Homo Sacer - Błażej Piskorz
8.08 zł
6.71 zł
(6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Odbicie z lustra, które
Rozsmarowane na gładkiej tafli odbija
Się chropowato
Usta coś tłumaczą ale
Chaos zagłusza ruch warg
Postrzępionych
Powietrze zastałe między taflą
A zdrewniałym wzrokiem
Zakiszone nie wiadomo dlaczego
Również
Słuch odarty z resztki świadomości
Tłucze w bębenki Marsz Żałobny
Ubrania z drutu kolczastego
Oblepione pogardą
I złamaną pogodą wyżętą
Wyrzuconą jak zużytą szmatę
Rozbolałą od niemocy
Podarte powieki syczą jeszcze ale nie
Mogą złapać ciemności która
Tak bardzo da ukojenie
Popioły między innymi
Z których odrodzi się nieistnienie
Bo nie można istnieć na kamieniu
Węgielnym
Co w pyle ułożył się do snu
I bredzi rozkoszując się przestrzeniami
Zlękniałymi i dziurawymi
Od spojrzeń
Czytanie z nich jak z otwartych
Ksiąg które zakluczone zamglone
Zakryte i schowane przed oświeconym
Nocnym zaklęciem
Litery poprzestawiane nic nie
Jest jak w innych pozycjach
Kartki rozszarpane wydarte
Oblepione brudem toczą się
Po zimnym bruku
Nauka patrzenia
Zniknęła doczepiona za horyzont poznania
Spaliła się na księżycu
Drżała w agonii lecz nikt nie sprawdził
Każdy ma swoją śmierć
Rozpisaną dokładnie w scenariuszu
Marnych pisarzy
Robiących błędy
O randze wyższej niż ortografia
Jak reguły roztłuczone po krętej ścieżce
Zakluczeni z zardzewiałym kluczem
Zgubionym pod masą krzykliwych uwag
Ostrych jak myśl tnąca nawet powietrze
Wydychane z nienawiścią
Blednące od pijanego słońca
Zawieszonego w zakrytej powiece
Przenikające pieszcząc złośliwe umysł
A błękit nieba przytłacza chmura
Wyje rzęsistymi łzami
Topi wiatr dusi
Przyroda łapie za szyję
Gniecie do małego punktu na ziarnie piasku
Wytarty ze wszystkiego oprócz
Wyklęcia
Lustro powyłysiałe; tutaj, tutaj i wszędzie.
Lustro skamieniałe z niewiedzy, pęka wzdłuż...
Małe pożółkłe portretowe zdjęcie
wetknięte w ramy pokrył siwy kurz.
Kurz, którego nie zniszczy włoskami miotełka,
nie zniszczy wspomnienia Ciebie zapisanej,
na papierze w dwu-kolorze Twego piękna;
ostatniego wspomnienia Ciebie roześmianej.
Przeglądałaś się w nim jak mała dziewczynka,
nago, czy okryta zawsze piękna; lustrze
zazdrościłem, że codziennie patrzysz na nie
i odbija Twoje ciało bardziej niż me oczy
i widzi Twą chorobę a ja ciągle mroczę
pod ołtarzami szaleństwa nie mam wzroku
jak Ty teraz, swoich długich pięknych włosów...
Lustro już zimnym śniegiem spowite,
kurczy się w białości oparte o mały śmietnik
nieczule, nie odbija moich myśli rozbitych
jak ciepły, delikatny jak złoto kobiecy dotyk
niedotykający mnie po twarzy już nigdy.
Jak ciemny zegar w rogu... Tyk, tyk, tyk, tyk...
Już nie robi dla Ciebie odliczaniem krzywdy;
umarł mimo, że żyje. Z ziemi nic nie słychać;
i nie mówi Ci, że czas już najwyższy umierać,
że nie musisz Kochanie już tak ciężko oddychać
i srebrzystego, suchego kurzu na nosie zbierać.
I krzyczeć martwą gliną, całować powietrza
bo nie drugich ust i końcu odpocząć bez męki
tam gdzie czeka Ciebie wieczność lepsza
gdzie, Skarbie nie doznasz już żadnej udręki.
w domu bez drzwi
martyrologia rozpoczyna się w futrynach
w domu bez szyb
kaleczy się klamką
marynata z piachu i prochu
zamienia się powoli
w bat skręcony z muszych odwłoków
na szybko i sucho
ranni czasem z zakrytą skórą
z dłońmi złożonymi do modlitwy
życzeniami okrucha linii papilarnych
krztuszą się łupieżem
pozakręcani na wolności
upici pokusami na każdym kroku
tłumaczą się mętnie
jak woda z rzeki
okna w domach jak zamknięta księga
ze zdartą okładką
a szklane życie
jak wlany płyn do naczynia
uczuleni na życie
mkną tramwajem na rzeź
opluwają stalowe poręcze
niewidomym jadem
doświadczeni pogodą słuchają burzy
jak małe dzieci wpatrzeni w trzęsienia
odwracają wzrok do kubka z kawą
naliczają kciukiem miód
piekło wylane z głębi serca
gaśnie i gorzeje
trupki całkiem żywo klaszczą
zapadając się w otchłań.