Honor Harrington. W służbie miecza - David Weber

-
Proszę czekać

Judith była bar­dzo młoda, gdy piraci zdo­byli sta­tek rodzi­ców. Ale nie aż tak młoda, by tego nie pamię­tać. Eks­plo­zje, wycie roz­dzie­ra­nego metalu, świst ucho­dzą­cego powie­trza i odgłos strze­la­niny z początku odle­głej, potem coraz bliż­szej, na­dal momen­tami roz­brzmie­wał w jej uszach.

Wszyst­kie odgłosy były nieco stłu­mione, gdyż miała wtedy na sobie ska­fan­der próż­niowy o dwa numery za duży. I to wła­śnie ura­to­wało jej życie.

Ale nie ura­to­wało jej przed nie­wolą.

Mimo iż tyle prze­szedł, mimo czasu i ener­gii, które poświę­cił na naukę i szko­le­nie, i mimo ocen, które w żaden spo­sób nie mogły przy­nieść wstydu rodzi­nie, kiedy zbli­żał się czas jego pierw­szego patrolu po ukoń­cze­niu aka­de­mii, ktoś uznał za sto­sowne się wtrą­cić. Michael Win­ton usły­szał plotkę, że ma dostać przy­dział na okręt obrony sys­te­mo­wej sta­cjo­nu­jący w pobliżu Gry­phona. Infor­ma­cję tę przy­niósł miesz­ka­jący razem z nim w pokoju Todd Liatt.

Było to o tyle nie­po­ko­jące, że Todd nale­żał do ludzi, któ­rzy zawsze wie­dzieli o wszyst­kim wcze­śniej od całej reszty ludz­ko­ści. Michael nie­jed­no­krot­nie doci­nał mu, twier­dząc, że to wła­śnie on powi­nien spe­cja­li­zo­wać się w łącz­no­ści.

- Prze­cież ty nawet nie potrze­bu­jesz komu­ni­ka­tora, o radio­sta­cji nie wspo­mi­na­jąc! Infor­ma­cje tra­fiają bez­po­śred­nio do two­jego sys­temu ner­wo­wego. Gdy­byś został ofi­ce­rem łącz­no­ścio­wym, to by dopiero była oszczęd­ność czasu i pie­nię­dzy na sprzęt.

Todd przy­znał mu rację, ale nie zmie­nił sta­no­wi­ska. Chciał dowo­dzić okrę­tem, a więc musiał zro­bić spe­cja­li­za­cję ofi­cera tak­tycz­nego, gdyż to wła­śnie oni naj­czę­ściej otrzy­my­wali samo­dzielne dowódz­two.

- Jak­byś miał cztery star­sze sio­stry i trzech star­szych braci i przez całe życie wyko­ny­wał czy­jeś pole­ce­nia, też byś sobie chciał poroz­ka­zy­wać, no nie? - wyja­śnił rze­czowo przy jakiejś oka­zji, gdy wró­cili do tematu wybra­nych spe­cja­li­za­cji.

Obaj wie­dzieli, że nie jest to cała prawda. Todd miał bowiem także sil­nie roz­wi­nięte poczu­cie obo­wiązku i skłon­ność do wła­ści­wego wyko­ny­wa­nia zadań. Michael był prze­ko­nany, że Todd będzie się czuł w bia­łym bere­cie tak, jakby się w nim uro­dził.

Michael nato­miast nie chciał dowo­dzić. Prawdę mówiąc, z początku nie chciał nawet słu­żyć w Royal Man­ti­co­ran Navy i poszedł do aka­de­mii jedy­nie z poczu­cia obo­wiązku. Teraz był oddany służ­bie tak samo jak Todd, ale na­dal nie pra­gnął wła­snego okrętu. Nie miał zamiaru mówić o tym kole­dze, ale zbyt dobrze wie­dział, ile kosz­tuje dowo­dze­nie.

Łącz­ność nato­miast spodo­bała mu się od razu. Szybki prze­pływ infor­ma­cji, koniecz­ność oceny, które są ważne, które nie - to wszystko było dlań zna­jome i natu­ralne jak oddy­cha­nie. W mniej­szym lub więk­szym stop­niu robił to bowiem od dzie­ciń­stwa.

I był w tym dobry. Miał dosko­nałą pamięć i nie pod­da­wał się napię­ciu. Sytu­acja alar­mowa wpły­wała nań pozy­tyw­nie - szyb­ciej i wcze­śniej dostrze­gał róż­nice mię­dzy infor­ma­cjami i był pewien, że na ćwi­cze­niach w symu­la­to­rach oce­nia­jący go wykła­dowcy byli obiek­tywni.

A kwe­stia ocen zawsze była pro­ble­ma­tyczna w przy­padku osoby tak wysoko uro­dzo­nej jak on - trudno było je zwe­ry­fi­ko­wać samemu, a zawsze ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że któ­reś (lub wszyst­kie) zostały zawy­żone. Wła­śnie dla­tego wieść przy­nie­siona przez Todda tak nim wstrzą­snęła.

- Co sły­sza­łeś? - spy­tał ostro, nie kry­jąc zło­ści.

- Sły­sza­łem, że masz dostać przy­dział na HMS Saint Elmo mający patro­lo­wać oko­licę Gry­phona - odparł spo­koj­nie Todd. - Naj­wy­raź­niej twoje uzdol­nie­nia w prze­twa­rza­niu infor­ma­cji zwró­ciły uwagę kogoś w Admi­ra­li­cji, bo na tym okrę­cie będą testo­wać jakieś super­tajne sen­sory i chcą mieć naj­lep­szych ludzi.

Odpo­wiedź Micha­ela była długa, barwna i jed­no­znacz­nie dowo­dząca bli­skiej zna­jo­mo­ści w któ­rymś eta­pie życia z człon­kami Royal Man­ti­co­ran Marine Corps. Jego szwa­gier Justin Zyrr rze­czy­wi­ście był eks-Marine, tyle że ni­gdy w jego obec­no­ści nie użył wyra­żeń choćby zbli­żo­nych do tych, które wła­śnie z uczu­ciem recy­to­wał Michael.

Todd słu­chał go z miną sta­no­wiącą mie­szankę zasko­cze­nia i podziwu.

- Dwa lata! - oznaj­mił z wyrzu­tem, gdy Michael skoń­czył. - Dwa lata wspól­nego miesz­ka­nia zmar­no­wane. Nie nauczy­łem się od cie­bie choćby jed­nej wią­zanki, bo nie przy­zna­łeś się, że takowe znasz!

Michael nie zare­ago­wał, bo był zajęty szu­ka­niem ele­men­tów gar­de­roby. Naj­wy­raź­niej miał zamiar wypaść z pokoju i zro­bić pie­kło.

- Gdzie się wybie­rasz? - spy­tał uprzej­mie Todd.

- Poga­dać w spra­wie przy­działu.

- Prze­cież to nie­ofi­cjalna wia­do­mość, to z kim chcesz gadać?

- Jeśli pocze­kam, aż sta­nie się ofi­cjalna, to już nie będę miał z kim i o czym roz­ma­wiać. Teraz mogę spró­bo­wać jesz­cze to odkrę­cić.

Todd był zbyt sprytny, by bro­nić stra­co­nej pozy­cji.

- Z kim? - spy­tał poważ­nie. - Z koman­dor Shrake?

- Nie. Naj­pierw muszę zamie­nić słowo z Beth. Jeśli to jej pomysł, muszę wie­dzieć dla­czego, a jeśli nie jej, to nikt mi tego nie wmówi, a mogą pró­bo­wać. Kiedy będę to wie­dział, przyj­dzie czas na koman­dor Shrake.

- Ostrze­żony zna­czy uzbro­jony - zgo­dził się Todd.

Michael kiw­nął głową i udał się na poszu­ki­wa­nie bez­piecz­nego kodo­wa­nego sys­temu łącz­no­ści. Była to jedna z zasad wpo­jo­nych w cza­sie szko­le­nia: o waż­nych a deli­kat­nych spra­wach nale­żało roz­ma­wiać zawsze przy zacho­wa­niu ostroż­no­ści.

A oso­bi­sta roz­mowa z Kró­lową Man­ti­core była sprawą jeśli nie ważną, to na pewno deli­katną.

Ci, któ­rzy zdo­byli ich sta­tek, pocho­dzili z Masady, a Judith była zbyt młoda, by zro­zu­mieć róż­nicę mię­dzy pira­tami a kor­sa­rzami. Kiedy doro­sła na tyle, by to pojąć, wie­działa już także, że jeśli cho­dzi o miesz­kań­ców Masady napa­da­ją­cych na statki gray­soń­skie, róż­nica ta w zasa­dzie nie miała zna­cze­nia.

Ojciec zgi­nął, wal­cząc z napast­ni­kami, matka, pró­bu­jąc ją ura­to­wać. Judith żało­wała, że nie zgi­nęła wraz z nimi.

Gdy miała dwa­na­ście lat stan­dar­do­wych, została żoną ponad­czte­ro­krot­nie star­szego Eph­ra­ima Tem­ple­tona, kapi­tana, który napadł i zdo­był sta­tek rodzi­ców. Ją zaś zatrzy­mał jako część łupu. Nie było to zgodne z zasa­dami pro­wa­dze­nia wojny, ale nie pozo­stał przy życiu nikt, kto zauwa­żyłby, że nie została repa­trio­wana na Gray­son.

Nie licząc raczej rażą­cej róż­nicy wieku - Eph­raim miał 55 lat stan­dar­do­wych - róż­nili się wszyst­kim. On był masywny, ona wiotka, on był siwie­ją­cym blon­dy­nem, ona bru­netką o ruda­wym odcie­niu wło­sów, ona miała brą­zowo-zie­lone oczy, on bla­do­nie­bie­skie i lodo­wate. Oczy zresztą szybko nauczyła się trzy­mać opusz­czone, bo ina­czej lał ją za roz­wią­złość i bez­czel­ność.

W wieku trzy­na­stu lat poro­niła po raz pierw­szy. Sześć mie­sięcy póź­niej ponow­nie. Lekarz dał mężowi alter­na­tywę: albo przez parę lat prze­sta­nie pró­bo­wać zro­bić jej dziecko, albo jej organy roz­rod­cze zostaną nie­od­wra­cal­nie uszko­dzone. Eph­raim wybrał to pierw­sze, co nie zna­czyło, że prze­stał z nią sypiać.

W wieku szes­na­stu lat Judith ponow­nie była w ciąży. Kiedy bada­nia wyka­zały, że to dziew­czynka, Eph­raim pole­cił jej usu­nąć ciążę, twier­dząc, że nie po to ją tyle lat żywił, żeby mu uro­dziła następną bez­u­ży­teczną gębę do kar­mie­nia. A nie ma prze­cież nic bar­dziej bez­u­ży­tecz­nego od dziew­czynki.

Judith nie­na­wi­dziła go od dawna, a teraz uczu­cie to stało się wręcz żywio­łowe. Sama była zdzi­wiona, że jej wzrok go nie spo­pie­lił. Naj­wi­docz­niej nie dość, że był bydla­kiem, to jesz­cze nie­wia­ry­god­nie gru­bo­skór­nym.

Nie­które kobiety na jej miej­scu popeł­ni­łyby samo­bój­stwo. Inne - mor­der­stwo, co byłoby znacz­nie roz­sąd­niej­szym posu­nię­ciem, bo przed śmier­cią mia­łyby przy­naj­mniej satys­fak­cję z zabi­cia swego oprawcy. Judith nie zro­biła ani tego, ani tego.

Wybrała bowiem inny spo­sób. Miała sekret, który pozwa­lał jej prze­żyć nawet wie­lo­krotne gwałty Eph­ra­ima. Zawdzię­czała to matce, która wykrwa­wia­jąc się obok niej na pod­ło­dze, przy­ka­zała jej ostat­kiem sił:

- Ni­gdy nie zdradź im, że umiesz czy­tać!

Oka­zało się, że to nie sio­stra wpa­dła na pomysł umiesz­cze­nia go na super­dre­ad­no­ught­cie, który nie miał już ni­gdy opu­ścić binar­nego sys­temu Man­ti­core. Wia­do­mość ta spra­wiła Micha­elowi olbrzy­mią ulgę, gdyż Beth jesz­cze przed śmier­cią ojca zachę­cała go, by sam zna­lazł swoje miej­sce w życiu i spraw­dził, ile jest wart. Nawet po tra­gicz­nej śmierci ojca, przy­tło­czona nawa­łem obo­wiąz­ków i nie­spo­dzie­waną odpo­wie­dzial­no­ścią, które musiała na sie­bie wziąć, zawsze miała dla niego czas. I zawsze mógł z nią poroz­ma­wiać o pro­ble­mach, o któ­rych wolał nie wspo­mi­nać matce, mimo że Kró­lowa-wdowa Ange­li­que była także roz­sądną kobietą.

Gdyby oka­zało się, że sio­stra nagle tak dra­stycz­nie się zmie­niła, byłby to dla niego wielki cios. Tym więk­szy, że zda­wał sobie w pełni sprawę, że to on powi­nien sta­no­wić dla niej pod­porę, bo choć młod­szy, to ona jako Kró­lowa dźwi­gała wielki cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści za pań­stwo.

Teraz wie­dząc, na czym stoi, umó­wił się na pry­watne spo­tka­nie z opie­ku­nem czwar­tego rocz­nika. Wie­dział, że mógłby zażą­dać, by przy­jął go komen­dant aka­de­mii, i z pew­no­ścią nastą­pi­łoby to szybko, ale posta­no­wił od tego nie zaczy­nać. Flota mogła być (i ofi­cjal­nie była) obo­jętna na kwe­stie uro­dze­nia czy majątku - nie dawały one ofi­cjal­nie żad­nych przy­wi­le­jów. Co oczy­wi­ście nie zna­czyło, że "plecy" , kon­takty i rodzina nie miały zna­cze­nia w zaku­li­so­wych roz­gryw­kach. Nato­miast każdy, kto zbyt bez­czel­nie nad­uży­wał tych moż­li­wo­ści, mógł być pewien, że zapłaci za to w trak­cie kariery. Poza tym takie roz­wią­za­nie byłoby przy­zna­niem się do klę­ski, gdyż mid­szyp­men Michael Win­ton nie mógłby spo­tkać się z komen­dantem bez wcze­śniej­szej wizyty u opie­kuna roku. Nato­miast książę krwi Michael Win­ton i ow­szem, bez żad­nego trudu. A jemu cały czas zale­żało na tym, by wszy­scy trak­to­wali go jak mid­szyp­mena, nie księ­cia krwi.

Do spo­tka­nia z opie­ku­nem doszło znacz­nie szyb­ciej, niż miał prawo ocze­ki­wać nawet ktoś znaj­du­jący się wśród dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cent naj­lep­szych na swoim roku. Michael zja­wił się w gabi­ne­cie punk­tu­al­nie, w ide­al­nie wyczysz­czo­nym mun­du­rze służ­bo­wym i zasa­lu­to­wał niczym na egza­mi­nie z musz­try. W trak­cie pobytu w aka­de­mii ni­gdy nie pró­bo­wał uła­twić sobie życia, licząc na to, że drobne nie­do­cią­gnię­cia zostaną zigno­ro­wane z uwagi na to, kim jest. Z pro­stego powodu: gdyby raz to zro­bił, ruszy­łaby lawina, ludzie bowiem nie będący naprawdę bli­sko rodziny kró­lew­skiej nie zda­wali sobie tak do końca sprawy, że władcy także są ludźmi i mają wszyst­kie cechy zwy­kłego czło­wieka. A do nich nale­żało leni­stwo. A fakt, że przez przy­pa­dek ktoś, mając osiem­na­ście lat, został Kró­lową, a ktoś inny w wieku trzy­na­stu lat następcą tronu, wcale nie poma­gał w pozby­ciu się podob­nych wad.

Do tego docho­dziła jesz­cze jedna kwe­stia - wykła­dow­cami w aka­de­mii byli doświad­czeni ofi­ce­ro­wie, któ­rzy wzbu­dzali jego podziw i sza­cu­nek. Zasłu­żyli na nie, tak jak zasłu­żyli na stop­nie, tytuły i odzna­cze­nia. Pod­czas gdy on wszyst­kie tytuły odzie­dzi­czył, sam jak dotąd na żaden nie zasłu­żył.

Koman­dor Brenda Shrake, lady Weather­fell, rozu­miała, zdaje się, jego uczu­cia, gdyż patrzyła nań cie­pło, co nie zda­rzało się czę­sto. Mimo że była wła­ści­cielką spo­rej posia­dło­ści na Sphink­sie, koman­dor Shrake wybrała karierę w Kró­lew­skiej Mary­narce i zapła­ciła za to. Rany odnie­sione w walce pozo­sta­wiły na jej twa­rzy ślady, któ­rych nie zdo­łała w pełni usu­nąć nawet chi­rur­gia pla­styczna, a dwa palce pra­wej ręki miały nie do końca natu­ralny wygląd i pełną swo­bodę ruchów. W aka­de­mii zaj­mo­wała się kwe­stiami orga­ni­za­cyjno-admi­ni­stra­cyj­nymi zwią­za­nymi z funk­cją opie­kuna roku i wykła­dała na kur­sie maszy­no­wym.

Była też w pełni świa­doma cią­żą­cej na niej odpo­wie­dzial­no­ści - musiała wyszko­lić kom­pe­tent­nych ofi­ce­rów przy­go­to­wa­nych do zbli­ża­ją­cej się wojny. I dla­tego nie mogła sobie pozwo­lić na pobłaż­li­wość. Ale mogła na współ­czu­cie.

- Chciał się pan ze mną zoba­czyć, panie Win­ton? - spy­tała zamiast powi­ta­nia.

Michael ski­nął sztywno głową.

- W jakiej spra­wie?

- W spra­wie plotki, ma'am.

- Plotki? - zdzi­wiła się Shrake.

Michael nagle zapo­mniał całej prze­mowy, którą ćwi­czył w myślach od chwili, gdy Todd poin­for­mo­wał go o przy­dziale. Po kilku peł­nych paniki sekun­dach zmu­sił się do myśle­nia i jakieś słowa wró­ciły:

- Tak, ma'am. Plotki o przy­dzia­łach na pierw­szy patrol po ukoń­cze­niu aka­de­mii.

Shrake uśmiech­nęła się.

- A, tak. Takie plotki poja­wiają się zawsze mniej wię­cej w tym wła­śnie okre­sie, nie­za­leż­nie jak bar­dzo nie sta­ra­li­by­śmy się utrzy­mać infor­ma­cji w tajem­nicy.

Nie spy­tała, skąd się dowie­dział, co spra­wiło mu ulgę, bo wolałby nie kła­mać, a z dru­giej strony na pewno nie wcią­gnąłby w to Todda.

- A kon­kret­nie o jakim przy­dziale chciałby pan roz­ma­wiać? - spy­tała.

- O moim, ma'am.

- Słu­cham.

- Sły­sza­łem, że mam przy­dział na HMS Saint Elmo, ma'am.

Koman­dor Shrake nawet nie tru­dziła się, by uda­wać, że to spraw­dza, za co Michael był jej wdzięczny. Sprawę musiano oma­wiać, być może nie­dawno, gdyż ktoś z pałacu Mount Royal mógł prze­ka­zać infor­ma­cję, że w nocy skon­tak­to­wał się z Beth.

- To by się zga­dzało z moimi infor­ma­cjami - potwier­dziła. - Czy to wła­śnie chciał pan wie­dzieć?

- Tak i nie, ma'am. Chcia­łem wie­dzieć, czy plotka jest oparta na fak­tach, ale chciał­bym także pro­sić o zmianę przy­działu, ma'am. Na jakiś nieco bar­dziej odda­lony od domu.

- Ma pan ochotę obej­rzeć kawa­łek wszech­świata, panie Win­ton? - spy­tała Shrake z dziw­nym bły­skiem w oczach.

- Tak, ma'am. Ale nie jest to główny powód mojej prośby.

- A tym powo­dem jest?

- Chcę... - Michael zawa­hał się, mimo iż nie­skoń­czoną liczbę razy ćwi­czył roz­ma­ite spo­soby powie­dze­nia tego tak, by nie było to nadęte. - Chcę być ofi­ce­rem floty, ma'am. A nie będę w sta­nie tego osią­gnąć, jeśli inni słu­żący w tejże flo­cie będą mnie chro­nić.

Shrake unio­sła uprzej­mie brwi, wywo­łu­jąc lekki rumie­niec na jego policz­kach.

- Kró­lew­ska Mary­narka nie ma zwy­czaju chro­nić swo­ich ofi­ce­rów, panie Win­ton - odparła chłod­niej niż dotąd. - Jest raczej odwrot­nie: to ci ofi­ce­ro­wie mają chro­nić i bro­nić reszty Kró­le­stwa Man­ti­core.

- Wła­śnie, ma'am - pod­chwy­cił Michael, mimo że zaczęło mu się wyda­wać, iż sprawa jest prze­grana. - Dla­tego wła­śnie trzy­ma­nie mnie bli­sko domu nie jest wła­ściwe. Brat Kró­lo­wej i następca tronu może i powi­nien mieć prawo do ochrony, ale zrze­kłem się go, wstę­pu­jąc do aka­de­mii. Nie powinno zostać mi ono narzu­cone, gdy ją opusz­czę.

Koman­dor Shrake przyj­rzała mu się z namy­słem.

- Więc jest pan prze­ko­nany, że takie wła­śnie są powody pań­skiego przy­działu? - spy­tała.

- Tak, ma'am.

- A gdy­bym powie­działa panu, że admi­rał Hem­phill dowie­działa się o pań­skich kwa­li­fi­ka­cjach i popro­siła o przy­dzie­le­nie pana na ten okręt, panie Win­ton?

- Był­bym zado­wo­lony, ma'am, ale na­dal uwa­żał­bym, że jestem chro­niony.

- A dla pana jest tak ważne, co myślą inni?

- Chciał­bym powie­dzieć że nie, ma'am. Ale byłoby to kłam­stwo. Gdyby cho­dziło tylko o mnie, sytu­acja wyglą­da­łaby ina­czej: prze­ży­wa­łem podobne, prze­żył­bym i tę. Myślę o wpły­wie, jaki mia­łoby to na wize­ru­nek floty w oczach osób, które doszłyby do takiego prze­ko­na­nia.

- Tak?

- Sprawa jest pro­sta, ma'am. Jeżeli brat Kró­lo­wej otrzy­muje przy­dział, pod­czas któ­rego na pewno nie grozi mu ryzyko zwią­zane z walką, to ile czasu minie, zanim co bez­czel­niejsi człon­ko­wie ary­sto­kra­cji dojdą do prze­ko­na­nia, że takie samo prawo im też się należy? Albo ich dzie­ciom? Kró­lew­ska Mary­narka potrze­buje ochot­ni­ków ze wszyst­kich klas spo­łecz­nych, a wolę nie myśleć, jaka byłaby reak­cja tych niż­szych, gdyby roze­szła się wieść, że pewne osoby z racji przy­padku zwa­nego uro­dze­niem są zbyt cenne, by otrzy­my­wać nie­bez­pieczne przy­działy służ­bowe.

- Panie Win­ton, prze­cież taka jest prawda, choć z małym zastrze­że­niem. Nie z racji uro­dze­nia, ale pewne osoby są bar­dziej cenne niż inne i RMN stara się nie nara­żać ich na zbędne ryzyko.

- Wiem, ma'am, ale cho­dzi wła­śnie o te powody. Ludzie ci są cen­niejsi ze względu na doświad­cze­nie, wie­dzę czy uni­kalne talenty, a nie dla­tego, że przy­pad­kiem są szla­chet­nie uro­dzeni, jak się to ład­nie okre­śla.

W pokoju zapa­dła cisza.

- Rozu­miem... - powie­działa w końcu Shrake. - To zna­czy sądzę, że rozu­miem. O co więc w takim razie kon­kret­nie pan prosi, panie Win­ton?

- O bar­dziej typowy przy­dział, ma'am. Jeśli Royal Man­ti­co­ran Navy naprawdę jest prze­ko­nana, że naj­le­piej się przy­dam na okrę­cie linio­wym krą­żą­cym wokół Gry­phona, cóż, pogo­dzę się z losem i posta­ram się jak naj­le­piej wypeł­nić swe obo­wiązki.

- Ale wolałby pan na przy­kład przy­dział na krą­żow­nik liniowy uda­jący się na patrol anty­pi­racki na obszar Kon­fe­de­ra­cji.

- Sądzę, że to wła­śnie jest typowy przy­dział dla mid­szyp­mena zaraz po ukoń­cze­niu aka­de­mii, ma'am.

- Rozu­miem. Przed­sta­wił pan prośbę z uza­sad­nie­niem, panie Win­ton. Roz­ważę ją i być może udam się z nią do komen­danta. To wszystko, panie Win­ton?

- Nie, ma'am. Dzię­kuję za wysłu­cha­nie mnie, ma'am.

- Słu­cha­nie to część dowo­dze­nia. - Głos Shrake zabrzmiał pra­wie jak na sali wykła­do­wej. - Skoro pan skoń­czył, może pan odejść.

Miesz­kańcy Gray­sona i Masady mieli pewne cechy wspólne, zaczy­na­jąc od reli­gij­no­ści. W sumie nie było to nic dziw­nego, jako że miesz­kańcy Masady wywo­dzili się z Gray­sona, skąd zostali wyrzu­ceni po prze­gra­nej woj­nie, w któ­rej pró­bo­wali narzu­cić resz­cie swoją super­or­to­dok­syjną wer­sję wiary. W obu spo­łe­czeń­stwach jed­nakże ist­niały róż­nice, czego naj­lep­szym przy­kła­dem był sto­su­nek do kobiet. W żad­nym z nich nie miały prawa głosu i posia­da­nia majątku, męż­czyźni zaś mieli obo­wią­zek zapew­nić im utrzy­ma­nie i miesz­ka­nie. W obu także obo­wią­zy­wało wie­lo­żeń­stwo.

Jed­nakże na Gray­so­nie kobieta trak­to­wana była jak skarb - kochana, hołu­biona i chro­niona pra­wie na równi z dziećmi. Ow­szem, ochrona ta ogra­ni­czała jej wol­ność i mogła dla nie­któ­rych być uciąż­liwa, ale nie wyrzą­dzała krzywdy, a przy­padki znę­ca­nia się męża nad żoną były surowo karane.

Na Masa­dzie kobieta była przed­mio­tem i wła­sno­ścią. Trak­to­wano ją zresztą znacz­nie gorzej, gdyż do nie­po­wo­dze­nia wojny domo­wej przy­czy­niła się wła­śnie kobieta, co potwier­dzało rolę Ewy w boskim pla­nie. Kobiety były więc ucie­le­śnie­niem grze­chu i można było z nimi zro­bić pra­wie wszystko. A jedy­nym spo­so­bem uzy­ska­nia odpusz­cze­nia win dla kobiety było pokorne pogo­dze­nie się z losem. Teo­re­tycz­nie ozna­czało to, że każdy męż­czy­zna mógł trak­to­wać jak chciał każdą kobietę. W prak­tyce ogra­ni­czało się to do wła­snego domu i wła­snych kobiet, gdyż złe trak­to­wa­nie obcych było zapro­sze­niem, by inni tak samo potrak­to­wali kobiety krzyw­dzi­ciela. A to mogło dopro­wa­dzić do uszko­dze­nia wła­sno­ści, a więc mar­no­traw­stwa.

Nie ozna­czało to natu­ral­nie, że wszy­scy męż­czyźni mal­tre­to­wali fizycz­nie i psy­chicz­nie nale­żące do nich kobiety w zaci­szu czte­rech ścian. Ale więk­szość tak robiła.

Men­tal­ność ta miała wpływ także na poziom wykształ­ce­nia kobiet. Na Gray­so­nie kobiety stu­diu­jące sta­no­wiły nie­wielki odse­tek, acz­kol­wiek nikt im tego nie zabra­niał; po pro­stu nie było to przy­jęte. Nato­miast umie­jęt­no­ści czy­ta­nia, pisa­nia i licze­nia posia­dała każda, i to w stop­niu znacz­nie wyż­szym niż pod­sta­wowy, choćby dla­tego że na co dzień kobiety zaj­mo­wały się nad­zo­ro­wa­niem sys­te­mów umoż­li­wia­ją­cych prze­ży­cie w tru­ją­cym śro­do­wi­sku, a każdy dom był wypo­sa­żony w taki sys­tem.

Ponie­waż na Masa­dzie śro­do­wi­sko nie było dla czło­wieka nie­bez­pieczne, ta koniecz­ność odpa­dła. Uznano, że nie ma co mar­no­wać czasu i pie­nię­dzy na ucze­nie kobiet umie­jęt­no­ści cał­ko­wi­cie zbęd­nych porząd­nym słu­żą­cym i mat­kom. Rodzice Judith nale­żeli do boga­tej rodziny kupiec­kiej powią­za­nej han­dlowo z miesz­kań­cami innych pla­net, co miało wpływ na edu­ka­cję córki. Zaczęli uczyć ją wcze­śnie, a posta­no­wili wykształ­cić ponad prze­ciętną gray­soń­ską z paru powo­dów. Zaczy­na­jąc od tego, że nie chcieli wyglą­dać na zaco­fane pry­mi­tywy w oczach zna­jo­mych z innych pla­net, a koń­cząc na tym, że choć byli wie­rzący, nie wycho­dzili z zało­że­nia, że zdol­ność kon­tem­plo­wa­nia dzieła bożego inte­lek­tu­al­nie, a nie tylko przez ślepe prze­strze­ga­nie kano­nów wiary, może być dla kogo­kol­wiek szko­dliwa. A zwłasz­cza w sytu­acji, w któ­rej pod­sta­wo­wym ele­men­tem dok­tryny był Test.

Ostatni zaś czyn­nik sta­no­wiła prak­tycz­ność - dziew­czyna nie mogła posia­dać inte­resu, ale nie ozna­czało to, że musiała być bez­u­ży­teczna przy jego pro­wa­dze­niu. A kiedy rodzice odkryli u Judith pra­wie nad­na­tu­ralne zdol­no­ści mate­ma­tyczne i logiczne, utwier­dzili się tylko w słusz­no­ści wyboru, jakiego doko­nali. Judith od naj­młod­szych lat uwiel­biała ukła­danki, puz­zle trój­wy­mia­rowe i inne łami­główki, które oprócz dawa­nia rado­ści roz­wi­jały też wro­dzone umie­jęt­no­ści.

Matka świa­doma, jak mają się pod tym wzglę­dem sprawy na Masa­dzie, ostrze­gła ją ostat­kiem sił, a Judith mimo mło­dego wieku ostrze­że­nie zro­zu­miała. I zasto­so­wała się do niego. Być może dla­tego, że od pew­nego czasu ukry­wała praw­dziwy zakres swej wie­dzy przed rówie­śni­cami, by nie stać się obiek­tem zazdro­ści i zło­śli­wo­ści.

Zdol­ność czy­ta­nia i licze­nia oraz fakt, że ją ukryła, pozwo­liły jej pogłę­biać wie­dzę przez cały czas nie­woli, a od momentu wymu­szo­nego mał­żeń­stwa sku­piła się na jed­nym jej wycinku - tym, który miał umoż­li­wić ucieczkę. I dla­tego wła­śnie nie zabiła ani sie­bie, ani tego, który zwał się jej mężem. Wie­działa bowiem, że ucie­ka­jąc, wyrzą­dzi mu znacz­nie więk­szą krzywdę, która będzie bolała go nie­po­rów­na­nie dłu­żej, niż gdyby po pro­stu pode­rżnęła mu gar­dło.

Co prawda miała nadzieję, że zdoła zre­ali­zo­wać to, co pla­no­wała, nim Eph­raim zwiąże ją z Masadą dziećmi, ale nie wzięła pod uwagę, że mogąc dono­sić pierw­sze w życiu dziecko, mimo że nie­chciane, nie zgo­dzi się bez walki na jego usu­nię­cie. Dla­tego też gdy Eph­raim wydał na nie wyrok, wie­działa, że musi przy­spie­szyć reali­za­cję planu, choć miała też świa­do­mość, że tego dziecka może nie zdą­żyć ura­to­wać.

Nato­miast na pewno ura­tuje następne.

- Naprawdę nie rozu­miem, jak możemy uda­wać, iż zapo­mnie­li­śmy, że jest następcą tronu i bra­tem Kró­lo­wej - jęk­nęła porucz­nik Car­lotta Dun­si­nane, pomoc­nik ofi­cera tak­tycz­nego na lek­kim krą­żow­niku HMS Intran­si­gent.

- Car­lie, to pro­ste: tak samo jak robili to wszy­scy wykła­dowcy i mid­szyp­meni z jego rocz­nika przez ostat­nie cztery lata na wyspie Saga­nami - odparł z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem kapi­tan Abe­lard Boniece dowo­dzący okrę­tem. - Teraz po pro­stu nasza kolej.

- Ale...

Dun­si­nane urwała i wzru­szyła bez­rad­nie ramio­nami. Oboje, podob­nie jak wszy­scy miesz­kańcy Kró­le­stwa Man­ti­core, wie­dzieli, że Elż­bieta III ma męża i że jej pier­wo­rodny Roger najprawdopodob­niej zosta­nie następcą tronu, ale póki co i przez kilka naj­bliż­szych lat był nim książę krwi Michael Win­ton. Podob­nie jak przez ostat­nie dzie­więć lat. Jego pozy­cji spo­łecz­nej i poli­tycz­nej po pro­stu nie spo­sób było nie brać pod uwagę.

A do tego docho­dziło naprawdę duże fizyczne podo­bień­stwo do tra­gicz­nie zmar­łego a uko­cha­nego przez pod­da­nych króla Rogera III. Zgi­nął on w wypadku, pogrą­ża­jąc całe Kró­le­stwo w żało­bie i umiesz­cza­jąc Elż­bietę i Micha­ela w cen­trum powszech­nej uwagi.

Dla Elż­biety, któ­rej led­wie parę lat bra­ko­wało do peł­no­let­no­ści, było to coś, do czego była przy­go­to­wy­wana, choć nie zna­czyło to, że przy­go­to­wana. Trzy­na­sto­letni Michael prze­żył szok, jako że był jesz­cze w wieku, w któ­rym starsi chro­nili go przed wścib­stwem mediów.

A jego podo­bień­stwo do zmar­łego ojca było głęb­sze i nie ogra­ni­czało się do rysów twa­rzy - w ten sam spo­sób cho­dził i poru­szał głową, tak samo igno­ro­wał spoj­rze­nia rzu­cane w jego stronę. Uprzej­mie, ale sta­now­czo, jakby po pro­stu nie był ich świa­dom.

Prawdę mówiąc, nie­pew­ność Car­lie w znacz­nej czę­ści nie miała nic wspól­nego z osobą Micha­ela Win­tona jako takiego, tylko z fak­tem zna­le­zie­nia się pierw­szy raz w życiu w obec­no­ści kogoś tak wysoko uro­dzo­nego i zwią­za­nymi z tym podej­rze­niami. Nic w prze­biegu jego służby i w teczce per­so­nal­nej prze­sła­nej z aka­de­mii co prawda nie wska­zy­wało, by Michael spo­dzie­wał się lub też doświad­czał dotąd spe­cjal­nego trak­to­wa­nia, ale nie do końca była w sta­nie w to uwie­rzyć, toteż od razu przy­go­to­wała się na naj­gor­sze.

Sytu­ację dodat­kowo kom­pli­ko­wała oko­licz­ność, iż w związku z roz­wo­jem Royal Man­ti­co­ran Navy kabina mid­szyp­me­nów zwana potocz­nie grzędą pękała w szwach. Dopiero teraz dotarło do niej, skąd wzięło się kilka prze­nie­sień, które w ciągu kilku poprzed­nich dni tak ją zasko­czyły. Bez wąt­pie­nia kilka osób wie­działo z wyprze­dze­niem o przy­dziale Win­tona i doszło do wnio­sku, że opłaci się, jeśli ich poto­mek także odbę­dzie staż na tym okrę­cie. Teo­re­tycz­nie zmiana przy­działu była nie­moż­liwa. Ale tylko teo­re­tycz­nie.

Jako ofi­cer szko­le­niowy mid­szyp­me­nów porucz­nik Dun­si­nane miała obo­wiązki w pewien spo­sób sprzeczne. Z jed­nej strony bowiem miała ich chro­nić i słu­żyć pomocą, a z dru­giej usta­wić do pionu, gdyby odkryła, że któ­ryś tego wymaga. Zada­nie to ni­gdy nie nale­żało do łatwych, ale nad­mierna liczba pod­opiecz­nych wywo­dzą­cych się z wyż­szych sfer i przy­zwy­cza­jo­nych do przy­wi­le­jów dodat­kowo je utrud­niała.

A do tego docho­dziła świa­do­mość, że RMN despe­racko potrze­buje dobrych ofi­ce­rów. Pro­blem pole­gał na tym, że dla nie­któ­rych każdy był dobry, bo ich bra­ko­wało. Miała pew­ność, że jeśli odrzuci któ­re­go­kol­wiek z pod­le­głych jej mid­szyp­me­nów, część prze­ło­żo­nych uzna to za jej winę. I za zmar­no­wa­nie czasu i pie­nię­dzy poświę­co­nych na jego wykształ­ce­nie w aka­de­mii.

A gdyby oka­zał się nim książę Michael Win­ton, na jej głowę posy­pa­łyby się gromy. Gdyby nie udo­wod­nił, że jest dobrym ofi­ce­rem, także obwi­niono by ją.

Z naj­wyż­szym tru­dem stłu­miła chęć zło­że­nia rezy­gna­cji.

- Pan Win­ton zamel­duje się za parę dni, więc masz czas, by się przy­go­to­wać - dodał Boniece. - Mogę ci coś dora­dzić?

- Natu­ral­nie, sir. Będę wdzięczna za każdą radę.

- Daj mu szansę udo­wod­nić, kim jest, nim go oce­nisz i potę­pisz.

- Dołożę sta­rań, sir.

Powie­działa to szcze­rze, ale wie­działa też, jak trudne będzie dotrzy­ma­nie tej obiet­nicy.

W drzwiach minęła Taba Til­sona, ofi­cera łącz­no­ścio­wego, który przy­niósł naj­śwież­sze roz­kazy i raporty. Nim drzwi się za nim zamknęły, usły­szała jesz­cze, jak mówi:

- Oba­wiam się, że kolejne zmiany, sir.

Nie dowie­działa się już, czego doty­czyły, ale miała szczerą nadzieję, że nie składu oso­bo­wego mid­szyp­me­nów.

Eph­raim Tem­ple­ton rzą­dził rodziną twardą ręką, a dokład­niej gięt­kim pej­czem, któ­rego chęt­nie uży­wał. Znaczna część podej­mo­wa­nych przez niego decy­zji była jed­nakże oparta na błęd­nych zało­że­niach.

Sądził mię­dzy innymi, iż żadna z jego żon nie potrafi czy­tać, dla­tego też nie zamy­kał przed nimi biblio­teki. Był też prze­ko­nany, że żadna nie potrafi uży­wać kom­pu­tera do rze­czy bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych niż prace domowe uak­tyw­niane iko­nami gra­ficz­nymi. No a już na pewno żadna nie potra­fi­łaby go zapro­gra­mo­wać.

Judith nie dość, że potra­fiła czy­tać, to wycho­wała się na znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym opro­gra­mo­wa­niu gray­soń­skim i znacz­nie nowo­cze­śniej­szych kom­pu­te­rach, a rodzice nauczyli ją pod­staw pro­gra­mo­wa­nia. I to wła­śnie w połą­cze­niu z łatwo­ścią dostępu do baz danych umoż­li­wiło jej kon­ty­nu­ację nauki. Wszystko to natu­ral­nie robiła w tajem­nicy, zda­jąc sobie sprawę, że gdyby rzecz się wydała, nie dość, że nie dowie­dzia­łaby się już niczego wię­cej, ale także bez­pow­rot­nie stra­ci­łaby oka­zję do odzy­ska­nia wol­no­ści.

Blo­ko­wała wszyst­kie swoje pro­gramy i choć były to pry­mi­tywne blo­kady, były też sku­teczne, gdyż nikt ich nie szu­kał, a unie­moż­li­wiały przy­pad­kowe wej­ście w pro­gram. Prze­wagę dawało jej jesz­cze coś - miała sporo czasu, ponie­waż nie była ulu­bioną żoną Eph­ra­ima. Nie pozbył się jej, gdyż była łupem wojen­nym ze znie­na­wi­dzo­nego Gray­sona.

Tak dla niego, jak i dla innych fana­ty­ków Judith była duszą ura­to­waną od grze­chu i potę­pie­nia wiecz­nego i naczy­niem mogą­cym uro­dzić kolej­nych wojow­ni­ków i wyznaw­ców praw­dzi­wej wiary. Dla­tego Eph­raim czę­sto zabie­rał ją ze sobą, opusz­cza­jąc dom - była żywym dowo­dem na to, że Masada odnosi suk­cesy w kon­flik­cie z Gray­so­nem.

Z początku nie­na­wi­dziła tych podróży, nie zabie­rał bowiem innych żon i sypiał tylko z nią. Nato­miast potem zdała sobie sprawę, że sta­no­wią dosko­nałą oka­zję do nauki - Eph­raim był zazdro­sny i trzy­mał ją cały czas pod klu­czem w kabi­nie kapi­tań­skiej. A to ozna­czało, że nikt jej nie pil­no­wał ani nie pod­glą­dał i mogła spę­dzać cały ten czas, jak chciała.

Wła­ma­nie do kom­pu­tera pokła­do­wego oka­zało się łatwiej­sze, niż się oba­wiała, a potem mogła już uczyć się wszyst­kiego. Zaczy­na­jąc od budowy statku, przez zasady dzia­ła­nia sys­te­mów pod­trzy­mu­ją­cych życie, napędu czy łącz­no­ści, aż do sys­te­mów uzbro­je­nia i zasad astro­na­wi­ga­cji. Gdy ukoń­czyła czter­na­ście lat, zabrała się do stu­dio­wa­nia tak­tyki.

Eph­raim dostałby wylewu, gdyby zorien­to­wał się, że jego naj­młod­sza żona w wieku lat pięt­na­stu przy­naj­mniej w teo­rii była rów­nie dobrze wyszko­lona jak każdy czło­nek załogi Aaron's Rod. Zamiast tego był prze­ko­nany, że jest umy­słowo ocię­żała, gdyż nie potra­fiła zapa­mię­tać świę­tych tek­stów, które jej wyzna­czał, zamy­ka­jąc ją w kabi­nie. I to mimo że karą było solidne lanie.

Eph­raim miał na szczę­ście inne pro­blemy niż mar­twie­nie się z powodu ułom­no­ści umy­sło­wych kobiety, która w końcu rozumu do speł­nia­nia swego głów­nego powo­ła­nia nie potrze­bo­wała. Eph­raim bowiem cały czas zaj­mo­wał się kor­sar­stwem, dys­po­nu­jąc listem kaper­skim rządu Masady.

Ponie­waż był czło­wie­kiem ostroż­nym, sta­ran­nie wybie­rał ofiary, a swój sta­tek poda­wał za uzbro­jony frach­to­wiec prze­wo­żący regu­larne ładunki. O tym, że zarówno wyrzutni rakiet, jak i dział lase­ro­wych można było użyć rów­nie dobrze do ataku jak do obrony, prze­ko­ny­wały się jedy­nie bez­bronne ofiary, gdy na ucieczkę było już za późno.

Judith oczy­wi­ście w kor­sar­skich raj­dach udziału nie brała, a jeśli przy­pad­kiem zda­rzyła się nie­spo­dzie­wana oka­zja do zdo­by­cia pryzu, gdy była na pokła­dzie, pozo­sta­wała zamknięta w kabi­nie kapi­tań­skiej, ale miała wtedy do dys­po­zy­cji ska­fan­der próż­niowy. Tyle że z przy­mo­co­wa­nym ładun­kiem o zapal­niku tak skon­stru­owa­nym, by zadzia­łał w przy­padku śmierci Eph­ra­ima lub też naci­śnię­ciu przez niego sto­sow­nego guzika.

Z czego Eph­raim nie zda­wał sobie sprawy, to z tego, że Judith wie­działa o ładunku i roz­bro­iła go przy pierw­szej oka­zji, tak wszystko masku­jąc, by ruty­nowa kon­trola niczego nie wykryła. Za każ­dym razem, gdy wkła­dała ska­fan­der, spraw­dzała, czy ładu­nek na­dal jest nie­groźny, a ponie­waż dawano jej go tylko, gdy sytu­acja sta­wała się kry­tyczna, nikt z załogi nie miał głowy, by dokład­nie spraw­dzać bombę.

W miarę wzro­stu wie­dzy i pew­no­ści sie­bie wyko­rzy­sty­wała wolny czas tak na statku, jak i w domu do ucze­nia się coraz więk­szych par­tii mate­riału. Eph­raim kupił opro­gra­mo­wa­nie symu­la­cyjne dla sie­bie i synów wraz z heł­mem i ręka­wi­cami umoż­li­wia­ją­cymi tre­ning z wyko­rzy­sta­niem rze­czy­wi­sto­ści wir­tu­al­nej. Jak na takiego sknerę był to solidny wyda­tek, ale marzyło mu się, iż pew­nego dnia będzie dowo­dził flo­tyllą kor­sar­ską i roz­sławi nazwi­sko Tem­ple­ton na całą Masadę, zapew­nia­jąc sobie miej­sce w pierw­szym sze­regu, gdy nadej­dzie dzień ataku na here­tycki Gray­son.

Mając czter­na­ście lat, Judith odkryła, kiedy jest naj­bez­piecz­niej uży­wać tego wypo­sa­że­nia nie­po­strze­że­nie. W prze­ci­wień­stwie też do synów Eph­ra­ima nie wyko­rzy­sty­wała sce­na­riu­szy bitew­nych, ale te znacz­nie nud­niej­sze - pilo­taż statku, przy­go­to­wa­nie do wej­ścia w nad­prze­strzeń lub wycho­dze­nie z niej, lub spraw­dza­nie koor­dy­nat astro­na­wi­ga­cyj­nych albo prze­szu­ki­wa­nie kana­łów łącz­no­ści.

Korzy­stała też z pro­gra­mów prze­zna­czo­nych dla załogi maszy­no­wej i uczyła się obsługi wszyst­kich waż­niej­szych sys­te­mów pokła­do­wych, miała bowiem świa­do­mość, że gdy nadej­dzie jej czas, załogi do dys­po­zy­cji raczej nie będzie miała.

Wła­śnie prze­gry­zała się przez skom­pli­ko­wany sce­na­riusz napraw po prze­pię­ciu zaraz po wyj­ściu z nad­prze­strzeni, gdy ktoś bez­ce­re­mo­nial­nie zerwał jej hełm z głowy.

- Co ty wypra­wiasz? - syk­nęła naj­star­sza żona Eph­ra­ima.

Jak każdy mid­szyp­men czwar­tego rocz­nika po ukoń­cze­niu aka­de­mii Michael Win­ton przed zamel­do­wa­niem się na okrę­cie dostał urlop na odwie­dze­nie rodziny. Dobrze było zna­leźć się znów w domu, choć apar­ta­ment w pałacu Mount Royal wydał mu się zde­cy­do­wa­nie za duży, no i bra­ko­wało mu Todda.

To jest był pustawy, dopóki nie wpadł doń Roger, syn Beth mający obec­nie trzy lata stan­dar­dowe i będący ucie­le­śnie­niem ener­gii i cie­ka­wo­ści, którą naprawdę ciężko zaspo­koić.

Gdy Roger będzie miał sześć lat pla­ne­tar­nych, czyli ponad dzie­sięć stan­dar­do­wych, zosta­nie pod­dany testom spraw­dza­ją­cym cechy psy­chiczne i umy­słowe, celem usta­le­nia, czy nadaje się na przy­szłego króla. Aż do ich pozy­tyw­nego zakoń­cze­nia Michael będzie nosił tytuł księ­cia krwi i następcy tronu. A od tego dnia dzie­liło obu jesz­cze sie­dem stan­dar­do­wych lat. Jeżeli zaś sio­stra w mię­dzy­cza­sie dorobi się jesz­cze jakie­goś dziecka albo paru, praw­do­po­do­bień­stwo zosta­nia władcą prak­tycz­nie prze­sta­nie mu zagra­żać. Będzie po pro­stu kolej­nym nad­licz­bo­wym i zbęd­nym człon­kiem rodziny kró­lew­skiej, jak na przy­kład ciotka Caitrin.

Pod­rzu­ca­jąc malca, który zano­sił się śmie­chem, Michael uśmiech­nął się odru­chowo - przy­kład wybrał raczej nie naj­lep­szy, bo o księż­nej Win­ton-Henke można było od biedy powie­dzieć, że jako młod­sza sio­stra zabi­tego w wypadku króla była nad­licz­bowa, ale zbędna na pewno nie była.

Tak w ogóle to nie miał nic prze­ciwko temu, że ktoś ścieli mu łóżko, że może spać do późna i wło­żyć coś innego niż mun­dur. Poza tym nie miał nic do roboty, a Beth zna­la­zła spo­sob­ność, by wyko­rzy­stać jego obec­ność i urwać się z paru nużą­cych for­mal­nych uro­czy­sto­ści, by móc z nim spo­koj­nie posie­dzieć wie­czo­rami. Nie było to natu­ral­nie wyko­nalne codzien­nie, gdyż to nie ona miała urlop, a jego powrót do domu nie ozna­czał zwol­nie­nia sio­stry z wszyst­kich obo­wiąz­ków, ale wtedy towa­rzy­stwa dotrzy­my­wała mu matka albo szwa­gier. I przez kilka dni Micha­elowi pra­wie udało się zapo­mnieć, że jego rodzina w jaki­kol­wiek spo­sób różni się od innych.

Któ­re­goś wie­czoru to na Justina wypa­dła kolej usy­pia­nia syna, a rodzeń­stwo grało w sza­chy. Jedy­nym obec­nym poza nimi w pomiesz­cze­niu był tre­ecat Beth, Ariel, roz­wa­lony wygod­nie na jej kola­nach. W pew­nym momen­cie - ku kom­plet­nemu zasko­cze­niu brata - Beth prze­wró­ciła swego króla, pod­da­jąc par­tię.

- Prze­cież jesz­cze nie wygra­łem - obru­szył się.

- Szach i mat w dru­gim ruchu - odparła spo­koj­nie. - Muszę z tobą o czymś poroz­ma­wiać.

Deli­katna zmiana tonu świad­czyła, że temat będzie poważny i że nie wszy­scy doradcy Kró­lo­wej byliby zado­wo­leni, wie­dząc, że zamie­rza ten wła­śnie temat poru­szać z bra­tem. A co waż­niej­sze, Beth nie była pewna, czy przy­pad­kiem to oni nie mają racji.

Zosta­wił te wnio­ski dla sie­bie i zajął się meto­dycz­nym ukła­da­niem figur w wyło­żo­nych aksa­mi­tem miej­scach dla nich prze­zna­czo­nych.

Po kilku minu­tach, gdy zamknął pudełko, Beth powie­działa:

- Wiem, gdzie zosta­nie wysłany Intran­si­gent.

Michael uniósł brwi i cze­kał. Z tego co sły­szał, krą­żow­nik miał patro­lo­wać obszar Kon­fe­de­ra­cji i zwal­czać pirac­two. Nie wie­dział, w któ­rym dokład­nie sek­to­rze, ale w Sile­sii wszę­dzie było pełno pira­tów, więc się tym spe­cjal­nie nie inte­re­so­wał. Skoro Beth poru­szyła tę sprawę, musiało cho­dzić o coś poważ­niej­szego.

- Prze­stań się dro­czyć - zachę­cił ją, gdy mil­cze­nie się prze­cią­gało. - Mów, o co cho­dzi.

- Nie lecisz do Sile­sii, a przy­naj­mniej nie od razu. Twój okręt ma naj­pierw dostar­czyć nowy per­so­nel dyplo­ma­tyczny i nowe zale­ce­nia nego­cja­to­rom w sys­te­mie Endi­cott.

- Endi­cott? - powtó­rzył, nie bar­dzo wie­dząc, czy dobrze usły­szał.

Beth kiw­nęła głową. Wyjęła z pudełka kilka figur i usta­wiła je na sza­chow­nicy.

- Ta kró­lowa to my, a ten biały król to Repu­blika Haven - wyja­śniła.

- Też sobie figurę wybra­łaś - prych­nął - toż to demo­kra­cja, nie jakaś zapy­ziała monar­chia jak my.

Beth skrzy­wiła się, ale nie odpo­wie­działa, za to usta­wiła kilka pio­nów na gra­ni­cach wpły­wów bie­gną­cych pół­ko­li­ście. Strefa Man­ti­core była znacz­nie mniej­sza.

- Mię­dzy nami znaj­duje się okre­ślona liczba sys­te­mów w obec­nej chwili neu­tral­nych albo skła­nia­ją­cych się bar­dziej czy mniej w któ­rąś stronę, lecz rząd żad­nego nie pod­jął jesz­cze decy­zji. Haven na razie prze­rwało pod­boje, a my nie mamy zamiaru ich zaczy­nać.

W jej gło­sie zabrzmiały twarde nutki, jako że nie­jed­no­krot­nie była zmu­szona spie­rać się z przed­sta­wi­cie­lami opo­zy­cji uwa­ża­ją­cymi, że podob­nie jak ojciec jest zbyt skłonna przy­łą­czać do Gwiezd­nego Kró­le­stwa nowe sys­temy pla­ne­tarne. Dokład­nie to taki sys­tem został przy­łą­czony jeden, i to w roku, w któ­rym się uro­dziła, ale dla nie­któ­rych temat sys­temu Basi­lisk na­dal pozo­stał aktu­alny.

Michael w trak­cie pobytu w aka­de­mii tylko się upew­nił, że poli­tyka Korony w tej kwe­stii była jedyną sen­sowną. Nazwa "Gwiezdne Kró­le­stwo Man­ti­core" brzmiała impo­nu­jąco, ale do czasu przy­łą­cze­nia sys­temu Basi­lisk Kró­le­stwo skła­dało się wyłącz­nie z jed­nego podwój­nego sys­temu pla­ne­tar­nego. Fakt, były w nim trzy nada­jące się do kolo­ni­za­cji pla­nety i nexus Man­ti­core Worm­hole Junc­tion, co umoż­li­wiało bar­dzo ener­giczny roz­wój gospo­darki, ale dwa sys­temy pla­ne­tarne, z czego jeden ubogi i zaco­fany, trudno było trak­to­wać jak impe­rium. Zwłasz­cza że miały prze­ciwko sobie olbrzyma zwa­nego Ludową Repu­bliką Haven.

Beth tym­cza­sem dosta­wiła pomię­dzy gra­ni­cami obu stref wpły­wów dwie wieże - czarną i białą.

- Wśród tych neu­tral­nych znaj­dują się dwa sys­temy leżące pra­wie w poło­wie drogi mię­dzy nami, a jedyne zamiesz­kane w pro­mie­niu dwu­dzie­stu lat świetl­nych. Sys­tem Yelt­sin i sys­tem Endi­cott.

- Czyli Gray­son i Masada - dokoń­czył, przy­po­mi­na­jąc sobie, skąd zna nazwę Endi­cott.

Sio­stra spoj­rzała nań z uzna­niem.

- Brawo. Widzę, że cze­goś cię jed­nak nauczyli w aka­de­mii.

Michael wzru­szył ramio­nami.

- Przy­pa­dek. Dosta­łem kie­dyś do opra­co­wa­nia temat o kolo­ni­za­cji tego rejonu. Wiesz, że obie pla­nety zostały zasie­dlone na długo przed Man­ti­core.

Elż­bieta III uśmiech­nęła się i kiw­nęła głową.

- Gray­son dużo wcze­śniej. Masada nie - popra­wiła go. - Ale i tak moje uzna­nie. Tata byłby zado­wo­lony, a ktoś bar­dziej niż ja podejrz­liwy stwier­dziłby, że zain­te­re­so­wa­łeś się tym, co może nam być potrzebne, jeśli Ludowa Repu­blika nie zaprze­sta­nie par­cia w naszą stronę.

Sły­sząc pochwałę, zaru­mie­nił się, więc żeby nie usły­szeć kolej­nej, dodał:

- Wieże dobrze wybra­łaś, bo na obu rzą­dzą fana­tycy tra­dy­cji i reli­gii. Pra­wie równo zbzi­ko­wani, zwłasz­cza na punk­cie tej dru­giej.

- Pra­wie.

- Ano pra­wie, bo ci z Masady zostali wyrzu­ceni z Gray­sona po prze­gra­nej woj­nie, którą zresztą wywo­łali ze wzglę­dów reli­gij­nych, więc są gorsi. Gdy­bym miał wybie­rać, posta­wił­bym na Gray­son, oni są nieco bar­dziej tole­ran­cyjni i mają lepiej roz­wi­niętą tech­nikę. Też są zaco­fani, ale nie aż tak. I mniej jest wśród nich orto­dok­syj­nych fana­ty­ków.

Elż­bieta poki­wała głową.

- Też tak uwa­żam, ale nie wszy­scy moi doradcy są tego zda­nia. Śro­do­wi­sko Masady nie jest dla czło­wieka szko­dliwe, więc potrzeba tam mniej nakła­dów i tech­niki, a z kolei słab­sza baza tech­no­lo­giczna może być naszym atu­tem. Wła­dze Masady powinny chęt­niej niż wła­dze Gray­sona sko­rzy­stać z naszych pro­po­zy­cji. A to zna­czy, że zatań­czą, jak im zagramy.

Michael potrzą­snął głową.

- Z tego co pamię­tam, to chcieli i chcą znisz­czyć miesz­kań­ców Gray­sona, jeśli nie zdo­łają ich pod­bić. Cały czas wra­cają do sys­temu Yelt­sin i pró­bują, choć za każ­dym razem prze­gry­wają. Jakoś nie jest to zacho­wa­nie ludzi skłon­nych tań­czyć, jak im inni zagrają.

Beth poki­wała głową.

- W tej spra­wie też się z tobą zga­dzam, ale zda­nia w rzą­dzie są podzie­lone, a wbrew prze­ko­na­niu wielu oby­wa­teli nie rzą­dzę Kró­le­stwem samo­dziel­nie i wyłącz­nie w opar­ciu o swoje widzi­mi­się. Prze­cież nie wszy­scy nawet są pewni, że wojna z Ludową Repu­bliką jest nie­unik­niona, a sprawę kom­pli­kuje fakt, że soju­sze będziemy zawie­rali dopiero w przy­szło­ści. Teraz jedy­nie zbie­ramy infor­ma­cje o Masa­dzie i Gray­so­nie. Oni zresztą robią to samo, spraw­dzają nas i Haven.

- A jeśli w trak­cie tego pro­cesu ktoś użyje lek­kiego krą­żow­nika w roli kuriera, powinno to sporo powie­dzieć wszyst­kim zain­te­re­so­wa­nym - dodał Michael.

- I żebyś nie musiał zbyt długo się zasta­na­wiać, wybór tego lek­kiego krą­żow­nika nie jest przy­pad­kowy - uśmiech­nęła się Beth. - Zarówno fana­tycy z Masady, jak i z Gray­sona nie mogą zro­zu­mieć, że w naszych siłach zbroj­nych służą kobiety, ale przede wszyst­kim nie wie­rzą, że Kró­le­stwem Man­ti­core rzą­dzi Kró­lowa, a nie Król.

Gdyby Michael wcze­śniej nie zetknął się z tymi infor­ma­cjami, praw­do­po­dob­nie uznałby je za żart, tak jedy­nie ski­nął głową i cze­kał na ciąg dal­szy.

- Wła­dze Gray­sona wydają się powoli, ale godzić z tym sta­nem rze­czy - dodała Elż­bieta. - Wła­dze Masady ani tro­chę, więc część moich dorad­ców uznała, że można byłoby to prze­ko­na­nie wyko­rzy­stać prze­ciwko nim, nie potwier­dza­jąc go w sumie...

I zamil­kła, wpra­wia­jąc brata w cięż­kie osłu­pie­nie, jako że nie był w sta­nie przy­po­mnieć sobie, kiedy to poprzed­nim razem sio­strze zabra­kło języka w gębie.

- Wymy­ślili, że jeśli ty będziesz słu­żył na tym krą­żow­niku, to ci z Masady dojdą do wnio­sku, że ja jestem jedy­nie figu­rantką, któ­rej praw­dziwą rolą jest rodze­nie nowego poko­le­nia Win­to­nów. To aku­rat potwier­dza ist­nie­nie Rogera. Nato­miast rze­czy­wi­stą wła­dzę spra­wuje jakaś męska grupa, któ­rej ty jesteś przy­wódcą, albo też będziesz w przy­szło­ści. Wizyta jest natu­ral­nie nie­ofi­cjalna i nikt im nie pod­su­nął podob­nej suge­stii, ale jeśli ma się do czy­nie­nia ze spo­łecz­no­ścią, która świa­do­mie tak się odse­pa­ro­wała od reszty galak­tyki jak oni, to logiczne jest, że będzie ona inter­pre­to­wała wszyst­kie infor­ma­cje wyłącz­nie ze swego punktu widze­nia.

- A na doda­tek mogą poczuć się zaszczy­ceni, że praw­dziwy władca składa im wizytę, choćby i nie­ofi­cjalną - dodał Michael.

Zamy­ślił się, a po chwili potrzą­snął głową.

- To głu­pota, nic z tego nie wyj­dzie - oce­nił. - Zbyt łatwo można zna­leźć wiele infor­ma­cji, które temu zaprze­czą. Poza tym jestem zwy­kłym mid­szyp­me­nem: to sto­pień raczej nie wywie­ra­jący wra­że­nia.

- To pierw­sze jest fak­tem, ale zapo­mi­nasz, że ludzie czę­sto widzą to, co chcą zoba­czyć, a ci z Masady na pewno mają ogra­ni­czony punkt widze­nia. Co zaś się tyczy wra­że­nia, to nie­ko­niecz­nie, bo to wojow­ni­cza spo­łecz­ność, a przy­wódcy prze­wo­dzą nie tylko w poli­tyce, ale czę­sto także w walce. Oso­bi­ście.

- Więc władca, który wła­śnie skoń­czył szkołę woj­skową i jest na tyle wojow­ni­kiem, by zacząć służbę we flo­cie od naj­niż­szego stop­nia ofi­cer­skiego, zrobi na nich wra­że­nie? - Michael nie pozbył się wąt­pli­wo­ści.

- Powiedzmy, że może nie ogromne, ale na pewno pozy­tywne - zapew­niła go Beth.

Michael posta­no­wił nie drą­żyć tematu, a sku­pić się na tym, co powi­nien wie­dzieć. Podej­rze­wał, że infor­ma­cje miał też dostać od dyplo­ma­tów, ale zna­jąc sio­strę, był pewien, że prio­ry­tety ofi­cjalne i jej wła­sne będą roz­bieżne przy­naj­mniej czę­ściowo.

- Co chcesz, żebym zro­bił? - spy­tał. - I druga sprawa: czy kapi­tan Intran­si­genta będzie wie­dział o mojej misji dyplo­ma­tycz­nej.

- Chcę, żebyś współ­pra­co­wał z dyplo­ma­tami tak dalece, jak uznasz to za roz­sądne. Nie chcę, byś cokol­wiek obie­cy­wał komu­kol­wiek, czy to we wła­snym imie­niu, czy w moim.

Michael spoj­rzał na nią zasko­czony.

- Prze­cież wiesz, że tego bym nie zro­bił!

- Ja wiem, ale zasko­czy cię, ilu ludzi w to nie wie­rzy - odparła miękko.

Nie odpo­wie­dział. Od dnia, w któ­rym Elż­bieta została koro­no­wana, wspie­rał ją i zło­ściło go nie­po­mier­nie, że ktoś może być prze­ko­nany, iż tylko czeka, by uzur­po­wać sobie wła­dzę.

- Jeśli cho­dzi o kapi­tana, to zosta­nie on popro­szony, by zwol­nił cię z obo­wiąz­ków służ­bo­wych na okre­ślone spo­tka­nia dyplo­ma­tyczne i uro­czy­sto­ści, gdy znaj­dzie­cie się na orbi­cie Masady. Nato­miast do tego momentu jesteś wyłącz­nie kró­lew­skim ofi­ce­rem, więc wszyst­kie przy­go­to­wa­nia i roz­mowy z dyplo­ma­tami na pokła­dzie okrętu nie mogą koli­do­wać ze służbą i odby­wać się będą wyłącz­nie w twoim wol­nym cza­sie. O tym kapi­tan Boniece także został zawia­do­miony.

Po czte­rech latach w aka­de­mii Michael miał solidne pod­stawy, by podej­rze­wać, ile wol­nego czasu może mieć na pierw­szym patrolu mid­szyp­men, toteż stłu­mił tylko jęk.

- Żyję, by słu­żyć mojej Kró­lo­wej - wykrztu­sił.

- Wiesz, za kilka lat będziemy potrze­bo­wali wszyst­kich moż­li­wych przy­ja­ciół - uśmiech­nęła się Elż­bieta. - Może z twoją pomocą zdo­łamy zali­czyć do nich i Masadę, i Gray­son.

- Może - odparł bez prze­ko­na­nia, spo­glą­da­jąc na samotną kró­lową sto­jącą w rogu sza­chow­nicy. - Może...

Dinah, naj­star­sza żona Eph­ra­ima, była tylko o kilka lat od niego młod­sza - pobrali się, gdy on miał sie­dem­na­ście, a ona pięt­na­ście lat. Ich pier­wo­rodny Gideon był już ojcem spo­rej gro­mady, a część jego synów osią­gnęła już wiek, w któ­rym mogła poma­gać ojcu w kor­sar­skiej dzia­łal­no­ści, podob­nie jak on kie­dyś poma­gał Eph­ra­imowi.

Teraz Dinah przy­glą­dała się Judith, nie kry­jąc zło­ści.

- Co ty wypra­wiasz? - powtó­rzyła.

Judith spoj­rzała na nią nie­win­nie, co nie było łatwe, jako że w sza­rych oczach Dinah poja­wił się sta­lowy błysk. Judith miała dzie­sięć lat, gdy Eph­raim przy­wiózł ją do domu, i przez dwa lata Dinah ponie­kąd zastę­po­wała jej matkę. Była wyma­ga­jąca, ale nie okrutna, uczyła ją zasad zacho­wa­nia, recy­ta­cji psal­mów i osła­niała przed zło­śli­wo­ścią pozo­sta­łych żon dosko­nale wie­dzą­cych, że Eph­raim nie przy­wiózł do domu gray­soń­skiej dziew­czyny kie­ro­wany dobro­cią serca.

Kiedy kilka lat póź­niej Judith dwu­krot­nie poro­niła, Dinah wzięła stronę leka­rza i nie ustą­piła mimo zło­śli­wych komen­ta­rzy Eph­ra­ima oskar­ża­ją­cych ją o zazdrość.

Miała mocno przy­pró­szone siwi­zną włosy i masywną figurę od rodze­nia dzieci tak żywych, jak i mar­twych przez trzy­dzie­ści osiem lat mał­żeń­stwa. Teraz przy­glą­dała się oskar­ży­ciel­sko Judith. Czego ta druga nie była w sta­nie pojąć, to dla­czego Dinah natych­miast nie wezwała męża albo któ­re­goś z synów.

- Chcia­łam zoba­czyć, jak to działa - odparła. - Widzia­łam, jak Zacha­riach się tym bawił.

Dinah odsta­wiła hełm na miej­sce i Judith gotowa była przy­siąc, że przy oka­zji zdą­żyła nie tylko prze­czy­tać, ale i zro­zu­mieć, co tam było napi­sane.

- Zdej­mij ręka­wiczki i chodź ze mną - pole­ciła Dinah, wpi­su­jąc pole­ce­nie zamknię­cia pro­gramu i całego urzą­dze­nia.

Były to stan­dar­dowe pole­ce­nia, ale coś mówiło Judith, że pierw­szy raz od poja­wie­nia się na Masa­dzie nie do końca orien­tuje się, jak naprawdę funk­cjo­nują tu pewne rze­czy. I po raz pierw­szy poczuła coś, czego nie doświad­czyła od śmierci rodzi­ców.

Nadzieję.

Bez słowa wyko­nała pole­ce­nie i cze­kała, co będzie dalej. Dinah jako naj­star­sza żona posia­dała wła­sny pokój. Wszyst­kie pozo­stałe spały we wspól­nych sypial­niach; Judith wie­działa, że miało to coś wspól­nego z sek­sem, choć po doświad­cze­niach mał­żeń­skich nie bar­dzo potra­fiła pojąć, jak ktoś mógłby chcieć robić to czę­ściej, niż musiał. Sama sku­piła się na wymy­śla­niu roz­ma­itych powo­dów, by jak naj­wię­cej czasu spę­dzać poza wspól­nymi pomiesz­cze­niami, i usi­ło­wała tak nimi żon­glo­wać, by żad­nego nie nad­użyć.

Dinah zamknęła drzwi, wska­zała jej krze­sło i stwier­dziła:

- Gwał­towne prze­pię­cie po wyj­ściu z nad­prze­strzeni. Masz dziwne gusty, jeśli cho­dzi o roz­rywki.

Judith już otwie­rała usta, gdy dotarło do niej to, co usły­szała.

- Potra­fisz czy­tać!

- Gdy się uro­dzi­łam, mój ojciec był stary i wzrok mu szwan­ko­wał. Ponie­waż uwa­żał pewne ogra­ni­cze­nia za głu­pie, uczył mnie, żebym mogła czy­tać mu święte tek­sty. Potem, gdy Eph­raim zwró­cił na mnie uwagę, pole­cił mi zapo­mnieć, co umiem, ponie­waż było powszech­nie wia­dome, iż Tem­ple­to­no­wie uwa­żali kształ­ce­nie kobiet za bez­u­ży­teczne. Natu­ral­nie posłu­cha­łam ojca i dzięki temu mój pan i władca ni­gdy nie pozbył się błęd­nego mnie­ma­nia o moich umie­jęt­no­ściach. I nie prze­żył roz­cza­ro­wa­nia.

Judith wie­działa, że rodzina Dinah była biedna i sojusz z ambit­nym rodem Tem­ple­to­nów był dlań wart znacz­nie wię­cej niż drobne kłam­stewko.

- Wiesz, że ja... - spy­tała, nagle tra­cąc całą pew­ność sie­bie.

- Umiesz czy­tać? - Dinah włą­czyła nagra­nie z recy­ta­cją psal­mów. - Domy­śli­łam się, choć zacho­wy­wa­łaś ostroż­ność, nawet jeśli w pobliżu nie było męż­czyzn. Nato­miast cza­sem zbyt długo wpa­try­wa­łaś się w jakąś nalepkę lub inny kawa­łek tek­stu. Pew­ność zyska­łam dopiero w dniu, w któ­rym ura­to­wa­łaś Uriela.

Uriel był nie­mow­la­kiem, gdy Eph­raim przy­wiózł ją do domu, a ponie­waż jego matka, Rapha­ela, znów była w ciąży, uga­nia­nie się za racz­ku­ją­cym brzdą­cem stało się obo­wiąz­kiem Judith. Jakoś nie potra­fiła prze­nieść nie­na­wi­ści z ojca na syna, toteż gdy malec się­gnął po kolo­rową wtyczkę podobną do innych zaba­wek roz­sia­nych po pokoju, zare­ago­wała. Wtyczka bowiem była czę­ścią dzia­ła­ją­cego już, ale nie zabez­pie­czo­nego przez elek­tryka obwodu, któ­rym pły­nął prąd. O tym, czym jest, infor­mo­wał jedy­nie napis drob­nym dru­kiem. Mimo że mogła się w ten spo­sób zdra­dzić, zła­pała malca i zajęła go inną zabawką, po czym zama­sko­wała jak mogła nie­bez­pieczne miej­sce. Dinah była przy tym obecna, ale zda­wała się nie zwra­cać na nic uwagi zajęta wła­snymi spra­wami.

- Czyli wie­dzia­łaś pra­wie od początku.

- Byłaś bar­dzo ostrożna i Eph­raim ni­gdy niczego nie podej­rze­wał. Poza tym że twoja głu­pota może być formą buntu, ale zapew­ni­łam go, że w to wąt­pię.

- Chro­ni­łaś mnie - zabrzmiało to pra­wie jak oskar­że­nie. - Dla­czego?

- Bo byłaś miła dla tych, któ­rych powin­naś nie­na­wi­dzić. Bo było mi cię żal. I jesz­cze z jed­nego powodu.

Dinah mil­czała na tyle długo, że Judith w końcu spy­tała:

- Z jakiego?

- Bo pomy­śla­łam, że możesz być Wybraną, którą zgod­nie z pro­roc­twem Moj­żesz miał przy­słać, by wypro­wa­dziła nas do lep­szego świata - odparła z dziw­nym bły­skiem w oczach Dinah.

To, że mid­szyp­men Win­ton był uprzejmy, a obo­wiązki wypeł­niał w spo­sób wręcz nie­na­ganny, i to nie­za­leż­nie od ilo­ści zajęć i ćwi­czeń, które Car­lie mu wyzna­czała, nie prze­kre­śliło jej wąt­pli­wo­ści co do jego osoby.

Powo­dem głów­nym była stała świta towa­rzy­sząca mu pra­wie wszę­dzie poza służbą. Dwoje jej człon­ków: Astrid Hey­wood i Osgood Russo, otrzy­mali prze­nie­sie­nia na Intran­si­genta zaraz po Win­to­nie. Pozo­stała trójka miała przy­działy wcze­śniej, ale nie powstrzy­mało ich to przed wyko­rzy­sty­wa­niem oka­zji, jaką była jego bli­skość.

Spo­wo­do­wało to podział obec­nych na pokła­dzie mid­szyp­me­nów na dwie grupy, gdyż pozo­stała szóstka wręcz wycho­dziła z sie­bie, by uni­kać Win­tona. A co gor­sza, mimo że podróż trwała już dzie­sięć dni, Car­lie na­dal nie miała pew­no­ści, czy Michael Win­ton w jakiś spo­sób zachę­cał świtę do dep­ta­nia sobie po pię­tach czy nie. Była tylko pewna, że w żaden spo­sób ich nie znie­chę­cał, a to w jej opi­nii było rów­nie złe.

Poza tym docho­dziła jesz­cze kwe­stia dodat­ko­wych obo­wiąz­ków, które zabie­rały mu zaska­ku­jąco wiele czasu, kon­kret­nie narad i spo­tkań z dyplo­ma­tami trans­por­to­wa­nymi do sys­temu Endi­cott. Car­lie ani przez chwilę nie wąt­piła, że dyplo­maci prze­ści­gali się w uni­żo­no­ści wobec księ­cia krwi. A on po każ­dym takim spo­tka­niu wyda­wał się jesz­cze bar­dziej zamknięty w sobie i nie­obecny.

Jedyną dobrą rze­czą było to, że świta nie mogła mu wtedy towa­rzy­szyć, nato­miast uczest­nic­two w tych nara­dach jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślało jego wyjąt­kowy sta­tus nie tylko wśród mid­szyp­me­nów, ale i załogi.

Zresztą to, że jest inny, potwier­dził naj­do­bit­niej ostatni obiad u kapi­tana, który wzo­rem naj­lep­szych ofi­ce­rów Royal Man­ti­co­ran Navy regu­lar­nie zapra­szał na posiłki ofi­ce­rów, tak by każdy zna­lazł się tam choć raz. Tego wie­czora zapro­szeni zostali mię­dzy innymi Car­lie i Michael. A Car­lie cały czas bacz­nie, acz nie­po­strze­że­nie obser­wo­wała pod­opiecz­nego.

Wie­czór prze­bie­gał miło i nor­mal­nie. Win­ton nie ode­zwał się nie pytany, ale odpo­wie­dzi zawsze miał gotowe i prze­my­ślane. Car­lie zaczęła już zmie­niać o nim zda­nie, gdy nad­szedł moment toa­stu za Kró­lową. Jako naj­młod­szy stop­niem to on miał obo­wią­zek go wygło­sić, o czym nie trzeba było mu przy­po­mi­nać.

Gdy nade­szła sto­sowna pora, wstał, uniósł kie­lich na wła­ściwą wyso­kość i dźwięcz­nym gło­sem wyre­cy­to­wał:

- Panie i pano­wie, za Kró­lową!

- Za Kró­lową! - powtó­rzyli chó­rem obecni.

Wypito, Win­ton usiadł, a Car­lie spoj­rzała na niego spod oka. I zauwa­żyła, że zamiast pić dosko­nałe zresztą wino, Michael Win­ton uśmie­cha się zło­śli­wie pół­gęb­kiem.

Tak nią to wstrzą­snęło, że musiało się to jakoś odbić na jej twa­rzy, gdyż sie­dzący obok Tab Til­son spy­tał zanie­po­ko­jony:

- Dobrze się czu­jesz, Car­lie?

- Dobrze - odrze­kła z tru­dem. - Tylko omal się nie zakrztu­si­łam.

Tab uspo­ko­jony poki­wał głową i odwró­cił się do kapi­tana, który wła­śnie go o coś spy­tał. Car­lie zaś ponow­nie spoj­rzała na Win­tona - roz­ma­wiał z sąsia­dem z nie­na­gan­nie uprzej­mym wyra­zem twa­rzy, jaki miał przez cały wie­czór.

Ale ona była pewna, co widziała, a to zna­czyło, że Michael Win­ton nie był zdolny zleźć z tronu i bez reszty oddać się obo­wiąz­kom służ­bo­wym. Co było nie­zbędne, by stać się praw­dzi­wym ofi­ce­rem Kró­lew­skiej Mary­narki.

Michael nie miał poję­cia, czy prze­trwa staż. I nie cho­dziło tu o nad­miar zajęć, choć porucz­nik Dun­si­nane sta­rała się uprzy­jem­niać mu czas znacz­nie ener­gicz­niej niż komu­kol­wiek z pozo­sta­łej jede­nastki. I nawet nie o to, że ponad połowę w teo­rii wol­nego czasu zabie­rały mu nasia­dówki z dyplo­ma­tami, z któ­rych więk­szość nie doty­czyła go nawet, jako że miał być obecny, ale się nie odzy­wać.

Dobi­jała go izo­la­cja.

Przez ponad dwa tygo­dnie żył w kabi­nie, którą trudno było okre­ślić ina­czej jak zatło­czoną, bo oprócz dwu­na­stu osób było w niej sześć dwu­pię­tro­wych łóżek. A mimo to nie miał jesz­cze oka­zji do choćby krót­kiej nor­mal­nej roz­mowy z kim­kol­wiek. W tym nawet z tymi, któ­rych w aka­de­mii nazwałby dobrymi zna­jo­mymi.

Nie był dur­niem i spo­dzie­wał się cze­goś podob­nego. Ludzie muszą się przy­zwy­czaić do miesz­ka­nia z kimś, kto mówiąc o swo­jej sio­strze, mówi o ich Kró­lo­wej. Z Samem, z któ­rym jako pierw­szym dzie­lił kwa­terę na wyspie Saga­nami, przez parę ład­nych tygo­dni zacho­wy­wali się wobec sie­bie uprze­dza­jąco uprzej­mie, ale w końcu oswo­ili się na tyle, że Michael nie miał nie­od­par­tego wra­że­nia, że pod­waża zasady monar­chii, para­du­jąc po pokoju w gaciach.

Ni­gdy nie stali się z Samem przy­ja­ciółmi, ale polu­bili się. Przy­ja­ciół zna­lazł sobie wśród miesz­kań­ców innych pokoi, a dopiero potem Todd Liatt, naj­lep­szy z nich, zamiesz­kał razem z nim.

Wiele by dał, żeby Todd brał udział w tym patrolu, i to nie tylko dla­tego, że miałby z kim poroz­ma­wiać. Przede wszyst­kim radar psy­chiczny Todda bez pudła okre­śliłby, dla­czego pani porucz­nik Dun­si­nane zawsze patrzy na niego tym prze­ni­kli­wym i lodo­wa­tym wzro­kiem. Todda jed­nak tu nie było, a on wolał nie ryzy­ko­wać spraw­dze­nia prze­biegu jej służby i innych powszech­nie dostęp­nych danych. Powszech­nie może i były dostępne, ale gdyby się o tym dowie­działa, na pewno by go bar­dziej nie polu­biła.

Gdy dostrzegł jej minę w cza­sie obiadu kapi­tań­skiego, miał ochotę wła­sno­ręcz­nie sprać się po pysku za głu­potę. Tak mu ulżyło, że toast wypadł dobrze, iż zapo­mniał na moment o samo­kon­troli, mając przed oczyma scenkę z ostat­niego urlopu, gdy to Beth nabi­jała się z tego wła­śnie obo­wiązku, który go cze­kał.

- I nie zapo­mnij o toa­ście za Kró­lową - oznaj­miła któ­re­goś ranka przy zupeł­nie pry­wat­nym śnia­da­niu. - Jak by nie było, jesteś teraz moim ofi­ce­rem, więc muszę dbać o wła­sny wize­ru­nek.

- Wasza Wyso­kość pozwoli, że prze­ćwi­czę. - Michael wyko­rzy­stał oka­zję, zerwał się i wysy­pał jej na głowę koszyk świe­żut­kich grza­nek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki