1
Bądź jak woda
Była pierwsza dwadzieścia jeden 17 lutego 2018 roku, kiedy dwudziestoletnia Poon Hiu-wing ostatni raz wysłała SMS do swojej matki w Hongkongu. Powiadomiła, że wraca do domu z podróży na Tajwan i dotrze na miejsce jeszcze tego samego dnia wieczorem. Kilkadziesiąt minut później już nie żyła - została zamordowana w pokoju hotelowym przez swojego chłopaka Chan Tong-kaia, lat dziewiętnaście.
Para poznała się poprzedniego roku; dorabiali razem w jednym ze sklepów w Hongkongu, ona - uczennica szkoły kosmetycznej, on - student biznesu. Wakacje na Tajwanie miały być z okazji walentynek. Kiedy tuż przed wylotem Poon zamieściła w internecie notkę: "Jestem jego pierwszą i ostatnią dziewczyną", była już w czwartym miesiącu ciąży. Do awantury między obojgiem doszło ostatniego wieczora pobytu w Tajpej. Poon miała powiedzieć Chanowi, że nie jest ojcem jej dziecka, i pokazać mu na smartfonie filmik, na którym uprawia seks ze swoim poprzednim partnerem. Chan z wściekłości uderzył jej głową o ścianę, a potem udusił dziewczynę. Zapakowane do walizki ciało wywiózł metrem na odległą od centrum stację i porzucił w krzakach. Po nocy spędzonej w hotelu wrócił sam do Hongkongu, przywłaszczając sobie wcześniej kilka rzeczy Poon: iPhone'a, aparat oraz kartę kredytową, z której na Tajwanie, a potem w Hongkongu, pobierze kilka razy pieniądze. Rodzicom dziewczyny powie tylko, że się pokłócili i że każde poszło swoją drogą.
Dopiero znaleziona w pokoju Poon kopia dokumentu podróżnego z nazwą hotelu daje śledczym trop. Zapis z kamer hotelowych pokaże, jak Chen późną nocą taszczy z trudem walizkę. 13 marca 2018 roku, skonfrontowany z dowodami, przyznaje się do czynu, trafia do aresztu i od razu zgłasza gotowość powrotu na wyspę w celu odbycia kary. Sprawa ma jednak charakter precedensowy, bowiem Hongkongu nie wiąże z Tajwanem umowa ekstradycyjna. Chen może więc odpowiadać na miejscu jedynie za przywłaszczenie pieniędzy. Usłyszy ostatecznie wyrok dwudziestu dziewięciu miesięcy więzienia.
Przez kolejne tygodnie do tematu wracać będą głównie tabloidy. Sytuacja zmieni się dopiero na początku 2019 roku, gdy szefowa administracji Hongkongu Carrie Lam poinformuje o przygotowywanej przez władze ustawie ekstradycyjnej. Twierdzi, że tego domaga się rodzina zamordowanej dziewczyny, ukaranie sprawcy jest też elementarnym wymogiem sprawiedliwości. Przedstawiony projekt przewiduje jednak, oprócz Tajwanu, także możliwość ekstradycji do Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie sądy podlegają partii komunistycznej. Pekin będzie mógł więc odtąd żądać wydania choćby swoich politycznych przeciwników.
Krytycy projektu utrzymują, że sprawę Chana można uregulować w ramach istniejącego porządku prawnego, i podejrzewają Lam o chęć dalszego ograniczenia autonomii Hongkongu wobec Chin. Los umowy wydaje się jednak przesądzony, opozycji brakuje większości w parlamencie, może jedynie, poprzez obstrukcję, opóźniać uchwalenie tego prawa.
Inicjatywę przejmują jednak zwykli Hongkończycy, którzy zaczynają wychodzić na ulice. Po pierwszych niewielkich protestach w marcu i kwietniu marsz 9 czerwca gromadzi już milion osób, a kolejny, tydzień później, nawet dwa miliony, czyli prawie jedną trzecią mieszkańców Hongkongu. Rozpoczyna się czas najgwałtowniejszych niepokojów społecznych od 1997 roku, gdy miasto po okresie kolonizacji brytyjskiej wróciło do Chin.
Kiedy wieczorem, spacerując po dzielnicy Mongkok, dotarłem w okolice swojego hotelu przy Nathan Road, głównej arterii przecinającej półwysep Koulun, ulica była już zablokowana. Wysypano na nią cegły, śmieci i drewniane palety, a piętrowe autobusy miejskie, nie mogąc przejechać przez skrzyżowanie, wypuszczały pasażerów na środku jezdni i ustawiały się jeden za drugim, tworząc coraz dłuższy korek. Kilkudziesięciu zamaskowanych i ubranych na czarno osobników rozbijało akurat młotkami sygnalizację świetlną, na asfalt sypały się kawałki kolorowego szkła. Potem rozdzielili się na dwie grupy. Jedna przystąpiła do dewastowania naziemnych części stacji metra, które zostało wcześniej unieruchomione. Rozbijali plastykowe szyldy, malowali czarnym sprayem gdzie popadnie sierp i młot. W tym samym czasie drudzy wyrywali z ziemi budkę z bankomatem. Pogięta konstrukcja zaczęła dymić, iskrzyć, aż wreszcie wydała z siebie odgłos eksplozji powitany euforycznie przez sprawców.
Dumni ze swojego dzieła, ci sami ludzie przenieśli się na boczną ulicę, gdzie postawili kolejną barykadę, tym razem wyłącznie z palet, która podpalona zaczęła buchać dwumetrowym płomieniem między rzędami budynków. Na koniec wszyscy razem wrócili na Nathan Road, by tam przystąpić do niszczenia witryn sklepowych. Cała akcja trwała około godziny, potem sprawcy rozpierzchli się w uliczkach Mongkoku.
Czułem się, jakbym oglądał od środka surrealistyczny performance. Na moich oczach dewastowany był fragment miasta, który w czasie tygodniowego pobytu tam zdążyłem już oswoić. I działo się to przy obojętności mieszkańców, zmierzających o tej porze dnia z pracy do domu. Spektakl zakłóciła tylko starsza kobieta, która stojąc obok zniszczonego bankomatu, zaczęła krzyczeć coś po kantońsku. Pojawił się też samochód osobowy próbujący sforsować jedną z barykad - został spałowany po karoserii przez osobników w czarnych strojach. Znajdowałem się w grupie stu, może dwustu gapiów; większość ewidentnie aprobowała to, co się działo.
Było to moje jedyne bezpośrednie zetknięcie z rozruchami ulicznymi w Hongkongu. Żałowałem wtedy nawet, że przybrały one akurat taką formę, bo całe zajście, wyjęte z szerszego kontekstu, idealnie wpisywało się w narrację władz, zgodnie z którą miasto demolowane jest przez ekstremistów. Potem zmieniłem jednak zdanie. Większość światowych mediów i tak stawiała demonstrujących w roli ofiar; to, co zobaczyłem, obiektywizowało ten obraz.
Do wydarzeń, których byłem świadkiem, doszło 8 listopada 2019 roku. W Hongkongu regularne protesty trwały więc już wówczas od pięciu miesięcy. To, co mnie mogło wydawać się poruszające, dla zwykłych mieszkańców było czymś powszednim. Gdy następnego ranka jechałem na lotnisko, ulice były już uprzątnięte, sygnalizacja świetlna działała, miejsce po bankomacie zostało zabezpieczone taśmą, a starsi panowie zmywali właśnie sierpy i młoty ze ścian przy wejściu do metra.
Jeśli przechodnie pozostawali obojętni zeszłego wieczora, to także dlatego, że dokładnie wiedzieli, co się dzieje. Ludzie w czarnych koszulach dopuszczali się wandalizmu, ale wedle ustalonych reguł. Nie kradli; rozbijali sygnalizację świetlną, bo miały być tam montowane kamery służące do inwigilacji mieszkańców; metro uznawano za sprzymierzeńca władz podczas demonstracji, niszczone sklepy zaś należały zapewne do chińskiego kapitału lub ich właściciele publicznie opowiadali się po stronie rządzących w konflikcie z protestującymi.
8 listopada był wyjątkowy o tyle, że do ekscesów doszło w dzień powszedni i bez udziału policji. Demonstracje planowano zwykle z wyprzedzeniem, na weekend albo dzień wolny od pracy. Tym razem jednak impulsem do wyjścia na ulice stała się informacja o śmierci Chow Tsz-loka, dwudziestodwuletniego studenta, który kilka dni wcześniej, chowając się przed policją, spadł z trzeciego piętra parkingu. 8 listopada, zanim do akcji ruszyły "czarne koszule", już od południa w różnych częściach miasta odbywały się pokojowe demonstracje i zgromadzenia przy świecach oraz muzyce. Być może rozproszona policja nie zdołała dotrzeć wieczorem do Mongkoku, albo, jak zdarzało się wcześniej, nie pojawiła się rozmyślnie i dla celów propagandowych sfilmowała z ukrycia kolejny akt niszczenia miasta przez "prowodyrów zamieszek".
Jak to się jednak stało, że pokojowe demonstracje przeprowadzane wiosną zamieniły się później w regularną wojnę uliczną? Już wkrótce policja nazywać będzie uczestników protestów "karaluchami" i rutynowo używać wobec nich pałek, gazu łzawiącego, armatek z barwioną wodą (do identyfikacji "podżegaczy"), gumowych pocisków, a kilka razy nawet broni ostrej. Demonstranci natomiast stawać będą do walki z policją uzbrojeni w pręty, cegły i koktajle Mołotowa. Wszystko to będzie się działo na ulicach dotychczas jednej z bezpieczniejszych światowych metropolii - ledwie rok wcześniej przestępczość spadła tam do poziomu najniższego od czterdziestu pięciu lat. Tymczasem przez dwanaście miesięcy od czerwca 2019 roku w Hongkongu dokonano około dziesięciu tysięcy zatrzymań, co przewyższa nawet średnioroczną liczbę więźniów na tym terenie.
Swoje zrobił na pewno upór władz miasta, a zwłaszcza Carrie Lam, która pomimo licznych głosów sprzeciwu starała się przepchnąć przez parlament ustawę o ekstradycji. Naraziła się tym części elit, zwłaszcza środowiskom prawniczym i biznesowym. Jedna z teorii, którą można było usłyszeć w Hongkongu, głosi wręcz, że za protestami stoi, a przynajmniej je wspiera, frakcja byłego chińskiego przywódcy Jiang Zemina. Ludzie ci są wrogo nastawieni do obecnego prezydenta kraju Xi Jinpinga, a ponieważ mieszkają w Hongkongu - i na dodatek mają duże pieniądze - to mogliby obawiać się zemsty Pekinu, gdyby prawo o ekstradycji weszło w życie.
Gniew zwykłych Hongkończyków wzbudziło jednak przede wszystkim zachowanie policji: szybkie użycie nadzwyczajnych środków wobec demonstrujących oraz nazywanie ich "uczestnikami zamieszek" (ang. rioters), za udział w których w Hongkongu grozi dziesięć lat więzienia. Sekwencja zdarzeń była następująca: 9 czerwca władze lekceważą milionowy protest i zapowiadają na 12 czerwca drugie czytanie prawa o ekstradycji. Demonstrujący otaczają tego dnia budynek LegCo (Legislative Council of Hong Kong), parlamentarzyści zostają na zewnątrz, ustawa nie może być procedowana. Wtedy właśnie dochodzi do pierwszych starć z policją, która używa gazu łzawiącego. 15 czerwca Carrie Lam przeprasza i informuje o zawieszeniu prac nad nowym prawem. Jest już jednak za późno, 16 czerwca na ulice wychodzą już dwa miliony ludzi. Do żądania całkowitego wycofania ustawy dodają oni wkrótce cztery kolejne: powołania niezależnej komisji, która zbada kwestię brutalności policji, wycofania się z określenia protestujących jako "uczestników zamieszek", amnestii dla aresztowanych demonstrantów oraz powszechnych wolnych wyborów na szefa administracji i do parlamentu. Slogan "Pięć żądań i ani jednego mniej!" skanduje się na ulicach Hongkongu jeszcze w 2020 roku.
Od tego czasu protesty będą się już odbywać regularnie. Gdyby zapytać jednak o przełomowy moment, po którym stały się one coraz gwałtowniejsze, a część demonstrujących uznała przemoc za dopuszczalną formę sprzeciwu, to większość Hongkończyków wymieni 21 lipca. Wtedy, wieczorem, na stacji metra Yuen Long grupa mężczyzn w białych T-shirtach rzuca się z kijami i prętami na wysiadających z wagonu ludzi. Są wśród nich powracający z centrum uczestnicy demonstracji, ale też zwykli pasażerowie. Rannych zostaje co najmniej czterdzieści pięć osób. Mimo wielokrotnych wezwań policja zjawia się na miejscu dopiero kilkadziesiąt minut później, gdy sprawcy zdążą się już ulotnić. Dwóch funkcjonariuszy, którzy byli tam od początku, opuści natomiast budynek dworca, gdy tylko rozpocznie się rozróba.
Zamieszani są w nią też dwaj politycy. Pierwszy to związany z obozem demokratycznym Lam Cheuk-ting, który mieszka w okolicy. Po otrzymaniu wiadomości, że wokół Yuen Long gromadzą się uzbrojeni mężczyźni, przyjeżdża na stację i próbuje ostrzec pasażerów przed grożącym im niebezpieczeństwem. Wkrótce zostaje dotkliwie pobity. Drugim jest znany z prochińskich sympatii Junius Ho, widziany już po zajściu, gdy ściska dłonie oprawcom.
Szefostwo policji tłumaczyć się będzie potem, że brakowało im funkcjonariuszy - byli zajęci pacyfikowaniem protestów w innych częściach miasta. Wielu Hongkończyków skłoni się jednak ku podejrzeniom, że bandyci działali w zmowie z policją. Od dawna wiadomo, że okolica Yuen Long jest zdominowana przez gangi, tak zwane triady, gotowe podjąć się rozboju na zamówienie. Zapis wideo z tych wydarzeń opublikowany wiele miesięcy później pokazuje ubranych na biało mężczyzn przechodzących spokojnie obok radiowozów; na jednym ujęciu są nawet poklepywani przez policjanta.
Aby pojąć sens incydentu z 21 lipca, trzeba wiedzieć, jaką rolę odgrywała przez lata policja w Hongkongu. Uchodząca za najlepszą w Azji, sformowana wedle brytyjskich reguł, budziła szacunek i zaufanie mieszkańców. Skuteczna, wolna od korupcji, stanowcza, ale nie brutalna; jej znakiem firmowym było sprawne zarządzanie przebiegiem protestów ulicznych. Renoma ta jest godna uwagi tym bardziej, że jeszcze na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku policja uchodziła za najbardziej skorumpowaną instytucję w i tak przeżartym tą chorobą Hongkongu. Współpracując z gangami, funkcjonariusze czerpali profity z każdej niemal dziedziny życia publicznego. Zmiana przyszła dopiero wraz z powołaniem ICAC (Independent Commission Against Corruption, Niezależna Komisja przeciw Korupcji) w 1974 roku. Po ujawnieniu skali problemu w służbach urzędnicy komisji stanęli przed wyborem: albo zwolnić wszystkich, albo zastosować amnestię. Realizm wymusił to drugie rozwiązanie. Poza najcięższymi przypadkami przekupstwa większość funkcjonariuszy mogła pracować dalej, dostali nawet podwyżki. Dla korupcji nie było jednak odtąd litości. Hongkończycy - bez względu na polityczne sympatie czy stosunek do kolonializmu - mogli poczuć się wreszcie dumni ze swojej policji. Wpływ na tę rosnącą estymę miało też kino akcji z Hongkongu, popularne na całym świecie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w którym główni bohaterowie byli często policjantami.
Kto wie, czy funkcjonariuszy nie postawiono ostatecznie na zbyt wysokim piedestale. Być może oczekiwano, że gdy Hongkong wróci już do Chin, wypowiedzą oni posłuszeństwo władzom w czasie politycznej konfrontacji? Te zawiedzione nadzieje tłumaczą późniejszy zwrot sympatii do policji o sto osiemdziesiąt stopni, zrozumiały staje się również szok Hongkończyków po ataku w Yuen Long.
A przecież 31 sierpnia doszło jeszcze do incydentu na stacji Prince Edward. W wagonie metra wybuchła wtedy kłótnia między uczestnikami demonstracji a niechętnymi im pasażerami. Powiadomiony oddział specjalny policji wtargnął do wagonu, rozpylając gaz pieprzowy, i zaczął okładać pałkami znajdujących się tam ludzi. Według oficjalnych komunikatów mierzono w stawiające opór agresywne jednostki, przyznano jednak, że w zamieszaniu oberwać mogli też postronni pasażerowie i dziennikarze. Relacje ze zdarzenia zostały jednak zdominowane przez takie właśnie zdjęcia i filmy, które błyskawicznie rozeszły się po internecie. Policja pałuje na nich przerażonych ludzi, osłaniających twarze rękami; widać kałużę krwi na podłodze i młodego chłopaka błagającego na kolanach, żeby go nie bić. Raport policyjny mówił o dziesięciu rannych tego dnia, dyrekcja metra skoryguje potem tę liczbę i zmieni na siedem. W Hongkongu rozejdzie się jednak pogłoska, że policja ukrywa trzy ofiary śmiertelne. Okazało się to nieprawdą, ale ludzie i tak długo jeszcze przynosili na Prince Edward kwiaty oraz znicze. 31 sierpnia uznać można za symboliczną datę graniczną. Odtąd policja będzie postrzegana jako narzędzie władz, a pośrednio Pekinu, w walce z demokratyczną częścią społeczeństwa.
Hongkończycy zaczną inaczej traktować też swoje metro (MTR, Mass Transit Railway), kolejną instytucję, z której mogli być wcześniej dumni. Punktualne, czyste i niedrogie, spełnia ono kluczową funkcję w systemie komunikacji zatłoczonej metropolii. Z początku można było wręcz odnieść wrażenie, że MTR sprzyja protestom. Na przykład po zdarzeniu w Yuen Long podstawiono darmowy skład, by poszkodowani mogli wrócić do domów. Reżymowa pekińska gazeta "People's Daily" zapyta wtedy: "Co właściwie sobie myśli MTR?"[1], zarzucając firmie łamanie przepisów. Ta reprymenda poskutkuje.
W czasie incydentu na Prince Edward metro zostało wyłączone i tak będzie już za każdym razem, gdy tylko w okolicy pojawi się sygnał o protestach. Obsługa peronu nie dopuściła też wtedy pierwszej pomocy do poszkodowanych. W internecie pojawiać się zaczną wkrótce zdjęcia funkcjonariuszy dowożonych metrem na demonstracje albo relaksujących się w wagonie po akcji. Wielu protestujących uzna, że MTR przeszło na stronę wroga; dla części z nich oznaczać to będzie przyzwolenie na wandalizm. Prawie dziewięćdziesiąt procent stacji metra zostało w jakimś stopniu zdewastowanych.
Latem i jesienią 2019 roku protesty odbywały się niemal co tydzień, czasem, ze zmianami lokalizacji, kilka razy jednego dnia. Policja z pewnością nie raz wykazała się wtedy nadgorliwością; przykładów - choćby w mediach społecznościowych - nie brakuje. Biuro Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Praw Człowieka informowało o "działaniu wbrew międzynarodowym normom i standardom" policji Hongkongu i o używaniu przez nią broni, która "powoduje ryzyko śmierci lub zranienia". Gniew w obozie demokratów budził zwłaszcza fakt, że żaden z policjantów nie poniósł konsekwencji za użycie przemocy. Zmianę ich zachowania tłumaczono tam infiltracją chińskich służb, odbieraniem rozkazów wprost z Pekinu i szkoleniami na terenie ChRL w celu pozbycia się brytyjskich nawyków. Krążyły też plotki o odurzaniu funkcjonariuszy narkotykami. Jedyną oficjalnie potwierdzoną informacją jest to, że byli oni za swą gorliwość sowicie wynagradzani. W miesiącach, kiedy trwały demonstracje, policjanci dostawali średnio równowartość ośmiu tysięcy złotych (szesnaście tysięcy dolarów hongkońskich) tytułem nadgodzin do swojej i tak niezłej pensji. Wiadomo też, że motywuje się ich do służby atrakcyjnymi pakietami rodzinnymi, na przykład stypendiami dla dzieci.
Nie trzeba sięgać jednak do propagandowych filmów kręconych przez departament policji, by bez kłopotów, na YouTubie choćby, odnaleźć przykłady agresji fizycznej i werbalnej skierowanej przeciwko funkcjonariuszom. Demonstrujący, zwłaszcza ci zamaskowani, potrafili atakować też ludność cywilną mającą inne zdanie na temat protestów. Sympatia dla wolnościowych postulatów to jedno, ale śmiertelne ranienie cegłą w głowę siedemdziesięcioletniego mężczyzny to drugie. Trudno usprawiedliwiać też oblanie benzyną i podpalenie przeciwnika albo upublicznianie danych osobistych rodzin policjantów, dyskryminowanych potem w swoim otoczeniu.
Funkcjonariusze powinni odpowiedzieć za swoje wykroczenia, ale faktycznie to nie oni byli stroną konfliktu rozgrywającego się na ulicach miasta. Rozkazy szły ze strony władz, tych miejscowych i tych w Pekinie, na których wybór Hongkończycy mają znikomy wpływ. Trudno też jednak zaprzeczyć, że od pewnego momentu dla "czarnych koszul" bijatyka w trakcie demonstracji stała się celem samym w sobie. Trafnie ujął to dziennikarz "Financial Timesa" Jamil Anderlini: "Demonstrujący i policja doświadczają czegoś w rodzaju epifanii, gdy uświadomią sobie, że nie ma reperkusji za zerwanie cienkiego naskórka cywilizowanych zasad współżycia".
To, że reputacja ważnej i szanowanej instytucji została w kilka miesięcy zniszczona, uznać trzeba za tragedię Hongkongu. Jednak nawet w momentach zatracania się obu stron w ulicznych walkach dla postronnego obserwatora ich interakcje przybierały czasem formę rodzinnej awantury. Gdy policja wdaje się w kłótnie z ludźmi na ulicach, świadczy to mimo wszystko o rodzaju więzi, nawet jeśli konwersacja polega głównie na wymianie inwektyw.
Jeden z demonstrantów zamieścił na Twitterze zapis wideo, który ukazywać miał brutalność policji. Akcja rozgrywa się w Central, siedzibie finansowych korporacji. Policjant przekrzykuje się z młodym mężczyzną w garniturze, dzieli ich kilkadziesiąt metrów:
- Ty pierdolony karaluchu!
- Pieprzony śmieć!
- Ty śmieciu!
- Śmieciu, zarabiam więcej od ciebie, Central nie jest miejscem dla takich jak ty!
- Nie jest dla pierdolonych karaluchów jak ty, wracaj do domu!
- Ja tu pracuję, zarabiam znacznie więcej niż ty, szefie.
- I co z tego, karaluchu, idź stąd!
Policjant podbiega teraz do mężczyzny i mówi:
- Nie skończyłem studiów, nie mam nic do stracenia, jak cię aresztuję, nie bądź arogancki. Za kogo ty się masz, dupku?
Mężczyzna po chwili:
- Uderzył mnie! Aresztujesz mnie nielegalnie!
Funkcjonariusze we Francji czy USA, a na pewno w Chinach nie prowadzą podobnych dialogów.
Policja w Hongkongu ma też inne oryginalne nawyki. Zawsze ostrzega przed użyciem gazu łzawiącego, wymachując po kolei flagami: żółtą, czerwoną i czarną. Zanim przystąpi do torowania sobie drogi przez nielegalne zgromadzenie, rozwija baner z prośbą o pokojowe rozejście się. W listopadzie, kiedy protestujący zmienili w twierdzę politechnikę, ciskając stamtąd koktajle Mołotowa i płonące strzały, funkcjonariusze, między kolejnymi seriami gazu łzawiącego, zachęcali przez megafon drugą stronę do kapitulacji w następujący sposób: "Przyjęte jest, że za złamanie prawa trzeba ponieść karę, podobnie jak płaci się rachunek za posiłek w restauracji. Jeśli będziecie się upierać, zostaniemy tu do Bożego Narodzenia".
Po każdym dniu zamieszek komenda główna skrupulatnie podliczała zużyte gumowe pociski i ładunki gazu łzawiącego. Dane te nie były nigdy kwestionowane przez protestujących. Widząc natomiast ich oburzenie, gdy okazało się, że użyty jednego dnia gaz był przeterminowany, nie pierwszy i nie ostatni raz pomyślałem, że Hongkong traci jakiś cenny, oparty na zaufaniu, element ładu społecznego.
Duże, planowane z wyprzedzeniem protesty ulegały stopniowo rytualizacji. Najpierw pokojowo maszerowali zwykli Hongkończycy, nierzadko całymi rodzinami. Kolorowy tłum niosący karykatury polityków skandował wolnościowe hasła przy akompaniamencie protest songów. Pod wieczór następował akt drugi, gdy do akcji wkraczały oddziały bojowe. Typowy przedstawiciel tej grupy w pełnym rynsztunku miał czarne obcisłe ubranie, zasłoniętą twarz, kask, gogle, maskę gazową oraz parasolkę do osłony przed gumowymi pociskami, wodą wystrzeliwaną z armatek i gazem łzawiącym. Kask i maska były często w jaskrawych kolorach, żółtym albo różowym, co razem z czernią tworzyło stylową kompozycję.
Zanim MTR uznano za wrogie, pełniło ono ważną funkcję w czasie starć ulicznych. Łatwość przemieszczania się w obrębie tej samej dzielnicy umożliwiała "czarnym koszulom" szybką zmianę pozycji, by móc wyłonić się na przykład kilka przecznic dalej i zajść policję z drugiej strony. Po skończonej akcji zaś, kiedy trzeba było się zbierać i płynnie wtopić w tłum, na stacjach metra czekały już torby z kolorowymi ubraniami oraz monety przy automatach biletowych - użycie karty umożliwiało odczyt przebytej trasy, co byłoby groźne w razie przesłuchania.
Bojownicy nie mieli formalnego przywództwa. Demonstracje planowano w internecie, gdzie każdy mógł zabrać głos. Na ulicach o kolejnym kroku akcji decydowano, głosując za pomocą smartfonów. Do komunikacji służył też wypracowany system gestykulacji. Kiedy któryś z frontowców potrzebował wody lub opatrunku, układał dłonie w określony sposób, przekazując łańcuszkowo informację aż do linii wsparcia. Informacje o obecności policji, miejscach rozpylenia gazu łzawiącego czy drodze ewakuacji były non stop aktualizowane na wirtualnych mapkach. Wojownicy rzadko szli na czołowe zderzenie z policją, angażując wszystkie siły w jednym miejscu. Działali raczej w sposób rozproszony, zaczepny, płynnie przemieszczali się po mieście. Taktyka be water (ang. bądź jak woda) została zaczerpnięta z filozofii walki Bruce'a Lee, słynnego Hongkończyka. Sprawiała ona policji niemało kłopotu.
"Czarne koszule" nie były monolitem. Tak zwani frontowcy mieli tarcze zrobione ze znaków drogowych, ochraniacze na łokcie i kolana, pręty, proce, łuki, a z czasem coraz częściej koktajle Mołotowa. Były też sekcje inżynierów wznoszących barykady, skautów wypatrujących policji oraz pierwsza pomoc. Kolejna grupa zajmowała się wyłapywaniem i gaszeniem ładunków z gazem łzawiącym. Podczas większych starć w pobliżu spotkać można było medyków-wolontariuszy, a także adwokatów oraz polityków opozycyjnych, którzy monitorowali zachowanie policji i służyli pomocą prawną aresztowanym. Przyjazne protestom okoliczne sklepy, restauracje i kościoły oferowały "czarnym koszulom" darmowe posiłki, napoje i miejsce schronienia. W internecie znaleźć można też było kody wejściowe do mieszkań, które właściciele udostępniali uciekającym przed policją; inni korzystali z minibusów gotowych wywieźć ich w bezpieczne miejsce.
Przy tak masowych protestach kategoryzacja uczestników nie jest rzeczą prostą. Ostrożnie można jednak przyjąć, że brali w nich udział raczej młodsi i lepiej wykształceni Hongkończycy. Według danych blisko połowę wojowników stanowili studenci oraz uczniowie, wielu przyjeżdżało na demonstracje z odleglejszych, mniej zamożnych dzielnic Hongkongu. Najmłodszy zatrzymany miał dwanaście lat. Druga grupa "czarnych koszul" była złożona z ludzi dojrzałych, pracujących, niektórzy mieli już rodzinę na utrzymaniu. Na drugiej albo trzeciej linii frontu uwijały się często młode kobiety i dziewczyny, zajęte udzielaniem pierwszej pomocy albo dostarczaniem posiłków.
Z upływem czasu ludzi wychodzących na ulice, zarówno z pokojowymi zamiarami, jak i tych bardziej radykalnych, powiązała subkultura protestu, pełna humoru i kreatywności, z których znani są Hongkończycy. W nowym żargonie słowo "marzyć" oznaczało demonstrować, "dekorować" - zamazać sprayem albo zniszczyć (na przykład witrynę sklepu), "użyć magii" - podpalić. Najważniejszym utworem muzycznym protestów stał się hymn Glory to Hong Kong, skomponowany przez anonimowego twórcę Thomasa DGX YHL do słów złożonych z internetowych wpisów demonstrujących. Śpiewano go nie tylko podczas regularnych przemarszów, ale też spontanicznie: w galeriach handlowych, wagonach metra, na peronach. Wrażenie robi zwłaszcza jego wykonanie przez orkiestrę symfoniczną w czarnych uniformach, z zasłoniętymi twarzami i kaskami na głowach.
Uczestnicy demonstracji czerpali też szeroko ze światowego dorobku kontestacji. Popularna była pieśń Słuchaj, kiedy śpiewa lud z musicalu Nędznicy, wykonywano utwory religijne i motywy muzyczne ze znanych filmów. Czasem dochodziło do groteskowych pojedynków na tym tle. Kiedy policja uruchamiała sygnał zagłuszający, odpowiadano jej na przykład Beethovenem puszczonym na cały regulator. Z komunistycznej Czechosłowacji przejęto "ściany Lennona", czyli zwyczaj oblepiania kolorowymi karteczkami murów w przejściach podziemnych albo na dworcach. Stanowiły one swoistą kronikę protestów, pełną humoru, ale też obsceny pod adresem polityków i funkcjonariuszy policji. Kopiując zaś antyradziecki protest obywateli krajów nadbałtyckich, 23 sierpnia 2019 roku Hongkończycy, trzymając się za ręce, utworzyli ludzki łańcuch o długości pięćdziesięciu kilometrów.
Wszystkie te przedsięwzięcia, wymagające poświęcenia i współpracy, zasługiwały na uwagę tym bardziej, że Hongkong długo miał opinię miejsca do bólu pragmatycznego, gdzie żyje się, by pracować i zarabiać jak największe pieniądze. Teraz jego mieszkańcy pokazywali światu inną twarz.