Homo Centauricus - Nela Nielsen

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Wykład

Aula wypełniona była po brzegi. Tak, jak na każdym jej wykładzie. Profesor Skyler Raisen przechadzała się wzdłuż sali wykładowej, zastanawiając się, czy przychodzą tak tłumnie dla niej, dla jej wiedzy, dla zabicia czasu, czy też dla wysłuchania jej niezwykłych poglądów. Cokolwiek to było, przyciągało ich tu z niezwykłą mocą, sprawiając, że angażowali się w jej wykłady z wyjątkową wręcz gorliwością. Była piękną kobietą i zdawała sobie z tego sprawę. Jej zgrabna figura, smukłe dłonie, duże, czarne oczy, wydatne kości policzkowe i pełne, nieziemsko pociągające usta urzekały każdego, kogo spotkała na swej drodze. I ten głos. Ten głos, którego nie sposób było zapomnieć: dźwięczny, ciepły, wdzierający się zuchwale w najgłębsze zakamarki podświadomości.

- Moi drodzy, musicie zrozumieć, każda żywa istota doświadcza cierpienia w ten sam sposób. Jako gatunek nie jesteśmy pod tym względem wyjątkowi.

Mówiąc to, patrzyła z podejrzliwością na trzech mężczyzn w garniturach, stojących pod ścianą. Jakoś dziwnie nie pasowali do grona studentów. Stali z kamiennymi twarzami i nie spuszczali z niej wzroku. Czuła się wręcz osaczona ich spojrzeniami. Miała niejasne wrażenie, że zaraz po wykładzie podejdą do niej, zapytają o nazwisko, a potem złapią pod pachy, wyciągną z uczelni, wsadzą do czarnego wozu i wywiozą na przesłuchanie. Tylko za co? Nie mogła sobie przypomnieć, żeby w ostatnim czasie zrobiła coś niewłaściwego. Nawet trawkę odstawiła.

- Jako dzieci boże, stworzone na obraz i podobieństwo Boga, zostaliśmy powołani do życia po to, żeby panować nad światem - odezwał się głos z sali wykładowej. - Mamy władać i wykorzystywać wszystko, co jest stworzone, i panować nad tym stworzeniem, ponieważ taką władzę dał nam Bóg. Tak mówi pismo święte.

- Pismo święte, powiadasz - profesor Raisen odwróciła się gwałtownie w stronę dobiegającego z sali stwierdzenia i swoim silnym, władczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem podjęła temat. - Zacznijmy od tego, że zwierzęta nie zostały stworzone dla człowieka, ale dla samych siebie. Człowiek jako najbardziej agresywne stworzenie na ziemi ujarzmił i zniewolił wszystko, co napotkał na swej drodze. Każde stworzenie, które nie chciało się podporządkować jego żądzy panowania, zostało skazane na zagładę. Zgładzone zostały wszelkie humanoidalne stworzenia, które współegzystowały z nami na Ziemi. Jesteśmy gatunkiem, który nie jest skory dzielić się zasobami, a na dodatek daje sobie prawo, aby zawłaszczać zasoby innych. W niepojętych i chaotycznych mrzonkach o swym boskim pochodzeniu, człowiek nie podjął najmniejszej próby uświadomienia sobie własnej roli w obrębie całości ekosystemu, za to odciął się murami od całej reszty ziemskich stworzeń i samozwańczo nazwał się dziecięciem bożym. Stary testament, na który się powołujesz, mówi: "Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością"[1].

- Nie wierzę w ewolucję - odezwał się cherlawy chłopak w szóstym rzędzie. Miał bujne jasne włosy, wydatne usta i małe oczka, które wskazywały na zaciętość i nieustępliwość. - Ale wnioskuję, że pani profesor nie jest katoliczką i nie wierzy w Boga.

- Albo nie słuchasz, albo masz problem z wnioskowaniem. Każda istota tej ziemi jest dziecięciem bożym. Na wczesnym etapie rozwoju płody człowieka i każdego innego ssaka wyglądają dokładnie tak samo. Dopiero na dalszym etapie podlegają różnicowaniu i, w zależności od genotypu, dostajemy konkretny gatunek. Każde z tych stworzeń ma takie same organy wewnętrzne. Wszystkie, żyjące obecnie ssaki, pochodzą od tego samego przodka. Wszystkie żyjące istoty doświadczają takich samych emocji, tak samo odczuwają ból i cierpienie, tak samo pragną żyć i tworzą skomplikowane relacje społeczne. Skoro niemal wszystko nas łączy, skoro mamy taką samą budowę wewnętrzną, niemal identyczne DNA, skoro tak samo doświadczamy emocji, dlaczego mielibyśmy się różnić tylko w tym jednym aspekcie? Dlaczego tylko człowiek miałby posiadać duszę? Rozumiecie? To nielogiczne. A zatem skoro my posiadamy duszę, muszą ją posiadać wszystkie inne stworzenia. Idąc dalej, musimy sobie uzmysłowić fakt, że życie ziemskie nie jest, a nawet nie może być zjawiskiem odosobnionym we wszechświecie. Zjawiskiem charakteryzującym się niepowtarzalnością bądź jakimkolwiek uprzywilejowaniem. Czy jesteśmy sami w kosmosie? Mało prawdopodobne. Co więcej, nie istnieje żadne prawo, żadna instancja, która gwarantowałaby nam, że życie na tej planecie będzie trwało dłużej niż chwilę. Równie dobrze za kilka lat może dojść do wydarzeń, które, jak to już w historii Ziemi bywało, pogrzebią cały gatunek ludzki wraz z jego wiarą we własną boskość. Co gorsza, istnieje niebezpieczeństwo, że w swej nieskończonej ignorancji, sami doprowadzimy do samozagłady i samounicestwienia.

W sali rozbrzmiał odgłos dzwonka, oznajmiając koniec wykładu.

- Dziękuję wam. To na dzisiaj wszystko - przeczesała dłonią spięte w kok jasne włosy. - A jutro porozmawiamy o wielowymiarowych aspektach życia w kosmosie.

Studenci zaczęli opuszczać swoje miejsca, aula pomału pustoszała, ale trzej panowie w garniturach nieustannie podpierali ścianę.

Gdy wszyscy już wyszli, mężczyźni powolnym krokiem skierowali się w jej kierunku. Czuła się spięta. Miała niejasne wrażenie, że podejdą, wyjmą broń, a następnie skierują ją prosto w jej twarz.

- Profesor Raisen? - odezwał się jeden z mężczyzn, będąc już całkiem blisko. - Profesor Skyler Raisen?

Poczuła, jak ścisnęło ją w dołku.

- Tak - odpowiedziała niepewnie. - W czym mogę panom pomóc?

- Pójdzie pani z nami.

Zakręciło jej się w głowie. Poczuła się dziwnie nieswojo.

- A dokąd to?

- Dowie się pani na miejscu.

- Drogi panie, nigdzie nie zamierzam z wami pójść. Mam własne plany na wieczór, a ponadto nie umawiam się z nieznajomymi - to mówiąc, zaczęła zbierać swoje rzeczy ze stołu wykładowego.

- To nie jest prośba - mówił wciąż ten sam mężczyzna w granitowym garniturze. Towarzyszący mu mężczyźni, nie odzywali się ani słowem.

- A co to jest? - odwróciła się gwałtownie w stronę nieznajomego. - Rozkaz? Kim wy w ogóle jesteście?

- To ściśle tajne. Sprawa bezpieczeństwa narodowego. Proszę nas nie zmuszać do użycia siły.

- Użycia siły??? - otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Czuła się wzburzona tą przedziwną rozmową. Nie miała najmniejszego pojęcia, o co chodzi, a ich wygląd wzbudzał w niej niepokój. - To jakiś żart? Nie mam dzisiaj urodzin. Prima aprilis też dawno minął, więc albo proszę o wyjaśnienia, albo za moment wezwę policję.

- Wszystko wyjaśnimy na miejscu.

- Nigdzie z wami nie pójdę! - oczami wyobraźni zobaczyła, jak wciągają ją siłą do tego przeklętego czarnego wozu. - To chyba jakiś kiepski żart...

- Profesor Raisen... - nieznajomy wyciągnął zdjęcie i umieścił je na wysokości jej wzroku.

Patrzyła na zdjęcie zdumiona, z lekko uchylonymi z niedowierzania ustami. Nawet chyba nie mrugała przez dłuższą chwilę.

- Bardzo prosimy, aby pojechała pani z nami. Nalegamy wręcz.

2. Dziesięć milionów dolarów

Samolot miał opóźnienie. Zdenerwowani pasażerowie wciąż oczekiwali, aż zaczną ich wpuszczać na pokład. Mieli przed sobą ponad osiem godzin lotu, a straż ochrony lotniska nieustannie przeszukiwała pokład Airbusa. Nikt nie był wtajemniczony, czego tak naprawdę szukają. Ale trwało to już zbyt długo i każdy uczestnik wyprawy zaczynał pomału tracić cierpliwość. Barton Hegel siedział przy stoliku, podpierając policzki pięściami. Łokcie miał oparte o blat stolika, a w oczach krył się wyraz znużenia. Cały czas zastanawiał się, czy miał moralne prawo porzucić świetnie płatną pracę dla czeku na dziesięć milionów dolarów, który mu wręczono. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miał najmniejszego pojęcia, za co mu tyle zapłacono. Zostawił żonę i dwójkę małych dzieci, świetną i rozwojową pracę tylko dlatego, że mózg mu się zlasował na widok siedmiu zer drepczących za powabną jedynką. A wszystko zaczęło się tak niewinnie.

Tego dnia, z samego rana, zadzwonił telefon. Pracował nad nową technologią wytwarzania niezwykle lekkiego metalu o podwyższonej twardości i ogromnej odporności na korozję, który miał służyć do wytwarzania części maszyn i konstrukcji jednostek latających. Był skupiony i skoncentrowany na zadaniu, zastanawiał się więc, czy w ogóle odebrać połączenie. Ale ktoś po drugiej stronie był niezwykle wytrwały. Zostawił aparaturę pomiarową i podszedł do telefonu.

- Instytut mechaniki precyzyjnej. Barton Hegel. W czym mogę pomóc?

- Witam doktorze, nazywam się Roy Hagson. Moje nazwisko zapewne niewiele panu powie. Czytałem ostatnią pańską publikację i chciałbym zapytać, doktorze, czy byłby pan tak uprzejmy i zechciał zjeść ze mną lunch?

- Pan wybaczy, ale jestem niezwykle zapracowanym człowiekiem.

- Oczywiście. Domyślam się. Będę jednak nalegał. Mam niezwykłą propozycję i chciałbym ją panu przedstawić.

- Proszę mówić, śmiało - zachęcił Barton Hegel, chociaż prawdę powiedziawszy kompletnie nie był zainteresowany tematem, a jego myśli wciąż krążyły wokół wyników ostatniego pomiaru.

- No niestety, tej kwestii nie mogę poruszyć w rozmowie telefonicznej. Żeby nie zabierać pańskiego niezwykle cennego czasu, proponuję lunch w barze mieszczącym się naprzeciwko instytutu. Dla pana to chwila wytchnienia i smaczny posiłek, dla mnie milowy krok naprzód.

- Milowy krok naprzód? - Barton Hegel uśmiechnął się pod nosem. - Zaciekawił mnie pan... Chce pan zdobyć tajne wyniki badań rozwojowych naszej jednostki badawczej? - zapytał żartem.

- Chcę zdobyć coś więcej, ale o tym na miejscu. Czekam naprzeciwko instytutu. Proszę mnie nie zawieść.

"Aaa, co mi tam" - pomyślał Hegel po odłożeniu słuchawki. Podszedł zdecydowanym krokiem do wieszaka, zdjął zimowy, wełniany płaszcz, zarzucił go na siebie, otworzył drzwi wyjściowe, wyszedł na zewnątrz, wszedł po schodach na piętro, a następnie, holem prowadzącym do wyjścia, zmierzał na spotkanie z nieznajomym.

Bar lunchowy "Arendsnest" znany był z dobrego jedzenia i przystępnych cen. Na zewnątrz prószyło śniegiem, więc starannie owinął się płaszczem i szybkim krokiem przeszedł przez ulicę. Wszedł do lokalu i rozejrzał się uważnie. Jakiś mężczyzna wstał od stolika i zaczął do niego machać.

- Doktorze Hegel, zapraszamy do nas.

Barton zdjął płaszcz i oddał kelnerowi, a sam skierował się w stronę nieznajomych mężczyzn. Roy Hagson nie był sam. Przy stoliku siedziało jeszcze dwóch tajemniczych gości, ubranych w drogie garnitury, z nienagannymi fryzurami i wypielęgnowanymi paznokciami. Gdy podszedł do stolika, dżentelmeni wstali, aby godnie przywitać znakomitość świata nauki.

- Doktorze Hegel, bardzo dziękuję, że zgodził się pan poświęcić nam swój czas. Proszę poznać moich przyjaciół i współpracowników: Alan Swensky i Hektor Hemilton.

Panowie uścisnęli sobie dłonie i skinęli grzecznościowo głowami na przywitanie.

- Proszę usiąść, doktorze Hegel - Roy Hagson wskazał dłonią na wolne krzesło.

Barton powoli zajął miejsce, nieustannie mierząc wzrokiem nieznajomych. Młodszy z nich, Alan Swensky, był szczupłym blondynem o twarzy kupidyna. Miał delikatne rysy, niebieskie, uśmiechnięte oczy i bardzo przyjazny sposób bycia. Starszy był barczystym mężczyzną w średnim wieku, twardym, niedostępnym i zimnym. Wyglądał na człowieka bez skrupułów, który sprzedałby własną matkę, aby tylko zarobić pieniądze. Roy Hagson budził zaufanie. Może przez ten głęboki, męski głos, a może przez wygląd. Był niezwykle przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, posiadający bujne, błyszczące włosy i delikatny, doskonale wyprofilowany zarost na twarzy. Świdrujące, czarne oczy zdawały się prześwietlać rozmówcę na wylot. Kobiety musiały tracić dla niego głowę i ściągać majtki na sam jego widok. Zresztą, pewnie nie tylko kobiety...

- Szanowny doktorze Hegel - zaczął Roy Hagson - zaprosiliśmy pana na spotkanie, aby zaproponować współpracę w zakresie najnowszej technologii, jaką chcemy wdrożyć do produkcji. To imponujące przedsięwzięcie, które wyprzedza inne technologie o całe lata świetlne. Potrzebujemy najlepszych fachowców, ludzi o niezwykłej wyobraźni, gotowych zmierzyć się z tym, co dotąd nieznane. Naukowców o wysokim IQ i równie wysokich standardach etycznych. Chcielibyśmy, aby dołączył pan do naszego zespołu badawczego i dla nas pracował.

- Bardzo dziękuję, panowie, ale ja już mam pracę - odrzekł spokojnym, niewzruszonym głosem Barton Hegel.

- Oferujemy niezwykle wysokie honorarium - odezwał się barczysty mężczyzna w średnim wieku.

- To zupełnie tak, jak mój pracodawca - Barton odbił piłeczkę.

- Jest jednak jeden warunek - Roy przybliżył się do rozmówcy. - Musiałby pan opuścić Amsterdam i pojechać z nami do Stanów.

- Trochę daleko... Mam żonę i dwoje dzieci, a co więcej, mam świetnie płatną posadę, którą wyjątkowo lubię. Więc chyba jednak podziękuję.

Hektor Hemilton otworzył stojącą obok niego czarną, małą walizkę i wyciągnął plik czeków.

W tym czasie do stolika podszedł kelner.

- Dzień dobry. Co panowie dzisiaj zjedzą? - zapytał z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

- A co polecacie? - zagadnął Hagson.

- Mamy dzisiaj świetny zestaw dnia: zupa bakłażanowa, a na drugie ziemniaki, pieczony na grillu łosoś z sokiem z limonki oraz duża porcja sałatki z roszponki, z dodatkiem pomidorów koktajlowych, czarnych oliwek, wszystko zatopione w słodkim sosie winegret.

- Brzmi apetycznie, więc ja poproszę - zdecydował Roy.

- Ja, dla odmiany, zjadłbym jakiś krwisty stek - rzucił Hemilton.

- Dla mnie tylko kawa - uśmiechnął się przyjaźnie Alan.

- Ja również wezmę zestaw dnia - zdecydował Hegel.

Kelner przyjął zamówienie, odwrócił się na pięcie i podążył w kierunku kuchni.

- No więc, wracając do naszego tematu - Hemilton wyjął wieczne pióro z kieszeni garnituru, znajdującej się na jego lewej piersi, zdjął skuwkę, pochylił się nad czekiem i zaczął pisać. Najpierw wpisał nazwisko, a zaraz po nim wykaligrafował jedynkę. Następnie spojrzał badawczym wzrokiem na Bartona, półgębkiem się uśmiechnął, pochylił raz jeszcze nad czekiem i wpisał sześć zer. Równy milion dolarów.

Barton pozostał niewzruszony. Nic nie powiedział, nawet nie drgnął. Wszyscy byli skupieni i trwali w obezwładniającej ciszy. Hemilton przez moment wnikliwie obserwował naukowca, a następnie dopisał na czeku jeszcze jedno zero i przybliżył czek do nowego właściciela.

- Dziesięć milionów dolarów za dwuletni kontrakt. Kupujemy pana wiedzę, zaangażowanie oraz milczenie na temat tego, co pan zobaczy. Czy to dobra oferta, doktorze?

3. Spotkanie

Życie na dalekiej północy Alaski to wyzwanie tylko dla zuchwałych. Zima trwa tam dziewięć miesięcy, a subpolarny klimat z temperaturami dochodzącymi do minus czterdziestu stopni staje się zabójczo niebezpieczny. W czasie trwania zimy wieją potężne, nieokiełznane wiatry, a formujące się śnieżne burze, charakterystyczne dla strefy tundry, bywają tak intensywne, że zasypują całe osady.

W małej wiosce położonej na wybrzeżu Morza Beringa w stanie Alaska, wraz ze swoim ojcem i sędziwym dziadkiem, mieszkała dziesięcioletnia Maja Rogowska. Jej ojciec, w towarzystwie własnego ojca, przybył tu dwa lata temu, osiadł na tej nieprzyjaznej, nieujarzmionej ziemi i pod żadnym pozorem nie chciał opuszczać tego terenu. Tu był jego dom. Tylko tutaj widział swoją przyszłość. Dziecko nie miało wyboru, musiało pozostać tam, gdzie aktualnie przebywał rodzic. Matka dziewczynki zginęła w wypadku samochodowym, a pogrążony w rozpaczy ojciec uciekał przed wspomnieniami. Uciekał długo i wytrwale, aż dotarł na kraj świata, do mroźnej, śnieżnej i dzikiej krainy, takiej samej, jak jego skute lodem serce. Dopiero tutaj, z dala od miejskiej wrzawy, zdołał odnaleźć ciszę w sercu oraz względny spokój w duszy. Jeszcze czasami budził się w nocy z rozrywającym krzykiem na ustach, ale za dnia był już całkiem spokojny i pogodzony z losem.

Michał Rogowski i jego ojciec Józef byli szanowanymi członkami niewielkiej społeczności. Łapali się każdej pracy, jaka się tylko nadarzyła. Obecnie wyruszali swoim dwudziestoletnim pickupem w głąb masywu, gdzie mieli pomóc przy usuwaniu usterki ogrzewania w jednej z najnowocześniejszych stacji badawczych.

Trasa prowadziła przez zaśnieżone stoki gór porośniętych świerkami i cedrem alaskańskim. W wyższych partiach połyskiwały lodowce i wieczne śniegi. Przez całą trasę towarzyszył im olśniewający krajobraz, który za każdym razem, gdy tylko tędy przejeżdżali, nieodmiennie zapierał im dech w piersiach. Na zewnątrz panowała zawierucha. Było bardzo zimno, ale zobowiązali się, że przyjadą pomimo niesprzyjających warunków klimatycznych. Maja towarzyszyła ojcu w każdej wyprawie. Michał nie zostawiał córki bez opieki. Nie zostawiał jej nawet pod bacznym okiem przyjaciół. Chciał mieć dziecko nieustannie przy sobie i żyć w przeświadczeniu, że gdy wydarzy się coś złego, on zawsze będzie w pobliżu, gotowy przyjść z odsieczą.

Dojechali późnym wieczorem. Na miejscu wypili gorącą herbatę i zjedli pożywny posiłek. W stacji badawczej panował chłód. Zastępczy generator nie był w stanie wytworzyć odpowiedniej ilości ciepła. Mężczyźni od razu zabrali się do pracy. Maja, pod okiem doktor Lizy Franklin, zwiedzała stację badawczą, a następnie położyła się spać w przygotowanym specjalnie dla nich pomieszczeniu.

Ostre promienie słońca obudziły ją o poranku. Pogoda od wczoraj zdecydowanie się zmieniła. Za oknem zrobiło się pięknie i pogodnie. To rzadkość o tej porze roku. Dziewczynka podeszła do okna. Biały śnieg skrzył się i mienił, zapraszając do zabawy na bajecznym, kredowobiałym poszyciu. Zapragnęła pobiegać i potarzać się w tej puchowej, śnieżnej bieli. Spojrzała na śpiących jeszcze mężczyzn, a następnie zaczęła się ubierać.

- A ty, dokąd się wybierasz, Dońciu? - starszy, zaspany mężczyzna otworzył jedno oko i dociekliwie spoglądał na dziecko. Wczoraj bardzo późno skończyli pracę, a teraz obaj wciąż odsypiali wyczerpujące zajęcie.

- Dziadku!!! Mam na imię Maja... - dziewczynka nie przestawała zawiązywać grubej wełnianej czapki. - Wyjdę na chwilę na zewnątrz i pobawię się na śniegu. Nie będę daleko odchodziła, obiecuję.

- Tylko pamiętaj, Dońciu, Alaska to niebezpieczne miejsce. Wiesz o tym, prawda? Bądź ostrożna, kochanie.

- Tak, wiem, dziadku. Będę bardzo ostrożna.

To powiedziawszy, czym prędzej wybiegła na zewnątrz. Mroźne powietrze owiało jej delikatne, otulone ciepłą puchową kurtką, ciało. Rzuciła się na śnieg i przeturlała w swej dziecięcej radości. Buzia rozpromieniła się uśmiechem, a w sercu poczuła rozpierające szczęście, tak, jak każde dziecko, które doświadcza uroków zimy. Maja uformowała śniegową kulę i poturlała ją po śniegu. Kula rosła z zawrotną prędkością i chwilę później przekształciła się w masywną, śnieżną bryłę. Jeszcze dwie i bałwan gotowy. Uśmiech z gałązki, oczy z kamyków i mroźny, zimowy człowiek spoglądał na nią zalotnie. W pewnym momencie dziewczynka ujrzała kątem oka maleńkie, czarne, przebiegające nieopodal futerko. Zatrzymała na nim wzrok, gdy stworzenie przykucnęło przy pobliskich krzakach. Z zaciekawieniem przyglądała się małej istocie, próbując odgadnąć, cóż to za gatunek. Stworzenie ruszyło w dalszą drogę, a Maja podniosła się ze śniegu i pobiegła za nim. Nie miała zamiaru odchodzić daleko, chciała tylko przez chwilę popatrzeć. Ale zanim się zorientowała, stała na górzystym, zalesionym terenie w samym sercu ośnieżonej tajgi. Obejrzała się za siebie, a potem na boki. Baza całkowicie zniknęła z pola widzenia. Otaczający ją pejzaż wyglądał przerażająco i złowrogo. Słońce zaszło za chmurami, co sprawiło, że na zewnątrz zrobiło się potwornie zimno. Cała dygotała. Odwróciła się i po własnych śladach, zostawionych na śniegu, postanowiła wyruszyć w drogę powrotną. Ledwo uszła kilkanaście metrów, gdy nagle, na swej drodze, spostrzegła potężnego, włochatego grizzly. Niedźwiedź, ujrzawszy ją, stanął na dwóch łapach, wystawił kły i zatrważająco zawył. Był ogromny i widać było, że szykuje się na polowanie, a zdobycz właśnie stanęła na jego drodze. Serce Mai zamarło, cała krew odpłynęła z mózgu, zimny pot zalał jej ciało, a kolana mocno ugięły. "O matko, zginę tu" - pomyślała, a ta przerażająca myśl przebiegła wszystkimi uliczkami jej umysłu i odbiła echem o każde wspomnienie jej krótkiego życia. Nagle usłyszała za sobą skrzypienie śniegu. Przerażona, że inny niedźwiedź zachodzi ją od tyłu, gwałtownie odwróciła głowę. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją i zdumiało, ale też zapaliło w jej sercu nadzieję na ratunek. Ogromny człowiek o niebieskawym odcieniu skóry zbliżał się w jej kierunku, uporczywie wpatrując w niedźwiedzia. Był nagi, szczupły, pozbawiony owłosienia i porażająco brzydki. Nie miał brwi, rzęs, włosów, a nos zlewał się w jedną całość z resztą oblicza. Jego twarz zdawała się nie mieć podściółki tłuszczowej, co sprawiało, że wyglądał staro, tak, jakby sama skóra powlekała twarzoczaszkę. Ostre rysy, ogromne, czarne źrenice i nieproporcjonalnie duża głowa dziwnej postaci wzbudzały w Mai niepokój. Ale ten widok niósł też nadzieję na przetrwanie spotkania z dzikim obliczem Alaski. Człowiek minął dziewczynkę, rzuciwszy jej po drodze badawcze spojrzenie, i stanął naprzeciwko niedźwiedzia. Ten ryknął, unosząc łeb wysoko w górę i wyciągając przed siebie grube, mięsiste ramiona, zakończone olbrzymimi pazurami, a potem skoczył na cztery łapy i z impetem ruszył w kierunku mężczyzny. Przerażona Maja skuliła się w sobie i zaczęła rozpaczliwie piszczeć. Głos rozszedł się po lesie, a jego siła wstrząsnęła całą okolicą tak potężnie, że aż z drzew posypał się śnieg. Wrzeszczała w niebogłosy, przerażona atakiem masywnego stworzenia, które rzuciło się na przybysza. Niedźwiedź pędził jak rozwścieczona bestia, a na koniec skoczył na mężczyznę, łapiąc go zębami i tnąc olbrzymimi pazurami na oślep. Ale skóra człowieka była tak gruba, że nawet nie był w stanie go zadrasnąć. Próbował powalić mężczyznę na ziemię, jednak ten nawet się nie zachwiał. Tajemnicza postać, o szaro-niebieskiej skórze, złapała atakujące zwierzę w pół i przerzuciła przez plecy jak ogromnego pluszaka. Niedźwiedź przetoczył się po śniegu, po czym podniósł z ziemi ogromne cielsko, ryknął ostrzegawczo, pokazując pokaźnej wielkości kły, i rzucił się ponownie do ataku. Tym razem jeszcze zajadlej, z większą intensywnością, bardziej natarczywie. Nieznajomy mężczyzna był niebywale silny. Widać było, że z łatwością mógłby skręcić kark włochatemu olbrzymowi. Tymczasem zachowywał się delikatnie, tak, jakby bawił się z domowym pupilem, któremu nie chce zrobić krzywdy. Ponownie mocno złapał niedźwiedzia w pół i obalił na śnieżne poszycie. Człowiek nie miał na sobie nawet zadrapania, nie utoczył ani kropli krwi, nie widać było po nim najmniejszego strachu czy obawy o własne życie. Był spokojny i opanowany, pewny własnych umiejętności, mocnych ramion i stalowego uścisku. Wiedział dobrze, że niedźwiedź nie jest dla niego żadnym zagrożeniem. Zwierzę podniosło się po upadku, otrzepało futro ze śniegu, otworzyło szeroko paszczę, gniewnie wyszczerzyło zęby i zawyło złowrogo raz jeszcze. A następnie odwróciło w tył i zaczęło się powoli oddalać. Poddało się. Nie zamierzało tracić życiodajnej energii na przeciwnika, którego nie sposób pokonać.

4. Wytyczne

Oddawał się rozkoszy z równą przyjemnością, co jego partnerka. Złapał jej nagie ciało i gwałtownie przyciągnął do siebie. Wdarł się w nią głęboko i mocnymi ruchami członka doprowadzał ją na skraj obłędu. Wiła się i jęczała, a on parł coraz mocniej i coraz brutalniej. Przerzucił ją na brzuch i nabrzmiałym penisem wszedł w nią analnie. Nie wzbraniała się. Złapał za długie, czarne włosy i przyciągnął do siebie. Napięła się jak cięciwa łuku i wydała z siebie gardłowy jęk. Żyły na jej szyi nabrzmiały, a usta wykrzywiły w grymasie bólu, ale wciąż nie powiedziała stop. Oddawała się jego chuci bez najmniejszych zastrzeżeń. Mógł z nią robić, co chciał. Pożądanie seksualne osiągało punkt zenitu, szczytował, spuścił się w nią, a potem odepchnął ją na bok i rozłożył na łóżku. Przytuliła się do niego spragniona czułości, zastanawiając się czy zdobędzie serce tego mężczyzny.

Prawda jednak była brutalna, Roy Hagson traktował kobiety jak worki na spermę, i to worki jednorazowego użycia. Po wytrysku nie były mu już do niczego więcej potrzebne. Widok wypiętych, kobiecych tyłków i wydętych ust w grymasie "rżnij mnie" wyzwalał w nim zawsze chęć znęcania się nad tymi popapranymi dziwkami. Wszystkie, które poznał, były takie same. Bezmózgie idiotki, które rozkładały nogi równie chętnie, co otwierały swoje paszcze, żeby possać jego fiuta. Gardził nimi. A im bardziej nimi gardził, tym mocniej go pragnęły.

Roy nie stronił od przygód seksualnych, ale źle się czuł z faktem, że miał już trzydzieści sześć lat i żadnych widoków na trwały związek. Dobrze zarabiał. Na tyle dobrze, że stać go było na dwustu metrowy apartament w najlepszej dzielnicy Manhattanu, dom na Bahamach i ogromne mieszkanie w Los Angeles. Z racji wykonywanego zawodu dużo podróżował i równie dużo czasu spędzał w oddalonej od ludzkich oczu wojskowej jednostce badawczej zlokalizowanej na zimnych terenach Alaski. Chciał się ustatkować. Pragnął czułych ramion ukochanej kobiety, poczucia stabilizacji, długich nocnych rozmów. Chciał wreszcie za kimś tęsknić, o kimś marzyć i śnić po nocach, ale póki co nie spotkał na swej drodze kobiety, która wyzwoliłaby w nim tak silne uczucia. Nie potrafił nikogo pokochać, chociaż sam nieustannie stawał się obiektem tęsknoty zupełnie obojętnych mu kobiet. Zaczynał się nawet zastanawiać, czy zdolny jest do odczuwania uczuć wyższych. Nigdy bowiem nie poczuł tego ukłucia w sercu, jakie rodzi się na widok ukochanej kobiety, nigdy na nikim mu nie zależało, nikt nie był na tyle ważny, żeby za nim zatęsknić. Dodatkowo praca, którą wykonywał, sprawiała, że coraz dotkliwiej odczuwał w duszy pustkę.

Zadzwonił telefon. Jak to zwykle bywa w najmniej odpowiednim momencie. Roy sięgnął po słuchawkę.

- Roy Hagson - odezwał się stłumionym głosem.

- Roy, gdzie jesteś, do cholery? Czekamy na ciebie - głos w telefonie przypomniał mu, że dzisiejszy wieczór od dawna był zaplanowany.

Poderwał się i usiadł nagi na skraju łóżka.

- Będę za godzinę - rzucił oschle i rozłączył połączenie.

Odwrócił się i klepnął leżącą kobietę w jędrny tyłek.

- Wstawaj! Muszę się zbierać.

- No chyba żartujesz? - usłyszał w odpowiedzi. Patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, marząc, że zrobią to jeszcze raz.

- Nie, nie żartuję. Ubieraj się i wypad stąd.

Kobietę zmroziło. Spojrzała na niego zdumiona. Po takim seksie liczyła na wspólne śniadanie, a nawet na długie, szczęśliwe życie u boku najprzystojniejszego mężczyzny, jakiego w życiu poznała, a tu, niespodziewanie, spotkał ją taki afront. Czuła się upokorzona słowami, jakie do niej skierował. Wstała i bez słowa zaczęła się ubierać, po czym opuściła jego mieszkanie tak szybko, jak to tylko było możliwe. Nawet nie zapytała, czy się jeszcze spotkają. Wychodząc, spojrzała jedynie na niego tym pełnym wyrzutów wzrokiem, który tak dobrze znał, wzrokiem odtrąconej kobiety. Był przeszczęśliwy, że wyszła bez prawienia zbędnych morałów. Wziął prysznic, a następnie wyjął z szafy białą koszulę i elegancki garnitur. Nim minęła godzina stał wypielęgnowany przed lustrem, gotowy na nadchodzące spotkanie. Zszedł na dół i zagwizdał na taksówkę. Wsiadł do żółtego pojazdu, podał adres i ruszyli w drogę.

***

Wejście do budynku było starannie strzeżone przez służby wojskowe. Nie sposób było dostać się do środka bez specjalnego zaproszenia. Wyjął z kieszeni marynarki pismo i wręczył je żandarmowi. Ten, szepnął coś następnemu, który z kolei spojrzał na Hagsona wnikliwie, a po chwili otworzył bramkę i poprowadził na pierwsze piętro siedziby. Zapukał, zaanonsował, a następnie otworzył na oścież ogromne, drewniane drzwi i wpuścił Roy'a do środka. W pokoju, na skórzanych fotelach, siedział Farenheit wraz z przybyłymi o czasie bliskimi współpracownikami Hagson'a oraz jakimś nieznanym mężczyzną.

- Witam serdecznie - Roy skłonił się nisko, wchodząc do środka, po czym podszedł i uścisnął dłoń każdego uczestnika spotkania.

- Jak zwykle długo kazałeś na siebie czekać - odezwał się John Farenheit, piastujący wysoki urząd w strukturach wojskowych i będący jednocześnie nadrzędnym doradcą prezydenta. - To taka maniera czy lekceważenie innych ludzi?

- Proszę o wybaczenie - rzekł ze skruchą Roy. - Niespodziewane komplikacje.

Roy doskonale wiedział, jak wybrnąć z kłopotów i niezaprzeczalnie potrafił ująć innych swym wdziękiem bez zbędnego lizania im tyłka, więc nie przykładał się zbytnio do wymyślania wymówek.

- Dobrze, panowie, zanim przejdę do meritum sprawy, krótkie podsumowanie naszych rozważań, żeby wprowadzić Hagson'a w temat. Otóż nasze dwa tajne projekty zaczęły się sypać za sprawą niejakiego Henrikson'a. Jest to jeden z inżynierów genetyki stosowanej, pracujący w strefie 51, w którego ręce wpadły niepowołane dokumenty. Uznał on za swój obywatelski obowiązek, aby ujawnić tajne projekty opinii publicznej. Nie muszę chyba tłumaczyć, że takie informacje nie mogą wyciec poza bazę wojskową. Henrikson jest poszukiwany przez służby specjalne, jednakże na ten moment pozostaje nieuchwytny. Nie możemy dłużej czekać i dlatego potrzebujemy waszej pomocy. Nie wiemy, ile informacji wyciekło, ale oczywiście będziemy wszystkiemu stanowczo zaprzeczać. Musimy liczyć się z tym, że w najbliższym czasie możemy mieć kontrolę jednostki. I tu zaczynają się schody. Istnieje konieczność natychmiastowej ewakuacji wszystkich obiektów delta oraz pozbycia się pracowników, biorących udział w obu projektach.

- Jak to pozbycie się pracowników? - wzdrygnął się Hemilton. - Zdajesz sobie sprawę, ile kosztowało ich zatrudnienie?

- Mówisz, jakbyś wykładał z własnej kieszeni - Farenheit powiedział to z nutą uszczypliwości. - Nie możemy pozostawić przy życiu żadnych świadków.

- No nie, to się w głowie nie mieści - Hemilton wyglądał na wzburzonego. - Ci ludzie, Farenheit, to najznakomitsze umysły świata nauki. A ty chcesz się ich pozbyć? Weźmy takiego Hegla, to ponadprzeciętny umysł, a ponadto świetny człowiek. Ma zginąć z powodu jakiegoś przygłupa, który wykradł tajne dokumenty?

- Likwidacja była wpisana w ich kontrakty, Hemilton, tylko małym druczkiem. Niczyja to wina, że nie czytają zbyt dokładnie. Ale nie przejmuj się, Hektor, to zadanie dla Swensky'ego. Jest w tym mistrzem.

To było trafne stwierdzenie. Swensky był prawdziwym wybrykiem natury, szaleńcem zabijającym na zlecenie bez najmniejszych skrupułów. To niesamowite, że natura dała wygląd anioła komuś, o tak paskudnym charakterze. Miał mordercze zapędy głęboko wdrukowane w genotyp. Nie znał litości. Niestety jego wygląd i usposobienie sprawiały, że wszyscy, których spotkał na swej drodze, bezgranicznie mu ufali.

- Dla ciebie, Roy, mam zadanie specjalne - kontynuował Farenheit. - Pojedziesz na dłużej do ośrodka badawczego na Alasce. Przebywa tam niejaka Skyler Raisen, która jest dla nas niezwykle cennym nabytkiem. Zadbasz o to, żeby jej włos z głowy nie spadł. Masz ją chronić na każdym kroku. Gdyby ktoś chciał ją zaatakować - chronisz ją własnym ciałem, gdy idzie na randkę - idziesz za nią i upewniasz się, że jest bezpieczna, gdy taki Swensky dostaje na nią zlecenie - twoim obowiązkiem jest zlikwidować Swensky'ego. Rozumiesz, co mam na myśli?

- Rozumiem - odparł twierdząco Roy. - Dziwi mnie tylko, że próbujesz wprowadzić między nas rozłam. Jesteśmy kumplami. Zawsze pracowaliśmy razem i mieliśmy się wzajemnie wspierać. Takimi słowami sprawiasz, że spoglądamy na siebie z nieufnością.

- No kurwa... - Hemilton'owi puściły nerwy. - Mówisz to już kolejny raz, a ja ci powtarzam, żebyś nie nazywał tego pojeba moim kumplem... Przecież to debil, który oskórowałby własną matkę, gdyby tylko trafiła się okazja...

Swensky tylko uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem.

- Dobrze, panowie - Farenheit próbował opanować sytuację. - Wróćmy do tematu i starajmy się trzymać fason. Emocje są tu wysoce niewskazane. Roy, to jeszcze nie wszystko. Na Alasce utrzymujemy przy życiu ostatni obiekt badawczy. Nie możemy go stracić. Dlatego powierzam ci dowództwo nad jednostką i decyzyjność, co do jej dalszych losów. Robisz wszystko, żeby chronić Centauricusa. Skyler ma z nim pracować i go badać. Jeżeli uzna, że coś mu zagraża, wykonujesz jej zalecenia. Jasne?

- Jasne - odpowiedział bez żadnego komentarza Hagson.

- No to przechodzimy dalej. Marlow, ty masz wytropić Henrikson'a, odebrać mu wszystkie wykradzione dokumenty, dowiedzieć się, kto jeszcze wie o sprawie i zlikwidować wszystkich świadków tej historii. Jakieś pytania?

Rob Marlow tylko pokręcił przecząco głową.

- Hemilton, ty zorganizujesz nowy ośrodek badawczy z dala od strefy Sił Powietrznych Nellis. Znajdź miejsce na uboczu, gdzie będziemy mogli spokojnie kontynuować nasze eksperymenty. Myślimy o tym, żeby badania przenieść całkowicie na Alaskę. Ale znalezienie odpowiedniego rejonu pozostawiam tobie. Trzeba też zatrudnić nowych naukowców. Twoja w tym głowa, żeby pozyskać najlepszych i najbardziej oddanych sprawie. Jak zwykle masz nieograniczony dostęp do funduszy, ale nie bądź tak rozrzutny, jak ostatnio. Czy wszyscy mają jasność, jakie mamy przed sobą wyzwania? Czy wszyscy wiedzą, co mają robić?

Nikt z obecnych nie odezwał się ani słowem

- Działajcie zatem zgodnie z wytycznymi. Dziękuję za waszą obecność i do roboty - tymi słowami Farenheit zakończył spotkanie.

5. Stażystka

Skyler Raisen od kilku tygodni bacznie przeglądała całą dokumentację, próbując zrozumieć z czym tak naprawdę ma do czynienia. Wyniki badań były niejednoznaczne. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent DNA pokrywało się z genotypem ludzkim, ale ten pozostały jeden procent robił wielką różnicę. Rozważała, z sobie tylko właściwą dociekliwością, czy jest to naturalna mutacja, czy może wynik eksperymentów ludzkich. Nie bardzo wierzyła w pozaziemskie pochodzenie tej istoty, ale na tym etapie badań niczego jeszcze nie wykluczała.

- Zastanawiają mnie te niezwykłe zmiany w mózgu. Wyglądają na jakieś uszkodzenia mechaniczne. Co według ciebie mogło je spowodować?

Siedzący obok niej Fric Fitzgerald rzucił okiem na wyniki badań rezonansu magnetycznego.

- To zmiany po uderzeniu fali dźwiękowej - odrzekł rzeczowo.

- Fali dźwiękowej???

- Tak, to nowa eksperymentalna broń w fazie testów. Za żadne skarby świata nie mogliśmy ich złapać. Są niewiarygodnie silni i niezwykle odporni na broń palną. Zresztą chcieliśmy ich pojmać żywych. Nie mieliśmy zamiaru ich zabijać.

- Pojmać... - wtrąciła oszołomiona. - Brzmi jak za czasów handlu niewolnikami... Jak działa ta broń?

- Obezwładniająco. Niestety, powoduje trwałe uszkodzenia w narządach wewnętrznych. Jeden z nich nie przeżył.

- Co zrobiliście z martwym Centauricusem?

- Sekcję zwłok i rozmaite badania poboczne. Chcieliśmy poznać ich budowę wewnętrzną. Cała dokumentacja, którą znajdziesz w tym pokoju, jest efektem długoletnich prac i rozkładania ich ciał na czynniki pierwsze.

- Ciał? Czyli zginął więcej niż jeden?

- Drugi był niezwykle waleczny, nie mogliśmy go okiełznać. Któregoś dnia złapał jednego z lekarzy i w rękach zgniótł mu czaszkę. Musieliśmy go zabić.

- To straszne, z jaką łatwością przychodzi nam mordowanie innych stworzeń.

- Nauka wymaga poświęceń - odparł, wzruszając szczupłymi ramionami.

- Świetnie, tylko dlaczego nie poświęcamy siebie, a inne gatunki? Odbieramy im wolność, życie, godność i traktujemy, jak przedmioty badań naukowych, które możemy pociąć, posegregować, zakatalogować... Wiesz, co o tym wszystkim sądzę?

- Czyli o czym? - zapytał niepewny, czy nadąża za jej tokiem myślenia.

- O tym, dlaczego ich schwytaliście i poddajecie tym wszystkim torturom, które nazywacie badaniami.

- Kontynuuj...

- Myślę, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jakie piekło na ziemi stworzył innym gatunkom, ale wypiera to ze świadomości, bo rozmyślanie o tym jest dla niego niewygodne. Niestety, gdzieś tam w ciemnych piwnicach podświadomości, mamy głęboko zakorzeniony strach przed tym, że któregoś dnia na Ziemi pojawi się gatunek, który nas zdominuje i zrobi nam to samo, co my robimy innym gatunkom. I tak panicznie boimy się testów na sobie oraz tego, że ktoś kiedyś potraktuje nas jak bydło hodowlane, którego uczuciom i cierpieniu będzie uporczywie zaprzeczać, że chcemy zniszczyć wszystko, co niesie takie zagrożenie czy chociażby nawet samą taką możliwość. Stąd nasze uporczywe badanie kosmosu. My nie szukamy życia w kosmosie z czystej ciekawości. My szukamy potwierdzenia, że nikt obcy nam nie zagraża.

- Oczywiście, że masz rację. Ale też chcemy wiedzieć, czym to "coś" jest. Chcemy to poznać.

- No wiesz, innych ludzi poznajemy, rozmawiając z nimi...

- Tak, przyznaję ci rację. Jesteśmy podłym gatunkiem. To chciałaś usłyszeć? Jesteśmy podszyci strachem o życie własne i najbliższych. Ci, których nie znamy osobiście, nie mają dla nas najmniejszego znaczenia. Ale gdyby nie okrucieństwo wobec innych gatunków, nauka nie miałaby szans pójść naprzód, nie moglibyśmy uratować tych, których kochamy.

- Ich też ktoś kocha... Mają uczucia, są czyimiś dziećmi, albo czyimiś rodzicami... Nie chcemy tego dostrzec. Przyznasz mi również, że setki prowadzonych badań nie mają najmniejszego sensu, a miliony zamordowanych, poddawanych bolesnym eksperymentom istnień ginie dla bezsensownych idei.

- Poruszasz trudny temat, Skyler.

- Zawsze poruszam tylko trudne tematy.

- Spójrz na obraz jego skóry pod mikroskopem - przybliżył się i wskazał palcem na zdjęcie. Prawda była jednak taka, że ze wszech miar próbował zmienić temat.

- Tak, to wygląda niesamowicie - przytaknęła. - Ciała keratynowe tworzą niezwykły splot, dzięki któremu ich skóra wygląda jak pancerz. Wiesz, czego się boję?

- Chyba wiem, o czym myślisz - przytaknął.

- Fric, to jest więcej niż pewne. Będą chcieli wykorzystać to jako broń bojową. Podejrzewam, że temu służą obecne badania. I mam nieodparte wrażenie, że takie testy są już prowadzone.

- Nie zaprzeczę...

- Czyli coś wiesz? - rzuciła mu wyzywające spojrzenie. Zajrzał jej głęboko w oczy. Miała w sobie coś takiego, że mężczyznom miękły kolana. I nie chodziło o czysty pociąg seksualny. To było coś więcej. Czuli się przy niej jak po zaaplikowaniu skopolaminy. Z całej siły chcieliby skłamać, ale nie byli w stanie. - Gdzie wykonują te testy?

- W strefie 51.

- Na jakim są etapie?

- Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że istnieje tak zwane pokolenie delta. Trzy pierwsze pokolenia były wadliwe i zostały zutylizowane. Czwarte pokolenie okazało się sukcesem inżynierii genetycznej. Ale nie pytaj mnie o szczegóły, bo ich nie znam.

- Ile czasu trzymacie Centauricusa w niewoli?

- Jakieś dziesięć lat.

Do pomieszczenia weszła Liza Franklin, niosąc dodatkową dokumentację, a za nią weszła młoda, śliczna szatynka.

- Co to jest? - zagadnęła Skyler na widok kilku ryz papieru.

- Prosiłaś o dokumentację badań z datowania C14.

- A tak - Skyler wstała i podeszła, aby odebrać papiery. - Bardzo dziękuję.

- A to jest nasza stażystka - Liza popchnęła dziewczynę nieco do przodu. - Poznaj, proszę, Maję Rogowską. Będzie ci pomagała w ogarnięciu tematów, nad którymi pracujesz. Dziewczyna zna tu każdy kąt, więc na pewno będzie pomocna.

Skyler odłożyła papiery na biurku i natychmiast wróciła do dziewczyny, żeby się z nią przywitać. Mocno uścisnęła jej dłonie, spojrzała w oczy i ciepło uśmiechnęła.

- Bardzo się cieszę, że będziemy mogły razem pracować - oznajmiła radośnie. - Brakuje mi tutaj moich studentów i ich świeżego spojrzenia na zagadnienia, z którymi się borykam, więc spadłaś mi prosto z nieba.

Na twarzy dziewczyny zagościł pełen szczerości uśmiech. Poczuła sympatię, a nawet jakąś niezwykłą więź łączącą ją z tą piękną i wyniosłą kobietą.

6. Porwanie

Pod amerykańską bazę wojskową, mieszczącą się w zachodniej części hrabstwa Lincoln, nieopodal wyschniętego jeziora Groom oraz Poligonu Nevada, podjechał wojskowy jeep. Sektor, do którego się zbliżył, należał do najlepiej i najdokładniej strzeżonych obszarów w całych Stanach Zjednoczonych. Żołnierze, strzegący przestrzeni operacyjnej, po sprawdzeniu dokumentów nowo przybyłych osób, zasalutowali, a następnie wpuścili pojazd na teren bazy. Samochód przejechał obok najdłuższego na świecie pasa startowego o długości 9,5km i zmierzał w kierunku sekcji S-4. Na miejscu wyszli mu na spotkanie żołnierze strzegący sektora badawczego i ponownie sprawdzili dokumenty. Generał Hemilton przywitał się serdecznie z szefem sztabu sił powietrznych oraz z całym zapleczem wojskowym, po czym długim korytarzem podążył w kierunku rzędu błyszczących wind. Wsiadł do jednej z nich, a winda zjechała trzy poziomy niżej. Na samym środku poziomu BlueStar stał prototyp samolotu F3000. Wyglądał nieziemsko. Wykonany ze stopów tytanu i heliksu, z zastosowaniem specjalnego kształtu geometrycznego, pokryty granatowo-złotą powłoką IOP, zadaniem której była całkowita absorbcja fal radiowych, stał się najszybszym na świecie i niewykrywalnym samolotem. Efekt odbicia fal radiowych był tu niemal zerowy. Najwyższej jakości stateczność, minimalne promieniowanie cieplne, silnik wykorzystujący magnetyczne uwięzienie plazmy, napęd antygrawitacyjny zasilany pierwiastkiem o liczbie atomowej 115, łączność wyłącznie laserowa. Całkowicie hipersoniczny, niewidzialny z uwagi na zastosowanie nowatorskich rozwiązań optycznych, osiągający kilkudziesięciokrotną prędkość dźwięku. Ten nowy prototyp przyćmił wszystko, co do tej pory zostało stworzone ludzką ręką.

Hemilton rozejrzał się po sali, a chwilę później podszedł do jednego z inżynierów.

- Witaj Barton - wyciągnął dłoń w kierunku naukowca.

- Ooo! Witaj Hektorze. Miło cię widzieć - naukowiec z entuzjazmem uścisnął dłoń znajomego generała. - Jestem wam taki wdzięczny za tę fuchę, że aż bym cię uściskał! Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej roboty. To, nad czym tu pracujemy, jest fascynujące - wydawał się niezwykle podekscytowany - i przekracza wszelkie wyobrażenia na temat tego, w jakich powijakach jest nasza wiedza akademicka.

Barton był tak pochłonięty pracą, że kompletnie zapomniał o żonie, dzieciach, bliższej i dalszej rodzinie oraz o swoim dawnym życiu. Praca zawładnęła nim bez reszty. Był jej całkowicie oddany i nie wyobrażał sobie życia z dala od tego miejsca.

- Barton - przerwał mu wreszcie Hemilton. - Musimy porozmawiać na osobności.

Wyszli na zewnątrz i poszli na krótki spacer. Tutaj, poza zasięgiem kamer, mogli rozmawiać w miarę swobodnie.

- Mam dla ciebie złe wieści.

- Co się dzieje? - Hegel przeraził się na dobre. - Coś nie tak z moją rodziną?

- Gorzej - Hemilton westchnął i zawiesił głos. W myślach odgrywał tę scenę wielokrotnie, lecz teraz, w warunkach bojowych, głos ugrzązł mu w gardle. - Musisz opuścić bazę. I to natychmiast. Grozi ci poważne niebezpieczeństwo.

Generał w pełni zdawał sobie sprawę, że nie może ujawnić za dużo, a jednocześnie musiał nakłonić naukowca do natychmiastowego opuszczenia bazy.

- To żart? - Barton wydawał się skonfundowany. - Nigdzie stąd nie wyjeżdżam - stwierdził stanowczo. - Tu jest moje miejsce, całe moje życie, moja praca! - teraz już krzyczał. - Nie zostawię tego wszystkiego, nie ma mowy!

- Barton, to tylko praca... Twój kontrakt wygasł i musisz wyjechać - Hektor złapał go za ramiona i mocno nim potrząsnął. - Słyszysz mnie? Musisz natychmiast wyjechać!

Hegel wydawał się nieobecny. Stał przez chwilę jak woskowa figura, wpatrując się zimnym wzrokiem w oblicze generała, a następnie ruszył, minął go bez słowa i skierował się w stronę budynku. Szedł jak nowonarodzone zombie. Hemilton powolnym, dystyngowanym krokiem podążył za nim. Nie chciał stosować przemocy, ale wiedział, że w tym wypadku nie ma wyboru. Gdy weszli do budynku i znaleźli się na pustej przestrzeni, wyciągnął pałkę teleskopową i mocno uderzył naukowca w tył głowy. Ten upadł nieprzytomny na podłogę. Generał przerzucił go sobie przez ramię i zaniósł do pobliskiej toalety. Posadził go na podłodze przy muszli klozetowej, zamknął drzwi kabiny na małą kłódkę, którą przezornie zabrał ze sobą, i poszedł na moment do samochodu. Wyjął z jeepa ogromną walizkę, po czym powrócił po zamroczonego naukowca. Ułożenie pozbawionego przytomności mężczyzny w walizce było karkołomnym wyczynem. Aż cały się spocił. Na koniec wyjął strzykawkę, wbił grubą igłę w ramię swej ofiary i podał mililitr środka uspokajającego. Śpieszył się. Serce zaczęło mu gwałtownie walić, a ręce drżały ze zdenerwowania, gdy usłyszał odgłosy zbliżających się kroków. Każde uderzenie wojskowych butów o granitową posadzkę odbijało się gromkim echem w jego skoncentrowanym umyśle. Skończył na chwilę przed tym, jak do łazienki weszło dwóch żołnierzy.

- Wszystko w porządku generale? - zapytał jeden z nich.

- Tak, dziękuję. Wszystko w porządku. Tylko mam grypę żołądkową i muszę się przebrać.

To powiedziawszy, popchnął walizkę na kółkach przed sobą i wyszedł na zewnątrz. "Oby tylko kółka wytrzymały" - pomyślał. Pchał bagaż po korytarzu, a następnie opuścił budynek i z trudem przeciągał ekwipunek po piaszczystej nawierzchni. Nie był w stanie jej przenieść. Gdy dotarł na miejsce, dźwignął walizkę do góry i wrzucił na tylne siedzenie jeepa. Była niewiarygodnie ciężka, ale musiał stwarzać pozory, że to tylko zwykła walizka. Gdy skończył, zajął miejsce obok kierowcy i nakazał mu ruszać w drogę powrotną.

Zatrzymali się dopiero jakieś trzydzieści kilometrów dalej. Polecił kierowcy wysiąść z wozu, sam przesiadł się na jego miejsce, rzucił zdawkowe: "Ktoś po ciebie przyjedzie" i oddalił się w nieznanym nikomu kierunku. Dwadzieścia kilometrów dalej zjechał do lasu, wykaraskał ciężką walizkę, otworzył ją i wyciągnął ledwo żywego Hegla. Sprawdził puls. Mężczyzna wydał z siebie gardłowy jęk, a następnie głęboko odetchnął. Hemilton, upewniwszy się, że naukowiec żyje, wyjął strzykawkę ze środkiem usypiającym i ponownie zaaplikował mu dawkę. Wsadził go do samochodu na tylne siedzenie, głowę oparł o podgłówek, a ciało okrył ciepłym kocem. Zastanawiał się, dokąd mógłby go wywieźć. Wiedział, że jeżeli ktokolwiek powiąże fakty i sprawa wypłynie na wierzch, straci wszystko, na co ciężko pracował przez całe życie. Wyłączył komórkę i nawigację w samochodzie. Przez chwilę siedział w kompletnej ciszy, zastanawiając się, co począć dalej.

7. Marlow

Bungalow Marlowa stał daleko na bagiennych terenach podmiejskich. Rzadko kto zapuszczał się w te rejony. Dodatkowo, aby mieć pewność, że krzyki ofiar nie będą wychodziły na zewnątrz, dokładnie wyciszył salę tortur, po czym wyposażył ją w cały zestaw makabrycznych zabawek.

Rob Marlow przyszedł na świat jako Patrick Brown w małej, wiejskiej społeczności. Jego matka była stłamszoną i wycofaną kobietą, ojciec zaś, choć niezwykle poważany przez tutejszą społeczność, okazał się człowiekiem głęboko zaburzonym, znęcającym się w perfidny sposób nad własnym dzieckiem. Karał Patricka za wszystko, a robił to w odrażający sposób. Zabierał chłopaka do stodoły, tam silnie krępował linami jego nogi i ręce, kneblował, a następnie bestialsko gwałcił. Potem zostawiał związanego chłopaka na kilka godzin, po czym wracał i gwałcił go ponownie. Patrick nie radził sobie psychicznie z brutalnością ojca i coraz bardziej pogrążał się w obłędzie. Miał tak zniszczony odbyt, że nawet nie był w stanie utrzymywać potrzeb fizjologicznych, przez co stawał się pośmiewiskiem rówieśników. Nie miał nikogo, komu mógłby powierzyć swój sekret i prosić o pomoc. Był z tym wszystkim sam. Piekło, z jakim przyszło mu się zmierzyć, odcisnęło trwałe piętno na jego osobowości. W wieku trzynastu lat trafił do poprawczaka. Przesiąknięty wewnętrznym gniewem, skonfliktowany z prawem i z całym światem, nienawistny i zjadliwy, nie potrafił odnaleźć się w żadnym środowisku. W poprawczaku traktowany był jak popychadło i chłopiec do bicia. Wątły i słaby nie był w stanie przeciwstawić się młodocianym oprychom. Bity i poniżany stawał się istną bombą z opóźnionym zapłonem. Bombą, która pewnego dnia eksplodowała, a siła eksplozji poraziła nawet jego.

Tego dnia jeden z mieszkańców domu poprawczego, Frank Longen, potężnie zbudowany i silny młodzieniec, po raz kolejny obił mu nerki i zmasakrował twarz. Patrick miał dosyć bólu i poniżenia, jakiego nieustannie doświadczał w swoim życiu. Jego chory z cierpienia mózg nie był w stanie znieść więcej. W środku nocy wyjął schowany pod materacem nóż stołowy, poszedł do sypialni, w której spał Frank, zamachnął się i wbił tępe narzędzie prosto w oko swego dręczyciela. Pchnął z taką siłą i taką zajadłością, że nóż przebił oczodół, a następnie wszedł w mózg jak w masło. Frank nie zdołał nawet krzyknąć. Patrick stał przez chwilę nad nim i wpatrywał się w konwulsje, jakie targały ciałem jego pierwszej ofiary, a potem złapał za rękojeść noża i gwałtownym ruchem wyrwał go z mózgu martwego Franka. Nóż wyszedł wraz z nabitym na jego trzon okiem. Patrick przyglądał się z dużą ciekawością gałce ocznej, po czym złapał oko zębami, ściągnął z noża jak szaszłyk z patyka, wziął do ust, pogryzł, przeżuł i połknął. To był dzień, który odmienił całe jego dotychczasowe życie.

Chłopak zdawał sobie sprawę, że nie może zostać na miejscu. Musiał uciekać. Poszedł do ubikacji i przez maleńkie okno, które wydawałoby się, że nie daje najmniejszych szans na ucieczkę, przecisnął się na zewnątrz. Przed budynkiem wciąż jeszcze stał samochód dostawczy, którego właściciel co poniedziałek zaopatrywał ośrodek. Drzwi samochodu były otwarte. Patrick ukrył się w środku i starannie rozejrzał dookoła. Wewnątrz znalazł gruby sznur. Podniósł go i trzymał mocno w rękach. Czuł w każdej cząstce swojego ciała morderczy szał, który nie pozwalał mu cofnąć się przed najgorszą zbrodnią.

Kierowcą był dwudziestoczteroletni Rob Marlow, młody, ciężko pracujący człowiek, który miał na utrzymaniu dwoje rodzeństwa i schorowaną matkę. Gdy samochód ruszył i minął bramy ośrodka, Patrick zaatakował. Zarzucił na szyję kierowcy pętlę i, silnie dociskając nogami do siedzenia, odpychał się w tył, zaciskając sznur coraz mocniej. Oszołomiony Marlow próbował się bronić, ale przypięty do siedzenia pasem bezpieczeństwa, z karkiem wygiętym mocno w tył nie bardzo miał jakiekolwiek możliwości manewru, a co za tym idzie, niewielkie szanse na ratunek. Zginął tego dnia za kierownicą własnego wozu. Samochód zjechał i uderzył w przydrożne drzewo. Patrick wyskoczył, podbiegł i otworzył przednie drzwi, odpiął pas bezpieczeństwa, przepchnął martwe ciało na boczne siedzenie, wsiadł za kierownicę, wycofał samochód i skierował się na pobliskie bagna. Tam porzucił ciało. W samochodzie pozostały wszystkie dokumenty martwego właściciela pojazdu, więc postanowił przejąć jego tożsamość. Był dużo młodszy od osoby, pod którą chciał się podszywać, ale naznaczona cierpieniem twarz wydawała się starsza niż w rzeczywistości, więc zakładał, że przejęcie tożsamości uda się, o ile tylko nikt nie znajdzie ciała nieboszczyka. Bał się, że ktoś zainteresuje się nagłym zniknięciem dostawcy, ale o dziwo nikt Rob'a nie szukał.

Przez kilka następnych lat imał się każdej pracy. Dorósł, zmężniał, a następnie zgłosił się na ochotnika do wojska i wyjechał na misję. Tam dał się poznać jako bezwzględny, brutalny, ale też lojalny żołnierz. Wzbudzał strach, siał trwogę, wywoływał przerażenie. Nie uszedł uwadze Farenheit'a, który kilka lat później zaproponował mu pracę agenta do spraw bezpieczeństwa. Miał wykonywać zadania, które doskonale rezonowały z jego chorym mózgiem, dlatego świetnie się w nich odnajdywał. Przeszedł szkolenie dla służb specjalnych, które dało mu wgląd w możliwości, jakie niesie obecna technologia. Był bezwzględny i krwawo rozprawiał się ze wskazanymi obiektami. Nie zadawał pytań, nie podważał decyzji, nie dyskutował. Stanowił idealne narzędzie do zabijania.

***

W sali tortur wisiał nagi, podciągnięty nogami do góry, szczupły mężczyzna. Krew spływała po jego zasinionym, obolałym ciele. Obok stał Marlow z potężnymi obcęgami w masywnych dłoniach. Brudne, zakrwawione ogrodniczki dawały przedsmak tego, co tu się za moment wydarzy.

- Zapytam ponownie: gdzie jest twój brat?

- Nie wiem! Na miłość boską, nie wiem! - jęczał udręczony mężczyzna, podążając wzrokiem za stopami swojego oprawcy. Całe jego ciało dygotało z bólu i przerażenia. - Błagam, wypuść mnie. Ja nawet nie mam z nim kontaktu.

- Ale na pewno wiesz, gdzie mógł się ukryć?

- Nie mam pojęcia, nie widziałem się z nim od czternastu lat. Człowieku, czego ty ode mnie chcesz?

- Wskazówek. A zatem, gdzie mógł się ukryć?

- Człowieku, nie mam pojęcia! Uwierz mi. Nie wiem, co ci jest winien, ale to chyba nie jest aż tyle warte. Wypuść mnie. Błagam... Nikomu nic nie powiem.

- Ty cały czas nie rozumiesz... Twoje życie dobiegło już końca. Pytanie tylko, w jaki sposób umrzesz, szybko, czy w męczarniach, jakie ci zapewnię, jeżeli nie zaczniesz współpracować.

- Przecież współpracuję... na miłość boską... Mówię wszystko, co wiem. Ale nie mogę powiedzieć czegoś, o czym nie mam pojęcia.

Marlow złapał jego zwisającą bezwładnie dłoń i przyciągnął do siebie. Wsadził najmniejszy palec pomiędzy ostrza. Mężczyzna próbował wyszarpnąć rękę, ale uścisk Marlowa był zbyt potężny. Obcęgi poszły w ruch i końcówka małego palca poleciała w dół, po czym potoczyła się po podłodze.

- Aaaaaa!!! Aaaaaaa!!! Aaaaaaaa!!! - wiszący mężczyzna wrzeszczał i wił się w paroksyzmie bólu.

Marlow wsadził pomiędzy ostrza palec wskazujący zakrwawionej ręki, którą silnym uściskiem wciąż trzymał jak w imadle, i zacisnął obcęgi ponownie. Ból był nieznośny. Fala cierpienia przetoczyła się przez ciało i z siłą eksplozji wdarła w szare komórki mózgu. Tym razem ofiara straciła przytomność.

10. Hackerskie sztuczki

Roy spędzał w towarzystwie Skyler każdą wolną chwilę. Biegł do niej jak na skrzydłach, bez względu na porę dnia. Lubił z nią przebywać, a jeszcze bardziej lubił się z nią droczyć. Stanowili zespół idealny. Zespół, bo parą nigdy nie byli. Czuli się w swoim towarzystwie rozluźnieni i spokojni, a ponadto potrafili rozmawiać na każdy niemal temat. Byli w stosunku do siebie otwarci, życzliwi i lojalni, co wydawało się tym bardziej zaskakujące, że znali się tak krótko. Wieczorami prowadzili długie pogawędki, czasem snuli głębokie rozważania filozoficzne, a innym razem zwyczajnie rozmawiali o sprawach błahych i śmiali się do rozpuku. Cenne było dla nich to, że nieustannie przebywają razem. Na weekend wynajmowali domek w górach, żeby odpocząć od zgiełku ośrodka badawczego i cierpkiej wojskowej gwary. Tam mogli na chwilę zapomnieć o obowiązkach dnia codziennego i poczuć się trochę tak, jak we własnym domu.

- Byłam w podobnej sytuacji - Skyler siedziała w długim szlafroku na sofie nieopodal kominka i trzymała na wysokości ust lampkę wina. - Jako małe dziecko miałam wpisaną we wszystkich dokumentach grupę krwi "0". I nagle, mając dwadzieścia lat, zupełnie przypadkowo zrobiłam całe spektrum badań krwi. Spojrzałam na wyniki i oniemiałam. Sądziłam, że wkradł się tam jakiś błąd, ale zapewniali mnie, że nie ma takiej możliwości. Zwróciłam się zatem do innej placówki i powtórzyłam badania. Potwierdziły poprzedni wynik - mam grupę krwi "A". Całe późniejsze życie zastanawiałam się, co jest bardziej prawdopodobne, że pomylono tak podstawowe badania nowonarodzonego dziecka, czy że podmieniono dzieci...

- Skoro miałaś wątpliwości, trzeba było zrobić badanie genetyczne.

- Chodziło mi to po głowie.

- I co?

- Doszłam do wniosku, że czasami lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Ale nie wykluczam, że kiedyś takie badania zrobię.

- Liza jest hematologiem. Pogadaj z nią. Zapytaj, czy jest możliwe, żeby w jakichkolwiek warunkach doszło do zniekształcenia wyników.

- To raczej kwestia czynnika ludzkiego lub zaniedbań szpitala, w którym rodzi się dziecko, a nie samych badań. Pomyłki ludzkie zawsze się zdarzały i będą się zdarzać. Ale skoro już jesteśmy przy pani Franklin... Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, Roy, ale nie ufam Lizie.

- Dlaczego? - zapytał zaciekawiony.

- Mam osobliwą awersję do nieszczerych ludzi, a w niej wyczuwam fałsz tak wielki jak całe Himalaje.

- Zaszła ci za skórę?

- Nie, nie o to chodzi. Nic mi nie zrobiła. Utrzymuję z nią wyłącznie stosunki służbowe.

- No i całe szczęście, że tylko służbowe... - uśmiechnął się zgryźliwie.

- Ale za każdym razem, gdy ją widzę, cała się spinam. Czuję, jak moje ciało sztywnieje i szykuje się do walki, lecz nie umiem tego wytłumaczyć. Nie rozumiem własnych reakcji. Podświadomie wyczuwam w niej wrogie intencje. Rozumiesz?

- Możemy to łatwo sprawdzić - to powiedziawszy, zbliżył się do laptopa i zaczął go uruchamiać.

- Co robisz? - odstawiła kieliszek, podeszła do niego i usiadła obok na krześle.

- Podłączę się do jej komputera i trochę ją popodglądamy. Co o tym sądzisz? - odwrócił głowę w jej stronę i zajrzał głęboko w oczy z tym swoim szelmowskim uśmieszkiem.

- Myślisz, że tak można?

- Jak ktoś potrafi, to oczywiście, że można.

Nie minęła chwila, a na monitorze ukazał się pokój Lizy. Kobieta chodziła nerwowo tam i z powrotem.

- Czekaj, jeszcze głos - Roy wpisał jakąś komendę i nagle w pomieszczeniu rozbrzmiał głos Lizy.

- Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie możemy do tego dopuścić. Robi się zbyt niebezpiecznie. - Roy i Skyler spojrzeli po sobie i wygięli usta w podkowy w akcie zdumienia, nie przestając równocześnie słuchać. - Musimy się jej pozbyć. To nie może czekać.

- Czy musi mieć włączony komputer, żebyśmy mogli ją obserwować? - zapytała zaciekawiona nowinkami technicznymi Skyler.

- Absolutnie nie. Podłączam się tylko do kamery i odsłuchu. Komputer może być całkowicie wyłączony. Ale nie przeszkadzaj teraz, posłuchajmy przez chwilę - przyłożył palec do ust, nakazując Skyler milczenie.

- Czekam na przelew. Jak pieniądze wpłyną, zaczniemy działać - to powiedziawszy, Liza rozłączyła połączenie, po czym podeszła do komputera i uruchomiła urządzenie.

- Ciekawe, co będzie robiła... - zastanowiła się Skyler.

- Zaraz się przekonamy - Roy przyciągnął do siebie klawiaturę, otworzył okno komend i sprawnie wpisał coś, czego nie była w stanie zrozumieć. Przez monitor przeleciały tysiące rekordów poleceń, po czym ukazał się obraz z podglądu monitora Lizy. Logowała się właśnie do własnego konta bankowego.

- No i proszę, mamy ją... - zrelacjonował zadowolony z siebie Roy. Po chwili na konto Lizy wpłynął nowy przelew. Całe pięćset sześćdziesiąt tysięcy dolarów - O, proszę, ile kasy... Anderson... Hmm... Ciekawe, kim jest pan Anderson, który tak sowicie płaci...

Liza wylogowała się z systemu bankowego, ale Roy postanowił przyjrzeć się bliżej obrotom na jej rachunku. Zalogował się ponownie na oglądane chwilę wcześniej konto, korzystając ze swych niezwykłych umiejętności hackerskich, po czym zaczął bacznie przeglądać obroty i natychmiast to wychwycił: pan Anderson płacił dużo i z niezwykłą wręcz częstotliwością.

- Wydaje mi się, Skyler, że twoje przeczucia są trafne - przesuwał kciukiem i palcem wskazującym po brodzie, co wskazywało na dużą koncentrację uwagi. Widać było, że bardzo się nad czymś zastanawia. - Gdy ktoś pracuje nad tajnym projektem i dostaje tyle kasy, to zawsze idzie za tym jakiś smród. Musimy bliżej się przyjrzeć pani Franklin i dowiedzieć się, kim jest pan Anderson.

To powiedziawszy, kliknął dwukrotnie na znajdujący się na pulpicie komputera Lizy skrót do jej poczty. Pojawiło się okienko z żądaniem hasła. Roy ponownie uruchomił narzędzie poleceń i zaczął się intensywnie komunikować z systemem komputerowym. Przez ekran ponownie przeleciały tysiące drobnych znaczków. Coś pisał, a system ewidentnie mu odpowiadał. Nagle wrócił do okienka i wpisał hasło. O dziwo, poprawne. Skrzynka otworzyła się na całą szerokość, dając im pełny wgląd do tajnych danych i osobistej korespondencji Lizy. Zaczęli zaglądać do kolejnych wiadomości i odczytywać ich treść.

- Trochę to przerażające, z jaką łatwością dostajesz się do cudzych komputerów - Skyler rzuciła mu uważne spojrzenie. - Do mnie też się włamywałeś?

- Oczywiście - odpowiedział z uśmieszkiem na twarzy. - Co noc odprowadzam cię wzrokiem do łóżka.

- Mogłeś chociaż coś powiedzieć... Zakładałabym powabniejszą bieliznę...

- Ta w myszki jest zabawna...

- No ja nie mogę! - krzyknęła przerażona. - Ty naprawdę mnie podglądasz!

- No przecież się przyznałem - spojrzał na nią rozbawiony. - Myślałaś, że żartuję?

- Oczywiście, że tak myślałam. Nie masz za grosz przyzwoitości...

- Przyznaję. To fakt. Za to mam ubaw po pachy, jak wykonujesz wieczorne ćwiczenia...

- Że niby co? - udawała oburzoną.

- To jest ciekawe - stwierdził i zaczął czytać na głos. - Obserwowanie obiektu w jego środowisku naturalnym przynosi niezwykle ciekawe wnioski. Charakterystyczna jest wysoka sprawność intelektualna. Iloraz inteligencji na poziomie 280. Wysoko rozwinięta empatia. Obiekt wciąż nie ujawnił możliwości bojowych oraz sprawności fizycznej. Zdaje się nie mieć przesłanek, co do drzemiącego w nim potencjału. Jego siła może jednak przekraczać wszelkie nasze wyobrażenia. Przez to staje się potężnym zagrożeniem dla naszego gatunku oraz kontynuacji naszych badań. Zalecam likwidację obiektu, zanim dojdzie do kolejnej tragedii.

Oboje spojrzeli na siebie zdumieni.

- Trzeba natychmiast zabezpieczyć Homo Centauricusa - Roy czuł, jak narasta w nim wzburzenie. - Jednego z nich już uśmierciła...

***

W środku nocy dotarli do ośrodka badawczego. Chcieli natychmiast zmienić kod dostępu do przestrzeni Centauricusa w obawie, że Liza dopuści się zdrady i zlikwiduje kolejny, ostatni już egzemplarz nowej, nieznanej dotąd rasy. Zbliżyli się do obszaru, na którym trzymany był obiekt. Roy jako jedyny posiadał uprawnienia do zmiany kodu dostępu. Przyłożył rękę do systemu zabezpieczającego, a ten, po rozpoznaniu linii papilarnych, wyświetlił komunikat o gotowości do wykonywania poleceń. Mężczyzna wprowadził nowy kod i zatwierdził swoją decyzję. Klucz zabezpieczający został zmieniony. Nagle Hagson poczuł delikatny dotyk ręki Skyler na swoim ramieniu. Odwrócił gwałtownie głowę w jej stronę. Skyler wskazała kiwnięciem głowy na coś wewnątrz wybiegu. Podążył wzrokiem we wskazanym kierunku i ujrzał niecodzienny widok. Na pniu wśród pnączy siedział Centauricus i trzymał w objęciach śpiącą, wtuloną w niego Maję. Oboje zdawali się być zdumieni tym widokiem. Skyler lekko zapukała w szybę wybiegu. To wystarczyło, aby wyrwana ze snu Maja skoczyła na równe nogi i stanęła na baczność. Podbiegła zażenowana do drzwi wybiegu, zaskoczona ich nocną wizytą. Otworzyli wyjście, wpisując nowy kod, i wypuścili dziewczynę na zewnątrz. Patrzyli na nią w osłupieniu, zdezorientowani całą sytuacją.

- Dobrze widziałam? Byłaś w niego wtulona? - Raisen nie spuszczała oczu z dziewczyny.

- Skyler... - Maja wydawała się spłoszona i niepewna, ile może powiedzieć w obecności Roy'a. - Bo widzisz, Skyler... Ja kocham Raitiriena.

- Raitiriena? Tak ma na imię?

- Tak.

- Kochasz?

- Tak. To znaczy... nie tak jak mężczyznę... Kocham go jak członka rodziny. Znam go od dziecka. Zatrudniłam się tutaj, żeby przy nim być i go wspierać, dodawać mu otuchy w tym przeklętym więzieniu, żeby się nie poddał... Rozumiesz? Nie wiem, ile mogę ci powiedzieć... Nie wiem, na ile mogę ci ufać... Tobie i ...

- Spokojnie Maju - Skyler, widząc jej zdenerwowanie, przyciągnęła do siebie dziewczynę i mocno przytuliła.

- Obiecałam mu, że go stąd wyciągnę i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby mu pomóc, nawet, gdybym miała poświęcić własne życie - cichy szept Mai dobiegł uszu kobiety.

Skyler czuła się oszołomiona i skołowana. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Rozumiała jednak troskę i zaniepokojenie Mai o losy więzionej, poddawanej torturom badań, istoty.

- Masz jakiś plan? - zapytała.

9. Swensky

Była piąta rano. Na zewnątrz prószył delikatny śnieg, a świat wciąż jeszcze spowijała ciemność. Swensky podążał parkową aleją do wyznaczonego punktu spotkania. Z daleka już dojrzał siedzącą na ławce, przy rozświetlonej parkowej latarni, przysadzistą postać w ciemnym płaszczu i niewiarygodnie dużym kapeluszu. Przysiadł się obok.

- Gdy prószy śnieg tańczą ze szczęścia białe niedźwiedzie - powiedział niby do siebie.

- A cały świat okrywa lodowa tafla bram piekła.

Hasło się zgadzało. Teraz obaj mieli pewność, że rozmawiają z właściwą osobą. Jegomość w kapeluszu rozwinął gazetę, a w jej wnętrzu, zamiast interesujących artykułów, widniała rozrysowana mapa. Wręczył plan Alanowi.

- Dobrze się przyjrzyj i zapamiętaj. To plan dojazdu do tajnego bunkru, w którym masz ulokować obiekty delta. Nikt ci tych szczegółów nie przypomni ani nikt inny nie wskaże ci drogi. Jesteś zdany tylko na siebie i swoją niezawodną pamięć.

Alan z wnikliwością studiował rozrysowany plan dojazdu, starając się zapamiętać wszelkie szczegóły mapy. Nie miał zbyt wiele czasu. Po trzech minutach zarys zaczął zanikać, tworząc pustą, niezapisaną przestrzeń.

Jegomość zabrał mu z rąk gazetę, wstał z ławki i bez słowa odszedł.

Swensky siedział przez chwilę w milczeniu i starał się w pamięci odtworzyć i ugruntować obraz oraz zapiski znajdujące się na mapie. Nie znał tych rejonów, więc tym bardziej każdy szczegół mógł być w niedalekiej przyszłości niezwykle pomocny. Po chwili wstał i skierował się w stronę powrotną. Śnieg skrzył się pod stopami, powietrze było rześkie i mroźne, wokół żywego ducha oprócz idącej kilka kroków przed nim, okutanej szalem kobiety. Szedł za nią i patrzył zimnym wzrokiem. Podchodził coraz bliżej, a kobieta, słysząc zbliżające się kroki, nerwowo oglądała się za siebie i rzucała mu badawcze spojrzenie. Chyba czuła zagrożenie. Przyspieszyła kroku, ale on też przyspieszył. Zbliżał się do niej coraz gwałtowniej, a ona niespokojnie rozglądała się wokół i poruszała coraz szybciej. Była jak przerażona myszka w coraz węższym korytarzu. Gdy był dostatecznie blisko, dosięgnął jej, złapał od tyłu przegubem ramienia za gardło i mocno przydusił. Chciała krzyczeć, ale głos ugrzązł w zaciskanym gardle. Miotała się w morderczym uścisku, próbując wyrwać napastnikowi. Wytrzeszczone oczy napłynęły krwią z popękanych naczynek. Dusił ją. Dusił ją zajadle i zapamiętale, patrząc z fanatycznym wyrazem zwycięstwa w jej twarz, gdy ulatywało z niej życie. Upadła na śnieg jak plastikowa marionetka z wystawy sklepowej. Przyglądał się przez moment martwemu ciału leżącemu na śnieżnym poszyciu. Podobało mu się to, co widział. Patrzył na swe dzieło jak na obraz wybitnego malarza, którego twórczość stanie się wiekopomnym wspomnieniem ulotnej chwili. A potem odwrócił się i zwyczajnie odszedł. Bez żadnych emocji, bez wzburzenia, bez zbędnej ekscytacji.

Dotarł do centrum. Szedł ulicami miasta, przyglądając się przechodniom, którzy już od bladego świtu podążali wydeptanymi ścieżkami do swoich codziennych zajęć. Będą cały dzień ciężko harować, żeby zapewnić podstawowe utrzymanie swoim rodzinom, nie dbając o własne wygody. Swensky czuł wdzięczność wobec losu, że nie był jedną z tych żałosnych marionetek zagubionych w chaosie własnego istnienia. Nie musiał wstawać rano do pracy, nie musiał tracić czasu na bezsensowne, powtarzalne schematy, nie musiał użerać się z szefami i namolnymi współpracownikami. Nikt go nigdy nie poganiał, nikt nie strofował, nikt nie dyktował warunków. Był panem swego losu, a czasami też losu innych.

Wszedł do mieszkania i odszukał dokumenty. Sięgnął po kluczyki do auta, które zawsze okładał do kryształowej szkatułki, stojącej na stoliku w salonie. Zjechał windą do podziemnego garażu, zajął miejsce w swoim nieskazitelnym, błyszczącym nowością BMW X6 i ruszył w drogę.

Lubił jeździć samochodem. Czuł wtedy spokój w duszy i wolność, jakiej nie dawało mu żadne inne doznanie. Przyspieszał coraz bardziej, wciskał pedał gazu do granic możliwości, aż wskaźnik prędkościomierza przekraczał czerwoną linię bezpieczeństwa. Dopiero przy takiej prędkości czuł, że żyje. Doznawał euforii. Epinefryna buzowała w jego żyłach niczym gorąca lawa w kraterze. Był uzależniony od tego hormonu, potrzebował go bardziej niż powietrza. Potrzebował intensywnych doznań i silnych bodźców, żeby móc funkcjonować w tym pogmatwanym świecie.

11. W odmęcie absurdu

Nad sprawą pracował cały sztab ludzi, ale nikt nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie przepadł Tom Henrikson. Sprawdzili każdy ślad, ale zdawać by się mogło, że naukowiec zwyczajnie zapadł się pod ziemię. Sprawdzili połączenia komórkowe - brak logowania do sieci na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Poczta email nieużywana od dnia zniknięcia z bazy. Cała jego rodzina oraz wszyscy bliżsi i dalsi znajomi byli pod nieustanną obserwacją, a ich telefony na regularnym podsłuchu. I dalej nic. Ani śladu. Nie korzystał z konta bankowego, nie komunikował się z najbliższymi, nie logował do sieci, nie bywał na portalach społecznościowych. Ślad po nim zaginął. Najdziwniejsze jednak było to, że w tajemniczych okolicznościach zniknął również jego brat, była dziewczyna, trzech najbliższych współpracowników i wykładowca z Uniwersytetu Bolońskiego, z którym wspólnie wydali publikację na temat technik klonowania embrionów i metod odseparowania komórek macierzystych, pozyskanych dla celów wprowadzenia klonowanego DNA. Pracę badawczą pisali przebywając w Nevadzie, jako że jest to jedno z niewielu miejsc w Stanach, gdzie nie istnieją żadne regulacje w zakresie klonowania ludzi i ich tkanek, co powoduje, że wszystkie przedsiębiorstwa, zajmujące się tego typu badaniami, mają siedziby właśnie w tym okręgu. Ale to miało miejsce dziewięć lat temu. Uczony powrócił do akademickich wykładów na Uniwersytecie Bolońskim i od tego czasu utrzymywali tylko sporadyczny kontakt telefoniczny, więc tym bardziej zniknięcie bolońskiego naukowca wydawało się zagadkowe.

Tak więc Henrikson'a szukali wszyscy: służby bezpieczeństwa, rodzina, policja. Szukał go też Marlow. Ten ostatni z niezwykłą wręcz gorliwością.

Agent Whittaker miał już dosyć ciągłych wizyt Marlow'a.

- Stary, mówiłem ci już, sprawa stoi w miejscu. Nie mamy najmniejszych nawet podejrzeń, gdzie ten człowiek mógł się zawieruszyć. Prawdopodobnie już nie żyje. Nie wyobrażam sobie, żeby mogłoby być inaczej. Facet od dwóch miesięcy nie pobrał pieniędzy z konta, nie pojawił się na żadnej z miliardów zainstalowanych kamer, które nasz system codziennie monitoruje pod kątem zgodności rysów twarzy. Przecież za coś musi żyć, gdzieś musi kupować bułki...

- Może ktoś mu pomaga?

- Nikt nie byłby na tyle ostrożny, żeby umknąć naszej inwigilacji. To niewykonalne. Radzieckie tajne służby zaprzeczyły współpracy z tym człowiekiem, a mamy tam swoich ludzi, którzy potwierdzają oficjalną wersję. A zatem zostaje tylko jedno wyjaśnienie. Ktoś go sprzątnął. I tyle.

- On chce, żebyśmy tak myśleli. Chce, żeby sprawa ucichła.

- Tylko jaki miałby w tym cel? Przecież wykradł dokumenty po to, aby poinformować o tajnych badaniach media i opinię publiczną. Skoro tajne dokumenty nie ujrzały światła dziennego, ani nie zostały sprzedane do wrogich sił taktycznych, to w czym problem? Mówię ci, ten gość już nie żyje.

- Nie byłbym taki pewien. Mógł się skrupulatnie przygotować do całej akcji: wcześniej wypłacić pieniądze, zrobić zapasy i zaszyć się na długie miesiące w jakimś zacisznym miejscu. I ja, to ustronne miejsce, znajdę.

- Masz paranoję na jego punkcie. Mówię ci, stary - Whittaker pokręcił z niesmakiem głową. - Masz paranoję.

Te słowa dotknęły Rob'a do żywego. Można mu było wiele zarzucić, ale kierowanie do niego tak perfidnych słów zawsze oburzało go do granic możliwości i budziło w nim uśpioną bestię. Gdyby tylko byli sami, Whittaker poznałby gorycz i makabrę paranoi Marlow'a w pełnym tego słowa znaczeniu. Marlow spojrzał na agenta nienawistnie i zmrużył złowróżbnie oczy. "Czekaj, ty popaprany skurwysynu..., ja ci dam paranoję..." - pomyślał, po czym wyszedł z biura Whittaker'a bez słowa pożegnania.

Wsiadł do swojego terenowego jeepa i wyruszył w czterogodzinną drogę powrotną do własnego bungalowu na bagnach. Kipiał wściekłością i rozżaleniem, a skierowane do niego słowa dudniły mu boleśnie w myślach. Będąc już na wąskiej ulicy poza miastem, nagle, z piskiem opon, zahamował, zawrócił i pojechał z powrotem pod bazę. Zaczaił się nieopodal budynku i wyczekiwał do późnych godzin nocnych, aż Whittaker wyjdzie z biura. Obserwował, jak barczysty mężczyzna wsiada do swojego auta i rusza w drogę do oddalonego o pięć kilometrów przytulnego domku i do stęsknionej jego obecności rodziny. Pojechał za nim. Gdy przejeżdżali przez dzielnicę biedoty, Marlow wyprzedził auto agenta i brutalnie zajechał mu drogę. Kierowca nie zdążył wyhamować, z hukiem uderzył w terenowy wóz Marlow'a, waląc jednocześnie głową w otwierającą się poduszkę powietrzną. Marlow wyskoczył z samochodu, podbiegł, otworzył przednie drzwi i wyciągnął za fraki Whittaker'a, a potem ciężkim łomem uderzył z całej siły w łysą czaszkę agenta. Zrobił to z taką siłą, że czaszka pod naporem uderzenia pękła, a okruchy zmiażdżonej tkanki kostnej wbiły się w mózg. Polała się krew, której widok go podniecił. Złapał pod pachy swą ofiarę i przeciągnął do własnego samochodu. Otworzył obszerny bagażnik, dźwignął potężnej postury mężczyznę i wrzucił jego bezwładne ciało do jeepa. Poszedł do przedniej kabiny, znalazł tam taśmę izolacyjną. Wrócił i dla pewności owinął ręce oraz nogi ofiary taśmą. Westchnął z zadowoleniem. Teraz mógł już wracać na swoje bagna. Czuł obezwładniającą satysfakcję i wewnętrzną moc. Tak, czuł w sobie moc. Zabijanie i torturowanie innych dawało mu poczucie władzy i własnej potęgi. W swym chorym mózgu uważał się za rękę Boga, grot zniszczenia, matnię klęski i pętlę zagłady.

***

Dojechawszy na miejsce, wypchnął z bagażnika bezwładne ciało agenta i, łapiąc go pod pachy, zaciągnął do bungalowu, wprost do sali tortur. W sali znajdowały się opływające krwią ofiary, podwieszone nogami do góry na specjalnych hakach. Pierwsze ciało od lewej należało do mężczyzny. Marlow obdzierał go ze skóry obieraczką do warzyw. Poucinane palce leżały rozrzucone na podłodze poniżej ciała. Mężczyzna chyba już nie żył. Szok wywołany doświadczanym cierpieniem był zbyt potężny, jak na jego organizm. Obok wisiała kobieta. Jeszcze dochodziły charczące odgłosy z jej podciętego gardła. Była zmasakrowana. Miała liczne rany cięte i podcięte nożem piersi. Na nogach widniały obszerne wylewy podskórne, wskazujące na to, że musiał ją mocno bić jakimś tępym narzędziem. Jeszcze dalej wisiało trzech rozebranych do naga mężczyzn. Ci dopiero mieli doświadczyć szaleństwa Marlow'a. Rob rzucił odrętwiałe ciało na podłogę i podszedł do szafki na narzędzia, chcąc zapalić stojącą tam lampę i nieco oświetlić ten krwawy zakątek trwogi. Światło błysnęło i natychmiast kątem oka zauważył siedzącą na fotelu w rogu pokoju, zasnutą mrokiem postać. Przyjrzał się jej uważnie. Wzbudziło w nim to niepokój, ale też zdumienie. Dlaczego ten ktoś nie bał się wejść na jego terytorium? Dlaczego siedział w ciemnym pokoju z cierpiącymi ofiarami, nie próbując im pomóc? Kim był i czego chciał?

Im dłużej patrzył na skrywaną w ciemności personę, tym bardziej nabierał pewności, że skądś tego człowieka znał. Ale dopiero brzmienie jego głosu wyzwoliło w nim falę wspomnień. Tak, to był ten uroczy chłopak, którego tak nie cierpiał Hemilton.

- Wytłumacz mi, Marlow... - w pomieszczeniu rozległ się głos. - Dlaczego podjebałeś mi trzech naukowców?

- A nie było tak, że miałeś ich zlikwidować? - Marlow przeciągnął masywną dłonią po spoconych włosach. Zmęczył się nieco, dźwigając nieprzytomnego Whittaker'a. - Pomyślałem, że zanim to zrobisz, co nieco z nich wyciągnę. Nie czuj urazy, Swensky. To nie było wymierzone przeciw tobie. Zresztą, to raczej ja powinienem czuć się urażony, że wchodzisz bez pukania na mój prywatny teren.

- Ależ mylisz się... Zapukałem.

- Ale nikt nie powiedział: "proszę wejść" ...