II
LEŻAJSK: ŚLADY
Na beztroskim zdjęciu rodzinnym z poprzedniego rozdziału nie ma babci Idy, bo być nie może; nie żyje wówczas od kilkunastu lat. W centrum jest dziadek, Antoni Hollender, i od niego powinienem zacząć. Nie wiem, do jakiego stopnia prawdziwe jest zdanie: "Ojcowie zawsze są ważni dla synów, ale szczególnie dla synów, którzy wcześnie utracili matki", coś jednak jest na rzeczy. Tadeuszowi matka zmarła, kiedy miał dziewięć i pół roku: zdarzenie straszne tym bardziej, że Ida była z pewnością matką ukochaną, opiekuńczą, oddaną dzieciom. Został mu ojciec, przeciw któremu wcześnie zaczął się buntować i z którym do końca łączyła go trudna relacja. Kochał go zapewne; ale figura ojca obcego, z którym nie sposób nawiązać kontaktu, była - co widoczne w wierszach i listach - jego prawie Kafkowską zmorą.
We mnie dziadek Antoni budził respekt i coś w rodzaju dziecięcego uwielbienia, ale nie zdołałem oczywiście poznać go naprawdę. Kiedy umarł - w styczniu 1967 roku - miałem siedemnaście lat i przez całych tych siedemnaście lat nie spróbowałem nawet przebić się przez formę, w której obaj byliśmy uwięzieni: relacji dziadka i wnuka. Dla mnie był jedynym dziadkiem, odległym autorytetem, wysłannikiem epoki, której nie rozumiałem, której się bałem (było czego), ale która wydawała mi się fascynująca. Ja dla niego byłem jedynym wnukiem, jakiego doczekał się od czworga dzieci, ale i ja wyłoniłem się z czasów, które były mu obce i zagrażały. Miłosny charakter tej więzi wyrażał się głównie w obrzędzie powitań i pożegnań, długo celebrowanym przez niego w uściskach i pocałunkach, dla mnie krępującym, bo bardzo drapał. W ich późnej krakowskiej fazie życia - jedynej, którą znałem - babcia Anna goliła go raz na trzy dni i takie były skutki. Potem chyba zapadało między nami milczenie; dziadek nie zachęcał do bezpośredniości. Nie miał umiejętności rozmowy z bliskimi, jakby nie był nas ciekaw albo jakby chciał uniknąć rozczarowania, które z góry zakładał. Nieodbywane rozmowy zastępował rytualnymi formami komunikacji ozdobnej: co jakiś czas kierował do mnie uroczyste, wierszowane listy. Dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że ceremonialność jego stosunku do jedynego wnuka mogła być z jego strony próbą kompensacji nieszczęśliwej relacji z jedynym synem. Ale czy mam prawo do takiej opinii? W każdym razie tematu Tadeusza nigdy ze mną nie poruszał. Ani słowem.
Il. 1. Z rodzinnego albumu: w trójkę z babcią w mieszkaniu na Dietla
W ogóle nie prowadziliśmy rozmów istotnych. W sytuacjach rodzinnych, wieczorami zwłaszcza, po wysłuchaniu audycji Wolnej Europy (sztuką ich wyławiania z eteru zajmowała się wyłącznie babcia) nie szczędził komentarzy politycznych oczywiście dla ówczesnej władzy miażdżących. Wspominał też swoje przeżycia wojenne, więzienie za pierwszych Sowietów, obóz za drugich. Z naszych bezpośrednich relacji pamiętam raczej pouczenia albo lekcje sprawności manualnej, na przykład pokaz oprawiania "kajetu". Kiedy go raz zapytałem, skąd wzięło się rodzinne nazwisko Hollender, rozgadał się o niderlandzkich antenatach, chroniących się przed prześladowaniami w gościnnej Rzeczypospolitej czasów Zygmunta Augusta. Ich nazwiska były zbyt trudne do zapamiętania, przydzielano więc odgórnie wersje zunifikowane typu Holland albo Hollender. Nie sądzę, by dziadek znał pierwotną wersję nazwiska swoich przodków: Uyterhouven? Van de Velde? Może Draaisma? Kiedy jego syn wyznawał (w wierszu O sobie samym) "czterech obcych narodów krew w swych żyłach mając, patrzę, senny mieszaniec, na Dwudziesty Wiek" - które narodowości miał na myśli oprócz holenderskiej? Drugą zapewne niemiecką czy raczej austriacką, bo trudno żeby w Galicji nie dochodziło do mieszanych małżeństw. Trzecią czeską, ze strony matki: matczyny dziadek Idy nazywał się Stoklasa. A czwarta? Podejrzewał zapewne żydowską, którą mu często przypisywano, co jego rajcowało (dopiero, gdy dojrzał), a dziadka drażniło. Poszukiwania genealogiczne, które sam niedawno doprowadziłem do końca XVIII wieku, nie wskazują jednak na jakiekolwiek żydowskie ślady; co mnie zresztą zaskoczyło - byłem pewien, że na jakieś natrafię.
Nigdy nie słyszałem z ust dziadka o Hryniówce - mająteczku na Pokuciu, w którym przyszedł na świat w 1886 roku. Nie utrwaliła mi się żadna opowieść o Stanisławowie - mieście jego młodości. Nie znałem w dzieciństwie określenia "gród Rewery", którego użył kilkakrotnie w wierszowanej przemowie do kolegów podczas obchodów 55-lecia matury w Wyższej Szkole Realnej w Stanisławowie, które zorganizował w Krakowie we wrześniu 1959 roku. Trochę jednak dowiedziałem się o jego rodzicach - dziadkach Tadeusza, a moich pradziadkach. Ojciec Antoniego, Kazimierz Hollender (ur. 1862 w Kołomyi, daty śmierci nie udało mi się ustalić; przypuszczam, że ok. 1914) był germanistą, pisał podręczniki i książki metodyczne do nauki niemieckiego. "Kazimierz Hollender, nauczyciel dla szkół wydziałowych i stały nauczyciel szkoły im. Czackiego w Stanisławowie" czytam na stronie tytułowej dostępnej w Jagiellonce Metodycznej niemieckiej gramatyki jego autorstwa. "Oddając niniejszą pracę do użytku PP Kolegów i młodzieży szkolnej, spodziewam się, że usunie ona niejedną trudność przy nauce obcego języka i ujednostajni metodę nauczania gramatyki, bez której nie pojmuję prawdziwego zrozumienia języka" pisał we wstępie mój pradziadek. Matka, Anna ze Spechtów, wywodziła się z rodziny austriackiej. A sam pamiętam, jak na zawalonym papierami stole dziadek pisał artykuł Nieznane lata generała Sikorskiego. Przy okazji wspomnienia o przyjacielu z młodości odtworzył tam swoje arkadyjskie czterolecie 1908-1912, przeżyte w Leżajsku. Korzystam teraz z tego artykułu.
Otóż po ukończeniu studiów geodezyjnych na Politechnice Lwowskiej (tytułu inżyniera nie opuszczał w żadnym podpisie) dwudziestodwuletni dziadek objął w 1908 roku swoją pierwszą posadę: kierownictwo urzędu katastralnego w Leżajsku. Rok później zaczął się najpiękniejszy okres jego życia. W kwietniu przybyli do jego biura dwaj pracownicy Grupy Geometrycznej Namiestnictwa we Lwowie, inżynierowie: Mieczysław Dobrucki, kierownik sekcji pomiarowej i jego zastępca - znany dziadkowi jeszcze z politechniki jako prezes Bratniaka i mówca z patriotycznych wieców - Władysław Sikorski.
Grupa Geometryczna, zgodnie z umową zawartą między rządami Austro--Węgier i Rosji, miała za zadanie przeprowadzić pomiary uregulowanego łożyska Sanu, jako ustalonej, nowej granicy państwowej, oraz odgraniczenie i pomiar odsypisk Państwowego Funduszu Wodnego i zmienionych granic prywatnych użytkowników. Jako kierownik urzędu pomiarowego w Leżajsku zostałem przydzielony do grupy geometrycznej inżyniera Dobruckiego w charakterze eksperta od pomiarów katastralnych. Główny teren operacyjny stanowiła gmina Sarzyna, w której San, zmieniając swoje łożysko, włączył do terenów powiatu leżajskiego około 300 hektarów ziemi rosyjskiej.
Stąd wspólne wyjazdy do Sarzyny, z których wyłoni się projekt ślubów kawalerskich, w odwrotnym jednak duchu do fredrowskich.
W czasie powrotnej drogi do Leżajska zawarliśmy ścisłe więzy przyjaźni i braterstwa, a ponieważ wszyscy byliśmy wtedy zaręczeni - zapadło między nami uroczyste postanowienie, że każdy z nas w czerwcu zawrze związek małżeński, a już w miesiącu lipcu 1909 roku trzy młode pary nowożeńców rozpoczną nowe życie pod wspólnym dachem w Leżajsku.
Plan się powiódł. Latem dziadek wziął ślub z młodszą o dwa lata panną Idą Pisarską. Poznali się, jak często bywało w tamtych czasach, w okolicznościach patriotycznych: w ramach zajęć towarzysko-paramilitarnych stanisławowskiego Strzelca. Antoni, nazywany Toskiem, był urodzonym szefem (komendantem?) i obawiam się, że naturalna dla niego, a w istocie przezeń narzucana relacja podporządkowywania sobie otoczenia, obowiązywała też w ich domu. Nie jest to jednak pewne. Że swoją drugą żonę dziadek zwykł musztrować - na to potem patrzyłem. Ale tamto pierwsze małżeństwo mogło wyglądać inaczej - zawarli je przecież ludzie bardzo młodzi, pełni entuzjazmu. Ida wywodziła się z ciekawej rodziny, o której przez długi czas wiedziałem niewiele. Dopiero niedawno, w wyniku korespondencji internetowej, poznałem jej stryjecznego wnuka, a mojego nieznanego wcześniej kuzyna, prowadzącego poszukiwania rodzinne. Właśnie dzięki Bogusławowi Małuseckiemu wszedłem w posiadanie drzewa genealogicznego rodziny Pisarskich. Rodzicami Idy byli Władysław Pisarski (rodem z Bochni, naówczas komendant stacji Jedlicze w c.k. dyrekcji kolei w Stanisławowie) i lwowianka Bronisława z lekarsko-adwokackiej rodziny Stoklasów. Jeden z młodszych braci Idy (czyli wuj Tadeusza), dr Tadeusz Pisarski - lekarz, przed samą wojną dyrektor-założyciel sanatorium leczniczego Excelsior w Iwoniczu-Zdroju, właśnie dziadek Bogusława - został uwięziony przez Sowietów w Starobielsku i wiosną 1940 roku zamordowany w Charkowie razem z kapitanem Jakubem Wajdą, ojcem Andrzeja.
Na razie jednak dziadek jest urządzony w Leżajsku: wynajął dwuizbowe mieszkanie, złożone z pokoju i dużej kuchni, w murowanym domu należącym do nadzorcy rzek, pana Niezgody. Dom usytuowany jest w wygodnym punkcie miasta: o sto metrów od dworca kolejowego, niedaleko torów, na skraju ulicy Sanowej pod numerem 2, skąd blisko do różnych dzielnic. Po ślubie instaluje się tam Ida, a w lipcu przybywają dwie pozostałe pary małżeńskie. Właściciel zgodził się na wynajęcie państwu Dobruckim dużego pokoju, przylegającego do mieszkania dziadka. Na okres paru miesięcy pokój ten staje się salonem dla całego towarzystwa. Sikorscy urządzili sobie lokum nieopodal, w domku pana Eustachiewicza po drugiej stronie torów. Władysław, dbający o żonę - wtedy we wczesnej ciąży, przyrządza pani Helenie śniadanie i zostawia ją na zakupionym w leżajskiej koszykarni bujaku, przy stosie sprowadzanych ze Lwowa książek. Ida urządza mieszkanie na dłużej. Codziennie o wpół do ósmej rano umówioną furmanką trójka inżynierów wyjeżdża na pomiary do Sarzyny. Działają na pograniczu guberni lubelskiej i radomskiej, z prawem poruszania się w odległości trzech kilometrów od rosyjskiej strony Sanu. O piątej po południu wracają do Leżajska, gdzie żony przyrządzają wspólną kolację.
Il. 2. Z rodzinnego albumu: zdjęcie ślubne dziadka Antoniego z Idą
Po kolacji inicjuje się spacery - na ogół podstawowym leżajskim szlakiem, dzisiejszą ulicą Mickiewicza w stronę klasztoru bernardynów, czasem dalej, do klasztornych lasów. Jak wspominał dziadek, po porcji gier towarzyskich:
posuwistym polonezem - przez szeroką szosę na długości trzech kilometrów do Rynku wracały rozbawione pary nowożeńców. A gdy wchodziliśmy do Rynku, z uderzeniem godziny dziesiątej w nocy, kiedy to w myśl tradycji Leżajska strażnik nocny obwieszczał ludności miasta późną porę słowami hymnu Hej, panowie gospodarze, już dziesiąta na zegarze! Strzeżcie mienia od złodzieja, chwalcie Boga, w Nim nadzieja!, ze śpiewem stróża łączyły się głosy młodych małżonków, oczarowanych urodą życia.
Aby nie nudzić żon, mężczyźni unikali tematów technicznych. Za to o polityce dyskutowano bezustannie. Ich poglądy kształtowali Żeromski, a zwłaszcza Brzozowski. Sikorski był zafascynowany autorem Płomieni; zaimponował dziadkowi, jeszcze w czasie studiów, żarliwym wystąpieniem w jego obronie podczas wiecu zaaranżowanego na lwowskiej politechnice z powodu głośnej "sprawy Brzozowskiego" (komentarz zająłby za dużo miejsca, sapienti sat). W czasie wieczornych powrotów sypał cytatami z Legendy Młodej Polski i namawiał dziadka, który był prezesem leżajskiego Sokoła, do stworzenia drużyny wojskowej. Przekonywał, że "żyć dla społeczeństwa swobodnych ludzi" znaczyło wtedy: ćwiczyć z bronią w ręce.
W listopadzie 1909 roku Grupa Geometryczna opuściła Leżajsk, ale przyjaciele jeszcze przez kilka lat odwiedzali się. Dobrucki zamieszkał w Rozwadowie. Sikorski prowadził pomiary w powiecie jarosławskim i latem 1910 roku na zaproszenie dziadka przyjechał do Leżajska z dwoma wykładami. Pierwszy, wygłoszony w sali magistrackiej, Odbudowa i regulacja dróg wodnych w Galicji był chyba pretekstem dla drugiego, oczywistego tym bardziej, że Władysław Jagiełło był patronem Leżajska, któremu przyznał w 1397 roku prawa miejskie. 15 lipca 1910 roku wykład przyszłego generała pod tytułem Znaczenie Grunwaldu dla Słowiańszczyzny i naszej polskiej drogi do Niepodległości zgromadził na dziedzińcu kasyna tłumy. Dziadek wspominał, że po raz pierwszy w dziejach miasta mówca zainaugurował wystąpienie słowami "Obywatele i obywatelki!", aż przybyły z pobliskiej Brzózy Królewskiej proboszcz, ksiądz Stanisław Szurlej, zrobił mu wymówkę, że sprowadza do Leżajska socjalistów.
Szczęśliwy leżajski okres nie trwa jednak długo. Antoniego i Idę ciągnie w rodzinne strony. Dziadek znajduje nowe miejsce pracy w miasteczku Tyśmienica, kilkanaście kilometrów od Stanisławowa. W czerwcu 1912 roku przychodzi pora na przeprowadzkę. Jeszcze więc ostatni cytat ze wspomnień dziadka:
Przed naszym wyjazdem z Leżajska zawitała do nas na trzy dni z pożegnaniem Sikorka (tak nazywaliśmy wszyscy żonę Władunia), aby pomóc mojej żonie przy pakowaniu naszych ruchomości i zabawiać naszego jedynaka Tadeusza (który niemal jednocześnie z Sikorskim, w odstępie miesięcznym, padnie ofiarą mordu w 1943 roku). Przy moim wyjeździe z Leżajska zjawił się specjalnie wynajętą furmanką z niedalekich Piskorowic i sam Sikorski, aby mnie osobiście pożegnać na leżajskim dworcu. Był zdumiony sporą ilością żegnających mnie na peronie mieszczan i chłopów, toteż zrobił mi przy pożegnaniu może i słuszny wyrzut: "niepotrzebnie stąd się ruszasz, byłeś tu konieczny!".
Il. 3. Akt urodzenia Tadeusza Hollendera
Dziadek nie dopowiada w tym fragmencie, że Tadeusz (Tadeusz Antoni Józef Hollender, jak głosi akt urodzenia) urodził się 30 maja 1910 roku w tym właśnie domu przy Sanowej. W tamtym okresie przyjmowaniem dzieci na świat zajmowała się na ogół akuszerka. Drugie dziecko małżonków, córka Maria - Myszka, urodzi się w lipcu 1912 roku już w Stanisławowie, w rodzinnym gnieździe. Tadzik przeżył więc w Leżajsku zaledwie dwa lata. Ale te pierwsze dwa lata życia spędził w atmosferze harmonii, głównie oczywiście z matką. W artykule, z którego tu korzystam, dziadek nie wymienia nawet jej imienia; pisze o niej "moja małżonka", więcej miejsca poświęca Helenie Zubczewskiej, swojej koleżance ze Stanisławowa, przyszłej żonie generała. Częściowo tłumaczy go fakt, że to Władysław Sikorski był tytułowym bohaterem tekstu. Ale i mnie nigdy o niej nie opowiadał; jak gdyby nie zależało mu na tym, żeby wnuk wiedział o istnieniu swojej rodzonej babci. Druga żona, która przez 43 lata z górą okazała się niezawodną towarzyszką jego życia, zajęła całe miejsce przeznaczone niegdyś dla Idy. Ale we wstępnej fazie historii, którą tu odtwarzam, to Ida jest postacią centralną.
Il. 4. Ida z Pisarskich, zdjęcie wiszące teraz w mojej jadalni
Prawie nic o niej nie wiem. Zachowało się zdjęcie z lwowskiego zakładu fotograficznego Henri, Legionów 3. Na tym zdjęciu Ida wygląda młodziej i ładniej niż na fotografii ślubnej; bardzo podobała się Iwonie, mojej żonie, więc oprawiliśmy to zdjęcie i wisi teraz niedaleko stołu w jadalni. Patrząc na nią, próbuję sobie wyobrazić, jak doglądała Tadeusza w dziecinnych chorobach, jak pierwsza pokazała mu księżyc i jak przy niej - zapewne w dużym ogrodzie za leżajskim domem - nauczył się chodzić. Kiedy jednak dwuletni Tadzik opuścił z rodzicami Leżajsk w czerwcu 1912 roku, nie miał już do niego wrócić; nie odbył w nim ani jednego wieczoru autorskiego, żadnej sentymentalnej podróży z przyjaciółmi albo dziewczyną.
Nie znaczy to, że miasto o nim zapomniało. Przypływ pamięci nastąpił w moim okresie maturalnym - wiosną i latem 1966 roku. Stróż pamięci Leżajska, polonista z tamtejszego liceum Józef Depowski, doprowadził do ufundowania przez miasto tablicy pamiątkowej. Dzięki Internetowi odczytuję: "W tym domu urodził się poeta Tadeusz Hollender. 1910-1943". Uroczystość odsłonięcia zaplanowano na 21 lipca 1966 roku i Józef Depowski gorąco namawiał dziadka do przybycia. Był on już jednak schorowany - to było pół roku przed jego śmiercią - i nie brał przyjazdu pod uwagę. Skończyłem wtedy siedemnaście lat, od października miałem zacząć studiować w Krakowie polonistykę; wuj Stulgiński (mąż Myszki), dbający o usamodzielnianie mnie, optował nawet za tym, żebym to ja pojechał do Leżajska i przemówił w imieniu Hollenderów. W rodzinie uznano jednak, że na razie nie nadaję się do takich występów i w końcu nie pojechał nikt. Pewnie rzeczywiście się nie nadawałem, teraz jednak myślę, że można było zrobić więcej. Zaprosić któregoś z żyjących przyjaciół? Idealnie nadawałby się do takiej przemowy niegdysiejszy współredaktor "Sygnałów" i radiowiec Tadeusz Banaś, znał Leżajsk. To tutaj trafił w 1945 roku po lwowskich wojennych przejściach i przez rok uczył polskiego w gimnazjum, zanim przeniósł się ostatecznie do Wrocławia. Jego syn, profesor Paweł Banaś, legendarny dziś we Wrocławiu historyk sztuki, opowiadał mi, że w czasie rodzinnej wizyty w Leżajsku ojciec przyprowadził go przed dom na Sanowej, w którym urodził się jego przyjaciel. Mimo wszystko ktoś z dawnych kolegów jednak w zdarzeniu uczestniczył. Jan Brzoza skomentował swój udział w tej uroczystości: "Pomyślałem sobie, że warto by o tej ciekawej, barwnej, niemalże renesansowej postaci napisać książkę, nie wiem: monografię czy bodaj w formie la vie romancée".
Il. 5. Odsłonięcie tablicy pamiątkowej na domu w Leżajsku
Patrzę na zdjęcie, które inicjator ceremonii przesłał wtedy dziadkowi. Czwartek, 21 lipca 1966, godzina 14, przed domem na Sanowej. Przemawia Józef Depowski, wyglądający dokładnie tak, jak można sobie wyobrazić zasłużonego profesora licealnego. Po obu jego stronach para harcerzy, zapewne znudzonych, przecież wakacje, lato. Wyróżnia się kobieta w centrum, chyba dziennikarka (z Rzeszowa?), trzymająca w rękach mikrofon. Obok dostojnik z kwiatami, dalej nawet milicjant (komendant powiatowy?), pierwszy z prawej w jasnym garniturze to pierwszy sekretarz Komitetu Powiatowego partii w Leżajsku, Hałasik, który za chwilę odsłoni tablicę. Dom jeszcze zadbany, firanki w oknach, przez środkowe wygląda pies.
Kiedy pięćdziesiąt dwa lata później, w listopadzie, stoimy z Iwoną przed tym domem na ulicy Sanowej, jest on na skraju ruiny, choć tablica wisi jak wisiała. Jeszcze przed paru laty czytałem w Internecie, że nieznani miłośnicy zaaranżowali tu grę miejską, której reguły łączyły biografię Hollendera z planem miasta. Trzeba było wtedy tu się wybrać, ale jakoś Leżajsk nie był mi po drodze. Wpis z 30 marca 2015 roku najaktywniejszej dziś komentatorki miejskich nowin, Anny Ordyczyńskiej, nie brzmiał zachęcająco: "Kilka dni temu odwiedziłam dom przy ulicy Sanowej, w którym mieszkał poeta Tadeusz Hollender. Wiedziałam, że po śmierci Ryszarda Skóry, ostatniego właściciela kamienicy, dom zamieszkali dzicy lokatorzy. Rzeczywiście zastałam tam Cyganów. Pozwolili mi sfotografować wnętrze mieszkania". W sieci wywiązała się rozmowa. Ktoś uzupełnił: "Raczej bezrobotne Rumuny niż Cygany, jednego znam, bo mi kostkę kiedyś układał". Wreszcie kto inny zamknął dyskusję: "Holender z tym Hollendrem, niech jedzie do Holandii".
Il. 6. Dom na Sanowej - stan współczesny
Przez zamknięte okna widać trochę ubrań i sprzęty po lokatorach, ale dziś dom zamknięty jest na głucho i nikt nie wpuści nas do środka. Lokatorzy wyjechali, pewnie za robotą. Z drugiej strony domu rozciąga się widok na leżajskie przedmieście. Chodzimy po resztkach dawnego ogrodu. Kiedy przed parterowy dom wystawiano stoliki i krzesła, mogły się tu odbywać kolacje trzech zaprzyjaźnionych rodzin. Potem ogrodem zarządzała zapewne Ida, sadziła na grządkach jakieś kwiatki, może też łatwe w obsłudze warzywa - marchewkę, albo zioła, miętę? Obok stawiał pierwsze kroki Tadzik.
Wcześniej, przed samym Leżajskiem, zboczyliśmy, żeby zobaczyć szkołę we wsi Brzóza Królewska. Powodem była inna wiadomość z Internetu: "18 kwietnia 1974 nadano Zbiorczej Szkole Gminnej w Brzózie Królewskiej imię Tadeusza Hollendra. Uroczystość nadania imienia i przekazania sztandaru odbyła się 11 maja 1975 roku". Wieś okazała się nie tylko malownicza, ale i rozległa. Dość długo kluczyliśmy, zanim znaleźliśmy blok zabudowań szkolnych - nieopodal zalewu, obok lasu. Zabudowania wyglądają imponująco, najwyraźniej skorzystano z europejskich dotacji. Trafiamy tu w Zaduszki, w piątek, kiedy szkoła jest nieczynna. Okazuje się, że w międzyczasie wuj musiał ustąpić nieco miejsca Świętemu: cały zespół szkolny nosi teraz imię Jana Pawła II; Hollenderowi pozostawiono jednak patronowanie szkole podstawowej. Szkoła przedstawia się porządnie, przylega do niej starannie utrzymane boisko. Jedyne osoby, które tu spotykamy, to starszy brzózianin na spacerze z wnuczkiem.
- Ale pięknie u nas, co? - zagaduje z dumą.
Po powrocie nawiązuję kontakt telefoniczny ze szkołą. Rozmawiam z panem Mieczysławem Jagustynem, który - teraz na emeryturze - od 1973 roku przez wiele lat był dyrektorem szkoły. Studiował polonistykę w Rzeszowie i jeszcze jako student kupił sobie wydany w 1963 roku tom Hollendera Liryka i satyra. Spodobała mu się ta poezja i jako leżajszczanin poczuł dumę, że - jak dowiedział się z przedmowy Stefanii Skwarczyńskiej - jej autor urodził się w jego mieście. To on przekonał wówczas władze oświatowe do przyznania szkole w Brzózie tego patronatu. Wyhaftowano szkolny sztandar, w holu wmurowano tablicę; serię zdjęć przesłała mi nowa pani dyrektor.
Jestem poruszony, bo dziewczynka na zdjęciu najwidoczniej recytuje wiersz patrona szkoły albo odczytuje kawałek jego biogramu. Dowiaduję się, że coroczne święto szkoły obchodzone jest 30 lub 31 maja, w dzień urodzin, albo w dzień śmierci Hollendera. Trochę tylko żałuję, że w cytacie u góry tablicy - "...byłem twoim sercem, ziemio" - zepsuto poecie metaforę. Zwrotka jego wiersza W lasach Serdecznowa brzmi przecież:
I tak szumem przykryty, pozdrowiony cieniem,
w słońcu cały, i cały w zieleni i złocie
upadłem na wachlarze wilgotnych paproci,
wpełzałem się oddechem w las, w zapachy, w szumy,
aż zapłonąłem z ludzkiej, nie - zwierzęcej dumy:
poznałem cierpkość liści usty płonącemi,
czułem się sednem życia, czujnym dzieckiem ziemi,
znałem imiona drzewnych i liściastych bliźnich.
Biłem twym sercem, ziemio. Tu byłem - w ojczyźnie.
Il. 7. Świadectwo dawnej uczennicy, dzisiejszej kierowniczki szkolnej biblioteki Elżbiety Gielarowiec, z okresu nadania szkole imienia Hollendera
"Biłem twym sercem, ziemio" - piękna fraza. Ale czy może trafić do dzisiejszej wyobraźni uczniów? Mało prawdopodobne. Chociaż jako melodia sugerująca dostojną staroświeckość - kto wie?
Po Brzózie Królewskiej dojeżdżamy do Leżajska. Z ulicy Sanowej przechodzimy przez tory, najpierw Słowackiego, później ulicą Mickiewicza trafiamy na Rynek, po czym skręcamy w Górną. Historie mieszkańców tej ulicy spisała Hanna Krall w Dowodach na istnienie. Tutejsi Żydzi wykonywali wszystkie potrzebne zawody, dzielnica była więc samowystarczalna. Tylko w trzech domach mieszkały polskie rodziny, wśród nich piekarz Sławiński, który w czasie wojny przynosił swoim dawnym sąsiadom chleb do getta; razem z córką kładli po bochenku pod żydowskimi drzwiami. Już tylko w murach pozostały ślady, ludzie przyszli nowi.
Najwięcej śladów przechowało się na końcu ulicy, gdzie przechodzi ona w stary żydowski kirkut z osiemnastowiecznym ohelem, czyli grobowcem cadyka Elimelecha, tutejszego mędrca. Martin Buber cytuje jego modlitwę: "Dobrze jest, kiedy człowiek sprawia, że Bóg w nim śpiewa". To dziś najsłynniejszy w Europie grób cadyka. Żydzi z całego świata przyjeżdżają, żeby się przy nim modlić, prosić go o pomoc, jak robili to i przez cały wiek ubiegły. W latach 60. rabin Friedman z Wiednia, absolwent Krakowskiej Szkoły Rabinicznej, zbierał wśród Żydów amerykańskich pieniądze na odbudowę grobowca. W marcu 2018 roku ohel częściowo spłonął, ale teraz znów jest odnowiony. Przed grobowcem stoi kilku chłopaków, na czarno i w jarmułkach, rozmawiają po angielsku i zachęcają nas, byśmy weszli do środka. Tam, w części przeznaczonej dla mężczyzn, kiwa się przy modlitwie stary rabin przybyły ze Stanów, obok wnuk (z zespołem Downa) gorliwie naśladuje jego ruchy. Z ohelu idziemy na kirkut, gdzie zachowało się trochę grobów. Co roku w marcu zjeżdżają tu tysiące Żydów; według legendy w rocznicę śmierci cadyka jego duch zjawia się na grobie i zabiera ich kwitełe z wypisanymi prośbami. Organizacje żydowskie same dbają o pobyt pielgrzymów w tym miejscu, prowadzą przeznaczony dla nich dom, nie mieszają się do życia dzisiejszych leżajszczan.
Il. 8. Ohel cadyka Elimelecha w Leżajsku
Już w okresie, kiedy dziadek tu mieszkał, żydowska dzielnica Leżajska była potężnym ośrodkiem chasydyzmu. Czy dziadek Antoni z babcią Idą mogli tu bywać? Nie przypuszczam. To nie był ich świat. W dodatku akurat w 1912 roku, pod koniec ich pobytu w Leżajsku, w trakcie kampanii przed wyborami do IV Dumy Państwowej, wzmagała się judeofobia, więc prasa nacjonalistyczna, od "Gazety Warszawskiej" do popularnej "Gazety Porannej 2 grosze", wzywała do bojkotu żydowskich sklepów. A przecież od kościoła farnego Świętej Trójcy przy ulicy Górnej, do którego niewątpliwie chodzili na coniedzielne nabożeństwa, było raptem dziesięć minut spacerem. Mam też nadzieję, że dziadek - zwłaszcza kiedy mieszkał z Właduniem - nie abonował endeckiej prasy, a sama Ida i tak miała swoje odrębne zwyczaje i kierowała się własną ciekawością. Z tej ciekawości mogła, w trakcie jakiegoś spaceru z małym Tadziem w wózku, zajść na Górną. Zastanowił ją zabytkowy ohel i potem, schodząc w kierunku domu, innymi oczami spojrzała na mijane szyldy? Może zamówiła garsonkę u krawca Białego? Albo półkę na książki u stolarza Mosze Lewandla? Nie przyznała się Toskowi, bo mógłby być niezadowolony. Ale gdyby półka ładnie wyszła?
A my teraz, wróciwszy z Górnej na Rynek, idziemy dawną trasą dziadków sprzed stu dziesięciu lat, która wciąż pozostaje podstawowym szlakiem turystycznym Leżajska: od Rynku ulicą Mickiewicza do placu Mariackiego, przy którym usytuowany jest klasztor Bernardynów ze sławnymi organami. Na początku tej trasy robimy dwugodzinny postój dla zwiedzenia Muzeum Ziemi Leżajskiej. Mieści się ono w osiemnastowiecznym pałacu Potockich, tych z pobliskiego Łańcuta. W czasach, gdy mieszkali tu dziadkowie, nie było ono dostępne dla zwiedzających; dopiero w latach 20. XX wieku umieszczono tu gimnazjum, a po wojnie liceum ogólnokształcące. W 2008 roku, z funduszów unijnych, urządzono tu obecne muzeum. Dziś zwiedzamy je tylko my - solennie, z przewodnikiem, wszystkie trzy wystawy stałe: najpierw historyczną, potem etnograficzno-zabawkarską, wreszcie w osobnym budynku - browarniczą. Historyczna oczywiście najciekawsza - trochę eksponatów, dokument edukacyjny do obejrzenia na ekranie. W obu wariantach pojawia się informacja, że w 1909 roku przebywał w mieście generał Sikorski, robiąc pomiary geodezyjne. Z przyjemnością dowiaduję się, że Józef Depowski, inicjator odsłonięcia tablicy, w czasie okupacji zawiadywał podziemnym kształceniem leżajszczan: wystawiony jest jego zeszyt z ówczesnym planem tajnego nauczania. Najgorzej wypada dział poświęcony czasom PRL-u; rządzi nim oszczercza pisowska narracja: że to była czarna epoka w kajdanach komuny.
Nazajutrz znowu w tej atmosferze. Z Leżajska przyjeżdżamy do Łańcuta, żeby zwiedzić zamek Potockich i słynną kolekcję powozów. Ale gdzie tu kupić gazetę? Pytam sympatycznie wyglądającego rówieśnika, gdzie łańcucianin zaopatruje się w gazety, a on odpowiada rezolutnie:
- Łańcucianin nie musi, bo wszystko ma w smartfonie.
- A łańcucianin tradycjonalista?
Wtedy przypomina sobie, że zostały jeszcze dwa kioski i wskazuje drogę do pierwszego. Zapytana o "Wyborczą", kioskarka prawie mnie wyzywa. Pani w drugim kiosku na szczęście życzliwsza i u niej udaje mi się kupić gazetę. Skarżę się na jej koleżankę.
- Co pan chce? Taki teren. - odpowiada. - Jak niedawno czytałam leżącą na ladzie "Wyborczą", klientka spytała: A pani co, Żydówka?
Kiedy niedaleko stąd, we Lwowie, Tadeusz Hollender organizował "Sygnały", zdarzało mu się pewnie prowadzić podobne rozmowy. Chyba jednak spodziewał się, że kilkadziesiąt lat później jego kraj zmieni się pod tym względem.