sku­lona na tle roz­ja­rzo­nego przez Rich­mond Buil­dings powie­trza, jak super­bo­ha­terka. Nieco wyż­sze latar­nie Soho Squ­are błysz­czą za nią jak kotara z ceki­nów.

- Idę z tobą.

- Nie możesz.

- Ale coś ci grozi.

- Że co?

- Możesz zgi­nąć.

- Co?

- Powie­dzia­łaś: "Jak tele­fon zdech­nie, to i ja nie żyję".

Kręci głową.

- Nie dosłow­nie "nie żyję", raczej... Zresztą nie mam czasu. To jest wyścig.

Jest szybka, ale on idzie za nią. Lek­kie dachowe baletki ledwo doty­kają papy, poroz­bi­ja­nych dachó­wek, nad­ple­śnia­łych gzym­sów. Brogsy bie­gną pew­nie. Ona śmiga po dachach Soho jak niska let­nia bły­ska­wica. On jest jak idący jej śla­dem grzmot. Zatrzy­muje się w cie­niu walą­cych się komi­nów, dło­nie na udach, oddy­cha ciężko. Doga­nia ją.

- To tweed - mówi, tak­su­jąc go wzro­kiem.

"Wik­to­riań­scy dżen­tel­meni zdo­by­wali Alpy w twe­edzie", ma już powie­dzieć, ale ona pędzi dalej, po sko­sie dachu ku cegla­nemu gzym­sowi nad wąskim zauł­kiem, bar­dziej zna­kiem prze­stan­ko­wym mię­dzy domami niż ulicą. Staje na kra­wę­dzi, prze­nosi cię­żar z nogi na nogę, oce­nia odle­głość. "Nie" więź­nie mu w gar­dle, kiedy ona cofa się o krok, łapie rów­no­wagę, robi krótki, ostry roz­bieg. Ska­cze. Wydaje się zawi­sać nad ciemną pustką wypeł­nioną skwa­rem Soho i zapa­chem taj­skiego jedze­nia - jedyny nie­ru­chomy punkt w kłę­bią­cym się mie­ście. Ląduje z trza­skiem dachó­wek, kuca, odzy­skuje rów­no­wagę.

- Z kimże się ści­gasz? - krzy­czy przez szcze­linę.

- Moim koli­ga­tem.

- Twoim... kim?

- Koli­ga­tem Fin­nem. Naprawdę powie­dzia­łeś "z kimże"?

Sza­cuje prze­paść. Roz­bieg, wyskok, lądo­wa­nie, przy­czep­ność - wszystko jest prze­ciwko niemu. Po jego stro­nie - Łaska. Roz­pę­dza się, wyska­kuje nad ulicę, ląduje ciężko, pada naprzód, opiera się na dło­niach.

- Rany - szep­cze ona.

- No dobra. - Otrze­puje dło­nie z brudu. - Z kimże się ści­gasz?

Niebo za kobietą jest spo­wite żół­tym, pod­świe­tlo­nym sodowo dymem. Syreny tkają siatkę alar­mów.

- Posłu­chaj. Jest taka jedna rzecz, którą mogę odzie­dzi­czyć. Coś tak rzad­kiego i magicz­nego, że nie uwie­rzysz. Finn też ma do tego prawo. I stąd ten wyścig. Kto pierw­szy to coś włą­czy, to jego. Zaczy­namy na prze­ciw­le­głych koń­cach linii, która idzie przez Lon­dyn.

- Linii kole­jo­wej?

- Nie. Cicho, posłu­chaj. Linii na mapie. Zero stopni osiem minut, dwa koma jeden sekundy na zachód. Ja na Stre­atham, on na Muswell Hill. Jeśli ktoś zej­dzie z linii o wię­cej niż dwa­dzie­ścia metrów, game over.

- Nawet na domach ludzi, na pry­wat­nym tere­nie i tak dalej?

- Chuj z pry­wat­nym tere­nem, twe­edziak. Tamizę musia­łam prze­pły­nąć. W ple­caku mam piankę. Tro­chę śmier­dzi.

- Wbi­ja­łaś się w piankę w cen­trum Lon­dynu?

- No, i zdej­mo­wa­łam na oczach dzie­się­ciu zbo­ków. Mnie się dostała rzeka, a Finn dostał tory na Euston i West Coast. Jak linia mówi: bie­gnij po dachach, prze­ska­kuj przez uliczki, to bie­gniesz i prze­ska­kujesz. - Odwraca się, poka­zuje mu jego tele­fon świe­cący na lewej ręce. - GPS. Iskro­ma­go­wie patrzą. No dobra, mam wyścig do wygra­nia.

- Mogę ci się przy­dać - woła, gdy ona rusza w górę dachu, muska­jąc dachówki czub­kami pal­ców.

- Co ty nie powiesz, twe­edziaku?

- Poważ­nie. Mam szczę­ście w życiu.

To prawda. To wię­cej niż prawda. To coś, co defi­niuje jego dwa­dzie­ścia cztery lata. To dla­tego drzwi na Meard Mews nie reago­wały na hasło "Crum­ble". To dla­tego demon­stranci na Oxford Cir­cus smark­nęli, burk­nęli i poszli dalej; aby dopro­wa­dzić go tutaj, na ten dach. I ona też go nie odtrąci. Łaska zawsze fawo­ry­zuje tych, co ją mają.

- No to chodź. - I rusza po dachów­kach. On depce jej po pię­tach.

Pod pubem Nel­lie Dean na Dean Street roz­ga­dany tłu­mek popija piwo. Sku­pieni na swych nud­nych plot­kach, na grzmią­cych śmie­chach, ni­gdy nie patrzą w górę. Tak pozo­staje nie­do­strze­żone pół wszech­świata, jak ciemna mate­ria. Dzie­sięć ulic stąd pali się mia­sto, dziew­czyny zakła­dają pianki do nur­ko­wa­nia, super­bo­ha­terka w lycrze i jej towa­rzysz w twe­edzie i brog­sach bie­gną po dachach, jak w dzi­wacz­nym serialu szpie­gow­skim z lat sześć­dzie­sią­tych zakoń­czo­nym po paru odcin­kach. Ciemna ener­gia.

Dziew­czyna spraw­dza czer­woną szpilkę na przy­własz­czo­nym tele­fo­nie.

- Szybki jest.

- Daleko to?

Dźga pod­bród­kiem w kie­runku Soho Squ­are.

- Car­li­sle Street. - Opada na dach ganku i zerka w dół, na ulicę. - Pięć, sześć metrów.

- Z boku jest dra­binka poża­rowa.

- To poza linią.

- Nie dla mnie.

Scho­dzi po zaka­za­nej dra­bince i opada mię­dzy gości z piwem na Dean Street.

- Słu­chaj­cie, mogę was o coś popro­sić?

Łaski nie da się przy­wo­łać, nie da się jej roz­ka­zy­wać. Ona jest jak blask. Ema­nuje nim i dotyka serc roz­grza­nych piwem i latem. Piwo­sze poma­gają mu prze­su­nąć pik­ni­kową ławkę na drugą stronę ulicy i posta­wić ją pio­nowo pod ścianą.

- Teraz ile?

- Może ze trzy.

Piwo­sze widzą dziew­czynę i anga­żują się w przy­godę. Ona odwraca się, zwie­sza z ganku, opada. Ląduje na sko­sie ławki, zjeż­dża po niej na ulicę, prze­biega na drugą stronę, prze­ska­kuje przez maskę cia­sno zapar­ko­wa­nego peu­ge­ota 205, w zaułek, przez prze­my­słowy pojem­nik na śmieci, po ścia­nie w górę, przez wyj­ście ewa­ku­acyjne na wysoko obra­mo­wany taras.

- Par­kour czy jak to tam, nie? - pyta chudy typ w kra­cia­stej koszuli.

Patrzy, jak jej pasia­ste skar­petki pod­ska­kują, prze­ska­kują, zni­kają z jego życia pomię­dzy roz­pa­da­ją­cymi się komi­nami i dacho­wymi kry­jów­kami do pale­nia zioła, w pogoni za bez­cenną nagrodą.

Łaska nie da się tak łatwo oszu­kać. Nie jest uwią­zany do pro­stej linii. Może iść przez to mia­sto, jak chce. A więc: w głąb Dean Street, przez Car­li­sle Street na Soho Squ­are. Ostat­kiem bate­rii w tele­fo­nie dziew­czyny wywo­łuje apli­ka­cję i zwraca się na pół­noc, w kie­runku rywala. Tego koli­gata, cokol­wiek to zna­czy. Jest, leci pod prąd ludzi zmie­rza­ją­cych na wcze­śniej­sze metro i bez­piecz­niej­szy auto­bus. Dwa­dzie­ścia parę lat, wysoki. Wyspor­to­wany jak nie wiem. Oliw­kowa skóra, wydatny nos, oczy gazeli. Ciemne fale gęstych, lśnią­cych wło­sów. Ma na sobie takie same leg­ginsy Adi­dasa jak ona. Takie same buty i skar­petki. Ple­cak z wor­kiem z wodą na obci­słej koszulce, anty­po­śli­zgowe ręka­wiczki bez pal­ców. Iden­ty­fi­ku­jący go poblask tele­fonu zamo­co­wa­nego na lewym przed­ra­mie­niu. Wiel­kie oczy utkwione w zauł­kach, dra­bi­nach poża­ro­wych, gzym­sach. Wpa­trzony w Nagrodę. I tak oto przej­dzie ci koło nosa, szep­cze Łaska w zaka­mar­kach jego serca.

Pełną parą zde­rza się z Fin­nem. Prze­wra­cają się na ulicę.

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam! - Pomaga koli­ga­towi Fin­nowi wstać. Chwila dla ilu­zjo­ni­sty. - Nic się nie stało? O, to chyba pana tele­fon. - I sztuczka wyko­nana. - Naj­moc­niej prze­pra­szam.

Finn wsuwa tele­fon w pasek na ręce i bie­gnie dalej, ze wzro­kiem utkwio­nym w dachach mia­sta. Teraz finał.

Finn zerka na lewe przed­ra­mię, bo musi. Zerka raz jesz­cze. Wyciąga tele­fon, potrząsa nim.

Amon widzi, jak z chło­paka ula­tuje życie i nadzieja. Widzi, jak pada na kolana. Sły­szy coś, czego miał nadzieję już ni­gdy nie sły­szeć - wycie, jakby komuś wyry­wano kości z ciała. Oto dla miło­ści zro­bił naj­gor­szą rzecz w życiu.

***

Oddala się z miej­sca pod­mianki. Na skra­dzio­nym tele­fo­nie Finna łatwo namie­rza Nagrodę. Poobi­jane drzwi pro­wa­dzą na podwó­rze. Jest tu dra­binka poża­rowa. Oczy­wi­ście. Wspi­na­jąc się po niej na pła­ski dach, przy­po­mina sobie i wyłą­cza kra­dziony tele­fon. Dopeł­nić zbrodni. Za kil­koma metrami porzu­co­nych grilli i roz­bi­tych bute­lek wznosi się witra­żowa kopuła, zdo­biona w liście i gałę­zie niczym lampa od Tif­fany'ego. W czte­rech rogach dachu stoją smu­kłe meta­lowe kolumny, dwa razy wyż­sze od niego, każda zwień­czona meta­lową kulą wiel­ko­ści jego głowy. A pod sto­pami - czy to zawiłe wzory wytra­wione w dachu, czy hie­ro­glify z gołę­biego gówna?

Witraże są stare i tłu­ste od sadzy, kru­che po dzie­się­cio­le­ciach prze­pusz­cza­nia świa­tła. Zagląda. Pół­mrok i cie­nie. Siada oparty ple­cami o kopułę, czeka, aż dziew­czyna nad­bie­gnie długą, trudną drogą dyk­to­waną przez linię. Na tle sodo­wego nieba uno­szą się słupy dymu. Syreny, krzyki. Mia­sto war­czy, złe i krnąbrne. Heli­kop­tery odfru­nęły do cie­kaw­szych dziel­nic.

Na gzym­sie poja­wia się dłoń w ręka­wiczce. Potem druga. Pod­biega, żeby podać jej rękę.

Wpa­truje się w jego twarz. Jest wyczer­pana, oczy zapad­nięte, twarz pla­mi­sta od potu i kurzu, poła­mane paznok­cie.

- Jak?

- Znam inną drogę.

Bie­rze go za rękę i ostat­kiem sił gra­moli się na dach. Na widok szkla­nej kopuły spina wszyst­kie mię­śnie.

- O Boże. - Zamiera. - Czy ja... Czy on?

- Jemu się nie udało.

- Widzia­łeś go? Finna?

- Tele­fon mu... - Myśli o praw­dzie. Prawda i Łaska nie­ko­niecz­nie się kochają. - Tele­fon mu się roz­ła­do­wał.

- To ja wygry­wam - mówi ona po pro­stu, a ponie­waż te słowa jakoś słabo dzia­łają, powta­rza je, mówi je mia­stu, które nie zwraca uwagi.

Tele­fon na jej przed­ra­mie­niu wyświe­tla czte­ro­cy­frowy kod. Pochyla się i kręci bęben­kami skrytki szy­fro­wej obok kopuły. W środku jest kółko z dwoma klu­czami. Jed­nym otwiera seg­ment kopuły, odchyla go i wcho­dzi do środka.

- No chodź. Musisz to zoba­czyć. Po pro­stu musisz.

Rozdział 3

Meta­lowe schody skrę­cają w dół, do dużego salonu zaj­mu­ją­cego ostat­nie pię­tro budynku.

Na ścia­nach miesz­kają całe mito­lo­gie - bóstwa, duchy, dżiny łypią spo­mię­dzy liści, kwia­tów, owo­co­wych orgii i gniazd jaskrawo upie­rzo­nych pta­ków. Stwory z dzio­bami, gadzimi oczyma jak klej­noty, demony, wie­lo­ręcy pół­bo­go­wie, młoty, topory, bębny. Jarzące się błę­ki­tem korony i tiary z iskier, bran­so­lety na prze­gu­bach, pier­ście­nie mocy, owa moc prze­ska­ku­jąca łukami bły­ska­wic od boga do boga.

Przy­staje na spi­ral­nych scho­dach, ocza­ro­wany.

- Zeus, Indra, Astrape, Thor, Xolotl, Ptak Gromu, Set, Raijin. Tych sub­sa­ha­ryj­skich za bar­dzo nie znam.

- Frank Bran­gwyn1 - mówi młoda kobieta. Pstryka sze­re­giem kre­mo­wych bake­li­to­wych wyłącz­ni­ków, kru­szą­cych się ze sta­ro­ści. - Pry­watne zamó­wie­nie. To miej­sce jest naprawdę stare. One są dość cenne.

- To jest ta bez­cenna nagroda? - pyta.

- Nie - odpo­wiada dziew­czyna. - To.

Dru­gim klu­czem z kółka otwiera pokrywę w pod­ło­dze. Pod nią: prze­kład­nia. Pętla z łań­cu­cha bie­gnie od kół zęba­tych do bloczka w sufi­cie. Cią­gnie. Ogniwa grze­cho­czą na kołach, zęby kli­kają. Kołowy kształt pośrodku par­kietu roz­dziela się na trój­kąty. Zaokrą­glona meta­lowa kopuła wypy­cha je ku górze i na zewnątrz. On, na scho­dach, ści­ska poręcz w zachwy­cie i prze­stra­chu. Jakby gigan­tycz­nemu robo­towi-nisz­czy­cie­lowi miast ktoś domon­to­wał fiuta - tak wła­śnie wygląda ten pod­no­szący się z pod­łogi sta­lowy dzwon. Owalna gała unosi się, pod nią jest smu­kła kolumna.

- To? A czym jest "to"?

- Co, twe­edziaku, cewki Tesli nie widzia­łeś?

Nagle wśród buj­nej dżun­gli i biją­cych pio­ru­nów zauważa po wik­to­riań­sku sztyw­nego dżen­tel­mena, w wyso­kim koł­nie­rzyku, ele­gancko ufry­zo­wa­nego, z przy­strzy­żo­nym wąsem, chy­trym uśmiesz­kiem i bystrym spoj­rze­niem. Nikola Tesla, serb­ski mag elek­trycz­no­ści, naj­więk­szy spo­śród nich.

- Przy­daj się na coś - woła młoda kobieta. - Ta waj­cha tam. - Wska­zuje pod­bród­kiem. Ma ład­nie wska­zu­jący pod­bró­dek.

Naprze­ciwko łań­cu­cha w ścia­nie jest korba. Amon zbiega po żeliw­nych stop­niach. On kręci, ona cią­gnie. Dzieją się cuda. Wie­kowa maszy­ne­ria skrzypi, strząsa z sie­bie lata kurzu i nie­uży­wa­nia. Zenit kopuły otwiera się maleńką gwiazdką nocy. Mię­dzy meta­lo­wymi żebrami poja­wiają się prze­rwy. Powoli, z potwor­nym jazgo­tem, płatki roz­dzie­lają się i opusz­czają do salonu.

- To jest naprawdę! - prze­krzy­kuje hałas try­bów, szyn, łożysk. Zakrzy­wiony witra­żowy trój­kąt opusz­cza się przed jego twa­rzą.

- Naprawdę, twe­edziaku - odkrzy­kuje dziew­czyna. Cewka wznosi się ponad poziom sufitu. - Elek­tro­man­cja! Jak byłam mała, uwiel­bia­łam to miej­sce, ale wyszło tak, że tutaj tra­fił Finn, a ja do ciotki Mar­go­lis na Spi­tal­fields. Zawsze mu zazdro­ści­łam.

- Nie mam poję­cia, o czym ty mówisz! - krzy­czy on.

Kopuła się scho­wała. Cewka Tesli wysu­nęła się ponad poziom dachu. Młoda kobieta prze­rzuca sze­reg zasuw, aby ją zablo­ko­wać.

- Gotowy jesteś? Chcesz to zoba­czyć? - W jej oczach skrzą się bły­ska­wice.

Trze­cią ścianę pokry­wają kable i złą­cza, bez­piecz­niki i skrzynki roz­dziel­cze, a wszystko to zbiega się w jed­nym wiel­kim nożo­wym wyłącz­niku, auten­tycz­nie jak wyłącz­nik "daj­cie pio­runy na tę trumnę" z fil­mów z potwo­rami i baro­nem Frank­fur­ter­kiem, z czer­woną ręko­je­ścią. I ona go prze­rzuca. I unosi dło­nie do ust, zachwy­cona wła­sną śmia­ło­ścią. Budy­nek pul­suje mocą. Czoła wszyst­kich bogów, demo­nów, anio­łów i tesli na ścia­nach buzują ogniami świę­tego Elma.

Dziew­czyna pędzi po spi­ral­nych schod­kach. Na ple­cach pod­ska­kuje jej worek ze śmier­dzącą pianką. On, przy­ci­ska­jąc torbę do piersi, jakby bicie serca mogło nie dopu­ścić nisz­czą­cego chipy pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego, idzie za nią na dach. Muska dło­nią poręcz i poję­kuje, użą­dlony przez małą bły­ska­wicę.

- To sza­leń­stwo! - woła do dziew­czyny.

- Naj­więk­sze na świe­cie! - odkrzy­kuje ona przez bucze­nie prądu.

Cewka Tesli eks­plo­duje pio­ru­nami. Bia­ło­błę­kitne palce pla­zmy prze­ska­kują na kolumnę w połu­dniowo-wschod­nim naroż­niku dachu. Łukowe świa­tło parzy w siat­kówki. Pio­run prze­ska­kuje z meta­lo­wej kuli na meta­lową kulę, tań­czy, drga, znaj­duje w powie­trzu nowe drogi, ani przez chwilę nie sto­jąc w miej­scu. On stoi z zapar­tym tchem, zachwy­cony, roz­ra­do­wany, w alta­nie z bły­ska­wic. Zabłą­kana iskra mogłaby go spa­lić na popiół. Nie dba o to. Jest węglo­wym robacz­kiem, triadą w wiecz­no­ści. Dziew­czyna tkwi w eks­ta­zie, uko­ro­no­wana elek­trycz­nym ogniem.

- Kim ty jesteś? - krzy­czy.

Ona roz­kłada ręce, jak Anioł Tesli doma­ga­jący się od mia­sta czci.

- Jestem Raisa Peri Anta­res Hope­land!

Prze­chod­nie na Car­li­sle Street zatrzy­mują się i zadzie­rają głowy, na Soho Squ­are hamują samo­chody. Rik­sze stają, ich pasa­że­ro­wie wysia­dają, aby się poga­pić.

- Może trzeba... - mówi. - Bo poli­cja...

- Jesz­cze nie - odpo­wiada Raisa Peri Anta­res Hope­land. Wszy­scy bogo­wie burz się zga­dzają. Pysz­nie jest wła­dać gro­mem. Prze­cho­dzi na wschod­nią stronę dachu, od Soho Squ­are. - Oni muszą... O! Jest! O rany, patrz!

Na pół­noc­nym wscho­dzie, pomię­dzy wie­żow­cami City of Lon­don migo­cze bły­ska­wica.

Włosy stają mu dęba, skóra na gło­wie zaczyna mro­wić. Zachwyt, czy­sty i pier­wotny. Wywo­łała stam­tąd coś przed­wiecz­nego i potęż­nego, coś, co długo spało, a teraz zbu­dziło się czujne, dzi­kie, nie­okieł­znane.

- Iskro­ma­go­wie mnie uznają - mówi Raisa Peri Anta­res Hope­land. - Jestem Elek­tro­man­cerką. - Jej ciemna skóra lśni elek­trycz­nym indygo; policzki, oczo­doły, włosy jarzą się ogni­kami. Nad dachem prze­la­tuje z ter­ko­tem heli­kop­ter, zawraca nad Soho Squ­are. - Trzeba to już wyłą­czyć. Zwra­cam na sie­bie uwagę.

Scho­dzi do gabi­netu Elek­tro­man­cera pomię­dzy spi­ra­lami ogni świę­tego Elma, które prze­ska­kują w górę i w dół wzdłuż porę­czy krę­co­nych scho­dów. Bły­ska­wica gaśnie. Szczę­kają łań­cu­chy, cewka się opusz­cza. On czuje się zmro­żony i bez­bronny. Ener­gia, która wysłała go na dachy Soho po psy­cho­ge­ogra­ficz­nych liniach mocy, odpły­nęła do ziemi. Nocne marki i cie­kaw­skie uliczne łazęgi wzna­wiają swoje wędrówki, wszy­scy oprócz jed­nego, który zostaje, gdy reszta gapiów znik­nęła; wysoki, atle­tyczny młody czło­wiek w spor­to­wej koszulce, leg­gin­sach, pod­ko­la­nów­kach. Zadziera głowę. Amon patrzy, jak odwraca się, idzie, pusz­cza się bie­giem, znika w mie­ście.

Śmi­gło­wiec wznosi się pro­sto w górę, skręca i leci na wschód.

***

W wiel­kim salo­nie jej nie ma. Szuka jej po kory­ta­rzach i na niż­szym pię­trze tego miesz­ka­nia, które wygląda na więk­sze, niż pozwala cza­so­prze­strzeń. Sły­szy dźwięk pusz­czo­nej wody. Świa­tło za uchy­lo­nymi drzwiami łazienki. Na kafel­kach spor­towe ubra­nie, buty do wspi­naczki, grube skar­pety. Pianka do nur­ko­wa­nia to zrzu­cona neo­pre­nowa skóra sel­kie. Serce mu pod­ska­kuje z pod­nie­ce­nia - zawsze chciał mieć takie życie, w któ­rym zakłada się pianki.

- Mogę gdzieś tu się prze­spać? - krzy­czy przez men­tol, lawendę i odgłosy drob­nej pry­wat­nej przy­jem­no­ści, jakie ludzie wydają pod bie­żącą wodą, ostat­nim wspo­mnie­niem mokrego łona. - Bo, ten... ja mia­łem dzi­siaj być w klu­bie.

- Pew­nie. Tu jest masa łóżek.

- Amon Bri­ght­bo­urne - woła z kory­ta­rza. - Ja. Jestem. Amon. Bri­ght­bo­urne.

Ona śpiewa Back to Black. Amon wraca po swo­ich kro­kach do scho­dów i namie­rza sypial­nię, która naj­mniej zala­tuje sta­rymi ludźmi. Przy zie­lo­nym świe­tle lampy ban­kier­skiej przy łóżku przy­pa­truje się histo­rii wiszą­cej w ram­kach na ścia­nach, jak egip­to­log odcy­fro­wu­jący dyna­styczne drzewa. Miesz­kał tu arty­sta estra­dowy. Afi­sze z Pal­la­dium i Hack­ney Empire; główne gwiazdy obwiesz­czone 96-punk­to­wym Play­bil­lem, a wśród 36-punk­to­wych pozy­cji tre­so­wane psy, komik-żon­gler oraz sir Kara­ge­orge, Elek­try­cerz. Uśmiech­nięty puco­ło­waty facet, ubrany w kol­czugę i kap­tur. Ma mały teslow­ski wąsik.

Potem zdję­cia - Elek­try­cerz w mięk­kim, ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, z pięk­nie zawią­za­nym kra­wa­tem, spin­kami, pozu­jący z innymi przed­po­to­po­wymi arty­stami. Drob­niutka śpie­waczka, wyglą­da­jąca jak nauczy­cielka z pod­sta­wówki, we wspa­nia­łej sukni empire z lat pięć­dzie­sią­tych. Inna kobieta, wyż­sza, bar­dziej pstro­kata, w fan­ta­stycz­nym stroju balet­nicy, z wyso­kim jak ul kokiem. Sta­rzy komicy - jeden łysie­jący, w rogo­wych oku­la­rach, obok drugi, mniej­szy, szpa­ko­waty. Wysoki typ o twa­rzy gang­stera, w fezie. Kolejny, w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym i ugrzecz­nio­nym fil­co­wym kape­lu­szu, z rysami, które nale­ża­łoby prze­prać i prze­pra­so­wać. Gir­la­ski w ręka­wicz­kach, srebr­nych koza­kach, z pió­rami. Sce­niczne reflek­tory pod­świe­tla­jące iskrę prze­ska­ku­jącą z cewki na grot lancy. Bły­ska­wice pomię­dzy kol­czymi ręka­wi­cami. Scena pełna łuków strze­la­ją­cych mię­dzy dwiema cew­kami. Fotosy z cze­goś, co wygląda jak stu­dio tele­wi­zyjne z pio­sen­ka­rzami z lat sześć­dzie­sią­tych. Amon roz­po­znaje Cliffa Richarda, bo jego matka cią­gle wie­rzy, że uśmiech­nął się do niej z ekranu tele­wi­zora. Młody i świeży Bruce For­syth z cywi­lami o wystra­szo­nych minach, w czymś, co wygląda jak tele­tur­niej. Potem znów scena - z zespo­łami roc­ko­wymi. Tu Elek­try­cerz, star­szy, z ele­ganc­kim posi­wia­łym wąsi­kiem, z kimś prze­bra­nym za wielki kwiat; tu z Ozzym Osbo­urne'em szcze­rzą­cym zęby, wytrzesz­cza­ją­cym oczy i ukła­da­ją­cym palce w różne kształty; tu na wyso­kiej estra­dzie, pusz­cza­jący iskry gołej elek­trycz­no­ści ponad roc­ko­wym trio z chu­der­la­wym, dłu­go­wło­sym basi­stą i bęb­nia­rzem-mię­śnia­kiem za naj­więk­szym zesta­wem per­ku­syj­nym, jaki Amon w życiu widział. Rick Wake­man w srebr­nej pele­ry­nie za bate­rią syn­te­za­to­rów, z ryce­rzami w zbro­jach na lodzie. Potem już tylko pusta ściana.

Prze­ście­ra­dło budzi w Amo­nie Bri­ght­bo­urne odrazę, więc kła­dzie się na koł­drze. Nad łóż­kiem wisi małe i dziwne urzą­dzonko - kon­cen­tryczne pier­ście­nie żyro­skopu na cien­kim srebr­nym łań­cuszku. W środku swo­bod­nie obraca się lusterko wiel­ko­ści pię­cio­pen­sówki. Nie ma poję­cia, co to takiego, ale nie ema­nuje żadną złą aurą, a kręci się przy naj­lżej­szym dmuch­nię­ciu, więc uznaje to za amu­let.

Co chwilę budzą go wyima­gi­no­wane kroki w kory­ta­rzu. Jej ni­gdy tam nie ma. Bra­kuje mu odwagi, by pójść jej poszu­kać, jesz­cze by się oka­zało, że jej tu ni­gdy nie było i cała ta magiczna noc roz­sy­pie się w proch. Kiedy Amon Bri­ght­bo­urne zapada w ner­wowy sen, Lon­dyn pło­nie. Nasto­let­nie chło­paki biją się na kory­ta­rzach i w pocze­kal­niach szpi­tala King's Col­lege. Roz­sza­bro­wano sklep elek­tryczny Bri­xton Cur­rys. A oto czaszka zabi­tego Tesco. Na Wool­wich pali się pub Great Harry. Demon­stranci jego wła­snym popio­łem piszą mu hasła na ścia­nach. Śmi­głowce, psy, pło­nące samo­chody. Pianka tapi­cer­ska daje taki piękny pło­mień. Budzi się w środku nocy, spa­ra­li­żo­wany, nie wie, gdzie jest, prze­ko­nany, że stało się coś strasz­nego i waż­nego i że kiedy zrobi się jasno, ujrzy odmie­niony, cał­kiem odmie­niony świat. Spa­dła na niego miłość.

I ten ranek rze­czy­wi­ście nad­cho­dzi, i on woła ją - tym peł­nym, absur­dal­nie dłu­gim i cudow­nym imie­niem-nazwi­skiem - a nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi, raz jesz­cze prze­szu­kuje miesz­ka­nie. Nie ma jej. Czaj­nik jest cie­pły, wyszła chwilę temu i to go pocie­sza, kiedy robi sobie roz­pusz­czalną neskę ze sło­ika na łusz­czą­cym się bla­cie w pożół­kłej mela­mi­no­wej kuchni. Wcho­dzi na górę do stu­dia elek­tro­man­tycz­nego. Scho­wała cewkę. Pośrodku klapy w pod­ło­dze poło­żyła kar­teczkę. Na niej - mapa, adres, data za cztery dni i słowa: "Przyjdź fona ode­brać".

Rozdział 4

Sły­szy muzykę z dru­giej strony parku Wand­sworth Com­mon, Tro­jan dub, bit ponad sapa­niem bie­ga­czy i jękiem pocią­gów metra w wyko­pie. Wcze­sno­je­sienne liście sypią się na ścieżki, powie­trze wydaje się brudne i tłu­ste, przy­pró­szone zło­ścią i dymem z lon­dyń­skiego ataku furii, który zwija się teraz do snu jak wąż. Amon Bri­ght­bo­urne przy­śpie­sza kroku. Praca skoń­czona, jest wolny.

Cztery świty. Cztery sesje pomię­dzy sank­tu­arium Kara­ge­orge'a Elek­try­ce­rza a teraz.

Sho­re­ditch, piąta rano. Pierw­sza jaśniej­sza sza­rość. Wyso­kie okna maga­zy­no­wego pod­da­sza otwarte sze­roko, ludzie opici ran­kiem. Cichut­kie, zmie­nia­jące wyso­kość jękliwe bła­ga­nia jego muzyki roz­bie­gają im się mię­dzy nogami. Czy już wyśnił swoją noc bły­ska­wic? Dostaje kanapę do spa­nia, wi-fi do pod­pię­cia się i zapro­sze­nie na sesję na kolej­nej zamknię­tej impre­zie.

Stoke Newing­ton, opusz­czona hur­tow­nia papier­ni­cza, zabez­pie­cza­jące bla­chy otwarte przy uży­ciu szli­fie­rek kąto­wych, kiedy oczy poli­cji zwró­cone były na Panów Roz­ru­chów. Amon jest zbyt młody, by pamię­tać złote lata rave'u - to był ter­roir jego ojca - ale takie rze­czy zata­czają kręgi. "Nie da się do tego tań­czyć", krzy­czeli. Tylko że się da.

Croy­don, Lon­dyn tnący się po wła­snych ramio­nach. Prze­my­ka­nie wśród zamia­ta­nych wia­trem popio­łów, żarzą­cych się szkie­le­tów i sprę­żyn roz­sza­bro­wa­nych kanap, do wyso­kiego szkla­nego apar­ta­mentu, żeby grać dla kil­ku­na­stu bana­no­wych dzie­cia­ków w bez­prze­wo­do­wych słu­chaw­kach. Ni­gdy nie odkryją, że nie wygi­nają się do tego samego bitu.

Rother­hi­the, na śnia­da­nie, potem gdzieś, gdzie można będzie spę­dzić nie­dzielę, aż przyj­dzie pora ponow­nego spo­tka­nia z Raisą na Wand­sworth. Google zna wszyst­kie numery na Dorling Ave­nue oprócz 34a. Amon Bri­ght­bo­urne wycho­wał się w miej­scach, które nie chciały wid­nieć na mapach, nie może jed­nak wyzbyć się lęku, że ona użyła jego pod­stępu prze­ciwko niemu, taka skrza­cia zmyłka. Przyjdź fona odbierz, przyjdź daj się obro­bić. Przy­ci­ska­jąc torbę mocno do piersi, wycho­dzi przez zardze­wiałą i na stałe otwartą bramę parku na Dorling Ave­nue. Idzie pod pięk­nymi pla­ta­nami. Wiel­kie wik­to­riań­skie sze­re­gówki bez­tro­sko zioną roz­pa­dem, stare toyoty i poobi­jany kom­biak volvo par­kują w poło­wie na chod­niku, na balu­stra­dach wiszą rowery, w rynsz­to­kach walają się sty­ro­pia­nowe tacki po żar­ciu. Prze­cho­dzi obok numeru 33. Numer 35. Cofa się. 35, 33. Nie ma mię­dzy nimi miej­sca na numer 34, a co dopiero 34a.

- Co tam, kolego? - woła czarna twarz zza kie­row­nicy forda focusa, fur­go­netki. Chudy biały towa­rzysz szcze­rzy zęby z wysie­dzia­nego fotela pasa­żera.

- Pró­buję zna­leźć Dorling Ave­nue trzy­dzie­ści cztery a.

- Wybie­rasz się na Ugwież­dże­nie?

- Szu­kam Raisy Peri Anta­res Hope­land.

- Czyli się wybie­rasz. - Typ się roz­pro­mie­nia. - No, tego się za cho­lerę nie da zna­leźć, jak się wcze­śniej nie było. Bym cię pod­wiózł, ale to jest dosłow­nie koniec drogi.

Fur­go­netka skręca w zaułek na końcu sze­regu domów. Dwaj męż­czyźni cze­kają pod zie­lo­nymi podwój­nymi drzwiami. Amon sły­szy głosy, czuje dym z grilla. Zalewa go dubowy rytm. Ele­gancka cera­miczna tabliczka przy drzwiach obwiesz­cza: "34a".

- Bo rozu­miesz, to nie jest od przodu. Jest z tyłu. Wszyst­kiego.

Kie­rowca wstu­kuje cyferki, zie­lone drzwi się otwie­rają. Amon Bri­ght­bo­urne wcho­dzi do raju.

Para­di­sus. Pairi Daesa. Po sta­ro­irań­sku, miej­sce oto­czone murem. Przez aka­dyj­ski i ela­micki do greki - para­de­isos i łaciny - para­di­sus. Przy­by­tek roz­ko­szy to ogród za murem. Raj Mil­tona był za murem. Ogród Roz­ko­szy Ziem­skich Boscha był obra­miony z obu stron przez stwo­rze­nie i potę­pie­nie. Na jakimś teo­lo­gicz­nym roz­jeź­dzie raj prze­je­chał ze świata natu­ral­nego do nadnatu­ral­nego. Para­di­sus stał się nie­bem, nie­skoń­czo­nym, choć ogra­ni­czo­nym. I szedł coraz wyżej i coraz dalej; Aslan wcią­gał rodzinę Peven­siech z ruin Narnii do kolej­nych nieb, coraz więk­szych i bar­dziej raj­skich niż to, w któ­rym się zawie­rały.

Amon Bri­ght­bo­urne stoi w wiel­kim ogro­dzie strze­żo­nym ze wszyst­kich stron przez domy. Pla­cyki, traw­niki, patia, tarasy. Ścieżki z uło­żo­nych w jodełkę omsza­łych cegieł pro­wa­dzą do drob­nych zie­lo­nych roz­ko­szy - nawie­dzo­nych przez Bud­dów, tajem­nych sola­riów, maleń­kich amfi­te­atrzy­ków, wynie­sio­nych grzą­dek warzyw­nych, win­nicy na tre­ja­żach, alta­nek, bel­we­de­rów i osmań­skich kanap wokół pale­nisk. Prze­my­kają kury. Grzmiący dub dudni z drew­nia­nego pode­stu na dru­gim końcu ogrodu, za gałę­ziami trzech drzew limon­ko­wych pośrodku. Pomię­dzy ich pniami roz­pięto jedno- i dwu­oso­bowe hamaki, a ich gałę­zie pełne są budek dla pta­ków, budek dla nie­to­pe­rzy, wia­tro­wych dzwon­ków i roz­ma­itych krę­cą­cych się i poły­sku­ją­cych ozdó­bek. Woda, albo­wiem nie ma raju bez wody: zagaj­ni­czek na cześć ogro­do­wego bóstwa z hała­śliwą fon­tanną, przy­kryty siatką sta­wik z kar­piami zbu­do­wany z kole­jo­wych pod­kła­dów; plus, jesz­cze przy­jem­niej­sze ogro­dowe jacuzzi i dmu­chane base­niki. Na traw­niku stoją dzie­cięce bramki do nogi i altanki z B&Q. Koce, poduszki, leżaki wyle­gują się na tra­wie.

W ogro­dzie jest tłoczno jak na dar­mo­wym festy­nie albo jed­nym z tych impro­wi­zo­wa­nych festi­wali, gdzie nie możesz się nadzi­wić, kto przy­szedł, a które potem umie­rają, kiedy ope­ra­to­rzy komór­kowi wcho­dzą ze swo­imi mar­kami i logo. Pił­kar­skie koszulki, krót­kie topy, piwne brzu­chy. Ostat­nio modne krótko obcięte szorty, leg­ginsy. Spodenki w kratę, sari i gar­ni­tury. Stopy w japon­kach. Absur­dalne i piękne szpilki. Różny wiek i różna skóra. Czarna, cza­sem biała, w więk­szo­ści taka i taka. Jak ona.

Dzieci.

Dla­tego raj jest lep­szy niż niebo - w nie­bie nie ma dzieci. A tu są - głosy, kolory, ruchy, bez­ru­chy i nagło­ści, goni­twy po cegla­nych ścież­kach, kopa­nie przed­mio­tów i rzu­ca­nie przed­mio­tami, krzyki, bicie, sku­pie­nie na wła­snych pry­wat­nych tań­cach do dubo­wego bitu, pod­ska­ki­wa­nie, pokrzy­ki­wa­nie z czy­stej rado­ści pod stru­mie­niem wody z węża. Rowerki, piłki, śnia­da­niówki z Dorą, co poznaje świat, wdep­tane w murawę zabawki z Happy Meala - bole­sne miny dla bosych stóp - lalki, Trans­for­mersy, człon­ko­wie Sylva­nian Fami­lies.

Jest i domek na drze­wie, a jakże. Oto­czone porę­czami pode­sty, dra­binki, schodki. Przez liście miga mu błę­kit, jak zimo­ro­dek, jak wiecz­ność. Blue jak akord e7-moll. Błę­kit i czer­wień serca.

Kie­rowca fur­go­netki kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

- Zaraz cię tu ogar­niemy, kolego. Jacob Sirius. A to jest Deme­trios Dene­bola.

Jeden spory, drugi nie­duży, pro­wa­dzą Amona po cha­otycz­nej kostce bru­ko­wej, deskach i pode­stach do pod­nóża domku na drze­wie. Ten zimo­rod­kowy błę­kit to suk­nia, czer­wień - raj­stopy i nie­praw­do­po­dob­nie kolo­ry­stycz­nie dopa­so­wane buty. Rubi­nowe pan­to­felki.

- E! - drze się Jacob. - Raisa! Ktoś do cie­bie!

Błę­kit i czer­wień trze­po­czą, liście się roz­chy­lają i ona patrzy na niego z góry, znad drew­nia­nej porę­czy.

Rozdział 5

Pod­parta rękami w talii swo­jej naj­lep­szej-ulu­bio­nej-jedy­nej sukienki, patrzy z pierw­szego poziomu domku na wycze­ki­wa­nego gościa. Wokół dudni i prze­wala się Ugwież­dże­nie.

- Widzę, że dalej w twe­edzie.

- Amon - jąka się. - Nazy­wam się Amon Bri­ght­bo­urne.

I dalej taki chudy. Dalej wiel­ko­oki. Znów woła do niej z dołu. W ogóle zmie­niał ubra­nie? Ma jakieś inne ubra­nie? Jadł coś? Raisa zrzuca dra­binkę sznu­rową nr 3 i scho­dzi. Tylko Hope­lan­do­wie, któ­rzy wycho­wali się z tyłu wszyst­kiego, potra­fią to robić w szpil­kach.

- Masz mój tele­fon - przy­po­mina jej.

Zapra­sza go gestem. No chodź. Piwo mieszka w base­niku, w któ­rym pływa topiący się lód. Otwiera mu red stripa i wtyka butelkę do ręki.

- Kiedy ostatni raz jadłeś? U Kara­ge­orge'a, co?

Idą do sto­łów na obrzeżu ogrodu, gdzie z zie­leni wyła­niają się podwó­rza i patia. Raisa bie­rze samosę od kara­ib­skiej kobiety w śred­nim wieku, koli­gatki Patience, przy sto­liku zasta­wio­nym górą sma­żo­nych trój­ką­tów. Na domu za nią jest tabliczka: "34a".

- Jedz.

Pochła­nia samosę jak ktoś, kto nie widział jedze­nia od czte­rech dni. Obsy­puje tłu­stymi płat­kami cia­sta cały przód tej słod­kiej twe­edo­wej mary­narki.

Wytrzesz­cza oczy, czu­jąc atak chili, potem marsz­czy się z powro­tem.

- To foie gras?

Koli­gatka Patience uśmie­cha się sze­roko.

- Łoży­sko.

Przy kolej­nej ogro­do­wej kuchni, kolejna tabliczka "34a". Dwie młode kobiety w szal­war kami­zach z Ogni­ska Bri­stol ofe­rują złote pakory na papie­ro­wej ser­wetce.

- To też z łoży­skiem?

- O pew­nie - odpo­wiada star­sza.

Pro­wa­dzi go na trze­cie patio, do trze­ciej tabliczki "34a" i trze­ciego sto­lika, obsa­dzo­nego przez chu­dego jak bły­ska­wica mło­dego koli­gata, ofe­ru­ją­cego pla­sterki bagietki grubo posma­ro­wa­nej pasz­te­tem.

- Dobrze myślę, że to też z łoży­ska? - pyta Amon Bri­ght­bo­urne.

Zaczyna łapać.

- Dobrze.

Amon je, kiwa głową.

- Z szał­wią?

Młody się roz­pro­mie­nia.

- Ide­alna do podro­bów.

- Tu wszystko jest z łoży­ska? - pyta.

Skoń­czyło mu się piwo. Raisa pro­wa­dzi go wokół bam­bu­so­wego para­wanu i przez zmarszczkę cza­so­prze­strzeni, któ­rej nie roz­k­mi­niła przez tyle lat miesz­ka­nia tutaj, i już są z powro­tem przy base­nie z piwem.

- No wiesz, mamy Ugwież­dże­nie, a to jest duży organ - mówi, wkła­da­jąc mu w dłoń kolejną butelkę piwa. - Jest jesz­cze grill. I jak zawsze tort.

- Tort - powta­rza Amon Bri­ght­bo­urne. Podą­żają inną drogą przez para­wan z bam­busa i już są po dru­giej stro­nie ogrodu, gdzie nad gril­lem z beczki po ropie skwier­czą metro­wej dłu­go­ści szpi­kulce. - Jak to się...

Śliczny jest, taki zacu­kany. Grupka zgro­ma­dziła się wokół dwóch face­tów kuca­ją­cych pod mar­kizą - koli­gata Marca i koli­gata Pat­ter­sona. Raisa ni­gdy za nimi nie prze­pa­dała. Cią­gle kom­bi­nują coś podej­rza­nego. Pod nogami mają pudełka z butami spor­to­wymi. Każde ma naklejkę z Foot Loc­kera. Pie­nią­dze kur­sują tak prędko, jak nadą­żają za nimi ręce.

- W fur­go­netce mamy xboksy i tele­wi­zory - woła star­szy z nich, bez­włosy, z twa­rzą jak wredny mup­pet. - Bierz­cie, będzie na Euro 2012 i olim­piadę.

- Czy oni obro­bili... - zaczyna Amon.

Raisa przy­tyka palec do jego ust.

- Nie chcesz, nie kupuj.

Z traw­nika dobie­gają to ciche, to gło­śne pokrzy­ki­wa­nia bawią­cych się dzieci i głu­chy plask za mocno napom­po­wa­nej piłki do nogi. Nasto­lat­ko­wie poka­zują sobie rze­czy na tele­fo­nach. Sta­rzy śmieją się na tury­stycz­nych krze­seł­kach, z kie­lisz­kami wina prze­chy­la­ją­cymi się groź­nie w otwo­rach na napoje w pod­ło­kiet­ni­kach. Nazwi­ska, powi­ta­nia.

- Każdy tu to koli­gat?

- I gwiazda.

Spi­ral­nym torem pro­wa­dzi go z powro­tem do basenu z piwem, który w ogóle nie wydaje się opróż­niać. W obu­do­wa­nym Bud­dami sercu ogro­do­wego labi­ryn­ciku ktoś pro­po­nuje jej buszka. Zaciąga się mocno, kaszle. Ni­gdy za była za bar­dzo tra­wia­sta. On prze­ga­nia dym dło­nią. Na moment sia­dają na ogro­do­wej kana­pie wśród ludzi, któ­rzy wydają się pra­co­wać w mediach i wła­śnie zasta­na­wiają się, czy zamieszki zwia­stują koniec świata, koniec nie­win­no­ści, koniec klasy śred­niej czy triumf klasy śred­niej. Wszy­scy zga­dzają się, że upłyn­nia­nie kra­dzio­nego sprzętu na Ugwież­dże­niu jest w złym guście, choć ceny xbok­sów są bar­dzo kuszące.

- To też gwiazdy?

- Wszy­scy są tu gwiaz­dami.

- Czym w takim razie jest to Ugwież­dże­nie?

Powinna prze­stać się z nim tak draż­nić, okrę­cać go tym wszyst­kim jak paję­czyną. Dzi­siaj nie można jej odmó­wić niczego. Dziś jest naj­ja­śniej­szą gwiazdą wśród Ema­na­cji. Iskro­ma­giem Wiel­kiej Cewki Soho. Ponow­nie przy­tyka palec do jego ust.

- Muszę iść. Się przy­go­to­wać.

- Co?

- Na Ugwież­dże­nie.

- Nie zosta­wiaj mnie tu.

- Nie­ważne, co ci pod­su­wają, zga­dzaj się. Lisi się tobą zaopie­kuje.

- Lisi? A ty dalej masz mój tele­fon, czy nie? - woła Amon, gdy ona odcho­dzi w inną fałdę cza­so­prze­strzeni ogrodu.

***

Ktoś wyj­muje mu butelkę z dłoni. Przed nim, mru­żąc oczy i patrząc na niego z dołu, stoi dziecko, dzie­się­cio- lub jede­na­sto­let­nie, zie­lo­no­okie, brą­zo­wo­skóre, buj­no­włose. Nie­bie­skie paski kremu z fil­trem pod­kre­ślają kości policz­kowe. Amon ma trud­no­ści z okre­śle­niem płci, podej­muje arbi­tralną decy­zję. Kim ona jest, skąd się wzięła?

- No chodź.

Dziew­czynka jest szybka i spraw­nie wta­pia się w tłum. Amo­nowi udaje się jej nie zgu­bić. Tak jak ten dom na Soho, ogród na Wand­sworth wydaje się więk­szy niż dostępne mu miej­sce. Ocie­niony gaj figowy. Pale­ni­sko, które mogłoby też robić za pod­ręczną świą­ty­nię. Trze­po­cząca pali­sada z pro­por­ców i ręka­wów wia­tro­wych. Doga­nia dziecko przy rabat­kach warzyw­nych.

- Kim dokład­nie jesteś?

- Jestem dokład­nie Lisi Priyą Sirius Hope­land - mówi dziecko. - Teraz chodź już.

Impreza - rave, pro­test, wiec, sabat? - wydaje się spły­wać ku pół­noc­nemu brze­gowi raju.

- Raisa to... twoja sio­stra? - waha się Amon. - Matka?

Dziecko rzuca mu takie spoj­rze­nie, że świat sta­nąłby w miej­scu na orbi­cie.

- Raisa to moja koli­gatka.

- Jak... Finn? - ryzy­kuje Amon.

- Finn to też koli­gat - odpo­wiada dziecko. Amon nie robi się od tego bar­dziej oświe­cony. - On jest Soho, ja i Raisa - Spi­tal­fields. Teraz chodź już. Zaraz zacznie się Ugwież­dże­nie.

Amon sta­wia opór cią­gną­cej go dłoni.

- Czemu nikt mi nie chce powie­dzieć, czym jest to Ugwież­dże­nie?

Lisi znów marsz­czy czoło. To jej naj­bar­dziej wyra­zi­sta mina.

- Ty nie jesteś Hope­lan­dem, co?

Pro­wa­dzi go przez mar­chewkę i kuku­ry­dzę pod scenę, gdzie zbiera się tłum. Cią­gnie do chu­dej kobiety po pięć­dzie­siątce w powiew­nej sukience, cie­li­stych leg­gin­sach do pół łydki i z masą metalu wokół prze­gu­bów, kostek i twa­rzy.

- To jest ciotka Mar­go­lis - mówi Lisi. Kobieta wyciąga do Amona rękę. Łaska pod­po­wiada mu, żeby dotknął wycią­gnię­tych pal­ców i skło­nił głowę. Kobieta uśmie­cha się, urze­czona. - Wielka Trans­for­ma­torka Obrządku Elek­tro­man­ce­rów - cią­gnie Lisi. - Moja opie­kunka. Tak jakby.

- Amon...

- My cię znamy - mówi ciotka Mar­go­lis. - Raisa nam wszystko powie­działa.

Dubowy DJ koń­czy swój set. Na scenę wycho­dzi chuda nasto­latka, wyciąga z fute­rału gitarę elek­tryczną, zarzuca pasek na szyję, prze­ska­kuje fla­żo­le­tami tam i z powro­tem po gry­fie.

- Przyj­dziesz jutro na Spi­tal­fields? - pyta Mar­go­lis. - Prze­pro­wa­dzamy się. Tro­chę z tym koro­wo­dów. Bądź trzeźwy. Kac i wyso­kie napię­cie się nie lubią.

Gita­rzystka gra cztery grzmiące akordy E-dur.

- Zaczyna się - mówi Lisi. - Ty powi­nie­neś być z przodu.

Gitara ponow­nie przy­zywa ludzi. Amon roz­gląda się. Zgu­bił ciotkę Mar­go­lis, sym­pa­tycz­nego Jacoba, wid­mo­wego Deme­triosa. Lisi cią­gnie go pod samą scenę. Gitara wzywa trzeci raz. Tak bli­sko kolumn dźwięk jest fizyczny, nama­calny.

- To jest Ugwież­dże­nie? - prze­krzy­kuje pogłos.

- Tak, Amon - odpo­wiada Lisi.

- Sły­szy­cie mnie? - krzy­czy dubowy DJ do bez­prze­wo­do­wego mikro­fonu.

I ludzie odkrzy­kują:

- Taaa!

- Pytam: sły­szy­cie?

Jesz­cze raz: "Taaaa!", z więk­szym przy­tu­pem.

- Witamy miłe gwiazdy. To wielki dzień! Nowa gwiazda! - Jesz­cze więk­szy wiwat. - Za moment nadamy imię naszej nowej gwieź­dzie, ale teraz cieszmy się! Raiso Peri Anta­res, gwiazdo! Na scenę!

Gita­rzystka ponow­nie wydo­bywa z instru­mentu fan­farę. Ryk tłumu wynosi Raisę zza sceny, w bły­sku czer­wieni i błę­kitu. Unosi ręce, jak pił­karz, który zdo­był puchar.

- Raiso Peri Anta­res, mam dla cie­bie nowe imię! - woła MC. - Odtąd, w obec­no­ści ludu Hope­land, zosta­jesz Raisą Peri Anta­res Iskro­ma­giem Spi­tal­fields, straż­niczką Wiel­kiej Cewki Soho!

I Amon Bri­ght­bo­urne łapie się na tym, że ryczy razem z zebra­nymi Hope­lan­dami. Raisa cho­dzi po prze­dzie sceny, kła­nia się, wyma­chuje pię­ścią, posyła całusy. Pro­mie­nieje. Elek­try­zuje.

- Któ­re­goś dnia to będę ja - krzy­czy Lisi. - Jestem następna do... - Prze­rywa.

Tłum milk­nie w ułamku sekundy. Gita­rzystka ucina pogłos. Na sce­nie jest Finn - skąd, jak, nikt nie wie. Jest ubrany w obci­sły szary gar­ni­tur, z przy­krót­kimi nogaw­kami i ręka­wami. Biała koszula z trzema roz­pię­tymi guzi­kami, buty z czu­bami. Nie­ogo­lony, włosy zwią­zane z tyłu. Wyrywa kon­fe­ran­sje­rowi mikro­fon.

- Czy jest tu Amon Bri­ght­bo­urne? - pyta. - Sły­sza­łem, że był zapro­szony.

- Finn - mówi Raisa.

Finn widzi Amona w pierw­szym rzę­dzie.

- Masz coś mojego. A ja mam coś, ale nie two­jego. - Wyj­muje z wewnętrz­nej kie­szeni tele­fon Raisy, unosi go wysoko. - Czyż nie? - Wbija w Amona dra­pieżne spoj­rze­nie. - Czyż nie?

Nastę­puje sprzę­że­nie, tłum się krzywi, Jacob wska­kuje na scenę, Deme­trios za nim.

- Ejże, koli­ga­cie, cze­kaj no, cze­kaj, cze­kaj - mówi Jacob.

Jest o głowę niż­szy od Finna, lecz nikt w raj­skim ogro­dzie przy Dorling Ave­nue 34a nie wątpi, że spro­wo­ko­wany, mógłby zmiaż­dżyć w swych pię­ściach całe wszech­światy.

- Dzieci tu są. Rozu­miesz? Dzieci. - Celuje pal­cem w Raisę, która już miała coś powie­dzieć, lecz teraz cofa się o krok.

Deme­trios jest tuż za Jaco­bem.

- To jest Ugwież­dże­nie, koli­ga­cie. Rozu­miesz?

Jacob deli­kat­nie wyj­muje Fin­nowi z dłoni bez­prze­wo­dowy mikro­fon. Ten krzywi się, kła­dzie na sce­nie tele­fon Raisy i wycho­dzi. Tłum roz­suwa się przed nim jak pył.

- No dobra, przy­po­mnijmy sobie, po co się tu zebra­li­śmy - mówi Jacob.

Oddaje mikro­fon DJ-owi i kiwa na gita­rzystkę. Ta podej­muje pul­su­jące off-beatowe reg­gae. MC zaczyna cho­dzić po sce­nie.

- Gwiazdy, uwaga! - Tam i z powro­tem, pul­sa­cja, nie­równy bit. - Gwiazdy! - Gitara i MC zaga­niają koli­ga­tów pod scenę. - Pro­szę o świa­tło!

I Amon Bri­ght­bo­urne zostaje ośle­piony. Mruga nie­wi­dzą­cymi oczyma. Scenę i tłum roz­świe­tlają maleń­kie ruchome świa­tełka, jak dys­ko­te­kowa kula w peł­nym słońcu. W dłoni Raisy, Lisi, ciotki Mar­go­lis, wodzi­reja, gita­rzystki, Jacoba, Deme­triosa, w dło­niach wszyst­kich gości w całym ogro­dzie znaj­dują się krót­kie łań­cuszki, na któ­rych wiszą małe żyro­skopy. W środku obra­cają się lusterka. Takie samo urzą­dze­nie wisiało nad wil­got­nym łóż­kiem Amona w jaskini Elek­try­ce­rza. Napię­cie i złość Finna roz­pra­szają się w oka­mgnie­niu. Amon sły­szy, jak śpiewa powie­trze. Wszystko jest prze­peł­nione świa­tłem.

Na scenę wcho­dzi młoda kobieta z dziec­kiem w chu­ście. A, to twoje łoży­sko jadłem, uświa­da­mia sobie Amon, gdy cęt­ko­wane świa­tło pada na nią. Unosi nie­mowlę wysoko nad głowę. Owa­cja. Dziecko wierzga, ale nie pła­cze. Matka obcho­dzi z nim scenę, poka­zu­jąc go wszyst­kim krę­cą­cym luster­kami.

- Gwiazda! Rodzi się gwiazda! - woła kon­fe­ran­sjer.

Kolejna owa­cja.

- Gwiaz­do­zbio­rze Los, wscho­dzi Alde­ba­ran! Bierny, wraż­liwy, cie­pły. Nie­śmiały i dys­kretny, zawsze wie, co się dzieje, Alde­ba­rana się nie oszuka. To powier­nik rodzin­nych sekre­tów. Jesteś Kisi Kufuor Alde­ba­ran Hope­land.

Okla­ski, łzy. Gasną świa­tełka. Amon znów mruga. Lusterka na łań­cusz­kach zostają scho­wane. Kisi Kufuor Alde­ba­ran pła­cze.

- Co tu się wyda­rzyło? - pyta Amon.

Lisi prze­py­cha się, żeby powi­tać nowe dziecko. Odkrzy­kuje mu przez ramię:

- Mamy wła­sną reli­gię!

Rozdział 6

Kisi Kufuor Alde­ba­ran Hope­land śpi w zawi­niątku z kocy­ków w hamaku pod wie­lo­pię­tro­wym dom­kiem na drze­wie. Obro­towe lusterko wiel­ko­ści paznok­cia wisi na łań­cuszku nad jej twa­rzą i piąst­kami, łapiąc blask mia­sta prze­dzie­ra­jący się przez listo­wie i śmi­ga­jąc nim po jej zamknię­tych powie­kach. Dużo wyżej Amon Bri­ght­bo­urne i Raisa Hope­land cicho roz­ma­wiają. Ugwież­dże­nie skoń­czyło się tak późno, że jest już wcze­śnie. W innej sytu­acji hałas z pew­no­ścią ścią­gnąłby poli­cję, ale poli­cja ni­gdy nie zna­la­zła drogi pod numer 34a, a poza tym na impre­zie byli wszy­scy miesz­kańcy ulicy. Raisa sie­dzi z Amo­nem w swoim ulu­bio­nym miej­scu Ogni­ska: w naj­wyż­szym bocia­nim gnieź­dzie na dzio­bie świtu. Sty­kają się kola­nami.

- Pod­mie­ni­łeś tele­fony - mówi Raisa.

- Pod­mie­ni­łem. Dałem mu twój.

Raisa pro­stuje się na kana­pie.

- Nie do końca wiem, jak mam się z tym czuć.

- Chcia­łem, żebyś wygrała.

- Jesteś zbyt szczery.

Powinna być na niego wście­kła. Ale nie znaj­duje w sobie tej wście­kło­ści. To jak wście­kać się na psa, który zjadł twój tort na Ugwież­dże­nie. A tort był. Mnó­stwo tortu. Nie sma­ko­wał jak trzeba. Po wystę­pie Finna nic nie sma­ko­wało jak trzeba, ani mięso, ani tort, ani buszek. Raisa kła­dzie tele­fon Amona na poduszce mię­dzy nimi.

- Jeśli dam ci jego tele­fon, dasz radę mu go zwró­cić? - pyta Amon.

- To może tro­chę zająć - mówi Raisa. - Poza tym on już pew­nie wyje­chał z Lon­dynu. Wró­cił do Ogni­ska Alder­ley.

- Ja w ogóle nic nie rozu­miem z tego, co się dzieje - mówi Amon tonem tak bła­gal­nym, że aż urze­ka­ją­cym.

- Pytaj. - Raisa pod­wija nogi na kana­pie i zrzuca czer­wone buty.

- Dobra, a więc... Lisi powie­działa, że macie wła­sną reli­gię.

- Tak jakby - mówi Raisa i widzi po jego twa­rzy, że to nie jest odpo­wiedź. - Każdy jest gwiazdą. Nie, nie. Każdy ma gwiazdę. To nie astro­lo­gia. Gwiazdy nami nie rzą­dzą. Bar­dziej... są czę­ścią nas. To nie dusze, nie duchy. To Ema­na­cje. Mają swój wła­sny wszech­świat. Modli­twy nie potrze­bują, ale lubią, żeby je pozdra­wiać. Mogą być w miej­scach, w budyn­kach, cza­sami w zwie­rzę­tach czy ludziach, czy w pogo­dzie. Ma to dla cie­bie jakiś sens?

- Taki, jak to wszystko.

- Naj­ła­twiej je zoba­czyć w lustrach - mówi Raisa. - Bo lubią miej­sca, gdzie ich zie­mia i nasza sty­kają się ze sobą. - Unosi zawie­szone na szyi lusterko wiel­ko­ści monety i roz­kręca je pstryk­nię­ciem palca. Migo­czą świa­tełka. - To jest yata. Popatrz.

Amon nachyla się, patrzy, kręci głową, patrzy uważ­niej. Yata powoli prze­staje się krę­cić.

- Nic - mówi.

- No tak. Bo nie jesteś Hope­lan­dem. - Raisa wie­sza yatę z powro­tem na szyi.

- A co mia­łem zoba­czyć? - pyta Amon.

- Ema­na­cje. Być może.

- Jakby... anio­łów. Bogów?

- Nic z tych rze­czy. To nie są bogo­wie. Nie potrze­bują wiary - wyja­śnia Raisa. - To prak­sja. Nie doksja. Coś, co trzeba robić. Karl-Maria Lind­ner uwa­żał, że trzeba mieć wła­sną reli­gię, żeby zacho­wać jed­ność rodziny. Możesz sobie wie­rzyć także w innych bogów albo nie, ale to jest nasze. Popatrz w górę.

Dotyka go pal­cami pod pod­bród­kiem, czuje napię­cie, deli­kat­nie kie­ruje jego spoj­rze­nie w ponad-Lon­dyn.

- Co widzisz?

- Nie za wiele. - Lon­dyn zanie­czysz­cza niebo swoim świa­tłem. - Parę samo­lo­tów. Co więk­sze gwiazdy. U mnie w domu gwiazdy są jak roz­rzu­cone gar­ściami klej­noty.

Za to mogłaby go poca­ło­wać. Ale jej palce nale­gają, aby patrzył w niebo.

- Zro­zum to, a zro­zu­miesz nas. My jeste­śmy jak te roz­siane gwiazdy. Połą­czone we wzory. W gwiaz­do­zbiory. Łączysz je i powstaje histo­ria. Tak jak widzisz Wielką Niedź­wie­dzicę i Kasjo­peję i koja­rzysz histo­rie, legendy, daw­nych mar­twych bogów. I my mamy swoje gwiaz­do­zbiory. Enion Mamę, Aha­nię, Przy­wód­czy­nię Gwieź­dzi­stych Nieb, Eni­thar­mon i jej gitarę. Nasze histo­rie i legendy. My jeste­śmy gwiaz­do­zbio­rem, Hope­lan­dią. Łączą nas nasze życia i miło­ści. Gene­alo­gia i histo­ria. Związki. Jak na dole, tak i w górze.

Palce ześli­zgują się z pod­bródka Amona. Patrzy mu w oczy. Jego wzrok ula­tuje, pło­chliwy jak nie­to­perz. Daj spo­kój, twe­edziaku. Skoro wsze­dłeś na dach Lon­dynu, to możesz przez chwilę poszu­kać Ema­na­cji w moich oczach.

Połą­cze­nie.

Nagle wyją­kuje:

- Przy­nio­słem ci pre­zent.

- Na Ugwież­dże­niach nie ma takiej tra­dy­cji, ale ja lubię pre­zenty.

Kła­dzie torbę obok tele­fonu i wyciąga mac­bo­oka, małego, saty­no­wego.

- Ja jestem tak jakby muzy­kiem.

- Tak jakby?

- No, muzy­kiem. Robię muzykę. Taką impre­zową, tylko że nie da się do niej tań­czyć. Zresztą cza­sem może się da. Ludzie ją lubią. Dopro­wa­dza ich do pła­czu. Spra­wia, że czują się czę­ścią kosmosu.

- Chcia­ła­bym usły­szeć taką muzykę, przez którą pła­czę albo czuję się czę­ścią kosmosu - mówi Raisa.

- Ona nie lubi tłu­mów, woli kilka osób, i trzeba ją odtwa­rzać cicho, tak żeby ledwo ją było sły­chać. Jakby grała tylko dla cie­bie, w tobie. Naj­lep­sza publicz­ność to chyba jedna osoba.

- To ja będę tą osobą, Amo­nie Bri­ght­bo­urne.

Dło­nie mu się trzęsą, kiedy odgar­nia jej włosy, wsuwa w uszy słu­chawki. Otwiera Able­tona, pod­łą­cza kon­tro­ler push do mac­bo­oka. Jego powierzch­nia to sza­chow­nica przy­ci­sków, a pod każ­dym dźwię­kowy frag­ment.

- Mik­suję w cza­sie rze­czy­wi­stym - mówi. - Każdy występ jest szyty na miarę.

Na wscho­dzie jarzy się świetlny łuk. W parku Wand­sworth nawo­łują się ptaki - naj­pierw kos, naj­pięk­niej­szy śpie­wak, potem rudzik; wresz­cie strzy­żyk, Król Pta­ków. Zięba, gajówka; drozd, trzna­del, pokrzyw­nica, aż roz­dź­wię­czą się całe drzewa.

- W Bri­ght­bo­urne, skąd pocho­dzę, ten chór o świ­cie jest nie­sa­mo­wity - mówi.

Głos, co śpiewa o świ­cie. Naci­ska play. Oczy Raisy Hope­land otwie­rają się sze­roko, a potem się zamy­kają. Muzyka ją porywa.

Rozdział 7

Raisa pędzi wie­ko­wym volvo przez pla­cyki i zaułki, uliczki i ulice. Lewą dłoń ma na klak­so­nie, gotową do wygło­sze­nia opi­nii o innych użyt­kow­ni­kach drogi. Skręca w Tower Bridge Road. Dłoń ude­rza, klak­son krzy­czy. Rowe­rzy­sta ucieka z drogi na buspas.

- I tam siedź, hip­ste­rze! - krzy­czy Raisa.

- Nie prze­sa­dzasz tro­chę? - mówi Amon Bri­ght­bo­urne. Sie­dzi na fotelu pasa­żera. Oczy wiel­kie z prze­ra­że­nia, torba mocno przy­tu­lona do piersi.

- Ja uwiel­biam rowery. Pra­co­wa­łam jako rzecz­niczka rowe­rowa. Ale tych hip­ste­rów nie cier­pię. Ostre koło i mac­book. Pełno ich przy­łazi mi do kawiarni. Sie­dzą i zże­rają wi-fi.

- Ja też uży­wam maca - mówi Amon. - Cza­sem i w kawiarni.

Odwraca się do niego.

- Ty nie jesteś hip­ste­rem. Młody pier­nik z cie­bie.

- Może byś tak patrzyła na...?

- Kto tu pro­wa­dzi, twe­edziaku?

Wyciąga ze schowka kasetę i wtyka ją do odtwa­rza­cza. Zaczyna rzę­zić akor­de­onowy riff otwie­ra­jący The Boy in the Bub­ble. Każde auto powy­żej pew­nego wieku ma w schowku album Gra­ce­land na kase­cie.

- Płyta mojego dzie­ciń­stwa - mówi Amon. - Mie­li­śmy takiego sta­rego saaba, mama to nasta­wiała, my z Lorien śpie­wa­li­śmy, a ona pró­bo­wała nas zmu­sić do zafał­szo­wa­nia, wjeż­dża­jąc w dziury. Kupa dziur była na naszej ulicy.

- Czasy cudów i zachwy­tów, twe­edziaku - odzywa się Raisa i zaczyna mu opo­wia­dać o innym miej­scu jak Gra­ce­land, o Hope­lan­dii.

To rodzina, naród, wspól­nota, kul­tura. Ma wiele domów; nie ma domu. Jest roz­siana po świe­cie, niczym gwiazdy po noc­nym nie­bie. Jest bez­kre­sna jak nocne niebo, bo ni­gdy nie prze­staje się roz­sze­rzać, jak cza­so­prze­strzeń - nowe życia się rodzą, są adop­to­wane, przy­cho­dzą, wpa­dają, dry­fują albo wska­kują z rado­snym okrzy­kiem. Łatwo do niej dołą­czyć i trudno z niej odejść, jak od reli­gii. Ale w prze­ci­wień­stwie do reli­gii ta trud­ność nie wynika z przy­musu, poczu­cia winy ani kosztu apo­sta­zji, lecz z tego, że nikt ni­gdy nie potrze­buje odcho­dzić. Gdy wej­dziesz do Hope­lan­dii, przez całe życie możesz podró­żo­wać po tej ludz­kiej kon­ste­la­cji, nawią­zu­jąc, zry­wa­jąc i odna­wia­jąc rela­cje, i ni­gdy nie dotrzesz do końca miło­ści.

Prze­ci­nają Tamizę, święty stru­mień, przy brzę­kli­wych afry­kań­skich gita­rach Dia­monds on the Soles of her Shoes, pędzą Com­mer­cial Street, pro­sto w Four­nier Street. Żuraw już roz­sta­wia boczne pod­pory. Zeszło się całe Spi­tal­fields, od wła­ści­cielki pubu Ten Bells, po imama z meczetu na rogu Brick Lane. Jest Tra­cey Emin, Dan Cru­ick­shank, Gil­bert i Geo­rge2. Na dźwig zawsze jest faj­nie popa­trzeć.

Lisi, bar­dzo ofi­cjalna w odbla­sko­wej żół­tej kami­zelce, odga­nia gapiów i prze­sta­wia pachołki. Kie­ruje Raisę obok żura­wia.

- Zaraz ją ude... - szep­cze Amon.

Lisi wali w maskę, volvo staje dęba. Chuj z par­ko­wa­niem. Patrz­cie. Patrz­cie!

Cewka Tesli lśni na drew­nia­nej pale­cie na pace cię­ża­rówki.

- Nie bie­rzesz klu­czy­ków?

Raisa unosi oskar­ży­ciel­sko dłoń. Dosyć, twe­edziaku. Cewka już ją przy­ciąga, jakby jej moc była magne­tyczna, a nie elek­tryczna. Błysk mie­dzi, połysk pier­wot­nego uzwo­je­nia. Poli­tura, mahoń, ste­am­pun­kowy mosiądz. Cewka z Soho to stwór z przed­wiecz­nych cza­sów, powstała długo przed tym, zanim tra­fiła do kon­ste­la­cji Hope­lan­dii, zanim Elek­tro­man­ce­rzy zebrali się na pod­da­szu u huge­noc­kiego tka­cza na Four­nier Street. Kara­ge­orge twier­dził, że pocho­dzi z Bel­gradu i jest nawi­nięta rękoma samego Tesli, ale on, kuglarz i cyr­ko­wiec, był noto­rycz­nym ściem­nia­czem. Raisa wspina się na cię­ża­rówkę i prze­suwa rękoma po zło­tej żołę­dzi wtór­nego uzwo­je­nia. Krzy­czy, cofa dło­nie. Tra­cey Emin, Dan Cru­ick­shank, Gil­bert i Geo­rge, imam meczetu, wła­ści­cielka Ten Bells syczą skon­ster­no­wani.

Pora­że­nie.

Nie elek­tryczne. Tego by nie prze­żyła, nie z tej wiel­ko­ści cewki. Jakieś cie­nie pól wpa­dły w rezo­nans z elek­tro­li­tami w jej krwi. Woda do wody, sole do soli. Bły­ska­wica do bły­ska­wicy. Jak w środku, tak na zewnątrz.

- Nic mi nie jest - mówi eki­pie. - Pod­no­sić.

Ope­ra­to­rzy żura­wia opusz­czają i przy­su­wają wysię­gnik, mocują pasy. Raisa wska­kuje na paletę i owija ramię wokół jed­nego z pasów.

- BHP - mru­czy kie­rowca cię­ża­rówki.

Reszta ekipy wytrzesz­cza na niego oczy. Tra­cey Emin, Dan Cru­ick­shank, Gil­bert i Geo­rge, imam, wła­ści­cielka, reszta gapiów na Four­nier Street wytrzesz­cza oczy. On nie jest Hope­lan­dem.

Unosi rękę. Wycie sil­nika, wybie­ra­nie luzu w pasach; potem cewka Tesli z Raisą ucze­pioną pasów unosi się ponad wiwa­tu­ją­cym tłu­mem. Dziew­czyna macha ręką, uśmie­cha się, prze­syła całusy, gdy dźwig unosi ją wysoko, wyżej, naj­wy­żej ponad dachowe świa­tełka Domu Iskro­ma­gów.

Wnie­bo­wstą­pie­nie Raisy.

***

- Chodź do nas - mówi Amo­nowi Lisi, a on ma wra­że­nie, że powta­rzają mu to wszy­scy z tej rodziny/kon­ste­la­cji/sekty/sabatu, odkąd Raisa zaga­dała do niego w zaułku Crum­ble na Soho.

Zanim zdąży zapro­te­sto­wać, Lisi porywa go przez dzi­wacz­nie sko­śne drzwi fron­towe, w górę zakrzy­wioną klatką scho­dową, kolej­nymi scho­dami i jesz­cze jed­nymi, poprzez wyso­kie labo­ra­to­rium, w górę następ­nymi scho­dami do biblio­teki, jesz­cze wyżej do kolej­nego labo­ra­to­rium, tym razem obwie­szo­nego mie­dzia­nymi kulami i szkla­nymi bąblami, aż wresz­cie, gdy wydaje się, że dom nie ma już wię­cej pię­ter, na nie­bez­pieczną kładkę pro­wa­dzącą do drzwi wycho­dzą­cych na świa­tło, powie­trze i widoki, od któ­rych Amo­nowi zapiera dech. Ostat­nie pię­tro domu przy Four­nier Street, dawna tkal­nia na pod­da­szu, ma strop i ściany ze szkła. Może się tylko zachwy­cić. Od pół­nocy geo­r­giań­skie szyby wycho­dzą na zacie­niony ogród, Sho­re­ditch oraz żura­wie i wieże parku olim­pij­skiego. Od połu­dnia na nie­bie domi­nuje wielki nagro­bek kościoła Chry­stusa Króla oraz ster­czące banały City. Od zachodu - czeka ciotka Mar­go­lis w wyso­kim drew­nia­nym fotelu.

- Witamy w Domu Iskro­ma­gów - mówi. Ma na sobie luźne jedwabne spodnie i pele­rynę. Cięż­kie mie­dziane bran­so­lety. Amon nie ma poję­cia, jakie reguły stroju obo­wią­zują Wielką Trans­for­ma­torkę, ale ona wygląda dokład­nie jak trzeba. Wstaje sztywno z fotela. - Niech to szlag. - Idzie przez pokój do korby w ścia­nie, przez którą prze­szli Lisi i Amon. - Trzeba będzie coś zro­bić z tymi scho­dami. - Kopie w korbę. - Za ciężka dla mnie. Albo ja jestem za lekka.

Lisi pod­cho­dzi do iden­tycz­nej korby po dłu­giej prze­kąt­nej pokoju.

- Na raz!

Pocią­gają jed­no­cze­śnie z Amo­nem. Korba Amona ze skrzy­pie­niem poru­sza się o mili­metr. Napiera na nią całą swą siłą. Koło zaczyna się obra­cać. Łań­cu­chy wybie­rają luz, prze­krę­cają tryby i śli­maki. Z góry sypie się płat­kami farba, gdy dach roz­dziela się od dziobu po rufę. Żebra na zawia­sach skła­dają szyby rów­niutko, jak skle­pową mar­kizę. Chwila oporu - to załą­cza się nowy mecha­nizm, odsu­wają się płyty w pod­ło­dze, dach zsuwa się równo ze szkla­nymi ścia­nami i scho­dzi w ukryte szcze­liny. W powie­trzu pach­nie starą farbą i rumian­kiem, co Amon zawsze uzna­wał za zapach okien. Mecha­nizm dokręca się do końca, szczę­kają szyby. Nad Amo­nem roz­po­ściera się niebo. Namasz­cza go miej­skie słońce. Śpiew pta­ków, syreny, sil­niki samo­lo­tów, łoskot pocią­gów. Spo­wija go to wszystko. Jest wysoko, choć kościelna wieża i wysię­gnik żura­wia wzno­szą się wyżej.

Na odbla­sko­wej kami­zelce Lisi skrze­czy krót­ko­fa­lówka.

- Jedzie.

- Uwa­żaj - ostrzega Amona ciotka Mar­go­lis, gdy ten spo­gląda przez kra­wędź domu na Four­nier Street, na zadarte ku górze twa­rze.

- Nic mi nie będzie, ja mam szczę­ście.

Przy­po­mina sobie film z Beatle­sami gra­ją­cymi na dachu wytwórni Apple Records na Savile Row. Aube­ron twier­dzi, że tam był, na przy­miar­kach u krawca. Ale jego stry­jeczny dzia­dek Aube­ron twier­dzi, że był w wielu klu­czo­wych momen­tach zeszłego wieku. Beatlesi byli zmę­czeni, mieli już sie­bie dość. A Apple ozna­czało wtedy muzykę.

Raisa wznosi się ku niemu, macha ręką. Leci wysoko nad Spi­tal­fields. Ope­ra­tor dźwigu deli­kat­nie poru­sza wysię­gni­kiem, uwa­ża­jąc, żeby nie roz­ko­ły­sać ładunku. Raisa nad­pływa nad dachem na śro­dek pod­łogi.

- Dobra, stop - roz­ka­zuje Lisi przez radio. - Opusz­czaj.

Raisa scho­dzi z opa­da­ją­cej cewki, jak archa­nioł doty­ka­jący stopą Ziemi. Pod­biega do kra­wę­dzi od Four­nier Street i unosi ręce. Witają ją owa­cje. Z pomocą drąż­ków we czwórkę ostroż­nie pod­no­szą cewkę Tesli z palety i sado­wią w gnieź­dzie pio­ru­no­wego salonu. Lisi odsyła paletę na dół, razem z Amo­nem zasu­wają ściany i dach nad lśnią­cym stwo­rem, nasy­co­nym zło­tem słońca.

Na Soho cewka była scho­wana, ukryta w archi­tek­tu­rze jak zakap­tu­rzony sokół. Na Spi­tal­fields wień­czy dom, two­rzy geo­man­tyczną trójcę z tyta­no­wym mina­re­tem meczetu na Brick Lane i wieżą kościoła Chry­stusa Króla. Kobiety spraw­dzają cewkę, ostroż­nymi pal­cami wodzą po prze­wo­dach, testują połą­cze­nia. Raisa pod­pina ją do ste­am­pun­ko­wych kabli zasi­la­ją­cych domo­stwa. Amon wyobraża sobie, że sły­szy tubalne wes­tchnie­nie - cewki, domu, Iskro­ma­gów czy ulicy Four­nier Street? A może Ema­na­cji, tych istot prze­my­ka­ją­cych przez lustra?

***

Trzy kobiety patrzą po sobie.

- Próba?

- Próba.

- Próba.

I Raisa zrzuca z sie­bie bluzkę, wyska­kuje z butów i spodni. Pod uni­for­mem do trans­por­to­wa­nia cewek ma spor­towy strój, obci­sły, o gład­kich szwach.

- Naciesz się wido­kiem, póki możesz, twe­edziaku.

Amon czer­wieni się, pró­bu­jąc ukryć pod­twe­edową erek­cję. Lisi otwiera skrzy­nię i roz­daje stare skó­rzane oku­lary spa­wal­ni­cze, Raisa otwiera zaś drzwiczki na ścia­nie i pociąga za łań­cuch. Z dołu unosi się mane­kin ubrany w kol­czugę. Ciotka Mar­go­lis zakłada lśniące czarne oku­lary. Raisa ubiera się w zbroję, buty, zakrywa głowę kol­czugą, pod­czas gdy słońce zacho­dzi za wie­żowce wśród poko­na­nych kar­mi­no­wych pro­por­ców i flag. Gogle na oczy.

- Włą­czam pier­wotne - mówi Raisa.

Nadep­tuje pod­ło­gowy włącz­nik w żółto-czarne zyg­zaki. Wszyst­kie wło­ski na bla­dych ramio­nach Amona stają dęba. Mrowi go czaszka, mrówki cho­dzą po skó­rze. W powie­trzu pach­nie festy­nem. Dom buzuje elek­trycz­no­ścią, od piw­nicy po komin. Na żela­znych słup­kach balu­strady i mosięż­nych prę­tach porę­czy peł­gają ognie świę­tego Elma.

Lisi zsuwa Amo­nowi gogle na oczy.

- UV - szep­cze.

- Wtórne - mówi Raisa i wdep­tuje zie­lony przy­cisk w pod­ło­dze.

Cewka odpala. Ener­gia roz­ja­rza się koroną wokół kuli z brązu. Amon łapie się na tym, że wstrzy­muje oddech. Wła­śnie przy­wo­łano moce wszech­świata. Raisa pod­cho­dzi do cewki i unosi rękę. Ener­gia prze­ska­kuje jej na czubki pal­ców. Elek­trycz­ność się sroży - bucząca cewka pró­buje ją uwię­zić w klatce z bły­ska­wic. Łapie łuki w dło­nie i zwraca je wnę­trzem do sie­bie. Łączy je ośle­pia­jąco nie­bie­ski słup elek­trycz­no­ści. Składa dło­nie razem. Pomię­dzy nimi roz­bły­ska pio­run kuli­sty, zaraz jed­nak traci nad nim kon­trolę. Roz­wiera ręce, bły­ska­wice zyg­za­kiem idą ku roz­mi­go­ta­nej koro­nie. Kopie w żółto-czarny wyłącz­nik. Ener­gia znika, cewka sty­gnie. Raisa zrywa z sie­bie pan­cerny kap­tur.

- Kurwa, nawet pio­runa kuli­stego nie umiem zro­bić! - Roz­kłada zbrojne w kol­czugę dło­nie. - Finn potrafi żon­glo­wać pię­cioma takimi.

- On się uczył na tej cewce - mówi ciotka Mar­go­lis. - Zna ją na wylot. A ty nie. Każda ma swoje har­mo­niczne.

Har­mo­niczne.

- Możesz ją włą­czyć jesz­cze raz? - pyta Amon.

- Jesz­cze raz?

- Pro­szę.

Ciotka Mar­go­lis kiwa głową. Raisa wbija się w zbroję i kopie nogą włącz­nik. Cewka budzi się, pul­su­jąc mocą, tak że trzę­sie się cała ulica od Com­mer­cial Street po Brick Lane. Amon unosi tele­fon. Ultra­fio­let smali mu twarz, czuje słono-sło­neczną opa­le­ni­znę na wła­snej skó­rze.

- Po co ja to robię? - krzy­czy Raisa z kaskady iskier.

- B - odkrzy­kuje Amon. Gestem kie­ruje ją naprzód, przez elek­tryczny wodo­spad. Tań­czy w bły­ska­wi­cach. - G. E, kiedy roz­kła­dasz ręce. Potem D-dur. - Wrzuca tele­fon do wewnętrz­nej kie­szeni. - Dobra, tyle wystar­czy.

- Nagry­wa­łeś... - woła Raisa.

- Muzykę cewki. Gdy się poru­szasz, zmie­nia się dźwięk. We wszyst­kim jest muzyka. - Kręci głową. - No nie, ina­czej. Wszystko jest muzyką.

- Muzyka cewek - mówi Raisa.

Prze­rzuca wyłącz­nik. Amon mruga, odga­nia­jąc powi­doki.

- Dobrze by było mieć wię­cej, ale na począ­tek wystar­czy.

- Lisi, Pokój Volty - oświad­cza ciotka Mar­go­lis, zsu­wa­jąc gogle UV. - Ty zosta­jesz.

Łaska wierci się w nim i kręci.

***

Amon wycho­wał się w poko­jach mają­cych nazwy, więc wie, że zacho­wują one cząstkę każ­dego życia, które się przez nie prze­wi­nęło. Zapach, nie­wy­godę, wklę­śnię­cie w łóżku, startą farbę, uno­szącą się aurę rado­ści. Pokój Volty zaj­muje dru­gie pię­tro domu od strony Four­nier Street. Po płyt­kich drew­nia­nych szu­fla­dach zapeł­nia­ją­cych ścianę naprze­ciwko łoża z wygię­tymi jak sanie wez­gło­wiami Amon domy­śla się, że kie­dyś słu­żył do cze­goś innego, ale robi za sypial­nię wystar­cza­jąco długo, by nazbie­rać osa­dów - zakrętka od pasty do zębów. Kabelki USB. Grze­bień o dłu­gich zębach. Spor­towy sta­nik. Ilu­stro­wany egzem­plarz książki mar­kiza de Sade.

"Kon­ste­la­cje", powie­działa.

Jak w tym pokoju w domu na Soho - i jak w jego wła­snym, utra­co­nym domu, Bri­ght­bo­urne - ściany pełne są zdjęć. Ciotka Mar­go­lis ze swoją cewką na wyści­gach na jedną czwartą mili. Na pła­skim dachu, z grzyb­ko­wa­tymi beto­no­wymi pago­dami w tle, gdzieś na dziw­nym wschod­nim wybrzeżu Anglii. Raisa, młoda, andro­gy­niczna, przy­bru­dzona, mię­dzy dwoma poli­cjan­tami; Raisa, star­sza, w obci­słym srebr­nym ska­fan­drze kosmicz­nym i bąblo­wa­tym heł­mie, led­wie miesz­czą­cym jej włosy, pozu­jąca ze srebr­nym pla­sti­ko­wym bla­ste­rem. Ciotka Mar­go­lis pod kopułą Mil­len­nium Dome. Amon idzie za zdję­ciami, aż docho­dzi do drew­nia­nych drzwi. Oczy­wi­ście je otwiera i tra­fia do biblio­teki (jed­nej z wielu, to bar­dzo moż­liwe, że Dom Iskro­ma­gów ma wiele biblio­tek w wielu wymia­rach). Star­szy pan, czarny, żyla­sty, ze schludną bródką i głową przy­pró­szoną siwi­zną unosi wzrok znad zasła­nego doku­men­tami stołu.

- Oj, prze­pra­szam - jąka się Amon.

Tam­ten się roz­pro­mie­nia. Ma oku­lary w gru­bych opraw­kach i żółty odbla­skowy tabard z logo lot­ni­ska Lon­don City.

- Nic nie szko­dzi. - Wyciąga rękę, Amon ją ści­ska. - Nie kopiesz. Czyli nie jesteś padu­anem.

- Jestem muzy­kiem. Amon Bri­ght­bo­urne.

Unosi brwi za gru­bymi opraw­kami.

- Ach. Wspar­cie z góry dla Raisy.

- Raczej z dołu.

- Grif­fith-Geo­rge Rigel. Znany jako Skar­biec. - Wska­zuje gestem dębowe regały, dra­binkę jeż­dżącą po spa­ty­no­wa­nych mosięż­nych szy­nach. - Histo­ryk Hope­lan­dii, Archi­wi­sta Nie­moż­li­wo­ści. Piszemy histo­rię szyb­ciej, niż nadą­żam ją archi­wi­zo­wać.

- Widzę, że sporo tego jest.

- To? To nawet nie jest cała histo­ria Elek­tro­man­ce­rów. A oni sta­no­wią zale­d­wie jedną malutką kon­ste­la­cję. Na Beck­ton mam dwa­na­ście lokali maga­zy­no­wych wypeł­nio­nych po sufit.

- To pan tu nie mieszka?

- Koli­ga­cie, ja mam roz­rusz­nik serca. Ja nawet pra­co­wać tu nie powi­nie­nem. Za każ­dym razem, jak odpa­lają to ustroj­stwo, myślę, że to już koniec. Ale muszę opra­co­wać mate­riały o Kara­ge­orge'u, zanim ten dom na Soho się sprzeda.

- Ooo - odzywa się Amon. Spę­dził pod szklaną kopułą tylko jedną noc, ale na wieść o tym, że dom jest na sprze­daż, ma wra­że­nie, że traci jeden z cudów świata. To jak zawa­le­nie Kolosa Rodyj­skiego. Śmierć ostat­niego samca goryla. Jak Tadź Mahal prze­ro­bione na KFC.

- Lon­dyn jest potwor­nie drogi, koli­ga­cie. Nawet te tanie miej­sca, gdzie się loku­jemy.

- Ale malunki Bran­gwyna...

Skar­biec unosi wzrok znad papie­rów i się uśmie­cha.

- Dasz sobie radę. - Bie­rze narę­cze papie­rów i wtyka je do har­mo­nij­ko­wej teczki. - No tak, murale to będzie kolejne zmar­twie­nie na gło­wie Grif­fith-Geo­rge'a. O archi­wi­ście nikt nie pomy­śli, ale ja tu jestem straż­ni­kiem dusz, koli­ga­cie. - Wtyka har­mo­nij­kową teczkę pod pachę. - Prze­sie­dzę nad tym całą noc, jutro będę nie­wy­spany. Chcesz coś wie­dzieć, to pytaj. Jedno słowo ostrze­że­nia. - Patrzy znad oku­la­rów. - Nie zako­chuj się w mojej rodzi­nie.

Szmer za ple­cami odwraca uwagę Amona. Kiedy zerka z powro­tem, Skarbca już nie ma. Do biblio­teki zagląda Raisa.

- A cześć.

- Spo­tka­łem...

- Skarbca. No tak, tak. Twe­edziaku, słu­chaj - oświad­cza Raisa. - Wie­czór taki ładny, a ja za bar­dzo nakrę­cona, żeby spać. Co powiesz na kolejną przy­godę na dachach mia­sta?