Homo Deus - Damian Banach

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział VI - Wygnanie

Wyczekiwane pięć dni minęło dla Boga bardzo szybko. W tym czasie zdążył poznać sposób życia ludzi w wiosce. Dokładnie poznał podział obowiązków i prawa poszczególnych ludzi. Próbował znaleźć sposób na odzyskanie większej ilości mocy, lecz wciąż nic mu nie wychodziło. Całymi dniami pomagał Lidii, spotykał się z szamanem, który zadawał mu coraz bardziej podejrzane pytania i stawał się coraz bardziej uporczywy, oraz z rodziną drwali. Bardzo poprawił się jego kontakt z Rollem, z czego zadowoleni byli jego rodzice. Bardzo martwili się, że chłopak z nikim się nie bawił, nie wiedząc, że bezprzerwy pracował nad swoim wynalazkiem. O poranku, Boga ponownie obudziła służąca Lidia.

- Obudź się Dimasie, już świta. Musisz przygotować się do walki na arenie - szarpała go za ramie.

Bóg otworzył oczy i spojrzał na stojącą u jego boku kobietę. Dwudziestoośmioletnia Lidia stała skąpana w promieniach słońca. Miała fioletowe oczy i czarne włosy, związane w warkocz przerzucony przez ramię. Ubrana była w bardzo zadbaną, kolorową suknię. Widać było, że musiał być to podarunek, ponieważ jej samej nie byłoby stać na tak drogi zakup, szczególnie że była zaledwie służącą. Bóg podniósł się ociężale i podziękował Lidii za pobudkę.

- A więc to dziś, czyż nie? - zapytał i spojrzał za okno na wschodzące słońce.

- Tak, jak odwiedziesz swojej siły, będziesz w wiosce kimś. Kto wie, może będzie cię stać na własną służącą? - uśmiechnęła się.

- Nie jestem wielkim fanem walk między ludźmi bez ważnego powodu. Nic dobrego z tego nie przychodzi. Ludzie powinni współpracować, razem uzupełniać swoje wady, a tak doprowadzają do większego podziału i urazy między nimi. Gdybym mógł, nie chciałbym walczyć - powiedział zmartwiony Bóg.

Lidia spojrzała na niego z podziwem. Chciała mu powiedzieć coś szczerego, lecz się zawahała. Odwróciła się, podeszła do drzwi i powiedziała.

- Nie pleć głupstw Dimasie. Jeżeli wykażesz się siłą i męstwem, będziesz opływał w dostatek, a czyż każdy człowiek tego nie pragnie?

- Może jestem innym człowiekiem - zaśmiał się.

Służąca odwróciła się i przez chwilę zamyśliła. Gdy skończyła, pomogła się Bogu ubrać i razem wyszli z domu, kierując się w stronę areny. Lidia wyglądała na smutną i zaniepokojoną, zazwyczaj radosna i gadatliwa, szła w ciszy i ze wzrokiem wbitym w ziemię. Gdy szli, Bóg obserwował pracujących ludzi, akurat przechodzili przez najuboższą część wioski. Chaty były zapadłe i spróchniałe, a dachy dziurawe. Wszystko było pokryte popiołem, ściany, ścieżki, dachy, nawet ludzie. Na progu jednego z domów siedział starszy człowiek, cały siwy od starości i popiołu, bez ubrań, jedyne co miał na sobie to podarta, brudna przepaska na biodrach ze zwisającym kawałkiem materiału. Z trudem, drżącymi dłońmi, lepił garnek z wilgotnej kupki gliny leżącej u jego boku. Był bardzo skupiony na swojej pracy, wpatrzony przekrwawionymi oczami od popiołu nie spuszczał z niego oka, by uformować doskonały okrąg. Nagle jego ręce zadrżały, garnek się zapadł, a starzec zasłonił dłońmi swoje usta i głośno zakaszlał. Gdy odsłonił swoje usta, zauważył, że jego dłonie były pokryte krwią. Wytarł je szybko w kawałek szmaty i powrócił do pracy. Lidia patrzała na starca z bólem w sercu, lecz z trudem odwróciła wzrok i przyśpieszyła kroku. Chwilę później dotarli do areny. Była to największa budowla w wiosce, wyglądem przypominała Bogu rzymskie koloseum, lecz zbudowane z drewna i znacznie mniejsze. Z łatwością jednak pomieściło wszystkich mieszkańców wioski, którzy mogli pozwolić sobie przerwać pracę i pojawić się na spektaklu. Lidia opuściła Boga i udała się usługiwać wojownikom. Sam Bóg zaś został zaprowadzony przez jednego z wojowników do wejścia na arenę. Przedtem jednak pozwolono mu wybrać zbroje i broń. Bóg przyglądał się wiszącym zbrojom, które wcale ich nie przypominały, były stare, pordzewiałe i dziurawe. Zupełnie tak, jakby były przygotowane specjalnie po to, by walczący ludzie nie mieli szans w starciu z w pełni wyposażonymi wojownikami. Stół z bronią również był pełny starych, zużytych i tępych broni. Bóg postanowił nic z tego nie wybierać. Przyglądał się przez kraty wnętrzu. Arena była nieco wkopana w ziemi i wypełniona piaskiem. Od widowni oddzielała ją wysoka drewniana ściana. Chwilę później bramy się otworzyły, a na arenę wyszedł Bóg i jeden z żołnierzy. Bóg przyglądał się potężnemu wojownikowi, z metalowym hełmem na głowie z toporem w jednej ręce i haku na długim sznurze w drugiej. Nie chciał z nim walczyć. Postanowił poddać walkę.

- Najwyżej zostanę niewolnikiem lub zbieraczem, nie zależy mi na wysokim statusie. Tak długo, jak będę mógł mieszkać w wiosce i być bezpieczny, tyle mi wystarczy. Nie muszę jeść, pić, ani spać. Doskonale sobie poradzę - myślał.

Na specjalnie wydzielonym miejscu areny siedział szaman i wódz, a u jego boku generał, trzymając kościany róg, którego dźwięk był sygnałem do ataku. Gdy wszyscy na widowni zajęli swoje miejsca, generał wziął głęboki wdech, by zadąć w róg i rozpocząć walkę. Zanim jednak to zrobił, na arenę wbiegł inny wojownik, ciągnąc coś za sobą. Wódz nakazał przerwać generałowi, co ten zrobił z wielkim trudem. Wojownik podszedł pod aulę, w której siedział wódz i padł na kolana.