Honor Harrington (#13). Cień Saganami - David Weber

-
Proszę czekać

WSTĘP

Salwa rakiet nad­le­ciała od strony rufy.

Anty­ra­kiety uniesz­ko­dli­wiły jede­na­ście. Uszko­dzony wabik holo­wany z pra­wej burty ścią­gnął na sie­bie dwie kolejne. Lewo­bur­towy nie ścią­gnął żad­nej, bo został znisz­czony przez rakiety przed­ostat­niej salwy... albo poprzed­niej... Nie pamię­tał, a nie miał głowy, by się nad tym zasta­na­wiać.

- Ster­nik, zwrot o dzie­więć­dzie­siąt stopni na prawą burtę i ostro w górę! - pole­cił. - Sta­wiamy go na rufie.

- Aye, aye, sir... Jest dzie­więć­dzie­siąt stopni na prawo i ostro w górę, sir! - odrzekł bos­man­mat Man­grum.

HMS Defiant sta­nął dęba, kła­dąc się rów­no­cze­śnie w ostry zwrot, by chro­nić słab­szą lewą burtę, a jego manewr powtó­rzyły nad­la­tu­jące rakiety. Lasery obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej lek­kiego krą­żow­nika roz­po­częły ostrzał i pierw­sza z nad­la­tu­ją­cych rakiet prze­stała ist­nieć. Potem druga i trze­cia... pozo­stałe jed­nakże leciały dalej.

- Valiant stra­cił dzio­bowy pier­ścień napędu, sir! I...

Odwró­cił się ku głów­nemu ekra­nowi wizu­al­nemu aku­rat w momen­cie, w któ­rym w sio­strzany okręt Defianta tra­fiła pełna salwa rakiet wystrze­lo­nych przez krą­żow­nik liniowy Ludo­wej Mary­narki. Poci­ski deto­no­wały rów­no­cze­śnie w odle­gło­ści nie­ca­łych pię­ciu tysięcy kilo­me­trów od lewej burty Valianta i wiązki spo­la­ry­zo­wa­nej ener­gii i ich impul­so­wych gło­wic lase­ro­wych prze­szły przez osłonę bur­tową niczym roz­grzane igły przez masło. Pan­cerz lek­kiego krą­żow­nika w miej­scach tra­fie­nia wypa­ro­wał, węzły napędu eks­plo­do­wały niczym zabyt­kowe żarówki, a z roz­pru­tych prze­dzia­łów bojo­wych zaczęła wycie­kać atmos­fera. A potem jedna trze­cia okrętu, licząc od dziobu, prze­stała ist­nieć. Nie eks­plo­do­wała, ale po pro­stu prze­stała ist­nieć. Wrak zaczął wyczy­niać jakieś dziwne manewry, a zaraz potem eks­plo­do­wał.

- Han­dley i Pla­sma Stream weszły w nad­prze­strzeń, sir! - zamel­do­wał Fran­klin i przez moment poczuł coś na kształt try­umfu.

Ale tylko przez moment.

Dwa statki z kon­woju ucie­kły... resz­cie się nie udało... Reso­lute i Valiant były znisz­czone... a teraz nade­szła kolej na Defianta...

Sześć rakiet prze­biło się przez ostrzał sprzę­żo­nych dzia­łek lase­ro­wych obrony i deto­no­wało rów­no­cze­śnie.

Okrę­tem tar­gnęła seria eks­plo­zji, a zaraz potem zawyły alarmy uszko­dze­niowe, któ­rym towa­rzy­szyły wtórne wybu­chy roz­ma­itych ele­men­tów wypo­sa­że­nia okrętu oraz lita­nia mel­dun­ków.

- Wyrzut­nie 17, 19 i 20 znisz­czone!... Węzły alfa 14, beta 29 i 30 znisz­czone!... Poważne uszko­dze­nia od gro­dzi 697 ku rufie!... Sta­no­wi­ska dzia­łek lase­ro­wych od 25 do 30 nie ist­nieją!... Maga­zyn arty­le­ryj­ski numer 4 roz­her­me­ty­zo­wany!... Działa lase­rowe 17 i 19 znisz­czone!... Cięż­kie straty w obsa­dzie maszy­nowni...

Lista znisz­czeń i ofiar cią­gnęła się, a on nie miał czasu jej słu­chać - od tego były dru­żyny awa­ryjne i ich koor­dy­na­tor. Jego wszech­świat zawę­ził się do ekranu tak­tycz­nego i sta­no­wi­ska ster­nika.

- Wystrze­lić wabiki Mike-Lima ze wszyst­kich dzio­bo­wych wyrzutni! - pole­cił. - Obrót na lewą burtę i plan uni­ków Uni­form-X!

Man­grum był dosko­na­łym ster­ni­kiem, a Defiant wręcz per­fek­cyj­nie słu­chał steru, dzięki czemu zawró­cił nie­malże w miej­scu, kie­ru­jąc się dzio­bem ku nad­la­tu­ją­cym nowym rakie­tom. Wabiki, nie te nale­żące do sys­temu Ghost Rider, bo one zostały już zużyte do ostat­niego, wypry­snęły przed okręt. Choć słab­sze, zro­biły co mogły, by odcią­gnąć od Defianta jak naj­wię­cej rakiet. Na mostku czuć było dym i zapach sma­żą­cej się elek­tro­niki... oraz spa­lo­nych ciał... Sły­szał gdzieś w tle czyjś ago­nalny krzyk... ale to wła­śnie było tło, któ­rym nie miał moż­li­wo­ści się zająć...

- Obrona anty­ra­kie­towa, plan ogniowy Hora­tius! - wark­nął.

Z dzio­bo­wych wyrzutni prze­ciw­ra­kie­to­wych wystrze­lono kar­ta­cze. Była to amu­ni­cja rzadko uży­wana, zwłasz­cza przez okręty tak małe jak lekki krą­żow­nik, ale opra­co­wano ją z myślą o takiej wła­śnie sytu­acji. Defiant stra­cił pra­wie połowę wyrzutni prze­ciw­ra­kie­to­wych, a kar­ta­cze były poci­skami wystrze­li­wa­nymi z nor­mal­nych wyrzutni rakiet, tyle że każdy zawie­rał kil­ka­na­ście poci­sków anty­ra­kie­to­wych i natych­miast pękał, uwal­nia­jąc je. A mimo poważ­nych uszko­dzeń okręt zacho­wał pra­wie trzy czwarte łączy obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej, które pozwa­lały na zdalne ste­ro­wa­nie wszyst­kimi odpa­lo­nymi anty­ra­kie­tami.

Przy­naj­mniej dwie trze­cie nad­la­tu­ją­cych rakiet stra­ciło namiar dzięki wabi­kom, a anty­ra­kiety wybiły tunel w pozo­sta­łych. Oca­lałe sprzę­żone działka lase­rowe dokoń­czyły dzieła znisz­cze­nia i te rakiety, które dotarły w zapro­gra­mo­wany zasięg i deto­no­wały, zro­biły to nad lub pod okrę­tem, czyli tam, gdzie znaj­do­wały się nie­prze­ni­kalne dla broni ener­ge­tycz­nej ekrany. Połą­cze­nie nie­spo­dzie­wa­nego manewru i cel­no­ści ognia zasko­czyło tak kom­pu­tery celow­ni­cze, jak i arty­le­rzy­stów wro­gich okrę­tów, co było cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe, jako że cią­gnący za sobą smugę atmos­fery i szcząt­ków Defiant leciał pro­sto ku wro­gim okrę­tom.

A zaraz potem jego pości­gowe gra­sery umiesz­czone na dzio­bie otwo­rzyły ogień do cięż­kiego krą­żow­nika klasy Mars.

Odle­głość była duża, ale wrogi okręt wysfo­ro­wał się znacz­nie przed pozo­stałe, a arty­le­rzy­ści Defianta od dawna sły­nęli z cel­no­ści. Gdy wiązka ener­gii gra­se­rów tra­fiła, a każda była wie­lo­krot­nie sil­niej­sza od impul­so­wych gło­wic rakiet odpa­la­nych przez okręty liniowe, wyglą­dało to tak, jakby ciężki krą­żow­nik tra­fił na nie­wi­dzialną zaporę. Gra­sery prze­szły na ogień cią­gły i do alar­mów uszko­dze­nio­wych oraz roz­mów ekip awa­ryj­nych dołą­czyły alarmy sygna­li­zu­jące prze­grza­nie uzbro­je­nia pości­go­wego, ale to w tej chwili było bez zna­cze­nia. Wie­dział o tym i dla­tego je zigno­ro­wał.

Podob­nie jak obsady pości­go­wych gra­se­rów.

Pro­wa­dziły ogień tak długo, aż ciężki krą­żow­nik zmie­nił się naj­pierw w roz­pa­da­jący się wrak sie­jący na wszyst­kie strony szcząt­kami i kap­su­łami ratun­ko­wymi, a potem w super­nową... dwie sekundy wcze­śniej niż oprzy­rzą­do­wa­nie gra­sera numer dwa.

Suk­ces był nie­wąt­pliwy, ale spra­wił mu jedy­nie prze­lotną satys­fak­cję.

Dowódcy pozo­sta­łych okrę­tów Ludo­wej Mary­narki ock­nęli się i sko­rzy­stali z tych kil­ku­na­stu sekund, by wyko­nać zwrot. Teraz krą­żow­niki liniowe były zwró­cone bur­tami do nad­la­tu­ją­cego Defianta i otwo­rzyły doń hura­ga­nowy ogień, wspie­ra­jąc ostrzał pozo­sta­łych okrę­tów klasy Mars. Rakiety nad­la­ty­wały ze wszyst­kich stron i nie było spo­sobu, by unik­nąć więk­szo­ści z nich. Nie pozo­stała mu już żadna sprytna sztuczka czy zaska­ku­jące manewry...

Mógł tylko spoj­rzeć na główny ekran tak­tyczny uka­zu­jący zbli­ża­jącą się śmierć, tak jego, jak i całej załogi. I prze­kląć swą decy­zję o pod­ję­ciu walki. A potem...

- Aivars, obudź się!

Pra­wie natych­miast otwo­rzył oczy.

Pra­wie - i Sinead nie dała się oszu­kać.

Odwró­cił głowę, sta­ra­jąc się oddy­chać nor­mal­nie. Czuł jej ciało przez deli­katny jedwab koszuli noc­nej i jej krótko ścięte włosy na swoim pra­wym ramie­niu.

- To się już skoń­czyło - powie­działa miękko, przy­glą­da­jąc mu się zie­lo­nymi, błysz­czą­cymi w bla­sku noc­nej lampki oczyma.

Musiała ją włą­czyć, gdy zorien­to­wała się, że męczy go kosz­mar.

- Wiem - odparł rów­nie miękko.

- Kłamca! - Uśmiech­nęła się czule i pogła­dziła go deli­kat­nie po krótko przy­cię­tej bro­dzie.

- Nie - zaprze­czył, dobrze pamię­ta­jąc, co prze­ży­wał we śnie. - Może nie skoń­czyło się to tak, jak byś tego chciała, ale się skoń­czyło.

- Och, Aivars! - Objęła go i poło­żyła głowę na jego piersi.

Wsłu­chi­wała się w równe bicie jego serca i usil­nie sta­rała się nie roz­pła­kać. I nie oka­zać roz­ża­le­nia i zło­ści na Admi­ra­li­cję, która ponow­nie dała mu dowódz­two okrętu. I zło­ści na niego za to, że je przy­jął.

- Bar­dzo cię kocham - powie­działa cicho i bez śladu gniewu czy żalu w gło­sie.

- Wiem - szep­nął, przy­tu­la­jąc ją. - Wierz mi, że wiem.

- I nie chcę, żebyś tam leciał. Zro­bi­łeś już dość... pra­wie cię stra­ci­łam... myśla­łam, że cię stra­ci­łam, i per­spek­tywa, że mogła­bym cię stra­cić, tym razem naprawdę, prze­raża mnie.

- Wiem - szep­nął, przy­tu­la­jąc ją moc­niej.

Ale nie powie­dział, że nie poleci. Rozu­miała to mimo zło­ści i żalu. Nie mógł postą­pić ina­czej i na­dal być tym, kogo kochała. Bitwa w sys­te­mie Hyacinth pozo­sta­wiła w nim głę­bo­kie rany, ale czło­wiek, któ­rego znała i darzyła uczu­ciem, żył i pozo­stał sobą, i tylko to się liczyło.

- Nie chcę, żebyś tam leciał - powtó­rzyła, wtu­la­jąc twarz w jego pierś. - Ale wiem, że musisz. Zapa­mię­taj tylko, że masz do mnie wró­cić!

- Wrócę - obie­cał, a po jego policzku spły­nęła samotna łza.

Przy­tu­lił ją moc­niej i przez długi czas żadne z nich się nie ode­zwało.

W ciągu trwa­ją­cego czter­dzie­ści trzy lata stan­dar­dowe mał­żeń­stwa Aivars Tere­khov ni­gdy nie zła­mał danego żonie słowa. Nie zła­mie więc i tym razem... jeśli tylko będzie mógł.

ROZ­DZIAŁ I

Admi­rał Eska­dry Czer­wo­nej lady dama Honor Har­ring­ton, patronka i księżna Har­ring­ton, sie­działa obok wiceadmi­rał Eska­dry Czer­wo­nej damy Beatrice McDer­mott, baro­no­wej Alb, komen­dant aka­de­mii Kró­lew­skiej Mary­narki, obser­wu­jąc amfi­te­atralną widow­nię olbrzy­miego symu­la­tora holo­gra­ficz­nego. Widow­nia wypeł­niona była po brzegi. Wśród obec­nych prze­wa­żały czarne, lamo­wane zło­tem mun­dury Royal Man­ti­co­ran Navy, a spo­śród cudzo­ziem­ców przy­tła­cza­jącą więk­szość sta­no­wili ludzie w gra­na­towo-nie­bie­skich uni­for­mach Mary­narki Gray­sona. Więk­szość flot nale­żą­cych do Soju­szu znacz­nie ogra­ni­czyła liczbę stu­den­tów wysy­ła­nych do aka­de­mii. Nie było nikogo w mun­du­rze Floty Ere­whonu. Honor dosko­nale pamię­tała mid­szyp­me­nów o ścią­gnię­tych niczym maski twa­rzach, rezy­gnu­ją­cych z dal­szej nauki, gdy ich rząd ogło­sił, że wypo­wie­dział wie­lo­letni układ sojusz­ni­czy z Gwiezd­nym Kró­le­stwem Man­ti­core.

Nie winiła ich - więk­szość nale­żała do jej stu­den­tów, gdy wykła­dała na wyspie Saga­nami. I choć czuła się zdra­dzona, tak naprawdę nie winiła też rządu pla­nety Ere­whon, choć bar­dzo by tego chciała. Uczci­wość naka­zy­wała jej przy­znać, że to nie Ere­whon zawiódł zaufa­nie Gwiezd­nego Kró­le­stwa, ale odwrot­nie - wyłączną i cał­ko­witą winę pono­sił poprzedni rząd Kró­le­stwa Man­ti­core.

Dal­sze roz­my­śla­nia prze­rwał jej roz­wój wyda­rzeń na sali. Ostatni mid­szyp­men zajął miej­sce z pre­cy­zją godną placu ape­lo­wego Royal Man­ti­co­ran Marine Corps, a dama Beatrice wstała i pode­szła ener­gicz­nie do podium.

- Baaacz­ność! - Głos sier­żanta majora Sul­li­vana zabrzmiał tak czy­sto i dono­śnie, że mógłby mu go pozaz­dro­ścić naj­lep­szy śpie­wak ope­rowy.

Odpo­wie­dział mu ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wany łoskot jede­na­stu tysięcy wyglan­so­wa­nych do poły­sku butów, gdy pięć i pół tysiąca mid­szyp­me­nów rów­no­cze­śnie wyprę­żyło się w posta­wie zasad­ni­czej i tak zamarło.

Dama Beatrice przyj­rzała się im, sta­ran­nie panu­jąc nad mię­śniami twa­rzy, by jej obli­cze wyra­żało tylko to, co chciała. Szko­le­nie tego rocz­nika trwało kró­cej niż zwy­kle. Nie aż tak krótko, jak tego przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji But­ter­cup, ale znacz­nie kró­cej niż rocz­ni­ków następ­nych. Powód był pro­sty: try­um­falny atak Ósmej Floty w ope­ra­cji But­ter­cup został zaprze­pasz­czony, a tych mło­dych ludzi nie cze­kały spo­kojne, poko­jowe przy­działy na pokła­dach okrę­tów zwy­cię­skiej floty, lecz służba na jed­nost­kach toczą­cych wojnę.

I to wojnę nie roku­jącą szans na zwy­cię­stwo, a przy­naj­mniej nie na szyb­kie zwy­cię­stwo.

Nie miała poję­cia, ilu z obec­nych zgi­nie w ciągu kilku naj­bliż­szych despe­rac­kich walk ani też ilu z nich zdaje sobie sprawę, jak naprawdę wygląda sytu­acja stra­te­giczna. Przy­glą­dała im się jak mistrz mie­cza nowej broni, szu­ka­jąc skaz i ukry­tych wad i zasta­na­wia­jąc się, czy jest gotowa do osta­tecz­nego szlifu, który wła­śnie miał nastą­pić.

- Spo­cznij! - roz­ka­zała.

Pocze­kała, aż umilk­nie szum spo­wo­do­wany jego wyko­na­niem, a potem zaczęła mówić jak zwy­kle melo­dyj­nym kontr­al­tem, który dosko­nale wypeł­nił pełną ocze­ki­wa­nia ciszę.

- Zebra­li­ście się tu po raz ostatni przed pierw­szym patro­lem. Taka jest tra­dy­cja. Na tych spo­tka­niach jesz­cze raz mówi się o tym, czym jest w isto­cie służba kró­lew­skiego ofi­cera i ile może ona kosz­to­wać. Zwy­czaj ten ist­nieje w aka­de­mii od ponad dwu­stu lat stan­dar­do­wych. Zwy­kle mówcą jest komen­dant aka­de­mii. Zda­rzały się jed­nak wyjątki od tej reguły: należą do nich wystą­pie­nia admi­rał Ellen D'Orville czy admi­rała Quen­tina Saint-Jamesa. W tym roku także zro­bimy wyją­tek, gdyż mamy zaszczyt gościć admi­rał lady damę Honor Har­ring­ton. Pozo­sta­nie ona na Man­ti­core jesz­cze tylko przez trzy dni, potem wróci do Ósmej Floty, by dokoń­czyć jej reak­ty­wa­cję i objąć nad nią dowódz­two. Wielu z was miało zaszczyt ucze­nia się na pro­wa­dzo­nych przez nią zaję­ciach, a wszy­scy, roz­po­czy­na­jąc kariery, powin­ni­ście brać z niej przy­kład. Jeśli bowiem jaka­kol­wiek kobieta nosząca mun­dur Kró­lew­skiej Mary­narki w pełni rozu­mie, czym jest tra­dy­cja spa­ja­jąca Royal Man­ti­co­ran Navy, to jest nią wła­śnie ona.

Na sali pano­wała ide­alna wręcz cisza.

Honor zaś, wsta­jąc z fotela, czuła, jak płoną jej policzki. Na Nimitzu natu­ral­nie te emo­cje, które były udzia­łem ich obojga, wywarły zgoła odmienny wpływ - wypro­sto­wał się dum­nie na jej ramie­niu. Honor zresztą szybko nad sobą zapa­no­wała, być może dla­tego, iż zda­wała sobie sprawę, że emo­cje prze­peł­nia­jące zebra­nych wywo­łane są czymś więk­szym niż jej wła­sne osią­gnię­cia. Mogli sobie jesz­cze tego w pełni nie uświa­da­miać, ale ona miała nie­po­rów­na­nie więk­sze doświad­cze­nie i wie­działa, że tak wła­śnie jest.

Dama Beatrice obró­ciła się ku niej i zasa­lu­to­wała. Honor odsa­lu­to­wała rów­nie pre­cy­zyj­nie jak w dniu, gdy sama koń­czyła aka­de­mię, i na moment obie znie­ru­cho­miały naprze­ciwko sie­bie.

- Księżno - powie­działa po pro­stu komen­dant aka­de­mii i ode­szła od mów­nicy.

Honor ode­tchnęła głę­boko i zajęła jej miej­sce. Pamię­tała chwilę, gdy brała udział w takim spo­tka­niu jako mid­szyp­men. Na jej ramie­niu także sie­dział wtedy Nimitz i oboje patrzyli pała­ją­cymi oczyma na komen­danta Har­tleya. Czuła jakąś mistyczną więź z nim, z innymi mid­szyp­menami i ze wszyst­kimi ofi­ce­rami, któ­rzy wcze­śniej wło­żyli zdo­biony zło­tem czarny uni­form Kró­lew­skiej Mary­narki. Teraz, patrząc na te rzędy tak samo pała­ją­cych oczu, wie­działa, że słu­cha­cze czują to samo, co ona wtedy - prze­ży­wają zjed­no­cze­nie, jakiego nie zaznali ni­gdy dotąd.

- Za kilka dni - ode­zwała się - zamel­du­je­cie się na pierw­sze w życiu przy­działy bojowe. Mam nadzieję, że instruk­to­rzy przy­go­to­wali was do tego odpo­wied­nio, bo jeste­ście naj­lep­szymi, jakich mamy. Macie sta­no­wić naj­now­sze ogniwo w łań­cu­chu dowo­dze­nia i odpo­wie­dzial­no­ści, jaki powstał w ciągu tych pię­ciu­set lat stan­dar­do­wych ist­nie­nia Royal Man­ti­co­ran Navy. Jest to cięż­kie zada­nie i dla czę­ści z was będzie ozna­czać duże ofiary. A dla nie­któ­rych śmierć. Wasi instruk­to­rzy zro­bili, co mogli, by was do tego przy­go­to­wać, ale prawda jest taka, że żadna teo­ria i żadne ćwi­cze­nia nie wystar­czą. Możemy i was uczyć, szko­lić i dzie­lić się z wami doświad­cze­niem, ale kiedy znaj­dzie­cie się w ogniu walki, będzie­cie sami. Nie samotni, bo będą z wami prze­ło­żeni, kole­dzy i pod­ko­mendni, ale przyj­dzie taki moment, w któ­rym każdy z was zda sobie sprawę, że jest zupeł­nie sam... sta­nie się to wtedy, gdy uświa­domi sobie, że jest śmier­telny i ma do speł­nie­nia obo­wią­zek. Na taki moment żaden nauczy­ciel i żadne ćwi­cze­nia nie są w sta­nie tak naprawdę przy­go­to­wać. Będzie­cie wów­czas mieli tylko cztery atuty. Wyszko­le­nie, tak kom­pletne i zaawan­so­wane, jakie byli­śmy w sta­nie wam zapew­nić. Odwagę, zależną tylko od was samych. Lojal­ność wobec współ­to­wa­rzy­szy broni. I tra­dy­cje Saga­nami. Więk­szość z was spro­sta temu wyzwa­niu, część zaś odkryje, że mimo całej odwagi i wyszko­le­nia nie jest nie­śmier­telna. A część, oby jak naj­mniej­sza, zała­mie się.

Zro­biła prze­rwę, wsłu­chu­jąc się w ciszę, która na­dal była abso­lutna, i czu­jąc na sobie wzrok wszyst­kich obec­nych. A potem mówiła dalej:

- Zada­nie, które będzie­cie wyko­ny­wać, i obo­wią­zek, który wzię­li­ście na sie­bie dla Kró­lo­wej i Kró­le­stwa, Pro­tek­tora i Gray­sona czy też dla innych, któ­rych będzie­cie bro­nić, to naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące, nie­bez­pieczne i zaszczytne zaję­cie we wszech­świe­cie. Zde­cy­do­wa­li­ście się dobro­wol­nie sta­nąć mię­dzy pań­stwami i ludźmi, któ­rych kocha­cie, a zagra­ża­ją­cymi im wro­gami, by ich bro­nić, nawet za cenę życia, jeśli zaj­dzie taka koniecz­ność. Obo­wią­zek ten brali już na sie­bie inni przed wami i choć żadna teo­ria nie zdoła w pełni przy­go­to­wać was na to doświad­cze­nie, wiele może­cie się nauczyć z prze­żyć poprzed­ni­ków. I to wła­śnie jest powo­dem waszej tu obec­no­ści, podob­nie jak każ­dego koń­czą­cego naukę rocz­nika aka­de­mii od dwu­stu czter­dzie­stu trzech lat stan­dar­do­wych.

Naci­snęła przy­cisk na wbu­do­wa­nej w mów­nicę kla­wia­tu­rze i świa­tła przy­ga­sły. W sali zapa­dła pra­wie kom­pletna ciem­ność prze­ry­wana jedy­nie bla­skiem kon­tro­lek panelu ste­row­ni­czego przed nią.

A potem uak­tyw­niła się holo­pro­jek­cja, uka­zu­jąc postać męż­czy­zny w mun­du­rze. W jego wyglą­dzie nie było niczego nad­zwy­czaj­nego - był mniej niż śred­niego wzro­stu, o śnia­dej cerze, wyra­zi­stym nosie i kasz­ta­no­wa­tych, z lekka rzed­ną­cych wło­sach oraz wyra­zi­stych ciem­nych oczach. Jego czarny i lamo­wany zło­tem mun­dur uszyto według sta­rego, nie­uży­wa­nego już wzoru, a pod lewą pachą trzy­mał czapkę z dasz­kiem, któ­rej w Royal Man­ti­co­ran Navy nie noszono od 170 lat stan­dar­do­wych.

"Wasza Wyso­kość, pra­gnę zamel­do­wać, że siły pod moim dowódz­twem nawią­zały kon­takt bojowy z wro­giem" - powie­dział wyraź­nym, ale nieco archa­icz­nym języ­kiem sprzed ponad dwóch wie­ków stan­dar­do­wych.

Był elek­tro­nicz­nie zacho­wa­nym duchem, ale nie było w nim nic antycz­nego. Było za to coś, co choć trudne do spre­cy­zo­wa­nia, robiło wra­że­nie nawet teraz. Coś, co na­dal pło­nęło i przy­cią­gało.

"Z przy­kro­ścią muszę Waszą Wyso­kość poin­for­mo­wać o utra­cie HMS Triumph i HMS Defiant w star­ciu z pira­tami bazu­ją­cymi w sys­te­mie Traut­man's Star" - dodał ofi­cer. "Ale chciał­bym także zamel­do­wać o zwy­cię­stwie. Znisz­czy­li­śmy trzy­na­ście krą­żow­ni­ków oraz lek­kich krą­żow­ni­ków i nisz­czy­cieli, a także całą infra­struk­turę mili­tarną sys­temu. Poza tym zdo­by­li­śmy nisz­czy­ciel, lekki krą­żow­nik, dwa cięż­kie krą­żow­niki i dwa krą­żow­niki liniowe. Kilka z tych okrę­tów wygląda na nowe kon­struk­cje pocho­dzące ze stoczni Ligi Solar­nej o znacz­nie sil­niej­szym uzbro­je­niu niż prze­ciętne jed­nostki pirac­kie. W wyniku uszko­dzeń zosta­łem zmu­szony do ode­sła­nia Vic­to­rio­usa, Swi­ft­sure, Marsa i Aga­mem­nona. Na pozo­stałe okręty prze­nio­słem nie­zbędną liczbę per­so­nelu z uszko­dzo­nych jed­no­stek, a kapi­ta­nowi Tim­mer­ma­nowi, dowódcy Swi­ft­sure, jako naj­star­szemu rangą ofi­ce­rowi, pole­ci­łem natych­mia­stowy powrót do Gwiezd­nego Kró­le­stwa wraz ze zdo­by­tymi pry­zami. W związku z ponie­sio­nymi stra­tami zosta­łem zmu­szony do cza­so­wego zawie­sze­nia dal­szych dzia­łań ofen­syw­nych prze­ciwko ziden­ty­fi­ko­wa­nym bazom pira­tów. Zmu­szony też jestem poin­for­mo­wać Waszą Wyso­kość o zdo­by­ciu kolej­nych dowo­dów wska­zu­ją­cych na powią­za­nia z tak zwa­nymi "pira­tami" tak Man­po­wer Incor­po­ra­ted, jak i osob­ni­ków z naj­wyż­szych władz Kon­fe­de­ra­cji Sile­siań­skiej. W świe­tle tych dowo­dów aktyw­nego popar­cia nie wie­rzę też, byśmy mogli pole­gać na Mary­narce Kon­fe­de­ra­cji w kwe­stii ochrony naszego han­dlu. Zary­zy­ko­wał­bym nawet stwier­dze­nie, że współ­praca, na którą mamy dowody, wyja­śnia nie­sku­tecz­ność okrę­tów do niej nale­żą­cych w roli eskorty naszych kon­wo­jów. W świe­tle tych nowych dowo­dów i ponie­sio­nych strat nie widzę innej moż­li­wo­ści, jak roz­pro­szyć siły, by zapew­nić ochronę naszym stat­kom han­dlo­wym w naj­groź­niej­szych rejo­nach Kon­fe­de­ra­cji. Zamie­rzam wzno­wić dzia­ła­nia ofen­sywne, gdy tylko dotrą do mnie jed­nostki już wysłane przez Admi­ra­li­cję. Dla Ich Lor­dow­skich Mości przy­go­to­wa­łem szcze­gó­łowy raport, któ­rego kopię wysy­łam także Waszej Wyso­ko­ści. Pozo­sta­jący lojal­nym i posłusz­nym pod­da­nym Saga­nami. Bez odbioru".

Ofi­cer skło­nił się lekko, ale z sza­cun­kiem. Holo­pro­jek­cja znik­nęła.

Na moment w sali ponow­nie zapa­dły ciem­no­ści, pod­sta­wia­jąc widzów ze wspo­mnie­niem ostat­niego mel­dunku zło­żo­nego przez ofi­cera kró­lo­wej Adrienne, która wysłała go na obszar Kon­fe­de­ra­cji z zada­niem zwal­cza­nia pirac­twa.

Potem zaś poja­wiła się druga holo­pro­jek­cja, a raczej dwie holo­pro­jek­cje obok sie­bie, uka­zu­jące podobne miej­sca: mostek frach­towca i mostek okrętu wojen­nego. Dyżurna obsada frach­towca sie­działa sztywno w fote­lach, wyraź­nie prze­ra­żona, poza kapi­ta­nem, który wpa­try­wał się z napię­ciem w główny ekran wizu­alny łączący go z most­kiem okrętu.

Ten drugi jak na obecne stan­dardy był mały i cia­sny, czemu trudno było się dzi­wić, jako że współ­cze­sne cięż­kie krą­żow­niki były więk­sze od ówcze­snych krą­żow­ni­ków linio­wych. Sprzęt, który było widać, wyda­wał się nie­wia­ry­god­nie prze­sta­rzały, a ska­fan­der próż­niowy, który miał na sobie ten sam co w pierw­szym nagra­niu ofi­cer, nie­po­ręczny i masywny w porów­na­niu do obec­nie uży­wa­nych. W tle sły­chać było typowy dla alarmu bojo­wego szum infor­ma­cyjny, ale głos ofi­cera brzmiał czy­sto i spo­koj­nie.

"Moje roz­kazy nie pod­le­gają dys­ku­sji, kapi­ta­nie Har­good. Kon­wój ulega natych­mia­sto­wemu roz­pro­sze­niu i każdy ma lecieć do gra­nicy wej­ścia w nad­prze­strzeń indy­wi­du­al­nie i z mak­sy­malną pręd­ko­ścią. Wyko­nać natych­miast!"

"Nie odma­wiam wyko­na­nia pań­skich roz­ka­zów, do dia­bła!" - wark­nął chra­pli­wie kapi­tan Har­good. "Pró­buję tylko powstrzy­mać pana przed utratą okrętu wraz z całą załogą!"

"Doce­niam pań­ski wysi­łek" - Komo­dor Saga­nami uśmiech­nął się lekko. "Oba­wiam się jed­nak, że jest on próżny - Teraz pro­szę zawró­cić i wyno­sić się stąd".

"Do kurwy nędzy, Eddy!" - wybuch­nął Har­good, igno­ru­jąc wszel­kie kon­we­nanse. "Ich jest sze­ściu, w tym dwa krą­żow­niki liniowe! Jak ci się, kurwa, wydaje, co zwo­ju­jesz?! W prze­ci­wień­stwie do nas dys­po­nu­jesz wystar­cza­jącą szyb­ko­ścią, by im uciec, więc zrób to, do cięż­kiej cho­lery!"

"Kiedy z nimi skoń­czę, nie będzie ich sześć" - oce­nił ponuro Saga­nami. "A każdy, któ­rego znisz­czę albo oku­la­wię, to jeden wię­cej sta­tek kon­woju, który zdoła uciec. Mam dość kłótni z tobą, James. Bierz swój sta­tek i ludzi i zabie­raj dupę do domu, do żony i dzieci. Saga­nami, bez odbioru".

Ekran wizu­alny ściem­niał, a kapi­tan Har­good przy­gar­bił się. Przez kilka sekund patrzył jesz­cze w mar­twy ekran, a potem wziął się w garść i odwró­cił do ofi­cera astro­na­wi­ga­cyj­nego.

"Sły­sza­łeś go" - powie­dział, nagle posta­rzały o całe lata. "Zabierz nas stąd".

"Tak, sir" - odrzekł cicho ofi­cer i pochy­lił się nad kla­wia­turą.

Pro­jek­cja zga­sła ponow­nie, ale natych­miast została zastą­piona przez nową, tym razem uka­zu­jącą główny ekran astro­na­wi­ga­cyjny. Widoczne na nim sym­bole posia­dały nowo­cze­sne opisy, tak by mogli się w sytu­acji roze­znać współ­cze­śni ofi­ce­ro­wie. Na dole, na pod­świe­tlo­nym pasku, widać było napis "RMMS Prince Harold" ozna­cza­jący, że zapis pocho­dził ze statku kapi­tana Jamesa Har­go­oda.

Nie był zbyt szcze­gó­łowy mimo kom­pu­te­ro­wego wzmoc­nie­nia, bo raz, że odle­głość była duża, a dwa, pocho­dził z sen­so­rów cywil­nych o nader ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach jak na obecne stan­dardy. Był jed­nak wystar­cza­jąco czy­telny, by móc prze­śle­dzić roz­wój wyda­rzeń.

Samotny zie­lony sym­bol opi­sany jako "Nike" mknął na spo­tka­nie sze­ściu innych, krwi­sto­czer­wo­nych, czyli wro­gich. Dwa z nich były krą­żow­ni­kami linio­wymi, jeden cięż­kim krą­żow­ni­kiem, pozo­stałe jedy­nie nisz­czy­cie­lami. Odle­głość mię­dzy dwoma okrę­tami była absur­dal­nie mała, a nikt jesz­cze nie strze­lał, gdyż ówcze­sne rakiety miały bar­dzo nie­wielki zasięg.

Ponie­waż jed­nostki zbli­żały się do sie­bie szybko, ta sytu­acja bły­ska­wicz­nie ule­gła zmia­nie i na ekra­nie poja­wiły się pierw­sze skutki elek­tro­nicz­nego zagłu­sza­nia towa­rzy­szą­cego rakie­tom. Sym­bole znik­nęły na moment, po czym fil­try odsiały elek­tro­niczny hałas i powró­ciły z więk­szą niż dotąd wyra­zi­sto­ścią. Sen­sory Prince'a Harolda nie zdo­ła­łyby tego osią­gnąć, ale współ­cze­sna tech­nika wycią­gnęła z ich zapisu wszystko, co się tylko dało.

Zapis bitwy trwał ponad czter­dzie­ści minut. Obra­zowi nie towa­rzy­szył żaden dźwięk. I żaden też nie roz­legł się wśród widowni. W tym cza­sie jeden okręt Kró­lew­skiej Mary­narki wal­czył z wro­giem dys­po­nu­ją­cym ponad czte­ro­krotną prze­wagą siły ognia i to wal­czył rakie­tami o kla­sycz­nych ter­mo­nu­kle­ar­nych gło­wi­cach. Potem, gdy odle­głość zma­lała, ogniem pokła­do­wych dział lase­ro­wych.

Wszy­scy patrzący wie­dzieli, dla­czego tak wła­śnie postą­pił - nie wal­czył, by wygrać, bo było to nie­moż­liwe. I nie wal­czył, by prze­żyć, bo to osła­bi­łoby jego sku­tecz­ność. Wal­czył, by znisz­czyć lub poważ­nie uszko­dzić napęd tylu pirac­kich jed­no­stek, ilu był w sta­nie. Dla statku han­dlo­wego, bowiem było bez zna­cze­nia, czy doga­nia go wrogi nisz­czy­ciel, czy super­dre­ad­no­ught - każda jed­nostka piracka mogła znisz­czyć każdy sta­tek han­dlowy. A pira­tów było dokład­nie tylu, ile stat­ków liczył ochra­niany przez Nike kon­wój. Każdy, więc znisz­czony lub "oku­la­wiony", jak to ujął Saga­nami, pirat ozna­czał oca­le­nie dla jed­nego frach­towca.

A nisz­czy­ciele były znacz­nie wraż­liw­szymi celami niż krą­żow­niki liniowe.

Dla­tego skon­cen­tro­wał ostrzał lase­rów naj­pierw na jed­nym nisz­czy­cielu, któ­rego osłona bur­towa była za słaba, by go zneu­tra­li­zo­wać, a gdy jego ekran zgasł, dobił go kolejną salwą, a potem na dru­gim. Przez cały ten czas Nike zwi­jał się w sieci manew­rów i uni­ków, któ­rych ele­gan­cja i pre­cy­zja wzbu­dzały podziw. Mimo iż okręt z każdą chwilą zbli­żał się ku zagła­dzie, robił to, tań­cząc i nisz­cząc wro­gów, kie­ro­wany ręką mistrza.

Drugi nisz­czy­ciel eks­plo­do­wał, a moment po nim odpadł z walki trzeci, pozba­wiony całego dzio­bo­wego pier­ście­nia napędu. Nike zaś ruszył ku cięż­kiemu krą­żow­ni­kowi. Ele­gan­cja jed­nak nie była pan­ce­rzem, a pre­cy­zja nie zapew­niała nie­śmier­tel­no­ści. Fakt, gor­szy tak­tyk wcze­śniej tra­fiłby na celną salwę, ale nawet Saga­nami nie był w sta­nie unik­nąć wszyst­kich poci­sków i wią­zek broni ener­ge­tycz­nej. Było ich zbyt wiele i nad­la­ty­wały ze zbyt wielu kie­run­ków. Po każ­dym kolej­nym tra­fie­niu obok zie­lo­nego sym­bolu poja­wiały się infor­ma­cje o uszko­dze­niach. Gdy wystrze­lone przez Nike rakiety zmie­niły piracki ciężki krą­żow­nik we wrak wlo­kący się tak wolno, że musiał mu uciec nawet naj­po­wol­niej­szy frach­to­wiec, zie­lony sym­bol oto­czyło czer­wone koło ozna­cza­jące poważny wyciek atmos­fery, a przy­spie­sze­nie zaczęło gwał­tow­nie maleć.

Spa­dała też siła salw bur­to­wych, w miarę jak kolejne wyrzut­nie i działa wraz z obsłu­gami prze­sta­wały ist­nieć. Honor widziała takie star­cia z bli­ska, widziała śmierć przy­ja­ciół i postę­pu­jące znisz­cze­nia osła­bia­jące dosko­nałe okręty. W prze­ci­wień­stwie do obser­wu­ją­cych nagra­nie mid­szyp­me­nów wie­działa, jak wyglą­dało wnę­trze HMS Nike i co musiało dziać się na mostku. Dla mło­dych wszystko to pozo­sta­wało teo­rią prze­kra­cza­jącą ich zro­zu­mie­nie. Nie potra­fili też jesz­cze pojąć, że pew­nego dnia może ich spo­tkać taki sam los.

Krą­żow­nik liniowy HMS Nike zna­lazł się w odle­gło­ści ośmiu tysięcy kilo­me­trów od bliż­szego z krą­żow­ni­ków linio­wych wroga i odpa­lił całą salwę z oca­la­łego uzbro­je­nia lewej burty. Piracka jed­nostka aż się zato­czyła pod wpły­wem potęż­nego ciosu, który znisz­czył gene­ra­tory osłon siło­wych, pan­cerz i się­gnął głę­boko do jej wnę­trza. Przez chwilę leciała jesz­cze siłą bez­władu, po czym znik­nęła w ośle­pia­ją­cej eks­plo­zji.

Nike drogo zapła­cił za to zwy­cię­stwo. By zna­leźć się w pozy­cji dogod­nej do odda­nia tej salwy, Saga­nami musiał wysta­wić się na ogień dru­giego wroga. Ten w pełni wyko­rzy­stał oka­zję tra­fie­nia w coś innego niż ekran dotąd zawsze wyra­sta­jący na dro­dze jego rakiet i dział lase­ro­wych dzięki zręcz­nym manew­rom komo­dora.

Pirac­kie działa lase­rowe tra­fiły w burtę Nike. Nie zdo­łały ich wią­zek powstrzy­mać ani osłony bur­towe, ani pan­cerz, i z wybi­tych w kadłu­bie dziur posy­pały się szczątki i chmury kry­sta­li­zu­ją­cej się atmos­fery. Dzio­bowy pier­ścień napędu roz­błysł i zgasł. A mimo to wszyst­kie oca­lałe działa i wyrzut­nie rakiet pra­wej burty prze­szły na ogień cią­gły.

Saga­nami spró­bo­wał obró­cić okręt, by ponow­nie usta­wić się ekra­nem do wroga, gdy ciężko uszko­dzony krą­żow­nik liniowy odpa­lił salwę bur­tową. Obrona anty­ra­kie­towa zdo­łała prze­chwy­cić więk­szość nad­la­tu­ją­cych poci­sków, ale cztery przedarły się przez nią i deto­no­wały na osła­bio­nej osło­nie bur­to­wej. Siła wybu­chu prze­pa­liła jej gene­ra­tory i sto­piła pan­cerz w kilku miej­scach.

A potem piracki krą­żow­nik liniowy odpa­lił kolejną salwę.

Zie­lony sym­bol na ekra­nie zato­czył się i poja­wiła się wokół niego pul­su­jąca czer­wona obwódka ozna­cza­jąca kry­tyczne uszko­dze­nia.

Nie­spo­dzie­wa­nie w pra­wym dol­nym rogu ekranu uka­zało się okno z datą i godziną wysła­nia wia­do­mo­ści. Zaraz potem widzo­wie ujrzeli przed­sio­nek pie­kła. Mostek HMS Nike zasła­niał dym wyla­tu­jący przez dziurę w ścia­nie, za którą roz­po­ście­rała się czerń prze­strzeni. W kil­ku­na­stu miej­scach pło­nęła elek­tro­nika, sta­no­wi­sko astro­na­wi­ga­cyjne było stertą złomu, a pokład zaście­lały ciała. Twarz Edwarda Saga­na­miego była zakrwa­wiona, a prawa strona jego ska­fan­drów dosłow­nie zalana krwią z głę­bo­kiej rany na ramie­niu. Za nim wid­niał ekran uka­zu­jący znisz­cze­nia okrętu, co chwilę pul­su­jący w rytm zakłó­ceń w dosta­wie ener­gii, oraz ekran tak­tyczny uka­zu­jący wrogi krą­żow­nik liniowy cią­gnący za sobą smugę atmos­fery, ale i tak w nie­po­rów­na­nie lep­szym sta­nie niż Nike.

- Jeste­śmy skoń­czeni, James - oznaj­mił ochry­ple Saga­nami, nie kry­jąc bólu i wyczer­pa­nia, ale nie­malże spo­koj­nym wyra­zem twa­rzy. - Powiedz Kró­lo­wej. Powiedz jej, czego doko­nali moi ludzie. I powiedz jej, że przep...

Holo­pro­jek­cja znik­nęła.

W sali cią­gle pano­wała abso­lutna cisza.

A potem poja­wił się holo­gram.

Przed­sta­wiał złoty krzyż na tle gwiazdy zawie­szony na błę­kitno-biało-czer­wo­nej wstążce. Par­lia­men­tary Medal of Valor - naj­wyż­sze odzna­cze­nie za odwagę ist­nie­jące w Gwiezd­nym Kró­le­stwie Man­ti­core. Wśród bare­tek orde­ro­wych na kurtce mun­du­ro­wej admi­rał Har­ring­ton znaj­do­wała się i ta, ale medal na holo­gra­mie był jedyny w swoim rodzaju, gdyż nadano go wów­czas po raz pierw­szy, by uczcić nie­spo­ty­kany wyczyn Edwarda Saga­na­miego.

Holo­gram zgasł po dwu­dzie­stu sekun­dach, a w sali zapa­liły się świa­tła.

Lady dama Honor Har­ring­ton dowo­dząca nowo reak­ty­wo­waną 8. Flotą Soju­szu rozej­rzała się po twa­rzach 411 rocz­nika koń­czą­cego Aka­de­mię Royal Man­ti­co­ran Navy na wyspie Saga­nami i ode­tchnęła głę­boko.

- Panie i pano­wie - oznaj­miła dźwięcz­nym sopra­nem. - Ta tra­dy­cja żyje!

Na sześć­dzie­siąt sekund zapa­dła cisza, po czym Honor cicho dodała:

- Rozejść się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki