Hondelyk. (#3). Tropem Xameleona - Eugeniusz Dębski

Reflow text when sidebars are open.
Dębowy zagajnik, jesienny, w zieleni jeszcze, ale już z plamami żółci oraz nielicznymi i małymi czerwieni, prześwietlały promienie popołudniowego słońca; jego smugi, przesiane przez pomarańczowe i złote liście, z ciemnymi kropkami cieni żołędzi, podobnymi do drobin kaszy rozsypanej na poszyciu lasu, rozpalały na gotującej się do zimy lub śmierci - jak kto woli - zieleni, wielobarwne plamy. Było cicho, drzewa, poszycie i trzy zające zmęczone zabawą w upale kucnęły i nieruchome trwały pogrążone w puchowej drzemce. Jakiś zawzięty młody dzięcioł ćwiczył dziób na pniu suchego klonu, z uporem powtarzając długie serie szybkich uderzeń; obudził tym stukotem kukułkę, ale ta, sennie zakukawszy kilka razy, umilkła i zapadła w czujną ptasią drzemkę. Dwa drozdy przemknęły nad koronami drzew, pośpiesznie przekazując sobie jakieś ważne plotki. Na widok człowieka umilkły, i nawet jakby ciszej pofrunęły dalej. Ciekawski kruk otworzył dziób, ale nie odezwał się, jakby rozumiał, jak niedorzecznie i głośno zabrzmiałby w tej ciszy jego głos.
Niemal niewidoczną ścieżką energicznie i bezgłośnie maszerował szczupły mężczyzna z pękatym, ale lekkim workiem na plecach. Długie włosy, poprzetykane pojedynczymi siwymi pasmami, miał zaplecione w warkocz. Przez czoło biegła płócienna opaska, na skroniach wilgotna. Jasne plamy soli z wyschniętego potu na jej obrzeżach świadczyły o tym, że dzisiejszego upalnego dnia dobrze spełniła swoje zadanie. Mężczyzna doszedł do polany, z przyzwyczajenia zatrzymał się na brzegu pod osłoną pnia drzewa i zlustrował ją bystrym spojrzeniem, potem zerknął do tyłu, a na koniec uważnie wpatrzył się w niebo nad koronami drzew po drugiej stronie łąki. Nie było dymu, ptaki nie kołowały zaniepokojone.
W domu, znaczy, spokojnie, pomyślał. Poprawił delikatnie worek na plecach, równym, mimo zmęczenia, krokiem ruszył na przełaj. Z worka dobiegło niskie wielogłose buczenie. Mężczyzna uśmiechnął się. Potem, widząc na skraju polany małą sylwetkę, pomachał do niej ręką. Dziewczynka w jasnej, długiej bluzie ze świeżymi i nieco starszymi plamami po jagodach i zielnym soku na brzuchu, pobiegła w jego kierunku, wymachując szeroko i wysoko uniesionymi rękami. Coś pokrzykiwała i popiskiwała, a senne, rozmemłane echo niemrawo, upalnie odpowiadało od brzegów lasu. Głucho, jakby z suchej studni.
- Poczekaj na Kacka! - krzyknął mężczyzna, widząc, że za dziewczynką podąża na pulchnych nogach czteroletni brzdąc.
Mały miał na twarzy wypisany wysiłek i zaaferowanie. Śpiesząc się, stawiał bose stopy jak popadło. Trafiając na kępy trawy, tracił równowagę i tylko cudem, jaki stale przydarza się małym dzieciom, nie padał, tylko zamaszyście i bezładnie posuwał się do przodu. Dziewczynka, słysząc okrzyk ojca, zwolniła i obejrzała się, ale widząc, że bratu nic nie grozi, machnęła ręką i pognała do przodu z poprzednią szybkością.
- Tatku! - pisnęła, będąc już o kilka kroków od ojca.
Mężczyzna ostrożnie zsunął worek z pleców, położył go na ziemi. Chwycił córkę i zakręcił nią mocno, aż nogi zawirowały na wysokości jego piersi. To samo powtórzył z synem, gdy ten już dotarł zasapany do ojca.
- Masz? - wytchnęła Jurka, patrząc na worek.
- Mam! - przytaknął z dumą ojciec. - Trzy dni za nim szedłem, ale mam.
Kacek wepchnął się pomiędzy Jurkę i ojca, i zadzierając głowę do góry, powiedział:
- Rycało w lesie!
- Rycało? - Ojciec potarmosił go za jasnokasztanowe z jeszcze jaśniejszymi, wypalonymi słońcem pasmami, włosy. - Sam jesteś rycało!
- Rycało. Straśne - nie ustępował Kacek.
- Straszne? - mężczyzna puścił do Jurki oko. - Straszne, duże i groźne?... - zapytał. Malec energicznie pokiwał głową. - Co to mogło być?
Kacek zastanawiał się chwilę, widać było, że przypomina sobie wszystkie okoliczności zdarzenia. W końcu popatrzył na ojca szeroko otwartymi oczami.
- Moze pscoła?... - zaproponował rozwiązanie zagadki.
Jurka rozłożyła ręce i zwaliła się na plecy w wysoką trawę.
- Trzymajcie mnie! - pisnęła. - Pscoła! Ła-cha-cha!
Porwany rękami ojca Kacek wylądował na jego ramieniu. Cofnęli się obaj. Ojciec podniósł worek, przerzucił przez drugie ramię i skinął na dziewczynkę:
- No to chodźmy, bo jeszcze coś straśnego nas pozre!
- Ach, tatku! - przypomniała sobie mała. - Mamy gościa! Gości! - poprawiła się.
- Po miód?
- Nie. Słyszałam, że ten wyższy mówił mamie, że widział stryjka, gdzieś tam... - machnęła ręką.
Mężczyzna przyspieszył. Widząc, że córka za nim nie nadąża, przystanął.
- No, chodź.
Przesunął chłopca na brzuch, Jurka zręcznie wskoczyła na plecy i splotła w wyćwiczony sposób nogi z nogami brata, teraz trzymali się wzajemnie sami na ojcu, któremu pozostały wolne ręce. Wydłużył krok i po chwili zagłębił się w paśmie lasu. Tu było chłodniej i panowała inna cisza, też chłodniejsza. Dzieci zamilkły, skupiły uwagę na trzymaniu się ojca. Słychać było tylko nikły szelest stóp maszerującego bartnika i niskie buczenie w worku. Szybko przemierzył ostrogę lasu i wyszedł na tyły obejścia. Przystanął i zsunął dzieci, nie hałasując, przemknął przez sad, szybko i zręcznie. Nie wypuszczając ani jednej pszczoły, wpuścił rój do ślepego ula, bez wylotek, i podszedł pod chatę. Nasłuchiwał chwilę pod oknem, a słysząc spokojny głos żony, pytającej gości, czy nie chcą jeszcze zimnego miodnika, odetchnął i poszedł dokoła do drzwi.
W izbie znajdowali się żona i dwaj mężczyźni. Jeden właśnie ziewał, zmorzony drogą, upałem i miodnikiem. Był to już starzec, krzepki, ale jednak człowiek już niemłody. Ziewając, odrzucił do tyłu głowę, zsunął mu się z niej miękki, skórzany kapelusz. Czerep był kompletnie pozbawiony owłosienia, skóra na nim była biała, widać rzadko chodził bez kapelusza albo mieszkał w mieście. Miał szerokie, ciemne brwi i długie, siwe wąsy, oczy zaś głęboko osadzone, otoczone cieniami, zrodzonymi przez chorobę lub zmęczenie.
Drugi był mocnym, pewnym siebie ciemnowłosym mężem w rozkwicie sił, na oko może trzydziestoletnim. Miał gładko ogoloną, smagłą twarz z ciemnymi, niespokojnymi i niepokojącymi oczyma pod wygiętymi w łuki brwiami, za które niejedna panna oddałaby sporą część swego wiana. Ciemne włosy zaplótł w warkocz, teraz trochę nieporządny, musiało to być kilka dni temu, bo pojedyncze skręcone włosy wymknęły się ze splotu. Pomimo upału miał zapiętą pod szyją kamzolę z licowej, cienkiej, ale mocnej skóry i takież spodnie wpuszczone w wysokie buty z zielonkawej bakacy. Wszystko w nim, począwszy od prostego na pierwszy rzut oka, ale wykonanego ze wspaniałej skóry i przez wyśmienitego rzemieślnika stroju, poprzez śmiałe spojrzenie i biel dłoni, zdradzało wielkiego - i bogatego - pana. Widząc gospodarza w progu, mężczyzna wstał i pochylił głowę w krótkim ukłonie. Tarina zrobiła kilka szybkich kroków i stanęła obok męża.
- Wiesz - chwyciła Zenmana za ramię, jakby wołając: Słuchaj-słuchaj-słuchaj mnie! - mamy wieści o Heldonie! Żyje i ma się ponoć nieźle.
Gość odchrząknął i powiedział:
- Witaj, panie. Istotnie spotkałem Heldona. Dość dawno, co prawda, ale spędziliśmy z nim kilka tygodni w karawanie. Wieczorami z nudów gadaliśmy aż do zmoru...
- Gadać to on lubi! - przytaknęła rozpromieniona Tarina.
Zenman przytaknął odruchowo. Brat żony był człowiekiem gadatliwym i wesołym, i dlatego nikt nie wierzył, że dojdzie do czegoś, gdy opuszczał rodzinne sioło.
- Zajmuje się handlem - powiedział gość. - Organizuje też karawany, do których może dołączyć każdy, kto nie chce samotnie przemierzać niebezpiecznych połaci. Gdym mu powiedział, że zamierzam udać się w te okolice... - Sięgnął za połę kamzoli i wyjął mały, ale twardy mieszek - ...prosił, żebym zajechał tu i przekazał wam to.
Zrobił dwa długie kroki i wyciągnął w stronę Zenmana rękę z kieską. Bartnik nieufnie sięgnął po trzos, a kiedy ten przesunął się na jego dłoń, kiedy poczuł wagę mieszka, oszołomione spojrzenie, zaskoczone i niedowierzające, dopiero po chwili zdołał przenieść na żonę.
- Szczerze mówiąc - powiedział, zerknąwszy na zarumienioną z radości Tarinę - nie spodziewałem się... Nie spodziewałem się... ani, że Heldon się dorobi, ani... innego...
Omal nie palnął: "tym bardziej, że ktoś z własnej i nieprzymuszonej woli odda taki trzos". Zmieszał się, a jeszcze bardziej zawstydził go, leciutki jak opar nad wysychającą łąką, uśmieszek widoczny w oczach tego ciemnowłosego. Poczuł, że na twarz wypływa mu rumieniec zawstydzenia, uratowały go dzieci: coś trąciło go z tyłu w nogi, obejrzał się i napotkał spojrzenie dwóch par szeroko otwartych oczu. - To nasze dzieci - zagarnął je i wypchnął przed siebie, szczęśliwy, że odwrócą uwagę przybyłych od własnej gamoniowatej postaci.
- Znamy się już - uśmiechnął się teraz już otwarcie gość.
Kacek wsunął się za siostrę, a dziewczynka pociągnęła nosem.
- Wasze konie są w stajni, panie. Niedługo będzie można je napoić - powiedziała śmiało.
- Nie twoja sprawa - zganił ją ojciec. Wsunął kieskę do kieszeni i zapraszającym gestem wskazał stół. - Siądźmy... - zawahał się.
- Jestem Gadocha - powiedział młodszy. - A to - obejrzał się na starca, który mimo wejścia gospodarza drzemał przy stole - Abnehaan. Umęczyła go droga.
Wrócił do stołu i czekał, aż gospodarz usiądzie. Tarina rzuciła się do komory, zaczęła tam pobrzękiwać dzbanami i butlami.
- Przyjechałem do was tym chętniej... - zaczął Gadocha i bartnik od razu zrozumiał, że przechodzi do sedna. W duchu odetchnął: skoro ten Gadocha ma do niego sprawę, to wspaniałomyślne przekazanie sakiewki staje się czymś zwyczajniejszym - ...że planowałem jedną rzecz... - Przerwał na chwilę i wpił się spojrzeniem w oczy bartnika.
Zenman nagle uprzytomnił sobie, że ktoś, chyba ciemnowłosy gość, sięga gdzieś głęboko do jego wnętrza i obrzuca je zaciekawionym spojrzeniem. Siedział nieruchomo, ale nie wystraszony. Uświadomił sobie teraz, co go najbardziej zadziwiło w nieznajomym: nie wspaniałe nieprzemakalne buty z rasy zielonkawych krów, nie głęboki dźwięczny głos, ale jego spojrzenie: gdy nie patrzył na człowieka, wydawało się, że jednak patrzy, a gdy patrzył, to chciało się uciec spojrzeniem, wpić oczyma w co innego. Ale nie można było odczepić spojrzenia Gadochy od siebie, jak nie można dmuchaniem pozbyć się rzepa w brodzie....
- Muszę gdzieś zostawić tego człowieka - powiedział Gadocha, niemal niedostrzegalnym poruszeniem głową wskazując drzemiącego towarzysza. Milczał chwilę. - Dzieci... - mruknął nagle.
Zenman potrząsnął głową zaskoczony.
- A! - zrozumiał nagle, co miał na myśli gość. - Jurka, Kacek! Biegnijcie sprawdzić, czy rój się nie wydostał. No, migiem.
Jurka wydęła wargi.
- Chodź, Kacuś. Zawsze tak mówią, kiedy chcą się nas pozbyć.
- A dlacemu... - zaczął jej brat, ale pociągnięty za rękę nie dokończył.
Wyszli. Za progiem Jurka głosem cierpiętnicy-starszej siostry zaczęła tłumaczyć, że nie mówi się "dlaczemu", tylko "dlaczego". Gadocha odwrócił się do gospodarza.
- Muszę go ukryć, dla jego własnego dobra.
- A skąd mamy wiedzieć, czy nie... - zaczął Zenman, ale urwał.
- Czy nie robię mu krzywdy? - dokończył Gadocha. Wzruszył ramionami. - Musicie wziąć to na wiarę. Jeśli nie wierzycie, to nie będę nalegał.
- No, nie - zaczął się wycofywać bartnik. - Nie zarzucam wam kłamstwa, tylko... - zaczął szukać odpowiednich słów. - Tak ni stąd, ni zowąd... - odchrząknął skonfundowany. - Nic nie wiemy o was... Ani o nim - zerknął na drzemiącego.
- Powiem wam, ile mogę. Jestem magiem - powiedział zwyczajnie, jakby mówił: "Mam psa". Bartnik przełknął ślinę, ale nagle uświadomił sobie, że się nie boi. Nie boi i już! Albo to żaden mag, albo - dobry... Czy są dobrzy magowie? Potrząsnął głową i wsłuchał się w słowa gościa. - A ten człowiek został zaklęty i stracił pamięć. Ja mam do wykonania kilka rzeczy. Między innymi chcę odzyskać jego pamięć i przywrócić do życia. Ale muszę mieć trochę spokoju, żeby tego dokonać, a już kosztowało mnie wiele trudu wyrwanie go z łap jego wrogów, którzy zamierzali unicestwić go również cieleśnie. Nie mogę zajmować się nim stale.
Do izby weszła Tarina z dzbanami i polewanymi szklanicami. Zręcznie rozstawiła wszystko, i widząc, że odbywa się poważna, męska rozmowa, szybko wybiegła, bąkając: - Do ogrodu... sprawdzę dzieci...
- Mój plan jest taki - powiedział Gadocha po jej wyjściu. - Zostawiam wam Abnehaana - wyjął drugą, większą kieskę. - Nie sprawia kłopotu, rozmawia, żyje normalnie, tyle że najbardziej lubi siedzieć zagrzebany w swoich księgach. Pilnować go nie trzeba, nie ucieknie. I tu też nikt nie przyjedzie, nie obawiajcie się, droga jest magicznie chroniona...
- My tu magią się nie posługujemy - burknął zaniepokojony bartnik.
- A my nie trzymamy w miastach pszczół - powiedział Gadocha. - Ale to nie znaczy, że boimy się miodu.
Milczeli chwilę.
- Za jakiś czas, nie wiem, może być długo - nawet za pół roku, przyjadę po niego. Będę mógł zdjąć urok. Zapłacę wam drugie tyle. - Trącił paznokciem mieszek. Upakowany w nim metal kusząco brzęknął. - Jeśli nie będę mógł, na pewno zgłosi się ktoś inny i dług ureguluje - milczał chwilę, nie patrząc na Zenmana, jakby był świadom siły swojego wzroku. Musiał być. Sięgnął po dzban i nalał sobie, nie czekając na zaproszenie. Napił się i westchnął dziękczynnie. - Nic wam nie grozi - zapewniam. Ale nie musicie się zgadzać - zastrzegł i popatrzył w oczy bartnika.
Zenman poczuł jednocześnie kilka rzeczy. Gość mógłby sięgnąć swoim kamiennym spojrzeniem do jego umysłu i nakazać mu, co zechce, ale nie robi tego, i jeszcze jedno poczuł: że to dobra sprawa, to, co Gadocha zamierza, i że trzeba mu pomóc.
- Dobrze. Wierzę wam. - Wstał i wyciągnął do gościa dłoń. - Zostańcie z nami, ile chcecie. A potem zostawcie Abnehaana i jedźcie do swoich spraw. Będzie mu tu dobrze.
Gadocha również wstał i mocno ścisnął dłoń bartnika.
- Zostanę do jutra. Z przyjemnością. Takiego miodniku nie piłem jak żyję.
- Miodnik!... - prychnął Zenman, czując jakby ogromny głaz zwalił mu się z ramion na ziemię. - Mam taki miód, że można nim śmierć upić!
- Hm?
- A tak!
- Coś takiego obiecywał też Heldon - powiedział, uśmiechając się Gadocha. - Kiedy mówił o waszym miodzie, oczy robiły mu się wilgotne i maślane... - milczał chwilę. - A potem machał ręką i szedł do swojego namiotu.
- Tęskni?
Gadocha skinął głową.
- Myślę, że za jakiś czas machnie ręką jeszcze raz, ale już tak naprawdę i ostatecznie. Rzuci cały ten interes i wróci do siebie.
- Tam nie ma do czego - powiedział cicho Zenman.
- Wiem. Opowiadał o rzezi nad Hreycenną...
W izbie zapanowała głęboka cisza. Studzienna. Piwniczna.
Zenman westchnął. Wstał.
- Niechby wracał. Tu można by sioło założyć. Ziemia piękna. Lasy - marzenie. Zwierzyna. Droga jaka taka... - Stał chwilę i jakby w głowie przeglądał okolicę. - Tak - ruszył do komory. - Napijemy się miodu - rzucił przez ramię.
- Gospodarzu! - zawołał Gadocha. - Gdyby można... Póki nie ma dzieci i żony... Chciałbym chwilę sam z Abnehaanem zostać. Czarem go łagodnym spętam, żeby nie ciągnęło do zgliszcz swoich...
- Tak-tak! - pośpiesznie zgodził się bartnik i wypadł z izby.
Za rogiem natknął się na żonę idącą w jego stronę z dziećmi.
- Poczekajmy tu... E-ee... Opatruje mu ranę... - rzucił.
- Ranni? To ja pomo...
- Nie! To... Tego... - zaplątał się w kłamstwie.
- A! - domyśliła się Tarina. - Skromne miejsce?
- Tak. Właśnie. Tam.
- Zostają u nas? - zapytała z nadzieją Jurka.
- Jakiś czas, może do jutra tylko, nie wiem. Potem jeden odjedzie. Tym starszym się zaopiekujemy, bo chory. - Popatrzył znacząco w oczy żony. Skinęła głową. - Będziecie mieli dziadka.
- Dziadka! - sapnął ucieszony Kacek. - Bajecki zna?
- Eee... Zna!
Musi znać - pomyślał z nadzieją. Każdy zna. Niektóre zaczynają się od przybycia do jakiegoś domu dwóch mężczyzn. Z dobrą albo złą nowiną. A potem dopiero zaczyna się coś naprawdę ciekawego dziać... Popatrzył na młody, ale już bujny sad, gęsty od niewidzialnych pszczelich ścieżek, ocenił wysokość słońca. Dzieci, znudzone bezruchem dorosłych, po chwili przestępowania z nogi na nogę zerwały się jak umówione i pognały za stajenkę. Tarina zerknęła pytająco na męża, nabrała powietrza, zanim jednak zdążyła otworzyć usta, skrzypnęły drzwi i w progu pojawił się Gadocha. Uśmiechnął się do gospodarzy, ale oboje mieli wrażenie, że myślami jest już daleko, że zadowolony pomyślnym załatwieniem sprawy uleciał myślą do innych, teraz ważniejszych, już zaprzątających jego uwagę.
- No to teraz napijemy się miodu! - powiedział, podchodząc do gościa, Zenman.
Tamten skinął głową, bartnik wskazał stół i ławę pod krzewem omijanej przez pszczoły niecierpiny, a sam pognał do komory. Kiedy wrócił, Gadocha wprowadzał Tarinę w szczegóły życia jej brata. Zenman przysiadł się, odszpuntował ostrożnie butel i nalał do pełna do dwóch kubków i - z wahaniem - do połowy dla żony.
- ... a na żonę nie ma czasu - dokończył Gadocha i wciągnął powietrze przez nos. - Aromat cudny! - powiedział.
Dumny bartnik nie odpowiedział tylko uniósł swój kubas, wypili i niemal jednocześnie odstawili naczynia.
- Och... - sapnął gość. - Najpierw szczypie, jakby rój tych wspaniałych owadów wyżądlił język, a potem, w brzuchu, królowa roju składa słodki pocałunek...
Tarina klasnęła w dłonie jak rozbawiona dziewczynka i roześmiała się.
- Mężczyźni to potrafią pięknie prawić o winie i miodzie!
- A o kobietach to nie? - zapytał Gadocha.
Gospodyni zastygła z otwartymi ustami i zarumieniła się, zerknąwszy na męża. Tamten, zmieszany, sięgnął do kubka i pokręcił jego denkiem po stole. Zapadła nagła i niezręczna cisza. Mężczyźni jednocześnie zaczęli:
- Pójdę do koni... - powiedział Gadocha.
- Pogoda będzie wspaniała! - oświadczył Zenman. I powstrzymał wstającego gościa: - Nie trzeba. - Wskazał kciukiem na stajnię: - Jurka na pewno dobrze je oporządziła. Dziewucha kocha konie.
- Wszystkie zwierzęta - dodała Tarina.
- Tak. Zgadza się.
- No to dobrze - Gadocha rozsiadł się z powrotem wygodnie i sięgnął po kubek. Poczekał na gospodarza, wypili resztę. - Tam jest tobół, co na mule przywieźliśmy. To są księgi Abnehaana. Wszystko, co mu zostało. To tylko część księgozbioru, ale że się z nim nie rozstaje, to nie spłonęły w pożodze. - Obrzucił uważnym spojrzeniem bartnika i jego żonę. - Nie obawiajcie się, nie ma w nich nic złego.
- Myślę - powiedział po chwili namysłu Zenman - że złe księgi nie płoną. Skoro te trza przed ogniem chronić - magicznymi nie są.
Gadocha pokiwał głową.
- Możemy wybrać jakąś i wyciąć kawałek, żeby wrzucić w ogień.
Bartnik pokręcił przecząco.
- Nie trza. Szkoda czyjejś roboty, i skoro tak cenne dla niego są...
Gość z pewną ulgą odetchnął.
- No to...
Zenman nalał z dzbana. Tarina, uprzedzając męża, chwyciła swój kubek i upiła łyczek. Znowu zapadła cisza. Gdzieś zza stajni dobiegł chichot Jurki i oburzony głos Kacka.
- Dobrze tu u was - powiedział cicho gość. W jego głosie zabrzmiał żal i jakby pewna zazdrość. - Chciałoby się... Ale... - pokręcił głową. - Co bym tu robił... - dokończył jakby do siebie.
Wypili. W gardłach na krótko zapłonął chłodny miętowo-miodowy ogień i zgasł w żołądkach, pozostawiając po sobie echo w głowie.
Niespiesznie rzucając do siebie po kilka słów, siedzieli aż do wieczora. Potem dzieci poszły spać, a wkrótce po nich bartnik z Gadochą doprowadzili sennego Abnehaana do jego łoża w komorze.
* * *
Tarina przekręciła się na łożu i popatrzyła na leżącego nieruchomo męża.
- Mówiłam ci już, że kiedyś to łoże wydawało mi się głupie i źle ustawione?
Odwrócił się do niej i pogłaskał po ramieniu.
- Mówiłaś. A ja wiedziałem, że z tego miejsca najlepiej widać wschód słońca, i dlatego zrobiłem je takie wysokie i ustawiłem wezgłowiem do okna.
Oboje zerknęli do tyłu. Na poziomie oczu mieli szeroko otwarte okno. Z sadu dolatywał mocny gęsty aromat czerszy i liberynki spod okna. Księżyca micha lśniła pełnią blasku.
- Dołożyłem sakiewki do tego, co już mieliśmy schowane - powiedział szeptem Zenman.
- Do tych trzech kunstów? - zachichotała Tarina.
- No. - Milczał chwilę. - Jesteśmy bogaci - westchnął. - Odmiana losu... dzisiaj rano miałem tam trzy srebrne kunsty, a teraz dwie sakiewki złota.
- Możesz dokupić barci - podpowiedziała Tarina.
- Pewnie. Mogę pojechać na targ i kupić wszystko - mięsa wędzonego, lnu na suknię... Co ja mówię?! Mogę kupić ci suknię! I dzieciom...
- Akurat! I wszyscy się dowiedzą, że masz złoto, i zdziwią się - skąd nagle u Zenmana pieniądze? A jak będziesz wracał, zaczają się na ciebie i głowę utną, jak Cierpikowi.
- No tak...
Jakaś syrlica rozpoczęła nocną pieśń, zawahała się, umilkła i rozpoczęła znowu. I ponownie zamilkła.
- Ale jakby tak szepnąć kupcom, żeby wstąpili do nas?... - zaczął Zenman. - Jakby co sprzedali raz - wstąpiliby drugi, za czas jakiś. Potem ktoś by może tu został... I tak po trochu, po trochu...
- Osada by powstała - uzupełniła żona. - Wiem, że to twoje marzenie...
- Uhu...
Syrlica znowu wywiodła długą nutę i urwała.
- Co ona tak dzisiaj - nie może się rozpędzić? - szepnęła Tarina.
Skrzypnęły drzwi stajni.
- Cii... - szepnął Zenman.
Zupełnie niepotrzebnie, bo Tarina również usłyszała skrzypienie i nie zamierzała się odzywać.
Oboje jak na komendę przekręcili się na brzuchy i przysunęli do okna; w jasnym świetle zobaczyli, jak do sadu idzie Gadocha, ciągnąc za sobą derkę. Podszedł do stołu i przeciągnął się, aż trzasnął jakiś staw. Syrlica zamilkła na dobre i tylko odległe kumkanie żab w niewysychającym nigdy błocku i dwukrotne "uhu-uhu" filina zakłóciło ciszę. Tarina odnalazła po omacku dłoń męża i zacisnęła na niej palce, odpowiedział jej dwukrotnym znaczącym uściskiem.
Gadocha usiadł na ławce, wyciągnął dłonie i chwilę bębnił palcami w blat, potem ziewnął przeciągle i - jakby wystraszony odgłosem - obejrzał się na dom. Zenman i Tarina wbili twarze w poduszki. Gadocha ziewnął jeszcze raz, wstał, rozłożył derkę na trawie i ze stęknięciem ułożył się na niej na plecach. Przeciągnął się jeszcze raz, mocno, długo, aż zaskoczonemu bartnikowi wydało się, że stał się nagle dłuższy, wyższy o głowę od znanego mu Gadochy. Gość nagle odwrócił się na bok i znieruchomiał. Tarina przysunęła się do ucha męża i wydyszała:
- Widziałeś? Wydało mi się, że jest taki długi, że aż się na derce nie mieści.
- Cicho... - Zsunął się niżej i ułożył na boku. Pociągnął żonę za sobą. - Przecież mówił, że jest magiem. Co to dla takiego zrobić się wyższym albo grubszym?
- A kobietą może być? - zapytała po chwili Tarina.
Jej dłoń nagle zsunęła się niżej, przejechała po ciele męża. Zaskoczony targnął brzuchem i omal nie roześmiał się głośno.
- Kto go tam wie? - mruknął po chwili, wsuwając kolano między nogi Tariny. - Ale taką, jak ty, nigdy by nie mógł być - dodał, łaskocząc szyję żony brodą.
- No myślę! - poruszyła głową. - Czekaj, a jak nas usłyszy?
- No to cię mu sprzedam na resztę nocy... Cicho być mi tu!...
Zenman zamknął żonie usta pocałunkiem, wsunął kolano między jej uda i poruszył lekko. Odpowiedziała, poruszając w tym samym rytmie językiem w jego ustach, potem zadrżała i rozchyliła uda. Sutki twardniały pod ręką bartnika. Głaskał piersi, szczypał delikatnie brodawki, aż poczuł, że bije od żony gorąco, usłyszał ciche rytmiczne posapywanie. Podniósł się na chwilę, poczekał, aż podciągnie koszulę, potem uklęknął i sam szybko ściągnął swoją. Rzucił przy okazji okiem na podwórko, przemknęło mu przez myśl, że mógłby zamknąć okno, ale od razu poczuł jakiś... powiew smrodu... "Mogłem się wykąpać z drogi" - pomyślał, ale już było za późno na zabawy w misce. Teraz miał co innego na głowie.
Rzucił się na łóżko, na plecy, przekręcając lekką i wiotką żonę, ta szybko i wprawnie uklękła nad jego biodrami, pochyliła się i pocałowała męża. Poruszyła delikatnie swoimi biodrami, a on poczuł, jaka jest ciepła, gorąca i soczysta, mokra i lepka. Jeszcze chwila i wejdzie...
- Mamo - szepnęła, odrywając się jego ust. - Co tak śmierdzi? No, niemożebnie po prostu!...
- Cicho, nie przesadzaj, ja...
Fala ohydnego fetoru zdławiła jego szept, nie tyle zresztą sam smród, co fala mdłości, jakie buchnęły z żołądka. Zenman jęknął, przekręcił się, zrzucając z siebie Tarinę, wystawił głowę za krawędź łoża. Udało mu się nie zwymiotować, usłyszał, że z drugiej strony krztusi się i dławi żona.
- Co to jest? - warknął.
Zaczął oddychać przez usta, przypomniawszy sobie, jak w dzieciństwie zakładali się, kto dłużej wytrzyma z głową zwieszoną do dołu z gnojowicą.
Przeturlał się i niemal przykrył sobą nagą żonę, sięgnął do jej twarzy, zacisnął jej nozdrza dwoma palcami.
- Trzymaj nos zatkany, to nie będziesz czuła smrodu! - krzyknął.
Potem poderwał się, podniósł rękę i powąchał się pod pachami. Oczywiście, nie mógł aż tak śmierdzieć, ale aż tak to nic nie mogło śmierdzieć. Nawet w ludnej osadzie trudno by było znaleźć takie miejsce, a co dopiero tu, gdzie był jeden konik, dwa osiołki, stadko kóz... Tu nic nie może tak obrzydliwie cuchnąć!
Przeleciał wzrokiem przez widoczne przez okno podwórze i skamieniał.
Na samym środku, jakieś dwanaście, może czternaście kroków od okna wyrósł krzew, pęd, pojedyncza łodyga... To coś, proste i wysokie na wzrost człowieka, nie miało liści ani pędów, w jasnym świetle księżyca widać było tylko jakieś purchle na łodydze, jakieś ogromne, wielkości dużych jabłek kurzajki? Brodawki? Huby? Ale takie okrągłe?
Cały pęd drżał, jakby chciał strząsnąć narośle, ale te trzymały się mocno. I to ta dziwna roślina musiała tak nieziemsko śmierdzieć.
Zenman poczuł, że w przedramię wpijają mu się paznokcie Tariny.
- Co to jest? - szepnęła.
Nie zamierzał jej odpowiadać, bo niby co? Nie miał pojęcia, co to może być, a co ważniejsze - skąd się tu wzięło.
Nagle oboje podskoczyli, kobieta pisnęła krótko.
Z nieba zaczęły walić w pęd cienkie, mętne błyskawice, bezgłośne i przymglone, krótkie, jasne strzały. Najpierw nic się nie działo, patyk z brodawkami drżał, ale w miarę jak trafiało go coraz więcej tych dziwnych błyskawic, kiwał się z boku na bok, jakoś obrzydliwie, francowato się wyginał, jak ladacznica, brudna, niechlujna i pijana, kiwająca w chuci biodrami...
Zenman chciał powiedzieć Tarinie, by nie patrzyła, by odeszła, ale poczuł, jak drży i pojął, że żadna siła teraz nie oderwie jej od męża, a on na pewno nie odejdzie od okna. Nie dlatego, że lubi takie widoki, nie. Dlatego, że to coś, co kiwało się na jego podwórzu, było obrzydliwe, odpychające, ohydne. I straszne.
I groźne.
Pęd zaczął się kołysać mocno, a brodawki pękały i chlustały na pęd i ziemię dokoła niego sinymi glutami, świecącą, ciągnącą się cieczą. Po chwili cały pęd świecił, jakby natarty czy obsypany świecącym próchnem. Stawał się coraz grubszy, pęczniał od ziemi, od strony świecącej gleby.
- A on? - zapytała, szczękając zębami, Tarina.
Zenman dopiero teraz uprzytomnił sobie, że bliżej niż oni sami od tego czegoś, co rosło na jego podwórzu, leży na trawie, za stołem, za ławą, Gadocha. "Trzeba by go obudzić" - pomyślał z rozpaczą. I od razu wiedział, że na pewno nie wyjdzie z domu, a tym bardziej nie krzyknie, nie zwabi stwora do domu, nie odezwie się... Bo może nie zauważy, nie przysunie się, nie chluśnie swoim mdłym trupim świeceniem w Tarinę, w dzieci, w niego...
- Może... - wychrypiał, sam nie wiedząc jeszcze, co powie.
Na dworze coś zgrzytnęło, cicho, ale przejmująco. Gdyby był tu młyn, uznaliby, że to dwa kamienie poruszyły się, otarły o siebie swoje twarde, zimne cielska, ale w obejściu bartnika nie było takich kamieni. Zgrzytnęło znowu, pęd szarpał się teraz mocno, w górę, jakby chciał uwolnić korzenie. To on, może one, wydawały te dźwięki. Może ziemia, która nie chciała wypuszczać stwora. Jakby wiedziała, że tu, na powierzchni, nie miejsce dla niego, że tylko w jej ciemnym, zwartym łonie jest nieszkodliwy...
Zgrzytało i skrzypiało, doszło do tego niskie, niemal nie docierające do uszu, tylko wyczuwalne dudnienie. Purchlawy pęd grubiał i tylko podskakiwał, podrygiwał, przez niego, pokrytego jakby luźną skórą przelatywały fale. "Jak wole indora, kiedy biegnie" - pomyślał, dziwiąc się samemu sobie, że o tym myśli, bartnik. Chciał przenieść wzrok na żonę, chciał jej powiedzieć, żeby uciekała, żeby cicho przeszła do komory, gdzie spały dzieci, żeby wzięła je i...
Nie był w stanie ani oderwać oczu od śmierdzącej rośliny, ani tym bardziej odwrócić się, czy przesunąć. Podrygujący stwór przykuwał uwagę i zniewalał. Na dodatek rósł w siłę, a przynajmniej grubiał w oczach. W dwóch trzecich długości nagle rozdwoił się i tak samo szybko na czubkach dwu łodyg pojawiły się sercowate zgrubienia, a nie minęło kilka oddechów, jak te pąki zmieniły się w gadzio-ptasie głowy. Zenman z rozpaczą patrzył, jak wyżynają się na bokach płaskich głów oczy, amarantowo płonące, jak wydłużają się pyski, zmieniają barwę w świetle nieustannie bijących w środek podwórza jasnych strzał. Śmierdzący gość wykształcił dzioby, i zaraz wygięły się one i stały dziwnymi nożycami czy cęgami: dolne rozdwoiły i wygięły do góry, górne wykrzywiły ku ziemi. Gość kłapnął kilka razy każdym dziobem, zgrzytały przy tym jak dwa ostrzone o siebie noże. Cokolwiek wpadłoby w te potworne ostrza, zostałoby odcięte jednym kłapnięciem. Bartnik chciał mrugnąć, by strząsnąć łzy wypływające z nieruchomych oczu, spod nieruchomych, skamieniałych powiek, ale nie dał rady. Mógł tylko gapić się na stwora.
Ten rósł w siłę, przybierał jakiś swój potworny kształt, dochodził do tego ciała, które jakieś potworne moce mu przypisały, ale ziemia, w której trzewiach się zrodził, a może tylko trwał uwięziony, nie puszczała. Zenman widział, że napór stwora wzmaga się, czuł, że wyrwie się i wtedy... Wydawało mu się, że zacisnął zęby, na pewno chciał, ale czuł tylko, jak spływają po policzkach łzy, a potem, poniżej, ciało już do niego nie należało. A chwilę potem stwór ich zobaczył...
Dwie pary amarantowych rozżarzonych ślepiów wpatrzyły się w ciemny prostokąt okna. Obie głowy zadygotały, potem jedna uniosła się do góry, w powietrzu zawibrował przenikliwy skwirgot, po którym, wydawało się, żadne dźwięki nie dotrą już do uszu. Zenmanowi wydawało się, że też krzyczy, że z otwartych ust ulatuje wrzask strachu, ale nie słyszał nic, poza tym tnącym ciszę, jak brzytwa wosk, okrutnym, świdrującym, rozdzierającym krzykiem.
Druga głowa, ta milcząca, pochyliła się, potem wyciągnęła w kierunku Zenmana i jego żony. Brakowało jeszcze dobrych ośmiu kroków, ale ziemia dokoła potwora drżała, pękała, zmieniła się w zryty spłachetek, jakby skopany i zagrabiony pod wysiew, ale w tym przypadku znaczyło to, że ukryte przed wzrokiem wiją się pod ziemią macki, miotają, tną i siekają grunt, mielą go, i - być może - w końcu wyrwą się z tego rozdrobnionego miesiwa...
Pierwsza ciągle powtarzała wysoki, przenikliwy wrzask, szarpała się w kierunku okna. Potem cofnęła, i nagle rzuciła z całej siły do przodu, ale nie po to, by uderzyć. Nie, stwór wiedział, że nie sięgnie jeszcze ofiar! Z rozdziawionego pyska-dziobu, z gardzieli wychlusnęła struga czarnej cieczy i uderzyła w Zenmana i Tarinę. Oboje odzyskali częściowo władzę w członkach, przynajmniej na tyle, by odczuć uderzenie gadziej plwociny. Zapiekło, zaszczypało w oczy... Oboje pochylili głowy, Zenman chcąc strząsnąć piekącą ciecz z powieki, Tarina, żeby popatrzeć na swoje piersi. Dymiły. Czarne zgęstki wżerały się w ciało, które zaczynało topnieć i odpadać skwarkami. Kobieta zaczęła wyć. Nikt nie mógł jej pomóc, jej mąż, którego widziała kątem oka, trwał obok niej, tak samo na kolanach, nagi i opluty palącą śliną. Na jego piersiach i brzuchu dymiły włosy, czarne, ogniste pijawki wypalały dziury i wżerały się w ciało.
Najpierw nie czuli bólu, tylko widzieli, co się dzieje z ich ciałami. Potem ból uderzył. Dziesiątki rozżarzonych do białości szpikulców wpiły się w ich ciała, przeszyły je na wylot, wyżarły kawerny, wyszarpały kawały ciał, upiekły je... Zenman wpatrywał się w swoje rozwalające się ciało, i nie mógł ani krzyknąć z bólu, ani upaść... Zebrał wszystkie siły, jakie mu jeszcze zostały, i przesunął wzrok, zobaczył biały bok żony i żebra - gołe, osmalone żebra sterczące z jej klatki piersiowej, z lewej piersi zwisał strzęp sutka, kiwał się w rytmie jej spazmatycznego oddechu, spomiędzy żeber rytmicznie wydobywały się obłoczki dymu. Jakby ktoś okurzał ul! Na chwilę skwirgot zakotwionej na podwórzu bestii ustał, wtedy bartnik usłyszał cichy skowyt żony.
Wtedy już wiedział, że długo nie pożyją. Że niedługo osmalone, odarte z mięsa kości nie utrzymają ich ciał, że zwalą się na łoże, z łoża... I tak nie wiadomo, jakim cudem jeszcze nie załamały się przepalone, przewiercone ognistym charkiem. Coś spłynęło na oczy, uświadomił sobie, że to chyba gęsta krew z czoła, piekła...
Tarina zacharczała i zakołysała się.
Już nic...
Głowa zakołysała się na szyi z jednej strony pozbawionej niemal zupełnie mięśni. W pole widzenia wpadł kiwający się nieustannie stwór z podwórza. Klekotały upiorne dzioby, miotało się cielsko, jakby więcej go wystawało nad ziemię?...
Już...
Nagle zza ściany wyszedł stary mag. Trzymał ręce nad głową, wyprostowane palce dźgały powietrze i coś kłębiło się nad nimi, jak gorące powietrze nad ogniskiem. Abnehaan poruszył ustami, jakby coś powiedział, coś, czego nie można było usłyszeć przez ciągły szurgot ziemi, przez skrzek potwora i wycie Tariny. Ale potwór usłyszał! Obie głowy poderwały się do góry, odwróciły w stronę maga. Skwirgot ustał, umilkła też Tarina. Mag klasnął nad głową w dłonie. Świetlne strzały, ciągle uderzające w potwora, zmieniły kolor na różowy, potem czerwony, ściemniały, mag klasnął po raz drugi, strzały zaczęły spływać wolniej, jakby przedzierały się przez gęstsze powietrze.
Zniknęły!
Mag klasnął znowu, i jeszcze raz, i jeszcze. Stwór po każdym klaśnięciu kołysał się. Ustało poruszanie się pod ziemią jego odwłoku czy nóg, obie głowy patrzyły na maga. Przymierzały się. Potem runęły!
Obie w połowie drogi wyrzuciły z siebie czarne skrzepy, ale żrąca ślina nie sięgnęła maga, trzy łokcie przed nim uderzyła w niewidzialną ścianę, w tę samą ścianę huknęły oba dzioby. Mag zachwiał się, jakby impet uderzenia przeniósł się na niego, ale ustał. Teraz zawył potwór, jakby zabrakło mu sił na paraliżujący wrzask, jakby nie wiedział, dlaczego ten niewielki, chudy człowiek nie zaczyna płonąć, dymić, rozpadać się.
Abnehaan klasnął jeszcze raz. Z nieba posypały się żółte płatki czegoś jak śnieg, tylko wielkości dłoni, sypały się z całej połaci ciemnego nieba, ale nad podwórkiem skręcały się, zwijały w lej i opadały tylko na stwora i ziemię dokoła niego. Potwór zaś, nie uderzał już teraz obiema głowami, tylko na przemian spluwał z jednej i uderzał nią, by po uderzeniu w niewidzialny pancerz maga cofać łeb, a spluwać i uderzać drugim. Wyglądało to tak, jakby usiłował ciągłym szturmem, nieustannym naporem rozwalić przegrodę i dobrać się do starca, albo osłabić go na tyle, że nie utrzyma magicznego muru. Starzec jednak ciągle w tym samym rytmie klaskał, i to klaskanie rodziło żółty śnieg, a ten oklejał coraz dokładniej głowy stwora. Już jeden amarantowy ślip został zaklejony, głowa zakiwała się, uderzyła w drugą, ta odpowiedziała gniewnym skrzekiem, ale obie szyje oklejał żółty puch, spowalniał ruchy głów, utrudniał im mierzenie w starca. Już kilka razy czarne zgęstki poleciały pod nogi stwora. Przy nasadzie ciała uzbierał się niewielki kopczyk, potwór jakby zamarzał, zwalniał...
Ale Abnehaan zaczął tracić siły. Zachwiał się i on, zmylił rytm klaskania. Opuścił głowę, potem poderwał i znowu silnie uderzył w dłonie, ale coś się zmieniło: "śnieg" sypał rzadziej... Stwór jednak jakby przyzwyczaił się do tego albo nabrał sił, widząc, że słabnie mag... Potrząsnął mocno oboma łbami, udało mu się nawet strząsnąć "śnieg" z oka. I już miał uderzać ponownie w maga, gdy zza krzewu, pod którym spał, wyłonił się Gadocha.
Trzymał w ręku miecz. Wykonał dwa długie, ciche susy i ciął potwornie.
Nie celował w głowy. Jakby się bał, że jednym cięciem nie skosi obu. Nie, uderzył z góry w widły szyj, w rozgałęzienie. Cięcie długiego, ciężkiego miecza, wsparte skłonem całego ciała, rozpołowiło potwora. Miecz wbił się w ziemię pokrytą "śniegiem". Gadocha wyszarpnął go i szybko odskoczył do tyłu.
Dziwne, ale jednocześnie jakby skończyła się moc maga - zachwiał się, przestąpił z nogi na nogę, opuścił ręce bezwładnym gestem znużonego człowieka, który za długo trzymał je uniesione w górę. Ale na szczęście stwór nie mógł już skorzystać z utraty sił maga. Jego głowy wiły się po ziemi, nie mogąc już unieść się w górę, zamiast potwornego, obezwładniającego skrzeku słychać było chrypienie i flegmowy bulgot. Gadocha przymierzył się, i kiedy jedna z głów znieruchomiała na chwilę na ziemi, akurat prostopadle do jego miecza, przykucnął i ciął w szyję, trochę jak chłop cepem. Ale skutecznie, łeb odpadł, druga głowa wyciągnęła się z całej siły, w potwornym spazmie. Kleszczowaty dziób wbił się w ziemię, zarył, szarpnął na obie strony, wyrzucając fontanny gleby na wszystkie strony. Gadocha przesunął się, wyraźnie zamierzając ciąć w drugą szyję, ale nie zdążył: ciało stwora wyprężyło się i nagle zaczęło wsuwać w grunt, skąd się wyłoniło. Jakby coś, ktoś, jakoś pociągnął je od dołu, jakby robak deszczowy wciągał się do swojego korytarza zaraz po ulewie. Gadocha odsunął się, popatrzył na maga, potem obaj przenieśli spojrzenie na bartnika i jego żonę.
A ci... Poczuli, że wraca im władza do członków. Zenman najpierw przekręcił głowę i popatrzył na żonę. Była cała i zdrowa, naga i cielesna, jak i wcześniej, jej wspaniałe piersi nadal dumnie i bujnie sterczały na boki, na blade policzki wracał rumieniec. Bartnik, nie wierząc własnemu szczęściu, popatrzył na swój brzuch, który tak niedawno dymił, parował, palił...
Był cały. Oboje byli cali i nietknięci! Zenman przeniósł spojrzenie na podwórze, ale tam już nie było na co patrzeć: nie było ani stwora, ani maga, ani Gadochy. Tylko zryta ziemia w miejscu, z którego wyłonił się potwór, para po żółtym śniegu... Zenman odwrócił się do żony, chciał powiedzieć coś uspokajającego, ale gdy odwrócił głowę, Tarina właśnie opadała na łoże. Otworzył usta...
Nakryła go fala omdlenia...
Chciał coś powiedzieć... Krzyknąć... Krzyknął!...
- Zenmanie! - ktoś szarpnął go za ramię.
Poderwał się, spocony, rozgorączkowany, rozdygotany. Za oknem świtało, w izbie było jasno, duszno... Tarina pogłaskała męża po policzku.
- Śniło ci się coś? - zapytała dziwnym tonem.
Zastanawiał się chwilę, ale postanowił powiedzieć prawdę.
- Jakiś potwór na naszym podwórku... - wychrypiał.
- Dwugłowy? Z dziobami? - podpowiedziała cicho.
- Tak... Skąd wiesz?
- Mnie się też to śniło... Że nam ciała odpadały, tak?
- Ta... I nasi goście go zabili...
Długą chwilę siedzieli na łóżku nieruchomi i milczący.
- Jeszczem się tak w życiu nie bał - przyznał Zenman.
- Ani ja. Mam mokrą koszulę - przyznała się żona.
- Ale co to było?
- Sen pewnie...
- Dla dwojga?
- Magiczny?...
- No właśnie... - westchnął. - Wcześniej tego nie było, i nie było nam z tym źle...
- Ale... wiesz... Skoro już się pojawiło... to wolę, żeby ten mag tu był?...
- A jak to przyszło za nim?
Znowu milczeli chwilę.
- To i tak teraz bym się bała go wyrzucać... On sobie pójdzie, a to... zostanie?...
- Właśnie... - Zenman podrapał się w pierś. Z przyjemnością poczuł pod palcami zdrowe twarde ciało, włosy nie spalone... - Nic nie będziemy robili. Niech będzie, co ma być...
Wyskoczył z łoża.
- Muszę się nap...
Zatrzymał się przed stołem pod ścianą.
- Co to jest?
Tarina migiem podskoczyła do męża. Oboje wpatrywali się w kopczyk nieruchomych olbrzymich motyli. Ich czarne skrzydła, wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, z żyłkami amarantu, były wyprostowane, rozpostarte. Jak dziwne niepokojące liście.
- To są motyle Bogini Charmy... - powiedziała szeptem Tarina. - Piękne...
- Nie wiem, czy piękne - równie cicho powiedział mąż. - Mnie się przypomina, jak... - zamilkł, nie kończąc.
- To coś... pluło takimi czarnymi glutami? - podpowiedziała żona. Odważniejsza w świetle dnia. Odważniejsza od męża. - Przecież to nie to!
- Pewnie, że nie to... - Wyciągnął rękę i koniuszkiem palca dotknął jednego skrzydła. Cały motyl zakołysał się na odwłoku. - Martwe...
- Wiesz, że z nich wielkie damy szyją stroje? Im która bogatsza, tym więcej ich zużyje, ale sukni podobno nie miała żadna królowa?
- Z tego też sukni nie będzie - ocenił Zenman.
- Ale góra sukni tak! - Pokazała na swoim ciele co może wyjść z tego tuzina motyli. - Przecież tego nie wyrzucimy!? - rzuciła zaczepnie. - To skarb!
- Za duży jak dla nas... - powiedział cicho. - Jak komuś pokażemy to pożegnamy się z życiem, albo, przynajmniej, spokojnym życiem.
- No to nie pokazujmy nikomu. Na razie nie potrzebujemy pieniędzy, mamy sakiewkę od Gadochy, prawda? A to ukryjesz i poczekamy... Może przyjedzie Heldon, się zastanowimy...
- Dobrze. Daj mi duży garniec z pokrywą, włożę to, zaleję smółką i ukryję między stągwiami z miodem. Albo zakopię...
- Dobrze. - Wspięła się na palce i pocałowała męża. Ruszyła do drzwi. - Tylko szybko, zanim oni wstaną - wskazała głową na ścianą, za którą spał mag.
- Myślisz, że oni nie wiedzą? - skrzywił się mąż. - Przecież to ich robota - wzruszył ramionami.
- Oni, nie oni - nieważne. To nasze. Za ten strach we śnie.
Wyszła po garniec.
Bartnik dotknął jeszcze raz palcem motyla.
- No właśnie, za nasz strach. Za co by innego?
biklanga - specjalny dzwon oznajmiający tworzenie/rozkładanie mostu z łodzi do wyspy Cuchiwa
burs - ciepły sweter
flutar - rodzaj fletu z trzema piszczałkami
ghaimis inaczej undra - narkotyk dodawany do ziela tytoniowego
ghuron - dwuosobowa trąba typu trembita
halem - oddział straży
halemmed - dowódca halemu
kaplor - nocnik
khuremes - gobla, wysłany przez maga zabójczy widmak
kiryaga - rodzaj sztyletu
klaicas - miseczki-palniczki
lairne - moc, karma, magiczna energia
menes - mieszanka sfermentowanego mleka trajenek ze świeżym mlekiem krowim i końskim
mulfy - gatunek mułów
pugtusk, srehen, karłt - rodzaje mieczy
samerantur - odpowiednik zarządcy dworu: ochmistrz, doradca, masztalerz, minister w jednej osobie
semia - godzina
shader - sakwa przy siodle
sleges-thoi - fajka dla kilku osób
snetl, ugris - sztylety
stighaya - pętla do duszenia, dusielnica
sure - drobna monetka, draben - 100 sure
tawlish - oficjalny język, w trzech odmianach: wysoki - pałacowy, dla pospólstwa i kapłanów
trajenki - odpowiednik kóz
tsurna - instrument strunowy, ulubiony instrument Trazwalara
poolee - miara długości - metr, jard; 1200 poolee - mila
wista - miara długości
zurbakha - rodzaj kamizelki, kaftana
yertabee - krzew, również napar z liści tego krzewu; rodzaj herbaty
COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2003
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-447-7
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Studio Wizualizacji GRAPHit
ILUSTRACJE ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCE Dominik Broniek
PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska
REDAKCJA I KOREKTA Karolina Wiśniewska
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Sroka przekrzywiła głowę i skierowała dziób w stronę drogi, czarne paciorki oczu wychwyciły chyba jakiś ruch, bo plotkara poderwała się z głośnym skrzekiem i odleciała najpierw na pobliski buk, potem wrzasnęła jeszcze raz i pofrunęła wyżej, żegnając się z okolicą; na odchodnym skrzeknęła jeszcze dwa razy. Krzyżodziób, który nie wiadomo dlaczego porzucił swoje ulubione słone bagniska i małże, by zamieszkać nad przeraźliwie dlań czystą strugą, również zdenerwował się wizytą, trzepnął kilka razy ogonem i wykrztusił swoje "khu-l, khu-l...", co zawsze brzmiało, jakby zakrztusił się kluską; potem poleciał w dół, nad strumyk, niemal musnął jego powierzchnię brzuchem i zniknął w gęstwinie. Polowanie na leniwie przemykające w rzeczce pstrągi odłożył na później.
Goście.
Nigdy nie wiadomo z czym idą, z pożogą czy podarkiem, świśnie bełt i dla żartu przyszpili ciało ptaka do drzewa czy może pozostaną po nich przyjemne okruchy i rybie głowy?
Ci szli cicho, ale nie kryli się. Nie rozglądali się na boki, ale kusze trzymali w pogotowiu, głowice karbuli przytroczone do obuchów - zręczny wojownik tylko strzepnie takim karbulem i już ma go w pogotowiu do użytku. O, a ci, których konie pochłaniały krok po kroku ścieżkę, byli na pewno zręczni!
Trazwalar II Wysoki nie trzymałby ich w przeciwnym razie na swej służbie.
Jadący jako trzeci od czoła, dowódca oddziału, tuzinowy Bargden Senny, zerknął na jadącego obok Yaggola, przewodnika i tropiciela. Właściwie nawet nie zerknął - uniósł najpierw jedną brew, tę od strony tropiciela, potem drugą - ten zrozumiał i migiem zsunął się z konia, który w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że coś się zmieniło. Tropiciel jak szaro-zielona smuga przemknął przed końmi, wsiąkł w zielony gąszcz po lewej i zniknął. Wszystko to trwało tak krótko, że jadący obok Bargdena wojownik, który akurat ziewnął serdecznie, nie zauważył niczego, i dopiero gdy spojrzał w bok i zobaczył puste siodło tropiciela, zrozumiał, że dowódca wysłał go przodem.
"Za duży honor dla tego maga", pomyślał wojownik. "Z drugiej strony - mag to mag. Licho go wie, co wymyśli. A władca nie wie, co to źle wykonane polecenie. Nie ma takowego. Jest wykonane, i jest po drugiej stronie - kara. Lepiej, zaiste, nie ryzykować".
Kilka chwil potem z lasu na drogę wyłonił się tropiciel. Stał spokojnie, a gdy zbliżyli się, uniósł rękę do góry i pokazał jeden palec. Jest. Sam. Jeden. Potem wysyczał przez zęby coś, co usłyszał tylko jego wierzchowiec, koń obojętnie minął pana, a ten jednym miękkim ruchem znalazł się w siodle, w najmniejszym stopniu nie zakłócając stępa wierzchowca.
W tym samym szyku, cicho i niespiesznie przejechali kilkadziesiąt kroków. Tropiciel pokazał na migi, że pójdzie z trzema wojami w lewo, czterech powinno pójść w prawo, a reszta - dalej ścieżką. Bargden Senny skinął głową i plan tropiciela został zrealizowany migiem i bezgłośnie. Sam Bargden Senny z pięcioma wojownikami kilka chwil później znalazł się na rozległej i dość suchej jak na okolicę polanie. Stała na niej solidna chata z nieokorowanych bali querecho, szopa, też z tego drogiego, ale wiecznego drewna, i wóz, dwukołowa erba z dwoma długimi dyszlami. Z komina spokojnie wysnuwała się szarfa dymu, wolno i niemal nie falując, wpijała się w błękitne niebo nad polaną. Drzwi na okalającym dom gańcu były otwarte. Wylegujący się na progu kot gwałtownie uniósł głowę, a potem czmychnął w krzaki. Bargden zsunął się z siodła i podszedł do drzwi. Gdy zostało mu do nich trzy czy cztery kroki, z szopy rozległ się głos:
- Czy ty się może skradasz, panie, czy mogę uznać, że tylko masz taki krok?
Bargden Senny odwrócił się i chwilę patrzył w ciemny otwór drzwi. Kątem oka widział, że ze ściany zieleni za szopą wynurza się tropiciel i trzymając w ręku kiryagę z czarnym, długim i cienkim ostrzem, mknie bezgłośnie do szopy.
- Przyjechałem z rozkazem pana naszego Trazwalara Wielkiego II Wysokiego, władcy królestw Lanyatty, Zaupoye, Trema i Lurdu, sagnifity Ptyonu, dorzecza Jumeli i Poboghany... - Jego głos nasilał się w miarę, jak wymieniał kolejne tytuły władcy i jak tropiciel zbliżał się do szopy. - ...Xenedarii, panującego w majestacie...
Tropiciel wniknął w mrok, kwiknął koń. Z chaty zza pleców Bargdena rozległ się ten sam głos, zabarwiony kpiną - Tylko mi się z klaczką nie zabawiać!
Tuzinowy drgnął, ale migiem opanował się i dołożył starań, by ten ruch przemienił się w żołnierskie energiczne odwracanie się. W drzwiach chaty stał mag.
Był niższy od Bargdena Sennego, dość dobrze zbudowany, chociaż jedno ramię, lewe, nosił odrobinę niżej od prawego, co od razu wychwyciło bystre oko tuzinowego. "Może przetrącone", pomyślał Bargden. Drugą rzeczą, jaka rzucała się w oczy patrzącemu na maga, był niezwykły nos - zapadnięty od brwi, może wgnieciony uderzeniem, ale na czubku niemal normalnej długości. Poza tym miał ciemnobrązowe włosy, obcięte równo, jak spod garnca, zaraz pod uszami, z grzywką w połowie czoła, i bystre, szare oczy, do których przypięły się od skroni gęste wachlarzyki zmarszczek, w komplecie z bruzdami obok ust i nosa świadczące, że lubi złośliwie wykrzywiać twarz. Albo się śmiać. Gdyby nie chodziło o maga, Bargden postawiłby na śmiech, ale chodziło, więc to raczej kpiąco krzywi twarz, niż się uśmiecha.
Nie widać było w jego postawie, rysach ani w odzieniu niczego, co tuzinowy cenił w mężczyznach: żądzy walki, gwałtowności, zręczności. "Ale potrafi - zbeształ sam siebie w myślach dowódca oddziału - być w dwu miejscach jednocześnie". Właśnie z szopy wynurzył się tropiciel. Kiryaga już była w pochwie, w oczach złość.
- Jak cię zwą, panie? Wybacz, że pytam, ale muszę wiedzieć, czy z właściwą osobą rozmawiam. Mnie zwą Bargden Senny.
- Sodos.
- Sodos i?... - Bargden zawiesił głos, a ponieważ mag nie odzywał się przez chwilę, dodał: - Tylko Trazwalar może nosić jedno imię, bo jest jeden taki władca... - powiedział z naciskiem, jakby podpowiadał magowi właściwą odpowiedź.
- Sodos Skrępowany.
- A, no właśnie. Pan nasz zaprasza cię, panie, do swego pałacu w twierdzy Gaybona.
- Ma do mnie jakąś sprawę? - zapytał mag spokojnie.
- Jaką może mieć do podwładnego sprawę władca połowy świata?! - parsknął pogardliwie tuzinowy. - My wszyscy mu służymy, a czasem wyróżnia kogoś wyjątkową łaską, i jej właśnie udzielił tobie... - umyślnie opuścił "panie" - ...zapraszając do siebie. A jaki jest cel zaproszenia? - Rozłożył szeroko ręce. - Nie mnie wnikać. - Po chwili przez zaciśnięte zęby dorzucił - Ani tobie.
- Dobrze. - Sodos Skrępowany pochylił głowę. - Jestem gotowy. Proszę tylko o pomoc w załadunku moich pakunków... Ponieważ długą będzie moja tu nieobecność, to spakowałem już wszystkie potrzebne mi do niesienia służby u Trazwalara Wielkiego rzeczy - ciągnął gospodarz, udając, że nie widzi zaskoczonej miny Bargdena. - Trzeba je tylko umieścić na wozie, zaprząc klacz i możemy jechać. Proszę - skłoniwszy głowę, zaprosił gestem Bargdena do izby. Zajmowała na oko połowę domu. Jeśli tuzinowy oczekiwał czegoś niezwykłego, to się srodze zawiódł. Nie było tu niczego, czego już nie widziałby w innych, nie magowych domach, był długi, na jedną całą ścianę stół, z ławą i zydlami od strony izby, był dość niezwykłego kształtu, podkowiasty piec, wygaszony, okopcony... Jedynym trochę niezwykłym sprzętem była sterta skrzyń, ustawionych w trzy warstwy, nawet nie sterta sama, tylko skrzynie, otwierane nie od góry, ale - ponieważ właśnie przeznaczone były do ustawiania jedna na drugiej - wieka ich uchylały się na izbę, a w środku miały przegródki, kasetony i kasety. Z dziewięciu skrzyń dwie były otwarte, niektóre przegródki puste, inne coś jeszcze zawierały: wiązki ni to sznurów, ni to zwiniętych pnączy czy łodyg zielnych, pęczki liści, po jednym albo po dwa truchła owoców, nie do rozpoznania po wysuszeniu. W kącie stał obfity zapas włóczni i oszczepów, ale - jak od razu odnotowało bystre oko tuzinowego - nie za bardzo nadające się do użytku: stare, powyginane, z luźnymi grotami, nie wiadomo, po co mag je tu trzymał. "Może - pomyślał tuzinowy - w razie potrzeby... zamienia je w... ogniste lance, albo węże..." Wzdrygnął się i nie chcąc, by mag dojrzał jego rozterkę, potrząsnął głową, jakby odpędzając zmęczenie podróżne, i zapytał:
- Czy możemy cię prosić o wodę dla nas i zwierząt?
- Oczywiście, woda w studni jest dobra i jest wasza. Ciebie, panie, zapraszam na kielich sorbetu.
Był dobry, Bargden, od lat mieszkający w stolicy i to w pałacu królewskim, pijał lepsze. Często. Ale podziękował i pochwalił.
Rzeczywiście - mag był gotów do drogi: cztery jednakowe skrzynie, kilka miękkich tobołów, pięć tub z twardej skóry. Na stole lekki, cienki miecz i spięta klamrami dwuwarstwowa opończa - płótno i futro używane zamiennie lub razem. Bargden wyszedł na ganek i gestem przywołał dwóch ciurów, kazał im wynosić wskazywane przez gospodarza pakunki. Dwaj inni układali na erbę dobytek maga, jeden zaprzęgał niską, zwartą i krępą klaczkę. Pozostali ludzie Bargdena bez komendy rozlokowali się dokoła chaty, stojąc, siedząc i leżąc, penetrowali spojrzeniami ścianę zieleni. Tropiciel zniknął. Gorliwością chciał zatrzeć wspomnienie tej niedobrej chwili, kiedy mag tak z nich zakpił.
Gospodarz i tuzinowy wypili jeszcze po jednym kubku. Nie odzywali się do siebie. Mag co jakiś czas mrużył oczy i rozglądał się po izbie, jakby przypominał sobie, co spakował, i co mógł zapomnieć, odprowadzał każdy wynoszony pakunek kilkoma niezrozumiałymi słowami i krótkim energicznym strzepnięciem palców lewej ręki. Najwyraźniej rzucał na swoje skarby jakieś uroki, zaklęcia, by nie uległy w drodze zniszczeniu, uszkodzeniu czy kradzieży. Gdy słudzy wynieśli wszystkie wskazane pakunki, mag pochylił głowę i chwilę mamrotał coś, obracając się dokoła siebie. Bargden Senny poczuł się nieswojo i - umyślnie, ale nieszczerze wolno - wyszedł z chaty. W progu obejrzał się i zobaczył, że mag wziął z półki jakieś puzdro i wytrzepuje zeń w kąty izby nieregularne kamyki, które z grzechotem turlają się po podłodze, wpadają w jej szczeliny, znikają pod sprzętami. Na koniec Sodos strącił ze stołu swój kubek, obcasem zmiażdżył skorupy na pył, a kubek Bargdena wziął i, wychodząc, ustawił na progu. Cały oddział siedział już w siodłach.
- Pozwolisz, panie, że użyję twej emanacji do strzeżenia mego domu?
Bargden Senny skinął głową i przełknął ślinę.
- Oczywiście. Obaj służymy naszemu władcy...
Chciał coś dodać, ale zobaczył, że mag wcale go nie słucha, tylko odwraca się i podchodzi do erby. Dotknął w kilku miejscach sznurów mocujących bagaże i w końcu wskoczył na wygodną, wymoszczoną kilkoma warstwami futra ławę. Lejce wisiały nadal swobodnie. Bargden Senny zrozumiał, że mag nie zamierza powozić. Syknął na jednego z ciurów, a ten migiem przeskoczył z siodła na kozioł i na znak dowódcy cmoknął na klaczkę.
Ruszyli w dwutygodniową drogę powrotną.
Bargden zastanawiał się, czy nie lepiej kazać magowi wsiąść na konia i pogalopować z nim i częścią oddziału, zostawiając erbę i ładunek w pieczy drugiej połowy ludzi, ale potem pomyślał, że skoro mag wiedział o zaproszeniu Trazwalara i o ich przybyciu, skoro spakował się, to muszą to być dlań rzeczy ważne i potrzebne w wykonaniu misji dla władcy. No to jak postąpić? Rozważał problem niemal do samego wieczora, targały nim wątpliwości.
Przy wieczornym ogniu zdecydował, że nawet jeśli monarcha wybuchnie gniewem, to Sodos powinien go obronić, na pewno zaś gorzej będzie, jeśli przywiezie maga, a ten powie, że niewiele może zdziałać, bo nie ma swego magicznego ładunku...
Wzdrygnął się, siedząc przy ogniu, i zdecydował, że pojadą jak tylko się da najszybciej, ale wszyscy razem, chroniąc i maga, i ładunek. Oczywiście - postarał się o jak najsprawniejszą realizację swego planu: przed nim pędził człowiek i troszczył się o konie do powozu, bagaż maga został w najbliższej osadzie przepakowany na dwa sposobniejsze do szybszej jazdy powozy. Konie w nich zmieniano co kilka godzin. Tak więc nie dwa tygodnie pędziła kawalkada do Gaybony, a tylko dziewięć i pół dnia i nocy. Inna sprawa, że popasy były krótkie, a gościńce, szczególnie te na podjazdach do stolicy, dobrze utrzymane, a ludzie na nich wiedzieli, co grozi za utrudnianie drogi monarszej kawalkadzie. Najtrudniej było niewątpliwie najstarszemu w gromadzie - magowi. Kilka razy Bargden przyłapał go, jak ugniatał swoje niższe lewe ramię, jakby łamały go chyba kiedyś uszkodzone kości. Ale nie poskarżył się ani słowem. Do wieczornego wina i porannego sorbetu dodawał po kilka kropel jakiejś mikstury, coś mamrotał nad kubkiem i wypijał. Po czym wstrząsał nim starannie maskowany, ale widoczny dreszcz. Jak mag nie skarżył się na tempo podróży, tak tuzinowy jakby nie zauważał jego przeciwdziałań zmęczeniu.
Od ósmego dnia podróży ruch na drodze stał się tak gęsty, że mimo dobrych chęci innych użytkowników, spowalniali oni podróż. Bargden wysłał dwie czujki, oddzielone od siebie semią czasu - jeden konny pędził wistę przed kawalkadą, a kilkadziesiąt poolee przed nimi kłusował drugi, i ten już bez litości siekł, miarkując, co prawda, siłę uderzeń. Inni użytkownicy drogi pryskali na boki, tam nieliczni odważali się poruszać, większość jednak widząc, że grupa wojaków jest już w zasięgu wzroku, wolała przystanąć, poprawić ładunki i popręgi, odpędzić muchy i gzy z pociągowych zwierząt. Niektórzy sięgali do zapasów i szybko zjadali coś albo gasili pragnienie. Raz jakiś piesek wyskoczył pod nogi. Lewy w pierwszej parze kawalkady niedbale strzepnął korbulem, psina pisnęła i ze złamanym kręgosłupem zwaliła się w pył drogi. Zanim mag i tuzinowy, obaj jadący w środku szyku, dokłusowali do miejsca zdarzenia, zwierzę już przestało poruszać nogami. Jakiś niski, przygarbiony staruszek zasłaniał pomarszczoną dłonią usta małej dziewczynki, która z powózki wytrzeszczała skośne oczy na nierozgarniętego, a teraz też i nieżywego, pupila. Spod dłoni dziadka docierał przeraźliwy, stłumiony wrzask zrozpaczonego dziecka. Bargden zerknął do tyłu, poruszył brwią. Jeden z żołnierzy sięgnął do pasa, i nie zauważając paniki w oku starca, który spodziewał się, że teraz korbul trafi jego albo dziecko, cisnął mu pod stopy kilka sure.
Dziesiątego dnia, w porze obiadu, droga, a za nią jeźdźcy, wspięli się na wysoką nadrzeczną skarpę.
Sodos Skrępowany znieruchomiał w siodle. Widok na Ptyon otworzył się w ostatniej chwili, wierzchowce spokojnie wspinały się na szczyt płaskiego wzgórza, jeźdźcy siedzieli w siodłach wychyleni lekko do przodu, trwało to dość długo, bo i wzgórze, choć o łagodnym zboczu, ale było wysokie, i nagle... Nagle przed ich oczami rozwinęła się olbrzymia rzeka. Wielki, szeroki, leniwie przelewający się wąż. Woda płynęła wolno, tłusto, niemal bez fal, wydawało się, że stoi, w niektórych miejscach tylko, przy brzegu czy ponad jakimś podwodnym garbem, oleiście przewalało się przez chwilę szerokie pasmo wody. Na południu, po lewej ręce koryto rzeki przechodziło w horyzont, zacierała się różnica między jej nurtem i półpustynnymi brzegami, po prawej woda oświetlana inaczej padającymi promieniami słońca zmieniała barwę na brunatno-zieloną, zwężał się bieg rzeki, ginęła w końcu z oczu. Ta dwubarwność potęgowała jeszcze podobieństwo do węża, pod jednym kątem zielonego, pod innym żółtego.
Na wprost widniał ogrom miasta. Nawet z tej odległości mury, wieże i wystające ponad nie dachy sprawiały, że ludzie czuli się już tu mrówkami. Mag odłożył przyglądanie się miastu i twierdzy na później.
- Czy prawdą jest, że ta rzeka płynie w obie strony? - zapytał.
- Czasem, przy jesiennym przyborze wód. - Bargden Senny uniósł się na chwilę w siodle. - Jeśli wpatrzysz się, panie, w te cztery drzewa na drugim brzegu... - machnął ręką. - Żartuję, nie widać ich stąd, po prostu wiem, że tam są...
- Kto mówi, że nie widać? - zapytał mag, wpatrując się z natężeniem w cienki pasek gruntu po drugiej stronie nurtu. - Na drugim od lewej siedzą trzy sroki. - Bargden Senny patrzył na niego z otwartymi ustami. - Samce - dodał obojętnie, nie zauważając tego spojrzenia, mag.
Teraz Bargden Senny zamknął usta. Sklął się w duchu.
- Ośmielam się nie zgodzić, ten z lewej to samica - powiedział.
Mag skinął głową, lekki uśmiech pojawił się na jego ustach.
- Przy tamtym brzegu, w każdym razie, płynie woda w kolorze pomarańczowym - podjął wątek Bargden Senny. - To oznacza, że do Ptyonu dołączyła nowa rzeka, albo któryś ze starych dopływów wypłukał sobie nowe koryto. Teraz ten muł, glina, piach spływają do ujścia, na jesieni tam się nagromadzi tego w takiej ilości, że zablokuje ujście niemal całkowicie. A wtedy rzeka na długim odcinku, tutaj też, popłynie z powrotem. Dwa dni drogi stąd na południe, w dolinie Medż Halay rozleje się płytko, ale szeroko, dolina wchłonie część tej wody. A potem popłynie mocna wysoka fala znad doliny. Rozlewisko popłynie z powrotem, jeszcze raz do ujścia, przebije się przez groble i tamy, które zresztą trochę osiądą pod własnym ciężarem, trochę wyschną, kiedy wody się cofną... I Ptyon odzyska połączenie z morzem.
Mag pokiwał głową. Wstał w strzemionach i wolno kręcąc głową, dokładnie przyjrzał się rzece i brzegowi. Westchnął na koniec i poruszył brwią w uznaniu jej wielkości i urody. Bargden Senny znowu jakoś nieznacznie pokierował koniem, ten okręcił się w miejscu. Ruch zamarł, a oczy poganiaczy, wszystkich, skierowały się na mały orszak z dwoma powozami. Mag zerknął na Bargdena i skinął głową. Tęsknie jęknął dzwon, po chwili dołączył doń drugi, wyższy. Zjechali na dół. Poganiacze bez ponaglania, sami przewidując, co się stanie, ruszyli od promu z powrotem przez swoje stada, razy i poszturchiwania wycinały w zwartym stadzie korytarz. Chwilę potem na wylocie tłumu znalazł się Bargden Senny i Sodos Skrępowany. Za nimi jechał wóz i żołnierze, kopyta zadudniły na mocno zniszczonych deskach promu.
Do Bargdena podskoczył mężczyzna z gładko wygoloną czaszką, tylko znad uszu spływało po jednym sięgającym ramienia warkoczyku.
- Panie, zaraz rozładujemy prom. Nie wiedzieliśmy... Nikt nam... nas...
- Nie trzeba, tylko odbijaj już.
Z rzeki spłynął, z innego kierunku, inaczej brzmiący odgłos dzwonu. Prom stęknął, załoga rzuciła się na stanowiska, skrzypiał takielunek i zgrzytały dulki wioseł. Ciężka krypa stała w miejscu, potem poddała się nurtowi i spłynęła nieco na północ. Dwa żagle chwyciły wiejący ponad wzgórzami wiaterek, prom jęknął i zaczął sprawnie ciąć nurt kolosa. Znowu rozległ się odgłos dzwonu. Mag, siedzący wciąż w siodle, rozejrzał się.
- Co to za dzwony?
Bargden Senny tknął palcem kilka razy powietrze, wskazując jakieś miejsca na rzece. Gdy mag zmrużył oczy zobaczył pławę.
- Tu często występują mgły, szczególnie w zimie. Wtedy i rybacy, i przewoźnicy korzystają z dzwonów. Każdy ma inny ton, ich dźwięki pozwalają się zorientować w położeniu na rzece. Oni - kiwnął głową w stronę łysego dowódcy - potrafiliby przeżyć na tej rzece życie, nie otwierając oczu - dokończył dumą.
Mag pokiwał głową. Zeskoczył z konia, za jego przykładem poszedł Bargden Senny, a za nim jego ludzie. Miejsca było mało, ale dało się przykucnąć, podskoczyć w miejscu, rozprostować ramiona. Dwaj żołnierze podeszli do żerdzi odgradzających ładunek od wody i z ulgą wyszczali się do wody. Mag zerknął na tuzinowego, ale ten widok nie zrobił na nim wrażenia. Widocznie, uznał Sodos, rzeka nie była tu czczonym bóstwem. Albo bóstwo nie obawiało się tych kilku kropel moczu na swojej powierzchni. Załoga krypy postawiła dwa prostokątne żagle, one i szesnaście par wioseł pchnęły prom przez toń ku drugiemu brzegowi. Mag przesunął się między wierzchowcami i stanął na dziobie. Na drugim brzegu popatrzył do tyłu, zobaczył, że i na opuszczonym brzegu jest mnóstwo promów. Nurt rzeki przecinało ich kilkanaście. Wszystkie wyładowane: najeżone skierowanymi do góry dyszlami, bo z wozów zawsze wyprzęgano zwierzęta, czasem promy niosły oddziały mierzących w niebo pikami żołnierzy, ale najczęściej po prostu pokład wypełniały dwukołowe eurbye wieśniaków, do tego stadka osłów i mulfów, w wielu przypadkach objuczonych rozważnie, ale jeszcze częściej - bez litości. Czasem dziwne było, że biedny zwierzak nie przewala się na bok pod piętrzącym się nad grzbietem ciężarem.
Na drugim brzegu, płaskim w przeciwieństwie do tego za plecami, niemal nie widać było ziemi, pokrytej masą ludzi, wozów i zwierząt, tylko same drogi nie były pokryte szczelnie namiotami, daszkami, kopułami shaterów; już przed miastem i twierdzą rozciągało się, jak widział stąd mag, olbrzymie zbiorowisko ludzkie, największe, jakie mu przyszło w życiu widzieć. Sapnął i pokręcił z podziwem głową. Taka ciżba samą masą pokonałaby największą armię.
- Dużo tych ludzi - stwierdził Sodos Skrępowany, nie kryjąc w głosie pewnej dozy zaskoczenia. - Strasznie dużo. - Przez chwilę zastanawiał się, jak to ocenić: dobrze, czy w czymś komuś może to przeszkodzić. - W razie napadu schronią się w mieście.
- Nie było tu obcego z bronią od siedemdziesięciu lat - powiedział z lekceważeniem Bargden. Wskazał toń rzeki. - To jest najwyższy płasko położony mur na świecie. - Jak nie otoczy się miasta, to się go nie zdobędzie, a tu się nie da otoczyć. Albo wraża armia stanie na tamtym brzegu i będzie pilnowała... Ale czego? Wróg może co najwyżej bezsilnie przyglądać się rybakom i zbieraczom wodnych roślin, a tej żywności jest tu tyle, że na samych darach Ptyonu można żyć kilka miesięcy. Na dodatek, jeśli wróg przedostanie się nawet tu, na ten brzeg, to z drugiej strony rzeki będziemy mieli otwartą połowę kraju. Jeśliby zaś zaszedł stamtąd, to mamy wyjście na tę, z kolei, część.
- Nie pytam zatem, jak skończyła się ta ostatnia próba - powiedział mag, wyciągając szyję, by jak najwięcej zobaczyć.
Bargden prychnął pogardliwie.
Mag pomyślał, że jednak - co by o tym nie mówić - ktoś aż tu dotarł, przebył połowę ogromnego kraju, stanął u wrót stolicy. Zamachnął się. Pewnie, nic więcej nie zwojował i chyba z podkulonym ogonem wrócił jak niepyszny. A może i nie? Ale przynajmniej miał odwagę chcieć...
Tuzinowy machnął ręką przed siebie. Dwaj wojownicy wysforowali się przed kawalkadę. Za nimi jeszcze dwaj, i jeszcze. Ci pierwsi zaczęli bezlitośnie siec pieszych i odpychać na pobocza. Dostawało się woźnicom i obrywały zwierzęta, osły reagowały przeraźliwym rozpaczliwym wrzaskiem, mulfy - posępnie i z rezygnacją kiwały łbami, jakby chciały powiedzieć: No właśnie, niczego innego nie można się było spodziewać. Po trzech parach oczyszczających szlak, reszta grupy względnie łatwo pokonywała drogę. Mag rozglądał się, ale widok specjalnie ciekawy nie był - setki i tysiące ludzi, kobiety, dzieci, starcy... Do tego drobne, radzące sobie nieźle w tym zbitym tłumie zwierzęta: koty, psy, szczury, fruwające nad głowami ptaki, wszystko to wzajemnie na siebie polujące. Do tego otaczający ze wszystkich stron wał dźwięków - rozmowy, krzyki, piski, gwizdy, śpiewy, płacz i śmiech, no i szczekanie, miauczenie, trele, charkoty, warczenie i - rzężenie. Do tego - zgrzyt pił, trzask siekier łupiących drewno, trzask toporów kruszących kości na pniakach sprzedawców mięsa i przed kuchniami bogaczy, odgłosy kucia, grawerowania, rżnięcia, łamania... W niebo sunęły wstęgi dymów, mag pomyślał, że nigdy nie widział tylu rodzajów dymu; kiedy było ich tak wiele, okazało się, że i każde ognisko, piec i kuchnia mają swoje, różniące się od innych właściwości. Snuły się tu ciężkie dymy z małych i wielkich shanjanów, serwujących jadło dla podróżnych, którzy chcieli zaoszczędzić i najeść się przed przekroczeniem bramy żarłocznego i chciwego, drogiego miasta. Te były aromatyczne i tłuste, zmienne - białe, parujące, snuły się też z różną prędkością: gdy z ognia odstawiano na chwilę gar czy okrągłą, głęboką, skwierczącą patelnię, dym chyżo śmigał w górę, potem znowu zwalniał. Poza tym ulatywały dymy z kuźni, czadzące, ostre i czarne; z garbarni - kolorowe, parujące, wilgotne; i z setek palenisk domowych, różne, niemal każdy inny - cienkie, kłębiaste, wodne, skąpe, ciemne...
Każdy ogień ma duszę, przypomniało się magowi powiedzenie jego przyjaciela z młodości. Teraz, jadąc przez las dymów, widział, że tak właśnie jest - z każdego ogniska, pieca i paleniska wyciekał do niebios inny dym, zrodzony przez inny ogień.
Przemierzali podmurze, większe od niejednego miasta w Horfeu, w królestwie Klogeren, w Albanyai, w Srebrnej Chmurze czy w Slostwerde. Na szlaku, kiedy nadjeżdżali, zalegała cisza, ale trwała tylko przez chwilę: gdy milczący ludzie uznawali, że już zeszli z oczu jadącym, natychmiast podejmowali rozmowy albo śpiew, śmiali się libo wykrzykiwali obelgi, zależnie od tego, w czym szlachetna grupa im przeszkodziła.
- Teraz to ptaków tu mało - odezwał się Bargden Senny, żeby tylko coś powiedzieć. - Chyba w tych słupach dymu nie mogą latać, a poza tym śmietnisko jest tam - wskazał ręką gdzieś na zachód. - Tam jest ich raj. Zresztą i koci, i szczurzy... - machnął ręką, nagle rozmowny.
- Tak, rozumiem - odpowiedział mag, myśląc o czymś zupełnie innym.
Po może dwustu poolee końskie kopyta przestały zagłębiać się w gęstym pyle, najpierw uderzały głucho, przez cięższą warstwę, potem, bliżej bramy, po kolejnych dwustu czy trzystu poolee, w bruk. Sodos Skrępowany, umyślnie nie rozglądający się, żeby nie psuć sobie pierwszego spojrzenia na imponujące mury, najpierw popatrzył na boki, potem dopiero przyjrzał się murom. Pod nimi rozłożonych były setki, może nawet tysiące namiotów i lekkich domków przedmurzej biedoty. Mieszkańcy tego miasta nie obawiali się dowcipów chodzących po blankach żołnierzy, ich daszki przyklejone były do samych murów, na pewno sypały się na nie popioły z fajek i lał mocz, ale nie zwracali na to uwagi.
Mury były potwornie wysokie, czterdzieści, może pięćdziesiąt razy wyższe od najwyższego, na wzrost jeźdźca w siodle, namiotu. Dzieliły się na odcinki: basteja - basteja, lub basteja - półbasteja, a co jakiś czas: basteja - korona, składająca się z bastei z dwoma półbastejami po bokach. Odcinki były murowane z wklęśnięciem od spodu, na całym przebiegu od bastionu do bastionu mury zapadały się do środka miasta, by pod blankami nagle wysuwać się na przedmurze; wspięcie się na nie nawet przy pomocy haków było wykluczone. Kilka tumtów pod krenelażami biegły jakieś parapety, a z nich wyłaniały się i ginęły w dziwnych otworach w bastejach grube łańcuchy. Szturmującym niełatwo byłoby nawet przyłożyć drabinę do umyślnie nieregularnych płaszczyzn, choć - z drugiej strony - jacyś zręczni wspinacze mogliby bez specjalnego trudu dostać się na wysokość połowy muru. Inna sprawa - jak by się wspinali, gdyby te mury polane zostały oliwą, a choćby i wodą. Albo w zimie, w śnieżycy.
Bargden wstrzymał swojego ogiera. Wskazując blanki, powiedział:
- Widzisz, panie, te łańcuchy? - Mag przytaknął skinieniem głowy. - Chodzi o to, że kiedy już atakującym się uda, a nie przeszkadzamy im w tym zbytnio, przystawić do murów drabiny, to spuszczamy końce łańcuchów obciążone worami z piaskiem, a one spadając, naciągają raptownie łańcuchy i odrzucają wszystkie naraz drabiny wraz ze śmiałkami dale-e-eko od murów. - Uśmiechnął się krwiożerczo.
- A potem? - zapytał zainteresowany Sodos.
- Potem? Worki, spadając, odrywają się, łańcuchy pod swoim własnym ciężarem wciągają do góry swoje końce, do których mocujemy kolejne wory balastowe i czekamy, aż na drabinach pojawią się kolejni śmiałkowie, chętni do lotu.
- Sprytne - skwitował mag jego opis.
Rzeczywiście, wyglądało, że mury miasta są nie sforsowania. Szczególnie, że od rzeki aż do samego miasta, do jego ścian mocarnych, nie widać było ani krzaczka, a tym bardziej lasu, z drewna którego dałoby się zbudować machiny oblężnicze czy choćby owe drabiny, na które pewnie obrońcy czekali szczególnie niecierpliwie. "Ciekawe - pomyślał mag - czy od wschodu jest tak samo, czy umyślnie mi to pokazują i opisują, żebym nabrał pewności, że tak jest wszędzie? A zresztą, co mi to? I tak nie zamierzam szturmem zdobywać Gaybony".
Bargden napiął mięśnie ud, jego wierzchowiec ruszył, wałach maga za nim, bez komendy. Jechali już brukowaną drogą. Od bramy, to znaczy od murów po obu jej stronach, wysuwały się dwa kły rawelinów. Mag zrozumiał, że skoro nie widzi połączenia z murami, to muszą prowadzić do nich podziemne korytarze. W każdym razie na pewno skutecznie i długo broniłyby podejść do bramy, i dopiero w rozpaczliwej sytuacji mogły być opuszczone przez obrońców. Ponieważ z obu stron zwisały nad drogą z ich szczytów wysokie konstrukcje z drewna i kamienia, na pewno na koniec zostałyby podpalone, by spadając, zagruzowały drogę i zmiażdżyły hordy szturmujących.
Brama była potężna. Nie było fosy. Solidna krata, głęboko wpijająca się w specjalny, w kamieniu wyrzeźbiony rów, który teraz, kiedy przekraczały ją rzesze ludzi, przykryty był kładkami z wzmocnionej okuciami dębiny. Potem droga przez kilkanaście poolee wiodła pod dachem wieży, która - co sugerowało kilka zbędnych w innym przypadku solidnych klap w sklepieniu - mogła rzygnąć na szturmujących zawartością swojego wnętrza: głazami, belkami, sztabami metalu, może rozgrzaną smołą czy płonącym olejem, tworząc nieprzebytą plątaninę z mięsa, kości i głazów... Zaraz za bramą natknęli się na wysoki mur bez okien. Sodos Skrępowany pokręcił głową, rozejrzał się na boki. Dość obszerna ulica prowadziła w obie strony. Popatrzył na Bargdena.
- Gdybyś popatrzył na Gaybonę z góry, panie, to zobaczyłbyś, że ulice, wszystkie ulice, mają kolisty bieg. Dużo czasu musiałbyś tu spędzić, by wywiedzieć się, jak najlepiej podjechać pod serce twierdzy.
Mag przyglądał mu się zmrużonymi oczyma.
- A pewnie i tak nie odkryłbym tych najlepszych, tajnych szlaków?
Bargden Senny obojętnie odwrócił się i wydał krótkie polecenie. Potem popatrzył na maga.
- Przepraszam, nie dosłyszałem, panie?
- Nic ważnego - machnął ręką Sodos.
Przez półtorej semii kołowali po łukowych w kształcie ulicach: wjeżdżając w niemal każdą z nich, nigdy nie wiadomo było, czy poprowadzi na północny zachód, czyli do jądra miasta, czy na północny wschód, czy po prostu na wschód... Sodos podejrzewał, że nawet w tej matni można było z łatwością znaleźć inne, szybsze szlaki, ale umyślnie wikłano go w drogę, która miała przekonać o niemożności zdobycia miasta-twierdzy-pałacu. Dwa razy ich droga muskała obrzeża targowisk, zapewne różnych, ale mag nie zwracał specjalnej uwagi na drogę - przyjął, że zapamiętanie szlaku od pierwszego razu wymagałoby zbyt dużego wysiłku, niewarte było takiego wytężenia uwagi. W końcu nie był jeńcem, tylko gościem, kimś zaproszonym do wykonania zlecenia samego władcy kraju.
Ulice były na ogół niezbyt szerokie, ale na widok dwóch gwardzistów, wyprzedzających o sto kroków kolejną parę, wszyscy pryskali na boki, do domów, na podwórka, w najgorszym razie po prostu wtapiali się w mury dziwnych, pozbawionych niemal okien, domów. Kiedy przez chwilę jechali skrajem drugiego, a może tego samego, tylko widzianego z innej strony targowiska, Sodos zobaczył, że tu domy miały okna i to nawet niemal na poziomie bruku. Z tych okien prowadzono handel - były szerokie, dwa czy nawet trzy razy szersze od tych na drugiej kondygnacji i zapewne bardzo wygodne dla właścicieli albo dzierżawców. Tu ludzie też usuwali się z drogi oddziałowi, ale nie tak pośpiesznie, jakby wiedzieli, że targowisko jest ich i dla nich. Panował nad nim charakterystyczny zapach bazaru - wszystkiego jednocześnie: przypraw, potu, dymu, odchodów zwierzęcych, kwiatów i owoców... Pod kopułą woni panował równie znajomy i identyczny na wszystkich targowiskach świata gwar: świergot, ryk, jazgot, brzęczenie, kląskanie, odgłosy wbijania gwoździ i cięcia desek, łamania drewna, szczekanie i piski, i te najpowszechniejsze: nawoływania, kuszenia, jęki zawodu, śmiech zadowolonych kupców i krzyki rozpaczy okradzionych i złupionych przez miastowych spryciarzy...
Przez chwilę mag widział tu żywe, podobne do innych miasto, ale zaraz wjechali w kolejną łukowatą ulicę i przestraszone twarze kolejnych przechodniów przekonały go, że to miasto całe, albo niemal całe żyje dla pałacu i jego mieszkańców.
Słońce dawno zapadło się poza mozaikę dachów, kiedy wyjechali na pierwszy prosty kawałek ulicy. Ta prowadziła bezpośrednio do bramy pałacu, ale Bargden Senny tuż przed nią skręcił. Wjechali na teren pałacu bramą boczną.
Chaewje?...
Samerantur zatrzymał się zaraz za progiem komnaty. Mag pochylał się nad małą czarką i usilnie wpatrywał w jej wnętrze. Gdy samerantur odważył się powtórnie bąknąć w tawlish "panie?", poruszył samymi oczami. Popatrzył na przybyłego spod gęstych brwi, dopiero po chwili poruszył głową, odsunął się od stołu i, cofnąwszy o dwa kroki, usiadł na wysokim, niewygodnym, drewnianym zydlu.
We wskazanych mu trzech komnatach wszystko było wygodniejsze, wspanialsze, godniejsze jego osoby, ale mag tylko rozejrzał się po nich i natychmiast kazał przenieść swoje bagaże do komnaty w północno-zachodniej wieży, na poziomie wąskiej, krytej galerii, właściwie murowanego pomostu, prowadzącego do północnego skrzydła pałacu. Skąd wiedział, że jest wolna?
Teraz zajmował jedną, wielką, zatęchłą komnatę i dwie komórki doń przylegające. Co za kaprys! Służba jeszcze nawet nie zdążyła wygarnąć pajęczyn z kątów i okadzić izb aromatycznym dymem przeganiającym pluskwy. Ale widok z okien był oszałamiający. W pracowniach dworu już dwaj czeladnicy wykrawali szkło, a uczniowie ciągnęli paski ołowiu, przed wieczorem miały być uzupełnione ubytki w witrażach okien.
Samerantur, wczoraj odziany w srebrzysty kaitan, wyraźnie dla zaimponowania gościowi, dziś nałożył szerokie, granatowe spodnie i tego samego koloru bardzo oszczędnie zdobioną kamizelę.
Dzisiaj w pełnym świetle, nie tylko w półcieniach, cieniach i odblaskach kaganków, mag mógł swobodnie przyjrzeć się zarządcy dworu. Miał przed sobą wysokiego - jakżeby inaczej na dworze Trazwalara! - mężczyznę o długiej, pociągłej twarzy, z wypukłymi policzkowymi guzami i migdałowymi oczami pod niemal niewidocznymi brwiami. Garbaty nos, nieco za cienki, zapadał się między wystające policzki, nie pasował do twarzy. Może dlatego samerantur, Ob Rydel, od lat z widoczną przyjemnością hodował długie wąsy. W tej chwili sięgały mu piersi, od połowy długości były obficie wypomadowane, i - sklejone i ciężkie - majtały się przy każdym ruchu samerantura, ale to chyba sprawiało mu radość - ciągle poruszał głową lekko na boki, lekko kiwał i zezował w dół, żeby popatrzeć, jak się poruszają końce wąsów. Mag stłumił uśmiech, pytająco popatrzył na samerantura.
- Nie znam prawie wcale tawlish, musisz, panie, męczyć się ze zwykłą mową ludu - powiedział.
Zarządca dworu odsunął się od drzwi, pochylił z szacunkiem głowę i powiedział:
- Pan mój, Trazwalar Wielki, chciał cię od razu, kiedy tylko przybędziesz, widzieć...
Z czarki, w którą tak uważnie wypatrywał się przed chwilą mag, buchnął syczący płomień, zwieńczony małym obłoczkiem dymu. Sodos Skrępowany skrzywił się niecierpliwie, machnął dłonią i ognik zniknął równie niespodziewanie jak się pojawił. Spokój samerantura prysł, z wysiłkiem przełknął ślinę. Jakby zapomniał na chwilę o długich, wypielęgnowanych wąsach.
- ...wi-widzieć... panie - dodał wyraźnie sam zaskoczony skołowaceniem języka, obrotności którego zawdzięczał przecież wiele. Odetchnął głęboko, wziął się w karby i nieco pewniejszym głosem ciągnął: - Ale wyjechał w podróż, chce odwiedzić swoją matkę. Pani Janse Pszenna w tej chwili bawi w sąsiedniej prowincji, Trazwalar Wielki wróci więc za cztery do siedmiu dni. Na razie mam ci służyć wszelką pomocą. - Nie potrafił się powstrzymać i na mgnienie oka oderwał spojrzenie od twarzy maga, by zerknąć na czarkę. - Prosi cię o widzenie dowódca straży pałacowej. Może przyjść do ciebie lub ty do niego... To nie jest audiencja - zastrzegł od razu.
- Idziemy! - Mag poderwał się z zydla, dwoma krokami pokonał dzielącą ich odległość. - Prowadź, czcigodny sameranturze.
Szli długo. Pałac Trazwalara - Sodos Skrępowany przyjrzał się mu z wysokości swojej wieży, nie najwyższej, ale drugiej co do wysokości - zbudowany był dość dziwnie: budowniczowie i miasta, i zamku władcy cierpieli na wstręt do linii prostych. Mag widział już mury miasta, tworzyły wielokąt z wklęsłymi bokami, na każdym rogu wieża bastei ze wspaniałym ostrzałem w obie strony. Pałac zaś był otoczony dwoma liniami murów, pierwsza była dziwnie oszczędna, wysoka ściana z blankami, bez specjalnych umocnień i punktów ostrzału. Dopiero po przybyciu do jądra twierdzy okazywało się, że jest jeszcze jedna linia murów. Te znowu były przeznaczone do rozpaczliwej i długotrwałej obrony - wieże na murach pałacu miały wyraźnie wojskowe przeznaczenie, co podkreślały strzelnice w grubych, kamiennych ścianach, rzygacze na olej i smołę, skierowane i na zewnątrz, i do wnętrza, na przylegający do murów pierścień dziedzińca. Poza murem pałacu wyraźnie przeznaczone do obrony były jeszcze trzy wieże, przylegające do wewnętrznej potężnej budowli pałacu właściwego; właśnie izbę w jednej z tych wież zasiedlał od wczoraj mag. Wewnętrzna prostokątna budowla połączona była z murami trzema krytymi galeriami na kamiennych filarach, grubych i gładkich - w razie opanowania przez wroga części murów, można było dowolną najbliższą galerią uciec w potrzebnym kierunku. Do tego wszystkiego dochodziły te wieże nieznanego przeznaczenia, może po prostu bastiony oporu? Poza tym znajdowały się tu otaczające pałac z trzech stron obszerne, niskie stajnie, kuchnie, kilkanaście kopuł skrywających wejścia do podziemnych spichrzy, piwnic, komór, loszków winnych i nie wiadomo czego jeszcze. Te zabudowania znajdowały się na dziedzińcu głównym, już za drugą linią murów, a do niego - przyjechali tu już w mroku, ale Sodos Skrępowany bardzo dobrze zapamiętał drogę - od zewnętrznego muru pałacowego prowadził kręty szlak umyślnie brukowany wielkimi, nieregularnymi głazami, by kawaleria wroga połamała tu sobie nogi. Ta labiryntowa droga prowadziła między strzelistymi murami; za każdym zakrętem, a było ich sześć, przejeżdżali solidne bramy. "Nie chciałbym być w skórze szturmujących - pomyślał wtedy mag. - Pod gradem strzał, włóczni, kamieni, w strumieniach waru i smoły kuśtykać pieszo, bo konie się połamią po kilku krokach, do kolejnego zakrętu, gdzie czekać będzie niespodzianka w postaci potężnych wierzei, których nie można wysadzić taranem, bo nie ma gdzie się nim rozpędzić, a z krenelaży ciągła ulewa strzał i wrzątku, i płonącego oleju, i grad kamieni, i jeszcze strzelnice!... I tak sześć razy. A na końcu wyczerpani zdobywcy dopełzają do ostatniej bramy, gdzie mogą już tylko położyć głowy na pniaku kata. Albo, jeśli dotrze ich więcej i jakimś cudem sforsują bramę, okaże się, że władcy już dawno nie ma w pałacu, bo po zdobyciu pierwszej bramy spokojnie wyszedł na mury i jakimś tajnym korytarzem bez pośpiechu wyszedł poza mury pałacu. Może dlatego nikomu dotychczas do głowy nie przyszło szturmować Gaybony?"
Szli najpierw po blankach muru wewnętrznego, właściwie specjalną krytą galerią pod parapetem z blankami i strażami, potem zagłębili się w labirynt korytarzy i schodów. Mag spodziewał się, że przewodnik będzie kluczył, może z chęci zaimponowania gościowi rozmiarami zamku, może w celach zapewnienia bezpieczeństwa władcy, ale - nie: zorientował się, że zmierzają niemal prosto na południowy zachód, przez cały czas schodząc, przecinając jakby dwór od góry do poziomu gruntu. Schodów przemierzyli sporo; za oknem mignął wewnętrzny malutki dziedziniec, ciemny i ponury, kamienny. Potem zeszli już wyraźnie do podziemi, szli długą chwilę szerokim korytarzem, pozbawionym jakichkolwiek ozdób, z pochodniami, skwierczącymi na tle dużych, polerowanych, miedzianych płyt, z wartownikami, ustawionymi w plamach mroku pomiędzy plackami światła. Stanęli przed szerokimi drzwiami, których obramowanie tworzyli dwaj skamieniali wartownicy w pełnym uzbrojeniu.
Samerantur uniósł rękę i zastukał. Wartownicy udanie konkurowali z kamiennymi posągami. Wydawało się nawet, że ich oczy nie błyszczą, jak u żywych ludzi, że są matowe, jak u wyrzeźbionych mistrzowską naprawdę dłonią posągów.
Ze szczękiem otworzył się najniższy wizjer, mag z trudem powstrzymał się, żeby nie odskoczyć, spoglądając w dół; w ostatniej chwili ostrzegło go przed niespodzianką rzucone z ukosa szybkie spojrzenie samerantura. Zaraz potem szczęknął i huknął główny rygiel i drzwi w końcu stanęły otworem. Goście weszli.
Dowódca pałacowej straży był stosunkowo niskim, jak na dwór Trazwalara, pulchnym mężczyzną z pyzatymi policzkami, małymi skośnymi oczkami i czarnymi jak płynny węgiel włosami splecionymi w dwa warkocze. "Musi być piekielnie zręcznym wojem - pomyślał Sodos - skoro przy takiej posturze doszedł do stanowiska równego członkowi niejednej królewskiej rady. Albo może nie tyle zręcznym, co bardzo ustosunkowanym, ale wtedy niebezpieczny jest podwójnie. I tak, i tak - strzeż się go, Sodosie".
- Witaj, panie - gospodarz poderwał się zza stołu, odsunął się i skłonił głęboko. - Zwą mnie Maretcheba Sieć, pełnię na dworze funkcję halemmeda, dowódcy halemu, gwardii władcy naszego, Trazwalara Wielkiego.
Nawet nie próbował używać miejscowego języka dworskiego, wysokiego tawlish. Czyżby już wiedział, że mag nim nie włada? Splecione na podbrzuszu dłonie były upstrzone cętkami świeżych i starych zadrapań oraz plamkami oparzeń i otarć.
- Sodos Skrępowany, do usług, panie... - Mag ukłonił się równie głęboko. Potem wyprostował i zerknął na stół. Nie było na nim papierów, wyliczeń, raportów i piór. Były natomiast dłuta, kośćce, rylce do metalu, skrobaki, dzierżawki, noże, pilniki... Fura narzędzi, przy pomocy których Maretcheba Sieć albo naprawiał, albo wytwarzał broń - wskazywało na to kilka świeżo wykutych nowiutkich ostrzy różnego rodzaju noży, kilka napoczętych i niedokończonych albo porzuconych rękojeści i cała masa najprzeróżniejszych kawałków metali, rogu, drewna w kilkunastu gatunkach, do tego jakieś rurki, trzpienie, bolce, kliny. W izbie panował zapach, kojarzący się raczej z warsztatem niż z mieszkaniem - drewno, żywica, dym, spalenizna, skóra... Warsztat tłumaczył wygląd dłoni gospodarza.
- Ja... - odezwał się samerantur - ...nie jestem tu i teraz potrzebny. Udam się do swoich obowiązków. Panie... - skłonił się przed Sodosem Skrępowanym, potem skinieniem głowy pożegnał Maretchebę Sieć - ...kiedy tylko zapragniesz, ktoś odprowadzi cię do twych... - przypomniał sobie, że mag zamienił trzy pokoje na jeden - ...twojego pokoju.
Mag obojętnie skinął głową. Omal nie powiedział, że może już wrócić sam, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Odczekał, aż samerantur wyjdzie, a gdy trzasnęły drzwi i wartownik szczęknął ryglem, wskazał stół ręką:
- Sam, panie, broń dla siebie szykujesz?
- A kto mi lepiej przyładzi, jak nie ja sam? Kto wie, jak wyważyć albo do czego będzie mi potrzebna? - Maretcheba Sieć obszedł stół i wskazał gościowi drugi, niższy, z dwoma wygodnymi choć tylko drewnianymi zydlami przy nim. Maretcheba był wojakiem, ale na zydle narzucił ktoś grube futra. Na stole stał smukły, wąski, gliniany dzban i dwa smukłe, na ciemno wypalone, gliniane, polewane kielichy. - Znasz, panie, nalewkę z sześćdziesięciu sześciu ziół?
Mag uniósł brew.
- Trzydzieści trzy, tak. Sam się zabawiam przed zimą, bo nie znam niczego lepszego, co w tak małej ilości tak mocno rozgrzewa. Ale sześćdziesiąt sześć?...
Maretcheba Sieć wskazał zydel, poczekał, aż Sodos Skrępowany usiądzie, i usiadł sam. Natychmiast sięgnął po naczynie i nalał ciemnej, oleiście połyskującej, gęstej cieczy do kielichów. Wypili. Chuchnęli jednocześnie i przeciągle.
- Pali... Ale pali miło! - powiedział mag.
- Tak - zgodził się halemmed. - Wiesz coś o xameleonach, panie? - zapytał obojętnie, ale zaskakujący przeskok od nalewki do tego pytania był zamierzony i przemyślany.
Nie zaskoczył jednak maga. Gość potarł wysuniętą do przodu brodę i skrzywił się.
- Nikt tak naprawdę nie wie, jak wygląda xameleon - powiedział. - Jest to istota, ponoć najczęściej ludzka, potrafiąca zmieniać swój wygląd. Przybiera, krótko mówiąc, każdą postać, jaka jej się zamarzy.
- To nie są ludzie?
Mag wzruszył ramionami.
- Powiadam - nikt nie widział xameleona w prawdziwej, jego własnej, naturalnej postaci, no to jak mamy wiedzieć, kim czy czym są? Wszyscy świadkowie mówią o postaciach już przybranych. A jeśli nawet... Mhm?... - Zapatrzył się w sufit i wydał z siebie serię pyknięć wargami. - W dziele niejakiego Asmordelesta spod góry Totry jest opis xameleona, tak jak go widział skruszony zleceniodawca. Ale silnie podejrzewam, że widział on po prostu inną jego postać.
- Dlaczego tak sądzisz, panie? - zapytał Maretcheba, napełniając kieliszki.
- Tak byłoby dlań bezpiecznie, prawda? - zapytał mag. - Pomyślmy, jak może myśleć xameleon: jeśli potrafię zmieniać postać kiedy chcę i na jaką chcę, to dlaczego miałbym ukazywać się komuś, dla kogo wykonuję nieprzyjemną pracę, w prawdziwej postaci? A nuż przyjdzie mu do głowy, że po wykonaniu roboty trzeba by pozbyć się głównego i jedynego świadka? Nie sądzisz, panie? Tak bym postępował ja, będąc xameleonem. Pokazywałbym się zawsze w fałszywej postaci.
- A jeśli nie może tak się maskować? - widząc zdziwienie maga, halemmed wyjaśnił: - Mam na myśli, że nie może wchodzić w podwójną skórę?
- Hm... Przyznam, że też się nad tym zastanawiałem...
Wypili. Znowu westchnęli, jak dobrzy znajomi. Maretcheba Sieć podniósł głowę i wpił się spojrzeniem w oczy maga. Bez cienia strachu.
- Zatem jak go wykryć? Skoro ciągle jest kimś innym? Jak widzę, powiedzmy, swojego brata, to nie wiem, czy to on, czy złudzieniec? - zapytał Maretcheba.
- Jest coś... - mag chciał rozejrzeć się, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Pochylił nad stołem. - Czy pytasz w jakimś specjalnym celu, panie?
- Oczywiście. Jestem dowódcą straży władcy. Muszę wiedzieć, co zagraża mojemu panu. Muszę wiedzieć, jak go bronić, czego się spodziewać po tym stworze... - zawiesił głos.
- Jak go schwytać... Tego xameleona... - mag pokiwał głową ze zrozumieniem. - Dokoła niego czasem panuje aura, taka swoista tylko dla niego - powiedział.
Nie rozglądał się, ale powiedział to znaczenie ciszej.
- Widzisz ją? Wyczuwasz?
Sodos Skrępowany patrzył w oczy wojaka i nie mrugał. Trwało to długo, tak długo, aż gospodarz mlasnął i puknął kilka razy grubym paznokciem o drewno stołu.
- Rozumiem. Masz swoje sposoby i swoje sekrety.
- Iście.
Maretcheba Sieć uniósł swój pucharek i poczekał, aż to samo uczyni mag.
Wypili i odsapnęli.
- Trazwalar Wielki dowiedział się skądś, że w Gaybonie siedzi xameleon, który zasadził się na jego życie. Nie wiem, skąd to wie - wykrzywił się, przesuwając żuchwę na bok i chwilę tak trwał rozgniewany. - Poza tobą nikt nie wie, jak go wyłapać.
- Może mi się udać, ale nie jest to łatwe - szybko wtrącił się mag.
- Właśnie. Dlatego ja proponowałem panu, by wymienił całą załogę. Wszystkich - kucharzy, kuchcików, koniuszych, ogrodników, strażników...
- Przyjąć nowych - nie sztuka - odezwał się mag. - Trazwalar jest potężnym władcą, wielu ma poddanych i bez trudu może wymienić wszystkich. Ale kto zaręczy, że wśród nowoprzyjętych nie znajdzie się ponownie xameleon? Przecież może przyjąć postać... - urwał.
Maretcheba Sieć posłał mu wyraziste spojrzenie. Sodos zmarszczył czoło, brwi złączyły się z jedną długą i gęstą kępkę.
- Chciałbyś wymordować wszystkich, a wtedy i xameleon byłby w ich gronie!... - wyszeptał ze zgrozą.
Maretcheba poderwał się i nagle trzepnął dłonią w stół.
- Moim naczelnym zadaniem jest chronienie życia władcy! - krzyknął. - Kuchcików chętnych do pracy dla Trazwalara w państwie jest wielu!
- Będzie ich znacznie mniej, kiedy się dowiedzą, jak ceni się ich życie.
Dowódca straży usiadł ciężko i poruszył żuchwą. Kilka razy mrugnął szczelinkami oczu, jakby ścierał łzy. Ale raczej jego żywotna natura wymagała, by się poruszał, a nie chciał biegać po izbie, zdradzając podniecenie przed magiem. Ten odchylił się do tyłu, skrzyżował na piersi ręce. Z małego palca lewej ręki błyskiem odezwał się cienki, srebrzysty drucik.
- Znasz, panie, przypowieść o mistrzu, co pół życia spędził na próbach podkucia pchły? - zapytał. Maretcheba Sieć popatrzył nań nieprzychylnie, nie odezwał się, pokręcił głową. - No więc bardzo się starał, starał, i wreszcie opanował tę sztukę, i podkuł pchłę. A ta przestała się poruszać, bo nie mogła już.
Pyzaty wojownik zastanawiał się chwilę.
- Taki sam sens ma twoim zdaniem moje działanie - stwierdził po kilku uderzeniach serca.
Mag wolno pokiwał głową, nie odzywał się jeszcze chwilę. Tak naprawdę, to w duchu czekał jak przyjmie halemmed jego pouczenia. Gospodarz jednak nie podrywał się, nie krzyczał, nie walił pięścią w stół. "Chyba jednak zawdzięcza stanowisko nie wpływom rodzinnym na dworze. Umie słuchać, słyszy i rozumie, co się do niego mówi" - pomyślał Sodos.
- Właśnie. Skąd miałbyś wiedzieć, czy xameleon nie przybrał postaci żony władcy czy jego brata? - powiedział na wszelki wypadek.
- Właśnie! - w końcu syknął Maretcheba.
Chwilę trwała cisza.
Mag wyprostował się i spokojnie rozejrzał po pomieszczeniu. Jego uwagę przykuła wstęga dymu ulatująca znad kopcącego kaganka na półce pod ścianą, misa z płonącym olejem, służąca chyba do patynowania broni. Dym ulatywał w górę, jak i należało, ale potem skręcał i uderzał w ścianę, jakby się rozwiewał, znikał. A może to tylko gra światła i skutek plamy mroku, akurat w tym miejscu widniejącej?
- Jak szybko... - przełykając ślinę, gospodarz pozwolił domyślić się, że nie jest mu zręcznie zadać to pytanie: - ... zdołasz, panie, wykryć owego xameleona?
- Och, nie wiem. Naprawdę nie wiem - mag pochylił się nad stołem i zaczął mówić bardzo cicho, jednocześnie stukając podkutymi obcasami w podłogę. Maretcheba Sieć najpierw zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, po co ten hałas, potem szybko skinął głową i pilnie wsłuchiwał się w słowa gościa. A ten mówił: - Ja nie mogę być przez cały czas w objęciach magii, która pozwoli wychwycić aurę xameleona. Nawet nie dlatego, że mi się nie chce, czy dlatego, że to mnie męczy. Po prostu - magia mnie odrzuci. Wyrzuci jak pachołka z kolasy. Bo wiedz, panie, że każdy mag jest tylko petentem w krainie czarów. Jeśli któryś ci mówił co innego, to łgał okrutnie. Tak więc ja mogę wczuwać się, chodzić i szukać, potem odchodzić i wracać znowu... Nic więcej. Nie można zebrać wszystkich ludzi, co byłoby najprostsze, żebym ja przeszedł wzdłuż z szeregu i wskazał - oto jest!
- Dlaczego?
- Dlatego, że on może swoją aurę tłumić. Jak się dowie, że jestem blisko i szukam go, to rozwieje aurę i nic nie zobaczę. Musi być zaskoczenie, rozumiesz, panie?
- Ta... - mruknął z niezadowoleniem halemmed. - A jak...
- Wybacz, panie. Nie mogę więcej nic powiedzieć. - Nagle Sodos uśmiechnął się i wymierzywszy palec w Maretchebę Sieć, rzucił wesoło: - Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś sam xameleonem?
- Ja?! - wściekły Maretcheba Sieć poderwał się na równe nogi.
- Ot, właśnie tak samo będą podskakiwali różni wielmoże, jakich na dworze pełno. Zaczną biegać do władcy, by ich zwolnił z ustawiania się w szeregu. Trazwalar Wielki będzie miał zepsuty dzień albo i dwa na tłumaczenia i przekonywanie. A i tak ktoś się obrazi, ktoś ucieknie, ktoś, nie wiadomo dlaczego, umrze ze strachu....
- A to dlaczego?
- Już tak bywało - Sodos wzruszył ramionami. - Niemal każdy ma coś na sumieniu, i jak się boi, że się dowiem co, umiera ze strachu. Dławili się mięsem, zachłystywali winem, potykali na schodach, spadali z krużganków... - mag machnął niedbale ręką, najwyraźniej nie przywiązując wagi do tych zgonów.
Popatrzyli sobie w oczy i jednocześnie pomyśleli, że w spojrzeniu siedzącego naprzeciwko mężczyzny widzą dużą część samego siebie. Dwaj dojrzali, doświadczeni mężczyźni, z wiedzą, z bagażem lat...
- Czy to oznacza, panie, że szukanie xameleona potrwa długo? - zapytał cicho Maretcheba.
- Powiadam, że może trwać długo. Nie wiem ile - mag odsunął się i oparł plecami o wysoką, prostą ściankę zydla. Potem zaraz pochylił się i zapytał: - Ale wydaje mi się, że nie jest to zadanie szczególnie pilne? Wasz władca nie obawia się za bardzo xameleona?
Maretcheba Sieć chwilę wpijał się w jego oczy spojrzeniem swoich, szarych, przenikliwych, władczych. Nagle nie małych szparek.
- Nie. Władca... I ja też... Sądzimy, że nie odważy się uderzyć pośpiesznie... bez przygotowania choćby drogi odwrotu.
- Nie wiem... - w powietrzu zawisło niewypowiedziane słowo "jeszcze" - ...na czym się opiera twa, panie, pewność, ale wierzę, że wiesz coś, co ma wagę. To mi też odpowiada, daje czas na szukanie, bez pośpiechu, bo ten sprzyja mimikrantowi.
Wstał i trzepnął rękami w poły kaftana, by ułożyły się odpowiednio. Podniósł się z zydla i Maretcheba, pokiwał głową do jakichś swoich myśli. Mag czekał chwilę, może na to, że wojak zdradzi sekret, ale po chwili skłonił się z szacunkiem dowódcy straży i odwróciwszy, poszedł do drzwi.
- Dowiedziałem się przez pocztowe kruki, że twoje domostwo... - Maretcheba Sieć zawiesił głos.
- Spłonęło doszczętnie? - zapytał mag, nie odwracając się.
Maretcheba Sieć otworzył usta, potem żuchwa obsunęła się niżej i chwilę tak trwał z rozdziawionymi ustami. Sodos odwrócił się i widząc go w takim stanie, głośno kłapnął zębami, to przywróciło równowagę dowódcy pałacowego garnizonu. Przełknął ślinę.
- I to podczas deszczu...
Sodos niedbale wzruszył ramionami.
- Ono tam jest, nietknięte. To tylko czar, dzięki któremu pospólstwo nie będzie mi węszyć w domu. Kiedy wrócę, odeklnę dom i zamieszkam z powrotem!
Nie zauważając zdziwienia gospodarza, skłonił się i wyszedł.
Za progiem czekał pachołek, przerwał dłubanie w uchu i zgrabnie ukłonił się przed magiem, ani na chwilę nie spuszczając zeń oka.
- Prowadź, ale drogą po blankach - polecił mag.
Szedł niby zamyślony, ale spod gęstych, twardych brwi rzucał szybkie spojrzenia, zapamiętywał wszystkie schody, krużganki, zakręty. Zapamiętał widok na miasto otwierający się z murów i nawet na rzekę, która w jednym miejscu oleistą barwą okrasiła krajobraz. Droga powrotna zajęła niemal dwa razy więcej czasu niż wędrówka na spotkanie, ale mag był zadowolony. Pod drzwiami chwycił chłopaka za warkoczyk, ale potarmosił tylko delikatnie, a nienawykły do takich odruchów pachołek potulnie stał z głową wciągniętą między ramiona i czekał na uderzenie.
- Długo służysz w twierdzy?
Chłopiec popatrzył zdziwiony.
- Zawsze... panie... Ja tu się urodziłem... i...
- Rozumiem. A jak masz na imię?
- Faseh Zielony, panie.
- Chcesz mi służyć?
Faseh Zielony wzruszył ramionami: "A co mi tam za różnica?", a potem, widocznie uświadomiwszy sobie, że zaraz zostanie ukarany za ten gest, szybko powtórzył go, ale udając, że to kołnierz koszuli wpił mu się w szyję. Mag pstryknął go palcem w ucho.
- To chcesz, czy wolisz zostać tam, gdzie jesteś teraz?
- Mnie tam... - zaczął, i brakowało tym słowom tylko wzruszenia ramion. - Chcę! - zakończył szybko.
- W takim razie zaniesiesz liścik... Chodź. - Weszli do izby Sodosa. Mag szybko skreślił kilka słów na płacie rozwalcowanej i wysuszonej łodygi brodymiła. - Zanieś to sameranturowi, a potem, kiedy wyrazi zgodę, przynieś swoje skarby, zamieszkasz tu - wskazał drzwi jednej z komórek. - Niech tu zaraz przyjdą ze dwie kobiety wprawne w sprzątaniu. Niech przyniosą pościel, dla ciebie i dla mnie. Drewno do kominka.
Rozejrzał się dokoła, pokiwał głową, gdy nic nie przyszło mu do głowy.
- Idź.
Po wyjściu chłopca mag długą chwilę krążył po izbie, z pochyloną głową, od czasu do czasu, co kilka kroków rzucając kilka niezrozumiałych słów pod swoje stopy. Świeca z podziałką czasową spłynęła dwoma kreskami, zanim otrząsnął się z zamyślenia, otworzył dwa kufry, spokojnie spenetrował zawartość. Przyniósł na stół i zapalił dwie świece. Przez chwilę wpatrywał się w ich płomyki, następnie sypnął w ogniki po szczypcie ziół i zaczął znowu mruczeć pod nosem. Potem uniósł świece i trzymając je w ręku, chodził po izbie, przysuwając do ścian. Odnotował w pamięci dwa miejsca, w których dym zachował się inaczej niż gdzie indziej. W jednym wstęga wyprężyła się i pomknęła ku górze, w drugim przylgnęła do ściany. Mag przesuwał się dalej i dalej, aż wykonał pełny obchód izby. Wtedy zrobił to samo, trzymając świece wysoko nad głową i nucąc monotonnie. Trzeci raz przeszedł się niemal w kucki, okadzając ściany nieco ponad podłogą. W jednym z kątów stał prosty mały stolik z dwoma dzbanami wody i płaską misą, kąt - jak domyślił się mag - miał służyć mieszkańcowi izby do utrzymywania czystości. Za stolikiem do ściany przywarł drewniany pałąk. Mag postawił świece na stoliku, pociągnął drąg, a ten odchylił się od muru, odsłaniając obrotową półkę na wysokości podłogi. Na półce stała szeroka i wysoka misa z szerokim, zagiętym do wnętrza brzegiem. Sodos chwilę przyglądał się naczyniu, potem roześmiał głośno, i kiwając z podziwem głową, powiedział do siebie:
- No, tu nie trzeba biegać na dwór za potrzebą. Co pałac władcy, to pałac władcy.
Chcąc przekonać się, że właściwie ocenił urządzenie, wyszedł na korytarz i szedł po korytarzu, przyglądając się ścianie. Za pierwszym zakrętem zobaczył niemal niewidoczną, wtopioną w mur dźwignię. Gdy ją pociągnął, otworzyła się wnęka i zobaczył tę samą misę, którą chwilę wcześniej widział od strony izby.
"Gdy ktoś zechce posłuchać, otworzy, wsadzi tu łeb, i nie zważając na smród, wysłucha czego będzie chciał - pomyślał. - Zaradzimy temu trochę".
Wrócił do izby i zaczął szperać w swoich sakwach. Po chwili miał w ręku kilka małych bełtów, potem poszukał w skrzyni i wyjął kamienny tłuczek do ziół i nasion. Zbliżywszy się do ściany z wychodkiem, wbił nad drągiem dwa bełty, zawiesił na nich grubą derę i zadowolony odsunął się o krok, ale przypomniawszy sobie coś, odsunął zasłonę, otworzył drzwi i zastanawiał się chwilę. Potem uśmiechnął szeroko i znowu wrócił do sakw. Chwilę potem cienka linka połączyła małą, szklistą kuleczkę z półką, linka mieściła się swobodnie w szczelinie. Każde otwarcie wnęki od strony korytarza musiało spowodować przesunięcie wsuniętej pod stolik kulki. Zadowolony z siebie otrzepał dłonie i pogwizdując pod nosem, wrócił do bagaży.
Rozległo się stukanie do drzwi, a potem w małej szczelinie pojawił się nos Faseha Zielonego.
- Panie, przyszły dziewczyny do sprząta...
- Chodź, chodź! - mag machnął zachęcająco ręką.
Do pokoju wsunął się chłopak, za nim weszła cała grupa - dwie dziewczyny w szarych, obszernych szatach. Za nimi czterech pachołków niosło wiadra i pakunki. Mag położył rękę na ramieniu Faseha Zielonego.
- Wybierz dla siebie komórkę, tę niech sprzątną pierwszą. Potem do drugiej przeniosą to wszystko - powiedział, wskazując stertę swoich pakunków. - Nie próbując otworzyć czy nawet zaglądnąć do nich. Nałożyłem klątwy, nic wielkiego się nie stanie, ale mężczyznom usychają przyrodzenia, kobietom nosy... Powiedz im to.
Faseh Zielony rzucił kilka szybkich zdań w tawlish, wszyscy obecni z obawą zerknęli na bagaże, a jeden z pachołków coś mruknął.
- On pyta, panie, czy zaklęcie... nie... no, czy nie wyleje się przy przenoszeniu?
- Nie, wytrzymały podróż, to i wytrzymają przenoszenie. Póki nie wsadzi do sakwy czy skrzyni swego ciekawskiego nosa, może się nie bać o swoje dyndadło - odwrócił się i pociągnął za sobą chłopaka. - Chodźmy, oprowadzisz mnie po całej twierdzy... Aha, powiedz im, że jak wrócimy za dwie semie, ma tu już płonąć wesoły ogień, ma być przedtem przewietrzone, rzecz jasna. Pajęczyn i pająków nie ruszać, wiem, gdzie są, zabiję, jeśli je ruszą, tak samo myszy. Poza tym ma być czysto. Moje posłanie wyłożyć chmielem i tatarakiem, twoje jak chcesz. Idziemy.
Faseh Zielony radośnie przełożył słowa maga i dodał energiczny, ponaglający ruch dłoni. Stanowisko totumfackiego najwyraźniej coraz bardziej mu się podobało. Na korytarzu Sodos Skrępowany pstryknięciem w ucho przywołał chłopaka do porządku.
- Jak często opróżniane są kubły na nieczystości?
- Kubły?... - chłopak podrapał się po czubku głowy. - Ach, kaplor! Przez cały czas chodzi po twierdzy takich kilku osiłków i zmieniają kaplory na puste. Przez cały czas - dodał.
- Aha. Dobrze. Prowadź w takim razie na mury. Chcę obejść całą twierdzę...
- Teraz?! - jęknął Faseh. - Panie...
- Jak ci się nie podoba - wracaj do służby, bacz tylko, byś nie trafił do tej zaszczytnej gwardii, co się kaplorami zajmuje!
- Nie-nie, tylko to jest zajęcie na kilka dni...
- Zatem przez kilka dni to właśnie będziemy robili. - Mag chwycił chłopaka pełną garścią za gęste włosy i potarmosił na boki, niezbyt silnie, ale twarz Faseha wykrzywił grymas bólu, taki bardziej na zapas. - Zaczynamy od murów, potem będziemy schodzić niżej, aż dojdziemy do podziemi. Jeśli nie wiesz, jak to zrobić, to zaprowadź mnie do samerantura i...
- Panie? Ja nie znam??? Ja?! - Faseh Zielony uderzył się w pierś, aż rozległo się głuche dudnienie. Mag puścił włosy. - Cała moja rodzina tu żyje i służy od czterech pokoleń! Od pierwszych dni byłem noszony przez siostry i brata po murach i wszystkich niemal izbach...
Sodos ruszył korytarzem, nie oglądając się na stojącego jeszcze Faseha Zielonego, rzucił:
- Masz liczną rodzinę?
- Służą tu jeszcze dwie moje starsze siostry. Trzy najstarsze wcześniej wykupiły prawo na ożenek i żyją za murami. Jedna dwa miesiące temu...
- Brat? - zapytał mag, ruchem ręki ponaglając chłopaka, by szedł obok niego.
- Brat zginął... Posprzeczał się z pijanym koniuchem, tamten go zadźgał... Drugi w warsztacie terminuje... A starszy - nie żyje.
- Uhm... - maga nie wzruszył los brata Faseha. - Rodzice tu żyją?
- Ojciec jest skrybą w halemie straży... Już mieczem nie może za bardzo... - uniósł brwi i pokiwał głową, demonstrując, że ojciec stary i słaby. - Matka pracuje w piekarni.
Zeszli kilkadziesiąt skręconych stopni w dół, wyszli na galerię. Mag przystanął i rozejrzał się.
- Zaplanujmy drogę tak, by za dwie semie wrócić tu i zjeść coś. Będę wtedy wilczo głodny.
Chłopak zadarł głowę i patrzył chwilę na mury. Potem skinął głową do wymyślonego planu i wskazał ręką kierunek:
- No to tędy, panie. Będzie akurat.
- Prowadź i objaśniaj. Odgałęzienia, dokąd prowadzą, galerie. Co się mieści za ścianami... Wszystko.
- Tak, panie - ruszył pierwszy i zaraz wskazał odchodzące bokiem, w górę i na dół schody: - Tu można zejść na dziedziniec, w połowie drogi jest odnoga do piętra królewskiego, ale lepiej tam nie chodzić bez potrzeby... - popatrzył na maga. - To znaczy, panie, ja tam nie chodzę - poprawił się.
- Prowadź! - warknął mag i wymierzył mu solidnego kopniaka.
Chłopiec podskoczył i szybko pomaszerował korytarzem. Bezgłośnie chichoczący Sodos ruszył za nim długimi krokami...
* * *
Kiedy kończyli spóźniony obiad, Faseh Zielony - mlaszczący, siorbiący, bekający przy polewce - na ławie pod oknem, Sodos przy stole, z godnością wybierający gorący, niemal wrzący tuk z rozłupanego przed chwilą i podgrzanego w kominku olbrzymiego wołowego gnata, pod stolikiem z dzbanami i misą rozległo się ciche szuranie. Faseh Zielony przestał mlaskać, zamarł na chwilę z wysysaną chrząstką w zębach, potem wypluł ją do ręki i wskazując nią stolik, syknął:
- Mysz! Zaraz ją... - poderwał się z gotowością.
- Stój! - Chłopak natychmiast zamarł w miejscu. - Siadaj. - Usiadł posłusznie.
Sodos uniósł palec i powiedział, wyraźnie akcentując słowa, by zapadły pachołkowi w pamięć.
- Żadna istota w tych izbach nie jest zbędna. Możesz tylko tłuc wszy. Nie ruszać pająków, szczurów ani myszy!
- Ale...
- Słuchaj, milcz i nie rozpowiadaj! - mag odczekał chwilę i powiedział już o wiele ciszej. - Uciekła mi jedna mysz. Zakląłem w nią pewnego hardego syna karczmarza. Jeśli akurat ją skrzywdzisz - zajmiesz jego miejsce. Rozumiesz?
Chłopak długą chwilę wpatrywał się skamieniały w maga
- Dobra, chodź tu. - Sodos Skrępowany wstał od stołu, wskazał stojący przy kominku dzban, a potem misę. - Polej mi ręce...
- Teraz wyjdź z izby i stój pod drzwiami. Nikomu nie wolno tu wchodzić, zaglądać, podsłuchiwać. Rozumiesz? Własnym życiem bronisz dostępu. Jakby coś się działo, wołaj mnie ile sił, a potem uciekaj, bo rozpęta się piekło. No!
Faseh Zielony posłusznie wyskoczył za drzwi. Sodos wolno podszedł do stolika w kącie i pochyliwszy się, naciągnął ponownie linkę z kulką, którą przesunął ktoś, kto zmieniał kaplor, albo tylko wsadzał ciekawskie uszy na szpiclowym łbie we wnękę od strony korytarza. Potem wyprostował się i rozejrzał po izbie. Przymknąwszy oczy, przypominał sobie przebieg korytarza, schodów i galerii, prowadzących do jego schronienia. Podszedł do jednej ze ścian, tej, przy której płomienie świec zachowywały się dziwnie. Położył obie dłonie na murze i zamarł, wsłuchując się w zmysły. Przesunął dłonie o łokieć w lewo, znieruchomiał znowu. Powtórzyło się to kilka razy. Potem nagle spod stolika z misą rozległ się cichy chrobot. Sodos syknął zniecierpliwiony, przesunął się jeszcze raz. Teraz stał długo, przesuwał dłonie wyżej i niżej, na boki. Potem przyklęknął z cichym mruknięciem i wpił się wzrokiem w kamienny mur. Po chwili sięgnął do pasa i wyjął sztylet. Czubek zaczął wsuwać w szczeliny między kamieniami i w ubytki zaprawy. Wargi poruszały się, z ust wypływał cichy szept, słów nie dawało się rozróżnić, nawet gdyby ktoś był w tym czasie w izbie i pilnie wsłuchiwał się w zaśpiew.
Potem mag znieruchomiał, zamilkł: sztylet niemal do połowy wszedł w jedną ze szpar. Przesunął ostrze w szczelinie w lewo, potem w prawo, coś metalicznie zgrzytnęło. Kawał ściany, tworzący wąskie, niskie drzwi, zapadł się w mur. Zadowolony z siebie mag chwycił kaganek i ostrożnie wsunął się w odsłonięty korytarz. Zaraz za progiem zatrzymał się i tylko rzucił okiem w ciemną czeluść tunelu. Zajął się mechanizmem drzwi. Po chwili już wiedział, jak się go uruchamia od wewnątrz. Sprawdził tylko jeszcze, które z kamieni należy nacisnąć, by drzwi otworzyły się. Zamknął je, otrzepał dłonie.
Powiedział głośno:
- Fasehu Zielony, wracaj, chłopcze.
Chwilę potem w szczelinie drzwi pojawiła się głowa chłopaka.
- Wołałeś mnie, panie? - zapytał niewinnym i szczerym tonem.
- Tak. Podaj mi tę szkatułę.
Faseh Zielony podał wskazane puzdro. Mag otworzył je, a potem szybko i zręcznie poodsuwał zaczepy ścianek, tak, że po chwili na stole leżały tylko zawiasami połączone płytki.
- Daj tu ręce - polecił, wskazując miejsce na stole.
Chłopak wykonał polecenie, a wtedy Sodos Skrępowany jeszcze szybciej poskładał pudło i po chwili Faseh siedział z dłońmi uwięzionymi niezrozumiałym sposobem w kasecie. Teraz mag otworzył tylną ściankę, i wpatrując się w uwięzione dłonie chłopaka, powiedział:
- Jeśli poruszysz choćby palcem - nie będę mógł ci pomóc... Cii! Ani słowa! - powstrzymał zamierzającego coś powiedzieć chłopca, skulonego na zydlu z wytrzeszczonymi ze strachu oczami. Wysunął dłoń i palcem niemal dotknął czubka nosa mrugającego szybko, gotowego rozpłakać się pachołka: - Powtarzam: cokolwiek się stanie ani drgnij. Teraz mów, co robiłeś na korytarzu?
- Stałem... i cze-czekałem, pa-pa... panie... - wykrztusił chłopak.
Mruganie nie wystarczyło, łzy zaczęły płynąć po twarzy, omijały pyzate policzki, spływały po szyi i ginęły za kołnierzem koszuli.
Mag sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd metalicznie połyskujący przedmiot. Szybko wpakował to coś do kasety i zamknął ściankę od swojej strony. Odetchnął z widoczną ulgą. Chłopak pisnął cicho, wpatrując się w kasetę.
- Pytam - po co właziłeś za nocnik? - powiedział mag. - Do kaplora?
- Maretcheba-ba-ba... kazał... panie!... - Faseh Zielony chrypiał bliski omdlenia.
- Zapamiętaj tę chwilę. Mnie wystarczy spojrzeć w twoje oczy, żeby wiedzieć to, co chcę. Trzęsą ci się, bo kłamiesz, ale chcę, byś wiedział, że ktoś groźniejszy ode mnie strzeże prawdy w tej izbie - wskazał brodą kasetę.
- Masz w niej Węża Prawdy, Groila. Owinął się dokoła twych dłoni i czeka na kłamstwo, tylko wtedy może cię ukąsić. Dopóki mówisz prawdę, jesteś bezpieczny, ale kiedy zełżesz - ukąsi, a wtedy możesz iść i się utopić albo obwiesić. Tylko tyle zdołasz jeszcze dla siebie zrobić. Następnego dnia ciało zacznie ci gnić - mag wychylił się i wpił wzrokiem w na poły omdlałego chłopaka. - I umrzesz w męczarniach. Gadaj, co masz jeszcze robić? Szpiegować, i...?
- Tylko patrzeć i słuchać, ja... prawda...
Mag szybko otworzył tylną ściankę i wyszarpnął połyskliwy, długi kształt. Wsunął go do kieszeni i kilkoma ruchami rozłożył kasetę, uwalniając dłonie chłopaka. Były purpurowe i lodowate. Faseh Zielony przysunął je do siebie i patrzył, jakby widział po raz pierwszy w życiu. Z kącików oczu ciągle wypływały łzy, toczyły się i powiększały plamę wilgoci na kołnierzu.
- Zapamiętaj tę lekcję. W tej chwili należysz do mnie! Groil już cię zna, jeśli dowiem się, że mnie okłamujesz, wypuszczę go, a on niechybnie cię odnajdzie, tu i wszędzie indziej. Nie ukryjesz się przed nim i nie uciekniesz. Maretchebie będziesz mówił tylko to, co ja ci powiem, rozumiesz?
- T-tak...
- Nie wymagam od ciebie przysięgi, niepotrzebna mi. Groil cię upilnuje - odsunął się od stołu, szerokim gestem wskazał resztki po obiedzie. - Uprzątnij to i idź do swojej komórki. Prześpij się.
Faseh Zielony rzucił się do sprzątania. Ręce drżały jeszcze i nie odzyskały właściwego koloru, ale otarł już łzy i powoli bladość ustępowała z twarzy. Wybiegł z komnaty z naręczem misek.
Mag wyjął z kieszeni mokry, połyskujący w padającym z okna świetle, jedwabny sznur, wyżął go, po czym włożył do kasety.
- Nie lubię tego - mruknął do siebie. - Młodziak chyba się za bardzo wystraszył... - Tknięty nagłą myślą odchylił się do tyłu i spojrzał na miejsce, zajmowane przed chwilą przez Faseha. Na podłodze widniała mokra plama. - No właśnie, tak myślałem - skwitował widok cichym mruknięciem.
Okrążył dwa razy stół. Zachowywał się jak człowiek nienawykły do małej, zamkniętej przestrzeni, jeśli siadał to na chwilę, jeśli nieruchomiał to na niedługo. Teraz też rozsiadł się na zydlu, wstał, znowu przemierzył komnatę kilka razy, zwalił na zydel. Siedział chwilę nieruchomo, wpatrując się pustymi oczami w przeciwległą ścianę, potem drgnęły jego palce i zabębniły o suche deski stołu. Wtedy ocknął się i podszedł do położonych na wystających ze ściany kamieniach desek, pełniących rolę półek, i przejrzał przyniesione z erby swoje bagaże. Część rzeczy znajdowała się jeszcze w skrzyniach, kufrach i workach, ale dziesiątki małych szkatułek, z drewna i wypalonej gliny, skórzanych mieszków, długich futerałów - stało już i leżało na półkach. Gospodarz dotknął palcem jednej szkatułki, drugiej, jakby sprawdzając dotykiem ich zawartość, pokręcił głową, a potem strzelił palcami i sięgnął po nieco większe od innych puzdro. Wróciwszy do stołu, otworzył je, wytrząsnął na blat zawartość - kilkadziesiąt suchych kulistych owoców, grzechotały cicho, gdy zaczęły turlać się po drewnianym blacie stołu.
W szczelinie drzwi pojawiła się para zaspanych oczu Faseha Zielonego.
- Wejdź - przyzwolił Mag. Poczekał, aż chłopak wszedł do izby. - Następnym razem, kiedy będziesz chciał wejść, nieważne - z korytarza, czy z komory - zastukasz tak... - Wystukał na stole prostą sekwencję. - Dwa szybko po sobie, raz i znowu dwa razy szybko. Zapamiętałeś? I czekasz na przyzwolenie, dopóki go nie będzie - nie dotykasz drzwi, cokolwiek by się nie działo. Rozumiesz?
Chłopak skinął głową, starał się patrzyć w oczy magowi, ale jego spojrzenie co i rusz uciekało na podłogę, do kątów, na półki. Trzymał ręce tak, by zasłonić plamę na szarych, przybrudzonych portkach.
- Teraz połup te owoce, i możesz iść spać. Jutro zgłosisz się gdzie trzeba, by ci dali czyste ubranie. Najlepiej dwie zmiany, żebym cię nie widział w porciętach z ubłoconymi kolanami.
- Tak, panie.
Faseh Zielony podbiegł do stołu i zajął się łuskaniem owoców. Miały cienkie, kruche skorupki, nie potrzebował żadnych przyrządów, ani nawet zębów, by wyłuskać z nich kilkaset małych, podobnych do soczewicy ziaren. Gdy skończył, mag otrząsnął się z zamyślenia, skorupy własnoręcznie wrzucił do ognia i wskazał chłopakowi drzwi do jego komórki. Zostawszy sam, zebrał nasiona w garść i wrzuciwszy do miski, zalał wodą, chwilę je mieszał w niej, a potem zlał wodę i postawił miskę na podłodze przy ogniu. Później otworzył drzwi do sekretnego korytarza i czekał chwilę. Nasiona w misie wyschły, zaczęły parskać, trzeszczeć i podrygiwać. Wtedy Sodos wziął miskę w ręce i przysunął najbliżej jak mógł do ognia, gdy nasiona rozćwierkotały się i zaczęły niemal wyskakiwać z misy, zrobił dwa długie kroki i sypnął zawartością naczynia w ciemność korytarza. Przez chwilę w ciemnościach słychać było cieniutkie trzaski i odgłosy turlania się napęczniałych, podsuszonych i pustych kulek. Potem wszystko ucichło. Mag odstawił miskę, chwycił kaganek i wszedł w korytarz. Już przy drugim kroku w ciemnościach rozległ się głośny trzask zgniecionej pustej powłoczki. Mag przykucnął i poświecił. Kulki zaścielały niemal całą powierzchnię podłogi korytarza na odcinku jakichś sześciu kroków. Zręczny kot miałby pewne trudności z przejściem tego odcinka tak, by nie trącić żadnej kulki, człowiek - na pewno musiał na którąś nadepnąć. Zadowolony z siebie mag wrócił do izby. Tu założył rygiel na pętlę zamka, zablokował to wszystko sznurem, podparł zydlem drzwi do komórki Faseha, sprawdził, czy ma przy pasie sztylet, a potem, wsunąwszy pod pachę dwie nienaruszone pochodnie, rozpalił w kominku trzecią i wszedł w tajny korytarz. Tu sprawdził zamknięcie drzwi, a potem posuwając się bardzo wolno, oszczędzając pajęczyny - pochylony tak, że niemal uderzał się kolanami w nos, i rozsuwając stopami kulki (dwie i tak strzeliły, co skwitował zadowolonym uśmiechem) przebrnął przez pułapkę, a potem utytłany w strzępach pajęczyn pomaszerował korytarzem na zwiedzanie drugiej, utajonej strony pałacu. Strony ukrytej przed okiem nieupoważnionej większości mieszkańców pałacu, sekretnej, ale pożytecznej dla niewielu innych, do tej wiedzy uprawnionych.
Sodos miał szczery zamiar do grona tych wybrańców dołączyć swą osobę.