Holokaust - Lyn Smith

-
Proszę czekać

Świadkowie. Zapomniane głosy. Holokaust

Lyn Smith

Tłu­ma­cze­nie: Anna Pu­zie­wicz

Ori­gi­nal ti­tle: For­got­ten Vo­ices of the Ho­lo­caust

Co­py­ri­ght ? Lyn Smith, 2005

Pu­bli­shed in 2005 by Ebu­ry Press, an im­print of Ebu­ry Pu­bli­shing, a Ran­dom Ho­use Gro­up

Au­tor­ka dzię­ku­je Mi­la­no­wi Kun­de­rze za udzie­le­nie zgo­dy na wy­ko­rzy­sta­nie cy­ta­tu z Księ­gi śmie­chu i za­po­mnie­nia oraz Eve­lyn Frie­dlan­der za udzie­le­nie zgo­dy na wy­ko­rzy­sta­nie cy­ta­tu z książ­ki Ri­ders To­wards the Dawn Al­ber­ta Frie­dlan­de­ra.

Sło­wo wstęp­ne: Lau­ren­ce Rees

Fo­to­gra­fie: The Im­pe­rial War Mu­seum UK oraz Uni­ted Sta­tes Ho­lo­caust Me­mo­rial Mu­seum Wa­shing­ton DC (je­śli nie po­da­no ina­czej)

Po­lish trans­la­tion Co­py­ri­ght ? Wy­daw­nic­two RM, Po­land 2011, 2013

Wy­daw­nic­two RM, 03-808 War­sza­wa, ul. Miń­ska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na, w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób (elek­tro­nicz­ny, me­cha­nicz­ny) włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wszyst­kie na­zwy han­dlo­we i to­wa­rów wy­stę­pu­ją­ce w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji są zna­ka­mi to­wa­ro­wy­mi za­strze­żo­ny­mi lub na­zwa­mi za­strze­żo­ny­mi od­po­wied­nich firm od­no­śnych wła­ści­cie­li.

Wy­daw­nic­two RM do­ło­ży­ło wszel­kich sta­rań, aby za­pew­nić naj­wyż­szą ja­kość tej książ­ce, jed­nak­że ni­ko­mu nie udzie­la żad­nej rę­koj­mi ani gwa­ran­cji. Wy­daw­nic­two RM nie jest w żad­nym przy­pad­ku od­po­wie­dzial­ne za ja­ką­kol­wiek szko­dę bę­dą­cą na­stęp­stwem ko­rzy­sta­nia z in­for­ma­cji za­war­tych w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji, na­wet je­śli Wy­daw­nic­two RM zo­sta­ło za­wia­do­mio­ne o moż­li­wo­ści wy­stą­pie­nia szkód.

ISBN 978-83-7773-119-2 ISBN 978-83-7773-589-3 (ePub) ISBN 978-83-7773-590-9 (mobi)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Lon­gi­na Rut­kow­ska Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: Mi­chał Czaj­ka Re­dak­cja: Mag­da­le­na Ko­zia­rek Ko­rek­ta: In­ge­bor­ga Ja­wor­ska-Róg Ko­or­dy­na­tor prac gra­ficz­nych: Gra­ży­na Ję­drze­jec Pro­jekt okład­ki: Wik­tor Ję­drze­jec Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mar­cin Fa­bi­jań­ski We­ry­fi­ka­cja wer­sji elek­tro­nicz­nej: Ju­sty­na Mro­wiec

W ra­zie trud­no­ści z za­ku­pem tej książ­ki pro­si­my o kon­takt z wy­daw­nic­twem: rm@rm.com.pl

PODZIĘKOWANIA

Za­koń­cze­nie pra­cy nad książ­ką wią­że się z kil­ko­ma mi­ły­mi rze­cza­mi. Jed­ną z nich jest moż­li­wość po­dzię­ko­wa­nia tym wszyst­kim, bez któ­rych po­mo­cy ta pra­ca nie uj­rza­ła­by świa­tła dzien­ne­go. Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać wszyst­kim za­an­ga­żo­wa­nym w tej pro­jekt oso­bom z Im­pe­rial War Mu­seum (Bry­tyj­skie Mu­zeum Woj­ny), w tym oczy­wi­ście Ro­ber­to­wi Craw­for­do­wi, dy­rek­to­ro­wi ge­ne­ral­ne­mu mu­zeum, za udo­stęp­nie­nie mi wszyst­kich zbio­rów. Ar­chi­wum na­grań do­star­czy­ło mi wie­lu ma­te­ria­łów: dzię­ku­ję ku­sto­szo­wi, Mar­ga­ret Bro­oks, oraz Pe­te­ro­wi Har­to­wi, Ri­char­do­wi McDo­no­ugho­wi, Joh­no­wi Stop­ford-Pic­ke­rin­go­wi i Ri­char­do­wi Hu­ghe­so­wi za ich en­tu­zja­stycz­ną i nie­stru­dzo­ną po­moc. Chcia­ła­bym tak­że po­dzię­ko­wać Rose Ger­rard, Clau­dii Con­dry i Yvon­ne Oli­ver z dzia­łu ma­te­ria­łów fo­to­gra­ficz­nych. W re­ali­za­cję tego pro­jek­tu za­an­ga­żo­wa­ło się tak­że biu­ro wy­staw do­ty­czą­cych Ho­lo­kau­stu - dzię­ku­ję za rady i wspar­cie Su­zan­ne Bard­gett i Ste­ve'owi Slac­ko­wi.

Na szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia za­słu­ży­ła Ter­ry Char­man, hi­sto­ryk mu­zeum, któ­ra skru­pu­lat­nie przej­rza­ła tekst oraz słu­ży­ła mi radą i po­mo­cą. Bar­ba­ra Levy, wy­stę­pu­ją­ca w roli agen­ta mu­zeum i mo­je­go, po­mo­gła roz­po­cząć pra­ce nad pro­jek­tem i świad­czy­ła nie­oce­nio­ną po­moc - dzię­ku­ję, Bar­ba­ro! Dzię­ku­ję Eli­za­beth Bo­wers, kie­row­nik ds. pu­bli­ka­cji, któ­ra nie mo­gła być bar­dziej po­moc­na; mą­drze wspo­ma­ga­na przez Gem­mę Mac­la­gan i Kay Trew prze­pro­wa­dzi­ła książ­kę przez wszyst­kie eta­py aż do pu­bli­ka­cji. Dzię­ku­ję wszyst­kim tym oso­bom.

Je­stem wdzięcz­na dr Joan Rin­gel­he­im, dy­rek­to­ro­wi dzia­łu hi­sto­rii mó­wio­nej w Uni­ted Sta­tes Ho­lo­caust Me­mo­rial Mu­seum (USHMM, Ame­ry­kań­skie Mu­zeum Pa­mię­ci Ho­lo­cau­stu), za moż­li­wość sko­rzy­sta­nia z ar­chi­wów oraz za po­moc w wy­bie­ra­niu krót­kich, ale bar­dzo istot­nych ma­te­ria­łów: wy­wia­dów i zdjęć uzu­peł­nia­ją­cych zbio­ry Im­pe­rial War Mu­seum, jaką za­pew­ni­ły mi Ina Na­va­zel­skis, Mi­chle­an Amir i Ma­ren Read. Je­stem tak­że bar­dzo wdzięcz­na Edy­cie Jo­do­ny­te, An­dre­wo­wi Vi­sne­vsky'emu, Ani­cie An­dre­asian i Ni­nie As­sau­er za zna­ko­mi­te tłu­ma­cze­nia.

Mia­łam nie­zwy­kłe szczę­ście, mo­gąc pra­co­wać z Ja­kiem Lin­gwo­od jako re­dak­to­rem i wy­daw­cą i jego po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym ze­spo­łem w Ed­bu­ry Pu­bli­shing - szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się Cla­ire King­ston i Ra­chel Ray­ner, Ca­ro­li­ne New­bu­ry i Ka­the­ri­ne Nor­man-Bu­tler.

Nie­zwy­kle in­spi­ru­ją­ca oka­za­ła się zna­ko­mi­ta se­ria do­ku­men­tal­na Lau­ren­ce'a Re­esa Au­schwitz, emi­to­wa­na w tym roku w BBC2[1]. Je­stem za­szczy­co­na i nie­zwy­kle wdzięcz­na za jego wspa­nia­łą przed­mo­wę.

Je­stem ogrom­nie wdzięcz­na mo­je­mu mę­żo­wi Pe­te­ro­wi oraz dzie­ciom za en­tu­zjazm, jaki oka­zy­wa­li wo­bec tej książ­ki. Szcze­gól­nie dzię­ku­ję Ali­son za prze­ni­kli­we ko­men­ta­rze do­ty­czą­ce tek­stu i zdjęć.

Naj­więk­szy dług za­cią­gnę­łam u oca­lo­nych i świad­ków, któ­rzy prze­ka­za­li swo­je świa­dec­twa i po­zwo­li­li wy­ko­rzy­stać zdję­cia i na­gra­nia. Moż­li­wość na­gra­nia i za­pre­zen­to­wa­nia ich wy­po­wie­dzi jest bez­cen­na. Wiem, że każ­da z wy­po­wie­dzi za­słu­gu­je na od­ręb­ną książ­kę, a na każ­de wspo­mnie­nie przed­sta­wio­ne w tej książ­ce przy­pa­da­ją set­ki in­nych, rów­nie war­to­ścio­wych i in­te­re­su­ją­cych. Do­brze, że wszyst­kie zo­sta­ły za­pi­sa­ne dla po­tom­nych w ar­chi­wum na­grań - to moc­ny do­wód dla tych, któ­rzy za­prze­cza­ją ist­nie­niu Ho­lo­kau­stu.

Mam na­dzie­ję, że oca­le­ni za­ak­cep­tu­ją pro­stą de­dy­ka­cję tej książ­ki i uzna­ją ją za znak sza­cun­ku oraz uczuć, ja­kie dla nich ży­wię, a tak­że mo­je­go współ­czu­cia dla ofiar.

Lyn Smith, maj 2005

Przy­pi­sy

[1] Cho­dzi o se­rial do­ku­men­tal­ny Au­schwitz: The Na­zis and the 'Fi­nal So­lu­tion' - Au­schwitz: Na­zi­ści i "osta­tecz­ne roz­wią­za­nie", wy­re­ży­se­ro­wa­ny przez L. Re­esa i emi­to­wa­ny w BBC w 2005 r. (przyp. red.).

PRZEDMOWA AUTORKI

Po raz pierw­szy sta­łam się świa­do­ma ist­nie­nia Ho­lo­kau­stu 60 lat temu, po za­koń­cze­niu II woj­ny świa­to­wej. Sta­ło się to za spra­wą zdjęć z ga­ze­ty i kro­ni­ki fil­mo­wej, przed­sta­wia­ją­cych wy­nisz­czo­ne cia­ła spy­cha­ne bul­do­że­ra­mi do ma­so­wych gro­bów w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym Ber­gen-Bel­sen. Te zdję­cia za­szo­ko­wa­ły mnie. Prze­ka­zy­wa­ny przez nie ob­raz woj­ny był bo­wiem cał­ko­wi­cie od­mien­ny od mo­ich do­świad­czeń - do­świad­czeń dziec­ka, któ­re spę­dzi­ło ten czas na względ­nie bez­piecz­nej wsi w Sus­sex. Jed­nak choć ty­sią­ce bez­i­mien­nych - Ży­dów i nie-Ży­dów - zmar­ło z gło­du i cho­rób w kosz­mar­nych wa­run­kach, Ber­gen-Bel­sen nie od­sło­ni­ło ca­łej zgro­zy Ho­lo­kau­stu, po­nie­waż nie był to ty­po­wy na­zi­stow­ski obóz śmier­ci. Nie było tam pla­no­wych ma­so­wych mor­dów, ko­mór ga­zo­wych i kre­ma­to­riów. "Osta­tecz­ne roz­wią­za­nie" - ma­so­wa eks­ter­mi­na­cja Ży­dów i Cy­ga­nów[1] - do­ko­ny­wa­ło się da­lej na wscho­dzie, w sze­ściu spe­cjal­nych obo­zach śmier­ci znaj­du­ją­cych się w oku­po­wa­nej Pol­sce. Naj­gor­szą sła­wą cie­szy­ło się Au­schwitz.

Jako nie­za­leż­ny dzien­ni­karz prze­pro­wa­dza­ją­cy wy­wia­dy dla ar­chi­wum na­grań Im­pe­rial War Mu­seum zy­ska­łam moż­li­wość i mia­łam za­szczyt na­gry­wa­nia świa­dectw ko­biet i męż­czyzn bez­po­śred­nio do­świad­czo­nych Ho­lo­kau­stem. To był pio­nier­ski te­mat. Roz­mo­wy prze­pro­wa­dza­no z uchodź­ca­mi z na­zi­stow­skich Nie­miec, któ­rzy ucie­kli stam­tąd w la­tach trzy­dzie­stych, a w 1940 roku zo­sta­li in­ter­no­wa­ni jako "oby­wa­te­le wro­gie­go pań­stwa" - był to efekt pa­ni­ki, jaka wy­bu­chła po in­wa­zji Nie­miec na An­glię. Wy­wia­dy do­ty­czy­ły ży­cia tych lu­dzi przed woj­ną i do­świad­czeń z okre­su doj­ścia Hi­tle­ra do wła­dzy.

Przez na­stęp­nych dwa­dzie­ścia lat ra­zem z in­ny­mi dzien­ni­ka­rza­mi na­gry­wa­łam hi­sto­rię Ho­lo­kau­stu. W tam­tym okre­sie pra­cow­ni­cy ar­chi­wum na­grań uwa­ża­li, że Ho­lo­kaust do­ty­czy nie tyl­ko mi­lio­nów za­mor­do­wa­nych lub uwię­zio­nych przez na­zi­stów w la­tach 1933-45, ale tak­że osób, na któ­rych ży­cie wpły­nę­ły hi­tle­row­skie re­gu­ły lub któ­re były świad­ka­mi prze­śla­do­wań i in­nych okrop­no­ści. Dla­te­go wzię­to pod uwa­gę ucie­ki­nie­rów, ro­dzi­ny po­mor­do­wa­nych i oca­lo­nych oraz żoł­nie­rzy wy­zwa­la­ją­cych obo­zy. Bio­rąc pod uwa­gę tę sze­ro­ką de­fi­ni­cję, moż­na po­wie­dzieć, że wró­ci­łam do punk­tu wyj­ścia, gdy spo­tka­łam nie­ży­ją­ce­go już Bil­la Es­se­xa - żoł­nie­rza, któ­re­go ma­ka­brycz­nym za­da­niem było spy­cha­nie bul­do­że­rem szcząt­ków ludz­kich do ma­so­wych gro­bów w Ber­gen-Bel­sen w kwiet­niu 1945 roku - i prze­pro­wa­dzi­łam z nim wy­wiad.

Kie­dy w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych roz­po­czę­to pla­no­wa­nie sta­łej wy­sta­wy po­świę­co­nej Ho­lo­kau­sto­wi, pro­gram na­grań zo­stał roz­sze­rzo­ny. Świa­dec­twa oca­lo­nych mia­ły ode­grać klu­czo­wą rolę na wy­sta­wie otwar­tej przez kró­lo­wą w roku mi­le­nium. Dziś w ar­chi­wum na­grań znaj­du­je się 785 na­grań zwią­za­nych z Ho­lo­kau­stem. To stąd wy­bra­łam po­nad 100 wy­po­wie­dzi do tej książ­ki. Aby od­ma­lo­wa­ny w niej ob­raz był tak praw­dzi­wy, jak to tyl­ko moż­li­we, na­gra­nia zo­sta­ły uzu­peł­nio­ne ma­te­ria­ła­mi z Uni­ted Sta­tes Ho­lo­caust Me­mo­rial Mu­seum w Wa­szyng­to­nie.

Pod­czas pra­cy zwią­za­nej z na­gry­wa­niem i prze­pi­sy­wa­niem na­grań ude­rzy­ła mnie wy­jąt­ko­wość do­świad­czeń każ­dej z oca­lo­nych osób. Każ­da z nich - męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci - do­zna­wa­ła in­ne­go cier­pie­nia i ina­czej so­bie z nim ra­dzi­ła. Na przy­kład Ro­man Hal­ter co wie­czór przy­wo­ły­wał przed snem ob­raz swo­jej za­mor­do­wa­nej ro­dzi­ny, aby zdać jej re­la­cję z jesz­cze jed­ne­go prze­ży­te­go dnia, a Geo­r­ge (Je­rzy) Hart­man siły do ży­cia czer­pał z pra­gnie­nia po­zna­nia mi­ło­ści i sek­su.

Róż­ne re­ak­cje to­wa­rzy­szy­ły obo­wiąz­ko­wi no­sze­nia gwiaz­dy Da­wi­da: od dumy wy­ra­ża­nej przez Ja­ni­ce In­gram i Annę Berg­man do wsty­du i upo­ko­rze­nia Jana Hart­ma­na i Har­ry'ego Lo­wi­ta. Każ­da z tych osób prze­ży­ła swo­ją cząst­kę do­świad­czeń Ho­lo­kau­stu i ani jed­na z nich nie mia­ła peł­ne­go oglą­du tego po­twor­ne­go sys­te­mu.

Wie­rzę, że wzór, któ­ry two­rzą te po­łą­czo­ne gło­sy, po­zwo­li do­strzec zło­żo­ność i ludz­ki wy­miar tam­te­go świa­ta, wy­kra­cza­ją­cy poza abs­trak­cyj­ne sta­ty­sty­ki eks­ter­mi­na­cji, że umoż­li­wi wyj­ście z krę­gu ste­reo­ty­pów kon­sty­tu­ują­cych ob­raz "ofia­ry". Moż­na oczy­wi­ście prze­czy­tać książ­ki i obej­rzeć fil­my o nocy krysz­ta­ło­wej w li­sto­pa­dzie 1938 roku. Jed­nak o ile bar­dziej wy­ra­zi­ste sta­ją się te ob­ra­zy, gdy słu­cha­my Su­san Sinc­la­ir. Opi­su­je ona prze­ra­że­nie i roz­pacz swo­ją i ro­dzi­ców, kie­dy na­zi­stow­scy żoł­da­cy wdar­li się do ich miesz­ka­nia, nisz­czy­li wszyst­ko i za­ata­ko­wa­li Su­san, drąc w strzę­py jej ko­szu­lę noc­ną.

Ist­nie­je wie­le re­la­cji hi­sto­rycz­nych na te­mat de­por­ta­cji do Au­schwitz i in­nych obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Słu­cha­jąc Tru­de Levi i Bar­ba­ry Stim­ler opo­wia­da­ją­cych o dro­dze do Au­schwitz w za­plom­bo­wa­nych, po­zba­wio­nych po­wie­trza wa­go­nach dla by­dła nie­mal fi­zycz­nie do­świad­cza­my dusz­no­ści, smro­du i go­rącz­ki, a tak­że zdu­mie­nia i szo­ku na wi­dok pie­kiel­nej sce­ny roz­gry­wa­ją­cej się po gwał­tow­nym otwar­ciu drzwi.

Więk­szość osób przy­wo­ły­wa­nych w tej książ­ce z tru­dem opo­wia­da­ła o swo­ich trau­ma­tycz­nych do­świad­cze­niach. Wie­le z nich mil­cza­ło przez tak dłu­gi czas, aż ich wspo­mnie­nia ode­szły w za­po­mnie­nie. Pod­czas wy­wia­dów wi­dzia­łam strasz­ny wy­si­łek, a tak­że cier­pie­nie, kie­dy oca­le­ni re­la­cjo­no­wa­li swo­je prze­ży­cia, wie­lu z nich po raz pierw­szy. Szcze­gó­ły były czę­sto zbyt bo­le­sne, aby je przy­wo­ły­wać - wie­lo­krot­nie po­ja­wia­ła się myśl o nie­wy­star­czal­no­ści ję­zy­ka do od­da­nia ob­ra­zów, dźwię­ków, za­pa­chów, upo­ko­rze­nia, po­ni­że­nia i zwie­rzę­ce­go prze­ra­że­nia. Poza tym ko­niecz­ność bu­do­wa­nia ży­cia od nowa w su­ro­wym po­wo­jen­nym świe­cie nie sprzy­ja­ła roz­my­śla­niom nad prze­szło­ścią, lu­dzie byli zbyt za­ję­ci po pro­stu ży­ciem. Je­śli na­wet oca­le­ni chcie­li mó­wić - a wie­lu, jak Kit­ty Hart-Mo­xon, chcia­ło - nie­wie­lu chcia­ło słu­chać: duch cza­sów na­ka­zy­wał za­po­mnieć o woj­nie i żyć da­lej. Choć Mię­dzy­na­ro­do­wy Try­bu­nał Woj­sko­wy w No­rym­ber­dze dzia­ła­ją­cy w la­tach 1945-46 od­sło­nił zgro­zę na­zi­zmu, eks­ter­mi­na­cja Ży­dów ani nie zo­sta­ła od­dzie­lo­na od ca­ło­ści zbrod­ni na­zi­stow­skich, ani nie okre­ślo­no, czym była - naj­więk­szą zbrod­nią prze­ciw pra­wom czło­wie­ka w XX wie­ku. Sy­tu­acja zmie­ni­ła się po pro­ce­sie Adol­fa Eich­man­na w Izra­elu w 1961 roku i do­pie­ro wte­dy świat zwró­cił uwa­gę na Za­gła­dę. Ob­cho­dy pięć­dzie­się­cio­le­cia i sześć­dzie­się­cio­le­cia wy­zwo­le­nia obo­zów w Ber­gen-Bel­sen i Au­schwitz spra­wi­ły, że ten te­mat za­czął być sze­rzej zna­ny i oma­wia­ny. Dziś Ho­lo­kaust jest jed­nym z naj­le­piej udo­ku­men­to­wa­nych za po­mo­cą oso­bi­stych świa­dectw wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych.

Choć re­la­cje te są peł­ne bru­tal­nych ob­ra­zów i świa­dectw po­ni­ża­nia jed­nost­ki, nie przed­sta­wia­ją świa­ta peł­ne­go mro­ku i de­spe­ra­cji. Co praw­da w obo­zach, jak wy­ja­śnia Al­fred Hu­ber­man, rzą­dzi­ło pra­wo dżun­gli, ale zna­my tak­że wie­le przy­kła­dów wza­jem­nej po­mo­cy, do­bro­ci czy współ­czu­cia. To były drob­ne, zda­wa­ło­by się, uczyn­ki, choć­by tak bła­he jak po­da­ro­wa­nie igły z nit­ką. Taki dar, dro­go­cen­ny, a na­wet ra­tu­ją­cy ży­cie, otrzy­mał Jan Hart­man od in­ne­go więź­nia i mógł po­ła­tać swe wy­tar­te, dziu­ra­we ubra­nie. Ist­nie­ją nie­zli­czo­ne przy­kła­dy tego, jak na­wet w naj­gor­szych wa­run­kach, w po­ni­że­niu i wśród okru­cień­stwa lu­dzie pró­bu­ją oca­lić swo­je czło­wie­czeń­stwo i nie­złom­nie trzy­ma­ją się za­sad wpo­jo­nych im przez ro­dzi­ców i spo­łecz­ność. Był to spo­sób na prze­ciw­sta­wie­nie się re­gu­łom wpro­wa­dzo­nym przez na­zi­stów: jed­no­cze­śnie jaw­ny i bar­dzo udu­cho­wio­ny.

Prze­trwał ży­dow­ski hu­mor - żar­ty, choć czę­sto czar­ne i wi­siel­cze, po­ja­wia­ły się w naj­bar­dziej po­nu­rych oko­licz­no­ściach. Ce­le­bro­wa­no każ­de wy­da­rze­nie kul­tu­ral­ne, choć­by naj­mniej zna­czą­ce, bo po­zwa­la­ło to zła­go­dzić ból i nie­pew­ność co­dzien­nej eg­zy­sten­cji. Pary chwy­ta­ły cen­ne chwi­le mi­ło­ści, gdy tyl­ko było to moż­li­we. Cza­sa­mi na­wet na­zi­ści po­tra­fi­li wy­ka­zać się pra­wo­ścią czy czło­wie­czeń­stwem, choć były to po­je­dyn­cze przy­pad­ki - przy­kła­dem może być mło­dzie­niec z Hi­tler­ju­gend, któ­ry ura­to­wał ży­cie Ha­li­nie Kahn wra­ca­ją­cej z prze­myt­ni­czej wy­pra­wy poza te­ren łódz­kie­go get­ta, czy es­es­man, w któ­rym obu­dzi­ło się współ­czu­cie na wi­dok upa­da­ją­ce­go z wy­czer­pa­nia pod­czas pra­cy Jana Imi­cha w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Do­rze.

Istot­niej­sza jest to­le­ran­cja i brak chę­ci ze­msty - wi­dać ją u wie­lu oca­lo­nych, choć szu­ka­li oni spra­wie­dli­wo­ści, a ich gniew i obu­rze­nie prze­trwa­ły. Nie ozna­cza to jed­nak, że do­świad­cze­nia oca­lo­nych nie po­zo­sta­wi­ły na nich śla­dów. Nie­ży­ją­cy już ra­bin Al­bert Frie­dlan­der wy­ja­śniał:

"Na­dal cier­pi­my z po­wo­du ran, któ­re nie chcą się za­go­ić. Stra­ci­li­śmy człon­ków ro­dzin. Nie ma już Ży­dów na wscho­dzie Eu­ro­py - znik­nę­ła wspa­nia­ła i bo­ga­ta spo­łecz­ność. Utra­ci­li­śmy spe­cy­ficz­ne cie­pło i we­so­łość Ży­dów se­far­dyj­skich nad Mo­rzem Śród­ziem­nym. Stra­ci­li­śmy uczo­nych i pro­stych lu­dzi. Nie­na­wi­dzi­my dia­bła, któ­ry zmiaż­dżył nas, Cy­ga­nów, ho­mo­sek­su­ali­stów i prze­ciw­ni­ków na­zi­zmu - zo­sta­li­śmy zmie­cie­ni przez nie­go w obo­zach. Opła­ku­je­my mi­lio­ny dzie­ci i chcie­li­by­śmy wie­dzieć, jaki był­by świat, gdy­by po­zwo­lo­no im roz­kwit­nąć".

Tę książ­kę de­dy­ku­ję wszyst­kim ofia­rom Ho­lo­kau­stu - tym, któ­rzy zgi­nę­li, i tym, któ­rzy oca­le­li.

Lyn Smith, maj 2005

Przy­pi­sy

[1] Wtej książ­ce sto­so­wa­na jest na­zwa Cy­gan, a nie Rom, ze wzglę­du na za­cho­wa­nie wier­no­ści na­zew­nic­twu cza­sów II woj­ny świa­to­wej (przyp. tłum.).

PRZEDMOWA DO POLSKIEGO WYDANIA KSIĄŻKI

"Przy­po­mi­na się pró­ba opo­wie­dze­nia an­giel­skim ku­zy­nom o bab­ci, któ­ra umie­ra­ła z gło­du w war­szaw­skim po­wsta­niu. Tuż przed śmier­cią po­boż­na sta­rusz­ka pro­si­ła o coś do je­dze­nia. Trud­no, niech nie bę­dzie ko­szer­ne, mó­wi­ła, niech bę­dzie na­wet wie­przo­wy ko­tlet.

Ale to na­le­ża­ło an­giel­skim ku­zy­nom po­wie­dzieć po an­giel­sku, więc bab­cia pro­si­ła nie o ko­tlet, tyl­ko o pork-chop i od razu prze­sta­ła być tam­tą umie­ra­ją­cą bab­cią. Na szczę­ście - bo moż­na już było opo­wia­dać o niej bez hi­ste­rii, spo­koj­nie, tak jak się opo­wia­da przy kul­tu­ral­nym obie­dzie róż­ne zaj­mu­ją­ce ka­wał­ki".

(Marek Edelman, Zdążyć przed Panem Bogiem)

Nie­przy­pad­ko­wo przy­wo­łu­ję na wstę­pie te sło­wa Mar­ka Edel­ma­na. Mia­łam je w gło­wie od chwi­li, kie­dy pierw­szy raz wzię­łam do ręki an­giel­skie wy­da­nie For­got­ten Vo­ices - Ho­lo­caust. Dla ko­goś, kto o Za­gła­dzie czy­tał wcze­śniej wie­le, ale po pol­sku, ze­tknię­cie z ob­co­ję­zycz­ną re­la­cją z wy­da­rzeń, któ­re od­czu­wa się jako głę­bo­ko za­nu­rzo­ne w tra­gicz­nych dzie­jach Pol­ski było zdu­mie­wa­ją­cym prze­ży­ciem. I rze­czy­wi­ście, trud­no było oprzeć się prze­ko­na­niu, że Edel­man miał słusz­ność. Losy lu­dzi uwię­zio­nych w get­tach w róż­nych kra­jach, losy więź­niów hi­tle­row­skich obo­zów i wal­czą­cych o prze­trwa­nie ucie­ki­nie­rów brzmia­ły ina­czej niż re­la­cje, któ­re zna­łam. Cza­sem dziw­nie, kie­dy przy­glą­da­łam się do­brze zna­nym sło­wom za­pi­sa­nym w an­giel­skiej trans­kryp­cji, cza­sem jak­by spo­koj­niej - za­pew­ne dla­te­go, że an­giel­skie sfor­mu­ło­wa­nia były zro­zu­mia­łe, ale po­zba­wio­ne aury emo­cjo­nal­nej, któ­ra to­wa­rzy­szy po­ję­ciom z oj­czy­ste­go ję­zy­ka. My­li­łam się jed­nak bar­dzo, są­dząc, że mimo tra­gicz­no­ści opi­sy­wa­nych zda­rzeń pro­ces tłu­ma­cze­nia bę­dzie w mia­rę bez­bo­le­sny.

Nie był. Mimo że, jak wspo­mnia­łam, pi­sa­łam o za­gad­nie­niach, któ­re nie są mi obce, kon­takt z re­la­cja­mi przed­sta­wio­ny­mi w tej książ­ce na dłu­go ode­brał mi spo­koj­ny sen.

Co więc róż­ni te re­la­cje od tego, z czym pol­ski od­bior­ca miał do czy­nie­nia choć­by w trak­cie szkol­nej na­uki? Przede wszyst­kim są to świa­dec­twa pry­wat­nych lu­dzi na­gry­wa­ne od za­koń­cze­nia woj­ny prak­tycz­nie do dzi­siaj - hi­sto­ria prze­ka­zy­wa­na jest przez pry­zmat oso­bi­stych prze­żyć, bar­dzo su­biek­tyw­nie.

Naj­waż­niej­szą kwe­stią wy­da­je się włą­cze­nie do hi­sto­rii Ho­lo­kau­stu wy­da­rzeń z okre­su po­prze­dza­ją­ce­go woj­nę i póź­niej­sze­go, tuż po jej za­koń­cze­niu. W pierw­szej czę­ści zo­sta­ją nam przed­sta­wio­ne opi­sy nie­mal nor­mal­nej co­dzien­no­ści, ta­kiej, jaką mo­że­my znać z wła­snych hi­sto­rii ro­dzin­nych. Po­zna­je­my tra­dy­cyj­ne, zwy­kle wie­lo­po­ko­le­nio­we ro­dzi­ny, za­rów­no ubo­gie, jak i bar­dzo do­brze sy­tu­owa­ne, wio­dą­ce spo­koj­ne ży­cie w do­brze zna­nym śro­do­wi­sku. Ci wszy­scy lu­dzie, nie­za­leż­nie od za­sob­no­ści port­fe­la, żyją w świe­cie, któ­ry jest ich świa­tem. I oto do tego bez­piecz­ne­go śro­do­wi­ska za­czy­na­ją do­cie­rać zdu­mie­wa­ją­ce i prze­ra­ża­ją­ce sy­gna­ły. To po­czą­tek wy­da­rzeń, któ­rych tra­gicz­na kul­mi­na­cja nie ma od­po­wied­ni­ków w hi­sto­rii.

Po­ka­za­nie tego cza­su "przed" jest nie­zwy­kle istot­ne, po­nie­waż więk­szość ist­nie­ją­cych w obie­gu re­la­cji do­ty­czy je­dy­nie okre­su woj­ny. W ta­kim przy­pad­ku czy­tel­nik zo­sta­je po­sta­wio­ny wo­bec kosz­ma­ru, ale kosz­ma­ru nie­ja­ko wy­eks­tra­ho­wa­ne­go z rze­czy­wi­sto­ści. W pew­nym sen­sie zo­sta­je prze­nie­sio­ny do in­ne­go świa­ta, któ­ry jest nie­prze­kła­dal­ny na nic, co jest mu zna­ne. Ma to zna­mien­ne zna­cze­nie dla od­bio­ru tek­stu, po­nie­waż w kon­se­kwen­cji po­wsta­je dy­stans, któ­ry spra­wia, że opi­sy­wa­ne zda­rze­nia nie są od­bie­ra­ne jako coś, co mo­gło­by spo­tkać czy­tel­ni­ka, po­nie­waż brak wspól­nych punk­tów mię­dzy jego do­świad­cze­nia­mi a do­świad­cze­nia­mi ofiar ter­ro­ru.

Książ­ka Za­po­mnia­ne gło­sy. Ho­lo­kaust prze­ciw­nie, bu­du­je prze­strzeń wspól­nych do­świad­czeń. Ozna­cza to, że w cen­trum są lu­dzie - to nie jest hi­sto­ria Ho­lo­kau­stu, tyl­ko hi­sto­ria lu­dzi, któ­rzy cu­dem unik­nę­li wte­dy śmier­ci. Słu­cha­my hi­sto­rii "pry­wat­nych", czę­sto bar­dzo oso­bi­stych zwie­rzeń, a przez to bar­dzo od­dzia­łu­ją­cych na emo­cje, ła­twiej się z nimi utoż­sa­mić. In­ny­mi sło­wy, je­śli czy­ta­jąc opis przed­wo­jen­ne­go ży­cia ro­dzin­ne­go mo­że­my zo­ba­czyć w nim swo­ją ro­dzi­nę, to do­pie­ro wów­czas mo­że­my spró­bo­wać od­czuć całą gro­zę póź­niej­szych do­świad­czeń. Te re­la­cje po­ka­zu­ją nam lu­dzi, któ­rzy - wy­jąw­szy róż­ni­ce wy­ni­ka­ją­ce z tech­ni­ki czy oby­cza­jo­wo­ści - żyli tak samo, jak my dziś. Mie­li bli­skich, przy­ja­ciół, ma­rze­nia i pla­ny. I na­gle obłą­kań­cza ide­olo­gia wy­pchnę­ła ich poza na­wias spo­łe­czeń­stwa i po­zo­sta­wi­ła tam sa­mot­nych, cier­pią­cych i pró­bu­ją­cych zro­zu­mieć, jak jest moż­li­we to, co ich spo­ty­ka, to, co nie daje się wy­tłu­ma­czyć i oswo­ić.

Do­cho­dzi­my tu do miej­sca, w któ­rym ab­surd ide­olo­gii ka­żą­cej uwa­żać ja­kąś gru­pę lu­dzi za gor­szą ujaw­nia się z całą ja­skra­wo­ścią, po­nie­waż w re­la­cjach świad­ków nie ma ni­cze­go, co po­zwo­li­ło­by przy­wo­łać na uspra­wie­dli­wie­nie do­brze zna­ną na­ukom hu­ma­ni­stycz­nym ka­te­go­rii "in­no­ści". Tę "in­ność" moż­na uwa­żać za nie­prze­ko­nu­ją­cą, ale nie moż­na po­mi­jać jej wpły­wu na re­la­cje mię­dzy­ludz­kie. Hi­sto­ria zna wie­le sy­tu­acji, w któ­rych ja­kaś zbio­ro­wość zo­sta­je uzna­na za wro­gą i za­słu­gu­ją­cą na od­rzu­ce­nie ze wzglę­du na od­mien­ne oby­cza­je, strój czy re­li­gię. Trud­no się z tym zgo­dzić, jed­nak moż­na zna­leźć psy­cho­lo­gicz­ne uza­sad­nie­nie ta­kich za­cho­wań. Ina­czej jest w re­la­cjach, z któ­ry­mi mamy do czy­nie­nia w książ­ce Za­po­mnia­ne gło­sy. Ho­lo­caust. Lu­dzie, któ­rzy mó­wią o tym, co ich spo­tka­ło, nie wy­róż­nia­li się w więk­szo­ści ni­czym szcze­gól­nym. To, że byli Ży­da­mi, nie zwra­ca­ło ni­czy­jej uwa­gi. Do­pie­ro fa­szyzm ze­pchnął ich do roli pa­ria­sów przy mil­czą­cej ak­cep­ta­cji oto­cze­nia. Jest to być może jed­no z naj­moc­niej­szych oskar­żeń wszel­kich ra­si­zmów, bo­wiem z całą ja­skra­wo­ścią ujaw­nia ich ab­sur­dal­ność i każe my­śleć, że do­pó­ki ist­nie­ją lu­dzie, któ­rzy nie wa­ha­ją się ich za­ak­cep­to­wać, a w każ­dym ra­zie nie wal­czyć z nimi - nikt nie może czuć się bez­piecz­ny. Nikt nie może mieć pew­no­ści, że któ­re­goś dnia nie po­ja­wi się ide­olo­gia, któ­ra wy­ło­ni na do­wol­nej pod­sta­wie ja­kąś zbio­ro­wość i każe ją znisz­czyć.

Wcze­śniej wspo­mnia­łam, że oprócz czę­ści przed­wo­jen­nej nie­zwy­kle istot­na jest tak­że i ta po­ka­zu­ją­ca po­wo­jen­ne losy ofiar. Dzię­ki tym wy­po­wie­dziom zbie­ra­nym od wy­zwo­le­nia nie­mal do dziś moż­na zo­ba­czyć, jak de­struk­cyj­ne były do­świad­cze­nia Ho­lo­kau­stu dla tych, któ­rzy prze­ży­li. Nie ma moż­li­wo­ści wy­ma­za­nia z pa­mię­ci tam­te­go cza­su. Tyl­ko czę­ścio­wo oca­lo­nym uda­ło się wró­cić do świa­ta ży­wych. Lęk i kosz­ma­ry wra­ca­ją, a cza­sem wpły­wa­ją nisz­czą­co na ży­cie ko­lej­nych po­ko­leń - dzie­ci ofiar.

Za­po­mnia­ne gło­sy. Ho­lo­caust po­zwa­la czy­tel­ni­ko­wi do­strzec cią­głość ludz­kie­go tra­gicz­ne­go do­świad­cze­nia. Przed­sta­wia wy­rwa­nie z nor­mal­no­ści, pró­by do­sto­so­wa­nia do no­wych wa­run­ków i pró­by po­wro­tu do ży­cia. Czy­tel­nik po­zna­je lu­dzi, któ­rzy prze­trwa­li i oka­le­cze­ni fi­zycz­nie i psy­chicz­nie pró­bu­ją na nowo upo­rząd­ko­wać rze­czy­wi­stość, czę­sto bez po­wo­dze­nia. Ta książ­ka sta­no­wi ostrze­że­nie przed złem - ale jest tak­że po­mni­kiem ludz­kiej woli ży­cia i prze­trwa­nia. Siły czło­wie­ka, któ­ra bu­dzi naj­wyż­szy po­dziw i sta­no­wi na­ukę dla póź­niej­szych po­ko­leń.

Anna Pu­zie­wicz

SŁOWO WSTĘPNE LAURENCE'A REESA

Ta książ­ka głę­bo­ko Cię wzbu­rzy. Usły­szysz opo­wie­ści, któ­re Cię po­ru­szą i nie po­zwo­lą na obo­jęt­ność. A mimo to go­rą­co ją po­le­cam. Nie jest to aż tak dziw­ne, jak mo­gło­by się wy­da­wać - ta książ­ka ma bu­dzić nie­po­kój, na tym po­le­ga jej rola. Ma bu­dzić nie­po­kój tak wiel­ki, aby czy­tel­nik ni­g­dy nie za­po­mniał prze­czy­ta­nych hi­sto­rii.

Zgro­ma­dzo­no tu świa­dec­twa tych, któ­rzy cier­pie­li pod­czas na­zi­stow­skie­go lu­do­bój­stwa. Mają one ogrom­ne zna­cze­nia dla emo­cjo­nal­ne­go zro­zu­mie­nia Ho­lo­kau­stu. Ich efekt się ku­mu­lu­je. To nie jest jed­no świa­dec­two, tak da­le­ce róż­ne od in­nych, że zmie­ni przy­ję­ty ogląd hi­sto­rycz­ny tego te­ma­tu, po­wsta­ły w efek­cie ba­dań pro­wa­dzo­nych od wie­lu lat. Ten ma­te­riał po­trak­to­wa­ny ca­ło­ścio­wo - jako kosz­mar­na hi­sto­ria bu­do­wa­na na kosz­mar­nej hi­sto­rii - jest jak ude­rze­nie mło­tem. Jest ko­lej­nym zna­ko­mi­tym przy­kła­dem waż­nej pra­cy Im­pe­rial War Mu­seum jako kro­ni­ka­rza skut­ków kon­flik­tu.

Z tej książ­ki wie­le moż­na się do­wie­dzieć o ludz­kich za­cho­wa­niach w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych. Sta­no­wi ona po­twier­dze­nie prze­ko­na­nia wy­ra­żo­ne­go we wstę­pie do mo­jej ostat­niej książ­ki o Au­schwitz, że więk­szość tego, cze­go mo­że­my się na­uczyć, ba­da­jąc Ho­lo­kaust, jest "nie­do­bra". Nie­do­bra, po­nie­waż za­uwa­ża­my ule­głość du­cha ludz­kie­go. Nie­do­bra, po­nie­waż do­wia­du­je­my się (za­wsze to po­dej­rze­wa­li­śmy i mie­li­śmy na­dzie­ję, że to nie­praw­da), że więk­szość lu­dzi dzia­ła zwy­kle w swo­im wła­snym, cia­sno poj­mo­wa­nym in­te­re­sie. Na przy­kład John Sil­ber­man wspo­mi­na, że w ob­li­czu na­zi­stow­skich prze­śla­do­wań nie­ży­dow­scy przy­ja­cie­le jego ro­dzi­ców od­wró­ci­li się od nich. Prze­cięt­ny Nie­miec po pro­stu nie przej­mo­wał się tym, co się dzie­je. Hedy Ep­ste­in przy­po­mi­na so­bie do­świad­cze­nia ze szko­ły, za­raz po ata­ku na Ży­dów w noc krysz­ta­ło­wą w 1938 roku, kie­dy dy­rek­tor jej szko­ły wska­zał na nią i po­wie­dział: "Wy­noś się, brud­na Ży­dó­wo!".

Przy­gnę­bia­ją­cy ob­raz ludz­kiej na­tu­ry wy­ła­nia­ją­cy się z tych świa­dectw nie ogra­ni­cza się do tak zwa­nych "bier­nych ob­ser­wa­to­rów", obej­mu­je tak­że sa­mych prze­śla­do­wa­nych. Su­san Sinc­la­ir wspo­mi­na, jak jej oj­ciec po przy­by­ciu do Da­chau zo­ba­czył de­spe­ra­cję więź­niów, ka­żą­cą im wal­czyć o szczo­tecz­kę do zę­bów zmar­łe­go czło­wie­ka. W obo­zach, po­dob­nie jak wśród resz­ty nie­miec­kiej po­pu­la­cji, naj­waż­niej­szy był wła­sny in­te­res.

Nie wszy­scy jed­nak dzia­ła­li w ten spo­sób. Ist­nie­je wie­le świa­dectw, któ­re uka­zu­ją, że bo­ha­ter­stwo było moż­li­we, nie­za­leż­nie od nie­bez­pie­czeń­stwa. W Da­nii - to je­dy­ny taki przy­pa­dek - całe spo­łe­czeń­stwo dzia­ła­ło wspól­nie, aby ra­to­wać Ży­dów. Bar­dziej po­wszech­ne były zdu­mie­wa­ją­ce dzia­ła­nia jed­no­stek. Ha­li­na Kahn, któ­ra wy­szła na krót­ko z łódz­kie­go get­ta, oca­la­ła tyl­ko dla­te­go, że czło­nek Hi­tler­ju­gend za­uwa­żył jej gwiaz­dę Da­wi­da i nie­ocze­ki­wa­nie ją ukrył. W Au­strii John Law­ren­ce zo­stał ura­to­wa­ny przez wyż­sze­go ofi­ce­ra SS, któ­ry roz­pę­dził na­past­ni­ków, mó­wiąc, iż Niem­cy chcą "pra­wa i po­rząd­ku", a nie "dra­ni ta­kich jak wy".

Dla­cze­go tak nie­wie­lu lu­dzi dzia­ła­ło w spo­sób pra­wy i od­waż­ny? Nie je­ste­śmy w sta­nie po­znać od­po­wie­dzi - to jed­na z waż­niej­szych rze­czy, któ­rych mo­że­my się do­wie­dzieć dzię­ki temu świa­dec­twu. Co wię­cej, na pod­sta­wie przed­sta­wio­nych ma­te­ria­łów nie mo­że­my prze­wi­dy­wać, jak by­śmy się za­cho­wy­wa­li, gdy­by (Boże, ucho­waj) to wszyst­ko mia­ło się po­wtó­rzyć. Pa­mię­tam sło­wa Toj­wie­go Blat­ta, oca­lo­ne­go z obo­zu w So­bi­bo­rze, któ­ry po­wie­dział mi, że "nikt nie zna sie­bie sa­me­go" - to je­dy­na na­uka, jaką wy­cią­gnął z wła­snych prze­ra­ża­ją­cych do­świad­czeń. Był prze­ko­na­ny i po pro­stu wie­dział, że nie moż­na prze­wi­dzieć, jak za­cho­wa się czło­wiek w wa­run­kach eks­tre­mal­nych. Nie wie­my, jak by­śmy się za­cho­wa­li, to zna­czy nie wie­my, do­pó­ki nie zo­sta­nie­my po­sta­wie­ni w ta­kiej sy­tu­acji.

Świat, któ­ry nas ota­cza, jest bar­dzo kru­chy - to ko­lej­na rzecz, ja­kiej mo­że­my się do­wie­dzieć z tej książ­ki. W Niem­czech, na Wę­grzech, w Cze­cho­sło­wa­cji ży­dow­ska mniej­szość prze­ko­na­ła się, że jej kom­for­to­wa eg­zy­sten­cja może zo­stać znisz­czo­na w kil­ka chwil. We wszyst­kich świa­dec­twach Ży­dów, któ­rzy do­świad­czy­li na­zi­zmu jako dzie­ci, wi­dać zdu­mie­nie - jest to je­dy­na re­ak­cja na na­głe i nie­ocze­ki­wa­ne prze­śla­do­wa­nie. Na przy­kład Edith Ba­neth zo­sta­ła ob­ce­so­wo od­pra­wio­na przez na­uczy­cie­la łyż­wiar­stwa, po­nie­waż była Ży­dów­ką: "Nie mo­głam po­jąć, co ma moje ży­do­stwo do mo­jej jaz­dy na łyż­wach". Pró­bu­jąc zna­leźć sens tych kom­plet­nie bez­sen­sow­nych prze­śla­do­wań, wie­lu lu­dzi za­czę­ło za­sta­na­wiać się nad sobą. Co zro­bi­li, żeby za­słu­żyć na ta­kie trak­to­wa­nie? Tak oto do­wia­du­je­my o sła­bo zna­nej, prze­wrot­nej kon­se­kwen­cji na­zi­stow­skich ak­cji prze­ciw Ży­dom w la­tach trzy­dzie­stych. Tra­gicz­ne było to, że część ży­dow­skich dzie­ci za­czę­ła sama sie­bie ob­wi­niać za wła­sne cier­pie­nia.

Na du­chu może pod­nieść fakt, jak wie­le po­wo­dów lu­dzie po­tra­fi­li zna­leźć, aby przejść przez tę zgro­zę. Nie­któ­rzy my­śle­li o by­ciu ra­zem i udzie­la­niu so­bie wza­jem­nej po­mo­cy w ra­mach ro­dzi­ny, inni ma­rzy­li o dniu, kie­dy wró­cą do domu, a mło­dy cze­ski Żyd Geo­r­ge (Je­rzy) Hart­man nie chciał umrzeć, za­nim nie stra­ci nie­win­no­ści.

Cały ze­bra­ny ma­te­riał bu­dzi jed­nak po­waż­ne za­strze­że­nia. Nie cho­dzi tyl­ko to, że ust­ne świa­dec­twa ze swej na­tu­ry są nie­peł­ne i frag­men­ta­rycz­ne - to dość oczy­wi­sta kon­sta­ta­cja - ale o to, że opo­wie­ści, któ­rych przede wszyst­kim po­win­ni­śmy wy­słu­chać, nie mogą być za­pre­zen­to­wa­ne w tej książ­ce, po­nie­waż mu­sia­ły­by to być hi­sto­rie lu­dzi po­mor­do­wa­nych przez na­zi­stów. Czy­ta­jąc tę książ­kę, mu­si­my pa­mię­tać, że przed­sta­wio­ne w niej świa­dec­twa to hi­sto­rie lu­dzi na­le­żą­cych do mniej­szo­ści, któ­rej z ja­kichś po­wo­dów uda­ło się prze­żyć. Nikt nie wró­cił z ko­mór ga­zo­wych Tre­blin­ki, z ma­so­wych gro­bów na fron­cie wschod­nim czy ze sto­sów ciał w get­tach na te­re­nie Pol­ski, aby opo­wie­dzieć o swo­ich do­świad­cze­niach. Do­świad­cze­niach, któ­re były nor­mą, a nie wy­jąt­kiem. Mu­si­my uru­cho­mić wy­obraź­nię - jak­kol­wiek jest nie­wy­star­cza­ją­ca - aby spró­bo­wać wy­peł­nić tę lukę.

Jesz­cze cze­goś bę­dzie­my bez­sku­tecz­nie w tej książ­ce po­szu­ki­wać - ja­kie­go­kol­wiek ja­sne­go wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go nie­któ­rzy lu­dzie prze­trwa­li, choć inni w tych sa­mych oko­licz­no­ściach gi­nę­li. Mo­że­my się je­dy­nie do­wie­dzieć, że ży­cie bywa ka­pry­śne. W obo­zach nie­któ­rzy zo­sta­li prze­zna­cze­ni do ży­cia, a nie na śmierć, tyl­ko dla­te­go, że byli "szczę­ścia­rza­mi". Wy­obraź­my so­bie po­wieść zbu­do­wa­ną wo­kół ta­kiej fa­bu­ły. Bo­ha­ter jest gnę­bio­ny przez los, nad któ­rym nie może za­pa­no­wać, i jego prze­ży­cie lub śmierć są kwe­stią przy­pad­ku. Brzmi jak prze­pis na be­st­sel­ler, nie­praw­daż? A prze­cież w tej książ­ce co chwi­la słu­cha­my opo­wie­ści lu­dzi, któ­rzy mu­sie­li zmie­rzyć się ze strasz­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi, w ja­kich zna­leź­li się bez żad­ne­go po­wo­du. Ta kosz­mar­na rze­czy­wi­stość spra­wia, że ta książ­ka jest waż­niej­sza niż ja­ka­kol­wiek po­wieść. W tej książ­ce do­brzy lu­dzie - ci, któ­rzy po­win­ni zdo­być sym­pa­tię czy­tel­ni­ka - są czę­sto za­bi­ja­ni, bez­sen­sow­nie i nie­spra­wie­dli­wie. Ta­kie sy­tu­acje z re­gu­ły nie po­ja­wia­ją się w po­wie­ści, co wy­ja­śnia, dla­cze­go hi­sto­ria może być znacz­nie waż­niej­sza.

Jest wresz­cie ostat­ni po­wód, dla któ­re­go ta książ­ka mu­sia­ła za­ist­nieć: na­dal są lu­dzie, któ­rzy uwa­ża­ją, że ta­kie wy­da­rze­nia ni­g­dy nie mia­ły miej­sca. Nie­daw­no, pod­czas dys­ku­sji na te­mat mo­jej książ­ki o Au­schwitz, zo­sta­łem skon­fron­to­wa­ny z czło­wie­kiem, któ­ry za­prze­cza Ho­lo­kau­sto­wi. Ten czło­wiek za­czął na mnie krzy­czeć. Nie chciał słu­chać ar­gu­men­tów i był prze­ko­na­ny o obłą­kań­czych kon­spi­ra­cyj­nych teo­riach. Tacy lu­dzie na­praw­dę ist­nie­ją. I za­wsze jest moż­li­wość, że kie­dy wszy­scy pa­mię­ta­ją­cy te strasz­ne cza­sy umrą, po­ja­wi się wię­cej prób za­ciem­nie­nia tego, co się sta­ło, lub za­prze­cze­nia wszyst­kim tym wy­da­rze­niom. Każ­da z osób, któ­re zgo­dzi­ły się opo­wie­dzieć o swo­ich do­świad­cze­niach w ra­mach tego pro­jek­tu, sprze­ci­wia się ta­kim kłam­stwom. Każ­da hi­sto­ria jest świa­dec­twem praw­dy, że w po­ło­wie XX wie­ku ist­niał w Eu­ro­pie re­żim tak zbrod­ni­czy, że nie­po­dob­ny do żad­ne­go in­ne­go w hi­sto­rii. Każ­da z nich oca­la na za­wsze pa­mięć o ludz­kim prze­trwa­niu.

PROLOG

Życie było bardzo dobre i żyliśmy jak inni Niemcy.

Rudi Bamber

Uczeń niemiecki pochodzenia żydowskiego, Norymberga

Moja ro­dzi­na miesz­ka­ła w Niem­czech od wie­lu po­ko­leń i uwa­ża­ła się przede wszyst­kim za Niem­ców. Ro­dzi­ce po­bra­li się w 1919 roku, po po­wro­cie ojca z I woj­ny świa­to­wej; ja uro­dzi­łem się w 1920 roku. Zwy­kle cho­dzi­li­śmy do sy­na­go­gi w Dni Po­ku­ty[1] i ro­dzi­ce pró­bo­wa­li opo­wia­dać mi o ży­dow­skich świę­tach, ale nie by­li­śmy bar­dzo re­li­gij­ną ro­dzi­ną. To było spo­koj­ne, miłe dzie­ciń­stwo na obrze­żach No­rym­ber­gi, gdzie mój wuj zbu­do­wał duży dom - my miesz­ka­li­śmy na par­te­rze, a nasi krew­ni na pię­trze. Moja sio­stra, pięć lat młod­sza ode mnie, wy­glą­da­ła bar­dzo ger­mań­sko: dłu­gie, ja­sne wło­sy, nie­bie­skie oczy i ja­sna cera. Ja tak­że by­łem nie­bie­sko­okim blon­dy­nem - mój wy­gląd był "aryj­ski".

No­rym­ber­ga to było pięk­ne, sta­re mia­sto z wie­lo­ma za­byt­ka­mi. Na du­żym ryn­ku w okre­sie Bo­że­go Na­ro­dze­nia po­ja­wia­ły się stra­ga­ny z za­baw­ka­mi i sło­dy­cza­mi - uwiel­bia­łem tam cho­dzić i oglą­dać te wszyst­kie wspa­nia­łe rze­czy wy­sta­wio­ne na sprze­daż. To było ko­smo­po­li­tycz­ne mia­sto: wie­le skle­pów i re­stau­ra­cji, duży za­mek. No i oczy­wi­ście dom Düre­ra i me­ister­sin­ge­rów, o któ­rych Wa­gner na­pi­sał ope­rę[2]. Ba­wa­ria była sil­nie pra­wi­co­wa, z ukry­tym an­ty­se­mic­kim na­sta­wie­niem, po­pie­ra­nym głów­nie przez Ko­ściół ka­to­lic­ki. Ży­dzi od­gry­wa­li zna­czą­cą rolę w li­be­ral­nych i po­stę­po­wych ru­chach le­wi­co­wych, co nie po­do­ba­ło się spo­łecz­no­ści zło­żo­nej w więk­szo­ści z rol­ni­ków o zde­cy­do­wa­nie pra­wi­co­wych sym­pa­tiach. Za­wsze ist­niał tu pod­skór­ny prąd an­ty­se­mi­ty­zmu - nie­przy­pad­ko­wo wła­śnie w Mo­na­chium Hi­tler pró­bo­wał w la­tach dwu­dzie­stych roz­po­cząć zbroj­ne po­wsta­nie[3], któ­re zo­sta­ło na­stęp­nie stłu­mio­ne.

Trude Levi z rodzicami w ich mieszkaniu, Szombathely, Węgry, wczesne lata trzydzieste ? Trude Levi

John Fink

Uczeń niemiecki pochodzenia żydowskiego, Berlin

Po­cho­dzę z Ber­li­na. Uro­dzi­łem się 12 sierp­nia 1920 roku. Mój oj­ciec miał na przed­mie­ściu pa­sman­te­rię, ale stra­cił wszyst­ko pod­czas kry­zy­su w la­tach 1923-24, kie­dy sza­le­ją­ca in­fla­cja spra­wi­ła, że pie­nią­dze sta­ły się bez­war­to­ścio­we. Oj­ciec zna­lazł pra­cę w domu to­wa­ro­wym w Ber­li­nie... Pa­mię­tam, że w 1928 roku była strasz­na zima, a oj­ciec był bez pra­cy od kil­ku lat. Cho­dził od domu do domu i sprze­da­wał je­dze­nie - mar­ga­ry­nę i kieł­ba­ski. Wie­czo­ra­mi ro­dzi­ce pra­co­wa­li dla domu sprze­da­ży wy­sył­ko­wej, ad­re­su­jąc ko­per­ty. Bar­dzo, bar­dzo cięż­kie cza­sy.

Ruth Foster

Uczennica niemiecka pochodzenia żydowskiego, Lingen

Uro­dzi­łam się w 1923 roku w Lin­gen, pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­ku bli­sko gra­ni­cy ho­len­der­skiej. Ro­dzi­na mo­je­go ojca miesz­ka­ła w tej oko­li­cy od 1670 roku. Mat­ka po­cho­dzi­ła z Ho­lan­dii. Lin­gen w tym cza­sie li­czy­ło oko­ło 25 000 miesz­kań­ców, w tym oko­ło 20 ro­dzin ży­dow­skich. By­łam je­dy­nym dziec­kiem. Ro­dzi­ce mie­li dość kom­for­to­wą sy­tu­ację: oj­ciec han­dlo­wał by­dłem, jak więk­szość Ży­dów na tym te­re­nie. Nasz dom był or­to­dok­syj­nie ży­dow­ski; mama była go­spo­dy­nią do­mo­wą, uwiel­bia­ła śpie­wać i cho­dzić do te­atru w są­sied­nich mia­stach Osna­brück i Mün­ster. Nie­opo­dal mie­li­śmy bli­ską ro­dzi­nę: ciot­ki, wu­jo­wie i ku­zy­ni miesz­ka­li na pro­win­cji. La­tem jeź­dzi­li­śmy do lasu na ja­go­dy kon­nym wo­zem, któ­ry zdo­był dla nas oj­ciec. Ży­cie było wspa­nia­łe i ży­li­śmy jak inni Niem­cy, na­wet je­śli by­li­śmy Ży­da­mi w du­szy i w domu. Oj­ciec na­le­żał do miej­sco­we­go mę­skie­go chó­ru i to­wa­rzy­stwa strze­lec­kie­go, był bar­dzo to­wa­rzy­ski. Pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej słu­żył w woj­sku, z cze­go był dum­ny. Był hu­za­rem, za wa­lecz­ność zo­stał od­zna­czo­ny Krzy­żem Że­la­znym I i II kla­sy.

Naj­pierw cho­dzi­łam do przed­szko­la, a po­tem do szko­ły po­wszech­nej w Lin­gen. W wie­ku 11 lat za­czę­łam na­ukę w gim­na­zjum w Lin­gen. Mia­łam mnó­stwo zna­jo­mych, są­sia­dów, by­łam bar­dzo po­pu­lar­na. Na­le­ża­łam do chó­ru i klu­bu spor­to­we­go. By­łam jed­ną z nich.

(Sir) Hans Krebs

Biochemik niemiecki pochodzenia żydowskiego, Fryburg

Po przy­by­ciu do Fry­bur­ga roz­wi­ja­łem wła­sny kie­ru­nek ba­dań i by­łem nie­zwy­kle szczę­śli­wy, kie­dy moja pró­ba oka­za­ła się suk­ce­sem. Za­ją­łem się pro­stym pro­ble­mem: me­cha­ni­zmem prze­kształ­ca­nia koń­co­we­go pro­duk­tu me­ta­bo­li­zmu azo­tu w or­ga­ni­zmie, a wy­ni­ki oka­za­ły się wiel­kim od­kry­ciem, na­tych­miast za­uwa­żo­nym w kra­ju i na świe­cie. Za­pew­ni­ło mi to po­zy­cję nie­za­leż­ne­go i ory­gi­nal­ne­go ba­da­cza, do­ce­nia­ne­go na ca­łym świe­cie. Moje ba­da­nia zo­sta­ły po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­ne w 1932 roku.

Else Baker

Niemieckie dziecko z domieszką cygańskiej krwi, Hamburg

Mia­łam przy­bra­nych ro­dzi­ców. Uwa­ża­łam ich za praw­dzi­wych i miesz­ka­łam w ich wła­snym domu z wiel­kim ogro­dem. Pa­mię­tam za­ba­wy w ogro­dzie w sło­necz­ne dni, przy­ja­ciół i pre­zen­ty od świę­te­go Mi­ko­ła­ja; ocze­ki­wa­nie na Boże Na­ro­dze­nie, jaj­ka pod­kła­da­ne przez za­jącz­ka na Wiel­ka­noc. I zimę - mia­łam pięk­ne san­ki i pa­mię­tam, jak zjeż­dża­łam na nich z przy­ja­ciół­mi. Dzie­ci mo­ich przy­bra­nych ro­dzi­ców były star­sze ode mnie. Moje wcze­sne dzie­ciń­stwo na przed­mie­ściach Ham­bur­ga było idyl­licz­ne.

Magdalena Kusserow Reuter

Dziecko niemieckich świadków Jehowy, Bad Lippspringe

Po­cho­dzę z du­żej, szczę­śli­wej ro­dzi­ny - by­łam ósmym z je­de­na­ścior­ga dzie­ci. Na­sze ży­cie było bar­dzo ra­do­sne. Cho­dzi­li­śmy na wy­ciecz­ki, każ­de z nas mu­sia­ło się uczyć gry na ja­kimś in­stru­men­cie i czę­sto wspól­nie mu­zy­ko­wa­li­śmy. Oj­ciec uczył nas Bi­blii - by­li­śmy wte­dy bar­dzo szczę­śli­wi i ko­cha­li­śmy te lek­cje. Ra­zem z oj­cem cho­dzi­li­śmy pły­wać. W ogro­dzie ro­sły ja­bło­nie. Kie­dy jabł­ka doj­rze­wa­ły, sia­da­li­śmy przy sto­le, przy­go­to­wy­wa­li­śmy jabł­ka i pie­kli­śmy szar­lot­kę. Mie­li­śmy zwie­rzę­ta: kacz­ki i gęsi, cza­sem kozę, aby mieć mle­ko. W 1930 roku za­czę­łam cho­dzić do szko­ły i pierw­sze lata były wspa­nia­łe.

John Lawrence

Austriacki uczeń pochodzenia żydowskiego, Wiedeń

Uro­dzi­łem się w Wied­niu, w dzie­wią­tej dziel­ni­cy, 29 maja 1922 roku. Ro­dzi­ce byli na­ro­do­wo­ści au­striac­kiej, ale nie po­cho­dzi­li z Wied­nia - oj­ciec uro­dził się w Kra­ko­wie, w Pol­sce, a mat­ka w Oświę­ci­miu. Miesz­ka­łem w Wied­niu aż do na­sze­go wy­jaz­du 29 czerw­ca 1938 roku. Mie­li­śmy ład­ne miesz­ka­nie, cho­dzi­łem do bar­dzo do­brych szkół. By­łem za­fa­scy­no­wa­ny, jak wszy­scy w mło­do­ści, sztu­ką, mu­zy­ką i te­atrem; cho­dzi­li­śmy do naj­lep­szych te­atrów i sal kon­cer­to­wych. W szko­le Ży­dów było nie­wie­lu, my­ślę, że oko­ło sze­ściu na 1000 uczniów. Spę­dza­łem czas jak inni mło­dzi lu­dzie: cu­dow­ne wa­ka­cje, jaz­da na nar­tach i wy­jaz­dy nad Mo­rze Śród­ziem­ne. Nie bra­ko­wa­ło mi ni­cze­go. Ro­dzi­ce bar­dzo nas ko­cha­li i trosz­czy­li się o nas. Na­le­że­li­śmy do kla­sy śred­niej. Oj­ciec był skrom­ny, w tym zna­cze­niu, że nie lu­bił się po­pi­sy­wać - choć mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na pry­wat­ny sa­mo­chód, ku­pił dwie tak­sów­ki i jeź­dził nimi, ma­jąc cały czas zła­ma­ną cho­rą­giew­kę. Nie chciał wzbu­dzać za­zdro­ści - jak wia­do­mo, to jed­na z głów­nych cech Au­stria­ków.

Jan Hartman

Czeski uczeń pochodzenia żydowskiego, Praga

Moje imię jest czę­ścią mo­jej hi­sto­rii: Jan jest cze­skim od­po­wied­ni­kiem Joh­na. Jako chło­piec i mło­dy czło­wiek za­wsze są­dzi­łem, że je­stem Cze­chem jak inni, wy­cho­wa­nym w cze­skiej ro­dzi­nie. Ale to nie było tak pro­ste. Mój oj­ciec był praw­ni­kiem, spor­tow­cem i tro­chę ar­ty­stą. Po­cho­dził z ży­dow­skiej ro­dzi­ny, ale nikt mi o tym nie po­wie­dział. Po­ślu­bił moją mat­kę, tak­że Ży­dów­kę, ale o tym też nie wie­dzia­łem... Wy­cho­wy­wa­li nas bar­dzo li­be­ral­nie. Gdy­by ktoś spy­tał mnie o re­li­gię mo­jej mat­ki, po­wie­dział­bym, że były nią dzie­ci, to zna­czy mój brat Je­rzy (Geo­r­ge) i ja. Po­świę­ci­ła się nam. Ma­te­rial­nie po­wo­dzi­ło się nam do­brze i żyło się nam ła­two, to­też gdy przy­szła woj­na, żad­ną mia­rą nie by­li­śmy przy­go­to­wa­ni na sta­wie­nie czo­ła trud­no­ściom, któ­re przy­nio­sła.

Bracia Hartmanowie, Praga 1931 r.: Jerzy (6) i Jan (5) ? Jan Hartman

Edith Baneth

Czeska uczennica pochodzenia żydowskiego, Opawa

Prowa­dzi­li­śmy przy­jem­ne ży­cie w bar­dzo du­żej ro­dzi­nie. Mie­li­śmy ład­ne miesz­ka­nie na przed­mie­ściach Opa­wy, na Ślą­sku, sa­mo­chód i nie­źle nam się po­wo­dzi­ło. Spo­łecz­ność ży­dow­ska była do­brze zin­te­gro­wa­na, nie było an­ty­se­mi­ty­zmu, by­li­śmy ta­ki­mi sa­my­mi oby­wa­te­la­mi jak inni. Ro­dzi­ce mie­li przy­ja­ciół ży­dow­skich i nie­ży­dow­skich, a myśl, że je­ste­śmy inni, ni­g­dy nie przy­szła mi do gło­wy. W mo­jej kla­sie było kil­ka Ży­dó­wek i w cza­sie lek­cji re­li­gii po pro­stu wy­cho­dzi­ły­śmy z sali. Mia­ły­śmy wła­sne lek­cje re­li­gii w nie­dzie­lę rano i to była je­dy­na róż­ni­ca mię­dzy Ży­da­mi i nie-Ży­da­mi w na­szym mie­ście.

Jacob Pesate

Rumuński student żydowskiego pochodzenia, Czerniowce, Bukowina

Czer­niow­ce były mia­stem wie­lo­na­ro­do­wym, li­czą­cym oko­ło 120 000 miesz­kań­ców, z któ­rych jed­ną po­ło­wę sta­no­wi­li Ży­dzi, a dru­gą Niem­cy, Ukra­iń­cy i Ru­mu­ni. Moi ro­dzi­ce ni­g­dy nie byli za­moż­ni - oj­ciec miał mały sklep z to­wa­ra­mi tek­styl­ny­mi. By­łem naj­star­szy z troj­ga dzie­ci. Ro­dzi­ce pła­ci­li za moją na­ukę w szko­le pry­wat­nej, gdzie zda­łem eg­za­min do Real Ly­cée, spon­so­ro­wa­ne­go przez Ko­ściół pra­wo­sław­ny. W tej szko­le ży­dow­scy ucznio­wie czę­sto do­świad­cza­li an­ty­se­mi­ty­zmu. Chłop­cy po­cho­dzi­li z róż­nych ro­dzin, czę­sto skła­nia­ją­cych się w kie­run­ku na­cjo­na­li­zmu, nie­któ­rzy pro­fe­so­ro­wie na­le­że­li do par­tii fa­szy­stow­skiej, ale w szko­le za­cho­wy­wa­li się bar­dzo po­praw­nie. W moim rocz­ni­ku przyj­mo­wa­no jesz­cze Ży­dów do szko­ły, ale skoń­czy­ło się to już w ko­lej­nym roku, zgod­nie z nową, za­twier­dzo­ną przez Cer­kiew za­sa­dą. To nie był ła­twy czas dla ży­dow­skich chłop­ców, dzie­ci pra­wo­sław­nych chrze­ści­jan umia­ły mniej, ale mia­ły lep­sze oce­ny. Czę­sto zwra­ca­no się do nas pe­jo­ra­tyw­nie "żydu". Po­nie­waż było nas spo­ro, bro­ni­li­śmy się, więc by­wa­ło bar­dzo nie­przy­jem­nie.

Roman Halter

Polski uczeń pochodzenia żydowskiego, Chodecz

Uro­dzi­łem się w Chod­czu, ma­łym mie­ście na­zy­wa­nym w ji­dysz sztetl. Osiem­set­o­so­bo­wa spo­łecz­ność ży­dow­ska skła­da­ła się z lu­dzi bied­nych i bar­dzo bied­nych. Uwa­ża­łem, że je­ste­śmy bar­dzo za­moż­ni, bo na­le­że­li­śmy do trzech czy czte­rech ro­dzin uwa­ża­nych za bo­ga­te. Oj­ciec han­dlo­wał drew­nem, wę­glem i ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi.

Na­sza sy­na­go­ga skła­da­ła się z ze­wnętrz­nych ścian i drew­nia­ne­go po­miesz­cze­nia we­wnętrz­ne­go. Na oknach były me­ta­lo­we kra­ty - ro­dzaj za­bez­pie­cze­nia. Były tak pięk­ne, że spo­łecz­ność ży­dow­ska zde­cy­do­wa­ła, żeby umie­ścić je we­wnątrz, a nie na ze­wnątrz. Wśród nas był szklarz, któ­ry pod­jął się oszkle­nia okien, kie­dy zo­sta­ły po­wy­bi­ja­ne z pro­cy. Dla nas, dzie­ci, sy­na­go­ga była pięk­na. Była jak wnę­trze in­stru­men­tu mu­zycz­ne­go, jak­by­śmy sie­dzie­li w środ­ku skrzy­piec i się mo­dli­li. Zbu­do­wa­no ją tak, że bima (pod­nie­sio­ne miej­sce ze sto­łem do od­czy­ty­wa­nia Tory) znaj­do­wa­ła się w środ­ku, a arka była nie­co pod­nie­sio­na i oto­czo­na przez ko­ha­nim (ka­pła­nów).

Ra­bin sie­dział po pra­wej stro­nie ze star­szy­zną. Oj­ciec na­le­żał do Rady Ra­bi­nów i rady miej­skiej, więc za­sia­dał bli­sko ra­bi­na. Mu­sia­łem sie­dzieć koło ojca i dziad­ka i nie wier­cić się, po­nie­waż znaj­do­wa­łem się w waż­nym miej­scu. Sie­dząc na­prze­ciw ga­le­rii, mia­łem świet­ny wi­dok na mat­kę i ko­bie­ty na gó­rze; no­si­ły cu­dow­ne we­lo­ny i wy­glą­da­ły jak Hisz­pan­ki z ob­ra­zów Goi. Ubra­nie się i na­ło­że­nie we­lo­nu było bar­dzo waż­ne, więc wszy­scy po­ma­ga­li so­bie w sza­bat. Uwiel­bia­łem sie­dzieć w sy­na­go­dze i pa­trzyć na ko­bie­ty, oglą­dać kra­ty i wspa­nia­łą bimę z rzeź­bio­ne­go drew­na. Da­wa­ło mi to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, czu­łem bło­go­stan, mo­głem słu­chać pięk­ne­go śpie­wu i my­śleć: może w przy­szłym roku mój głos bę­dzie już miał od­po­wied­nie brzmie­nie i będę mógł w tym uczest­ni­czyć.

Lu­dzie, któ­rzy nie mie­li ła­zie­nek lub go­rą­cej wody, cho­dzi­li do ry­tu­al­nych łaź­ni otwie­ra­nych w czwar­tek lub w pią­tek rano - jed­na se­sja dla ko­biet, dru­ga dla męż­czyzn. Łaź­nia była ob­słu­gi­wa­na przez tego sa­me­go męż­czy­znę, któ­ry czy­tał Torę w so­bo­tę. Kie­dy przy­cho­dzi­łem z oj­cem i dziad­kiem na ry­tu­al­ną ką­piel od­by­wa­ją­cą się w my­kwie, sza­mes (po­moc­nik) do­sta­wał mo­ne­tę, coś jak­by na­pi­wek, przed wej­ściem, po czym roz­bie­ra­li­śmy się i szo­ro­wał nas. Nie­któ­rzy męż­czyź­ni byli chło­sta­ni ró­zga­mi, za co sza­mes do­sta­wał nie­co wię­cej pie­nię­dzy. Na­stęp­nie, po po­now­nym my­ciu z gło­wą włącz­nie, mo­gli­śmy zejść i za­nu­rzyć się w ry­tu­al­nej ką­pie­li. Mu­sia­ła być czy­sta, więc ni­ko­mu nie było wol­no za­nu­rzyć się bez wcze­śniej­sze­go umy­cia się lub by­cia umy­tym przez sza­me­sa. Każ­dy, kto zszedł na dół, za­nu­rzał się trzy­krot­nie w pa­ru­ją­cej wo­dzie i wy­cho­dził. Po­tem nie­któ­rzy opłu­ki­wa­li się zim­ną wodą i za­czy­na­li śpie­wać. Z po­wo­du me­ta­lo­wej becz­ki, w któ­rej trzy­ma­no wodę na ką­piel na dole, aku­sty­ka była zna­ko­mi­ta, po­dob­nie jak w stud­ni. A męż­czyź­ni śpie­wa­li i opo­wia­da­li dow­ci­py. By­łem wy­sy­ła­ny na ze­wnątrz i ża­ło­wa­łem, że nie mogę słu­chać tych wier­szo­wa­nych i nie­przy­zwo­itych żar­tów. Sły­sza­łem je­dy­nie stłu­mio­ne od­gło­sy śmie­chu i dźwię­ki do­cho­dzą­ce zza ścian - to wszyst­ko. Cze­ka­łem, aż wyj­dą i pój­dzie­my do domu. Waż­ne było, aby umyć się przed sza­ba­tem, więc przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu każ­dy był czy­sty.

W każ­dy pią­tek ktoś za­no­sił czu­lent do pie­ka­rza. Był to duży gar­nek, za­mknię­ty jak szyb­ko­war z po­kryw­ką owi­nię­tą róż­ny­mi szmat­ka­mi. Za­wie­rał ziem­nia­ki, ka­szę jęcz­mien­ną, fa­so­lę i mię­so - zwy­kle mo­stek, uwa­ża­ny za naj­lep­szy. We­wnątrz znaj­do­wa­ły się inne garn­ki z mar­chew­ką, ro­dzyn­ka­mi i nie­kie­dy jabł­ka­mi, co sta­no­wi­ło de­ser. Ca­łość była za­mknię­ta, a gar­nek był opa­trzo­ny in­for­ma­cją, gdzie ma być po­sta­wio­ny: w środ­ku, po pra­wej lub po le­wej stro­nie. Każ­da ko­bie­ta wie­dzia­ła, gdzie znaj­du­je się go­rą­ca część pie­kar­skie­go pie­ca.

Zwy­kle za­no­si­ło go naj­młod­sze dziec­ko i zimą moje san­ki były wy­po­sa­żo­ne w za­bez­pie­cze­nie z boku, że­bym mógł za­wieźć czu­lent do pie­ka­rza. Mia­łem tak­że szturch­nąć pie­ka­rza i po­wie­dzieć: "Pa­mię­taj, że ma stać po le­wej stro­nie i nie za da­le­ko od koń­ca", po­nie­waż po­sta­wio­ny po­środ­ku na­grze­wał się za bar­dzo. Od­bie­ra­li­śmy go w so­bo­tę, gdy koń­czył się sza­bat. To był so­lid­ny po­si­łek, po zje­dze­niu któ­re­go wszy­scy uda­wa­li się na od­po­czy­nek. Każ­dy szu­kał spo­koj­ne­go kąta, by móc drze­mać przez kil­ka go­dzin. Uwa­ża­li­śmy, że czu­lent jest prze­pysz­ny, a po­nie­waż zimy były mroź­ne, ten ro­dzaj po­sił­ku był zna­ko­mi­ty.

Wła­ści­wie nie da się po­rów­nać tam­te­go ży­cia z dzi­siej­szym, bo tam­to było bar­dzo cięż­kie. Tak na­praw­dę je­dli­śmy je­den po­si­łek dzien­nie. Ale to nie prze­szka­dza­ło - chu­dość i ko­ści na wierz­chu były w po­rząd­ku. Dziś wszy­scy je­ste­śmy za gru­bi. Po­wie­trze było świe­że, bez za­nie­czysz­czeń, a ży­cie w ma­łym mia­stecz­ku, ta­kim jak Cho­decz, wspa­nia­łe: były lasy, je­zio­ro. Po cięż­kim sza­ba­to­wym je­dze­niu i drzem­ce moż­na było pójść na spa­cer do je­zio­ra i wró­cić do domu, po­nie­waż w sza­bat nie wol­no było nic ro­bić. Mie­li­śmy szczę­ście - w na­szym domu znaj­do­wał się piec i miesz­ka­nie zimą było cie­płe. Mia­łem mu­zy­kal­ną ciot­kę, któ­ra gry­wa­ła na man­do­li­nie, oraz wuja - dy­ry­gen­ta or­kie­stry stra­żac­kiej, gra­ją­ce­go na fle­cie, więc była mu­zy­ka, śpiew, gra w sza­chy i roz­mo­wy. Ko­cha­łem to.

Ra­bin zde­cy­do­wał, że po­win­ni­śmy mieć bi­blio­te­kę, więc była też bi­blio­te­ka peł­na ży­dow­skich ksią­żek, wśród któ­rych znaj­do­wa­ło się wie­le opo­wia­dań na­gra­dza­nych ży­dow­skich au­to­rów. Oj­ciec w pią­tek po po­sił­ku brał ga­ze­tę i czy­tał cie­ka­we ar­ty­ku­ły w ji­dysz, a my sie­dzie­li­śmy wo­kół. Da­wa­ło to wspa­nia­łe po­czu­cie bo­gac­twa in­te­lek­tu­al­ne­go. Był tak­że zwy­czaj, że je­śli do mia­sta przy­by­wa­li po­dróż­ni, to po piąt­ko­wych za­ję­ciach sta­wa­li obok ra­bi­na, a pew­ne ro­dzi­ny były zo­bo­wią­za­ne do za­pro­sze­nia ich na noc­leg i po­si­łek. Trze­ba było się z nimi przy­wi­tać, oj­ciec mó­wił: "Chodź z nami", a oni przy­cho­dzi­li i przy­no­si­li wia­do­mo­ści z in­nych miejsc. Było to od­wza­jem­nia­ne, kie­dy po­dró­żo­wa­no do in­nych miejsc. W ten spo­sób po­zna­wa­li­śmy świat poza Chod­czem.

Roman Halter dorastający w Chodczu, Polska ? Roman Halter

Przypisy

[1] (Hebr. Ja­mim No­ra­im, jid. Jo­mim Noj­ro­jim "Strasz­ne [Groź­ne] Dni"). Dzie­sięć dni po­mię­dzy świę­ta­mi Rosz ha-Sza­na (świę­to No­we­go Roku, w Pol­sce zwa­ne tak­że świę­tem Trą­bek) a Jom Ki­pur (Dniem Po­jed­na­nia), uwa­ża­ne za naj­święt­sze dni re­li­gii ży­dow­skiej (przyp. red.).

[2] Die Me­ister­sin­ger von Nürn­berg, Śpie­wa­cy no­rym­ber­scy (przyp. tłum.).

[3] Cho­dzi pró­bę prze­ję­cia wła­dzy w nocy z 8 na 9 li­sto­pa­da, tzw. pucz mo­na­chij­ski (przyp. tłum.).