Rozdział 8
Szatan miał swojego architekta, który nazywał się Nicholas Hawksmoor.
Urodzony w roku 1661. Prawdopodobnie. East Drayton w Nottinghamshire. A może Ragnall. Wykształcony - nie wiadomo gdzie, choć niewątpliwie
wykształcony i na tyle zdolny, by zatrudniono go jako pisarza w sądzie w Yorkshire, potem, w Londynie, został uczniem Christophera Wrena.
Niepewne fakty - luźne połączenia w biografii, w które może się wsączyć
legenda.
Pewne fakty - że był najzdolniejszym i najambitniejszym spośród
czeladników Wrena.
Że w roku 1711 dostał od królowej Anny zlecenie na nadzorowanie budowy
pięćdziesięciu nowych londyńskich kościołów.
Że zbudowano z nich tylko dwanaście i tylko sześć w całości według
koncepcji Wrena.
Że te sześć kościołów jest nietypowych dla angielskiej architektury - i architektury kościelnej. Są agresywnie klasycystyczne i bulwersująco
formalne. Przecinające się sześciany, pozagnieżdżane złote podziały,
kolumny, wykusze i galerie tworzą ciągi zgodne z numerologicznymi
rezonansami. Niektórzy twierdzą, że fundamenty jego architektury sięgają
o wiele głębiej niż Grecja, do dionizyjskich architektów, którzy
zaprojektowali świątynię Salomona z jej hermeneutyczną urodą - i że Bóg,
którego chwalą, to nie Jezus Chrystus, lecz któryś ze starszych,
mroczniejszych i straszniejszych bogów. Nad kościołem Świętego Jerzego
na Bloomsbury wznosi się schodkowa piramida inspirowana Mauzoleum w Halikarnasie. Na szczycie nie ma chrystusowego krzyża, lecz króla
Jerzego I jako klasycznego herosa, zdobywcę świata. Kościół Świętego
Łukasza na Old Street wieńczy egipski obelisk; nad prostym pudłem
nieistniejącego kościoła Świętego Jana na Horsleydown stała zwężająca
się kolumna, ukoronowana wiatrowskazem w kształcie komety. Na dziedzińcu
kościoła Świętej Anny na Limehouse wznosi się piramida z wyrzeźbionym
Okiem Opatrzności. Stań na schodach kościoła Chrystusa Króla na
Spitalfields - największego dzieła Hawksmoora - a twoja dusza będzie się
kulić, ogarnięta zawrotami głowy, jakby potężna fasada miała upaść i cię
zniszczyć. Hawksmoor mówił, że chce tworzyć architekturę Bojaźni i Wyniosłości.
I to mu się udało. Bóg umarł, obwieszczają jego kościoły. Wieczysta
prawda to zimne buczenie entropii, brzęczenie wszechświata osuwającego
się ku równowadze termodynamicznej. Bóg kosmologów.
Kościół Świętego Jana na Horsleydown spalił się podczas Blitzu.
Wiatrowskaz w kształcie komety ocalał i jest eksponatem w Muzeum
Londynu. Przez lata znaczną liczbę odwiedzających, stojących przed tą
kometą, ogarniało uczucie przerażenia, lęku, strachu. Nikt nie ma
pojęcia dlaczego.
Architektura i emocje. Miejsce i dusza. W szczelinę między niepewnym a niesamowitym wkrada się mit.
Iain Sinclair, Bard Hackney, jest pierwszym psychogeografem
Hawksmoorlandii. Jego esej3 z roku 1975 zatytułowany Nicholas
Hawksmoor, ze zbioru Lud Heat: A Book of the Dead Hamlets, ujawnia
ukryte w tych kościołach przesłanie. Ich układy, orientacje, położenie.
Opozycje i kontrasty architektoniczne. Wzory. Połączone kropki. Tu
trójkąt, tam gwiazda. Nowe konstelacje wykreślone na planie Londynu -
pieczęć Seta, egipskiego boga chaosu, nieładu, burz. Pustyń i przemocy.
Obcych i cudzoziemców.
Peter Ackroyd, biograf miast i rzek, w swojej powieści Hawksmoor
przeistacza architekta w Nicholasa Dyera, budowniczego kościołów,
mordercę i okultystę. Dyer poświęca życia ludzkie, by tworzyć
antyoświeceniową architekturę. Odrzuca ideał progresji człowieka przez
liniowy czas. Dyerowy czas to koło, odnajdywanie harmonii i rezonansów w XX wieku poprzez zrytualizowane morderstwa, badane przez detektywa
Nicholasa Hawksmoora. Wąż Uroboros gryzie się w ogon. Szatan ma swego
architekta.
W powieści Prosto z piekła Alan Moore, Szaman z Northampton, ustawia
fallosferę obelisków, grobowców i kościołów Hawksmoora w pentagram z katedrą Świętego Pawła pośrodku, więżący pośród ścian z magicznej
energii oraz wiecznego patriarchatu boską kobiecość. W tej nieświętej
gwieździe Kuba Rozpruwacz składa swe ofiary bogom-mężczyznom. Geografia
staje się literaturą, a umysł - kamieniem. Rezonanse idą naprzód w czasie, utrzymuje Moore, ale także cofają się falami w przeszłość, jak
woda spływająca po plaży. Zatem mitologie psychogeografów z końca XX
wieku przepisują przeszłość, w której są zakorzenione. Kto powie, że
Nicholas Hawksmoor w istocie nie planował dla Londynu satanicznej
architektury, która nigdy nie doczekała się realizacji? Cięcia
budżetowe, jak zawsze. Miejsce nabiera duszy, opowieść staje się
historią.
Rozdział 9
Mosty, wielkie kopuły, kościoły, ptaki: wszystko to ma puste kości.
***
W podskakującym świetle LED-owej czołówki Raisa prowadzi Amona
Brightbourne'a przejściem w ścianie kościoła Chrystusa Króla na
Spitalfields. Pęcherze na tynku pękają przy dotknięciu i znaczą im
ubrania kredowym pyłem.
- Uwaga, ciasno.
Odwracają się bokiem, rozstawiając stopy na godzinę dziesiątą i drugą,
pochylając głowy, żeby nie wdychać pyłu z kamienia i kości.
- Uwaga, nisko.
Nurkują w tunel połowę niższy od Raisy i poruszają się w kucki. Głowy
wieńczą im pajęczyny. Parę piędzi od nich palacze przed pubem Ten Bells
wypuszczają w nieruchome powietrze blade chmurki dymu, śmigają pizze na
bagażnikach skuterów, odblaskowy patrol policji patroluje nerwowy
pozamieszkowy wieczór. Tylko nie myśl o zaklinowaniu się w tej
szczelinie odległej od wszelkiej pomocy o grubość kamienia i cały
wszechświat. Nikt cię nawet nie usłyszy.
- Tędy.
Głos Raisy niesie się echem - przed nimi otwarta przestrzeń. Czołówka
oświetla podnóże schodków zwiniętych ciasno jak DNA.
- Jesteśmy pod jedną z kolumn - mówi Raisa.
Brama w kościelnym murze, schody do krypty, wąskie boczne drzwiczki,
tajemne przejście w ścianach wielkiego kościoła Hawksmoora. Obchodzą go
od tyłu. Raisa prowadzi Amona w górę po ciasnych schodkach, jak Wee
Willie Winkie ze szkockiej kołysanki. Ociera się włosami o kamienie.
- Głowa w dół.
Amon pochyla się pod niskim łukiem i wychodzi za nią na balkon organowy.
Widziane od strony nawy główne organy Chrystusa Króla to anioł muzyki -
centralna wieża diapazonów i burdonów pomiędzy dwoma skrzydłami kwint i alikwotów, podtrzymującymi pastorały z pryncypałów i gemshornów. Złoto,
mahoń, ciepła kość słoniowa. Widziane z pomostu na tyłach to favela lin,
zaworów, pomp, konduktów, stroików i drewnianych półek pełnych
nieużywanych piszczałek. Kurz, ptasie kupy, politura do mebli i cynkowa
patyna. Skrzypiące deski i niepewne drabiny.
- Największe georgiańskie organy na świecie - mówi Raisa, tańcząc
światłem czołówki po gładkich piszczałkach. - Klawiatura sięga do G w subkontrze. To bardzo nisko?
- Naprawdę nisko. - Amon zadziera głowę i patrzy na miasto rur. - Ja
umiem grać na organach. Klawiszy nauczyłem się na starej fisharmonii
Brightbourne'ów. Zgłaszałem się do okolicznych kościołów, ale mnie nie
chcieli. Chyba moja muzyka była trochę za bardzo... transowa. - Dotyka
gładkiego satynowego metalu. - Spędziłbym z wami trochę czasu, moje
piękne. Nauczyłbym się waszych głosów i rejestrów. Wydobyłbym z was
waszą sekretną muzykę.
- Ale może nie dzisiaj, tweedziaku - woła Raisa z zakrętu drewnianych
schodów prowadzących na wieżę.
- Zrozumiałe - odpowiada Amon i razem wspinają się spiralą na wieżę
kościoła Chrystusa Króla.
***
Klapa na szczycie ostatniej drabiny wychodzi na małe prostokątne
pomieszczenie pod błazeńską czapką wieży. Każdy bok składa się z trzech
ceglanych łuków, z czego środkowy jest otwarty, wypełniony lamelami.
Pośrodku pomieszczenia stoi wysoka drewniana skrzynia, z zawiasami i zasuwami.
Raisa odciąga ciężkie bolce, ciągnie za łańcuchy. Lamele w oknach
podnoszą się z grzechotem. Delikatny wieczorny wietrzyk chłodzi lepki od
kurzu pot.
- Teraz patrz - mówi i podchodzi na palcach, by odsunąć zasuwy na
wierzchu wysokiej skrzyni.
Zdejmuje wieko, potem boki. Wyobraża sobie zdumienie Amona, potem
przypomina sobie swoje własne, gdy odkryła cewkę Tesli ukrytą na
szczycie wieży kościoła Chrystusa Króla. Coś dziwniejszego od wszelkich
dziwactw, które poutykał w swoich kościołach Hawksmoor.
- Czyli tamta druga błyskawica... - mówi on. - Kiedy mówiłaś, że
Iskromagowie...
- Ciotka Margolis przyszła tutaj i odpaliła cewkę. - Raisa dotyka
pierwotnego uzwojenia, czując mrowienie na samo wspomnienie błyskawicy.
- Dalej to czuć. Jeśli masz odpowiedni nos.
- Muszę zapytać o to, co oczywiste. Co to tu robi?
- Broni wschodu - wyjaśnia Raisa. - Są cztery cewki pod opieką czterech
Iskromagów, północna, południowa, wschodnia i zachodnia. To jest Cewka
Wschodnia. Ciotka Margolis jest Wielką Transformatorką, Iskromagiem
Wschodu jest koligatka Hope Achernar. Ona jest tutaj jakimś zastępcą
pastora czy coś. Nie wiem za dobrze, jak to jest w chrześcijaństwie.
- Jest pastorem i Hopelandem?
- Tak jak mówiłam, można wierzyć w innych bogów albo nie. Praksja, nie
doksja.
- Broni wschodu przed czym?
Raisa podchodzi do zachodniego okna i świateł City.
- Przed tym. To śmierć. Chce się rozlać po całym świecie. Wszystko
upodobnić do siebie. My to powstrzymujemy. U źródła, czyli tutaj. W tym
kościele, koligatka Hope by ci wytłumaczyła, nie ma nic
chrześcijańskiego. Fundamenty tkwią w starych masowych grobach z czasów
zarazy, ale jego korzenie sięgają głębiej. Dużo głębiej.
Raisa siada na gzymsie, zwiesza nogi. Pięćdziesiąt metrów ponad
wieczornym tłumem ludzi na Commercial Street. Poklepuje kamień, rzucając
wyzwanie Amonowi. Ten wciska się obok niej. Obcasy brogsów zdrapują
wapień i ptasie gówna.
- Teraz posłuchaj. Mam dla ciebie historię.
Rozdział 10
Raisa i kobieta błyskawica
Mnie pocałowała Kobieta Błyskawica. W Epping Forest. Jakiś czas tam
mieszkałam. Gdy miałam siedemnaście lat. Uciekłam w dzicz, tak jakby.
Zamieszkałam w lesie. Dwadzieścia kilometrów od Marble Arch. W Epping
tak się da. To jak obcięta krawędź Londynu. Miasto się otwiera i wchodzą
do niego dzikie stworzenia. Ten las jest większy, niż się wydaje. A im
dalej, tym jeszcze większy. Ludzie pochowali się tam podczas Blitzu i nie mogą wyjść. Ale poszli głęboko. Ja tak głęboko nigdy nie poszłam.
Gdy byłam dzieckiem, uwielbiałam być dzieckiem. Wychowałam się w Ognisku
Wandsworth i byłam superszczęśliwa. Potem stałam się dziewczyną i to już
mi się nie podobało. Trudne to było. Ciągły wysiłek. Musiałam myśleć o różnych rzeczach. Brać rzeczy pod uwagę. Jako dziecko mogłam robić, co
zechcę. Być, kim zechcę. Jako dziewczyna mogłam być tylko dziewczyną.
No i musiałam przenieść się do Domu Dziewczyn. Zwlekałam najdłużej, jak
się dało. Nie cierpiałam Domu Dziewczyn. Dziewczyny. Mieszkające razem.
Komu przyszło do głowy, że to dobry pomysł? Wredne mendy i dozór od góry
do dołu.
Wytrzymałam dwa lata, potem wyniosłam się z Dorling Avenue, pojechałam
do Epping i szłam pod drzewami, póki nie znalazłam takiego, które mnie
zapraszało. Wielki dąb. Tysiącletni. Epping jest długi, ale wąski.
Wszystko, co dziwne, jest na tej dłuższej osi. Idąc krótką, w poprzek,
nie znajdziesz tego drzewa. Byłam na tyle blisko parkingów, że widziałam
światła ludzi z psami, ale oni nigdy nie mogli mnie znaleźć.
Pod tym wielkim dębem wygrzebałam sobie ziemiankę. Plastikowe worki,
kuchenka gazowa, wszystko. Liście były gęste, nie spadła na mnie ani
jedna kropla deszczu. Ale miałam robactwo, żywicę, mech. Na dębach
szypułkowych żyje czterysta gatunków owadów. Wiem dużo o dębach.
Pomyślałam, że lasy to może być to na jakiś czas.
U mnie wszystko jest "na jakiś czas". Nigdy nic na dłużej.
Ludzie z Ogniska Forest Gate zaglądali do mnie, patrzyli, czy nic mi nie
jest, czy mam wodę, jedzenie. Pewnie i trochę mnie chronili. Niektórzy
leśnicy też są koligatami. Nigdy nie miałam żadnych problemów. Jak
mówiłam, to miejsce, gdzie się chowają dzikie stworzenia. Kiedy przyszła
burza, w połowie już byłam mchem.
Gdy idzie wielka burza, wpierw czujesz jej zapach. Płynie z korzeni,
gleby, zarodników. Potem się ją słyszy. Wszystko zaczyna się ruszać,
liście, potem małe gałązki, potem duże, i zanim naprawdę nadejdzie,
kiwają się już całe wielkie drzewa, skrzypią, zupełnie jakbyś był
wewnątrz fali, która rzuca tobą wkoło. Zdarzyło mi się to. W Kornwalii.
Kąpaliśmy się w morzu i przyszła wielka fala i nagle znalazłam się w jej
środku i miotałam się dookoła. A burza w lesie jest silniejsza, bo
siedzisz w niej. A ona w tobie. Potem cichnie. Jakby na coś czekała. I nagle słyszysz grzmot, i wszystkie drzewa, rośliny, liście, każdy grzyb,
wszystko lśni. Widzisz życie.
Wróciłam do ziemianki. Nie trzeba było. Dęby i wiązy są jak
piorunochrony. Siedziałam pod dachem z czarnych worków, a niebo
wariowało. I las też. W błyskawicach zwidywały mi się różne rzeczy.
Chodziły wysokie rzeczy. Potem trafiło w moje drzewo. Powietrze
eksplodowało. Wysadziło moją ziemiankę, wszystko. W życiu nie słyszałam
czegoś równie głośnego. Światło. Oślepiające. I nie tylko światło.
Świetlista kobieta. Odwróciła się do mnie. Poruszyła ustami. Nachyliła
się, przytknęła twarz do mojej. Co za blask! Czułam, jak skóra zwija mi
się i skwierczy. Ale nie bolało. Dotknęła mnie ustami, potem odsunęła
się, jakby chciała coś powiedzieć. Błysk! I już jej nie ma. Powinnam tam
spłonąć. Ale drzewo sprawiło, że błyskawica spłynęła wokół mnie, po
gałęziach. Ukryło mnie w bezpiecznej bańce w samym sercu burzy.
Leśnicy znaleźli mnie majaczącą. Gadałam. O Kobiecie Błyskawicy. Szok,
powiedzieli. Uraz. Hipotermia. Zawieźli mnie na pogotowie. Ale jedna
leśniczka wiedziała. Też ją spotkała. Coś nie naszego. Nową Emanację.
Nie chciałam wracać do Domu Dziewczyn. Nie, nie i jeszcze raz nie. No,
powiedzieli, to gdzie my ją damy? Nagle stara ciotka Marco Betelgeuse
rzuciła: proste. Ma w sobie błyskawicę, nie widzicie? Dajcie ją do
Iskromagów. Do kogo? - zapytałam.
Chciałam pójść na Soho, bo jest w środku wszystkiego, ale tam już był
Finn, a Karageorge nie chciał w swoim wieku brać kolejnego paduana.
Ciotka Margoli miała zaś i czas, i miejsce. No to przyszłam tutaj.
Gwiazdy mają to do siebie, że nigdy nie przestają się poruszać.
Konstelacje się zmieniają. Jesteśmy wszędzie, na każdym kontynencie.
Wciąż rośniemy. Kawałki mogą zostać w tyle. Wypączkować. Elektromancerzy
istnieją dłużej od Hopelandów. Kiedy Wielka Transformatorka Annaliese
Godin poznała koligata Satcheverela, wokół leciały bomby. Siedzieli w schronie. Mają tam głębokie tunele. Polubili głębokie tunele. A Iskromagowie stali się gwiazdami.
Wielka Transformatorka Annaliese zaczęła współpracę z Ministerstwem
Wojny, w Departamencie Strachów. To się oczywiście oficjalnie tak nie
nazywało, ale wszyscy tak mówili. Powoływali magików, artystów,
psychologów, scenografów, autorów krzyżówek, każdego, kto mógł namieszać
wrogowi w głowie. Oraz Elektromancerów. Koligatka Annaliese przed wojną
robiła w operach. Wagner. Włócznie i błyskawice. Myśleli, że to zadziała
na Niemców. Nigdy nie spróbowała, chociaż wyglądałoby to naprawdę
porządnie. Poznała jednak innego artystę z cewką Tesli - takiego
dwudziestolatka, który podobno przyszedł na piechotę z Serbii, ciągnąc
ten sprzęt na wózeczku. Tak w każdym razie głosi legenda. Wzięła go na
paduana, ale on nie chciał całymi dniami pilnować mroku w klatce z błyskawicami. Nie, nie, on był showmanem. Rozstali się więc, a on
przejął dawne mieszkanie na Soho i nasycił je własną magią.
Którą widziałeś.
Karageorge pozostał koligatem - koligatem nie przestaje się być, choć
można zapomnieć, że się nim jest - i we dwójkę zaczęli szkolić
Elektromancerów. Niewielu. Bo muszą mieć tę błyskawicę, rozumiesz. Ja
mam. Finn ma. Ciotka Margolis też miała i ciotka Annaliese zobaczyła to
w niej, dawno, w latach siedemdziesiątych, ponurych, pełnych ciemności,
kiedy się bała, że linia Iskromagów ze Spitalfields się załamie. Się nie
załamała. Związaliśmy ją ciaśniej. Jak statki linami. No ale dobra!
Zobaczyła we mnie błyskawicę, zobaczyła ją też u Lisi i ta cewka cały
czas tu stoi i strzeże Londynu.
Wiesz, co ci powiem? Wszystko, co robię, wszystko, co wiem, jest po to,
żeby móc znowu zobaczyć Kobietę Błyskawicę i wreszcie usłyszeć, co ma mi
do powiedzenia.
***
Podudzia Raisy są całkiem odrętwiałe, a nerwy pod kolanami ściśnięte od
kucania na wapiennym parapecie. Jest dużo później, niż myślała.
- No dobra, panie Amonie, idziemy. Rano trzeba wstać do szkoły. -
Podnosi się, wytrząsa sztywność z nóg. Zakłada bolce z powrotem,
opuszcza rolety, zamyka burty skrzyni wokół cewki. - Chodźmy,
tweedziaku. - Wyciąga rękę i pomaga mu wstać.
- Jedna rzecz - mówi Amon, gdy ona już schodzi po drabinie. - Co miałaś
na myśli, mówiąc: "potem stałam się dziewczyną"?
Rozdział 11
Nim Amon Brightbourne obudził się z białego snu, Raisa dawno już poszła
baristować dla porannej zmiany na Spitalfields. Dziwne łóżka, dziwne
energie, miazmaty kościoła Chrystusa Króla. (Czy on rzeczywiście ma na
szczycie cewkę Tesli, czy faktycznie siedział tam, majtając brogsami
pięćdziesiąt metrów nad Commercial Street?) A najbardziej ze wszystkiego
dręczył go tekst Raisy, który spadł jak okruch wapienia z fasady
kościoła.
Potem stałam się dziewczyną.
Lisi idzie do szkoły dopiero za parę tygodni, a teraz uwija się przy
pralkach i suszarkach. Ciotka Margolis gada przez telefon, zdaje się, że
(sądząc po jej odpowiedziach) z prawnikami.
- Śniadanie? - pyta Lisi. Amon nalewa sobie kawy. - Na śniadanie? -
dziwi się ona wzgardliwie. Robi dobrą kawę.
- Może to ty powinnaś być baristką - rzuca Amon, próbując żartu.
- Mam jedenaście lat - odpowiada Lisi.
Amon zabiera tę dobrą kawę i idzie do biblioteki, gdzie ma nadzieję
zrekompensować zarwaną noc pracą z próbkami muzyki cewki. Zastaje
Griffith-George'a wśród pudeł z dokumentami, szafek na akta, stojaków na
czasopisma, pękatych teczek z napiętymi gumkami, plastikowych
pojemników, stosów listów przepasanych parciejącymi sznurkami,
łuszczących się aktówek, szkolnych worków, dyplomatek, walizeczek.
Książek, segregatorów, harmonijek. Papierów spiętych, spiętrzonych,
złożonych, zbindowanych: arkuszy A4, wydruków, zwijających się
fotografii. Długich języków papieru do drukarki. Zapisanych odręcznie
stronic dzienników, schematów blokowych, drzew genealogicznych.
Ewidentnie gdzieś tu jest i Arka Przymierza, schowana pod górą papierów
zaraz obok palantiru z Orthanku.
Skarbiec cmokaniem odgania kawę od swoich wrażliwych dokumentów. Znosi
siorbanie Amona przez dziesięć minut, po czym mówi:
- Ta kawa to już ci całkiem wystygła. Co potrzeba?
- Raisa wczoraj powiedziała: "Potem stałam się dziewczyną".
Skarbiec patrzy na niego znad okularów.
- O co jej chodziło? - pyta Amon.
- Niektórzy sami przychodzą, innych się adoptuje, jeszcze inni się rodzą
- odpowiada Griffith-George. - Pozwól, że coś ci opowiem. Ta opowieść
zaprowadzi cię do kolejnej i jeszcze następnej, aż w końcu może do
czegoś dotrzesz.
***
Skarbiec przyjechał do Anglii z wyspy Montserrat z dwoma skarbami.
Pierwszy to pierścień claddagh przekazywany z palca na palec, począwszy
od swego pierwszego właściciela, Proinsiasa Joyce'a z Galway, wysłanego
w roku 1632 na służbę na Barbados. April Griffith zdjęła go i wsunęła
synowi na palec na lotnisku, kiedy wyjeżdżał, trzysta czterdzieści lat
po przybyciu swoich przodków. Drugim i cenniejszym skarbem była pamięć
wzrokowa. Zobaczy coś raz - miejsce, twarz, przedmiot, stronicę - i dziesiątki lat później jest w stanie przypomnieć to sobie w nadnaturalnym szczególe. Twarz urzędnika, który ostemplowywał mu
paszport w okienku imigracyjnym na Heathrow. Ubarwienie kotów
właścicielki w swoim pierwszym lokum na Greencroft Road. Każdy element
garderoby, jaki miał na sobie podczas dziesiątych urodzin. Prowadzi
grupy mieszkańców Montserrat, wygnanych po wybuchu wulkanu, na spacery
pamięci po Plymouth, pogrzebanej stolicy. To wciąż stolica, choć teraz
chodzą po niej tylko duchy.
Griffith-George, z sercem otwartym na świat, wylądował w roku 1972 i znalazł pracę. Znajdował jedną pracę za drugą. Kierowca autobusu,
bagażowy, dostawca paliwa, kierujący ruchem - wiecznie w tych
odblaskowych branżach. W 1987 znalazł się wśród pierwszej obsady nowego
lotniska London City i tam już został. Na płytach i pasach startowych
poznał i zakochał się w Desiree Therese Arcturus Hopeland. "Arcturus",
powiedział. "To gwiazda. Arktur".
"Tak, gwiazda", odpowiedziała.
Oddał jej swoje serce podczas ceremonii Związania w Ognisku Beckton.
Wzięła pierścień claddagh i włożyła mu z powrotem na palec, sercem na
zewnątrz. To nie po naszemu. Były lata, były dzieci, Związanie się
rozwiązało, ale Griffith-George Rigel pozostał Hopelandem, bo bycie
Hopelandem nigdy się nie kończy.
- Raisa Peri Antares. Niech zobaczę. Urodzona szesnastego czerwca tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku, szpital King's College. Oddana
do adopcji. Nie widzę żadnego z rodziców. Ailsa Canopus i Chloe
Centaurus adoptowały ją w sierpniu. Wszystkie ich dzieci są adoptowane.
Adoptujemy każde, które się rodzi. Idea Wielkiego Lindnera. Żeby uniknąć
chowu wsobnego. Jesteśmy genetyczną rzeką, nie stojącą wodą. Ugwieżdżona
dwudziestego trzeciego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
dziewiątego. Proszę nie zadawać pytań, panie Brightbourne. Pytania są
jak kamienie. Tamują przepływ pamięci. - Griffith-George marszczy się,
na twarzy świta mu uśmiech. - Widzę ją! Srebrna sukienka. Cekiny.
Krótka. Błyszczące rajstopy. Odpadł jej flek z lewego buta. Włosy ma
spięte z tyłu. Tam też srebro i brokat. Brokatowy cień do oczu i szminka. Jest zima. Niech zobaczę. - Odwraca głowę w lewo. - Przesilenie
zimowe dwa tysiące ósmego roku. Ognisko Wandsworth. Jest zimno. Po całym
ogrodzie porozstawiane koksowniki. Rozmawia z Donną Capellą i Jean-Claude'em Castorem. Przechodzę, zerka na mnie. Myśli, że powinna
mnie skądś kojarzyć. Ma dziewiętnaście lat. - Przechyla głowę. - Teraz
rok dwa tysiące czwarty. Wyruszenie Carmen Sirius. Jesteśmy w Ognisku
Sitges, żeby pożegnać duszę Carmen wracającą do nieba. Yaty się
obracają. Są tam, wśród ruchomych światełek. Nie bardzo wiem, skąd się
wzięły. Zobaczmy. Aaa. Carmen Sirius niedługo pobyła ze swoimi
rodzicielkami. Są tam, Ailsa i Chloe. - Przekręca głowę w lewo. - Raisa
stoi oddzielnie. Czternaście lat. Dziecko jest przerażone. Niedługo uda
się do Domu Dziewczyn. Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy.
Gorąco. W dłoni mam zimnego, zimnego guinnessa. Rosa na butelce, odkleja
się etykietka. Wandsworth. Masa, masa twarzy. Zobaczmy. Jest! Duże,
duże, duże dziecko. Wszystko duże, spodenki, buty, koszulka. Wszędzie
włosy. Ktoś leje wodę z węża i Raisa przebiega przez tęcze. Dziewięć
lat.
Griffith-George otwiera oczy.
- To dar i przekleństwo zarazem.
- Najpierw mówiłeś "ona", a potem "ono, dziecko" - zauważa Amon.
- Tak mówiłem, tak - odpowiada Griffith-George. - I teraz masz kolejne
pytanie, ale ja mam tylko dwieście dwadzieścia tysięcy Hopelandów. Ich
historie, złamane serca, nadzieje. Nie śpiesz się, koligacie, podróżuj
daleko.
Rozdział 12
Londyn to zaiste miasto dla psychogeografów. Każda dzielnica ma odmienną
psychikę i osobowość. W pieszym tunelu pod Tamizą na Woolwich czas się
zacina - minuty zmieniają się w godziny, godziny w minuty; słyszy się
historie o czasowych wirach, rozdwojeniu czasu. Róg Old Bailey i Newgate
Street ma ponury, posępny charakter, gnębiony przez widma stuleci
niewoli, tortur, rozpaczy. Clerkenwell to od zawsze serce radykalizmu i rewolucji, duch King Mob4. Spitalfields od zawsze ma duszę
pielgrzyma i zastawia stół dla imigrantów.
Rok 1686. Gaston Godin z Nantes przybywa na Spitalfields ze swoją żoną,
trójką dzieci i fachem w ręku. Dawne pola i warzywniki szpitala Świętej
Marii Panny poprzecinano ulicami dla hugonockich i irlandzkich tkaczy
jedwabiu, fachu, którego Anglikom brakuje. W Nantes, skąd wyjechał,
dragoni plądrują domy protestantów, zmuszają do nawróceń, grożąc
bagnetami, a gdzie się nie udaje, zarzynają hugonotów. Wiek religijnej
tolerancji dobiega końca, bo majestat Ludwika XIV czuje się zagrożony
wiarą inną niż jego własna.
W roku 1726 czółenka synów Gastona Godina śmigają po pełnym światła
poddaszu ich domu przy Fournier Street. Czterdzieści lat później ich
synowie patrzą, jak Johna Doyle'a i Johna Valline'a, tkaczy z zawodu,
wieszają na Bethnal Green za organizowanie rozruchów. Po stu latach
francuski import się podniósł, a ceny lokalnych towarów spadły. Tkacze
ze Spitalfields regularnie i z zawziętością biorą udział w rozruchach.
Richard i Paul Godin dawno wyszli z branży włókienniczej. Gdy jedwab
schodzi ze sceny, wysokie, przestronne tkackie domy są dzielone i zmieniają się w slumsy. Na ulicach pojawiają się nowe twarze. To ludzie,
którzy widzą w tych ruderach idealne miejsce dla kolejnej
niskoczynszowej, a spragnionej światła branży - szwalni. Pogromy
przeganiają prześladowanych Żydów przez Europę, ku plątaninie ulic w cieniu kościoła Chrystusa Króla. Prawidłowości pośród czasu. Włókna
nerwowe, wspomnienia. Głosy wołające poprzez stulecia.
Hugonocki kościół zmienia się w wesleyański kościół metodystyczny, potem
w Wielką Synagogę. Potem staje się Wielkim Meczetem. A potem czymś
jeszcze innym, kiedy wyprowadzą się Bengalczycy i wprowadzą się
Somalijczycy, Etiopczycy, Erytrejczycy. W tym świecie bez końca będzie
się wiecznie zmieniał, a zostanie taki sam.
***
1. Aula wykładowa Królewskiego Towarzystwa Nauk. Wieczór.
1891 r. Błyskawica: we wnętrzu domu! Przerażenie i zachwyt na twarzach
DELEGATÓW na widowni. DELEGACI to bez wyjątku dobrze ubrani wiktoriańscy
dżentelmeni. Migocze błękitne światło. KAMERA przesuwa się po twarzach
widzów. Wśród nich: CHARLES GODIN, blady, entuzjastyczny,
dwudziestoparoletni. Błyskawica odbija się w jego oczach.
Cięcie.
Stół laboratoryjny z przodu auli. Na nim transformator Tesli. Za nim
NIKOLA TESLA. On tu jest mistrzem, głównym magiem. Unosi różdżkę i elektryczny łuk tanecznie przeskakuje na nią z cewki. Radość maluje mu
się na twarzy.
NIKOLA TESLA
Drodzy panowie, widzicie oto błyskawicę. A ja widzę elektryczność
przesyłaną w dowolne miejsce świata. Przez powietrze! To jest potęga,
która wpłynie na naszą przyszłość.
2. Aula wykładowa Królewskiego Towarzystwa Nauk. Wieczór.
Chwilę później. Pokaz się zakończył. DELEGACI otaczają TESLĘ, zasypując
go pytaniami.
CHARLES GODIN usiłuje się do niego przecisnąć.
CHARLES GODIN
Panie Tesla! Panie Tesla!
Sfrustrowany, biegnie po schodach do głównego wyjścia.
3. Foyer Królewskiego Towarzystwa Nauk. Wieczór.
CHARLES GODIN na głównym balkonie, NIKOLA TESLA wchodzi do foyer, wciąż
oblegany przez DELEGATÓW.
CHARLES GODIN
Panie Tesla!
NIKOLA TESLA podnosi wzrok.
CHARLES GODIN
Panie Tesla! Ta pana cewka... Jak coś takiego skonstruować?
NIKOLA TESLA unosi laskę i celuje nią w CHARLESA GODINA.
TESLA
Sir, jak się pan nazywa?
CHARLES GODIN
Charles Godin, panie Tesla!
TESLA
Pana mogę tego nauczyć.
4. Fournier Street. Wieczór.
Sześciu mężczyzn i jedna kobieta zbierają się na tkackim poddaszu domu
Godinów. Burza: ulewny deszcz, błyskawice między kominami Londynu.
Wyraźnie starszy CHARLES GODIN stoi obok CEWKI TESLI dominującej nad
wysokim salonem pod dachem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Miłość spada z letniego nieba.
***
Jest 22.23, a Londyn płonie. Płomienie buchają z rozbitych witryn Foot
Lockera na Brixton. Białe szkielety podpalonych citroënów i toyot leżą
martwe wzdłuż Wood Green Lane. Na Enfield policję z psami blokuje
barykada z płonących pojemników na śmieci. Turcy z Turnpike Lanes, z kijami baseballowymi w pogotowiu, tworzą falangę pomiędzy sklepami,
kebabami, kawiarniami, swoim źródłem utrzymania a nieartykułowanym
rykiem ulicznej furii. Ostre zęby rozbitych butelek, kosteczki z szyb
samochodowych, powgniatane rolety. Porozrzucane pudełka po butach,
samotny telewizor LCD, przewrócony na grzbiet, z facjatą rozbitą czyjąś
stopą w przelocie. Od Waltham Forest po Croydon, od Woolwich po
Shepherd's Bush, zamieszki przelewają się jak roztopiony ołów z blackberry na iPhone'a, z nokii na samsunga, płyną do serca miasta, na
Islington, Sloane Square, Oxford Circus.
- Co ty tu robisz? - Kobieta w kamizelce Transport for London pyta
wysiadającego z metra młodego człowieka.
Biały, wielkooki, z opadającą na oczy szopą rudych włosów. W tweedach, o dwa numery za małych, w brogsach, z przewieszoną przez wąskie ramię
skórzaną torbą. Chude, nie z tej ziemi stworzenie, poza swoim czasem i miejscem, jak jelonek w fabryce. Kobieta i ta zjawa są jedynymi osobami
na peronie linii Central.
- Szukam Meard Mews.
- Meard Mews?
- To gdzieś koło Broadwick Street. Zdaje się.
- Zwariowałeś?
- Jestem na Oxford Circus, tak?
- Nie słyszałeś wiadomości? O unikaniu zbędnych podróży? - Kobieta w odblaskowej kamizelce pokazuje na swój blackberry. - Tam się wszystko
rozkręca.
Podziemne wiatry podrywają pył z butów, szeleszczą na kafelkach
papierami po batonach i niosą szum ulicy, czasem głosy, czasem cichy,
narastający ryk. Łomot. Brzęk tłuczonych szyb. Dźwięki wirują w rurach
olbrzymiego instrumentu, stacji Oxford Circus, młody człowiek unosi
wzrok, oczy ma wielkie jak antylopa.
- Może mi pani pomóc?
- Wyjście numer siedem - mówi kobieta. - Tylko uważaj tam na górze.
- Ja mam szczęście w życiu - woła chłopak za siebie.
Wyłania się w samym środku rozruchów. Dłonie ciskają kamienie, cegły,
kawałki rozwalonego kosza na śmieci i rozkładu autobusowego, które
odbijają się od rolet firmowego sklepu Nike. Każde trafienie w łyżwę
powoduje radosne okrzyki. Powinien prześliznąć się za ich plecami w wąskie uliczki Soho, lecz widok, dźwięk, zapach anarchii są tak
sprzeczne ze wszystkim, co wie o tym mieście, że zafascynowany waha się
odrobinę za długo. Radar tłumu go wykrywa. Tłum się odwraca. Widzi go.
Bladego, w tweedach. Torba przez ramię. Dekadencja. Elita.
Dłoń wędruje ku skórzanej torbie, miękkiej jak pocałunek, ze starości i z miłości. Ta sama torba towarzyszyła jego stryjecznemu dziadkowi
Auberonowi w tajnych, niecnych akcjach w Licji i na Dodekanezie. Ci
ludzie mogą mu ją zabrać. Mogą zrobić z nim, co zechcą. O ile większa
satysfakcja z odbijania kamieni od ciała niż od grzechoczącej stali.
Ciało potrafi krzyczeć, potrafi krwawić. Czterech ludzi odłącza się od
grupy i rusza ku niemu, z kawałkami ulicznych mebli w dłoniach. Cofa
się. Szkło chrupie pod obcasami brogsów. Stoi na środku szklanego
ścierniska z potłuczonych butelek, witryn sklepowych, szyb aut.
Niebo rozbrzmiewa nagłym hałasem. Telewizyjny śmigłowiec nadlatuje nisko
i ostro, znad dachu Debenhamsa. Obrotowa kamera zwisa jak jądro pod jego
tułowiem. Zawraca nad Oxford Circus, szukając sensacyjnych ujęć. Tłum
zadziera głowy, pozuje. To jego pięć minut dla CNN.
Chłopak okręca się na odłamkach szkła i znika na Soho.
Wąskie, ciasne uliczki prowadzą w świat równoległy. Soho ma gdzieś
helikoptery, tłuczone szyby, łoskot opuszczanych rolet, szydercze
wrzaski, fakt, że jest rok 2011. Na Soho życie toczy się jak zawsze,
ławice ludzi w restauracjach z sushi. Bary z chińszczyzną, puby na
rogach, kawiarnie. Chłopcy w kraciastych szortach i japonkach stoją na
chodnikach, piją i się drą. Młode kobiety w obciętych dżinsach i letnich
butach palą. Telewizory pokazują zamieszki na żywo. Amy Winehouse
śpiewa, że miłość to przegrana gra.
Przystaje, żeby poradzić się telefonu. Google nie zna Meard Mews.
- Lepiej z tym uważaj - woła któryś z pijących pod barem. - Ktoś ci go
zabierze.
- Szukam Meard Mews.
Wzruszenia ramion. Śmieszki.
- Meard Mews? - Gość zbierający szklanki pstryka palcami nad ekranem
telefonu. - Na mapie nie będzie, ale to jest tu, o. - Stuknięcie w szybkę.
***
Meard Mews to szczelina na szerokość barków między dwiema ceglanymi
ścianami, pełna smrodliwych cieni. Włącza latarkę w telefonie - góry
czarnych worków ze śmieciami, kartony rozmiękczone deszczem i butami.
Zapach sierpniowej zgnilizny, czosnku, przegrzanego oleju do smażenia.
Kuchenne rozmowy. Paplanie radia, piwne szczyny Soho. "Podwójne czarne
drzwi", mówił email. W wąskim przesmyku są takich trzy sztuki.
Dzwoni domofonem do pierwszych.
- Crumble? - pyta.
- Co?
- Crumble. Taki, ten, klub.
- Spierdalaj.
Syreny, wzmocnione przez ceglaną trąbkę Meard Mews. Następne drzwi,
następny domofon.
- Crumble?
Długi strumień szybkich sylab w języku, którego nie rozpoznaje, kończący
się odłożeniem słuchawki. Ostatnie drzwi.
- Dzień dobry, ja od muzyki.
- Że co, skarbie?
- Muzyka. Do klubu Crumble. Mam grać set.
- W życiu nie słyszałam, skarbie.
- Może jest mały.
Głos woła kogoś poza zasięgiem domofonu.
- Niestety, kochany, nie ma tu nic takiego.
- A to jest Meard Mews?
- Tak.
- Pisali w mailu, żeby przyjść na Meard Mews. Czarne drzwi.
- Ale to nie tu, skarbie.
Telewizyjny śmigłowiec przelatuje jeszcze raz. Chłopak jeszcze raz stuka
w emaila od promotora.
Nagle z letniego nieba spada miłość.
Rozdział 2
- Hej, halo?
Wgapia się w domofon na ostatnich czarnych drzwiach.
- Tutaj. Tu jestem. Na górze.
Światło z telefonu przeskakuje po ścianach, przez drut kolczasty i tłuczone szkło na spękanym betonie, po rynnach. I trafia na twarz młodej
kobiety ponad kruszącym się ceglanym gzymsem. Skóra jasnobrązowa, ostre
kości policzkowe, piegi, zielone oczy, na włosach opaska Nike.
- Może to wyłącz? Razi mnie.
- A. Przepraszam.
- Ile masz procent? - woła kobieta.
- Eee?
- Baterii. W telefonie.
- Aaa. Osiemdziesiąt mniej więcej.
Na ulicę opada drabinka pożarowa. Pierwsze schodzą buty. I to jakie buty
- miękkie, jak rękawiczki dla stóp. Potem oldschoolowe skaterskie
podkolanówki z jedynym słusznym czerwono-biało-niebieskim paskiem u góry. Potem legginsy Adidasa, do pół łydki, trzy paski, dziura z tyłu
uda. Krótka koszulka, na niej plecak. Lekkie, mocne rękawiczki bez
palców. Na lewym przedramieniu telefon w czymś w rodzaju uprzęży.
Schodzi z idealną równowagą, rozpędem, gracją. Tak zstępują anioły z nieba. Anioły Soho.
- Daj Bluetootha.
Kuca w zaułku, z twarzą oświetloną ekranem. Przeciąga palcem. Jego
telefon odgrywa urywek melodii, którą grałby w klubie Crumble.
Powiadomienie. Przychodzi aplikacja.
- Zaakceptuj. Jest bezpieczna. Jak ona zdechnie, to i ja nie żyję.
- Co takiego? - pyta.
Zagląda mu przez ramię i stuka w aplikację. Ekran wypełnia mapa Soho,
przecięta pionowym półprzezroczystym zielonym paskiem.
- Tak - szepcze i wyrywa mu telefon z dłoni.
Skok, przeskok, chwyt i już jest w połowie drabinki po drugiej stronie
ulicy.
- Mój telefon!
Odwraca się na drabince i rzuca mu świetlistą tabliczkę. Jej telefon.
Kiedy trzyma go w złożonych dłoniach jak sakrament, aparat wchodzi w tryb oszczędzania energii. Pięć procent. Wyłącza go.
- Naładuj - krzyczy ona. - On mnie znajdzie.
- Co takiego? - pyta raz jeszcze i dodaje: - Czekaj...
Ta chwila to wszystko. Łap ją. W którymś punkcie wieczności losowe
kwantowe fluktuacje raz jeszcze odtworzą ten wszechświat w każdym
szczególe i ta chwila wydarzy się na nowo. Ale miriady lat to zbyt
długie oczekiwanie na zaspokojenie nieodwzajemnionego pragnienia.
Gramoli się na przemysłowy śmietnik. Do drabinki daleko, ale jest zwinny
i chudy. Torba huśta się za nim. Podeszwy chwytnych butów znikają w górze na gzymsie. Krzywi się, rysując czubki butów o cegły. Te brogsy są
ręcznie szyte.
Ona jest już jeden dach dalej, skulona na tle rozjarzonego przez
Richmond Buildings powietrza, jak superbohaterka. Nieco wyższe latarnie
Soho Square błyszczą za nią jak kotara z cekinów.
- Idę z tobą.
- Nie możesz.
- Ale coś ci grozi.
- Że co?
- Możesz zginąć.
- Co?
- Powiedziałaś: "Jak telefon zdechnie, to i ja nie żyję".
Kręci głową.
- Nie dosłownie "nie żyję", raczej... Zresztą nie mam czasu. To jest
wyścig.
Jest szybka, ale on idzie za nią. Lekkie dachowe baletki ledwo dotykają
papy, porozbijanych dachówek, nadpleśniałych gzymsów. Brogsy biegną
pewnie. Ona śmiga po dachach Soho jak niska letnia błyskawica. On jest
jak idący jej śladem grzmot. Zatrzymuje się w cieniu walących się
kominów, dłonie na udach, oddycha ciężko. Dogania ją.
- To tweed - mówi, taksując go wzrokiem.
"Wiktoriańscy dżentelmeni zdobywali Alpy w tweedzie", ma już powiedzieć,
ale ona pędzi dalej, po skosie dachu ku ceglanemu gzymsowi nad wąskim
zaułkiem, bardziej znakiem przestankowym między domami niż ulicą. Staje
na krawędzi, przenosi ciężar z nogi na nogę, ocenia odległość. "Nie"
więźnie mu w gardle, kiedy ona cofa się o krok, łapie równowagę, robi
krótki, ostry rozbieg. Skacze. Wydaje się zawisać nad ciemną pustką
wypełnioną skwarem Soho i zapachem tajskiego jedzenia - jedyny
nieruchomy punkt w kłębiącym się mieście. Ląduje z trzaskiem dachówek,
kuca, odzyskuje równowagę.
- Z kimże się ścigasz? - krzyczy przez szczelinę.
- Moim koligatem.
- Twoim... kim?
- Koligatem Finnem. Naprawdę powiedziałeś "z kimże"?
Szacuje przepaść. Rozbieg, wyskok, lądowanie, przyczepność - wszystko
jest przeciwko niemu. Po jego stronie - Łaska. Rozpędza się, wyskakuje
nad ulicę, ląduje ciężko, pada naprzód, opiera się na dłoniach.
- Rany - szepcze ona.
- No dobra. - Otrzepuje dłonie z brudu. - Z kimże się ścigasz?
Niebo za kobietą jest spowite żółtym, podświetlonym sodowo dymem. Syreny
tkają siatkę alarmów.
- Posłuchaj. Jest taka jedna rzecz, którą mogę odziedziczyć. Coś tak
rzadkiego i magicznego, że nie uwierzysz. Finn też ma do tego prawo. I stąd ten wyścig. Kto pierwszy to coś włączy, to jego. Zaczynamy na
przeciwległych końcach linii, która idzie przez Londyn.
- Linii kolejowej?
- Nie. Cicho, posłuchaj. Linii na mapie. Zero stopni osiem minut, dwa
koma jeden sekundy na zachód. Ja na Streatham, on na Muswell Hill. Jeśli
ktoś zejdzie z linii o więcej niż dwadzieścia metrów, game over.
- Nawet na domach ludzi, na prywatnym terenie i tak dalej?
- Chuj z prywatnym terenem, tweedziak. Tamizę musiałam przepłynąć. W plecaku mam piankę. Trochę śmierdzi.
- Wbijałaś się w piankę w centrum Londynu?
- No, i zdejmowałam na oczach dziesięciu zboków. Mnie się dostała rzeka,
a Finn dostał tory na Euston i West Coast. Jak linia mówi: biegnij po
dachach, przeskakuj przez uliczki, to biegniesz i przeskakujesz. -
Odwraca się, pokazuje mu jego telefon świecący na lewej ręce. - GPS.
Iskromagowie patrzą. No dobra, mam wyścig do wygrania.
- Mogę ci się przydać - woła, gdy ona rusza w górę dachu, muskając
dachówki czubkami palców.
- Co ty nie powiesz, tweedziaku?
- Poważnie. Mam szczęście w życiu.
To prawda. To więcej niż prawda. To coś, co definiuje jego dwadzieścia
cztery lata. To dlatego drzwi na Meard Mews nie reagowały na hasło
"Crumble". To dlatego demonstranci na Oxford Circus smarknęli, burknęli
i poszli dalej; aby doprowadzić go tutaj, na ten dach. I ona też go nie
odtrąci. Łaska zawsze faworyzuje tych, co ją mają.
- No to chodź. - I rusza po dachówkach. On depce jej po piętach.
Pod pubem Nellie Dean na Dean Street rozgadany tłumek popija piwo.
Skupieni na swych nudnych plotkach, na grzmiących śmiechach, nigdy nie
patrzą w górę. Tak pozostaje niedostrzeżone pół wszechświata, jak ciemna
materia. Dziesięć ulic stąd pali się miasto, dziewczyny zakładają pianki
do nurkowania, superbohaterka w lycrze i jej towarzysz w tweedzie i brogsach biegną po dachach, jak w dziwacznym serialu szpiegowskim z lat
sześćdziesiątych zakończonym po paru odcinkach. Ciemna energia.
Dziewczyna sprawdza czerwoną szpilkę na przywłaszczonym telefonie.
- Szybki jest.
- Daleko to?
Dźga podbródkiem w kierunku Soho Square.
- Carlisle Street. - Opada na dach ganku i zerka w dół, na ulicę. -
Pięć, sześć metrów.
- Z boku jest drabinka pożarowa.
- To poza linią.
- Nie dla mnie.
Schodzi po zakazanej drabince i opada między gości z piwem na Dean
Street.
- Słuchajcie, mogę was o coś poprosić?
Łaski nie da się przywołać, nie da się jej rozkazywać. Ona jest jak
blask. Emanuje nim i dotyka serc rozgrzanych piwem i latem. Piwosze
pomagają mu przesunąć piknikową ławkę na drugą stronę ulicy i postawić
ją pionowo pod ścianą.
- Teraz ile?
- Może ze trzy.
Piwosze widzą dziewczynę i angażują się w przygodę. Ona odwraca się,
zwiesza z ganku, opada. Ląduje na skosie ławki, zjeżdża po niej na
ulicę, przebiega na drugą stronę, przeskakuje przez maskę ciasno
zaparkowanego peugeota 205, w zaułek, przez przemysłowy pojemnik na
śmieci, po ścianie w górę, przez wyjście ewakuacyjne na wysoko
obramowany taras.
- Parkour czy jak to tam, nie? - pyta chudy typ w kraciastej koszuli.
Patrzy, jak jej pasiaste skarpetki podskakują, przeskakują, znikają z jego życia pomiędzy rozpadającymi się kominami i dachowymi kryjówkami do
palenia zioła, w pogoni za bezcenną nagrodą.
Łaska nie da się tak łatwo oszukać. Nie jest uwiązany do prostej linii.
Może iść przez to miasto, jak chce. A więc: w głąb Dean Street, przez
Carlisle Street na Soho Square. Ostatkiem baterii w telefonie dziewczyny
wywołuje aplikację i zwraca się na północ, w kierunku rywala. Tego
koligata, cokolwiek to znaczy. Jest, leci pod prąd ludzi zmierzających
na wcześniejsze metro i bezpieczniejszy autobus. Dwadzieścia parę lat,
wysoki. Wysportowany jak nie wiem. Oliwkowa skóra, wydatny nos, oczy
gazeli. Ciemne fale gęstych, lśniących włosów. Ma na sobie takie same
legginsy Adidasa jak ona. Takie same buty i skarpetki. Plecak z workiem
z wodą na obcisłej koszulce, antypoślizgowe rękawiczki bez palców.
Identyfikujący go poblask telefonu zamocowanego na lewym przedramieniu.
Wielkie oczy utkwione w zaułkach, drabinach pożarowych, gzymsach.
Wpatrzony w Nagrodę. I tak oto przejdzie ci koło nosa, szepcze Łaska w zakamarkach jego serca.
Pełną parą zderza się z Finnem. Przewracają się na ulicę.
- Przepraszam, przepraszam! - Pomaga koligatowi Finnowi wstać. Chwila
dla iluzjonisty. - Nic się nie stało? O, to chyba pana telefon. - I sztuczka wykonana. - Najmocniej przepraszam.
Finn wsuwa telefon w pasek na ręce i biegnie dalej, ze wzrokiem
utkwionym w dachach miasta. Teraz finał.
Finn zerka na lewe przedramię, bo musi. Zerka raz jeszcze. Wyciąga
telefon, potrząsa nim.
Amon widzi, jak z chłopaka ulatuje życie i nadzieja. Widzi, jak pada na
kolana. Słyszy coś, czego miał nadzieję już nigdy nie słyszeć - wycie,
jakby komuś wyrywano kości z ciała. Oto dla miłości zrobił najgorszą
rzecz w życiu.
***
Oddala się z miejsca podmianki. Na skradzionym telefonie Finna łatwo
namierza Nagrodę. Poobijane drzwi prowadzą na podwórze. Jest tu drabinka
pożarowa. Oczywiście. Wspinając się po niej na płaski dach, przypomina
sobie i wyłącza kradziony telefon. Dopełnić zbrodni. Za kilkoma metrami
porzuconych grilli i rozbitych butelek wznosi się witrażowa kopuła,
zdobiona w liście i gałęzie niczym lampa od Tiffany'ego. W czterech
rogach dachu stoją smukłe metalowe kolumny, dwa razy wyższe od niego,
każda zwieńczona metalową kulą wielkości jego głowy. A pod stopami - czy
to zawiłe wzory wytrawione w dachu, czy hieroglify z gołębiego gówna?
Witraże są stare i tłuste od sadzy, kruche po dziesięcioleciach
przepuszczania światła. Zagląda. Półmrok i cienie. Siada oparty plecami
o kopułę, czeka, aż dziewczyna nadbiegnie długą, trudną drogą dyktowaną
przez linię. Na tle sodowego nieba unoszą się słupy dymu. Syreny,
krzyki. Miasto warczy, złe i krnąbrne. Helikoptery odfrunęły do
ciekawszych dzielnic.
Na gzymsie pojawia się dłoń w rękawiczce. Potem druga. Podbiega, żeby
podać jej rękę.
Wpatruje się w jego twarz. Jest wyczerpana, oczy zapadnięte, twarz
plamista od potu i kurzu, połamane paznokcie.
- Jak?
- Znam inną drogę.
Bierze go za rękę i ostatkiem sił gramoli się na dach. Na widok szklanej
kopuły spina wszystkie mięśnie.
- O Boże. - Zamiera. - Czy ja... Czy on?
- Jemu się nie udało.
- Widziałeś go? Finna?
- Telefon mu... - Myśli o prawdzie. Prawda i Łaska niekoniecznie się
kochają. - Telefon mu się rozładował.
- To ja wygrywam - mówi ona po prostu, a ponieważ te słowa jakoś słabo
działają, powtarza je, mówi je miastu, które nie zwraca uwagi.
Telefon na jej przedramieniu wyświetla czterocyfrowy kod. Pochyla się i kręci bębenkami skrytki szyfrowej obok kopuły. W środku jest kółko z dwoma kluczami. Jednym otwiera segment kopuły, odchyla go i wchodzi do
środka.
- No chodź. Musisz to zobaczyć. Po prostu musisz.
Rozdział 3
Metalowe schody skręcają w dół, do dużego salonu zajmującego ostatnie
piętro budynku.
Na ścianach mieszkają całe mitologie - bóstwa, duchy, dżiny łypią
spomiędzy liści, kwiatów, owocowych orgii i gniazd jaskrawo upierzonych
ptaków. Stwory z dziobami, gadzimi oczyma jak klejnoty, demony,
wieloręcy półbogowie, młoty, topory, bębny. Jarzące się błękitem korony
i tiary z iskier, bransolety na przegubach, pierścienie mocy, owa moc
przeskakująca łukami błyskawic od boga do boga.
Przystaje na spiralnych schodach, oczarowany.
- Zeus, Indra, Astrape, Thor, Xolotl, Ptak Gromu, Set, Raijin. Tych
subsaharyjskich za bardzo nie znam.
- Frank Brangwyn1 - mówi młoda kobieta. Pstryka szeregiem
kremowych bakelitowych wyłączników, kruszących się ze starości. -
Prywatne zamówienie. To miejsce jest naprawdę stare. One są dość cenne.
- To jest ta bezcenna nagroda? - pyta.
- Nie - odpowiada dziewczyna. - To.
Drugim kluczem z kółka otwiera pokrywę w podłodze. Pod nią: przekładnia.
Pętla z łańcucha biegnie od kół zębatych do bloczka w suficie. Ciągnie.
Ogniwa grzechoczą na kołach, zęby klikają. Kołowy kształt pośrodku
parkietu rozdziela się na trójkąty. Zaokrąglona metalowa kopuła wypycha
je ku górze i na zewnątrz. On, na schodach, ściska poręcz w zachwycie i przestrachu. Jakby gigantycznemu robotowi-niszczycielowi miast ktoś
domontował fiuta - tak właśnie wygląda ten podnoszący się z podłogi
stalowy dzwon. Owalna gała unosi się, pod nią jest smukła kolumna.
- To? A czym jest "to"?
- Co, tweedziaku, cewki Tesli nie widziałeś?
Nagle wśród bujnej dżungli i bijących piorunów zauważa po wiktoriańsku
sztywnego dżentelmena, w wysokim kołnierzyku, elegancko ufryzowanego, z przystrzyżonym wąsem, chytrym uśmieszkiem i bystrym spojrzeniem. Nikola
Tesla, serbski mag elektryczności, największy spośród nich.
- Przydaj się na coś - woła młoda kobieta. - Ta wajcha tam. - Wskazuje
podbródkiem. Ma ładnie wskazujący podbródek.
Naprzeciwko łańcucha w ścianie jest korba. Amon zbiega po żeliwnych
stopniach. On kręci, ona ciągnie. Dzieją się cuda. Wiekowa maszyneria
skrzypi, strząsa z siebie lata kurzu i nieużywania. Zenit kopuły otwiera
się maleńką gwiazdką nocy. Między metalowymi żebrami pojawiają się
przerwy. Powoli, z potwornym jazgotem, płatki rozdzielają się i opuszczają do salonu.
- To jest naprawdę! - przekrzykuje hałas trybów, szyn, łożysk.
Zakrzywiony witrażowy trójkąt opuszcza się przed jego twarzą.
- Naprawdę, tweedziaku - odkrzykuje dziewczyna. Cewka wznosi się ponad
poziom sufitu. - Elektromancja! Jak byłam mała, uwielbiałam to miejsce,
ale wyszło tak, że tutaj trafił Finn, a ja do ciotki Margolis na
Spitalfields. Zawsze mu zazdrościłam.
- Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz! - krzyczy on.
Kopuła się schowała. Cewka Tesli wysunęła się ponad poziom dachu. Młoda
kobieta przerzuca szereg zasuw, aby ją zablokować.
- Gotowy jesteś? Chcesz to zobaczyć? - W jej oczach skrzą się
błyskawice.
Trzecią ścianę pokrywają kable i złącza, bezpieczniki i skrzynki
rozdzielcze, a wszystko to zbiega się w jednym wielkim nożowym
wyłączniku, autentycznie jak wyłącznik "dajcie pioruny na tę trumnę" z filmów z potworami i baronem Frankfurterkiem, z czerwoną rękojeścią. I ona go przerzuca. I unosi dłonie do ust, zachwycona własną śmiałością.
Budynek pulsuje mocą. Czoła wszystkich bogów, demonów, aniołów i tesli
na ścianach buzują ogniami świętego Elma.
Dziewczyna pędzi po spiralnych schodkach. Na plecach podskakuje jej
worek ze śmierdzącą pianką. On, przyciskając torbę do piersi, jakby
bicie serca mogło nie dopuścić niszczącego chipy pola
elektromagnetycznego, idzie za nią na dach. Muska dłonią poręcz i pojękuje, użądlony przez małą błyskawicę.
- To szaleństwo! - woła do dziewczyny.
- Największe na świecie! - odkrzykuje ona przez buczenie prądu.
Cewka Tesli eksploduje piorunami. Białobłękitne palce plazmy przeskakują
na kolumnę w południowo-wschodnim narożniku dachu. Łukowe światło parzy
w siatkówki. Piorun przeskakuje z metalowej kuli na metalową kulę,
tańczy, drga, znajduje w powietrzu nowe drogi, ani przez chwilę nie
stojąc w miejscu. On stoi z zapartym tchem, zachwycony, rozradowany, w altanie z błyskawic. Zabłąkana iskra mogłaby go spalić na popiół. Nie
dba o to. Jest węglowym robaczkiem, triadą w wieczności. Dziewczyna tkwi
w ekstazie, ukoronowana elektrycznym ogniem.
- Kim ty jesteś? - krzyczy.
Ona rozkłada ręce, jak Anioł Tesli domagający się od miasta czci.
- Jestem Raisa Peri Antares Hopeland!
Przechodnie na Carlisle Street zatrzymują się i zadzierają głowy, na
Soho Square hamują samochody. Riksze stają, ich pasażerowie wysiadają,
aby się pogapić.
- Może trzeba... - mówi. - Bo policja...
- Jeszcze nie - odpowiada Raisa Peri Antares Hopeland. Wszyscy bogowie
burz się zgadzają. Pysznie jest władać gromem. Przechodzi na wschodnią
stronę dachu, od Soho Square. - Oni muszą... O! Jest! O rany, patrz!
Na północnym wschodzie, pomiędzy wieżowcami City of London migocze
błyskawica.
Włosy stają mu dęba, skóra na głowie zaczyna mrowić. Zachwyt, czysty i pierwotny. Wywołała stamtąd coś przedwiecznego i potężnego, coś, co
długo spało, a teraz zbudziło się czujne, dzikie, nieokiełznane.
- Iskromagowie mnie uznają - mówi Raisa Peri Antares Hopeland. - Jestem
Elektromancerką. - Jej ciemna skóra lśni elektrycznym indygo; policzki,
oczodoły, włosy jarzą się ognikami. Nad dachem przelatuje z terkotem
helikopter, zawraca nad Soho Square. - Trzeba to już wyłączyć. Zwracam
na siebie uwagę.
Schodzi do gabinetu Elektromancera pomiędzy spiralami ogni świętego
Elma, które przeskakują w górę i w dół wzdłuż poręczy kręconych schodów.
Błyskawica gaśnie. Szczękają łańcuchy, cewka się opuszcza. On czuje się
zmrożony i bezbronny. Energia, która wysłała go na dachy Soho po
psychogeograficznych liniach mocy, odpłynęła do ziemi. Nocne marki i ciekawskie uliczne łazęgi wznawiają swoje wędrówki, wszyscy oprócz
jednego, który zostaje, gdy reszta gapiów zniknęła; wysoki, atletyczny
młody człowiek w sportowej koszulce, legginsach, podkolanówkach.
Zadziera głowę. Amon patrzy, jak odwraca się, idzie, puszcza się
biegiem, znika w mieście.
Śmigłowiec wznosi się prosto w górę, skręca i leci na wschód.
***
W wielkim salonie jej nie ma. Szuka jej po korytarzach i na niższym
piętrze tego mieszkania, które wygląda na większe, niż pozwala
czasoprzestrzeń. Słyszy dźwięk puszczonej wody. Światło za uchylonymi
drzwiami łazienki. Na kafelkach sportowe ubranie, buty do wspinaczki,
grube skarpety. Pianka do nurkowania to zrzucona neoprenowa skóra
selkie. Serce mu podskakuje z podniecenia - zawsze chciał mieć takie
życie, w którym zakłada się pianki.
- Mogę gdzieś tu się przespać? - krzyczy przez mentol, lawendę i odgłosy
drobnej prywatnej przyjemności, jakie ludzie wydają pod bieżącą wodą,
ostatnim wspomnieniem mokrego łona. - Bo, ten... ja miałem dzisiaj być w klubie.
- Pewnie. Tu jest masa łóżek.
- Amon Brightbourne - woła z korytarza. - Ja. Jestem. Amon.
Brightbourne.
Ona śpiewa Back to Black. Amon wraca po swoich krokach do schodów i namierza sypialnię, która najmniej zalatuje starymi ludźmi. Przy
zielonym świetle lampy bankierskiej przy łóżku przypatruje się historii
wiszącej w ramkach na ścianach, jak egiptolog odcyfrowujący dynastyczne
drzewa. Mieszkał tu artysta estradowy. Afisze z Palladium i Hackney
Empire; główne gwiazdy obwieszczone 96-punktowym Playbillem, a wśród
36-punktowych pozycji tresowane psy, komik-żongler oraz sir Karageorge,
Elektrycerz. Uśmiechnięty pucołowaty facet, ubrany w kolczugę i kaptur.
Ma mały teslowski wąsik.
Potem zdjęcia - Elektrycerz w miękkim, eleganckim garniturze, z pięknie
zawiązanym krawatem, spinkami, pozujący z innymi przedpotopowymi
artystami. Drobniutka śpiewaczka, wyglądająca jak nauczycielka z podstawówki, we wspaniałej sukni empire z lat pięćdziesiątych. Inna
kobieta, wyższa, bardziej pstrokata, w fantastycznym stroju baletnicy, z wysokim jak ul kokiem. Starzy komicy - jeden łysiejący, w rogowych
okularach, obok drugi, mniejszy, szpakowaty. Wysoki typ o twarzy
gangstera, w fezie. Kolejny, w płaszczu przeciwdeszczowym i ugrzecznionym filcowym kapeluszu, z rysami, które należałoby przeprać i przeprasować. Girlaski w rękawiczkach, srebrnych kozakach, z piórami.
Sceniczne reflektory podświetlające iskrę przeskakującą z cewki na grot
lancy. Błyskawice pomiędzy kolczymi rękawicami. Scena pełna łuków
strzelających między dwiema cewkami. Fotosy z czegoś, co wygląda jak
studio telewizyjne z piosenkarzami z lat sześćdziesiątych. Amon
rozpoznaje Cliffa Richarda, bo jego matka ciągle wierzy, że uśmiechnął
się do niej z ekranu telewizora. Młody i świeży Bruce Forsyth z cywilami
o wystraszonych minach, w czymś, co wygląda jak teleturniej. Potem znów
scena - z zespołami rockowymi. Tu Elektrycerz, starszy, z eleganckim
posiwiałym wąsikiem, z kimś przebranym za wielki kwiat; tu z Ozzym
Osbourne'em szczerzącym zęby, wytrzeszczającym oczy i układającym palce
w różne kształty; tu na wysokiej estradzie, puszczający iskry gołej
elektryczności ponad rockowym trio z chuderlawym, długowłosym basistą i bębniarzem-mięśniakiem za największym zestawem perkusyjnym, jaki Amon w życiu widział. Rick Wakeman w srebrnej pelerynie za baterią
syntezatorów, z rycerzami w zbrojach na lodzie. Potem już tylko pusta
ściana.
Prześcieradło budzi w Amonie Brightbourne odrazę, więc kładzie się na
kołdrze. Nad łóżkiem wisi małe i dziwne urządzonko - koncentryczne
pierścienie żyroskopu na cienkim srebrnym łańcuszku. W środku swobodnie
obraca się lusterko wielkości pięciopensówki. Nie ma pojęcia, co to
takiego, ale nie emanuje żadną złą aurą, a kręci się przy najlżejszym
dmuchnięciu, więc uznaje to za amulet.
Co chwilę budzą go wyimaginowane kroki w korytarzu. Jej nigdy tam nie
ma. Brakuje mu odwagi, by pójść jej poszukać, jeszcze by się okazało, że
jej tu nigdy nie było i cała ta magiczna noc rozsypie się w proch. Kiedy
Amon Brightbourne zapada w nerwowy sen, Londyn płonie. Nastoletnie
chłopaki biją się na korytarzach i w poczekalniach szpitala King's
College. Rozszabrowano sklep elektryczny Brixton Currys. A oto czaszka
zabitego Tesco. Na Woolwich pali się pub Great Harry. Demonstranci jego
własnym popiołem piszą mu hasła na ścianach. Śmigłowce, psy, płonące
samochody. Pianka tapicerska daje taki piękny płomień. Budzi się w środku nocy, sparaliżowany, nie wie, gdzie jest, przekonany, że stało
się coś strasznego i ważnego i że kiedy zrobi się jasno, ujrzy
odmieniony, całkiem odmieniony świat. Spadła na niego miłość.
I ten ranek rzeczywiście nadchodzi, i on woła ją - tym pełnym,
absurdalnie długim i cudownym imieniem-nazwiskiem - a nie otrzymawszy
odpowiedzi, raz jeszcze przeszukuje mieszkanie. Nie ma jej. Czajnik jest
ciepły, wyszła chwilę temu i to go pociesza, kiedy robi sobie
rozpuszczalną neskę ze słoika na łuszczącym się blacie w pożółkłej
melaminowej kuchni. Wchodzi na górę do studia elektromantycznego.
Schowała cewkę. Pośrodku klapy w podłodze położyła karteczkę. Na niej -
mapa, adres, data za cztery dni i słowa: "Przyjdź fona odebrać".
Rozdział 4
Słyszy muzykę z drugiej strony parku Wandsworth Common, Trojan dub, bit
ponad sapaniem biegaczy i jękiem pociągów metra w wykopie.
Wczesnojesienne liście sypią się na ścieżki, powietrze wydaje się brudne
i tłuste, przyprószone złością i dymem z londyńskiego ataku furii, który
zwija się teraz do snu jak wąż. Amon Brightbourne przyśpiesza kroku.
Praca skończona, jest wolny.
Cztery świty. Cztery sesje pomiędzy sanktuarium Karageorge'a Elektrycerza a teraz.
Shoreditch, piąta rano. Pierwsza jaśniejsza szarość. Wysokie okna
magazynowego poddasza otwarte szeroko, ludzie opici rankiem. Cichutkie,
zmieniające wysokość jękliwe błagania jego muzyki rozbiegają im się
między nogami. Czy już wyśnił swoją noc błyskawic? Dostaje kanapę do
spania, wi-fi do podpięcia się i zaproszenie na sesję na kolejnej
zamkniętej imprezie.
Stoke Newington, opuszczona hurtownia papiernicza, zabezpieczające
blachy otwarte przy użyciu szlifierek kątowych, kiedy oczy policji
zwrócone były na Panów Rozruchów. Amon jest zbyt młody, by pamiętać
złote lata rave'u - to był terroir jego ojca - ale takie rzeczy
zataczają kręgi. "Nie da się do tego tańczyć", krzyczeli. Tylko że się
da.
Croydon, Londyn tnący się po własnych ramionach. Przemykanie wśród
zamiatanych wiatrem popiołów, żarzących się szkieletów i sprężyn
rozszabrowanych kanap, do wysokiego szklanego apartamentu, żeby grać dla
kilkunastu bananowych dzieciaków w bezprzewodowych słuchawkach. Nigdy
nie odkryją, że nie wyginają się do tego samego bitu.
Rotherhithe, na śniadanie, potem gdzieś, gdzie można będzie spędzić
niedzielę, aż przyjdzie pora ponownego spotkania z Raisą na Wandsworth.
Google zna wszystkie numery na Dorling Avenue oprócz 34a. Amon
Brightbourne wychował się w miejscach, które nie chciały widnieć na
mapach, nie może jednak wyzbyć się lęku, że ona użyła jego podstępu
przeciwko niemu, taka skrzacia zmyłka. Przyjdź fona odbierz, przyjdź daj
się obrobić. Przyciskając torbę mocno do piersi, wychodzi przez
zardzewiałą i na stałe otwartą bramę parku na Dorling Avenue. Idzie pod
pięknymi platanami. Wielkie wiktoriańskie szeregówki beztrosko zioną
rozpadem, stare toyoty i poobijany kombiak volvo parkują w połowie na
chodniku, na balustradach wiszą rowery, w rynsztokach walają się
styropianowe tacki po żarciu. Przechodzi obok numeru 33. Numer 35. Cofa
się. 35, 33. Nie ma między nimi miejsca na numer 34, a co dopiero 34a.
- Co tam, kolego? - woła czarna twarz zza kierownicy forda focusa,
furgonetki. Chudy biały towarzysz szczerzy zęby z wysiedzianego fotela
pasażera.
- Próbuję znaleźć Dorling Avenue trzydzieści cztery a.
- Wybierasz się na Ugwieżdżenie?
- Szukam Raisy Peri Antares Hopeland.
- Czyli się wybierasz. - Typ się rozpromienia. - No, tego się za cholerę
nie da znaleźć, jak się wcześniej nie było. Bym cię podwiózł, ale to
jest dosłownie koniec drogi.
Furgonetka skręca w zaułek na końcu szeregu domów. Dwaj mężczyźni
czekają pod zielonymi podwójnymi drzwiami. Amon słyszy głosy, czuje dym
z grilla. Zalewa go dubowy rytm. Elegancka ceramiczna tabliczka przy
drzwiach obwieszcza: "34a".
- Bo rozumiesz, to nie jest od przodu. Jest z tyłu. Wszystkiego.
Kierowca wstukuje cyferki, zielone drzwi się otwierają. Amon
Brightbourne wchodzi do raju.
Paradisus. Pairi Daesa. Po staroirańsku, miejsce otoczone murem. Przez
akadyjski i elamicki do greki - paradeisos i łaciny - paradisus.
Przybytek rozkoszy to ogród za murem. Raj Miltona był za murem. Ogród
Rozkoszy Ziemskich Boscha był obramiony z obu stron przez stworzenie i potępienie. Na jakimś teologicznym rozjeździe raj przejechał ze świata
naturalnego do nadnaturalnego. Paradisus stał się niebem, nieskończonym,
choć ograniczonym. I szedł coraz wyżej i coraz dalej; Aslan wciągał
rodzinę Pevensiech z ruin Narnii do kolejnych nieb, coraz większych i bardziej rajskich niż to, w którym się zawierały.
Amon Brightbourne stoi w wielkim ogrodzie strzeżonym ze wszystkich stron
przez domy. Placyki, trawniki, patia, tarasy. Ścieżki z ułożonych w jodełkę omszałych cegieł prowadzą do drobnych zielonych rozkoszy -
nawiedzonych przez Buddów, tajemnych solariów, maleńkich amfiteatrzyków,
wyniesionych grządek warzywnych, winnicy na trejażach, altanek,
belwederów i osmańskich kanap wokół palenisk. Przemykają kury. Grzmiący
dub dudni z drewnianego podestu na drugim końcu ogrodu, za gałęziami
trzech drzew limonkowych pośrodku. Pomiędzy ich pniami rozpięto jedno- i dwuosobowe hamaki, a ich gałęzie pełne są budek dla ptaków, budek dla
nietoperzy, wiatrowych dzwonków i rozmaitych kręcących się i połyskujących ozdóbek. Woda, albowiem nie ma raju bez wody: zagajniczek
na cześć ogrodowego bóstwa z hałaśliwą fontanną, przykryty siatką stawik
z karpiami zbudowany z kolejowych podkładów; plus, jeszcze
przyjemniejsze ogrodowe jacuzzi i dmuchane baseniki. Na trawniku stoją
dziecięce bramki do nogi i altanki z B&Q. Koce, poduszki, leżaki
wylegują się na trawie.
W ogrodzie jest tłoczno jak na darmowym festynie albo jednym z tych
improwizowanych festiwali, gdzie nie możesz się nadziwić, kto przyszedł,
a które potem umierają, kiedy operatorzy komórkowi wchodzą ze swoimi
markami i logo. Piłkarskie koszulki, krótkie topy, piwne brzuchy.
Ostatnio modne krótko obcięte szorty, legginsy. Spodenki w kratę, sari i garnitury. Stopy w japonkach. Absurdalne i piękne szpilki. Różny wiek i różna skóra. Czarna, czasem biała, w większości taka i taka. Jak ona.
Dzieci.
Dlatego raj jest lepszy niż niebo - w niebie nie ma dzieci. A tu są -
głosy, kolory, ruchy, bezruchy i nagłości, gonitwy po ceglanych
ścieżkach, kopanie przedmiotów i rzucanie przedmiotami, krzyki, bicie,
skupienie na własnych prywatnych tańcach do dubowego bitu,
podskakiwanie, pokrzykiwanie z czystej radości pod strumieniem wody z węża. Rowerki, piłki, śniadaniówki z Dorą, co poznaje świat, wdeptane w murawę zabawki z Happy Meala - bolesne miny dla bosych stóp - lalki,
Transformersy, członkowie Sylvanian Families.
Jest i domek na drzewie, a jakże. Otoczone poręczami podesty, drabinki,
schodki. Przez liście miga mu błękit, jak zimorodek, jak wieczność. Blue
jak akord e7-moll. Błękit i czerwień serca.
Kierowca furgonetki kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Zaraz cię tu ogarniemy, kolego. Jacob Sirius. A to jest Demetrios
Denebola.
Jeden spory, drugi nieduży, prowadzą Amona po chaotycznej kostce
brukowej, deskach i podestach do podnóża domku na drzewie. Ten
zimorodkowy błękit to suknia, czerwień - rajstopy i nieprawdopodobnie
kolorystycznie dopasowane buty. Rubinowe pantofelki.
- E! - drze się Jacob. - Raisa! Ktoś do ciebie!
Błękit i czerwień trzepoczą, liście się rozchylają i ona patrzy na niego
z góry, znad drewnianej poręczy.
Rozdział 5
Podparta rękami w talii swojej najlepszej-ulubionej-jedynej sukienki,
patrzy z pierwszego poziomu domku na wyczekiwanego gościa. Wokół dudni i przewala się Ugwieżdżenie.
- Widzę, że dalej w tweedzie.
- Amon - jąka się. - Nazywam się Amon Brightbourne.
I dalej taki chudy. Dalej wielkooki. Znów woła do niej z dołu. W ogóle
zmieniał ubranie? Ma jakieś inne ubranie? Jadł coś? Raisa zrzuca
drabinkę sznurową nr 3 i schodzi. Tylko Hopelandowie, którzy wychowali
się z tyłu wszystkiego, potrafią to robić w szpilkach.
- Masz mój telefon - przypomina jej.
Zaprasza go gestem. No chodź. Piwo mieszka w baseniku, w którym pływa
topiący się lód. Otwiera mu red stripa i wtyka butelkę do ręki.
- Kiedy ostatni raz jadłeś? U Karageorge'a, co?
Idą do stołów na obrzeżu ogrodu, gdzie z zieleni wyłaniają się podwórza
i patia. Raisa bierze samosę od karaibskiej kobiety w średnim wieku,
koligatki Patience, przy stoliku zastawionym górą smażonych trójkątów.
Na domu za nią jest tabliczka: "34a".
- Jedz.
Pochłania samosę jak ktoś, kto nie widział jedzenia od czterech dni.
Obsypuje tłustymi płatkami ciasta cały przód tej słodkiej tweedowej
marynarki.
Wytrzeszcza oczy, czując atak chili, potem marszczy się z powrotem.
- To foie gras?
Koligatka Patience uśmiecha się szeroko.
- Łożysko.
Przy kolejnej ogrodowej kuchni, kolejna tabliczka "34a". Dwie młode
kobiety w szalwar kamizach z Ogniska Bristol oferują złote pakory na
papierowej serwetce.
- To też z łożyskiem?
- O pewnie - odpowiada starsza.
Prowadzi go na trzecie patio, do trzeciej tabliczki "34a" i trzeciego
stolika, obsadzonego przez chudego jak błyskawica młodego koligata,
oferującego plasterki bagietki grubo posmarowanej pasztetem.
- Dobrze myślę, że to też z łożyska? - pyta Amon Brightbourne.
Zaczyna łapać.
- Dobrze.
Amon je, kiwa głową.
- Z szałwią?
Młody się rozpromienia.
- Idealna do podrobów.
- Tu wszystko jest z łożyska? - pyta.
Skończyło mu się piwo. Raisa prowadzi go wokół bambusowego parawanu i przez zmarszczkę czasoprzestrzeni, której nie rozkminiła przez tyle lat
mieszkania tutaj, i już są z powrotem przy basenie z piwem.
- No wiesz, mamy Ugwieżdżenie, a to jest duży organ - mówi, wkładając mu
w dłoń kolejną butelkę piwa. - Jest jeszcze grill. I jak zawsze tort.
- Tort - powtarza Amon Brightbourne. Podążają inną drogą przez parawan z bambusa i już są po drugiej stronie ogrodu, gdzie nad grillem z beczki
po ropie skwierczą metrowej długości szpikulce. - Jak to się...
Śliczny jest, taki zacukany. Grupka zgromadziła się wokół dwóch facetów
kucających pod markizą - koligata Marca i koligata Pattersona. Raisa
nigdy za nimi nie przepadała. Ciągle kombinują coś podejrzanego. Pod
nogami mają pudełka z butami sportowymi. Każde ma naklejkę z Foot
Lockera. Pieniądze kursują tak prędko, jak nadążają za nimi ręce.
- W furgonetce mamy xboksy i telewizory - woła starszy z nich, bezwłosy,
z twarzą jak wredny muppet. - Bierzcie, będzie na Euro 2012 i olimpiadę.
- Czy oni obrobili... - zaczyna Amon.
Raisa przytyka palec do jego ust.
- Nie chcesz, nie kupuj.
Z trawnika dobiegają to ciche, to głośne pokrzykiwania bawiących się
dzieci i głuchy plask za mocno napompowanej piłki do nogi. Nastolatkowie
pokazują sobie rzeczy na telefonach. Starzy śmieją się na turystycznych
krzesełkach, z kieliszkami wina przechylającymi się groźnie w otworach
na napoje w podłokietnikach. Nazwiska, powitania.
- Każdy tu to koligat?
- I gwiazda.
Spiralnym torem prowadzi go z powrotem do basenu z piwem, który w ogóle
nie wydaje się opróżniać. W obudowanym Buddami sercu ogrodowego
labirynciku ktoś proponuje jej buszka. Zaciąga się mocno, kaszle. Nigdy
za była za bardzo trawiasta. On przegania dym dłonią. Na moment siadają
na ogrodowej kanapie wśród ludzi, którzy wydają się pracować w mediach i właśnie zastanawiają się, czy zamieszki zwiastują koniec świata, koniec
niewinności, koniec klasy średniej czy triumf klasy średniej. Wszyscy
zgadzają się, że upłynnianie kradzionego sprzętu na Ugwieżdżeniu jest w złym guście, choć ceny xboksów są bardzo kuszące.
- To też gwiazdy?
- Wszyscy są tu gwiazdami.
- Czym w takim razie jest to Ugwieżdżenie?
Powinna przestać się z nim tak drażnić, okręcać go tym wszystkim jak
pajęczyną. Dzisiaj nie można jej odmówić niczego. Dziś jest
najjaśniejszą gwiazdą wśród Emanacji. Iskromagiem Wielkiej Cewki Soho.
Ponownie przytyka palec do jego ust.
- Muszę iść. Się przygotować.
- Co?
- Na Ugwieżdżenie.
- Nie zostawiaj mnie tu.
- Nieważne, co ci podsuwają, zgadzaj się. Lisi się tobą zaopiekuje.
- Lisi? A ty dalej masz mój telefon, czy nie? - woła Amon, gdy ona
odchodzi w inną fałdę czasoprzestrzeni ogrodu.
***
Ktoś wyjmuje mu butelkę z dłoni. Przed nim, mrużąc oczy i patrząc na
niego z dołu, stoi dziecko, dziesięcio- lub jedenastoletnie,
zielonookie, brązowoskóre, bujnowłose. Niebieskie paski kremu z filtrem
podkreślają kości policzkowe. Amon ma trudności z określeniem płci,
podejmuje arbitralną decyzję. Kim ona jest, skąd się wzięła?
- No chodź.
Dziewczynka jest szybka i sprawnie wtapia się w tłum. Amonowi udaje się
jej nie zgubić. Tak jak ten dom na Soho, ogród na Wandsworth wydaje się
większy niż dostępne mu miejsce. Ocieniony gaj figowy. Palenisko, które
mogłoby też robić za podręczną świątynię. Trzepocząca palisada z proporców i rękawów wiatrowych. Dogania dziecko przy rabatkach
warzywnych.
- Kim dokładnie jesteś?
- Jestem dokładnie Lisi Priyą Sirius Hopeland - mówi dziecko. - Teraz
chodź już.
Impreza - rave, protest, wiec, sabat? - wydaje się spływać ku północnemu
brzegowi raju.
- Raisa to... twoja siostra? - waha się Amon. - Matka?
Dziecko rzuca mu takie spojrzenie, że świat stanąłby w miejscu na
orbicie.
- Raisa to moja koligatka.
- Jak... Finn? - ryzykuje Amon.
- Finn to też koligat - odpowiada dziecko. Amon nie robi się od tego
bardziej oświecony. - On jest Soho, ja i Raisa - Spitalfields. Teraz
chodź już. Zaraz zacznie się Ugwieżdżenie.
Amon stawia opór ciągnącej go dłoni.
- Czemu nikt mi nie chce powiedzieć, czym jest to Ugwieżdżenie?
Lisi znów marszczy czoło. To jej najbardziej wyrazista mina.
- Ty nie jesteś Hopelandem, co?
Prowadzi go przez marchewkę i kukurydzę pod scenę, gdzie zbiera się
tłum. Ciągnie do chudej kobiety po pięćdziesiątce w powiewnej sukience,
cielistych legginsach do pół łydki i z masą metalu wokół przegubów,
kostek i twarzy.
- To jest ciotka Margolis - mówi Lisi. Kobieta wyciąga do Amona rękę.
Łaska podpowiada mu, żeby dotknął wyciągniętych palców i skłonił głowę.
Kobieta uśmiecha się, urzeczona. - Wielka Transformatorka Obrządku
Elektromancerów - ciągnie Lisi. - Moja opiekunka. Tak jakby.
- Amon...
- My cię znamy - mówi ciotka Margolis. - Raisa nam wszystko powiedziała.
Dubowy DJ kończy swój set. Na scenę wychodzi chuda nastolatka, wyciąga z futerału gitarę elektryczną, zarzuca pasek na szyję, przeskakuje
flażoletami tam i z powrotem po gryfie.
- Przyjdziesz jutro na Spitalfields? - pyta Margolis. - Przeprowadzamy
się. Trochę z tym korowodów. Bądź trzeźwy. Kac i wysokie napięcie się
nie lubią.
Gitarzystka gra cztery grzmiące akordy E-dur.
- Zaczyna się - mówi Lisi. - Ty powinieneś być z przodu.
Gitara ponownie przyzywa ludzi. Amon rozgląda się. Zgubił ciotkę
Margolis, sympatycznego Jacoba, widmowego Demetriosa. Lisi ciągnie go
pod samą scenę. Gitara wzywa trzeci raz. Tak blisko kolumn dźwięk jest
fizyczny, namacalny.
- To jest Ugwieżdżenie? - przekrzykuje pogłos.
- Tak, Amon - odpowiada Lisi.
- Słyszycie mnie? - krzyczy dubowy DJ do bezprzewodowego mikrofonu.
I ludzie odkrzykują:
- Taaa!
- Pytam: słyszycie?
Jeszcze raz: "Taaaa!", z większym przytupem.
- Witamy miłe gwiazdy. To wielki dzień! Nowa gwiazda! - Jeszcze większy
wiwat. - Za moment nadamy imię naszej nowej gwieździe, ale teraz cieszmy
się! Raiso Peri Antares, gwiazdo! Na scenę!
Gitarzystka ponownie wydobywa z instrumentu fanfarę. Ryk tłumu wynosi
Raisę zza sceny, w błysku czerwieni i błękitu. Unosi ręce, jak piłkarz,
który zdobył puchar.
- Raiso Peri Antares, mam dla ciebie nowe imię! - woła MC. - Odtąd, w obecności ludu Hopeland, zostajesz Raisą Peri Antares Iskromagiem
Spitalfields, strażniczką Wielkiej Cewki Soho!
I Amon Brightbourne łapie się na tym, że ryczy razem z zebranymi
Hopelandami. Raisa chodzi po przedzie sceny, kłania się, wymachuje
pięścią, posyła całusy. Promienieje. Elektryzuje.
- Któregoś dnia to będę ja - krzyczy Lisi. - Jestem następna do... -
Przerywa.
Tłum milknie w ułamku sekundy. Gitarzystka ucina pogłos. Na scenie jest
Finn - skąd, jak, nikt nie wie. Jest ubrany w obcisły szary garnitur, z przykrótkimi nogawkami i rękawami. Biała koszula z trzema rozpiętymi
guzikami, buty z czubami. Nieogolony, włosy związane z tyłu. Wyrywa
konferansjerowi mikrofon.
- Czy jest tu Amon Brightbourne? - pyta. - Słyszałem, że był
zaproszony.
- Finn - mówi Raisa.
Finn widzi Amona w pierwszym rzędzie.
- Masz coś mojego. A ja mam coś, ale nie twojego. - Wyjmuje z wewnętrznej kieszeni telefon Raisy, unosi go wysoko. - Czyż nie? - Wbija
w Amona drapieżne spojrzenie. - Czyż nie?
Następuje sprzężenie, tłum się krzywi, Jacob wskakuje na scenę,
Demetrios za nim.
- Ejże, koligacie, czekaj no, czekaj, czekaj - mówi Jacob.
Jest o głowę niższy od Finna, lecz nikt w rajskim ogrodzie przy Dorling
Avenue 34a nie wątpi, że sprowokowany, mógłby zmiażdżyć w swych
pięściach całe wszechświaty.
- Dzieci tu są. Rozumiesz? Dzieci. - Celuje palcem w Raisę, która już
miała coś powiedzieć, lecz teraz cofa się o krok.
Demetrios jest tuż za Jacobem.
- To jest Ugwieżdżenie, koligacie. Rozumiesz?
Jacob delikatnie wyjmuje Finnowi z dłoni bezprzewodowy mikrofon. Ten
krzywi się, kładzie na scenie telefon Raisy i wychodzi. Tłum rozsuwa się
przed nim jak pył.
- No dobra, przypomnijmy sobie, po co się tu zebraliśmy - mówi Jacob.
Oddaje mikrofon DJ-owi i kiwa na gitarzystkę. Ta podejmuje pulsujące
off-beatowe reggae. MC zaczyna chodzić po scenie.
- Gwiazdy, uwaga! - Tam i z powrotem, pulsacja, nierówny bit. - Gwiazdy!
- Gitara i MC zaganiają koligatów pod scenę. - Proszę o światło!
I Amon Brightbourne zostaje oślepiony. Mruga niewidzącymi oczyma. Scenę
i tłum rozświetlają maleńkie ruchome światełka, jak dyskotekowa kula w pełnym słońcu. W dłoni Raisy, Lisi, ciotki Margolis, wodzireja,
gitarzystki, Jacoba, Demetriosa, w dłoniach wszystkich gości w całym
ogrodzie znajdują się krótkie łańcuszki, na których wiszą małe
żyroskopy. W środku obracają się lusterka. Takie samo urządzenie wisiało
nad wilgotnym łóżkiem Amona w jaskini Elektrycerza. Napięcie i złość
Finna rozpraszają się w okamgnieniu. Amon słyszy, jak śpiewa powietrze.
Wszystko jest przepełnione światłem.
Na scenę wchodzi młoda kobieta z dzieckiem w chuście. A, to twoje
łożysko jadłem, uświadamia sobie Amon, gdy cętkowane światło pada na
nią. Unosi niemowlę wysoko nad głowę. Owacja. Dziecko wierzga, ale nie
płacze. Matka obchodzi z nim scenę, pokazując go wszystkim kręcącym
lusterkami.
- Gwiazda! Rodzi się gwiazda! - woła konferansjer.
Kolejna owacja.
- Gwiazdozbiorze Los, wschodzi Aldebaran! Bierny, wrażliwy, ciepły.
Nieśmiały i dyskretny, zawsze wie, co się dzieje, Aldebarana się nie
oszuka. To powiernik rodzinnych sekretów. Jesteś Kisi Kufuor Aldebaran
Hopeland.
Oklaski, łzy. Gasną światełka. Amon znów mruga. Lusterka na łańcuszkach
zostają schowane. Kisi Kufuor Aldebaran płacze.
- Co tu się wydarzyło? - pyta Amon.
Lisi przepycha się, żeby powitać nowe dziecko. Odkrzykuje mu przez
ramię:
- Mamy własną religię!
Rozdział 6
Kisi Kufuor Aldebaran Hopeland śpi w zawiniątku z kocyków w hamaku pod
wielopiętrowym domkiem na drzewie. Obrotowe lusterko wielkości paznokcia
wisi na łańcuszku nad jej twarzą i piąstkami, łapiąc blask miasta
przedzierający się przez listowie i śmigając nim po jej zamkniętych
powiekach. Dużo wyżej Amon Brightbourne i Raisa Hopeland cicho
rozmawiają. Ugwieżdżenie skończyło się tak późno, że jest już wcześnie.
W innej sytuacji hałas z pewnością ściągnąłby policję, ale policja nigdy
nie znalazła drogi pod numer 34a, a poza tym na imprezie byli wszyscy
mieszkańcy ulicy. Raisa siedzi z Amonem w swoim ulubionym miejscu
Ogniska: w najwyższym bocianim gnieździe na dziobie świtu. Stykają się
kolanami.
- Podmieniłeś telefony - mówi Raisa.
- Podmieniłem. Dałem mu twój.
Raisa prostuje się na kanapie.
- Nie do końca wiem, jak mam się z tym czuć.
- Chciałem, żebyś wygrała.
- Jesteś zbyt szczery.
Powinna być na niego wściekła. Ale nie znajduje w sobie tej wściekłości.
To jak wściekać się na psa, który zjadł twój tort na Ugwieżdżenie. A tort był. Mnóstwo tortu. Nie smakował jak trzeba. Po występie Finna nic
nie smakowało jak trzeba, ani mięso, ani tort, ani buszek. Raisa kładzie
telefon Amona na poduszce między nimi.
- Jeśli dam ci jego telefon, dasz radę mu go zwrócić? - pyta Amon.
- To może trochę zająć - mówi Raisa. - Poza tym on już pewnie wyjechał z Londynu. Wrócił do Ogniska Alderley.
- Ja w ogóle nic nie rozumiem z tego, co się dzieje - mówi Amon tonem
tak błagalnym, że aż urzekającym.
- Pytaj. - Raisa podwija nogi na kanapie i zrzuca czerwone buty.
- Dobra, a więc... Lisi powiedziała, że macie własną religię.
- Tak jakby - mówi Raisa i widzi po jego twarzy, że to nie jest
odpowiedź. - Każdy jest gwiazdą. Nie, nie. Każdy ma gwiazdę. To nie
astrologia. Gwiazdy nami nie rządzą. Bardziej... są częścią nas. To nie
dusze, nie duchy. To Emanacje. Mają swój własny wszechświat. Modlitwy
nie potrzebują, ale lubią, żeby je pozdrawiać. Mogą być w miejscach, w budynkach, czasami w zwierzętach czy ludziach, czy w pogodzie. Ma to dla
ciebie jakiś sens?
- Taki, jak to wszystko.
- Najłatwiej je zobaczyć w lustrach - mówi Raisa. - Bo lubią miejsca,
gdzie ich ziemia i nasza stykają się ze sobą. - Unosi zawieszone na szyi
lusterko wielkości monety i rozkręca je pstryknięciem palca. Migoczą
światełka. - To jest yata. Popatrz.
Amon nachyla się, patrzy, kręci głową, patrzy uważniej. Yata powoli
przestaje się kręcić.
- Nic - mówi.
- No tak. Bo nie jesteś Hopelandem. - Raisa wiesza yatę z powrotem na
szyi.
- A co miałem zobaczyć? - pyta Amon.
- Emanacje. Być może.
- Jakby... aniołów. Bogów?
- Nic z tych rzeczy. To nie są bogowie. Nie potrzebują wiary - wyjaśnia
Raisa. - To praksja. Nie doksja. Coś, co trzeba robić. Karl-Maria
Lindner uważał, że trzeba mieć własną religię, żeby zachować jedność
rodziny. Możesz sobie wierzyć także w innych bogów albo nie, ale to jest
nasze. Popatrz w górę.
Dotyka go palcami pod podbródkiem, czuje napięcie, delikatnie kieruje
jego spojrzenie w ponad-Londyn.
- Co widzisz?
- Nie za wiele. - Londyn zanieczyszcza niebo swoim światłem. - Parę
samolotów. Co większe gwiazdy. U mnie w domu gwiazdy są jak rozrzucone
garściami klejnoty.
Za to mogłaby go pocałować. Ale jej palce nalegają, aby patrzył w niebo.
- Zrozum to, a zrozumiesz nas. My jesteśmy jak te rozsiane gwiazdy.
Połączone we wzory. W gwiazdozbiory. Łączysz je i powstaje historia. Tak
jak widzisz Wielką Niedźwiedzicę i Kasjopeję i kojarzysz historie,
legendy, dawnych martwych bogów. I my mamy swoje gwiazdozbiory. Enion
Mamę, Ahanię, Przywódczynię Gwieździstych Nieb, Enitharmon i jej gitarę.
Nasze historie i legendy. My jesteśmy gwiazdozbiorem, Hopelandią. Łączą
nas nasze życia i miłości. Genealogia i historia. Związki. Jak na dole,
tak i w górze.
Palce ześlizgują się z podbródka Amona. Patrzy mu w oczy. Jego wzrok
ulatuje, płochliwy jak nietoperz. Daj spokój, tweedziaku. Skoro wszedłeś
na dach Londynu, to możesz przez chwilę poszukać Emanacji w moich
oczach.
Połączenie.
Nagle wyjąkuje:
- Przyniosłem ci prezent.
- Na Ugwieżdżeniach nie ma takiej tradycji, ale ja lubię prezenty.
Kładzie torbę obok telefonu i wyciąga macbooka, małego, satynowego.
- Ja jestem tak jakby muzykiem.
- Tak jakby?
- No, muzykiem. Robię muzykę. Taką imprezową, tylko że nie da się do
niej tańczyć. Zresztą czasem może się da. Ludzie ją lubią. Doprowadza
ich do płaczu. Sprawia, że czują się częścią kosmosu.
- Chciałabym usłyszeć taką muzykę, przez którą płaczę albo czuję się
częścią kosmosu - mówi Raisa.
- Ona nie lubi tłumów, woli kilka osób, i trzeba ją odtwarzać cicho, tak
żeby ledwo ją było słychać. Jakby grała tylko dla ciebie, w tobie.
Najlepsza publiczność to chyba jedna osoba.
- To ja będę tą osobą, Amonie Brightbourne.
Dłonie mu się trzęsą, kiedy odgarnia jej włosy, wsuwa w uszy słuchawki.
Otwiera Abletona, podłącza kontroler push do macbooka. Jego powierzchnia
to szachownica przycisków, a pod każdym dźwiękowy fragment.
- Miksuję w czasie rzeczywistym - mówi. - Każdy występ jest szyty na
miarę.
Na wschodzie jarzy się świetlny łuk. W parku Wandsworth nawołują się
ptaki - najpierw kos, najpiękniejszy śpiewak, potem rudzik; wreszcie
strzyżyk, Król Ptaków. Zięba, gajówka; drozd, trznadel, pokrzywnica, aż
rozdźwięczą się całe drzewa.
- W Brightbourne, skąd pochodzę, ten chór o świcie jest niesamowity -
mówi.
Głos, co śpiewa o świcie. Naciska play. Oczy Raisy Hopeland otwierają
się szeroko, a potem się zamykają. Muzyka ją porywa.
Rozdział 7
Raisa pędzi wiekowym volvo przez placyki i zaułki, uliczki i ulice. Lewą
dłoń ma na klaksonie, gotową do wygłoszenia opinii o innych
użytkownikach drogi. Skręca w Tower Bridge Road. Dłoń uderza, klakson
krzyczy. Rowerzysta ucieka z drogi na buspas.
- I tam siedź, hipsterze! - krzyczy Raisa.
- Nie przesadzasz trochę? - mówi Amon Brightbourne. Siedzi na fotelu
pasażera. Oczy wielkie z przerażenia, torba mocno przytulona do piersi.
- Ja uwielbiam rowery. Pracowałam jako rzeczniczka rowerowa. Ale tych
hipsterów nie cierpię. Ostre koło i macbook. Pełno ich przyłazi mi do
kawiarni. Siedzą i zżerają wi-fi.
- Ja też używam maca - mówi Amon. - Czasem i w kawiarni.
Odwraca się do niego.
- Ty nie jesteś hipsterem. Młody piernik z ciebie.
- Może byś tak patrzyła na...?
- Kto tu prowadzi, tweedziaku?
Wyciąga ze schowka kasetę i wtyka ją do odtwarzacza. Zaczyna rzęzić
akordeonowy riff otwierający The Boy in the Bubble. Każde auto powyżej
pewnego wieku ma w schowku album Graceland na kasecie.
- Płyta mojego dzieciństwa - mówi Amon. - Mieliśmy takiego starego
saaba, mama to nastawiała, my z Lorien śpiewaliśmy, a ona próbowała nas
zmusić do zafałszowania, wjeżdżając w dziury. Kupa dziur była na naszej
ulicy.
- Czasy cudów i zachwytów, tweedziaku - odzywa się Raisa i zaczyna mu
opowiadać o innym miejscu jak Graceland, o Hopelandii.
To rodzina, naród, wspólnota, kultura. Ma wiele domów; nie ma domu. Jest
rozsiana po świecie, niczym gwiazdy po nocnym niebie. Jest bezkresna jak
nocne niebo, bo nigdy nie przestaje się rozszerzać, jak czasoprzestrzeń
- nowe życia się rodzą, są adoptowane, przychodzą, wpadają, dryfują albo
wskakują z radosnym okrzykiem. Łatwo do niej dołączyć i trudno z niej
odejść, jak od religii. Ale w przeciwieństwie do religii ta trudność nie
wynika z przymusu, poczucia winy ani kosztu apostazji, lecz z tego, że
nikt nigdy nie potrzebuje odchodzić. Gdy wejdziesz do Hopelandii, przez
całe życie możesz podróżować po tej ludzkiej konstelacji, nawiązując,
zrywając i odnawiając relacje, i nigdy nie dotrzesz do końca miłości.
Przecinają Tamizę, święty strumień, przy brzękliwych afrykańskich
gitarach Diamonds on the Soles of her Shoes, pędzą Commercial Street,
prosto w Fournier Street. Żuraw już rozstawia boczne podpory. Zeszło się
całe Spitalfields, od właścicielki pubu Ten Bells, po imama z meczetu na
rogu Brick Lane. Jest Tracey Emin, Dan Cruickshank, Gilbert i George2. Na dźwig zawsze jest fajnie popatrzeć.
Lisi, bardzo oficjalna w odblaskowej żółtej kamizelce, odgania gapiów i przestawia pachołki. Kieruje Raisę obok żurawia.
- Zaraz ją ude... - szepcze Amon.
Lisi wali w maskę, volvo staje dęba. Chuj z parkowaniem. Patrzcie.
Patrzcie!
Cewka Tesli lśni na drewnianej palecie na pace ciężarówki.
- Nie bierzesz kluczyków?
Raisa unosi oskarżycielsko dłoń. Dosyć, tweedziaku. Cewka już ją
przyciąga, jakby jej moc była magnetyczna, a nie elektryczna. Błysk
miedzi, połysk pierwotnego uzwojenia. Politura, mahoń, steampunkowy
mosiądz. Cewka z Soho to stwór z przedwiecznych czasów, powstała długo
przed tym, zanim trafiła do konstelacji Hopelandii, zanim
Elektromancerzy zebrali się na poddaszu u hugenockiego tkacza na
Fournier Street. Karageorge twierdził, że pochodzi z Belgradu i jest
nawinięta rękoma samego Tesli, ale on, kuglarz i cyrkowiec, był
notorycznym ściemniaczem. Raisa wspina się na ciężarówkę i przesuwa
rękoma po złotej żołędzi wtórnego uzwojenia. Krzyczy, cofa dłonie.
Tracey Emin, Dan Cruickshank, Gilbert i George, imam meczetu,
właścicielka Ten Bells syczą skonsternowani.
Porażenie.
Nie elektryczne. Tego by nie przeżyła, nie z tej wielkości cewki. Jakieś
cienie pól wpadły w rezonans z elektrolitami w jej krwi. Woda do wody,
sole do soli. Błyskawica do błyskawicy. Jak w środku, tak na zewnątrz.
- Nic mi nie jest - mówi ekipie. - Podnosić.
Operatorzy żurawia opuszczają i przysuwają wysięgnik, mocują pasy. Raisa
wskakuje na paletę i owija ramię wokół jednego z pasów.
- BHP - mruczy kierowca ciężarówki.
Reszta ekipy wytrzeszcza na niego oczy. Tracey Emin, Dan Cruickshank,
Gilbert i George, imam, właścicielka, reszta gapiów na Fournier Street
wytrzeszcza oczy. On nie jest Hopelandem.
Unosi rękę. Wycie silnika, wybieranie luzu w pasach; potem cewka Tesli z Raisą uczepioną pasów unosi się ponad wiwatującym tłumem. Dziewczyna
macha ręką, uśmiecha się, przesyła całusy, gdy dźwig unosi ją wysoko,
wyżej, najwyżej ponad dachowe światełka Domu Iskromagów.
Wniebowstąpienie Raisy.
***
- Chodź do nas - mówi Amonowi Lisi, a on ma wrażenie, że powtarzają mu
to wszyscy z tej rodziny/konstelacji/sekty/sabatu, odkąd Raisa zagadała
do niego w zaułku Crumble na Soho.
Zanim zdąży zaprotestować, Lisi porywa go przez dziwacznie skośne drzwi
frontowe, w górę zakrzywioną klatką schodową, kolejnymi schodami i jeszcze jednymi, poprzez wysokie laboratorium, w górę następnymi
schodami do biblioteki, jeszcze wyżej do kolejnego laboratorium, tym
razem obwieszonego miedzianymi kulami i szklanymi bąblami, aż wreszcie,
gdy wydaje się, że dom nie ma już więcej pięter, na niebezpieczną kładkę
prowadzącą do drzwi wychodzących na światło, powietrze i widoki, od
których Amonowi zapiera dech. Ostatnie piętro domu przy Fournier Street,
dawna tkalnia na poddaszu, ma strop i ściany ze szkła. Może się tylko
zachwycić. Od północy georgiańskie szyby wychodzą na zacieniony ogród,
Shoreditch oraz żurawie i wieże parku olimpijskiego. Od południa na
niebie dominuje wielki nagrobek kościoła Chrystusa Króla oraz sterczące
banały City. Od zachodu - czeka ciotka Margolis w wysokim drewnianym
fotelu.
- Witamy w Domu Iskromagów - mówi. Ma na sobie luźne jedwabne spodnie i pelerynę. Ciężkie miedziane bransolety. Amon nie ma pojęcia, jakie
reguły stroju obowiązują Wielką Transformatorkę, ale ona wygląda
dokładnie jak trzeba. Wstaje sztywno z fotela. - Niech to szlag. - Idzie
przez pokój do korby w ścianie, przez którą przeszli Lisi i Amon. -
Trzeba będzie coś zrobić z tymi schodami. - Kopie w korbę. - Za ciężka
dla mnie. Albo ja jestem za lekka.
Lisi podchodzi do identycznej korby po długiej przekątnej pokoju.
- Na raz!
Pociągają jednocześnie z Amonem. Korba Amona ze skrzypieniem porusza się
o milimetr. Napiera na nią całą swą siłą. Koło zaczyna się obracać.
Łańcuchy wybierają luz, przekręcają tryby i ślimaki. Z góry sypie się
płatkami farba, gdy dach rozdziela się od dziobu po rufę. Żebra na
zawiasach składają szyby równiutko, jak sklepową markizę. Chwila oporu -
to załącza się nowy mechanizm, odsuwają się płyty w podłodze, dach zsuwa
się równo ze szklanymi ścianami i schodzi w ukryte szczeliny. W powietrzu pachnie starą farbą i rumiankiem, co Amon zawsze uznawał za
zapach okien. Mechanizm dokręca się do końca, szczękają szyby. Nad
Amonem rozpościera się niebo. Namaszcza go miejskie słońce. Śpiew
ptaków, syreny, silniki samolotów, łoskot pociągów. Spowija go to
wszystko. Jest wysoko, choć kościelna wieża i wysięgnik żurawia wznoszą
się wyżej.
Na odblaskowej kamizelce Lisi skrzeczy krótkofalówka.
- Jedzie.
- Uważaj - ostrzega Amona ciotka Margolis, gdy ten spogląda przez
krawędź domu na Fournier Street, na zadarte ku górze twarze.
- Nic mi nie będzie, ja mam szczęście.
Przypomina sobie film z Beatlesami grającymi na dachu wytwórni Apple
Records na Savile Row. Auberon twierdzi, że tam był, na przymiarkach u krawca. Ale jego stryjeczny dziadek Auberon twierdzi, że był w wielu
kluczowych momentach zeszłego wieku. Beatlesi byli zmęczeni, mieli już
siebie dość. A Apple oznaczało wtedy muzykę.
Raisa wznosi się ku niemu, macha ręką. Leci wysoko nad Spitalfields.
Operator dźwigu delikatnie porusza wysięgnikiem, uważając, żeby nie
rozkołysać ładunku. Raisa nadpływa nad dachem na środek podłogi.
- Dobra, stop - rozkazuje Lisi przez radio. - Opuszczaj.
Raisa schodzi z opadającej cewki, jak archanioł dotykający stopą Ziemi.
Podbiega do krawędzi od Fournier Street i unosi ręce. Witają ją owacje.
Z pomocą drążków we czwórkę ostrożnie podnoszą cewkę Tesli z palety i sadowią w gnieździe piorunowego salonu. Lisi odsyła paletę na dół, razem
z Amonem zasuwają ściany i dach nad lśniącym stworem, nasyconym złotem
słońca.
Na Soho cewka była schowana, ukryta w architekturze jak zakapturzony
sokół. Na Spitalfields wieńczy dom, tworzy geomantyczną trójcę z tytanowym minaretem meczetu na Brick Lane i wieżą kościoła Chrystusa
Króla. Kobiety sprawdzają cewkę, ostrożnymi palcami wodzą po przewodach,
testują połączenia. Raisa podpina ją do steampunkowych kabli
zasilających domostwa. Amon wyobraża sobie, że słyszy tubalne
westchnienie - cewki, domu, Iskromagów czy ulicy Fournier Street? A może
Emanacji, tych istot przemykających przez lustra?
***
Trzy kobiety patrzą po sobie.
- Próba?
- Próba.
- Próba.
I Raisa zrzuca z siebie bluzkę, wyskakuje z butów i spodni. Pod
uniformem do transportowania cewek ma sportowy strój, obcisły, o gładkich szwach.
- Naciesz się widokiem, póki możesz, tweedziaku.
Amon czerwieni się, próbując ukryć podtweedową erekcję. Lisi otwiera
skrzynię i rozdaje stare skórzane okulary spawalnicze, Raisa otwiera zaś
drzwiczki na ścianie i pociąga za łańcuch. Z dołu unosi się manekin
ubrany w kolczugę. Ciotka Margolis zakłada lśniące czarne okulary. Raisa
ubiera się w zbroję, buty, zakrywa głowę kolczugą, podczas gdy słońce
zachodzi za wieżowce wśród pokonanych karminowych proporców i flag.
Gogle na oczy.
- Włączam pierwotne - mówi Raisa.
Nadeptuje podłogowy włącznik w żółto-czarne zygzaki. Wszystkie włoski na
bladych ramionach Amona stają dęba. Mrowi go czaszka, mrówki chodzą po
skórze. W powietrzu pachnie festynem. Dom buzuje elektrycznością, od
piwnicy po komin. Na żelaznych słupkach balustrady i mosiężnych prętach
poręczy pełgają ognie świętego Elma.
Lisi zsuwa Amonowi gogle na oczy.
- UV - szepcze.
- Wtórne - mówi Raisa i wdeptuje zielony przycisk w podłodze.
Cewka odpala. Energia rozjarza się koroną wokół kuli z brązu. Amon łapie
się na tym, że wstrzymuje oddech. Właśnie przywołano moce wszechświata.
Raisa podchodzi do cewki i unosi rękę. Energia przeskakuje jej na czubki
palców. Elektryczność się sroży - bucząca cewka próbuje ją uwięzić w klatce z błyskawic. Łapie łuki w dłonie i zwraca je wnętrzem do siebie.
Łączy je oślepiająco niebieski słup elektryczności. Składa dłonie razem.
Pomiędzy nimi rozbłyska piorun kulisty, zaraz jednak traci nad nim
kontrolę. Rozwiera ręce, błyskawice zygzakiem idą ku rozmigotanej
koronie. Kopie w żółto-czarny wyłącznik. Energia znika, cewka stygnie.
Raisa zrywa z siebie pancerny kaptur.
- Kurwa, nawet pioruna kulistego nie umiem zrobić! - Rozkłada zbrojne w kolczugę dłonie. - Finn potrafi żonglować pięcioma takimi.
- On się uczył na tej cewce - mówi ciotka Margolis. - Zna ją na wylot. A ty nie. Każda ma swoje harmoniczne.
Harmoniczne.
- Możesz ją włączyć jeszcze raz? - pyta Amon.
- Jeszcze raz?
- Proszę.
Ciotka Margolis kiwa głową. Raisa wbija się w zbroję i kopie nogą
włącznik. Cewka budzi się, pulsując mocą, tak że trzęsie się cała ulica
od Commercial Street po Brick Lane. Amon unosi telefon. Ultrafiolet
smali mu twarz, czuje słono-słoneczną opaleniznę na własnej skórze.
- Po co ja to robię? - krzyczy Raisa z kaskady iskier.
- B - odkrzykuje Amon. Gestem kieruje ją naprzód, przez elektryczny
wodospad. Tańczy w błyskawicach. - G. E, kiedy rozkładasz ręce. Potem
D-dur. - Wrzuca telefon do wewnętrznej kieszeni. - Dobra, tyle
wystarczy.
- Nagrywałeś... - woła Raisa.
- Muzykę cewki. Gdy się poruszasz, zmienia się dźwięk. We wszystkim jest
muzyka. - Kręci głową. - No nie, inaczej. Wszystko jest muzyką.
- Muzyka cewek - mówi Raisa.
Przerzuca wyłącznik. Amon mruga, odganiając powidoki.
- Dobrze by było mieć więcej, ale na początek wystarczy.
- Lisi, Pokój Volty - oświadcza ciotka Margolis, zsuwając gogle UV. - Ty
zostajesz.
Łaska wierci się w nim i kręci.
***
Amon wychował się w pokojach mających nazwy, więc wie, że zachowują one
cząstkę każdego życia, które się przez nie przewinęło. Zapach,
niewygodę, wklęśnięcie w łóżku, startą farbę, unoszącą się aurę radości.
Pokój Volty zajmuje drugie piętro domu od strony Fournier Street. Po
płytkich drewnianych szufladach zapełniających ścianę naprzeciwko łoża z wygiętymi jak sanie wezgłowiami Amon domyśla się, że kiedyś służył do
czegoś innego, ale robi za sypialnię wystarczająco długo, by nazbierać
osadów - zakrętka od pasty do zębów. Kabelki USB. Grzebień o długich
zębach. Sportowy stanik. Ilustrowany egzemplarz książki markiza de Sade.
"Konstelacje", powiedziała.
Jak w tym pokoju w domu na Soho - i jak w jego własnym, utraconym domu,
Brightbourne - ściany pełne są zdjęć. Ciotka Margolis ze swoją cewką na
wyścigach na jedną czwartą mili. Na płaskim dachu, z grzybkowatymi
betonowymi pagodami w tle, gdzieś na dziwnym wschodnim wybrzeżu Anglii.
Raisa, młoda, androgyniczna, przybrudzona, między dwoma policjantami;
Raisa, starsza, w obcisłym srebrnym skafandrze kosmicznym i bąblowatym
hełmie, ledwie mieszczącym jej włosy, pozująca ze srebrnym plastikowym
blasterem. Ciotka Margolis pod kopułą Millennium Dome. Amon idzie za
zdjęciami, aż dochodzi do drewnianych drzwi. Oczywiście je otwiera i trafia do biblioteki (jednej z wielu, to bardzo możliwe, że Dom
Iskromagów ma wiele bibliotek w wielu wymiarach). Starszy pan, czarny,
żylasty, ze schludną bródką i głową przyprószoną siwizną unosi wzrok
znad zasłanego dokumentami stołu.
- Oj, przepraszam - jąka się Amon.
Tamten się rozpromienia. Ma okulary w grubych oprawkach i żółty
odblaskowy tabard z logo lotniska London City.
- Nic nie szkodzi. - Wyciąga rękę, Amon ją ściska. - Nie kopiesz. Czyli
nie jesteś paduanem.
- Jestem muzykiem. Amon Brightbourne.
Unosi brwi za grubymi oprawkami.
- Ach. Wsparcie z góry dla Raisy.
- Raczej z dołu.
- Griffith-George Rigel. Znany jako Skarbiec. - Wskazuje gestem dębowe
regały, drabinkę jeżdżącą po spatynowanych mosiężnych szynach. -
Historyk Hopelandii, Archiwista Niemożliwości. Piszemy historię
szybciej, niż nadążam ją archiwizować.
- Widzę, że sporo tego jest.
- To? To nawet nie jest cała historia Elektromancerów. A oni stanowią
zaledwie jedną malutką konstelację. Na Beckton mam dwanaście lokali
magazynowych wypełnionych po sufit.
- To pan tu nie mieszka?
- Koligacie, ja mam rozrusznik serca. Ja nawet pracować tu nie
powinienem. Za każdym razem, jak odpalają to ustrojstwo, myślę, że to
już koniec. Ale muszę opracować materiały o Karageorge'u, zanim ten dom
na Soho się sprzeda.
- Ooo - odzywa się Amon. Spędził pod szklaną kopułą tylko jedną noc, ale
na wieść o tym, że dom jest na sprzedaż, ma wrażenie, że traci jeden z cudów świata. To jak zawalenie Kolosa Rodyjskiego. Śmierć ostatniego
samca goryla. Jak Tadź Mahal przerobione na KFC.
- Londyn jest potwornie drogi, koligacie. Nawet te tanie miejsca, gdzie
się lokujemy.
- Ale malunki Brangwyna...
Skarbiec unosi wzrok znad papierów i się uśmiecha.
- Dasz sobie radę. - Bierze naręcze papierów i wtyka je do harmonijkowej
teczki. - No tak, murale to będzie kolejne zmartwienie na głowie
Griffith-George'a. O archiwiście nikt nie pomyśli, ale ja tu jestem
strażnikiem dusz, koligacie. - Wtyka harmonijkową teczkę pod pachę. -
Przesiedzę nad tym całą noc, jutro będę niewyspany. Chcesz coś wiedzieć,
to pytaj. Jedno słowo ostrzeżenia. - Patrzy znad okularów. - Nie
zakochuj się w mojej rodzinie.
Szmer za plecami odwraca uwagę Amona. Kiedy zerka z powrotem, Skarbca
już nie ma. Do biblioteki zagląda Raisa.
- A cześć.
- Spotkałem...
- Skarbca. No tak, tak. Tweedziaku, słuchaj - oświadcza Raisa. - Wieczór
taki ładny, a ja za bardzo nakręcona, żeby spać. Co powiesz na kolejną
przygodę na dachach miasta?