Honor Harrington. Początki - David Weber

-
Proszę czekać

Zgod­nie z zasa­dami

Cztery dni drogi od Hygei, 12 sierp­nia 2352 AD (250 PD)

Chyba utknę­li­śmy, skip­per - powie­dział Brian Lewis, naj­młod­szy czło­nek załogi, i wes­tchnął tak ciężko, że wizjer jego hełmu na chwilę zapa­ro­wał.

Porucz­nik Lee Strong spoj­rzał na blo­ku­jące im drogę i nie­skłonne do współ­pracy zewnętrzne drzwi śluzy.

- Dla­czego po pro­stu ich nie wysa­dzimy? - spy­tał inny mary­narz, mający już za sobą trzy lata służby Rode­rigo Burns. - Kilka ładun­ków i wej­dziemy do środka.

- A dla­tego, idioto, że jeśli wywa­limy dziurę w tej bla­szance, możemy zała­twić tych, któ­rzy ewen­tu­al­nie tam prze­żyli - odparł ostrym tonem Jan Fin­der, naj­star­szy pod­ofi­cer porucz­nika i zara­zem pokła­dowy spe­cja­li­sta od spa­ce­rów w próżni.

- Ale wewnętrzne drzwi...

- Posłu­chaj­cie mnie uważ­nie, rekru­cie. Ponie­waż nie widzimy tam­tych drzwi, nie wiemy, czy są zamknięte. A skoro nie wiemy, nie wolno nam niczego zakła­dać z góry. Nawet nasz sza­nowny, cho­ciaż cał­kiem zie­lony ofi­cer to rozu­mie. I nie tylko to, że dodam na mar­gi­ne­sie.

Był to naj­lep­szy rodzaj zaka­mu­flo­wa­nego, i tym samym bez­piecz­nego kom­ple­mentu, na jaki Lee mógł liczyć ze strony Fin­dera. Miał oka­zję poznać już zasady, zgod­nie z któ­rymi pod­ofi­ce­ro­wie odno­sili się do nowych porucz­ni­ków. Jeśli ich nie cier­pieli, zwra­cali się do nich z sza­cun­kiem, ofi­cjal­nie po cichu obra­bia­jąc im cztery litery za ple­cami. Jeśli jed­nak któ­re­goś polu­bili, mogli mu cza­sem wbić szpilę, ale zawsze akcen­to­wali, kto tu jest wyż­szy stop­niem, i dawali do zro­zu­mie­nia, że nowy ofi­cer na pokła­dzie wydaje się dobrym nabyt­kiem; lepiej więc będzie, jeśli wszy­scy jak naj­szyb­ciej to zro­zu­mieją.

Burns nie poczuł się prze­ko­nany.

- Dobrze, ale nawet jeśli wewnętrzne drzwi śluzy są otwarte, to gdy wywa­limy zewnętrzne, czuj­niki na pokła­dzie zano­tują spa­dek ciśnie­nia i natych­miast zamkną wszyst­kie włazy.

- Czuj­niki zadzia­łają tylko wów­czas, jeśli będą sprawne, Rode­rigo - powie­dział cicho Lee. - A skoro wiemy, że sta­tek został opa­no­wany prze­mocą, musimy zało­żyć, że przy­naj­mniej część jego sys­te­mów ule­gła uszko­dze­niu.

- No... tak, sir. Pew­nie mogło tak być.

Lee usły­szał apro­bu­jące chrząk­nię­cie Fin­dera i był pewien, że pod­ofi­cer lekko się przy tym uśmiech­nął. Zer­k­nął na jego masywną syl­wetkę, która czer­niała na tle gwiaź­dzi­stego nieba, z jasnym Jowi­szem wiszą­cym nad jego lewym ramie­niem. - Co by pan zapro­po­no­wał, sier­żan­cie?

Syl­wetka ani drgnęła.

- Mogli­by­śmy wyciąć otwór we wła­zie - dało się sły­szeć. - To bez­piecz­niej­szy spo­sób. Tyle że zaj­mie wię­cej czasu i zdążą się zorien­to­wać, że tu jeste­śmy. A to byłoby nie­do­brze.

- Mówi pan, jakby miał pan już kie­dyś do czy­nie­nia z podobną sytu­acją, sier­żan­cie Fin­der.

- Tak. Gdy byłem zie­lo­nym rekru­tem, pewien ofi­cer spró­bo­wał iden­tycz­nie roz­wią­zać taki pro­blem.

- A pory­wa­cze wyczuli, co się dzieje, i zabili zakład­ni­ków?

- Gorzej, porucz­niku. Wpu­ścili nas na pokład, po czym wzięli młodą dziew­czynę i zabili ją na naszych oczach. Zagro­zili, że jeśli podej­dziemy bli­żej, będą mor­do­wać kolej­nych ludzi. Zaga­dali naszego ofi­cera, wcią­gnęli go w nego­cja­cje, pod­czas gdy inna ich grupa prze­szła prze­wo­dami wen­ty­la­cyj­nymi na nasze tyły. Zała­twili połowę naszego zespołu.

- I zało­żył­bym się, że z rato­wa­nia zakład­ni­ków nic nie wyszło.

- Wygrałby pan ten zakład, sir. O ile zna­la­złby pan kogoś na tyle głu­piego, by się w tej spra­wie zakła­dać. Cho­ciaż obecny tu Burns nie jest zbyt bystry i podobno lubi się zakła­dać...

- No nie... - zaczął jękli­wie Rode­rigo.

- Wystar­czy - uciął Lee. - Nie możemy użyć ładun­ków wybu­cho­wych i wycho­dzi na to, że pal­ni­ków też nie.

- No to utknę­li­śmy - orzekł Lewis takim tonem, jakby chciał udo­wod­nić, że od początku miał rację. - Nic tu po nas.

- Wcale nie - stwier­dził Lee. - Jest jesz­cze inna droga. - Omiótł wzro­kiem burtę wiszą­cego przed nimi poza­ukła­do­wego liniowca pasa­żer­skiego o nazwie Fra­grant Blos­som. Z miesz­czą­cego się w przed­niej czę­ści kadłuba sku­pi­ska habi­ta­tów i modu­łów ste­ro­wa­nia, obok któ­rych się znaj­do­wali, wybie­gały w kie­runku rufy wal­co­wate zbior­niki paliwa objęte czte­rema dźwi­ga­rami, łączą­cymi całość z modu­łami sil­ni­ko­wymi. Lee wska­zał w ich stronę i rzu­cił naj­star­szy chyba roz­kaz wyda­wany od pra­wie­ków przez młod­szych ofi­ce­rów. - Za mną.

Ode­pchnął się od poszy­cia liniowca, który led­wie dwa tygo­dnie wcze­śniej wystar­to­wał z Marsa, i manew­ru­jąc sil­nicz­kami ska­fan­dra, skie­ro­wał się ku rufie.

Spoj­rzeli na czer­nie­jący nad nimi otwór w poszy­ciu dol­nej czę­ści modułu głów­nego napędu.

- Chyba nie mówi pan poważ­nie - sap­nął Rode­rigo Burns.

- Oba­wiam się, że to śmier­tel­nie poważna pro­po­zy­cja - ode­zwał się Fin­der.

- To mało pomocna uwaga, sier­żan­cie - stwier­dził Lee.

- Prze­pra­szam, sir. Ale to mało stan­dar­dowa pro­ce­dura.

- Mało stan­dar­dowa? - pisnął Brian Lewis. - Sir, to wbrew regu­la­mi­nowi. Zagro­że­nie radia­cyjne klasy pierw­szej i jeśli...

- Zamknij się, Lewis - wark­nął Fin­der tonem zapra­wio­nego w takich roz­mo­wach sier­żanta. - Regu­la­miny nie obo­wią­zują w trak­cie akcji ratun­ko­wych. I nie mów do mnie "sir". Nie jestem ofi­ce­rem, robię tu dla chleba. A teraz bądź uprzejmy nasta­wić ucha na to, co mówi pan porucz­nik, bo ina­czej ja nasta­wię ci dupę w poprzek.

Lee badał kra­wę­dzie mrocz­nego otworu.

- Żad­nych śla­dów zuży­cia - powie­dział. - Pew­nie korzy­stali z niego tylko raz, pod­czas prób zdaw­czo-odbior­czych.

- Wręcz wspa­niale - jęk­nął Lewis.

- Spo­koj­nie, Brian - mruk­nął Lee. - Takie próby prze­pro­wa­dza się na zim­nym jądrze reak­tora. Poka­zują tylko, czy sys­tem odrzu­ca­nia działa. Sier­żan­cie, pro­szę spraw­dzić odczyt.

Fin­der mruk­nął zgod­nie, ale Rode­rigo Burns wyglą­dał na prze­ra­żo­nego. Jego roz­sze­rzone z prze­ję­cia oczy lśniły pod foto­chro­ma­tycz­nym szkłem wizjera.

- Ależ sir, oni na pewno usu­wali tędy odpady radio­ak­tywne.

Lee ledwo powstrzy­mał się przed gło­śnym wyra­że­niem swo­jego sądu o tym, co ostat­nimi czasy uzna­wano na Ziemi za nie­pod­wa­żalną prawdę.

- Nie, Burns. Sys­tem odrzu­ca­nia reak­tora może zostać wyko­rzy­stany tylko w jeden spo­sób: by pozbyć się z pokładu nie­spraw­nego i zagra­ża­ją­cego ska­że­niem radio­ak­tyw­nym urzą­dze­nia. - Była to zresztą pro­ce­dura cał­ko­wi­cie auto­ma­tyczna, zarzą­dzana w przy­padku naj­mniej­szej nawet awa­rii. Głu­pota sto­so­wana, pasu­jąca nie­stety do tego, co działo się w całym Ukła­dzie Sło­necz­nym. Od kiedy Zie­loni i Neo­lud­dy­ści doszli do wła­dzy, "ener­gia nukle­arna" zaczęła być postrze­gana jako siła wręcz demo­niczna. Per­spek­tywa nara­że­nia się na oddzia­ły­wa­nie jakie­go­kol­wiek rodzaju radio­ak­tyw­no­ści budziła paniczny strach. Skrajni Neo­lud­dy­ści bali się nawet zwy­kłego prze­świe­tle­nia. Lęki nie pozwa­lały im także na sko­rzy­sta­nie z rezo­nansu magne­tycz­nego i na nic zda­wały się tłu­ma­cze­nia, że nie sto­suje się przy nim żad­nych radio­izo­to­pów. Jak można było ocze­ki­wać, śred­nia dłu­go­ści życia tych grup zaczęła zna­cząco spa­dać.

Fin­der opu­ścił wiel­kie jak jego dłoń urzą­dze­nie będące zara­zem czuj­ni­kiem pro­mie­nio­wa­nia i licz­ni­kiem Geigera.

- Odczyty wska­zują osiem­na­ście remów na godzinę. Stała war­tość. Nie rośnie.

Lee spoj­rzał na mary­na­rzy.

- Przej­ście zaj­mie nam dzie­sięć minut, dosta­niemy góra po trzy remy. To nie zosta­wia żad­nego śladu.

Burns i Lewis pró­bo­wali uda­wać dziel­nych, ale nie­zbyt im to wycho­dziło. Prze­ko­na­nia wpa­jane im przez całe życie nie mogły znik­nąć ot tak, w ciągu minuty czy dwóch.

- Dobrze, porucz­niku - powie­dział Fin­der, pod­le­ciaw­szy bli­żej. - Wcho­dzimy w ten kanał i co dalej? Jestem cho­ler­nie pewien, że tam nie będzie żad­nej śluzy.

- Zga­dza się, sier­żan­cie, na pewno tra­fimy jed­nak na włazy kon­tro­lne. A teraz za mną.

W szumy falki nośnej zwy­kle roz­le­ga­jące się w słu­chaw­kach heł­mów wplo­tły się dodat­kowe trza­ski i posy­ki­wa­nia.

- Sir - ode­zwał się Fin­der, korzy­sta­jąc z kanału zastrze­żo­nego dla roz­mów mię­dzy ofi­ce­rami a podofi­ce­rami. - Jestem spe­cja­li­stą od takich wycie­czek i robię tu za twar­dego sier­żanta. Mogę objąć pro­wa­dze­nie?

W pierw­szej chwili Lee chciał się żywio­łowo sprze­ci­wić, by poka­zać swoim ludziom, że nie uchyla się od ryzyka, na które ich wysta­wia, a przede wszyst­kim udo­wod­nić, że zasad­ni­czo żad­nego ryzyka tu nie ma. Przy­naj­mniej zwią­za­nego z pro­mie­nio­twór­czo­ścią. Nie­mniej suge­stia pocho­dziła od naprawdę doświad­czo­nego sier­żanta i prze­ka­zana została tak­tow­nie, dzięki czemu porucz­nik szybko poszedł po rozum do głowy. Ruchem brody zamknął zastrze­żony kanał, odchrząk­nął i zwró­cił się do całego zespołu.

- Sier­żan­cie Fin­der, tak po namy­śle. Chyba dobrze będzie, jeśli pój­dzie pan przo­dem ze swoim czuj­ni­kiem. Na wypa­dek, gdy­by­śmy tra­fili na goręt­sze miej­sce.

- Żeby­śmy mogli wyco­fać się w porę? - spy­tał z nadzieją w gło­sie Burns.

- Nie - odparł Lee, wydo­by­wa­jąc z kabury masywną broń o kali­brze dzie­się­ciu mili­me­trów. - Żeby przejść je dwa razy szyb­ciej.

Szyb słu­żący do awa­ryj­nego odrzu­ca­nia reak­tora nie nosił śla­dów zuży­cia ani też żad­nej kon­ser­wa­cji. Widocz­nie lęk przed jakim­kol­wiek kon­tak­tem z cza­jącą się nie­da­leko bestią był na tyle silny, że nawet ekipy zobo­wią­zane do regu­lar­nej kon­troli spraw­no­ści i droż­no­ści tego modułu wolały się do niego nie zbli­żać. Był to jesz­cze jeden przy­kład szko­dli­wych skut­ków fobii roz­bu­dzo­nej przez Zie­lo­nych i Neo­lud­dy­stów. W świe­cie, w któ­rym zależ­ność od tech­no­lo­gii stała się regułą, utrzy­ma­nie spo­rej czę­ści tech­nos­fery opie­rało się na budzą­cych grozę rytu­ałach i tym samym nie miało wiele wspól­nego z praw­dzi­wym ser­wi­sem.

Lee nie miał wąt­pli­wo­ści, że gdyby tylko Zie­lo­nym udało się wyna­leźć inną tech­no­lo­gię umoż­li­wia­jącą szyb­kie podróże na więk­sze dystanse, czyli poza orbitę Księ­życa, zaraz by je wyko­rzy­stali. Tyle że jako nie­chętni sku­pia­niu publicz­nej uwagi na jakim­kol­wiek postę­pie tech­no­lo­gicz­nym nie­mal wszę­dzie musieli osta­tecz­nie godzić się na ogra­ni­czone wyko­rzy­sta­nie napędu ato­mo­wego przy dal­szych prze­lo­tach. Nie­stety, z racji dra­pież­nej reto­ryki czy­nią­cej z tech­niki demona, mało kto na Ziemi był zain­te­re­so­wany czy wręcz dość odważny, by kształ­cić się w kie­run­kach inży­nier­skich. Tak zatem "brudne" prace były wyko­ny­wane z reguły przez ludzi wywo­dzą­cych się spoza Ziemi, uro­dzo­nych na Księ­życu, na Mar­sie albo w któ­rymś z orbi­tal­nych habi­ta­tów. Oni utrzy­my­wali sate­lity, pra­co­wali w kopal­niach w Pasie Aste­roid oraz budo­wali pry­mi­tywne i zawodne pod­świetlne statki, któ­rymi grupki kolo­ni­stów wybie­rały się zasie­dlać światy w innych ukła­dach gwiezd­nych.

W tych warun­kach jed­no­stek z napę­dem ato­mo­wym na­dal było sto­sun­kowo nie­wiele. W całym Ukła­dzie Sło­necz­nym latało ich zapewne około pięć­dzie­się­ciu sztuk, wli­czyw­szy w to wszyst­kie moż­liwe ich typy. Do wewnątrz­u­kła­do­wego prze­wozu frachtu wyko­rzy­sty­wano statki z napę­dem VASI­MIR, przy mniej­szych dystan­sach korzy­stano z sil­ni­ków magne­to­pla­zmo­dy­na­micz­nych. Tylko tam, gdzie trzeba było wyru­szać w głę­boką próż­nię, napęd ato­mowy nie miał kon­ku­ren­cji. W prze­ciw­nym razie rejsy, które obec­nie trwały po kilka tygo­dni, zabra­łyby mie­siące, a cza­sem nawet i lata.

Oczy­wi­ście ziem­scy przy­wódcy nie byli szczę­śliwi z tego powodu. Nie mogąc ścier­pieć faktu, że nie zdo­łają nijak wyeg­zor­cy­zmo­wać nukle­ar­nego dia­bła, robili co tylko w ich mocy, by przed­sta­wić wszyst­kich mają­cych z nim cokol­wiek wspól­nego w jak naj­gor­szym świe­tle.

I dla­tego wła­śnie jego zwy­kle chłodni i kom­pe­tentni pod­władni w oso­bach Burnsa i Lewisa kulili się teraz, sta­ra­jąc za żadne skarby nie musnąć boków szybu. Lee nie zdzi­wiłby się nawet, gdyby któ­ryś z tej dwójki trwoż­nie się prze­że­gnał.

U krańca prze­wodu Fin­der włą­czył sil­niczki ska­fan­dra i zawisł bez ruchu przed olbrzy­mim wła­zem z masyw­nymi bol­cami.

- W tej chwili mamy dwa­dzie­ścia trzy jed­nostki na godzinę - zamel­do­wał na zastrze­żo­nym kanale. - Wolno rośnie. I co dalej, porucz­niku? Nie mam dość dużego klu­cza, by ruszyć te bolce.

- Nie będzie potrzebny. Nie pój­dziemy tędy.

- Nie?

- W żad­nym razie. Pro­szę spoj­rzeć w lewo. Widzi pan ten właz kon­tro­lny, dokład­nie wpa­so­wany w ścianę?

- A tak. I wgłę­bione bolce. Ale do tych potrzebny jest spe­cjalny klucz, a tego też nie mam...

- Pan nie ma, ale ja tak - stwier­dził Lee, zer­ka­jąc na sier­żanta, wiszą­cego teraz mię­dzy Burn­sem a Lewi­sem. Się­gnął do zamy­ka­nej na rzepy kie­szonki na lewym nad­garstku i ostroż­nie wyjął stam­tąd klucz z dowią­zaną linką zabez­pie­cza­jącą.

- Nie­źle - mruk­nął sier­żant na zastrze­żo­nym kanale. - Pew­nie dla­tego jest pan ofi­ce­rem - dodał z uśmie­chem widocz­nym nawet przez przy­ciem­niony wizjer.

- W tym przy­padku ow­szem. Nasze wiel­kie szy­chy z Genewy ską­pią ludziom wie­dzy na temat urzą­dzeń nukle­ar­nych. A o takich wła­zach zwy­kle mało kto wie.

- I zaufali porucz­ni­kowi, który przed opusz­cze­niem Luny nie widział nawet stosu ato­mo­wego? Bez obrazy, sir, ale więk­szość z was, z Ziemi, nie wyka­zuje się spe­cjal­nym roz­sąd­kiem. Wyjąw­szy moje aktu­alne towa­rzy­stwo, oczy­wi­ście.

- Oczy­wi­ście. Ani myślę się z panem nie zga­dzać, sier­żan­cie. - Uprzej­mość wobec pod­ofi­cera, któ­rego opi­nia mogła zawa­żyć na karie­rze zwy­kłego porucz­nika pod koniec pierw­szego roku służby w głę­bo­kiej próżni, była zwy­kle wska­zana, ale z dru­giej strony, nie­po­cho­dzący z Ziemi Fin­der miał po pro­stu rację, jak­kol­wiek wielu ludzi uwa­żało podobne podej­ście za efekt zwy­kłych uprze­dzeń. Nie­mniej pod­daw­szy naj­pierw dzie­ciaki sku­tecz­nej indok­try­na­cji, mają­cej obrzy­dzić wszystko, co zwią­zane było z tech­niką, a zwłasz­cza tech­niką kosmiczną czy nukle­arną, Agen­cja Kosmiczna miała wiel­kie pro­blemy z pozy­ska­niem mło­dych kadr ofi­cer­skich. Kobiet nie dopusz­czano do pracy w próżni, by nie nara­żać ich jaj­ni­ków na szko­dliwe oddzia­ły­wa­nie pro­mie­nio­wa­nia kosmicz­nego, męż­czyźni zaś czę­ściej celo­wali w popraw­no­ści poli­tycz­nej niż w umie­jęt­no­ściach tech­nicz­nych. Nie­mniej, cho­ciaż czę­sto nie byli w sta­nie spro­stać wymo­gom kom­pe­ten­cyj­nym, to oni wła­śnie otrzy­my­wali etaty ofi­cer­skie na pla­ców­kach kosmicz­nych, mając pod sobą nie­mal wyłącz­nie ludzi uro­dzo­nych poza Zie­mią. Byli straż­ni­kami. Tak naprawdę mieli zadbać o to, by wyko­nu­jący brudną robotę pra­cow­nicy nie poczuli się nazbyt wolni i nie kusiło ich, by zakwe­stio­no­wać rządy ziem­skich wład­ców.

Lee skoń­czył mani­pu­la­cje klu­czem. Właz został otwarty.

- Porucz­niku, czy jeśli ci bun­tow­nicy, pory­wa­cze, piraci czy kto­kol­wiek to jest, zorien­tują się, że tu jeste­śmy, mogą wypu­ścić na nas stru­mień radio­ak­tyw­nego gazu? - spy­tał zdu­szo­nym gło­sem Burns.

Porucz­ni­kowi nie­mal opa­dły ręce i naj­chęt­niej pokrę­ciłby głową nad tą igno­ran­cją. Opa­no­wał się jed­nak i prze­szedł na kanał ogólny.

- Nie, Rode­rigo. To nie tak działa. Reak­tor statku kosmicz­nego jest umiesz­czony w osob­nym, sil­nie ekra­no­wa­nym module. Ow­szem, w razie potrzeby może zostać odrzu­cony w próż­nię, ale do celo­wego zaini­cjo­wa­nia takiego pro­cesu potrzebna jest naprawdę spe­cja­li­styczna wie­dza. Tylko kilku człon­ków załogi wie­dzia­łoby, jak to zro­bić. Poza tym wąt­pię, by któ­ry­kol­wiek z tych pira­tów krę­cił się aku­rat po prze­dziale maszy­no­wym.

- Jasne, skip­per, ale gdyby... to jest chyba jakiś spo­sób ręcz­nego odstrze­le­nia reak­tora?

W sumie było to pocie­sza­jące, że led­wie dwa mie­siące po roz­po­czę­ciu pierw­szego w życiu rejsu kosmicz­nego pod­ko­mendni zwra­cali się do niego "skip­per".

- Ow­szem, ist­nieje taka pro­ce­dura, na wypa­dek gdyby coś się zacięło, ale byłaby to samo­bój­cza misja. Chętny wysta­wiłby się na zbyt wysoki poziom pro­mie­nio­wa­nia.

Fin­der usu­nął bolce i odchy­lił zakrzy­wiony właz na zewnątrz, odsła­nia­jąc wąskie, kwa­dra­towe w prze­kroju przej­ście. Kilka metrów dalej kory­tarz skrę­cał w prawo.

Burns spoj­rzał ponad ramie­niem porucz­nika.

- Czy tam za zakrę­tem jest śluza?

Lee pokrę­cił głową.

- Nie ma. Za rogiem tra­fimy na kolejny właz, który pro­wa­dzi do prze­wodu wen­ty­la­cyj­nego bie­gną­cego dookoła całego modułu. Potem będziemy musieli poko­nać jesz­cze dwa podwójne włazy, nim wej­dziemy do środka. A teraz ruszajmy, jeśli nie chce­cie dostać tu wię­cej jed­no­stek.

Burns spoj­rzał trwoż­nie wkoło, po czym wystrze­lił w kie­runku włazu.

- Dobry ofi­cer zawsze wie, jak zmo­ty­wo­wać swo­ich ludzi - mruk­nął Fin­der. - Pro­szę przo­dem, porucz­niku.

Gdy poko­nali zakręt, ujrzeli przed sobą właz ozna­czony zna­jo­mym sym­bo­lem ostrze­ga­ją­cym przed pro­mie­nio­wa­niem. Wokół wid­niało sześć poma­rań­czo­wych bol­ców. Lewis przyj­rzał się im dokład­nie.

- Czy dobrze rozu­miem, że aby wejść do środka, musimy odpa­lić ładunki tych sze­ściu bol­ców, po czym kawał bla­chy, będący wcze­śniej wła­zem, wystrzeli nam pro­sto w twa­rze?

Lee pokrę­cił głową.

- Poma­rań­czowy kolor nie ozna­cza bol­ców eks­plo­du­ją­cych, Lewis. Mamy przed sobą spe­cjalne łam­liwe bolce, które możemy wycią­gnąć z tej strony jeden po dru­gim. W ten spo­sób powie­trze będzie ucho­dzić stop­niowo i nie wymie­cie nas z powro­tem w próż­nię.

Burns spoj­rzał ze zdu­mie­niem na swo­jego dowódcę.

- Skąd pan to wszystko wie, skip­per?

- Godzinę temu prze­czy­ta­łem odno­śną instruk­cję.

- Poza tym nasz porucz­nik jest raso­wym ofi­ce­rem w służ­bie Patrolu Cel­nego - dodał żywio­łowo Jan. - Naj­lep­szej for­ma­cji stwo­rzo­nej kie­dy­kol­wiek przez krnąbr­nych i nie­przy­sto­so­wa­nych. Niech żyje Patrol Celny.

- Niech żyje - powtó­rzyli Burns i Lewis z takim entu­zja­zmem, jakby mieli otrzy­mać w nagrodę tygo­dniowy przy­dział do czysz­cze­nia latryn.

- Podoba mi się ten zapał - powie­dział Lee, zer­ka­jąc z uśmie­chem na Fin­dera. - Bierzmy się do roboty.

Ostatni z wła­zów, pro­wa­dzący już do samej maszy­nowni, oka­zał się rów­nie skłonny do współ­pracy jak wszyst­kie poprzed­nie. Lewis spiął kable panelu ste­ro­wa­nia i roz­sz­czel­nił pomiesz­cze­nie, pod­czas gdy Lee przy­go­to­wy­wał swoją gro­madkę do wej­ścia na pokład.

- Ja pierw­szy - powie­dział, zer­ka­jąc na Fin­dera, który szybko zro­zu­miał, że w tym przy­padku nie ma się co spie­rać. - Sier­żant zapewni osłonę ogniową, pod­czas gdy ty, Burns, pój­dziesz za mną. Prze­krad­niemy się na śro­dek prze­działu, gdzie jest wiele dobrych kry­jó­wek. - Burns przy­tak­nął ner­wowo, myśląc zapewne bar­dziej o bli­sko­ści reak­tora niż ewen­tu­al­nej walce. - Lewis, ruszamy na trzy. Raz, dwa...

Na "trzy" Lewis zwol­nił zamek włazu, który odchy­lił się do wewnątrz. Lee odbił się nogami i szybko poko­nał trzy­me­trowy dystans dzie­lący go od pod­łogi. Nie tra­cąc czasu, dotarł do osłony reak­tora i scho­wał się za pul­pi­tem kon­tro­l­nym. Kilka sekund póź­niej Burns też się tam wci­snął.

- Dobra, Rode­rigo - mruk­nął Lee. - Spraw­dzimy pomiesz­cze­nie; ty zaczy­nasz od dwu­na­stej, ja od szó­stej - dodał, poka­zu­jąc kie­runki.

Zaj­rzeli we wszyst­kie zaka­marki, nie znaj­du­jąc żywej duszy. Lee połą­czył się z Fin­de­rem.

- I co, sier­żan­cie?

- Nic. Gdyby coś się działo, powie­dział­bym. Ale cisza.

- Dobra. Wejdź­cie z Lewi­sem i zamknij­cie za sobą właz. Potem sprawdź­cie resztę pomiesz­cze­nia, tam, gdzie nas nie było. Będziemy osła­niać was z Bur­ne­sem.

- Aye, aye, skip­per.

Dwa­dzie­ścia peł­nych napię­cia sekund póź­niej wie­dzieli już, że maszy­now­nia na pewno jest pusta. Fin­der zamel­do­wał pro­mie­nio­wa­nie rzędu trzech mili­re­mów na godzinę.

- Zatem reak­tor nie ciek­nie - stwier­dził z ulgą Lewis.

- No i nie ma tu żad­nych ciał - dodał Fin­der. - I co teraz, porucz­niku?

Lee spoj­rzał na wej­ście do kory­ta­rza, który biegł przez całą dłu­gość statku, aż do modu­łów miesz­kal­nych.

- Idziemy w kie­runku dziobu. Ale jedyna droga to ta długa na pięć­dzie­siąt metrów strzel­nica.

- Rozu­miem - odparł szybko Fin­der. - Dobra, słu­chaj­cie, mło­dzieży. Porucz­nik mówi, że idziemy do przodu. Burns, zamień się na broń z Lewi­sem. Tym razem pój­dziesz ze mną. Lewis, będziesz nas osła­niał, idąc dzie­sięć metrów za pro­wa­dzą­cym. Cały czas trzy­maj się przy ścia­nie, nie ma co wysta­wiać się na strzał jak kaczka. Zgoda, porucz­niku?

Lee poki­wał głową, cho­ciaż w duchu zasta­na­wiał się, co ten Fin­der kom­bi­nuje. Ow­szem, ofi­cer był od wska­za­nia celu, sier­żant od orga­ni­za­cji ataku, ale Fin­der wysko­czył z tym cze­muś zbyt szybko, jakby chciał mieć pew­ność, że jego plan zosta­nie przy­jęty. Poza tym to Burns, nie Lewis, był lep­szym strzel­cem.

- Sier­żan­cie... - zaczął, prze­łą­czyw­szy kanał.

- Pro­szę mi zaufać, porucz­niku - prze­rwał mu Fin­der. - Wiem, że Lewis nie jest naj­lep­szy w strze­la­niu, ale nie to jest w tej chwili ważne.

- A co jest ważne...?

- Po pro­stu niech mi pan zaufa, porucz­niku.

- Dobra, sier­żan­cie. Pod warun­kiem, że wyja­śnimy to sobie po akcji.

Fin­der poki­wał głową.

- Pan tu rzą­dzi. - Prze­łą­czył się na kanał ogólny. - Lewis, skoro ty nas osła­niasz, wcho­dzisz tam pierw­szy. Gdy będziesz w środku, zaraz pod ścianę. Gdy będzie już bez­piecz­nie, trzy­maj się pra­wej. Porucz­niku, pan ostatni, pro­szę trzy­mać się lewej. Ruszamy na pana sygnał, sir.

- Lewis, ruszasz na "trzy" - powie­dział Lee. - Raz, dwa...

Na "trzy" Burns szarp­nął dźwi­gnię otwie­ra­jącą drzwi i Lewis wpły­nął do środka. Rów­no­cze­śnie Lee poczuł, że ktoś szar­pie jego dłoń. Spoj­rzał w dół i zoba­czył, że sier­żant podaje mu jakąś dziw­nie wyglą­da­jącą broń, która mgli­ście przy­po­mi­nała pisto­let. Była to jakby ano­rek­tycz­nie chuda rura z maga­zyn­kiem na jed­nym końcu. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego koja­rzyła się mu z podej­rzaną samo­róbką.

- Co to...?

- Osiem ładun­ków, amu­ni­cja rakie­towa. Bez odrzutu, spe­cjal­nie do uży­cia w warun­kach zero­wej gra­wi­ta­cji. Swo­jej dzie­siątki niech pan lepiej nie używa. Lepiej zostać żywym - dodał sier­żant i zaraz podą­żył za Burn­sem, wykrzy­ku­jąc kolejne roz­kazy. Lewis był tak zasko­czony, że omal nie zapo­mniał, po co tu przy­szedł.

Gdy zdo­łał już ruszyć się z miej­sca, ujrzał pozo­sta­łych człon­ków zespołu sku­lo­nych na swo­ich pozy­cjach. Sam też przy­lgnął zaraz do ściany za drzwiami.

- Czy­sto, porucz­niku - zamel­do­wał Fin­der. - I bar­dzo cicho jak na porwa­nie.

Lee spoj­rzał w głąb kory­ta­rza.

- Dziw­nie i nie - powie­dział. - Nie ocze­ki­wa­łem, że źli chłopcy będą się tu krę­cić. Ale ciał załogi się spo­dzie­wa­łem. I jedno chyba tam jest. - Wska­zał przed sie­bie.

Burns przy­mru­żył oczy i poki­wał głową.

- Tak. Wygląda na nie­bosz­czyka. Nie­mal na samym końcu kory­ta­rza.

- Dwa­dzie­ścia trzy metry od nas - zamel­do­wał Lewis, odsu­wa­jąc prawe oko od celow­nika broni.

- Wyłącz wszyst­kie aktywne sys­temy, Lewis - roz­ka­zał Lee. - Mogą nie patro­lo­wać tej czę­ści statku, ale kto wie, jakie czuj­niki tu zosta­wili. Od tej chwili dzia­łamy według sta­rej szkoły. Żad­nych aktyw­nych sys­te­mów, żad­nej komu­ni­ka­cji radio­wej, tylko gesty dłońmi.

- Ale porucz­niku... - zaczął Burns.

Lee prze­su­nął kan­tem lewej dłoni po swo­jej szyi, co ucięło wszel­kie pro­te­sty.

Fin­der przy­tak­nął, wska­zał na Lee i Lewisa i wyko­nał gest, jakby odpy­chał kogoś dło­nią z roz­po­star­tymi pal­cami. Potem uniósł kciuk i cze­kał.

Lee bez trudu zro­zu­miał, że mają razem z Lewi­sem poru­szać się dzie­sięć metrów za sier­żan­tem. Uniósł kciuk w odpo­wie­dzi.

Fin­der poki­wał głową, klep­nął Burnsa w ramię i z wprawą ode­pchnął się pod nie­wiel­kim kątem od pokładu, od razu skrę­ca­jąc tro­chę w prawo. Burns powtó­rzył jego manewr, ale dry­fu­jąc w lewo. Lee odcze­kał, aż oddali się na jakieś osiem metrów, po czym ski­nął na Lewisa i uczy­nili to samo.

Jako jedyny Ziem­niak w oddziale, Lee nie zdo­łał wyko­nać manewru z ana­lo­giczną pre­cy­zją co pozo­stali. Musiał jesz­cze ode­pchnąć się od ściany, zanim dotarł do miej­sca, gdzie uno­sił się mar­twy zało­gant. Fin­der wysłał już Burnsa, by ten zabez­pie­czył wej­ście do modułu miesz­kal­nego i spraw­dził obra­że­nia zabi­tego. Lee musiał prze­pły­nąć przez obłok drob­nych, czer­wo­nych kro­pel, nim doj­rzał małą strzałę z kuszy, tkwiącą w boku zało­ganta, tuż nad bio­drem. To jed­nak nie była śmier­telna rana. Przy­czyną śmierci był któ­ryś z dwóch cio­sów, które dosię­gły karku i mostka.

Lee pochy­lił się, by doj­rzeć iden­ty­fi­ka­tor na piersi zabi­tego. Tak jak podej­rze­wał, był to inży­nier, który peł­nił zapewne służbę przy reak­to­rze i sły­sząc wezwa­nia o pomoc, pobiegł na dziób. Albo też pory­wa­cze go tu zwa­bili. Tak czy siak, został przez nich zasko­czony i obez­wład­niony, chyba strza­łem z kuszy. Potem tamci pode­szli bli­żej i zała­twili go nożem. Uży­cie ostrza przy zero­wej gra­wi­ta­cji suge­ro­wało, że napast­nicy nie pocho­dzili z Ziemi. Mało kto umiał posłu­gi­wać się bro­nią białą w sta­nie nie­waż­ko­ści, a do jej sku­tecz­nego uży­cia konieczne było olbrzy­mie doświad­cze­nie, nie tylko w walce, ale i w życiu w podob­nych warun­kach.

Fin­der pochy­lił się, by dotknąć swoim heł­mem hełmu porucz­nika. Jego głos docho­dził do niego cichy i znie­kształ­cony.

- To robota Gór­nia­ków. Nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści.

- Ten tak, ale to nie zna­czy jesz­cze, że wszy­scy oni są stam­tąd.

Fin­der uniósł brwi, ale zaraz przy­tak­nął.

- Też prawda. Od tej chwili Lewis niech trzyma się tro­chę bar­dziej za nami, zgoda?

- Faj­nie będzie w kom­ple­cie poga­dać póź­niej o tej akcji.

Fin­der odpo­wie­dział wzru­sze­niem ramion i uśmie­chem, po czym poka­zał pod­wład­nemu dzie­sięć i jesz­cze pięć pal­ców. Potem klep­nął porucz­nika w ramię i przy­go­to­wał się do skoku. Gdy tylko Lee usta­wił się tak samo, sier­żant ski­nął głową i wystar­to­wał; pole­ciał kory­ta­rzem na wyso­ko­ści ludz­kich bio­der.

Lee sko­czył tym razem tro­chę zgrab­niej, może dla­tego, że mniej pró­bo­wał trzy­mać się ściany. Napo­tkane dotąd ślady nie suge­ro­wały, by napast­nicy patro­lo­wali tę część statku. Skoro zaś ich tu nie było, zapewne uwa­żali, że doli­czyli się wszyst­kich pasa­że­rów i człon­ków załogi. To pozwa­lało wysnuć już jakieś pew­niej­sze przy­pusz­cze­nia co do sytu­acji tak­tycz­nej.

Po pierw­sze, napast­nicy gotowi byli zabi­jać z byle powodu, albo i bez powodu. Nie wyglą­dało na to, by zabity inży­nier miał jakąś broń. Albo że pró­bo­wał pomóc resz­cie załogi czy pasa­że­rom, ewen­tu­al­nie zamie­rzał zaba­ry­ka­do­wać się w maszy­nowni, skąd mógłby nękać pira­tów wyłą­cze­niami kli­ma­ty­za­cji, blo­kadą przejść i innymi nie­spo­dzian­kami, które znacz­nie utrud­ni­łyby im robotę. Wyda­wało się raczej, że atak był na tyle gwał­towny, że nikt nie zdą­żył go ostrzec. Co wię­cej, stan ubra­nia i wciąż porząd­nie ucze­sane włosy wska­zy­wały, że został zabity przez kogoś, komu wcze­śniej pozwo­lił podejść cał­kiem bli­sko. Kogoś, kogo znał i komu ufał.

Co z kolei mogło ozna­czać, że w zało­dze lub wśród pasa­że­rów był zdrajca albo zdrajcy. Albo przy­wódcy napa­ści, albo pomoc­nicy napast­ni­ków, wcze­śniej uda­jący zwy­kłych podróż­nych. A skoro wszystko poszło im chyba jak z płatka, to suge­ro­wało coś jesz­cze gor­szego: że nie o zakład­ni­ków tutaj cho­dziło. Nikt nie zgło­sił dotąd żad­nych żądań okupu albo ustępstw w zamian za uwol­nie­nie jeń­ców. Po praw­dzie, pory­wa­cze w ogóle nie pró­bo­wali póki co kon­tak­to­wać się z wła­dzami. Lee został wysłany tylko i wyłącz­nie dla­tego, że kapi­tan Fra­grant Blos­som nie nawią­zał umó­wio­nego połą­cze­nia ze swoim przy­ja­cie­lem z Kal­li­sto, który cał­ko­wi­tym przy­pad­kiem był też Głów­nym Admi­ni­stra­to­rem do spraw Ope­ra­cji Zewną­trzu­kła­do­wych. Wszystko to pozwa­lało sądzić, że nikt z załogi i pasa­że­rów nie został przy życiu.

Po dotar­ciu do wej­ścia Lee wyha­mo­wał z pomocą lewej ręki. Fin­der dał znać, że muszą zamie­nić kilka słów, więc wszy­scy zetknęli się heł­mami.

- Dobrze. I co mamy teraz robić, porucz­niku?

- Nie ma wiel­kiego wyboru, sier­żan­cie. Idziemy spraw­dzać kolejno pomiesz­cze­nia. I musimy dzia­łać szybko. Nie sądzę, by tamci tru­dzili się wysta­wia­niem straży, chyba że z samego przodu, na mostku, skąd obser­wują pew­nie nasz sta­tek. I cze­kają na swo­ich.

- Słu­cham? - spy­tał Burns.

- Na jakieś swoje towa­rzy­stwo - wyja­śnił Lee. - Gdyby chcieli zabrać się dokądś tym stat­kiem, już by to zro­bili. Nic nie zmu­sza ich, by tu wisieć. Prze­ko­na­li­śmy się, że panują nad sys­te­mami na tyle, by zablo­ko­wać przed nami śluzę, i że sil­niki są w naj­lep­szym porządku. Mogliby więc od razu dokądś ruszyć. To ozna­cza, że cze­kają na kogoś.

Lewis i Burns wymie­nili zasko­czone spoj­rze­nia. Fin­der tylko się uśmiech­nął.

- Widzę, że tym razem mie­li­śmy szczę­ście i wylo­so­wa­li­śmy dobrego dowódcę. Raz dla odmiany. Co jesz­cze, sir?

- To, że nie szu­kają z nami kon­taktu i nie grożą zabi­ciem zakład­ni­ków, suge­ruje, że zro­bili to z mar­szu. Przy­pusz­czam zatem, że mamy czy­stą sytu­ację ogniową. Nie wiemy jed­nak tego na pewno, poza tym zde­cy­do­wa­nie wolał­bym dorwać tych drani żywych. Raz, że regu­la­min tak naka­zuje, a dwa, musimy ich prze­słu­chać.

- Co? Dla­czego? - spy­tał Lewis.

- Bo cho­ciaż zda­rzają się w próżni bunty i akty pirac­twa, to nie takie. Tym gościom nie zale­żało na zało­dze ani na samym statku, a więc roz­gry­wają jakąś swoją grę. Jeśli z nimi nie poroz­ma­wiamy, nie dowiemy się, o co cho­dzi. Pro­szę przy­go­to­wać grupę do wej­ścia, sier­żan­cie.

- Tak, sir. Burns, popro­wa­dzisz przy kon­troli kabin ze swoim roz­py­la­czem.

Rode­rigo zaraz zdjął z ramie­nia coś, co wyglą­dało na zaopa­trzony w sze­roką lufę mio­tacz gra­na­tów.

- Daj mak­sy­malne roz­pro­sze­nie z sil­nymi ładun­kami usy­pia­ją­cymi.

- Hm... Sier­żan­cie, na kur­sie mówili nam, że jeśli cel jest mały, ranny albo w kry­tycz­nym sta...

Fin­der spoj­rzał na Burnsa z dra­pież­nym uśmie­chem na ustach.

- Dra­nie cza­sem giną i mówi się trudno. Będziemy ostrożni, poza tym przy mak­sy­mal­nym roz­pro­sze­niu ognia trudno ocze­ki­wać, by jaki­kol­wiek cel dostał zbyt wiele ładun­ków. Grunt, że jedna kap­sułka żelowa star­czy na powa­le­nie dowol­nego obiektu. Ser­wuj więc ten kok­tajl bez waha­nia.

- Tak jest, sier­żan­cie.

- Porucz­nik i ja będziemy strze­lać ostrymi, żeby oczy­ścić przej­ście. Poru­szamy się sko­kami.

Lewis zmarsz­czył czoło.

- A ja?

- Ty trzy­masz swoją armatę w goto­wo­ści. Będziesz naszym asem w ręka­wie. Gdyby roz­py­lacz się zaciął albo nam zda­rzyło się kogoś prze­oczyć i ten ktoś pró­bo­wał zajść nas od tyłu, robisz za straż pożarną. W razie potrzeby poślemy cię, byś zaszedł ich z boku, albo popro­simy o bez­po­śred­nie wspar­cie ogniowe.

- Mam więc trzy­mać się z tyłu?

- Tak. Także na wypa­dek, gdyby wszystko się popie­przyło i musie­li­by­śmy szybko się wyco­fy­wać. Zapew­nisz nam drogę odwrotu.

Lewis wzru­szył ramio­nami.

- Tak jest, sier­żan­cie.

- Dobrze. Porucz­niku, pro­szę o sygnał, gdy będzie pan gotowy.

Lee ski­nął głową.

- Jest sygnał.

Było nie­mal dokład­nie tak, jak Lee ocze­ki­wał. Nikt nie pró­bo­wał nawet zatrzy­my­wać ich na głów­nym pokła­dzie. Napo­tkali jedy­nie dry­fu­jące w chmu­rach krwa­wych kro­pel ciała i poru­sza­jące się zgod­nie kamery moni­to­ringu.

Pory­wa­cze zabili całą załogę i wszyst­kich pasa­że­rów. Jeden z nich, sądząc po smu­kłej budo­wie, zapewne Luniak, nie mógł mieć wię­cej niż czter­na­ście lat. Lee zaci­snął zęby i prze­pchnął się przez Morze Sar­gas­sowe zwłok.

Zosta­wia­jąc na mija­nych wła­zach małe moduły alar­mowe, mające ostrzec ich, gdyby ktoś tam­tędy prze­cho­dził, sta­rali się jak naj­szyb­ciej dotrzeć na mostek...

Byli w poło­wie drogi, gdy natknęli się na dwóch nie­ogo­lo­nych męż­czyzn, któ­rzy naj­wy­raź­niej śle­dzili ich wędrówkę na moni­to­rach. Szczę­ściem obaj dys­po­no­wali tylko lek­kim uzbro­je­niem. Jeden miał zwy­kły, dzie­się­cio­mi­li­me­trowy pisto­let, drugi jakiś samo­pow­ta­rzalny wyna­la­zek na sprę­żone powie­trze. Gorzej, że byli w ska­fan­drach kosmicz­nych, co czy­niło roz­py­lacz Rode­riga bez­u­ży­tecz­nym, chyba że zdo­łałby tra­fić któ­re­goś pro­sto w twarz.

Cho­lera, pomy­ślał Lee, i zaraz obró­cił się do Burnsa.

- Prze­łącz na zabi­ja­nie! Ognia!

Podob­nie jak zwy­kle w boju spo­tka­nio­wym więk­szość poci­sków obu stron chy­biła. Poza tym przy zero­wej gra­wi­ta­cji zawsze strze­lało się ina­czej. Zanim Burns prze­sta­wił swoją broń, dostał strzałką w lewe ramię i jęk­nął, ale trudno było powie­dzieć, czy grot prze­bił wzmoc­niony kom­bi­ne­zon, czy tylko nabił jego wła­ści­cie­lowi potęż­nego siniaka. Tak czy siak, chwilę póź­niej Burns zaczął wresz­cie strze­lać.

Fin­der rzu­cił się do przodu, wprost na pierw­szego z napast­ni­ków. Lee uczy­nił to samo, w prze­lo­cie doce­nia­jąc zalety cał­kiem nie­re­gu­la­mi­no­wej postawy, w któ­rej się poru­szał. Raz, że sta­no­wił dzięki temu mniej­szy cel, a dwa, łatwiej mu było strze­lać dzięki mniej­szemu oddzia­ły­wa­niu odrzutu broni na tra­jek­to­rię jego lotu.

Fin­der też miał dzięki temu mniej­szy kło­pot z celo­wa­niem. Pod­czas gdy dzie­się­cio­mi­li­me­trowe poci­ski prze­my­kały nad ich gło­wami, sier­żant wystrze­lił dwa razy, a po chwili jesz­cze trzeci raz. Wła­ści­ciel pisto­letu pole­ciał do tyłu, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc się przy tym obró­cić, by móc znowu użyć broni. Fin­der zakoń­czył jego sza­mo­ta­ninę czwar­tym strza­łem.

Lee jed­nak tego nie widział, zajęty swoim prze­ciw­ni­kiem. Celu­jąc wzdłuż lufy, namie­rzył gościa bro­nią na strzałki i wypa­lił. Nie poczuł pra­wie odrzutu, tylko falę nad­ci­śnie­nia, która omio­tła mu dłoń. Były to gazy rakie­to­wego poci­sku, odpro­wa­dzone bocz­nymi otwo­rami i rów­no­wa­żące odrzut. Moment póź­niej ogni­sta smuga pomknęła w kie­runku prze­ciw­nika.

Tra­fiła w gródź tuż nad głową gościa. Teraz jed­nak Lee rozu­miał już, czemu sier­żant prze­rwał na chwilę ogień po odda­niu dwóch strza­łów. Potrze­bo­wał tej chwili na sko­ry­go­wa­nie namia­rów celu w trój­wy­mia­ro­wej prze­strzeni. Lee wystrze­lił dwa razy do prze­ciw­nika, który znowu pod­no­sił broń.

Pierw­szy pocisk tra­fił go w ramię i obró­cił gwał­tow­nie. Kolejny pole­ciał dia­bli wie­dzą dokąd, na nowo ucząc porucz­nika pokory. Mie­rząc ostroż­nie, Lee przy­go­to­wał się do czwar­tego strzału...

Gdzieś bli­sko za jego ple­cami trzy razy ode­zwał się pisto­let. Co naj­mniej jeden pocisk musiał tra­fić pirata w sam śro­dek kadłuba. Krew wytry­snęła cien­kim stru­mie­niem, a sza­mo­ta­nina zmie­niła się w cha­otyczne drgawki.

Lee obró­cił się, by podzię­ko­wać Burn­sowi; ten machał roz­pacz­li­wie rękami, sta­ra­jąc się dosię­gnąć ściany i prze­rwać kozioł­ko­wa­nie spo­wo­do­wane odrzu­tem jego broni. Lee posta­no­wił mu pomóc...

- Mie­li­śmy iść czym prę­dzej do przodu, prawda, porucz­niku? - ode­zwał się nagle sier­żant.

Lee zamarł, obró­cił się w kie­runku mostka i ode­pchnął się od pokładu.

Pły­nąc przed sie­bie, usły­szał jesz­cze kilka słów, które sier­żant wypo­wie­dział na zastrze­żo­nym kanale, i nie zdo­łał opa­no­wać uśmie­chu.

- Cał­kiem nie­źle jak na nowego, skip­per.

Atak na mostek nie prze­biegł już rów­nie inte­re­su­jąco. Cho­ciaż dwóch prze­by­wa­ją­cych tam pira­tów miało dzie­się­cio­mi­li­me­trowe pisto­lety i otwo­rzyło ogień zaraz po tym, jak Fin­der cisnął do środka pustą ręka­wicę od zna­le­zio­nego kom­bi­ne­zonu. Każdy oddał tylko po trzy strzały, ale to wystar­czyło, by grupa porucz­nika zyskała prze­wagę. Gdy wdarła się do środka, tamci wal­czyli wciąż o usta­bi­li­zo­wa­nie swo­ich ciał, by móc znowu otwo­rzyć ogień.

- Skoro są chwi­lowo bez­radni, może zdo­łamy wziąć ich żyw­cem? - spy­tał porucz­nik.

- Nie - odparł sier­żant. - Już łapią orien­ta­cję. To muszą być Gór­niacy albo ktoś po dobrym tre­ningu w walce w próżni. Za kilka sekund będą gotowi...

- Ognia - rzu­cił Lee i wes­tchnął.

Dwa poci­ski od każ­dego z nich zała­twiły sprawę.

Dokład­nie w tej samej chwili gdzieś z tyłu dobiegł ich alarm modułu pozo­sta­wio­nego na któ­rychś drzwiach. Fin­der i Lee obró­cili się o sto osiem­dzie­siąt stopni i skie­ro­wali w tamtą stronę.

Nim dotarli do miej­sca pierw­szej potyczki, doj­rzeli Burnsa szu­ka­ją­cego osłony za wła­zem i usły­szeli cha­rak­te­ry­styczne poszcze­ki­wa­nie dzie­się­cio­mi­li­me­tro­wego pisto­letu, które kazało Rode­ri­gowi scho­wać się jesz­cze głę­biej. Zaraz potem gdzieś dalej ryk­nęła seria poci­sków o znacz­nie więk­szej pręd­ko­ści począt­ko­wej.

- Czy­sto - ode­zwał się Lewis na otwar­tym kanale. - Był tylko jeden. Dosta­łem go, sier­żan­cie. Tra­fi­łem go wszyst­kimi trzema poci­skami, cho­ciaż odrzut tro­chę mnie spo­nie­wie­rał...

- Świetna robota, Lewis. - Fin­der spoj­rzał na porucz­nika. - I to by było na tyle w kwe­stii prze­słu­cha­nia jeń­ców, porucz­niku.

- Par­szywy pech. - Lee pokrę­cił głową.

- Zakła­da­jąc, że ten ostatni zgi­nął czy­stym przy­pad­kiem - dodał sier­żant na zastrze­żo­nym kanale, zer­ka­jąc zna­cząco w stronę Lewisa.

Tak, pomy­ślał Lee. Będą musieli potem poga­dać.

Wró­ciw­szy na mostek swo­jego kutra, Lee zwol­nił zastępcę, ofi­cera imie­niem Ber­nardo de los Reyes, z peł­nie­nia obo­wiąz­ków dowódcy i podzię­ko­wał mu salu­tem.

- Zaczy­na­li­śmy się już o was mar­twić, skip­per - powie­dział de los Reyes.

Lee powoli ścią­gał ręka­wice ska­fan­dra.

- Jakieś dwie godziny temu musia­łem zarzą­dzić ciszę radiową, żeby spo­koj­nie zała­twić sprawę. Było ich pię­ciu.

- Ale czemu mil­cze­li­ście przez resztę tych dwóch godzin? - spy­tał ofi­cer, co było jakby czę­ścią rytu­ału obo­wią­zu­ją­cego na mostku. Sam świet­nie rozu­miał, że skoro dowódca zacho­wał pełną ciszę radiową nawet po walce, musiał być po temu jakiś powód. Zapewne bar­dzo ważny.

- Nie pora o tym gawę­dzić, Ber­nie. Mamy jesz­cze coś do zro­bie­nia.

Fin­der też zja­wił się na mostku. Wciąż jesz­cze był w ska­fan­drze.

- Porucz­nik Strong doszedł do bar­dzo cie­ka­wych wnio­sków, Ber­nie.

- Naprawdę? - mruk­nął znacz­nie młod­szy od sier­żanta ofi­cer. Obaj znali się jesz­cze z daw­nych cza­sów. Zgod­nie z pra­wem star­szeń­stwa oraz w zwy­kłych oko­licz­no­ściach to Fin­der powi­nien być teraz pierw­szym ofi­cerem kutra Vene­ra­ted Gaia. Sier­żant zdo­łał jed­nak przez lata na tyle zaleźć za skórę róż­nym dur­nym ofi­cer­kom z Ziemi, że ci zro­bili, co było w ich mocy, żeby ni­gdy nie awan­so­wał wyżej miej­sca, które zaj­mo­wał w tej chwili.

Lee prze­pły­nął przez mostek, by zawi­snąć ponad ramie­niem nawi­ga­tora.

- Wolny?

- Tak, porucz­niku?

- Pro­szę spraw­dzić, dokąd przy obec­nej tra­jek­to­rii Fra­grant Blos­som dotrze w ciągu naj­bliż­szych trzech tygo­dni.

- Ależ sir, Fra­grant Blos­som leży w dry­fie. Napęd jest nie­czynny i trudno mówić o jakimś kur­sie...

- Wiem. Ale i tak sprawdź. Nawet jeśli to tylko moja zachcianka.

- Tak, sir.

Nawi­ga­tor zabrał się do pracy i Ber­nie oraz Fin­der pod­pły­nęli bli­żej, by śle­dzić jego postępy.

Ekran kom­pu­tera zami­go­tał i poka­zał krzywą kur­sową, która pro­wa­dziła do czer­wo­nego kręgu ozna­cza­ją­cego moż­liwe spo­tka­nie ze znaj­du­ją­cym się na kar­tach nieba obiek­tem.

- Pro­szę obraz na główny ekran - powie­dział Lee, wska­zu­jąc brodą na kom­pu­ter.

Wycho­dziło na to, że przy obec­nym kur­sie Fra­grant Blos­som miał wyjść z czę­ści pasa aste­roid leżą­cej przy Jowi­szu, wcze­śniej jed­nak mija­jąc jeden z tych okru­chów skal­nych, ozna­czony jako 216 Kle­opa­tra.

Lee spoj­rzał na swo­ich dwóch pod­wład­nych.

- Pory­wa­cze nie usta­wili liniowca w dry­fie. Gdyby tak było, na­dal znaj­do­wałby się na kur­sie w kie­runku na Kal­li­sto. Jest jed­nak ina­czej, a to ozna­cza, że po prze­ję­ciu statku uru­cho­mili napęd i doko­nali zmiany kur­so­wej, mie­rząc w ten kamyk. - Wska­zał na zakre­śloną na czer­wono Kle­opa­trę.

- Ale dla­czego? - spy­tał nawi­ga­tor.

- Bo ktoś tam na nich czeka - zasu­ge­ro­wał Lee.

Ber­nie i Fin­der jako jedyni prze­szli wraz z Lee do klau­stro­fo­bicz­nej sali odpraw. Ledwo weszli, Ber­nie się­gnął pod obu­dowę świetl­nego stołu nakre­so­wego, który poka­zy­wał już kurs na Kle­opa­trę, i pstryk­nął prze­łącz­ni­kiem, włą­cza­jąc gene­ra­tor bia­łego szumu. Pro­du­ko­wany przez niego hałas bar­dziej czuło się, niż sły­szało.

Lee spoj­rzał na Ber­niego.

- Coś ten dzień cały jest na bakier z regu­la­mi­nem. Same nie­spo­dzianki.

Ber­nie wzru­szył ramio­nami.

- Pew­nie tak, sir. Kiedy dotrzemy do Kle­opa­try?

- Za dwie godziny i osiem minut - odparł Lee. - To ozna­cza, że nie zdążę omó­wić z wami wszyst­kiego, co zna­leź­li­śmy na Blos­som. Do dia­bła, nie star­czy nawet czasu na nawią­za­nie kon­taktu z Mar­sem, by popro­sić o dal­sze instruk­cje.

Ber­nie poki­wał głową. Mars znaj­do­wał się obec­nie w odle­gło­ści ponad dwu­dzie­stu minut świetl­nych, co gwa­ran­to­wało nie­mal godzinne, a w prak­tyce nawet więk­sze opóź­nie­nie w roz­mo­wie.

- Zanim dojdą do cze­goś sen­sow­nego, my już będziemy musieli dzia­łać - zgo­dził się. - Jedyne wyj­ście to przed­się­wziąć coś na wła­sną rękę, ale jeśli noga się nam powi­nie, obe­rwiemy za to, że nie cze­ka­li­śmy na odpo­wiedź. Jeśli zaś zdążą nam przy­słać cho­ciaż ogólne instruk­cje, to w razie nie­po­wo­dze­nia okaże się, że nasz mel­du­nek był nie­kom­pletny, a wyko­na­nie roz­ka­zów pozo­sta­wiało wiele do życze­nia. Czy o tym pan myśli, skip­per?

- Mniej wię­cej - zgo­dził się Lee.

- Czyli tak czy siak, mamy prze­srane - mruk­nął Fin­der.

- Ja mam, pano­wie. Ja mam prze­srane - wes­tchnął Lee. - Chęt­nie podzie­lił­bym się z wami odpo­wie­dzial­no­ścią, a tym samym i naj­pew­niej winą, ale ja tu dowo­dzę. A skoro to ja pod­pi­suję roz­kazy, mnie będą z nich roz­li­czać.

Ber­nie spoj­rzał na Fin­dera i uśmiech­nął się prze­bie­gle.

- A wła­śnie, czy na­dal mamy pro­blemy z łączem lase­ro­wym?

W pierw­szej chwili Fin­der nie zdo­łał opa­no­wać zdu­mie­nia, ale zaraz poki­wał ze smut­kiem głową.

- A tak. Mamy. I cią­gle nie udaje się usta­lić, co tam się poro­biło.

- A zapi­sa­łeś wczo­raj w dzien­niku, że odmó­wiło posłu­szeń­stwa?

- Chyba nie. Będę musiał spraw­dzić. W razie czego doko­nam wstecz­nej korekty - dodał z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Obu was powi­nie­nem posta­wić do raportu - ode­zwał się Lee, jakimś cudem opa­no­wu­jąc rado­sny gry­mas twa­rzy.

- Bez­wa­run­kowo - zgo­dził się Ber­nie. - Z całą suro­wo­ścią.

- Dobrze - powie­dział Lee. - Zatem łącze lase­rowe "ożyje" dopiero po naszym podej­ściu do Kle­opa­try. Za późno, byśmy mogli cze­kać na jakie­kol­wiek roz­kazy z Marsa, ale aku­rat w porę, by posłać im w miarę kom­pletny mel­du­nek o naszych zna­le­zi­skach. Z radia zaś aku­rat korzy­stać nie możemy, skoro ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo obec­no­ści wro­giej jed­nostki w naszej oko­licy.

- Aye, sir - zgo­dził się Ber­nie. - Wszystko zgod­nie z regu­la­mi­nem. Zawsze się go trzy­mamy.

- Zauwa­ży­łem.

- Ale pan od samego początku podej­rze­wał, że porwa­nie tego liniowca było jakieś dziwne - spy­tał Fin­der. - Dla­czego?

Lee wzru­szył ramio­nami.

- Logicz­nie rzecz bio­rąc, mając sta­tek ze spraw­nym napę­dem, źli chłopcy powinni jak naj­szyb­ciej uciec do jakiejś dziury. Tyle że wów­czas dostrze­gli­by­śmy ich z daleka. Albo przez sygna­turę czyn­nego napędu, albo pro­mie­nio­wa­nie pod­czer­wone cie­płych jesz­cze dysz. Oni jed­nak zadbali, by nie rzu­cać się w oczy na naszych ekra­nach.

- Suge­ruje więc pan, że spo­dzie­wali się naszej obec­no­ści? - spy­tał Ber­nie. - Ale skąd mogliby wie­dzieć...?

- I to jest wła­śnie dziwne, wręcz podej­rzane. Szli­śmy na zimno, bez żad­nych emi­sji. Bez dostępu do nie­jaw­nych mate­ria­łów nie mieli żad­nej szansy, by się o nas dowie­dzieć. Musieli chyba znać plan naszego patrolu.

- Cho­lera - mruk­nął Fin­der. - To byłaby grub­sza afera.

- Ow­szem, ale wszystko na to wska­zuje. Nie tylko wie­dzieli, że jeste­śmy w oko­licy, ale na doda­tek zabez­pie­czyli się na wypa­dek pod­ję­cia przez nas próby abor­dażu w typowy spo­sób.

- To zna­czy? - spy­tał Ber­nie i zmarsz­czył czoło.

- Gdy zała­twi­li­śmy już pory­wa­czy i zabez­pie­czy­li­śmy sta­tek, zna­leź­li­śmy miny pułapki blo­ku­jące wszyst­kie zwy­kłe drogi na pokład - wyja­śnił Fin­der. - Poza tą jedną, o któ­rej albo nie wie­dzieli, albo zapo­mnieli.

- W szy­bie układu odrzu­ca­nia reak­tora? - Ber­nie pokrę­cił głową. - Pew­nie nie sądzili, że kto­kol­wiek z nas będzie na tyle sza­lony, żeby się do niego zbli­żyć.

- A dokład­niej rzecz okre­śla­jąc, że zawie­rzyli sile naszych prze­są­dów? - rzu­cił z uśmie­chem Lee. - Prze­są­dów sil­niej­szych niż prawa fizyki.

- Tak. - Ber­nie podra­pał się za uchem. - Ale skoro już o tym mówimy, porucz­niku, od jakie­goś czasu zauwa­żamy z sier­żan­tem, że różni się pan tro­chę od ofi­ce­rów przy­sy­ła­nych tu zwy­kle z Ziemi.

- Mówiąc wprost, pró­bu­je­cie zro­zu­mieć, dla­czego nie oka­za­łem się aro­ganc­kim dup­kiem?

Fin­der par­sk­nął śmie­chem, Ber­nie uśmiech­nął się sze­roko.

- No... coś w tym rodzaju.

- To długa histo­ria, ale na razie powiedzmy, że moja rodzina nie cie­szy się szcze­gól­nym zaufa­niem ziem­skich poli­ty­ków.

- A skąd jest ta rodzina, porucz­niku?

- Naj­pierw Tacoma, potem Van­co­uver, ostat­nio Amherst.

Fin­der i Ber­nie wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

- Ta tra­dy­cja wichrzy­cieli z Nowego Świata? - spy­tał Ber­nie.

Lee pokrę­cił głową.

- Ja aku­rat nie, ale moja rodzina ow­szem. Oba­wiam się jed­nak, że to wymie­ra­jący gatu­nek.

- Odno­szę wra­że­nie, że duch nie­za­leż­no­ści nie umiera łatwo w "kolo­niach".

- Może i nie­ła­two. - Lee spró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale daleko mu było do weso­ło­ści. - W sumie jed­nak umiera. Wol­no­my­śli­ciele nie mają teraz łatwego życia. A gdy ktoś został opi­sany w aktach jako "recy­dy­wi­sta", staje się oby­wa­te­lem dru­giej kate­go­rii.

Ber­nie z Fin­de­rem znowu wymie­nili spoj­rze­nia.

- Tak, wiemy.

Lee oparł się w fotelu. Już od jakie­goś czasu szy­ko­wał się do odby­cia z Fin­de­rem "dłuż­szej roz­mowy", ale teraz oka­zało się, że Ber­nie też powi­nien wziąć w niej udział.

- Mówi­cie więc, że mnie obser­wo­wa­li­ście?

Fin­der uśmiech­nął się, napeł­nia­jąc kuli­sty pojem­nik kawą.

- Dopiero teraz się pan zorien­to­wał? Taki bystrzak?

- Nie. Ale nie wie­dzia­łem, że robi­li­ście to aż tak meto­dycz­nie. I cie­kawi mnie, czego jesz­cze nie wiem.

Ber­nie pokrę­cił głową.

- Na razie nie wie pan nawet połowy, porucz­niku.

- Wie­rzę na słowo, ale ta sprawa musi pocze­kać. - Lee spoj­rzał na cza­so­mierz. - Za dwie godziny przej­dziemy obok Kle­opa­try i mamy jesz­cze sporo roboty.

- Na przy­kład co? - spy­tał Ber­nie. - Na mój gust naj­le­piej byśmy zro­bili, trzy­ma­jąc się po cichu ogona Blos­som i cze­ka­jąc, aż ktoś zjawi się, by pod­jąć grupę sztur­mową. Wtedy mogli­by­śmy ude­rzyć na nich w chwili prze­siadki i...

Lee pokrę­cił głową.

- Zakłada pan, że po dotar­ciu do Kle­opa­try mieli się zatrzy­mać na dłuż­sze posie­dze­nie, pory­wa­cze zaś cze­ka­liby na pokła­dzie liniowca na pod­ję­cie. Bar­dziej praw­do­po­dobny wydaje mi się plan, w któ­rym wyszliby sami w próż­nię, by cze­kać tam na zdal­nie ste­ro­wany holow­nik. W ten spo­sób ich macie­rzy­sty sta­tek mógłby cały czas ukry­wać się w cie­niu aste­ro­idy.

Ber­nie i Fin­der raz jesz­cze spoj­rzeli po sobie.

- On ma rację - mruk­nął w końcu sier­żant.

- Jak by nie patrzeć - przy­tak­nął Ber­nie. - Świat się koń­czy. Facet "z dołu" uczy mnie dzia­łań w próżni. Gdy wrócę na Marsa, mama mnie do domu nie wpu­ści.

- Może nic jej o tym nie mów - zapro­po­no­wał Lee. - Ale chwi­lowo nie ta ope­ra­cja mar­twi mnie naj­bar­dziej.

- Nie? - spy­tał Fin­der, w jed­nej chwili zapo­mi­na­jąc o kawie.

- Nie. Skoro pory­wa­czom nie cho­dziło o zakład­ni­ków i naj­wy­raź­niej nie zale­żało im też na samym statku, pozo­staje pyta­nie o ich moty­wa­cję. Ich cel, wciąż dla nas nie­znany.

Ber­nie wzru­szył ramio­nami.

- Rozu­miem, ale czy to ma zna­cze­nie?

- Tak. Skoro posta­rali się o dostęp do naszych nie­jaw­nych infor­ma­cji, musi cho­dzić o jakąś naprawdę wielką ope­ra­cję, którą sta­rają się utrzy­mać w tajem­nicy, albo przy­naj­mniej w cie­niu. Mogą więc być gotowi do pod­ję­cia róż­nych środ­ków zapo­bie­gaw­czych, by sprawa się nie roz­nio­sła.

- Cho­lera - wes­tchnął Fin­der. - Nasz chło­pak... to zna­czy porucz­nik, ma naj­pew­niej rację. Może być nawet tak, że przej­ście obok Kle­opa­try posłuży jedy­nie za potwier­dze­nie, że robota się udała. I sygnał, że można już ekipę pory­wa­czy, czyli poten­cjal­nych nie­wy­god­nych świad­ków, usu­nąć.

- A tak - zgo­dził się Ber­nie i poki­wał głową. - To by paso­wało. - Zało­żył ręce na piersi. - Co więc zro­bimy, skip­per?

- Czy wszyst­kie nasze wła­sne zdal­nie ste­ro­wane holow­niki są sprawne?

- Pełna goto­wość, sir.

- Świet­nie. Ile zesta­wów pasyw­nych sen­so­rów mamy w maga­zy­nie?

- Sześć, sir. Róż­nych typów.

Lee pochy­lił się nad sto­łem.

- Dobrze zatem. Oto, co zro­bimy...

Nie­mal dwie godziny póź­niej na pokła­dzie kutra Vene­ra­ted Gaia ogło­szony został alarm bojowy, jed­nak poza tym nie­wiele się zmie­niło i załoga za nic nie rozu­miała, dla­czego porucz­nik Strong wahał się z pod­ję­ciem bar­dziej zde­cy­do­wa­nych dzia­łań. Przez cały czas sta­te­czek, prze­zwany już dawno temu Vene­real Gato, sunął powoli przed sie­bie, skryty w cie­niu liniowca.

Wraz z nimi w prze­strzeni dry­fo­wały naj­róż­niej­sze śmieci, pocho­dzące z ładowni Fra­grant Blos­som. Więk­szość roz­mia­rów prze­cięt­nej kanapy. Podą­żały nie­mal rów­no­le­głym kur­sem, ale z cza­sem odda­lały się coraz bar­dziej od obu jed­no­stek.

Gato był nie­mal tak cichy jak prze­strzeń, którą prze­mie­rzał. Wobec braku gwaru ludz­kich gło­sów szum kom­pu­te­rów i połą­czony z lekką wibra­cją pomruk urzą­dzeń pokła­do­wych, pra­cu­ją­cych obec­nie na zasi­la­niu z aku­mu­la­to­rów, były szcze­gól­nie sły­szalne. Atmos­fera była ner­wowa, co wią­zało się głów­nie z per­spek­tywą moż­li­wej walki, w któ­rej mało kto miał jakie­kol­wiek doświad­cze­nie. Star­cia w próżni były na tyle rzad­kie, że dla wielu cała sytu­acja była wręcz sur­re­ali­styczna. Na doda­tek nie mieli zie­lo­nego poję­cia, z kim wła­ści­wie przyj­dzie im się zmie­rzyć. Wszy­scy wbi­jali wręcz spoj­rze­nia w ekrany i prze­bie­rali pal­cami, gotowi do wyko­na­nia roz­ka­zów.

Na razie wachta na mostku mogła obser­wo­wać tylko Kle­opa­trę, długi na 217 kilo­me­trów sopel skalny, mie­rzący w naj­szer­szym miej­scu 94 kilo­me­try. Z każdą chwilą sta­wał się coraz więk­szy. Kozioł­ko­wał z wolna; pełen obrót zaj­mo­wał mu pięć godzin. W nie­ja­kiej odle­gło­ści od niego krą­żyły jesz­cze dwa "kamie­nie", jeden o śred­nicy trzech, drugi pię­ciu kilo­me­trów. Widać też było sporo gruzu pozo­sta­łego po pra­cach wydo­byw­czych. Te kawałki były róż­nych gaba­ry­tów, od odłam­ków wiel­ko­ści piłki po złomy roz­mia­rów kamie­nicy. Jeśli był tu jakiś wrogi sta­tek, miał do wyboru aż kil­ka­dzie­siąt obiek­tów, za któ­rymi można było się ukryć. Oczy­wi­ście z samą Kle­opa­trą na czele.

- Aste­ro­ida jest już w zewnętrz­nej stre­fie zasięgu naszego uzbro­je­nia, skip­per - zamel­do­wał ofi­cer ogniowy, wyraź­nie wal­cząc przy tym z sucho­ścią w gar­dle.

- Jak czuj­niki? - spy­tał Lee, nie odwra­ca­jąc głowy od ekranu.

- Bez zmian, sir. Gdy­by­śmy włą­czyli aktywne, mie­li­by­śmy oczy­wi­ście lep­sze dane...

- Niech pan nawet o tym nie myśli! - prze­rwał mu Lee. - Zero emi­sji, aż dam roz­kaz.

- Tak, sir, ale...

- Zdaję sobie sprawę z faktu, że uży­cie bier­nych czuj­ni­ków ogra­ni­cza nasze moż­li­wo­ści bojowe i utrud­nia bra­nie namia­rów ognio­wych. Nie­mniej na razie pro­szę pil­no­wać łączy lase­ro­wych z naszymi son­dami i mel­do­wać na bie­żąco o zmia­nach.

- Tak, sir.

Ber­nie pod­pły­nął bli­żej ofi­cera.

- Porucz­niku, bez wąt­pie­nia bie­rze pan pod uwagę i taką ewen­tu­al­ność, że nikt nie czeka tutaj na pory­wa­czy. Być może pla­no­wali prze­siąść się jedy­nie na jakiś sta­te­czek, który wcze­śniej tu zosta­wili. Jeśli tak jest, możemy go łatwo prze­oczyć.

- Tak, to moż­liwe - zgo­dził się Lee.

- Ale nie kupuje pan tej teo­rii?

- Nie kupuję. Bio­rąc pod uwagę, ile zain­we­sto­wali dotąd w całą ope­ra­cję, nie przy­pusz­czam...

- Porucz­niku! - ode­zwał się z prze­ję­ciem tech­nik od czuj­ni­ków, dostrze­gł­szy blask bijący zza dru­giego końca aste­ro­idy. Łuna była poma­rań­czowa, ale ekran nie prze­ka­zy­wał im obrazu w rze­czy­wi­stych kolo­rach. Ta barwa ozna­czała inten­sywne pro­mie­nio­wa­nie pod­czer­wone.

- Widzę. Pro­szę o trian­gu­la­cję źró­dła cie­pła.

- Nie dam rady, sir. Nie z obec­nie uży­wa­nymi czuj­ni­kami.

Ber­nie przy­gryzł wargę i wpa­trzył się w poma­rań­czowy poblask.

- To musi być coś dużego, jeśli te sen­sory tak to widzą - powie­dział. - Może nawet...

- Napęd nukle­arny - stwier­dził wprost Lee.

- Tego wła­śnie pan ocze­ki­wał? - spy­tał Fin­der, poja­wia­jąc się na mostku.

- Sier­żan­cie, w cza­sie alarmu bojo­wego pana poste­ru­nek jest na rezer­wo­wym sta­no­wi­sku dowo­dze­nia! - rzu­cił mu porucz­nik. - Gdyby mostek został znisz­czony...

Nie­któ­rzy sto­jący obok dowódcy gwał­tow­nie poble­dli. Fin­der zasa­lu­to­wał ener­gicz­nie. Na ile to było moż­liwe, oczy­wi­ście.

- Wła­śnie tam zdą­żam, sir.

Ber­nie uśmiech­nął się lekko, ale spo­waż­niał, gdy porucz­nik spoj­rzał w jego stronę.

- Panie de los Reyes, jest pan jedyną osobą na mostku, która nie zapięła jesz­cze pasów. Pro­szę natych­miast to uczy­nić.

Ber­nie prze­łknął ciężko ślinę i posłu­chał roz­kazu.

Smu­kły Mar­sja­nin obsłu­gu­jący kon­solę czuj­ni­ków miał chyba coraz więk­sze kło­poty z oddy­cha­niem.

- Ta łuna ma coraz wyż­szą tem­pe­ra­turę - powie­dział zdu­szo­nym gło­sem. - Wykry­wamy wyso­ko­ener­ge­tyczne cząstki...

- Jasne, że tak - mruk­nął Lee. - Przy­go­to­wać się do zmiany szyku bier­nych czuj­ni­ków. Ale ostroż­nie, by nie roz­trą­cić śmieci, mię­dzy któ­rymi je ukry­li­śmy.

- Aye, sir. Holow­niki są gotowe prze­su­nąć masko­wa­nie, by nie zasła­niało pola czuj­ni­kom.

Roz­kaz padł w ide­al­nej chwili. Źró­dło bla­sku wychy­nęło zza aste­ro­idy pod posta­cią wście­kle czer­wo­nego punktu.

- Wam­pir, wam­pir! - wykrzyk­nął tech­nik. - Pręd­kość... kurde mole!

Lee zigno­ro­wał nie­re­gu­la­mi­nowy okrzyk.

- Uzbro­je­nie, od tej chwili przej­mu­je­cie czuj­niki. Trian­gu­la­cja pasyw­nymi na źró­dło pro­mie­nio­wa­nia.

- Ale to nie da nam uży­tecz­nych namia­rów celu, sir.

- Wiem o tym. Na razie nie musi. A jak długo nasze aktywne czuj­niki są wyłą­czone, tam­ten nie może nawet przy­pusz­czać, że go namie­rzy­li­śmy. Chyba że ktoś tam ma zdol­no­ści para­nor­malne i wywą­cha jakoś, że te śmieci wkoło skry­wają nasze sondy.

- Które na doda­tek wzmac­niają odbiór - dodał z podzi­wem Ber­nie.

- Tak, o to też cho­dziło. Ster, w goto­wo­ści. Nawi­ga­cja, przy­go­to­wać zwrot na kurs od wam­pira.

- Ucie­kamy... sir?

- Nie, narzu­camy dystans. A jeśli będę jesz­cze choć sekundę dłu­żej cze­kać na ten kurs, uznam to za zanie­dby­wa­nie obo­wiąz­ków, jasne?

- Tak jest, sir! Już przy­go­to­wuję kurs, sir!

- Mam uru­cho­mić napęd? - spy­tał tech­nik maszy­nowy, zwil­ża­jąc języ­kiem wargi.

- Jesz­cze nie. W tej chwili wydzie­lamy mniej cie­pła niż siłow­nia liniowca. Na razie niech tak zosta­nie.

- Kry­jemy się w jego ema­na­cji ciepl­nej - rzu­cił z uśmie­chem Ber­nie.

- Mam nadzieję. Uzbro­je­nie, zapro­gra­mo­wać sze­roki roz­rzut poci­sków.

- Ile ptasz­ków mamy wystrze­lić, sir?

- Wszyst­kie jedną salwą.

- Sir?

- A jak szybko on nad­ciąga? Czy w tej sytu­acji będzie szansa na drugą salwę?

Tech­nik prze­łknął ciężko ślinę.

- Aye, sir, wszyst­kie w jed­nej sal­wie.

Czer­wony punkt urósł wyraź­nie i prze­stał być tak jed­no­wy­mia­rowy, jego czer­wień zaś przy­bie­rała na inten­syw­no­ści.

- Ten cho­ler­nik ma dwa razy więk­szy ciąg niż my - mruk­nął ster­nik.

- Jeśli się nie mylę, to pięć razy więk­szy, i zosta­wia sil­nie radio­ak­tywny ślad, który nie­malże świeci w ciem­no­ści.

- Kurna... tak, sir. Chyba tak jest - ode­zwał się tech­nik od czuj­ni­ków.

- Uzbro­je­nie, mamy wstępny namiar celu?

- Jesz­cze nad nim pra­cuję, sir. Przy tych czuj­ni­kach inter­po­la­cja...

- Czy wam­pir uru­cho­mił swoje aktywne czuj­niki?

- Nie... cho­ciaż powi­nien już to zro­bić, sir. Ma zasięg. Może coś mu się uszko­dziło...?

- Pew­nie ma na pokła­dzie tylko poci­ski ama­tor­skiej roboty, o mniej­szym zasięgu niż nasze. Ma nadzieję, że spa­ni­ku­jemy, widząc go zbli­ża­ją­cego się z taką pręd­ko­ścią, i wypa­limy na ślepo z mak­sy­mal­nego dystansu.

Ber­nie poki­wał głową.

- Tak, chce nas spro­wo­ko­wać do strzału już teraz, gdy namie­rzamy tylko jego ślad cieplny. A jeśli to zro­bimy, przej­dzie w tryb aktywny, szybko zła­pie namiar na nasze źró­dła emi­sji i złoi nam dupę.

Lee przy­tak­nął. Coraz bar­dziej pocił się pod pachami i nie było to przy­jemne.

- Uzbro­je­nie, ponow­nie, mamy wstępny namiar?

- Jesz­cze... Jest! Marny i nie­pewny, ale jest. Tyle że bez gwa­ran­cji tra­fie­nia, sir.

- Odpa­lić salwę. Poci­ski na ste­ro­wa­nie wiązką pro­wa­dzącą.

- Ale sir, jeśli mają go tra­fić, musimy przejść na aktywne...

- Nie teraz. Dopiero, gdy nasze poci­ski poko­nają pięć­dzie­siąt pro­cent drogi do celu.

- Wła­śnie docho­dzą do tej gra­nicy... Już!

- Włą­czyć aktywne. Prze­ka­zać dokładne namiary celu poci­skom. Maszy­now­nia, pełna moc. Ster, kurs do wam­pira.

- Poci­ski prze­cho­dzą na aktywne śle­dze­nie celu - zamel­do­wał tech­nik. - Osiem­dzie­siąt pro­cent z nich na­dal ma szansę na prze­chwy­ce­nie.

Odle­głe już mocno poci­ski prze­stały podą­żać nie­mal na ślepo, napro­wa­dzane jedy­nie na ślad cieplny tajem­ni­czego statku. Teraz dys­po­no­wały peł­nym zesta­wem danych, który wiódł je pre­cy­zyj­nie, jak po sznurku. Wcze­śniej­szy, pro­wi­zo­ryczny namiar oka­zał się na tyle dokładny, że aż osiem z dzie­się­ciu rakiet miało szansę na wyko­na­nie swego zada­nia. Obec­nie poko­nały już sześć­dzie­siąt pro­cent dystansu.

Tam­ten bez wąt­pie­nia ocze­ki­wał, że Gato uru­chomi aktywne czuj­niki już w momen­cie odpa­le­nia salwy, i sądził, że będzie miał dość czasu na sku­teczną reak­cję. Nie­mniej wobec ośmiu nad­cią­ga­ją­cych rakiet musiał sku­pić się na uni­kach. Wykrę­ciw­szy kadłub o dzie­więć­dzie­siąt stopni, dał pełny ciąg, by jak naj­szyb­ciej zmie­nić zasad­ni­czy wek­tor lotu. Ale olbrzy­mia pręd­kość postę­powa, roz­wi­nięta wcze­śniej dla zmniej­sze­nia dystansu od prze­ciw­nika, teraz dzia­łała prze­ciwko niemu. Wpraw­dzie odcho­dził z wolna w bok, ale zasad­ni­czy kie­ru­nek lotu zmie­niał się bar­dzo wolno. Na tyle wolno, że gło­wice poci­sków nie miały więk­szych kło­po­tów z obli­cza­niem popra­wek kur­so­wych.

W ostat­niej chwili wypu­ścił jesz­cze salwę wła­snych rakiet, po czym zgi­nął w krót­kim, gwał­tow­nym roz­bły­sku.

Na mostku kutra roz­le­gły się wiwaty, uci­szone zaraz ostrym pyta­niem porucz­nika.

- Ile cią­gnie na nas?

- Trzy, sir. Zagłu­szamy, ale trzy­mają namiar celu.

- Pew­nie idą teraz na wła­snym napro­wa­dza­niu i kie­rują się na nasze źró­dła emi­sji. Wystrze­lić pozo­ra­tory i flary.

- I to jest jesz­cze jeden powód, dla któ­rego tak późno kazał pan włą­czyć nasz napęd - mruk­nął Ber­nie. - Gdy­by­śmy grzali go od godziny, byłby wyraź­niej­szym celem niż flary.

Nie­mal w tej samej chwili usły­szeli mel­du­nek, że jeden z poci­sków skie­ro­wał się na pozo­ra­tor emi­tu­jący fale radiowe, a dwa skrę­ciły w kie­runku flar.

Lee roz­piął pasy i wstał.

- Odbój alarmu. - Pochy­lił się i włą­czył inter­kom. - Sier­żant Fin­der natych­miast do mnie. Ster?

- Tak, sir?

- Jako naj­star­szy stop­niem przej­muje pan mostek. Będę w kabi­nie odpraw z panem de los Rey­esem. Gdy sier­żant do nas dołą­czy, zaj­miemy się przy­go­to­wa­niem raportu z akcji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki