Hondelyk. (#4). O włos od piwa - Eugeniusz Dębski

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2009

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-498-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE Grzegorz Domaradzki, Krzysztof Domaradzki

ILUSTRACJE Dominik Broniek

PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska

REDAKCJA Ewa Białołęcka (1, 5), Joanna Figlewska (2 - 4), Maciej Parowski (6)

KOREKTA Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Śmierdząca robota

Wieczór przeciągał się leniwie - niczym syty kot prężący grzbiet i przesuwający się pod dłonią pana, stwarzając wrażenie, że jest dłuższy niż w rzeczywistości. Za oknami, za ścianami krążył długi jesienny wieczór - mokry, chłodny jak jęzor psa, który spotkał na polu niezamarzniętą jeszcze kałużę. Przed szczodrym ogniem w kominku przysypiał inny wieczór - jasny i ciepły, leniwy.

Hondelyk poprawił się w fotelu, przesunął bose stopy, podkulił palce rumiane od ciepła bijącego z kominka. Chwilę przyglądał się z zainteresowaniem ewolucjom swoich stóp, które kręciły się, kurczyły i prostowały palce, rozwierały je na kształt wachlarza i zwijały. Obcisłe skórzane spodnie, z nogawkami ciemniejszymi tam, gdzie chroniły je długie buty, i nieco jaśniejszymi, wypłowiałymi wyżej, nie kryły kształtu długich, mocnych nóg. Hondelykowi los nie poskąpił wzrostu - było to widać, nawet gdy siedział. Zajmował fotel, zydel, na którym opierał łydki, a część nóg i tak jeszcze wisiała w powietrzu między podporami. Jedna jego ręka opierała się o stół w pobliżu kufla, druga leżała na brzuchu. Głowę odchylił na wysokie oparcie, kręcił nią, to patrząc na płomienie w kominku, to zerkając na Cadrona. Na szczupłej, pociągłej twarzy malował się teraz spokój i syte rozleniwienie, ale dało się z oczu, z ich oprawy oraz bruzd wzdłuż nosa wyczytać, że migiem może przekształcić się w twardą maskę, której wyraz zapadnie w pamięć temu, kto ją na oblicze Hondelyka wywoła. Skórzane buty z wysokimi cholewami stały w prawidłach nieco z boku, parując. Widząc to, Cadron pochylił się i przesunął je odrobinę, sprawdził zewnętrzną stroną dłoni, jaka ilość ciepła dociera do butów, obrócił cholewy, żeby sechł drugi bok.

- Daj spokój, i tak już nigdzie dzisiaj nie będę wychodził - mruknął Hondelyk, przeciągając się w wygodnym fotelu. Gdy trzasnęły wyciągnięte stawy, stęknął i sięgnął po wysoki kufel z grzanym piwem. - Jutro może pójdę na ten ich targ, zobaczę, co tu jest... Posiedzimy jeszcze ze dwa dni i ruszamy. Popas nam się przydał, ale ciągnie mnie dalej. Mamy...

Ktoś lekko zapukał do drzwi. Cadron podniósł wzrok, popatrzył na Hondelyka i pokiwał głową jakby z wyrzutem: "Wykrakałeś!", potem podparł dłońmi kolana, podniósł się z westchnieniem i strzepnął poły zadartego do góry kaftana.

- Otworzyć?

Ruszył do drzwi, nie czekając przyzwolenia, ale Hondelyk dogonił go słowami:

- A otwórz, otwórz! - Zsunął stopy z zydla. - Pocze-łee... - Ziewnął potężnie. Cadron posłusznie zatrzymał się. Rycerz dokończył ziewania, wyszarpnął prawidła i wsunął bose stopy w ciepłe, choć jeszcze wilgotne buty, wstał, przytupnął i usiadł z powrotem. Machnął przyzwalająco ręką. - No?

Cadron zrobił dwa kroki i pociągnął skobel - przesunął się bezszelestnie, nasmarowany od razu, gdy tylko Hondelyk wybrał dla siebie tę izbę - nacisnął klamkę.

- Czy twój pan zechciałby udzielić mi kilku chwil dla pewnej ważnej i bezzwłocznej sprawy? - zapytał przybyły.

Hondelyk odwrócił się i popatrzył przez ramię, ale ciemności panujące na korytarzu kryły pytającego, a światło z lamp i kominka zasłaniał Cadron. Sługa stał nieruchomo, w milczeniu czekając na polecenia rycerza.

- Cadronie, wpuść gościa.

Hondelyk wstał. Cadron zrobił krok w bok, przybyły wszedł i pochylił głowę w ukłonie. Gdy kroczył, jego ciekawe, szybkie spojrzenie obejmowało Hondelyka, ale gdy pochylał głowę, nie pozwolił sobie na zarzut braku dworności - spuścił oczy i wytrzymał skłon akurat tyle, żeby wyrazić szacunek gospodarzowi. Potem wyprostował się i pofolgował ciekawości. Gość był wysokim młodzieńcem, trzymał się prosto i swobodnie. Na jego gładko wygolonej młodej twarzy usadowił się czerstwy rumieniec, który wyglądał tak, jakby nie tylko jesienny przymrozek był jego przyczyną. Oczy miał ciemne, okolone długimi rzęsami - powodzenie u dziewek murowane. Panny z okolicznych dworków i zameczków musiały często wzdychać do jego wizerunku, rozciągającego aż do bólu chwile przed zaśnięciem w dziewczęcej sypialni. Tuż pod prawym okiem młodziana, na szczycie policzka, widniała mała myszka, ale nie szpeciła go. Włosy, jasne i proste, gość ciasno związał rzemiennym paskiem z tyłu głowy, a potem ktoś, bo chyba nie on sam, jednym uderzeniem toporka obciął je do zamierzonej długości - wyglądały przez to jak niewytarty jeszcze pędzel golibrody.

Ładnie i niezbyt bogato szamerowany kaftan z rękawami do łokci zgrabnie układał się na szerokiej piersi, spod kaftana wystawała cienka koszula z mornowej przędzy. W ręku młodzieniec trzymał burkę, którą od razu rzucił na podłogę obok drzwi. Za broń miał ciężki, bogato zdobiony rapier na cienkim pasie, na nogach wysokie buty, prawie nieubłocone, a więc piechotą do domu postojowego nie przybył, co natychmiast Hondelyk zauważył. Skinął ręką na Cadrona, wskazał gościowi drugi, przysuwany właśnie przez sługę fotel. Młodzian podziękował pochyleniem głowy, podszedł do mebla, zręcznie odsunął broń i usiadł. Gospodarz uniósł dzban.

- Grzanego piwa nie odmówicie - ni to zapytał, ni to stwierdził.

- Z przyjemnością - powiedział młodzian. - Psia pogoda. Ale! Zapomniałem... - poderwał się z fotela - się przedstawić. Jestem Jalmus, syn Krotobachawego, pana na zamku Gaycherren.

- Mnie zaś zwą Hondelyk - powiedział gospodarz, siadając.

Nalał gościowi, a potem sobie. Wskazującym palcem dźgnął do wnętrza dzbana. Cadron natychmiast zrozumiał gest, pochwycił naczynie i wyszedł.

- Miło mi cię widzieć, panie. Nudno tu trochę. Co prawda nie miałem jeszcze okazji przyjrzeć się dokładnie okolicy, dopierom rano tu zjechał, ale rad jestem, że ktoś mnie odwiedził. Od picia piwa lepsze jest tylko picie piwa w kompanii.

Obaj zgodnie pociągnęli z kufli. Młodzieniec pierwszy oderwał się od mocnego, pachnącego chmielem, korzeniami i miodem piwa. Oblizał wargi.

- Nasz gród podupada - powiedział. - Od dwóch lat. Jakem wrócił z dworu księcia Filby Wielkookiego...

- Wybałuchem poza oczy zwanym - uzupełnił Hondelyk, uśmiechając się.

- A tak, ale to dobry pan i mądry.

- Nie przeczę, pochwaliłem się tylko, że też go znam.

Młodzian milczał chwilę, a potem powiedział, nadając jakieś szczególne znaczenie swoim słowom:

- To wiem. - Milczał chwilę. - Jeśli pozwolisz, panie, wrócę do sprawy, która mnie tu przywiodła. Otóż, jak mówiłem, dwa lata temu gród kwitł, rolni krzątali się po polach, mieszczanie handlowali, kupcy ciągnęli do nas dwoma krzyżującymi się szlakami. Targi mieliśmy znane, ho, ho! Wszystko można było kupić: mięsa na czarno wędzone, tkaniny ze wszystkich stron świata, ryby przez rusych na słońcu suszone, nawet powozy, jakie kto chciał...

- Byle były czarne i na dwóch kołach - wtrącił Hondelyk.

- Słucham?

- Nic, wybacz. Taki żart sobie przypomniałem. Mów dalej.

- Kwitła nasza okolica, gród... Ale jakoś dwa miesiące przed moim powrotem nadciągnęło na nas przekleństwo, fatum jakieś. - Jalmus uniósł dwoma palcami kufel i pochyliwszy, przeturlał go po stole. Toczony po drewnie rant dna zahurkotał. - Zagnieździła się tu zaraza fruwająca, niektórzy usiłowali toto smokiem nazywać, ale potem, jakby się wszyscy zmówili: uznali, że miano "smok" to zbyt wielki honor dla tego smroda, i został nazwany "francą". Nieważne zresztą, jak się zwie, ale okolica zamiera przez to, a już myśl o tym, że akurat taka bździna na psy nas sprowadza...

- Jak to taka bździna, jak mówisz, panie, dlaczego się jej nie pozbędziecie? - Hondelyk oderwał na chwilę wzrok od gościa, gdyż właśnie wszedł Cadron z dużym dzbanem, a woń parującej zawartości natychmiast zapanowała nad wszystkimi innymi zapachami w izbie. Sługa postawił dzban na zydlu przy kominku i popatrzył na Hondelyka. Rycerz wskazał mu krzesło przy kominie. - Jak czyrak doskwiera, to go ciąć trzeba - powiedział do Jalmusa.

- Ale musi to zrobić cyrulik doświadczony. - Gość uśmiechnął się szeroko, ale zaraz spoważniał i mówił dalej: - To skrzydlate obrzydlistwo zasiedliło dziurę w kopcu nieopodal martwego obrzecza, na styku grzędy wzgórz, pól i lasu. Franca ma tułów większy od największego wołu, karbowany jak glizda, choć niektórzy mówią, że jak szynka szpagatem obwiązana. Skrzydła ma jak gacek, chwost długi na piętnaście łokci, cztery łapska z pazurami, które drą konie na strzępy, a zbroje na kawałki, z których najlepszy kotlarz nawet patelni nie uklepie. No i ryj, ma się rozumieć, odpowiedni - jak antałek, żeby go w jajca kopnęło! - uzupełnił zawzięcie, zacisnął zęby i nagle przypomniał sobie, gdzie jest. Przyłożył rękę do piersi. - Wybacz, panie, ale ta zmora... No nic. Zaraz wyłuszczę wszystko. Najpierw nic specjalnego się nie działo, chodziło to, owcę albo cielę zeżarło, trudno. Wola taka i już. Nawet ciekawiej zaczęło być - młodzieńcy podjeżdżali francę, ostrzelali z łuków i wracali zadowoleni. Chłopi sarkali trochę, spalić próbowali i z toporami chodzili, ale kilku w strzechę kopnęło i przestali się zabawiać. Kupcy czasem z nudów brali jakiegoś przewodnika i podchodzili stwora, w końcu smoki nie taka zwyczajna rzecz. No, ale potem się zaczęło. Ten stwór, jak się okazało, żre, a i owszem, barany i gęsi, co tam złapie, potem pożera korę i młode drzewa, jak bóbr czy co, a przekąsza wapnem ze wzgórza nieopodal swojej jaskini. I czy to wapno, czy drewno, czy jeszcze co, natura jego może, dość, że... - Jalmus rozłożył ręce i plasnął nimi o kolana. - No... Jak by tu rzec... Odchody jego... - Uśmiechnął się z goryczą. - One okolicę na psy sprowadziły. Chodzi zawsze do rzeki i tam się wypróżnia. No i tu się zaczyna piekło - smród okrutny! Kolor woda ma taki, że na sam widok wnętrze się człowiekowi wywraca, a jak nawet spłynie pierwsza fala, a ktoś niebacznie się napije - umiera, i to chyba z boleści, bo tak wyjących ludzi nie widział nikt, nawet na wojnie czy jak nażartego kordelasem w brzuch dźgnąć. No i tak tu teraz jest - nigdy nie wiadomo, kiedy ta gnida pójdzie do rzeki, to raz. - Wyprostował kciuk. - Kupcy nas omijają, bo jak kilka razy trafili akurat na wodę skadzoną, to przestali tu jeździć i jeszcze innych postraszyli, to dwa. Po trzecie, kiedy na pola pójdzie polować - nie wiadomo, odłogiem coraz więcej ziemi leży. Chłopstwo złe, głodne, w rozboje się bawić zaczęło. Ci na dole rzeki też pretensje do nas mają, że niby na naszej ziemi, to trza zabić. No i po czwarte - ściszył głos, przygryzł dolną wargę - srom na wszystkie okoliczne ziemie. Obsrana, za przeproszeniem, okolica; mówią na nas: obsrańce. Ani do jakiejś panny w konkury uderzyć, bo konkurenci zatykają nosy, na nas patrząc, i to wystarczy, żeby panny się odwracały. Żadnej odwagi nie starczy, żeby zasrańca na męża wybrać, a i rodzice dziecka na pośmiewisko nie dadzą. No i tak tu teraz żyjemy - skarbczyk chudnie, lada dzień na żebry pójdziemy. Studnie śmierdzą jak... - Młodzian nie wytrzymał i splunął na podłogę. - Wybaczcie, jak tak się długo o tym mówi, to piana człowiekowi na usta wychodzi.

- To dlatego przed każdym obejściem beki stoją i nawet stawy pokopane gdzieniegdzie? - spytał Hondelyk domyślnie.

- No tak, ale ta woda i tak cuchnie, tyle że już się nie umiera od niej. - Gość wskazał wzrokiem dzban z piwem: - Jedyna rzecz lepsza przez francę to piwo. Teraz warzą je uczciwie i hojnie doprawiają, bo inaczej nikt by nie pił.

- Ciekawe rzeczy opowiadasz, panie. - Hondelyk uniósł swój kufel, nieufnie potrzymał nad nim chwilę nos. Potem poruszył brwiami i gestem przepił do Jalmusa. - Ale pierwsze, co winniście byli zrobić, jak się okazało, że zmorę macie - zabić plugastwo. Dobrze mówię?

- A pewnie. Tak i robiliśmy, i robimy co jakiś czas. Dlatego coraz mniej młodych mężczyzn w okolicy. Już siedemdziesięciu bez dwóch po cmentarzach leży - rozdartych, spalonych i stratowanych przez to bydlę. O rolnych już nie wspomnę. Podejść do francy się nie da - kły, pazury, ogień i chwost. Strzały łuczników nie przebijają skóry i łusek, las podpaliliśmy, to odleciała, ale wróciła na zgliszcza, w ciepłym popiele się wytarzała i tak srnęła w rzekę... - Wstrząsnęło nim to wspomnienie, z wysiłkiem przełknął ślinę. Odstawił kufel, rzucił okiem na Cadrona, ale sługa spokojnie siedział na zydlu, dłonie wyciągnął do ognia i nawet brwią nie poruszył. - Nie idzie jej ubić...

- Ogniem strzyka? - zainteresował się Hondelyk.

- Potężnie.

Gospodarz poruszył głową, jakby chciał pokiwać ze zrozumieniem, i w ostatniej chwili powstrzymał się, ale zauważył, że gość to widział, więc roześmiał się i klepnął w kolano. Ale nie powiedział nic. Jalmus zmrużył oczy, zastanawiał się chwilę.

- Gościł w naszej okolicy pewien szarlatan, ale i wiedział trochę, bywały w świecie. Powiedział, że ta franca zwie się pirróg. Podjął się nawet walki. To znaczy nie z mieczem czy łukiem, charławy był - jak to magister, ale pod jego kierunkiem żeśmy zapory budowali, żeby pirróga od wody i wapna odciąć, las paliliśmy, faszerowane smołą byczki podrzucalim... Oj, czegośmy nie robili! - Pokiwał głową. - Spać francy nie dawaliśmy, wilczych dołów nakopalim, wodę struliśmy... Jedenaścioro okolicznych zmarło, jak się napili. - Trzepnął z całej siły pięścią w kolano. - I nic.

Podniósł zagniewane i smutne zarazem spojrzenie na Hondelyka. Wzruszył ramionami i westchnął przeciągle. Rycerz milczał, w kominku trzasnęło któreś z wilgotniejszych polan. Na dole, w karczmie, ktoś na całe gardło wywiódł smętnie:

Zasrani mi grają, zasrani śpiewają! Sam zasrany chodzę, zasranicę wo-odze-ę!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

O włos od serca

Prawa dłoń chłopaka zacisnęła się na twardej, spiczastej piersi dziewczyny, druga nerwowo i gorączkowo szarpała taśmy przy jej spódnicy. Dziewucha zachichotała bez wyrazu i szarpnęła się niemrawo.

- Przesz nigdzie nie pódziesz! - zaszeptał parobek niby hardo, ale w gruncie rzeczy ze słyszalną trwogą w głosie. - Leje, jakby kto dziurę w niebie zrobił. - Stęknął, napierając biodrami na krągły, soczysty tyłeczek dziewczyny, i porzuciwszy szarpanie tasiemki, uwolnioną rękę usiłował wepchnąć między oba ciała. - Najlepi by było, jakby my...

- Sweryn! - wrzasnął ktoś przez wąskie poziome okno pod okapem budynku, niemal nad samą głową figlującej pary. Chłopak podskoczył, a dziewczyna szarpnęła się, zapomniała o krygowaniu i nie zwracając uwagi na ulewę, pognała z zadartą spódnicą przez brukowane podwórze do drugiego wejścia do kuchni. Porzucony amant strzelił ładunkiem nienawiści w okienko, wsadził pamiętającą ciepły, przytulny kształt dłoń w spodnie i chwilę układał w gaciach boleśnie gotowy do rypawki członek.

- Swe-e-eryn! Żeby ci smród nogi powykręcał! - wrzasnął ktoś ponownie.

- Ide! - syknął poszukiwany. Splunął kątem ust w kałużę, zerknął w mętne, nabrzmiałe wodą, wiszące nad samym dachem niebo, wymruczał przekleństwo, które miało objąć pogodę, karczmę, dziewczynę, co to się jej, lebiodzie jednej, nie chciało pobiec do stodoły, i nade wszystko tego durnia, co się wydzierał z kuchni, stojąc na stołku, zamiast zrobić, co trza. - Ide!

Ocierając się rękawem kaftana o ścianę, dotarł do drzwi i wszedł do głównej izby, zamierzając udawać, że przez cały czas wycierał wodę z podłogi i zbierał brudne naczynia, bo o to musiało chodzić Brindowi. Natychmiast bystre, cwane oczy Sweryna trafiły na plecy szynkarza, więc zadowolony rzucił się do cebra i pęku konopnych pakuł na kiju, którymi zbierał wodę, i energicznie zaczął osuszać kałużę na podłodze. Spod grzywy jasnych włosów zerknął na dobrodzieja, czy widzi jego starania, a potem przypomniał sobie kształtny cycuszek i mocniej naparł na kij. Szynkarz tymczasem podszedł do ustawionego przy kominie stołu, przed każdym z siedzącej tam czwórki wojaków postawił kufel z parującym winem, pozostałe cztery ustawił w centrum, między junacko opartymi łokciami, dwoma cylindrycznymi hełmami, jednym sztyletem i misami z resztkami posiłków. Właściwie resztek nie było - zaprawione w bojach chwaty nie takim karczmom dawały radę - ich mocne zęby znakomicie pracowały na rzecz wszystko trawiących żołądków, a najlepszym dowodem była scenka sprzed kilku chwil: jeden z nich cisnął pętającemu się pod nogami psu kość, białą, obżartą, wycmoktaną. Pies rzucił się na nią, przystanął, obwąchał podejrzliwie i zerknąwszy z wyrzutem na mężczyznę: "Coś ty mi, człowieku, zaproponował?!", wziął ją w zęby i ponuro powlókł się do kąta. Tam położył ją na podłodze przed sobą i westchnąwszy, ułożył nos na ziemi tuż obok, jakby chciał pokazać, że stara się złowić najmniejszy, najsłabszy ślad smakowitego zapachu, ale na niewiele tu może liczyć. Karczmarz, stawiając na stole cztery kufle, postąpił wyraźnie wbrew poleceniu, bo najhałaśliwszy z wojaków dobitnie powiedział: "Karczmarzu, fiucie jeden, dwa razy po cztery szklanice grzanego, ale nie naraz, bo ziębną, a nam gorące potrzebne po zimnicy!". Karczmarz jednak nie zamierzał biegać tam i z powrotem z zakichanymi szklanicami, do czterech nalał gorącego wina, a do następnych czterech bardzo gorącego, niemal wrzącego - para gęsto buchała pod sufit. Gdy do izby wgramolili się dwaj następni goście - miejscowe chudziaki - przejrzyste, wonne welony wznoszące się znad bardzo gorących szklanic kiwnęły się, wiotko przesunęły w bok i osiadły na oknach z płytek magmikowych, całkowicie zasłaniając widok na podwórze. Nic tam zresztą ciekawego nie było - ziąb okrutny, stała ulewa, a czasem i drobna sieczka śnieżna w powietrzu, tnąca po pysku każdego, kto nos wyściubił na ulicę. Dlatego karczmarz nie bał się wojaków. Nie podoba się obsługa? A won mi na ulicę, nocuj, mądralo, w stogu albo - w najlepszym przypadku - w stajni, jeśli ładnie poprosisz i uszczuplisz swój wojaczy trzosik.

Jeden z wojaków zauważył, że szynkarz postąpił mu wbrew, i zaczerpnął tchu, ale ten najhałaśliwszy, barczysty, sumiastowąsy chwat ze złamanym i wbitym kiedyś w kości twarzy nosem, przez co mówił, jakby go miał zakołkowany, wypił żarliwie połowę swej szklanicy i ryknął:

- Tak też i powiadam: Wiedźmin? Ni ma takiego! Dupę mam ubitą na gęsto od jeżdżenia po świecie, od kiedy pamientam, przemierzam tyn kraj i inne od brzega do brzega, ale nie spotkałem nikogo takiego. Chiba że w bajach dla dzieci albo naiwnych gamoni! Tyle wam powiem i nic mego zdania nie zmieni!

- Wiemy, wiemy... - mruknął, krzywiąc się, siedzący naprzeciwko wąsacza nieco chudszy, ale też wąsaty kompan. Od początku biesiady cały czas starał się przejąć głos i dowodzenie przy stole, ale nie udawało mu się; wąsaty miał mir u pozostałych dwóch i rzucanymi co jakiś czas pytaniami albo pochwałami ten mir u nich podsycał. - Ciągle dyskredytę na wiedźmowych kładziesz, a ja pytam: A skąd pewność twoja, krutydupku, że ten twój xameleon by mu nałożył?

- Krutydupekem?

- Krutydupekeś!

- Ty... - Wąsacz zawahał się, pobrużdżone czoło się rozjaśniło, soczysty uśmiech rozciągnął wargi. - Ja ci powiem, skond moja pewność! - Odzyskanie kontenansu przybił pięścią w stół. - Ja ci to powiem!

- Powiedz!

- A powiem!!!

- No to gadaj, a nie tylko gadasz, że powiesz!!!

Na krótką chwilę wszyscy, niemal wszyscy, zastygli - bójka wsadziła czubek nosa do karczmy i łapczywie zerkała na rozgrzanych wojów. Wąsacz odetchnął i ochłonąwszy, warknął:

- No to słuchaj. - Zamierzał sięgnąć po szklanę i z niej łyknąć, ale się zorientował, że teraz każda przerwa jest po myśli kompana i będzie grać na jego korzyść. Trącił więc tylko paznokciem w szkło i zaczął mówić: - Zychur potwierdzi. - Kiwnął na siedzącego z lewej niskiego kamrata, któremu czarne włosy niemal łączyły się z gęstymi, szerokimi brwiami, przez co wyglądał, jakby dwie pijawki rozciągnęły mu się nad oczami i zerkały w dół na czubek nosa. Zychur odchrząknął skonfundowany i pytająco zerknął na mówcę. - Byłech przy bitwie na rzece Sconfolo? - Zychur z ulgą odetchnął i gorąco pokiwał głową. - No, widzicie! Jakem Malon, nie łżem!

- Nie mówię, że łżesz o bitwie pod Gruttą...

- Poczekaj! Już wszystko wykładam... Otóż, jak tam było, wiecie, nie? - Zazwyczaj po takim pytaniu następuje dłuższa, niepotrzebna perora i tak też się stało tym razem: - Z jednej strony, a nie była to nasza strona, stało sześć fratier pieszych, dwa skrzydła jazdy i garmatki, hłubnice, szkwery, wszytkiego po sześć, i szternaście gwizdałek nabitych żelaznom sieczkom na nasze jazde. U nas było od początku dużo mniej pieszych, ledwie trzy fratiery, jazdy tyż dwa skrzydła, a artyleryi dwie garmatki, pożytku z nich jak z osy miodu. Ale co tam, tłukli my sie jak trza, to i ich przewaga kapciała. I tak dzień w dzień: oni szturm - my ich po kulach, po kulach; oni nazad - my im po plerach! I nic wiency. Rany liżemy, szańce poprawiamy. Czekamy na dopomoge. Ni ma. Nastempny dzień: oni szturm, my z okopów chlast-chlast! Oni dyla, my im poślad: rdzawą posypkę z garmatek i czekamy, jako rzekłem, na posiłki. Ale, grucha-pietrucha, ni ma! - Teraz wojak zrobił znaczącą pauzę, zobaczył, że miejscowi, znudzeni zimą i brakiem wieści ze świata, chłoną jego opowieść jeszcze chętniej niż chrzczone piwo, na które i tak ledwie ich było stać. Żołnierz potoczył pytającym wzrokiem po izbie: "No i co byście zrobili na naszym miejscu?". Prócz dwu mężczyzn siedzących w kącie nikt nie był w stanie udzielić mu odpowiedzi, a ci dwaj, pomijając, że znaczniejsi, przyjezdni, to nie zamierzali najwyraźniej wtrącać się do opowieści, choć sami, popijając nie hrzaniec, a szlachetne wino, słuchali historii i nie kryli się z tym. Nawet teraz jeden z aprobatą pokiwał głową, a drugi nawet się uśmiechnął i uniósł trochę ponad stół swój kielich. - No, tak to trwało sześć dni, dokładnie. Tylko tak - my ich uszczuplamy mocno, oni nas słabiej, ale ich jest pięć razy wiency, to i piontego dnia zostało ich mało, a nas wcale. Wieczorem zebrał nas dowódca Rewer i powiada: "Chłopy, widać pomocy nie bedzie i możemy tera albo sie w nocy wycofać i drapać stąd, posypując pieprzem swoje ślady, by psy nas nie zwietrzyły, albo bedziemy sie bić do ostatka, do ostatniej całej klingi, do ostatniej nabitej garmatki, do ostatniego dechu!". - Opowiadający wczuł się w rolę Rewera, wyprostował, chwycił jedną ręką pod bok, drugą zakrutnął wąsa, minę miał dziarską i dowódczą. - My na to różnie, jeden kwiknoł, że pożytku z naszej walki ni ma, drugi, że siła ich, a nam pomocy się skompi... Rewer milczał i słuchał, chwile tak słuchał i coraz wiency takich sie odzywało, co już sakwy mieli popakowane. Nagle Rewer mówi: "Wy gnoje ojscane! Wy psie fiuty w pyle wytytłane, gówna kacze takie! Już kity pod siebie i chodu? Już gotowiście pientami sobie zadki poobijać?! Srać na honor najmitów?! Plecy pokazać i żyć potem spokojnie???". "Ale siła ich, a nas garstka..." - jęknął który. A Rewer wychylił się w jego stronę i l-lu! go w jape! Tamtego ścieno z nóg, podniósł się, ryj wyciera i nie wie - obrazić się czy potulnie źlizać smarki z juchom i tyle. A Rewer patrzy na niego i mówi: "Lepiej w ryj dostać małom garstkom czy dużom poducho? Bo my jesteśmy dla nich garstkom!". Jak my nie rykneli śmiechem, jak się nie zaczeli pokładać! Aż do tamtych stanowisk doszło, bo wartownicy nasi zaczli sykać. Nagle nam, grucha-pietrucha, sił doszło. I w ogóle...

Teraz opowiadający uznał, że ma już słuchaczy w garści i może sobie zaserwować mały antrakt na zaczerpnięcie dziobem hrzańca. Upił serdecznie, wytchnął "hu-ach!" i otarł wąsy.

- Nikt już nie zamierzał drapać stamtond, nawet ten w papę rympnienty, taka nas ochota do bitki naszła, że jeszcze trocha, a byśmy poszli na jeich okopy już tera, w nocy. Jeszcze Rewer powiada: "Nie było tak i nie bedzie, żeby jemelcy Rewera pokazywali rzyć wrogowi! Nie miałem w oddziale ani jednej rany na dupie i mieć nie pozwo...". A tu jeden krzyczy: "Przesz Gacły ma taką ranę, na rzyci!". Gacły się zacukał, to taki jąkała był, choć rembarz znatny, zacukał sie, wszyscy rechocom, wartownicy sykajom, bo nie wszystko słyszom, a i ruch w norach tamtej hordy sie zrobił. W końcu Gacły wykrztusił: "Moja rana na zadzie, bom usiadł na butelkie!". No i wtedy sie zaczeno! My w ryk, Gacły wybałuchy postawił, Rewer pod wonsem się uśmicha. No, wesoło jak w karczmie, a nie jak przed ostatniom potyczkom. A duch taki w nas... - Wojak zamilkł na chwilę i zatopił się we wspomnieniach. - Ja, pamientam, pomyślałżech: "A co, grucha-pietrucha?! Ile by życia było, zawsze go bedzie za mało, zawsze jeszcze aby przynajmniej dzionek. Jak tak, to wszystko jedno kiedy, byle nie umierać w sromie za siebie". - Sięgnął do szklanicy i dopił. - No! - Plasnął dłonią o stół. - Taki to był wieczór...

- Bardzo w nim ten twój xameleon widoczny! - zakpił ten o prymat w kompanii walczący. Ale duch w nim wyraźnie osłabł.

- Czekaj... Mówie: wieczór. W nocy zaś obudził mie ktoś na warte, tom wstał i poszedł. Jakie osiem kroków ode mnie ziewał niejaki Wadeiloni, zacny zuch. Stalim tak trochi, potem on do mnie kiwnoł i usiadł, wtedy ja stałem, potem ja usiadłem, a on stał, i tak na zmiane. Przed świtem przyszedł Rewer, przycupno koło mnie, pogapilim się na ruszajoncego wroga; zbierali sie do roboty - lonty buchtowali, przesypywali proch do ciepłych kanirków, żeby podsech, ostrzyli białą broń... Rewer cóś powiedział, podniósł sie i dostał strzałę prosto w szyje. Musiała, franca, być wystrzelona na pałe, ale trafiła go jak trza, zaraza. Zwalił sie na mnie, coś mu w gardle zabulgotało, kopnoł pientom ziemie i już.

Żołnierz zamrugał i zamilkł. Jego palec, umoczony w kropli wina, rysował na poharatanym kuflami i misami blacie nieregularne mazy. Wojak najwyraźniej odfrunął na skrzydłach wspomnień i właśnie oniemiały stał nad ciałem ukochanego dowódcy. Jego kompani czekali cierpliwie, w końcu ten zadziorny chrząknął głośno. Wzrok Malona odzyskał ostrość.

- Ta-ak, bracia, był Rewer, ni ma Rewera. - Uniósł kufel wysoko, cała trójka karnie i poważnie uniosła też naczynia i spełniła niemy toast. - Ja, grucha-pietrucha, mało nie zaczonem ziemi gryźć ze złości. Patrze na trupa i wiem, że koniec z nami. Z Rewerem moglimy wstrzymać te kupy aż do ostatniego woja, a tak - wiedziałem, że zara wszyscy zaczniemy stamtąd dymać, aż pogubimy obcasy. A wtedy nas ichnia jazda wysiecze, bo wiać trza było w nocy. No to sie odwróciłech i chciałech pójść powiadomić kamratów, ale mie złapał za ramie Wadeiloni, aż mi w barku chrumkneło cóś, i popatrzył na mnie, ciarki mnie przeszły, on zasie mówi: "Malon, przysiengnij na swoje życie, że tego, co zobaczysz, nikomu nie powiesz! No!". Ja cóś zabełkotałech, ale on położył rękę na kordylecie i już wiedziałem, że mnie utrupi. Przysiengłem, a on wtedy pociongnoł ciało Rewera trochi w bok, dziura tam była. Złożył tam, coś do niego mruknoł i przykrył skrzydłem wózka, wrócił do mnie. Ja sie patrze, grucha-pietrucha: Rewer! W ubraniu Wadeiloniego, ale Rewer! Nie wiem, kiedy i jak on to zrobił, ale stoi przede mnom Rewer. Zatrzensło mie, zimno mi i rence latajo, a on powiada: "Zamknij pysk i idziemy do boju. Potem znańdniesz ciało i pokażesz wszystkim. Jasne? I niech cie nie skusi gadanie!". Ja już wiedziałem, że gdybym pisnoł, toby mi on ten pisk urwał sztychem, to tylko cóś wymruczałem i tak było - poszlimy do boju i tak siekli, że tamci dali w dryby-śryby. Takiej walki już później nie widziałem i nie zobacze. Każdy z nas usiekł co najmniej po dwudziestu i bylimy straszni. - Zamilkł na chwilę i w panującej od dłuższego czasu, od początku głośnej opowieści, ciszy w karczmie zgrzytnął ostro, krześliwie zębami, aż Sweryn wzdrygnął się i syknął: "Hułee!". - Potem, kiedy my sie otrzenśli z kurzu i starli skrzepłom juche z rąk i gąb, zobaczyłech, że Wadeiloni patrzy na mie i popycha wzrokiem do okopu. No to poszłem tam i narobiłem rabanu, że niby dowódce nam któś uszczelił... - Zapał do opowiadania nagle z wojaka wyparował. Westchnął przeciągle, siorbnął resztkę chłodnego wina, które nagle, po wystygnięciu i częściowym odparowaniu aromatu ziół, zdradziło, czym jest - kwaśnym cienkuszem, i z hukiem odstawił kufel.

- No i co dalej? - zapytał kompan.

- A co tam? - Machnął ręką niechętnie. - Popołedniu przyszła dopomoga. - Wzruszył ramionami. - Grucha-pietrucha - zakończył dość smętnie.

- A ten Wadeiloni?

- Znik. - Dotknął wierzchem dłoni kufla, jednego z tych stojących w centrum stołu, i powrócił od wspomnień do rzeczywistości; czując chłód naczynia, podniósł zagniewany wzrok, szukając karczmarza. - Hej, gospodarzu! - wrzasnął. - Miało być podane za chwile i goronce, nie? A nie takie chłodne jscyny! - Czy to na skutek wypitego już wina, czy własnej opowieści, zaczął się złościć coraz bardziej. Walnął pięścią w stół i zaczerpnął tchu. - Słyszysz tam? Nie bede pił tej bryji, co smakuje jak woda z brudnego dachu. - Karczmarz uznał za najwłaściwsze nie pokazywać się na razie na oczy wojakowi. Zza drzwi, za którymi przed chwilą zniknął, nagle wypadł wygięty do tyłu Sweryn. Zahamował gwałtownie, wystraszonym spojrzeniem obrzucił żołnierza i chwycił za kij z kępą pakuł, nie zamierzając zbliżyć się i oberwać za cwanego gospodarza. Jeden z żołnierzy, ten nazwany Zychurem, pojednawczo położył rękę na przedramieniu Malona, ale to nie poskutkowało - wojak poderwał się i huknął na całe gardło: - Możesz to dawać tym kmiotom - potoczył ręką dookoła - ale nie mi! - Rozpalał się coraz bardziej, zrozumiał to również karczmarz, uważnie nasłuchujący przez nieszczelne drzwi, trącił palcem pętającego się pod nogami kilkuletniego chłopca i syknął mu do ucha: "Leć po Szuta, niech weźmie swoją kłonicę!". - Ja za dużom przeżył - kontynuował awanturę Malon, wychodząc zza stołu i stając pośrodku izby - żebym sie godził na takie traktowanie. Jam Malon i mam swój ho...

- Nie drzyj się, waść!

Cztery słowa przecięły wrzaskliwy monolog, zaskoczyły i oszołomiły Malona. Kłapnął żuchwą z dźwiękiem "tłap" i potoczył wzrokiem dookoła. Przy odległym stole siedzieli dwaj znaczniejsi goście, jeden z nich nawet - przypomniał sobie Malon - chwilę wcześniej wymienił z nim bezgłośny toast, ale teraz, gdy żołnierz się rozjuszył, ten właśnie postanowił utrzeć mu nosa. Był nieco starszy od towarzysza, ale tak samo jak jego kamrat szczupły i w czymś podobny do krzemienia. Malon przypomniał sobie, że kilka chwil temu pomyślał, że z takim nie chciałby zadzierać, taka biła od niego pewność siebie i aura oznajmiająca, że ta pewność nie jest blagą ani bezczelną zuchwałością. Teraz jednak, zamroczony cienkim, ale jednak winem i złością, a także przeświadczony, że każdy jego ruch i krok jest pilnie obserwowany przez towarzyszy, musiał - jeśli nie chciał stracić miru - postawić się nieznajomemu.

- Nie bedziesz mnie uczył, jak mam sie wieść...

- Nie tykaj, waść, bo ja cię nie tykam - przerwał znowu nieznajomy.

- A ty mnie nie ucz! - wrzasnął co tchu w piersiach Malon. - Jam z dawna uczony!

- Honorem frymarczyć też? - zapytał spokojnie tamten, wyczekawszy, kiedy tracący dech Malon zacznie wciągać powietrze.

- Ja?

- Z waści opowieści wynika, że dałeś słowo nie opowiadać o tym Wadeilonim. - Mówiący miał minę: "Wszak nie ja to mówiłem". - A opowiedziałeś...

- Wadeiloni nie żyje, to mnie zwalnia z przysięgi! - ryknął Malon.

- Bzdura - rzucił lekceważąco adwersarz. - Miesiąc temu go widziałem. - Westchnął, wstał i oparłszy czubek spoczywającego jeszcze w pochwie długiego, cienkiego miecza o podłogę tuż obok stopy, a nasadę dłoni na jajowatym zakończeniu rękojeści, rzucił cicho, ale dobitnie: - Co do xameleona, też waść łżesz. Nie ma takiego. - Jego towarzysz oderwał wzrok od ściany, w którą leniwie się dotychczas wpatrywał, rzucił mu lekkie pytające spojrzenie, przekrzywiając głowę w bok i do góry. Zaraz potem odsunął się nieco od stołu i po raz pierwszy popatrzył w stronę Malona. Jego wzrok ominął jednak purpurowiejącego żołnierza, a musnął pozostałych trzech. Wszyscy, choć byli niepiśmienni, przeczytali w nim wyraźnie: "Nie wtrącajcie się". Zychur i drugi, który ani razu się jeszcze nie odezwał, opuścili wzrok, trzeci, który sprowokował opowieść Malona, zawahał się, ale też odwrócił spojrzenie. Malon oblizał wyschnięte wargi, potoczył rozbieganym wzrokiem dookoła, kmiotkowie siedzieli na półdupkach, gotowi w każdej chwili salwować się ucieczką z placu boju. Z tyłu nie dochodziły żadne napawające otuchą odgłosy, Malon zrozumiał, że będzie stawał sam. Przełknął ślinę tak głośno, że śpiący pod stołem pies obudził się, myśląc, iż to kawał ochłapu wpadł do miski z polewką. Rozczarowany podszedł do Malona i bezczelnie obwąchał mu portki, dopełniło to czary goryczy żołnierza. Odwrócił się i wymierzył psu potężnego kopa, zaprawione jednak w takich opałach psisko zręcznie odskoczyło w bok, a siła potężnego zamachu obróciła wojakiem, podcięła mu nogę i cisnęła nim o podłogę. Któryś z miejscowych odważył się zachichotać, dołączył drugi i reszta. Malon poderwał się wściekły i splunąwszy na podłogę, pogroziwszy pięścią najbliższemu wioskowemu, wypadł z izby. Natychmiast pojawił się karczmarz, przebiegł przed siadającym już mężczyzną, kłaniając się i bormocząc coś pod nosem, dopadł stołu wojów i uśmiechnąwszy się przymilnie, zgarnął wszystkie kufle, także i te napełnione chłodnym już teraz winem.

- Chciałeś się poruszać? - zapytał cicho ten ze szlachetnych gości, który się nie odzywał.

- Coś ty, Cadronie, przecież wiesz, że nie uznaję machania mieczem za zabawę. Jeśli jest wyjęty, to po to, by zabić. - Zapytany usiadł, odstawiając miecz pod ścianę. Pochylił się i powiedział: - Nie chcę, by rosły i w ogóle krążyły opowieści o xameleonie. To mi utrudnia życie, a z czasem może wręcz uniemożliwić prowadzenie starego zajęcia. Wiesz, nasłuchawszy się różnych durnych opowieści, ludziska będą się wzdrygać na sam dźwięk tego słowa, albo i wręcz zaczną na mnie polować.

- Przesadzasz.

- Może.

- Nie może, a na pewno, Hondelyku.

- No dobrze, może trochę.

Cadron zachichotał. Przeciągnął się.

- Ale i tak nie wiem, dlaczegoś się tak na tego biedaka zawziął?

- Bo to nie całkiem tak było, to raz. Po drugie, jego tam nie było. Po trzecie... - przerwał i popatrzył z podziwem na przyjaciela. - No i omal byś mnie zmusił do przyznania, że chciałem się poćwiczyć z tym bufonem. - Trącił pięścią ramię współtowarzysza, pokręcił głową. - Idziemy? - Rzucił na stół monetę i popukał palcem w drewno blatu. - Gospodarzu, dzban tego samego na górę.

Pierwszy wyszedł z izby, gdzie natychmiast rozpaliła się dyskusja o zaistniałej przed chwilą sytuacji. Uczestnicy zgodni byli, że ów pan, co tak usadził Malona, posiekałby go na plasterki grubości płatków róży. Natomiast czy opowieść żołnierza miała prócz uroku męskiej bajdy jakieś walory historyczne - tu zgodności nie było. Zresztą po wyjściu wojaków, co nastąpiło po chwili, gospodarz dbał o to, by spór nie wygasał, i przynosząc kolejne garnce cienkusza, brał stronę tej grupy, która aktualnie przegrywała w dyskursie. Dzięki temu wieśniacy spierali się wciąż równie gorąco i musieli - co dziwne - chłodzić się gorącym winem.

- Deszcz zimny, jakby już była jesień - powiedział Cadron, popukując paznokciem w nieźle wykonaną szybkę z magmiki. Ktoś końcem sztyletu wydrapał w usztywnionej błonie: "Byłem tu. Aordenik". - Może niepotrzebnie rozpowszechnia się naukę pisania - rzucił w powietrze. Odwrócił się i zobaczywszy, że przyjaciel marszczy czoło, próbując zrozumieć, co ma na myśli, wskazał palcem napis, a Hondelyk pokiwał głową: "Widziałem". - Można by sobie wyobrazić czasy - otrząsnął się - brr! kiedy każdy będzie pisał i czytał i na każdym wolnym kawałku muru coś będzie stało. Wyobrażasz sobie? Tu: "Selma to dziwka", tam: "Karponos się gzi z żoną grodarza", a jeszcze gdzie indziej: "Chętni spuścić gluty parobkom z karczmy "Pod Obcasem" - zbieramy się jutro o zachodzie słońca".

Pokręcił głową, dziwiąc się własnym spaczonym myślom. Podszedł do stołu i potrącił kostki, po czym ustawiwszy wszystkie siedem w szereg, popatrzył kusząco na Hondelyka:

- O najbliższe czyszczenie koni?

- A idź! Przecież wygrasz, to wiadomo.

- Czasem przegrywam.

- Jeśli nawet, to nie ze mną.

Hondelyk rozparł się wygodnie na krześle, zmrużył oczy i wpatrywał się w kości, usiłując wypytać je, jaki też mają dzisiaj humor i komu będą służyć. Sięgnął do naszytej pod połą kaftana kieszeni i wyjął kilka przedmiotów, które zatrzymał w garści, a dłoń oparł na stole.

- Zagrajmy po prostu jak uczciwi ludzie, o pieniądze.

Cadron prychnął pogardliwie.

- Co to jest "uczciwa gra"? - zapytał pełnym różnych odcieni tonem.

- Mówisz jak człowiek stojący nad pijaną, ale piękną ladacznicą: nie tając niezdrowego zainteresowania i jednocześnie wielkiej pogardy.

- Krótko mówiąc, o pieniądze grając, nie mogę oszukiwać czy sięgać do wszelkich dostępnych środków, to nie honor. Ale grając o co innego...! - Zatarł dłonie.

- A-a-a tam... - Hondelyk rozprostował palce, na stole spoczął rulonik ze sztywnej skóry, w którym tkwił niezły kapitalik, ze czterdzieści rekli, sprzączka z przysiodłowej sakwy i ciężko połyskujące ciepłopurpurową barwą płaskie puzderko. Cadron szybko wyciągnął palec. Właściciel odgrodził przedmioty dłonią od ciekawskiej ręki. - Gdzie???

- Co to jest?

- Sprzączka.

- Diabła tam! Nie o to pytam, wiesz przecie. To puzderko...

- A, to. - Wziął je w palce, pokręcił z dziwnym wyrazem twarzy. - Kupiłem na wyprzedaży, tam gdzie futra.

- Jeśli równie tanie, co futra...

- Och, tłumaczyłem ci, futra z bradenswansa muszą kosztować fortunę. To jest ptak, którego trudno dogonić na śmigłym koniu, trzeba mieć kilka i przeskakiwać z jednego na dru...

- Wybacz, ale gdy słyszę "futro z ptaka", pytam, gdzie są granice ludzkiej naiwności.

- Cadronie, widziałem takiego ptaka i goniłem go. Miałem świetnego konia, ale nawet nie poczułem zapachu tego giganta.

- Poważnie?

Hondelyk pokiwał głową, Cadron skrzywił się, jakby chciał powiedzieć: "No trudno, ja już nic nie wiem!".

- Jego pióra mają tysiące cieniutkich rureczek, w te rureczki wchodzi powietrze i stąd te niemal magiczne właściwości futer i ich cena.

- Magiczne właściwości?! - Cadron odzyskał uszczypliwy ton.

- Jeśli położysz, albo lepiej powiesisz je obok ognia, w te rurki wchodzi ciepłe powietrze i futro przez kilka semii grzeje jak nic na świecie. A gdybyś zostawił je w lodowni na pół dnia, to w największy skwar będzie ci w nim zimno przez cały następny dzień.

- Aha. Pomysł wart Wielkiego Geonarda, w upał chodzić w futrze! - Potrząsnął złożonymi w zamkniętą konchę dłońmi, zagrzechotały kości, ale Hondelyk nie zareagował. - Lepiej zag...

- Są pustynie, gdzie w nocy woda zamarza, a w dzień, jeśli wbijesz do szyszaka jajo, to ci się usmaży. - Uśmiechnął się, widząc, że Cadron zamarł z uniesionymi rękami. - Tak, bracie. Tam byś się modlił o takie futro.

Cadron odłożył kości i zaczął się wpatrywać w towarzysza, nie kryjąc coraz mocniej kiełkującej podejrzliwości. Siedział dłuższą chwilę z przekrzywioną głową, wyglądając jak zaniepokojony, ale zbyt leniwy, by odlecieć, gawron.

- Wybieramy się na taką pustynię? - zapytał w końcu, widząc, że dobrowolnie Hondelyk nic z siebie nie wykrztusi.

- Kto wie gdzie nas los ciśnie... - usłyszał filozoficzną odpowiedź. Cmoknął i postanowił trochę poczekać. Pobębnił palcami w stół.

- A to po co kupiłeś?

Hondelyk chwycił puzderko za rogi i zakręcił nim.

- Poprzednie mi się rozpadło, usiadłem na nim.

- Ale co jest w środku?

Hondelyk milczał nasyconą lawiną wspomnień chwilę.

- Włos od serca - powiedział w końcu.

- C... C-co?

- Włos od serca. - Widząc, że przyjaciel nie zamierza rezygnować, westchnął krótko i podsunął mu puzderko. - Patrz.

W środku, pod grubą tarczką z przezroczystej, doskonale obrobionej na wypukło magmiki, na białej poduszeczce, leżał zwinięty w kółko włos. Gdy zaintrygowany do granic możliwości Cadron pochylił się nad stołem, zobaczył, że włos jest w połowie rudy, a w połowie czarny. Mógł mieć łokieć długości i był dość gruby.

- Dziwny w kolorze i dość gruby.

- Tak.

Hondelyk zatrzasnął wieczko i schował puzderko do kieszeni na piersi.

- Co "tak"? - oburzył się Cadron. - I to wszystko, co mi powiesz?

- A co jeszcze mam ci powiedzieć? Rzeczywiście, dziwnie dwukolorowy i gruby.

Widać było, że z trudem utrzymuje powagę.

- Nie drażnij się. Gadaj. Wieczór długi.

- Nie mam nic do opowiadania.

- A dlaczego "od serca"?

- Ojej... Jako dzieciak miałem ten włos, uważałem, że dostałem go od pewnej osoby. Tak od serca. Potem się nawet o ten włos od serca pobiłem z jednym grubianinem... I tak dalej. Noszę go, bo mi przynosi szczęście i przypomina ważną chwilę w moim życiu. To tyle. - Wzruszył ramionami.

Siedzieli chwilę w milczeniu, Hondelyk jakby zatopiony w przelotnych wspomnieniach, Cadron gorączkowo przypominający sobie, czy wcześniej przyjaciel coś mówił o włosie z serca... Od serca, poprawił się. Nie, nic takiego nie było.

- No to gramy?

Cadron otrząsnął się z myśli.

- Poczekaj, skoczę jeszcze na dół. Coś to wino przelatuje przeze mnie jak strzała przez nadmuchany pęcherz...

Poderwał się i wybiegł z izby, płomienie świec na stole i kaganka ściennego zatańczyły, jakby chciały się poderwać i wybiec w ślad za Cadronem, ale w ostatniej chwili zrezygnowały z szaleńczego pomysłu. Gibnęły się na boki, wyciągnęły ku górze niczym prostujący zastałe kości człowiek i uspokoiły usadowione na knotach. Hondelyk wziął do ręki rulonik, odruchowo zważył go w dłoni, podrzucił kilka razy, potem jeszcze kilka razy z obrotami - jednym, dwoma, kilkoma, wysoko z kilkunastoma, i jeszcze pod sam sufit, wirująco. W końcu rulonik z reklami wylądował obok puzderka w kieszeni na piersi. Sprzączkę podsunął bliżej świecy. Trzeba pamiętać, by posłać chłopaka, żeby przyszył, pomyślał. Może też wyczyścić uprząż i siodła sadrą, mieszaniną quotosu, oliwy i liprydy, bo wilgoć na dworze. Moknie wszystko... Myśli nagle skoczyły w innym kierunku. Ciekawe, pomyślał, czy w futrze bradenswansa człowiek tonie błyskawicznie, czy odwrotnie - pływa jak na tratwie? Futro jest lekkie, leciuchne jak na futro, ale też nie jest to normalne futro. Ale rzeczywiście ciekawe, jak się zachowuje na desz... Zaraz! A jakby tak... Przecież wyprawione pęcherze są miękkie i jednocześnie mocne i nie przemakają, bo dzieciaki bawią się nimi i w deszcz, i w skwar? Albo jeszcze lepiej - pęcherze tej olbrzymiej ryby, jak jej tam? A, sterlity! Właśnie, z nich można by szyć cienkie, mocne, niewilgotniejące peleryny! Normalnie leżałaby zwinięta w ciasny, mały rulonik, a na deszcz - naciągasz i można jechać dalej!

Poderwał się i przemaszerował po izbie. Gdy Cadron wpadł do pokoju, Hondelyk uniósł dłoń i powiedział:

- Wiesz co?

W tej samej chwili te same słowa wyrzucił z siebie Cadron. I to on odczekał krócej i mówił dalej:

- Pamiętasz tę komorę na końcu korytarza? Co to nas tak ciekawiła, że co rusz ktoś tam wchodzi?

- To ciebie ciekawiło - sprostował Hondelyk.

- Dobrze, mnie. Idę ci ja korytarzem, spotykam paroba, pytam go, czy sucho tam, na dole. A on zdziwiony pokazuje mi te drzwi komórki. Mówi tak: "Bo nie ma żadnych dam w zajeździe, można, panie, skorzystać tu". Ja mu o mało w ucho nie dałem, ale prowadzi mnie i wiesz - głowa mi spuchła! - Cadron zwalił się na krzesło, całą miną i całym ciałem okazując bezgraniczne zdumienie, pomieszane z podziwem i zachwytem. - Tam jest dziura, jak w normalnym kiblu, nie trzeba chodzić na dół, bo wszystko tam i tak spada. Rozumiesz? Aż poszedłem do karczmarza pogratulować pomysłu, a on mówi, że tu cała okolica tak buduje, żeby górne izby miały swoją wygódkę. Proste, nie? - Plasnął się dłonią w kolano. - Dawno już nie byłem tak zaskoczony.

- To czemu nam nie powiedział, że można...?

- No przecież była ta dama!

- A. No tak - zgodził się Hondelyk. - Czekaj, a nie można by było zrobić jednej wygódki dla kobiet, a drugiej dla nas?

Cadron popatrzył na przyjaciela z niesmakiem.

- Co ty? Zwariowałeś?

- Dlaczego? Pomyśl, to proste. Do jednej...

- Przestań, masz jakieś dziwaczne, dzikie myśli, godne co najwyżej prymitywnego koczownika, a nie zacnego kawalera i xameleona.

Hondelyk machnął ręką, przerywając Cadronowi.

- To ty jesteś dziki. Nie dorosłeś do moich genialnych pomysłów. Coraz trudniej mi wytłumaczyć ci, co i dlaczego tak. A to futro mu nie pasuje, a to... Nieważne. - Wstał. - Stawka dwa selity - powiedział, wskazując kości. - Ja pójdę sprawdzić, co też da się ulepszyć w pomyśle naszego gospodarza.

Skierował się do drzwi.

- Dobrze, gramy na pieniądze, ale kto przegra rekla, czyści konie! Dwa rekle, dwa czyszczenia.

Odpowiedziało mu zrezygnowane machnięcie ręką, Hondelyk wyszedł przez drzwi, które pożegnały go cichą, jękliwą piosenką. Cadron szybko sięgnął do kieszeni, wyjął komplet kości i położył na stole, a leżący komplet zgarnął, zamierzając schować do kieszeni, coś go jednak w nich zastanowiło, obejrzał je dokładnie, zważył, poturlał po stole.

- Och, ty draniu! - powiedział cicho. - Zamieniłeś mi kości, a ja byłbym je sam zamienił na te niekantowane! Kiedy ci się to udało? - Wyszczerzył zęby i kilka razy nimi kłapnął, wydobywając z piersi niski psi warkot. Jeszcze raz sprawdził kości i te, które uznał za uczciwe, szybko odniósł do sakwy i wcisnął do środka. - Teraz zobaczymy!

Chwycił kości, otulił je dłońmi, pogrzał, chuchnął. Cisnął i zadowolony przyjrzał się konfiguracji. Zmieszał ją i - wzorem Hondelyka - zaczął przemierzać pokój od progu do umieszczonego naprzeciwko okna. Przy czwartym nawrocie usłyszał na korytarzu jakiś hałas, miękki, stłumiony łomot i szybkie, skradające się kroki. Cadron zmarszczył brwi, klepnął się w bok, gdzie spoczywał sztylet, i cicho otworzył drzwi, które - jakby zauroczone jego ruchami - nawet nie próbowały skrzypnąć, choć chętnie robiły to wcześniej. Korytarz był mroczny - służba jeszcze nie zapaliła tu kaganka - dlatego Cadron zobaczył tylko jakiś cień wsiąkający w ciemność na szczycie schodów. Poczuł chłód na karku, tam gdzie u doświadczonego mężczyzny rodzi się przeczucie nieszczęścia. Na korytarz wysunął się sztylet, za nim trzymający go mężczyzna; cisza panowała zupełna, ale ucho Cadrona wychwyciło jakiś niepokojący odgłos. Pomknął w jego stronę bezgłośnie i szybko, groźnie. Po sześciu krokach, gdy do osławionej komórki zostały mu jeszcze dwa, natknął się na leżące na podłodze ciało. Przeskoczył je i błyskawicznie zajrzał za drzwi i w koniec korytarza, a potem wrócił do leżącego nieruchomo Hondelyka. Schowawszy sztylet, przykucnął, mrucząc pod nosem:

- Miałeś ładne puzderko, przyjacielu, zamieniłeś na guza. Nie nacieszy...

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Niepotrzebna twierdza

Było południe, a wydawało się, że nadchodzi wieczór, że dzień nie ma już siły ani ochoty wlec się dalej - takie zimno, takie góry, taki wiatr! Słońce otuliło się sinymi chmurami i całe ciepło kierowało na ogrzanie siebie samego; siekący zimnem mrok, ośmielony brakiem słońca, najwyraźniej zamierzał całkowicie zapanować nad światem.

Nie był to zimowy dzień, ale jeden z takich, kiedy wysunięty nieopatrznie język wraca do ust w postaci lodowego kołka, dlatego żaden z wędrowców nie czynił nic równie głupiego. Z wprawą powodząc końmi, jeden łaciatym ogierem, drugi karym wałachem, otuleni futrami, w nieustannie wiejącym w twarze wietrze, przemierzali stępa górzystą, nieurodzajną i niegościnną krainę.

- Czuję się jak w jakimś kominie - nie wytrzymał jeden z konnych, na chwilę odsłoniwszy usta.

Szybko z powrotem zanurzył twarz w puchatym kołnierzu futra; widoczne ponad nim oczy jakby świadczyły, że żałuje niepotrzebnego otwarcia ust. Drugi odwrócił głowę powoli, żeby nie odsłonić zbytnio twarzy, pomarszczył czoło, ale uznał, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia, i zmilczał. Przeciąg hukający na przełęczy wywiewał z niej całą roślinność, w zimie pewnie wywiewał śnieg, teraz - nawet dźwięk podkutych kopyt, do wtulonych w futra uszu dobiegało tylko słabe "tsok-tsok" o kamienie na drodze. Niemal pionowo ciosane ściany nagle ukazały szczelinę, zbawienne pęknięcie, akurat dla dwu koni i kilku pieszych. Jeźdźcy nie zastanawiali się ani nie naradzali. Ten na wałachu tylko tknął wodze, a wierzchowiec, z wdzięcznością skinąwszy łbem, wkroczył w skalny wykrot. Jeździec zeskoczył na ziemię i otrząsnął się. Drugi wjechał tuż po nim, a jego ogier parsknął z niezadowoleniem, widząc, że wałach głębiej wtulił się w niszę.

- Spokój, Pok. - Jeździec poklepał wierzchowca i również zeskoczył z siodła. - Poprzednio ty się grzałeś, a on cierpliwie marzł. - Odwrócił się do towarzysza. - Wiem, co mi powiesz: że okowitą grzeją się tylko naiwni głupcy, ale dziś znajdę się w ich szeregach.

Drugi uśmiechnął się, mrużąc oko, i zamaszystym gestem odsłonił połę futra, pod którą w drugiej ręce trzymał płaski, ale nader pojemny piersiowniczek, starannie i umiejętnie opleciony skórzanymi rzemykami. Gdy nim potrząsnął, rozległo się głębokie chlupnięcie oznajmiające światu: "Jest tu trochę tego dobra!". Wyciągnął rękę do towarzysza.

- Nie mów tylko - powiedział ów, biorąc do ręki flaszę, a w jego głosie zadrżała nietłumiona nadzieja - że schowałeś jeszcze trochę najprzedniejszego balsamu od tego... No wiesz - płowe włosy, ciało srogie i dusza jasna? Od... - pstryknął palcami - Olaczka?

- Olkacza - poprawił go kompanion. Skinął głową. - Tak, to jest to.

- Och...

Poczęstowany chwycił naczynie, przytknął usta do odkorkowanej flaszy i pociągnął na trzy łyki.

- Cadronie, wiesz, że za wiele rzeczy jestem ci winien wdzięczność, ale tym razem...

Cadron również wypił trzy łyki. Odchuchnął jak należy.

- Kto by pomyślał... Hondelyk wdzięczy się, łasi i podlizuje za kilka łyków gorzałki. Och, świecie nasz, świecie nasz!... - Pokiwał głową ze smutkiem na twarzy.

Wicher, nieustannie dmący, napierający jak tępy osioł na oddzielający go od ogrodu płot, wzmógł się jeszcze, oznajmiając to światu przeciągłym syczącym gwizdem, zrodzonym gdzieś na zębach turni. Wędrowcy chwilę oddychali przez szeroko otwarte usta, potem Cadron pociągnął jeszcze kilka łyków i podał flaszę Hondelykowi. Schowawszy ją gdzieś pod obszernym futrem, uśmiechnął się porozumiewawczo i zaczerpnął tchu, chcąc coś ważnego powiedzieć. W tej samej chwili wichura na króciutką chwilę zelżała, ustał gwizd, ale w tej pozornej ciszy dał się słyszeć inny dźwięk, bardziej podobny do jęku. Mężczyźni wymienili uważne porozumiewawcze spojrzenia. Cadron wskazał szybko na siebie, druha i konie, pytająco marszcząc czoło. Hondelyk pokiwał głową, obaj wskoczyli w siodła i skierowali się pod wiatr. Poły futer przysiedli, żeby powiewając, nie pomagały wiatrowi w wyziębianiu ciał.

Ujechali kilkanaście kroków, gdy przed ich oczyma otworzył się widok na podobną wnękę w skale. Pod jedną ze ścian klęczał mężczyzna z dziwacznym drewnianym rusztowaniem na barkach. Czołem opierał się o lodowatą skałę, wzdłuż rozkrzyżowanych ramion przebiegał długi drąg przenizany dwoma zakrzywionymi hufnalami, których ostre końce wbijały się mężczyźnie w plecy. Jego dłonie przybito gwoździami do końców drąga, a głowę biedaka zamknięto w klatce z trzech krótszych żerdzi: dwie rozrywały mu uszy, trzecia - poprzeczna - miała, jak im się zdawało, zdusić skowyt torturowanego. Twarz mężczyzny ginęła w cieniu, pogłębionym przez długie włosy opadające na pochyloną ku ziemi głowę.

- Ktoś ty i jak ci pomóc? - zapytał głośno Hondelyk.

Mężczyzna nawet nie drgnął. Po długiej chwili ciszy, szarpanej przez przeczesujący wszystkie szczeliny wiatr, spod strzechy posklejanych krwią włosów dobiegł ich cichy, pełen cierpienia skowyt. Hondelyk rzucił spojrzenie Cadronowi, pochylili się nad mężczyzną i obaj ujęli go pod ramiona. Delikatnie podtrzymując drąg, udało im się odchylić bezwładne ciało od skały i dopiero wtedy zobaczyli twarz nieszczęśnika. Przez karki obu przebiegł ostry, kłujący dreszcz, mimo że byli ludźmi, którzy niejedno widzieli i niejednego zaznali. Siny, suchy język ofiary był wyciągnięty na całą długość i przybity do najkrótszej z żerdzi. Na czubku, nad główką ćwieka, utworzył się gruby brązowy skrzep z wąskimi białymi pasmami, śladami po zaschniętej, spływającej uprzednio ślinie. Twarz mężczyzny nosiła ślady okrutnego pobicia, właściwie tworzyła jedną rozległą maskę z guzów, obrzęków, ran i skrzepów. Jedno oko zostało wyłupione, ale nie wyrwane, gałka oczna, pomarszczona jak dziwaczna ciemnożółta śliwka, musiała początkowo zwisać na jakichś strzępach mięśni, potem przykleiła się do strupa na policzku i tak została. Nos biedaka wbito niemal w całości między policzki, ponad ich linię wystawał zaledwie płaski, nieregularny strup. Poniżej ział otwór ust - w pierwszej chwili wydawało się, że człowiek trzyma je szeroko otwarte, ale okazało się, że obcięto mu wargi i pogruchotano wszystkie zęby, a przynajmniej te, które można było dostrzec w obrzękniętej, wypełnionej gruzłami skrzepów i wyschniętej plwociny jamie ust. Dopiero po podniesieniu mężczyzny okazało się, że od przodu w główną żerdź wbito kilka długich hufnali, niepozwalających pozbyć się ramy nawet kosztem uszu i języka, ponieważ opierały się końcami na mostku ofiary, właściwie wbiły się już w ciało i opierały na kości.

- Niech mnie... - wyszeptał Hondelyk. - Dziwne, że biedak jeszcze żyje!

Sięgnął do pasa i wyszarpnął sztylet, gorączkowo poszukując miejsca, gdzie mógłby albo podważyć gwóźdź, albo przeciąć którąś z żerdzi, ale konstrukcja nie miała takich łatwych do pokonania miejsc - do porąbania bukowych drągów potrzebne były porządna siekiera i pniak, a nie para sztyletów i oparte na ciele rusztowanie. Bezradnie popatrzywszy na przyjaciela, nerwowo obmacującego główki hufnali, pochylił się, tak by zadręczony niemal na śmierć człowiek mógł go zobaczyć, i zapytał głośno:

- Kto ci to zrobił, człowieku?!

Cadron zgrzytnął zębami i szybkim ruchem chlasnął ostrzem po naciągniętej cienkiej małżowinie usznej, ale mężczyzna nie zareagował ani na pytanie Hondelyka, ani na cios Cadrona.

- Po co? - syknął Hondelyk i natychmiast pokręcił głową, jakby sam się dziwił sobie i swojemu głupiemu pytaniu.

Nagle mężczyzna poruszył łokciem, z jego potwornie poranionych ust dobiegł kolejny skowyt. Zaskorupiały całun prawej powieki drgnął i odsłonił żółtosinoczerwone oko. Było to oko szaleńca. Dziko wywracało się na wszystkie strony, ale mężczyzna chyba nie widział przed sobą twarzy Hondelyka. Wychrypiał coś.

- Co on mówi, zrozumiałeś?

Hondelyk pokręcił głową, ale nie zdążył odpowiedzieć. Mężczyzna szarpnął się z całej siły, zaszamotał w uwięzi. Ohydnie zgrzytnęły gwoździe opierające się o mostek i łopatki, obaj podróżnicy jak na komendę puścili drągi i mężczyznę, bojąc się, że podtrzymując go, sprawiają mu jeszcze większy ból, zaraz jednak zrozumieli - to agonia. Mężczyzna rzucił się ze wszystkich sił, nogi kopnęły powietrze i skałę, zawył i tak mocno przycisnął głowę do piersi, że udało mu się zerwać język z hufnala. Krótko zachrypiał i znieruchomiał.

- Nawet nie popłynęła krew - powiedział po chwili Cadron. - Nieszczęsny...

- Co za dzicz?! - warknął Hondelyk. - Kto może być na tyle szalo...

- Dzicz! - Przyjaciel chwycił go za ramię. - Czy on nie powiedział: dzicz?

Hondelyk urwał wprawdzie, szarpnięty przez druha, ale nadal skamieniały wpatrywał się w ciało i nie zamierzał rozmawiać. Schował sztylet i wyjął miecz. Dwoma gwałtownymi ruchami podważył łączenia drągów, wyszarpnął hufnal, drugi. Zaniechawszy na razie rozważań, Cadron rzucił się do pomocy i po chwili uwolnili zwłoki od potwornego rusztowania.

- Nie zostawimy go! - warknął Hondelyk.

- A czy ja mówię co innego?! - żachnął się Cadron. Skoczył do koni, z rezygnacją przestępujących z nogi na nogę na wietrze. Odwiązał zrolowaną derkę i przyniósł ją na miejsce. Gdy zawinęli zwłoki, dodał: - U mnie, Gaber jest bardziej wypoczęty.

Ułożyli miękki rulon na zadzie wałacha, przymocowali go i wskoczyli na siodła. Rzut oka na Hondelyka pozwolił Cadronowi ocenić, że zagadywanie nie ma na razie sensu. Wskoczył na siodło i osłoniwszy głowę kapturem, pierwszy ruszył na szlak, przez krótką chwilę przyciskając łydki do końskich boków. Przeszli w kłus. Z tyłu dobiegały odgłosy kopyt Poka.

- Długo jeszcze?

Zagadnięty Hondelyk oderwał się od ponurych myśli i najpierw splunął, a potem zawołał:

- Chyba nie, zaraz się ten wąwóz powinien skończyć!... - przerwał, obejrzał się za siebie i zobaczywszy coś za plecami druha, wrzasnął: - Uciekamy!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.