Rozdział 1
Czasami, wspominając dni, które spędziłem z Sherlockiem Holmesem, próbuję opisać, co czułem, gdy władze wzywały nas do rozwikłania zagadek, które wprawiały w zakłopotanie ich najtęższe umysły. Muszę w tym miejscu nadmienić, że opisy te zawsze irytowały mojego towarzysza, uważa on bowiem, że zainteresowanie takimi sprawami powinno być dla człowieka czymś oczywistym i logicznym, niczym instrukcja obsługi silnika parowozu. Po co zatem analizować w tych relacjach własne emocje i korzystać z podobnych ubarwień? A jednak mimo podziwu, jakim od zawsze darzyłem Holmesa - najwybitniejszego detektywa, jakiego widział świat - w tej kwestii niezmiennie się mu sprzeciwiałem.
Muszę zatem opisać, co poczułem w blasku zachodzącego słońca dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia 1889 roku.
Był to strach. Strach, jakiego nigdy dotąd nie znałem.
Zabójstwo brytyjskiego ministra wojny, podczas gdy cała Europa stała na skraju konfliktu zbrojnego, mogło być iskrą, od której zapłonie cały kontynent. W tamtym czasie wojna ogarnęłaby znaczną część świata. Ja zaś widziałem już wojnę. Tak jak widziałem otwarte bramy piekieł.
Tego, co stało między nami a owymi bramami, nie spodziewałem się zobaczyć w najśmielszych nawet snach. Był to widok szlachetnego Sherlocka Holmesa i złego do szpiku kości luminarza kryminalnego półświatka, profesora Jamesa Moriarty'ego, współpracujących, jak gdyby byli starymi przyjaciółmi, a nie zaprzysiężonymi wrogami. Współpracujących, by ocalić Europę od katastrofy.
Tak, na szwajcarskiej górze, gdy na zewnątrz szalała potworna śnieżyca, ich umysły pracowały niczym jeden, dopasowywały się do siebie, tworząc hybrydę dobra i zła: broń, która zada pierwszy cios zagrożeniu, jakiego świat jeszcze nie widział - i modlę się do Boga, by nigdy więcej nie musiał oglądać. Gdy zapadła noc, Moriarty spojrzał na mnie i wyciągnął rękę. W odpowiedzi pokiwałem głową i wręczyłem mu garść pocisków, z których każdy miał pozbawić człowieka życia, gdy...
Ale, ale. Wyprzedzam fakty. Holmes zawsze cmoka z dezaprobatą, gdy to robię. "Wszystko po kolei, Watsonie. Czymże jest brak porządku, jeśli nie chaosem?"
Muszę przyznać, że ma rację. Dlatego wrócę do początku i przedstawię owe wydarzenia w porządku chronologicznym.
W poprzednich raportach, zwłaszcza tym dotyczącym dziwnej sprawy greckiego tłumacza, miałem już okazję opisać Klub Diogenesa, kryjówkę najmniej towarzyskich mężczyzn w Londynie. Dżentelmen, który pogardza samą myślą o socjecie, może zaszyć się tam i zadowolić czytaniem czasopism lub opasłych tomiszczy w atmosferze całkowitej ciszy. Co więcej, każdy, kto choćby zwróci uwagę na obecność drugiej osoby w dostępnych dla wszystkich pomieszczeniach klubu, ryzykuje, że zostanie zeń wyrzucony. W kwestiach życia lub śmierci do interakcji z innymi bywalcami służy Pokój Nieznajomych, choć każdy, kto zostanie zauważony, jak wchodzi do niego lub z niego wychodzi, musi liczyć się z tym, że w księdze gości przy jego nazwisku pojawi się minus.
Krótko mówiąc, było to idealne miejsce dla brata Holmesa, Mycrofta (jednego z członków założycieli klubu). Sherlock twierdzi, że umysł jego brata przewyższa jego własny w kwestii rozwiązywania zagadek kryminalnych - i zapewnia mnie, że nasze tajne służby często to wykorzystywały - lecz marnieje wskutek gnuśności swego właściciela.
Pokój był funkcjonalny i niewiele ponad to. Bywalcy klubu lubią surowe, proste meble. Jeśli mają one służyć jakiemuś celowi, niech i tak będzie. Jeżeli mają tylko ładnie wyglądać, lepiej je wyrzucić. Tak więc oprócz dwóch krzeseł i biurka nie było tu ani jednego obrazu, grafiki czy choćby bukietu kwiatów. Staliśmy w nogach łóżka, w którym leżał Mycroft i czytał jednocześnie trzymaną w prawej ręce rozprawę naukową na temat azjatyckich pajęczaków i trzymaną w lewej dłoni Boską komedię Dantego w oryginale. Odziany na biało zarządca klubu, który nas tu wprowadził, mruknął coś schrypniętym głosem, a potem stał dalej bez celu i piorunował nas wzrokiem. W końcu oddalił się, a wtedy usta Mycrofta drgnęły i pojawił się na nich wątły uśmiech.
- Zapewne zauważyłeś, Sherlocku, jak Manning ostatnio podupadł na zdrowiu? - wychrypiał.
Podczas gdy Sherlock jest wysoki, blady, szczupły i kościsty, ma zielone oczy, zaczesane do tyłu czarne włosy i roztacza wokół siebie aurę indiańskiego ascety, który w każdej chwili może wyraźnie się ożywić, Mycroft jest niski i pulchny, ma ciemniejszą karnację i dziwną kozią bródkę, która upodabnia go nieco do rosyjskiego anarchisty.
Miał na sobie jedwabną piżamę i egipski fez, podczas gdy my, którzy weszliśmy do środka z zimowego smogu - tak gęstego i zielonkawego, że dwukółki i zamiatarki ulic zderzały się ze sobą, a kieszonkowcy zgarniali dość pieniędzy, by przejść na emeryturę - byliśmy odziani w ciężkie, wilgotne płaszcze. Staliśmy tak blisko siebie, że czuliśmy nawzajem, jak nasze ubrania parują. Nawet wśród moich kolegów z drużyny rugby w klubie Blackheath uchodziłem za postawnego, tak więc niemal dosłownie musiałem wcisnąć się do małej sypialni. Miałem ochotę zdjąć z siebie przemoczony płaszcz, ale najzwyczajniej w świecie nie było na to miejsca.
Jakby tego było mało, od tygodnia eksperymentowałem z bokobrodami, licząc, że przydadzą powagi mojej twarzy - okazało się jednak, że dodają mi jedynie posępności - i one także były całkiem mokre. Postanowiłem, że kiedy tylko wrócimy do naszych wygodnych pokoi przy Baker Street, zgolę je. Poza tym były bardziej siwe niż jasne włosy na mojej głowie, przez co przypominały mi, że nie jestem już tak młody jak kiedyś. Również wszywany pasek w moich spodniach zaczynał się robić przyciasny.
- Widzę to, co oczywiste - odparł bratu Holmes. - Że dziś rano stracił dziesięć szylingów, stawiając na niewłaściwego konia na torze wyścigowym w Kempton, choć jego chabeta omal nie wygrała, i że ma poważne kłopoty finansowe.
- Co? - wykrztusiłem. - Skąd to wiesz?
- Och, Watsonie. Z pewnością zauważyłeś, jak bardzo był przybity i rozdrażniony, gdy otworzył nam drzwi, i jak zwlekał z odejściem, choć w instytucji takiej jak ta zniewagą jest zabieganie o napiwki od członków klubu lub ich gości.
- Istotnie - zgodził się Mycroft.
- A reszta...?
Holmes westchnął.
- Na jego butach była trawa. Mamy połowę grudnia, tak więc zieloną trawę można znaleźć wyłącznie na starannie utrzymywanych terenach. Fakt, że przed przyjściem do pracy nie miał czasu wyczyścić butów, świadczy o tym, że przyszedł tu prosto z miejsca, gdzie przykleiła mu się do podeszew. Strzępy papieru bezceremonialnie wetknięte w kieszeń spodni, w tym jeden z widoczną u góry liczbą dziesięć, z pewnością są pokwitowaniem, które otrzymał od konika, a wątpię, by Manninga stać było na postawienie dziesięciu gwinei na jakikolwiek wyścig, musiały to być zatem szylingi. Wiem, że to Kempton, bo dziś nie organizowano innych wyścigów, a koń, na którego postawił, musiał być bliski zwycięstwa, ponieważ Manning ma zdarte gardło i zachrypnięty głos człowieka, który podczas gonitwy krzykami zachęca zwierzę do biegu. Nie zadawałby sobie trudu, gdyby zwierzę od początku biegło gdzieś na końcu.
- Dobry Boże! - wykrzyknąłem.
- Dobra robota, Sherlocku - rzekł Mycroft z uśmiechem. - Nie zgadza się tylko jeden szczegół.
- Jakiż to? - odparł mój przyjaciel, lekko zaintrygowany.
- Nie chodziło o konia.
- Nie?
- Och, Sherlocku. Nie zauważyłeś, jak Manning pachniał psem? Przecież to jasne jak słońce. Wracał z wyścigów chartów, bracie. Bez wątpienia był w Walthamstow.
Holmes wzruszył ramionami z pozorną obojętnością.
- Co ci jest? - zapytał.
- Och, zwykły katar, jak sądzę. - Mycroft sprawiał wrażenie zadowolonego, że może pozostać w łóżku. - Może zaproponuje mi pan coś na uśmierzenie bólu, doktorze?
- Wyślę panu coś - odparłem. - Proszę wypijać szklankę dwa razy dziennie po posiłkach. Powinno pomóc.
- Dziękuję. Ach, Sherlocku, mam do ciebie prośbę.
- O co chodzi?
- Zamierzam zostać tu przez chwilę. W moim domu jednak są pewne dokumenty. Wolałbym, żeby nie wpadły w ręce jakiegoś włamywacza. Zabierz je, proszę, do mojego biura w Whitehall. I strzeż ich jak oka w głowie, bo są niezwykle ważne.
- Czy niektóre z nich są zapisane po niemiecku? A inne po rosyjsku?
- Jest też kilka po francusku i po włosku. I turecku. Tak, bracie, dobrze się domyślasz.
- Nietrudno było zgadnąć, zważywszy na to, czym się zajmują twoi koledzy w Westminsterze.
W końcu zacząłem rozumieć. W ostatnich miesiącach w gazetach pojawiły się informacje o rozruchach w Europie. Kolejni młodzi politycy i książątka podsycali nacjonalistyczne niepokoje w swoich ojczyznach. To z kolei niepokoiło wielkie mocarstwa, które zaczęły skakać sobie do gardeł.
- Racja, Sherlocku, racja. Dokumenty znajdują się w moim sejfie. Jarrow, mój osobisty sekretarz w biurze Whitehall, będzie wiedział, co z nimi zrobić.
- Zajmę się tym. Coś jeszcze?
- Nie, nie. - Mycroft wrócił do czytania książek, jak gdyby chciał dać nam do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.
- A kombinacja cyfr? - spytałem, zaskoczony, że pominął tę informację.
Spojrzał na mnie z bezbrzeżnym rozbawieniem.
- Dlaczego pan pyta?
- Cóż, bez niej raczej nie zdołamy otworzyć sejfu.
- Nie? - Skonfundowany odwrócił się w stronę Holmesa. - Czy to problem, Sherlocku?
- Ależ skąd - zapewnił mój przyjaciel.
Mycroft popatrzył na mnie, jak gdybym wysunął teorię, że księżyc to w istocie ogromna ryba.
- Niezwykłe - mruknął pod nosem.
- Chodźmy, Watsonie - zaczął Holmes. - Powinniśmy...
Nie dokończył, bo w tej samej chwili rozległo się stłumione pukanie do drzwi.
Mycroft jęknął.
- Nie, tylko nie goście - mruknął. - Jestem chory.
Nie mając ochoty wysłuchiwać jego dalszych utyskiwań, sam otworzyłem drzwi i zdziwiłem się, widząc eleganckiego młodzieńca - absolwenta Harrow, sądząc po krawacie (nie tylko Holmes jest bowiem spostrzegawczy) - o starannie przystrzyżonych jasnych włosach i przyjemnej, chłopięcej twarzy. Jego wzrost i postawa sugerowały, że prowadzi zdrowy tryb życia; widziałbym go na pozycji skrzydłowego w drużynie rugby. Młodzieniec otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Holmes chwycił go za ramię i wciągnął do pokoju.
- Młody człowieku - rzekł - w tym klubie wypowiedzenie choćby słowa poza pokojem sypialnym czy Pokojem Nieznajomych warte jest więcej niż twoje życie. Jeśli to zrobisz, zostaniesz niezwłocznie i brutalnie wyrzucony na ulicę.
Chłopak wydawał się nieco wstrząśnięty takim traktowaniem, udał jednak, że go to nie obeszło. Miałem wrażenie, że coś wisi w powietrzu.
- Pan Sherlock Holmes?
- To ja.
- Szukałem pana.
- Naturalnie. W przeciwnym razie by tu pana nie było. Zakładam, że urocza pani Hudson zlitowała się nad panem i powiedziała, gdzie można nas znaleźć.
- Nie inaczej, proszę pana.
- Sherlocku, próbuję czytać - mruknął Mycroft, nie odrywając wzroku od książki. - Te ośmionogi to intrygujące małe bestie, które w chwili obecnej wymagają całej mojej uwagi.
- Proszę mówić zwięźle - rzucił Holmes do młodzieńca, który, jak podejrzewałem, chciał, żebyśmy uważali go za naszego najnowszego klienta.
Ten wyglądał na zdenerwowanego.
- Panie Holmes, nazywam się George Reynolds i padłem ofiarą oszustwa tak dziwnego, że sam już nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest to oszustwo.
Holmes prawie niezauważalnie zacisnął wargi, dzięki czemu wiedziałem, że deklaracja młodzieńca wzbudziła jego ciekawość.
- Jak to? - zapytał.
Młody Reynolds przeczesał palcami gęste włosy.
- Z zawodu, proszę pana, jestem aktorem. Nie twierdzę, że najwybitniejszym aktorem mojego pokolenia, ale posiadam pewien talent. Obecnie występuję w spektaklu...
- Rozumiem, gra pan tytułową rolę w Ryszardzie Trzecim i miał pan przedstawienie dziś po południu.
Młodzieniec gapił się na niego w bezbrzeżnym zdumieniu.
- Skąd pan wie?
- Ledwie widoczna linia na pańskim czole sugeruje, że nosił pan kapelusz lub koronę. Jednak pana postura mówi znacznie więcej. Aktorzy zwykle pracują nad tym, by stać prosto i dumnie, tymczasem pan jest nieco przygarbiony, co świadczy o tym, że długo chodził pan pochylony i nadal bolą pana plecy. Bo i czegóż można się spodziewać po trzech godzinach garbienia się, jeśli nie sztywnych lędźwi?
Słysząc to, młodzieniec zamrugał i wyprostował się nieco.
- Tak, tak, rozumiem.
Mycroft westchnął wymownie.
- A jakież to oszustwo ma pan na myśli?
- Chodzi o to, panie Holmes, że wszyscy inni biorący udział w przedstawieniu, od giermków aż po królową, to amatorzy. Nie wiedzą, co robić, rzadko pamiętają swoje kwestie, mają koszmarną dykcję i w ogóle nie zasługują na miano aktorów.
Holmes zacisnął usta z niezadowoleniem.
- W takim razie współczuję publiczności, jednak tego rodzaju profesjonalne rozczarowania nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Życzę panu dobrego dnia - dodał jeszcze i delikatnie pchnął młodzieńca w stronę drzwi.
- Ale publiczność jest zachwycona - odparł młodzieniec i wyszarpnął ramię.
- Tym gorzej dla nich.
- Właśnie to jest najdziwniejsze: to zawsze ta sama publiczność. Mniej więcej piętnaście osób, które zjawiają się jak według jakiegoś grafiku. Około dziesięciorga każdego wieczoru. Oprócz nich na sali nie ma nikogo innego. I za każdym razem przebierają się, udając innych ludzi.
Usłyszawszy to, Holmes opuścił rękę.
- Ludzie na widowni przebierają się?
George Reynolds wydawał się teraz nieco wyższy i zauważyłem, że jego ubranie doskonale pasuje do jego profesji. Było nieco zbyt śmiałe w kroju i kolorze i może nazbyt znoszone.
- Mieliśmy już dwanaście spektakli. Za każdym razem siedzą dobrani w inne pary albo sami, odziani w rozmaite ubrania, od futer, przez stroje praczek, a na mundurach wojskowych kończąc. Zdarza się, że mężczyźni przyklejają brody albo naciągają czapki na czoła w nadziei, że nie zostaną rozpoznani. Cóż, kiedy człowiek stoi na scenie oślepiony reflektorami, niełatwo jest rozróżnić twarze, czasami jednak, kiedy nie występuję, lubię stać na tyłach sali i patrzeć, czy publika dobrze się bawi. To właśnie wtedy zacząłem zauważać, że to zawsze ci sami ludzie.
- Lojalna publiczność, która nie chce zostać zauważona. To z pewnością niezwykłe - rzekł w zamyśleniu Holmes.
- Ale to nie wszystko.
- Zatem proszę mówić dalej.
- Jak może pan wie, w kulminacyjnym momencie sztuki dochodzi do pojedynku na rapiery między Ryszardem a Richmondem.
- Mam tego świadomość.
Mycroft z westchnieniem cisnął na podłogę dzieło Dantego i rozprawę o pajęczakach.
- Dziś po południu doszło do straszliwego wypadku. Tępy czubek mojego rekwizytu złamał się, gdy pchnąłem nim pana Gillsa, grającego Richmonda, i naprawdę dźgnąłem go w brzuch. Rana nie była poważna, krwawił jednak i był głęboko wstrząśnięty. Kiedy leżał na ziemi, zaczął panikować, nie z powodu krwi, ale dlatego, że przyszło mu do głowy, że mógłbym odejść z zespołu. Myśl o tym przerażała go tak bardzo, że kazał mi przysiąc na własne życie, że tego nie zrobię. Próbował nawet wstać, by udowodnić mi, że rana jest powierzchowna. Zemdlony osunął się w moje ramiona, choć niebawem odzyskał przytomność. Panie Holmes, co to wszystko może znaczyć?
- Występująca incognito publiczność i obsada dziwnie zdesperowanych amatorów. - Holmes klasnął i wzniósł ręce do sufitu. - Panie Reynolds, może istotnie coś jest na rzeczy. Zapraszam z nami na Baker Street, gdzie będziemy mogli kontynuować rozmowę.
Wychodząc, usłyszałem jeszcze, jak Mycroft mruczy:
- Dzięki Bogu.