ROZDZIAŁ 2
James
- DOSTALIŚMY NOWĄ PROPOZYCJĘ HANDLOWĄ.
Na dwa palce nalewam bourbona Basil Hayden do kryształowej szklanki, wrzucam kostkę lodu i rozkoszuję się smakiem alkoholu. Dopiero wtedy odwracam się twarzą do Ru.
- Nie wiedziałem, że przyjmujemy nowe propozycje.
Wzrusza ramionami i odpala cygaro.
- Bo nie przyjmujemy. Ale jestem biznesmenem, a to ma duży potencjał.
Głos ma lekko niewyraźny przez cygaro, które trzyma w zębach, ale lata chłonięcia jego słów niczym pieśni sprawiły, że rozumiem go bez problemu.
Roofus - światu znany jako Ru - to jedyna osoba w moim życiu, której ufam. Wyciągnął mnie z piekła i nigdy nie zdołam spłacić tego długu. Ale moja uprzejmość kończy się na jego osobie, co utrudnia sytuację, gdy postanawia wprowadzić do naszej operacji nowych ludzi.
Z wiekiem stał się bardziej nierozważny.
- Pewnego dnia zabije cię ta twoja niezdolność do rezygnacji z potencjału - mówię.
Mruży oczy.
- Nie mam zamiaru umierać i zostawiać swojej spuścizny Brytyjczykowi.
Uśmiecham się pod nosem. To wszystko i tak jest moje, Ru po prostu nie lubi głośno o tym mówić. Nie chce przyznać, że uczeń przerósł mistrza, że trzyma wodze tylko dlatego, że ja mu na to pozwalam. Stało się to oczywiste od chwili, gdy osiem lat temu krew wuja splamiła moje ręce - w dniu, gdy skończyłem osiemnaście lat. Rozciąłem go jak bezwartościową rybę, a potem tym samym ostrzem kroiłem podczas kolacji stek, czekając, czy ktoś odważy się zapytać, dlaczego moje palce są splamione czerwienią.
Ru może być nazywany szefem, ale to mnie wszyscy się boją.
Siadam w jednym z foteli, stawiając szklankę na krawędzi biurka.
- Twoja śmiertelność nie jest czymś, z czego lubię żartować.
Czasami naprawdę wierzę, że Ru uważa się za nietykalnego. To czyni go niechlujnym. Sprawia, że robi się łatwowierny. Pozwala ludziom za bardzo się zbliżyć. Na szczęście ma mnie, a ja wbiję ostrze noża głęboko w bebechy każdego, kto tego spróbuje, radując się uchodzącym z jego oczu życiem i krwią spływającą po rękach.
Myślę, że gdy przechodzi się w życiu coś takiego jak ja, człowiek szybko się uczy, że nieśmiertelność gwarantują nam tylko wspomnienia.
Ru nachyla się w moją stronę, kładąc cygaro w bogato zdobionej popielniczce, która stoi na biurku.
- No to słuchaj. Pojawił się ktoś, kto jest zainteresowany współpracą z nami. - Uśmiecha się szeroko. - Chce rozszerzyć naszą dystrybucję. Rozprowadzać towar w nowych zakątkach świata.
- Fascynujące. - Strzepuję luźną nitkę z mojej marynarki. - Kto to taki? - pytam, ale głównie po to, by go zadowolić. W ogóle nie interesuje mnie wprowadzanie do interesu kogoś nowego. Obecny przemytnik pracuje dla nas od trzech lat i prześwietlałem go osobiście. Patrzyłem, jak się pocił, gdy pilnował załadunku naszego wróżkowego pyłu do skrzyń na homary. Siedziałem obok niego przez cały lot, bawiąc się moim ostrzem, gdy ten z nerwów szczał pod siebie.
Jeśli chcesz zapewnić sobie czyjąś lojalność, musisz się upewnić, że ludzie zrozumieli, dlaczego na nią zasługujesz. A ja upewniłem się, żeby ludzie zrozumieli, że ostrze noża zadaje większy ból, gdy trzymająca go osoba dobrze się bawi przy zadawaniu cierpienia.
Ru przesuwa ręką po ustach.
- Słyszałeś o samolotach NevAirLand?
Nieruchomieję, krew w żyłach zmienia się w lód. Jestem pewien, że nigdy nikomu nie wspomniałem o tej nazwie, zwłaszcza Ru.
- Niestety, nie słyszałem. - Szczęki mi drgają.
- To musisz być jedyną taką osobą na świecie. - Śmieje się. - Właściciel, Peter Michaels, niedawno się tu sprowadził.
Serce łomocze mi o żebra. Jakim cudem mi to umknęło?
- Och?
Ru kiwa głową.
- Szuka nowej przygody. - Uśmiecha się, błyskając lekko krzywymi zębami. - Wypada, żebyśmy właściwie go powitali, wyjaśnili mu, jak tutaj mają się sprawy.
Ręce podrygują mi z wściekłości, która budzi się zawsze, gdy słyszę nazwisko Michaels. Sięgam po szklankę, ściskam mocno kryształ, pozostaje tylko czekać.
Cóż to za przypadek, że człowiek, którego pragnę zabić, podaje mi samego siebie na srebrnej tacy.
- Cóż, brzmi jak wspaniała okazja. - Uśmiecham się.
Ru podnosi cygaro.
- Nie prosiłem cię o pozwolenie, dzieciaku, ale cieszę się, że się zgadzasz.
- To kiedy się z nim spotkamy? - Popijam drinka, starając się uspokoić szybkie bicie serca.
- Ja się z nim spotykam. Dzisiaj. Sam. - Mruży oczy.
Wszystko się we mnie zaciska.
- Pozwól, żebym z tobą poszedł, Roofus. Nie powinieneś spotykać się z nim sam.
Ru wzdycha, przeczesując palcami jaskraworude włosy.
- Jesteś zbyt onieśmielający, dzieciaku. To spotkanie musi przebiec w przyjaznej atmosferze.
Z tym nie mogę dyskutować.
- To chociaż weź ze sobą jednego z chłopców. - Na myśl o tym, że Ru miałby spotkać się z Peterem Michaelsem sam na sam, przez moje ciało przebiega dreszcz.
Ru wydmuchuje w powietrze kółko z dymu.
Pochylam się, przyciskając pięści do blatu biurka.
- Roofus. Obiecaj mi, że nie pójdziesz sam. Nie bądź głupi.
- A ty nie zapominaj, gdzie jest twoje miejsce - warczy. - Ja tu jestem szefem, nie ty. Ty odpowiadasz przede mną. Co powiesz na to, żebyś okazał wdzięczność i chociaż raz zrobił to, o co cię, kurwa, proszę?
Zgrzytam zębami na ton jego głosu. Gdyby to był ktoś inny, podziękowałbym za przypomnienie, a zaraz po tym odciął mu język. Ale jemu uchodzi płazem wiele rzeczy, których innym bym nie odpuścił.
Po raz pierwszy zobaczyłem Ru, gdy miałem trzynaście lat - dwa lata po tym, jak ściągnięto mnie do Stanów, żebym zamieszkał z wujkiem. Czytając w bibliotece, usłyszałem na dole zamieszanie i poszedłem zobaczyć, o co chodzi. Przez szparę w drzwiach patrzyłem oczarowany, jak wielki facet o oliwkowej skórze i ufarbowanych na rudo włosach pochyla się nad biurkiem mojego wujka, trzymając mu pistolet przy skroni. Z jego wypowiadanych z ciężkim bostońskim akcentem słów wręcz wylewała się groźba. To było naprawdę inspirujące. Nigdy nie widziałem, żeby wujek kiedykolwiek się przed kimś kulił. Jego ulubioną rozrywką było patrzenie, jak ludzie kulą się ze strachu przed nim.
Takie coś zdarzało się publicznie, bo był politykiem.
Ale był też człowiekiem z wypaczonym charakterem, który lubił dawać upust swojej złości, przez co takie sytuacje jeszcze częściej się zdarzały za zamkniętymi drzwiami.
Ten nieznajomy mnie urzekł, dlatego śledziłem go, gdy wyszedł, ponieważ chciałem posiąść taką władzę jak on. Pewnie można to nazwać obsesją, ale nigdy nie poznałem nikogo takiego. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś skłonił do posłuszeństwa człowieka, który rządził światem.
Chciałem wiedzieć, jak się to robi.
Miałem wtedy trzynaście lat i jeszcze nie opanowałem sztuki pozostawania w ukryciu. Ru przez cały czas wiedział, że go śledzę. Wziął mnie do siebie i nauczył wszystkiego, co wiedział. Pokazał mi ulice Bloomsburg i zadbał, bym nie zwariował pośród koszmarów, które dopadały mnie w nocy.
Dlatego właśnie mu ustępuję, bo na tej planecie nie ma ani jednej osoby, która zaopiekowałaby się mną tak, jak on.
Cóż, była jedna taka osoba, dawno temu. W innej rzeczywistości.
- Masz rację - odpowiadam. - Ufam twojemu osądowi. To innym nie ufam.
Ru śmieje się i już otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale przerywa mu pukanie do drzwi.
- Wejść - chrząka.
Starkey, jeden z naszych najmłodszych rekrutów, zagląda do środka.
- Przepraszam, że przeszkadzam, szefie. - Przesuwa spojrzenie na mnie, otwiera szerzej oczy i szybko ucieka wzrokiem. - Na dole jest parę dziewczyn, które chcą wejść na fałszywych dowodach. Robią nam tam istne piekło.
- Przychodzisz tu, żeby zawracać nam dupę czymś takim? - warczy Ru. - Za co my ci, cholera, płacimy?
Szczerzę zęby, obserwując wybuch Ru, i podchodzę do monitora wyświetlającego widok z kamer, szukając tej zamontowanej nad wejściem. Tak jak powiedział Starkey, są tam trzy dziewczyny, z czego jedna aktualnie wrzeszczy w twarz naszego bramkarza. Żałosne. Nadal przyglądam się temu uważnie, aż moje spojrzenie skupia się na piękności, która stoi trochę z boku.
Czuję lekką ekscytację, gdy błądzę wzrokiem po jej ciele opiętym niebieską sukienką. Objęła się ramionami, wzrokiem błądzi między ochroniarzem a rzędem taksówek stojących na ulicy.
Dopada mnie irytacja, bo nie widzę jej tak dokładnie, jak bym chciał. Ale wystarczająco, by dostrzec, że czuje się niezręcznie. Że wygląda niewinnie. Zdecydowanie nie pasuje do takiego miejsca. Mój kutas twardnieje na myśl, jak to miejsce mogłoby ją zbrukać. Nie ma na tym świecie wielu osób, które są w stanie wywołać we mnie reakcję. Niereagowanie wżarło się w moją skórę, aż ta stała się nieprzeniknioną tarczą. Jestem niczym pusta skorupa napędzana przez jeden cel.
To, że ta dziewczyna mnie zainteresowała, obudziło moją ciekawość.
- Wpuść je - przerywam, nie odrywając wzroku od ciemnowłosej piękności.
Starkey przestaje bełkotać, rzuca mi spojrzenie, po czym szybko przenosi je z powrotem na Ru.
- Na pewno? Ja...
- Czy ja się jąkam? - pytam, stając twarzą do niego. - A może to akcent utrudnia zrozumienie, co do ciebie mówię?
- N-nie, to tylko...
- To tylko - powtarzam po nim. - Widocznie potrzebujesz szkolenia z radzenia sobie w takich sytuacjach. A może źle zrozumiałem powód, dla którego przyszedłeś do nas z tak błahą sprawą?
Ru uśmiecha się pod nosem, odchylając się na krześle.
- Nie, Hak. Nie zrozumiałeś mnie źle.
- Hmm. W takim razie naprawdę mamy problem. - Kiwam głową. - Powiedz mi, czy zgadzasz się, że powinniśmy zwolnić tego, kto pracuje na wejściu.
- Eee, ja nie... - zaczyna Starkey.
- Cóż, skoro nie jest w stanie poradzić sobie z grupką kobiet, jak możemy być pewni, że poradzi sobie z kimś innym? - Przekrzywiam głowę.
Starkey przełyka ślinę, grdyka mu podskakuje.
- Ja... One...
- Widzisz - kontynuuję, wyciągając z kieszeni nóż. - W poskromieniu kobiety chodzi o kontrolę. - Idę w jego stronę, bawiąc się ostrzem ze stali nierdzewnej, czując pod palcami zdobienia rękojeści. - Delikatna próba sił. Wzajemne ustępstwa, że tak powiem. Zapewnianie im pełnej przyjemności z twojej dominacji. - Staję przed nim i przestaję bawić się nożem. - Widocznie nasz bramkarz ma dzisiaj w sobie więcej uległości. - Wyciągam wolną dłoń i poprawiam jego krawat. - Rozumiem, jak trudno jest zauważyć to samo u siebie. - Pochylam się w jego stronę, pozwalam, by czubek noża musnął jego szyję. - Bądź dobrym chłopcem, Starkey, i wpuść je do środka.
- Tak, proszę pana - mamrocze.
Klepię go po ramieniu, a on odwraca się na pięcie i wychodzi pospiesznie z pomieszczenia.
Ru wskazuje na mnie palcem z rozbawieniem w oczach.
- Właśnie dlatego nie pójdziesz ze mną na to spotkanie.
Uśmiecham się, poprawiając mankiety marynarki.
- Rozumiem. Zresztą i tak idę na dół. Mam tam bramkarza, którego trzeba się pozbyć, i nagłą ochotę na coś ślicznego.
Ru śmieje się.
- Tylko się upewnij, że są legalne.
Kładę rękę na klamce, ale nie naciskam jej.
- Ru?
Chrząka.
- Upewnij się, żeby Peter wiedział, że naprawdę nie mogę się doczekać spotkania twarzą w twarz.