Hollender tułacz - Tadeusz Lubelski

Kup ebooka

35.00 zł
24.28 zł (24,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

WUJ Z PORTRETU

Nikt nie pamięta - napisał Miłosz (w okresie Spiżarni literackiej był już od dwudziestu kilku lat noblistą, więc jego opinia ważyła, nobilitując bohaterów esejów). A ja przecież nie tylko pamiętam, ale codziennie myślę o Tadeuszu Hollenderze. Od wielu lat, przynajmniej raz dziennie. W każdym razie w dni, które spędzam w swoim mieszkaniu. Trudno żeby było inaczej: w pokoju, w którym siadam do komputera, na przeciwległej ścianie wisi jego portret, ten zreprodukowany teraz na frontispisie. Ilekroć więc odwracam się od biurka - widzę go. Czasami tylko machinalnie omiatam wzrokiem, często jednak przykuwa moją uwagę. Bywa wtedy, że nasze spojrzenia się spotykają. I wtedy czasem czuję: on czegoś się domaga.

Znam ten portret od zawsze, pamiętam, odkąd pamiętam cokolwiek. Wisiał w krakowskim mieszkaniu dziadków przy Dietla. Wspinało się na trzecie piętro po skrzypiących, drewnianych schodach, przechodziło przez dwa lokale biurowe i od razu, bez przedpokoju, wkraczało się w ciemny hangar; koczowaliśmy w nim z rodzicami w czasie częstych przyjazdów z Gliwic. Dla mnie to było wejście w inny świat - archaiczny, trochę przerażający (sufit przecinała głęboka poprzeczna rysa i co noc pokonywałem lęk, że on zwali się nam na głowę), bardziej jednak pociągający, podpowiadający coś, co kiedyś, gdzie indziej mogło być moje. Bo też ten ogromny, trudny do ogrzania pokój stanowił smętne szczątki dawnych czasów lwowskiego dobrostanu. Tyle, co w listopadzie 1945 roku zdołano przewieźć w toku legendarnej kolejowej drogi, a potem uzupełniano na krakowskich targowiskach. Ale nie skarżono się. Zegar ze Stanisławowa wybijał godziny, poszarzałe na etażerce wielotomowe wydania Dziejów Polski i Wielkiej historii powszechnej (nakładem Trzaski, Everta i Michalskiego) różniły się od książek dostępnych w księgarniach, obrazy i fotografie na ścianach dostosowywały się do antykwaryczności wnętrza. Portret wiszący w głębi, w najdalszej części pokoju, nigdy niedającej się wystarczająco oświetlić, współgrał niby swoją ciemną tonacją z tą całością, ale zarazem czymś się wyróżniał. Przedstawiony na nim mężczyzna był młody. Niby statyczny, jak to na portrecie, ale jakby w krótkiej przerwie przed kolejną fazą ruchliwości, a jego twarz - na sekundę unieruchomiona - zapowiadała nową serię wyrazów i min. Wspominano go rzadko; czuło się, że był kłopotliwy. Z nielicznych wspomnień wynikało, że pozostał młody nieodwołalnie. Rozstrzelali go hitlerowcy, przepadło. Nie dołączy do nas, nie stanie nagle w drzwiach.

Nic z tego mieszkania nie zostało. Prawie nic, bo sufit jednak się nie zawalił. W nowych czasach zaaranżowano tam hostel, w którym z dawnych urządzeń pozostawiono, zapewne dla muzealnych walorów, tylko piec. To dzięki piecowi - jakieś dziesięć lat temu wpuszczony do środka przez miłe panie z obsługi - odtworzyłem w pamięci dawny rozkład pomieszczenia. Dopiero odkąd portret wisi u mnie, zacząłem rozmyślać o okolicznościach jego powstania. Kiedy go namalował Leon Chwistek, wyraźnie podpisany w prawym dolnym rogu? Bez wątpienia w okresie lwowskim. Z katalogu kursów Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza - odczytywałem go w lwowskim archiwum przy Pidwalnej (dawne Podwale), do którego wspinałem się po schodach skrzypiących jak tamte na Dietla - wynika, że student II roku polonistyki Tadeusz Hollender w roku akademickim 1932/1933 (wcześniej trzy lata zmarnował na prawie) zapisał się do profesora Leona Chwistka na roczne zajęcia z zasad estetyki. Wtedy się poznali.

Ślad bliższego kontaktu stanowi kartka z 30 sierpnia 1935, wysłana z Zakopanego do Hollendera na lwowski adres Zyblikiewicza 31/7: "Drogi Panie. Bardzo serdecznie dziękuję za genialny artykuł. W niedzielę będę już we Lwowie. Niech Pan zadzwoni. Uścisk dłoni łączę Leon Chwistek". Ale i stąd trudno wyrokować o pozowaniu do portretu. W tym okresie artysta rzadziej wykonywał podobne prace. To wcześniej, w Krakowie, w pięcioleciu 1926-1930 - czytam u Estreichera w przedmowie do Wielości rzeczywistości w sztuce - "łatwość rysunku, łatwość chwytania podobieństwa skłoniły Chwistka do namalowania dużej serii portretów około stu wybitnych osobistości krakowskich". A i później, odkąd w 1930 objął katedrę logiki matematycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza, "Ze Lwowem zżył się szybko i czuł się tam dobrze, znowu stwarzając wokół siebie atmosferę dyskusji i życia intelektualnego". Sztuka łączyła mu się z zabawą i wyżywaniem się, była przedłużeniem lekkości towarzyskiej. Pewnie więc i we Lwowie - choć jako profesor po pięćdziesiątce mniej już się udzielał - zapraszał do pozowania w swoim gabinecie kompanów ze środowiska artystycznego, tych, którzy go pociągali, których twarze wydały mu się interesujące. Bo w tym wypadku zaproszenie musiało wyjść od niego; dwudziesto­paroletni poeta bezustannie skarżył się na brak forsy, w żadnym wypadku więc nie mógł sobie pozwolić na zamówienie portretu u Chwistka. Kiedy mogło dojść do takiego zaproszenia? Zapewne, kiedy Tadeusz stał się znany i malarz mógł go sobie upatrzyć na modela nie tylko z sympatii, ale i z rozeznania, że inwestuje tym zaproszeniem w swój kapitał symboliczny portrecisty "wybitnych osobistości lwowskich". Zapewne też przed przeprowadzką Tadeusza do Warszawy w 1937 roku, odkąd wpadał do Lwowa na krótko. Najbardziej prawdopodobny jest więc rok 1936, po ukazaniu się pierwszej książki - lato, jesień?; w takim razie Tadeusz miałby tu dwadzieścia sześć lat.

Czy jednak człowiek patrzący z portretu nie wygląda poważniej? Hipoteza, że obraz powstał po powrocie Tadeusza do Lwowa wraz z wybuchem wojny, a przed ponownym wyprowadzeniem się do Warszawy po wkroczeniu do miasta Niemców - choć na pierwszy rzut oka mało prawdopodobna, wydaje mi się kusząca. Na przeciąg niespełna dwóch lat pierwszej sowieckiej okupacji znaleźli się znów w tym samym mieście, ale teraz po różnych nieco stronach. Chwistek szukał aprobaty nowej władzy; jego szwagier Hugo Steinhaus notuje, że 28 września 1939 roku na mityngu pracowników uniwersytetu w Collegium Maximum dał się wybrać do prezydium. Wkrótce pozwolono Chwistkowi wykładać, choć pozbawiono go katedry. Hollender zachowywał się inaczej, o czym będzie mowa w rozdziale XVII.

Ze wspomnień córki Chwistka, Aliny Dawidowiczowej, dowiedziałem się, że ich rodzina mieszkała we Lwowie przy Tarnowskiego 82 (przez pewien czas Tadeusz był więc ich sąsiadem), w willi profesora Fulińskiego, która "przypominała grecką świątynię. Balkon podtrzymywały cztery kolumny". Jej ojciec malował w swoim gabinecie, w którym obok biblioteki zawsze stały sztalugi. Malował głównie latem, wyłącznie przedpołudniami, bo po obiedzie zajmował się już pracą naukową. Owszem, najwięcej przemawia za tym, że portret powstał w ciągu roku 1936. Okres wojny nie jest jednak wykluczony. W pierwszych dniach po jej wybuchu Chwistkowie wyjechali z miasta, ale na początku października wrócili do Lwowa. Profesor nie zaprzestał malowania; opuścił miasto dopiero po wkroczeniu Niemców, których nienawidził i których miał powody się bać. Żona Olga została we Lwowie, a on wyjechał, najpierw do Gruzji, potem do Moskwy, gdzie zmarł latem 1944 roku. Po latach autorka wspomnień weszła w posiadanie akwareli namalowanej przez ojca w Gruzji.

Portret mógł więc powstać we Lwowie latem 1940 roku. Przedstawiałby w takim razie mężczyznę trzydziestoletniego, w zupełnie innej sytuacji psychicznej niż młodzieńcza beztroska z połowy lat 30. Ten mężczyzna wie więcej; choć od niedawna dopiero, pod wszystkim, co pisze, podaje wciąż nową liczbę porządkową: "10 dzień Wojny", "20 dzień Wojny", nawet kiedy odnotuje "1340 dzień Wojny", wciąż będzie się spodziewał, że to odliczanie straci kiedyś aktualność. Tak tu właśnie wygląda, namalowany zgodnie ze sformułowaną przez Chwistka zasadą strefizmu zakładającą, że: "forma dzieła sztuki jako całości rozpada się na kształty i kolory, wynikające jedne z drugich, przechodzące jak tęcza w stopniowe nasilenia i warstwy" (to Estreicher). Na portrecie ogólna burość jest tylko dalekim echem tęczy. Dominuje nijakość szarobrązowej marynarki i krawata, kojarząca się z codziennym chodzeniem do "starego związku", wyraźne jest za to strefowe przemieszczanie się, od dołu do góry, od jasności do ciemnienia, różowość ust przechowała jeszcze coś zmysłowego, ale ich grymas niewiele już ma wspólnego z uśmiechem, uniesiony prawy kącik i skierowana w stronę nosa zmarszczka nadają twarzy wyraz lekko pogardliwy, który jednak w centrum, umieszczonym w przykuwającej uwagę czerni oczu, opuściwszy fazę dziwienia się, nieruchomieje w ostatecznej zgodzie na utratę złudzeń.

Kiedy tak odtwarzam wysiłek portrecisty, który kilkadziesiąt lat wcześniej próbował uchwycić wyraz swego modela, w gruncie rzeczy przyłączam się do apelu Stefanii Skwarczyńskiej upominającej się w finale swej przedmowy o pamięć nie tylko o Hollenderze-kpiarzu i Hollenderze-Stańczyku, ale i o Hollenderze-Alainie Gerbault, bohaterze jego młodości, samotnym żeglarzu wpatrzonym w oddalający się horyzont. Taki opis portretu wymaga jednak skupienia. Na co dzień cieszy mnie samo podobieństwo rysów, zdumiewający (Chwistek był krótkowidzem, minus osiem dioptrii) efekt, że na tym formistycznym obrazie model wypadł prawdziwiej niż na zachowanych fotografiach (może tylko zbyt starannie uczesany, bo prawie wszyscy wspominający jego wygląd zwracali uwagę na niesfornie opadający na czoło kosmyk czarnych włosów). Cieszy mnie tym bardziej, że to dla mnie rysy domowe, idące od strony dziadka, które zapamiętałem z twarzy uderzająco podobnej, tyle że daleko piękniejszej od brata - o dwa lata od niego młodszej siostry Marii, dla mnie cioci Myszki, osoby najmilszej z całej rodziny.

Byli sobie bliscy, choć nie pamiętam, żeby Myszka w trakcie którejkolwiek z naszych długich rozmów wspomniała o nim choć słowem, a on w listach pisał o niej z przekąsem "moja nadobna siostrunia". O takich rodzeństwach mówi się, że łączy je hassliebe; każde ma kompleks tego drugiego. Ona - piękna, erudytka o zniewalającym wdzięku, o której Zygmunt Czerny powiedział komuś, że zalicza ją do dziesiątki swoich najlepszych dyplomantek z lwowskiej romanistyki (ale do katedry jej nie wziął). On - brzydal i lekkoduch, marnujący czas na nielubianych studiach, rzucający się w kolejne romanse, niepotrafiący jednak zatrzymać przy sobie kobiet, na których naprawdę mu zależało. Ale to on, choć mniej zdolny, był szaleńczo pracowity i obdarzony talentem, a że przy tym mocny wewnętrznie i bezczelnie pewny siebie - z każdym rokiem spełniał się coraz bardziej. Bez tej mocy i zuchwałej pewności nie napisałby 7 grudnia 1937 roku, w liście będącym bezskuteczną próbą zatrzymania przy sobie kobiety swego życia, zdania, które tak mnie kiedyś zdumiało: "Chcę być jednym z pierwszych w tym kraju i będę nim".

Jeszcze przez jakiś czas po wojnie ten niespełniony projekt bywał przywoływany jako niedawno bliski realizacji. Jeszcze w 1949 roku swój szkic wspomnieniowy pomieszczony w jego pierwszym wyborze wierszy Jerzy Zagórski zaczął od zdania: "Gdy myśli się o poetach, którzy od nas czasu wojny odeszli, najbardziej wśród żywych odczuwa się brak Tadeusza Hollendra". Jeszcze kilka lat później, kiedy jego lewicowe wiersze z lat 30. sprawiały wrażenie zrymowanych z "patosem nowych czasów", Ryszard Matuszewski w swoim podręczniku literatury międzywojennej poświęcił Hollenderowi całą stronicę ozdobioną fotografią. Jeszcze bohaterowie Zdobycia władzy Miłosza, będący przecież - jak przystało na powieść z kluczem - awatarami realnych postaci powojennego życia literackiego ocalonych z pożogi, w paru miejscach powracają do nieszczęsnego przypadku jego śmierci. Podczas bankietu - jak z Popiołu i diamentu Wajdy - Bunio i Gajewicz (czyli Minkiewicz i Zagórski) rozmawiają o okupacyjnych wróżbach:

- Mnie wróżka nic nie chciała powiedzieć. - Bunio garbił się z wyrazem smutku. - Powiedziała tylko jedno zdanie: do osiemdziesiątego roku życia będzie pan jadał w dobrych restauracjach. - Gajewicz kiwał głową z aprobatą. - To się sprawdza, ale czasem na odwrót. Na przykład Tadeusz. Ostrzegaliśmy go, to on w kółko to samo - nie boi się Gestapo, wróżka przepowiedziała trzydziestego maja jego ślub. Aresztowali go trzynastego maja. Rozwalili dokładnie trzydziestego. Wróżka pomyliła linie miłości i śmierci.

Aż dziw, jak Miłosz - piszący powieść latem 1952, w hotelu w paryskiej Dzielnicy Łacińskiej z dala od jakiejkolwiek dokumentacji (skądinąd przecież w większości spopielonej) - niewiele mylił się przy odtwarzaniu tych szczegółów. Prawdziwy Tadeusz został aresztowany w nocy z 18 na 19 maja; zginął w dzień po swoich trzydziestych trzecich urodzinach. Bo urodzony 30 maja 1910, 31 maja 1943 roku, w 1369 dniu wojny, został rozstrzelany na terenie spalonego getta. Wróżka wywróżyła, więc nic mi nie będzie - próbka jego wymuszanej na samym sobie dezynwoltury. Na różne jej przykłady natrafiałem we wspomnieniach świadków wojennej fazy życia Tadeusza: nieliczenie się z godziną policyjną i z innymi codziennymi zagrożeniami okupacji, wyskakiwanie z tramwaju, lekceważenie szpicli...

Kilkadziesiąt stron dalej jest w Zdobyciu władzy scena spaceru po tych właśnie ruinach, na miejscu nieistniejącej już ulicy Gęsiej (kiedy niedawno dochodziłem do Muzeum POLIN ulicą Lewartowskiego, wyobrażałem sobie, że idę po jego prochach). W tej scenie Bruno (identyfikowany przez Andrzeja Franaszka jako Adolf Rudnicki) mówi do bohatera, Piotra Kwinto: "Pamiętasz Tadeusza? Kiedy go aresztowali, zachowywał się dzielnie. W celi zorganizował wykłady. Czego? Mitologii greckiej. I tak go wzięli na rozwałkę, z opowiadania o Andromedzie czy Minosie. Zawsze był filosemitą". W tym fragmencie już wszystko się zgadza, choć to zapewne Zagórski, blisko z Miłoszem zaprzyjaźniony, opowiedział mu tę historię o wykładach w celi, kolportowaną przez ocalonych z Pawiaka. Noblista mógł wywołać w pamięci tę scenę, kiedy pół wieku później pisał w Spiżarni: "Znałem dość dobrze Hollendra, bo należał, wespół z Anną Świrszczyńską, do poetów przez nas respektowanych".

W tamtym okresie zresztą Hollender był ze Świrszczyńską często kojarzony, bo dwukrotnie, w różnych epokach, znakomite a całkiem różne gremia jurorów - znając jedynie godła autorów wierszy - przyznały im obojgu zwycięstwo ex aequo w prestiżowych konkursach poetyckich. Najpierw w 1934 roku, potem na przełomie lat 1942 i 1943. Świrszczyńska już od debiutu książkowego w 1936 była świetną poetką z własną dykcją, nierówną jednak, zwłaszcza po wojnie, i dopiero od późnych tomów z lat 70. zaczęła być powszechnie czytana. Twórczość Hollendera zamknęła się wraz z jego przedwczesną śmiercią. Czy wydobyłby z siebie taki nowy liryczny ton jak ona w Budowałam barykadę? Kompletnie nie umiem go sobie wyobrazić po wojnie. Zapytałem kiedyś Czesława Miłosza, jak sobie wyobraża Hollendera w PRL-u. Noblista zamyślił się, spojrzał przed siebie i odparł swoją niepowtarzalną intonacją: "Słabo. Słabo, bo on był chorobliwie prawdomówny".

W zbliżonym duchu wypowiadał się, też już wiele lat po wojnie, bystry świadek epoki Lew Kaltenbergh:

Śmierć pierwszego redaktora Sygnałów i ich właściwego twórcy, Hollendra, pozbawiła naszą literaturę wybitnego talentu w fazie rozwoju, talentu bardziej interesującego niż można by było na podstawie publikowanych po wojnie utworów przypuszczać. Jest pewne, że gdyby Tadzio Hollender ocalał, to ze swoją bezkompromisowością sprawiłby niejeden kłopot określonym kołom regulującym opinie kulturalne, szczególnie w czasie najsilniejszych nacisków stalinizmu. A potem sam by popadł w tarapaty...

Wszyscy wyżej przypomniani, sześcioro według starszeństwa - Zagórski (ur. 1907), Świrszczyńska (1909), Hollender (1910), Kaltenbergh (1910), Miłosz (1911), Rudnicki (1912) - należeli do tej samej, specyficznej formacji pokoleniowej: 1910. Jakiś czas temu powstał ciekawy tom po konferencji poświęconej tejże. Ze szkiców Teresy Walas, Marty Wyki i Tadeusza Bujnickiego wynotowuję najwyrazistsze łączące ich cechy. Co prawda pierwsza z autorek zastrzega, że stanowili jedynie "słabą formę" pokolenia literackiego, bo choć tworzyli "liczne towarzyskie i przyjacielskie wspólnoty, w obrębie których czyta się te same książki, wymienia się podobne myśli, ulega się wpływom tych samych idei", chętnie też zakładali czasopisma i grupy programowe, to jednak zanadto różnili się poetykami i w zbyt odmienne strony skierowali się po 1945 roku, by można było ich traktować jak jednolitą generację. Za to przeżycie pokoleniowe mieli potężne, i to potrójne: w dzieciństwie - I wojna światowa traktowana przez rodziców jak koniec świata, w okresie wchodzenia w dojrzałość - rosnące rozczarowanie do własnego państwa, którego odrodzeniem tak niedawno się cieszyli, wkrótce potem wreszcie - kataklizm II wojny światowej. Miłosz i Świrszczyńska, Rudnicki i Zagórski znaleźli się w gronie najważniejszych "świadków nowoczesności", ich dzieła i losy posłużyły jako przykład generacji na dziesiątkach stronic tomu Formacja 1910.

Przez krótką chwilę zanosiło się na to, że dla określenia całej generacji przyjmie się nazwa wzięta z tytułu debiutanckiej powieści także zapomnianego dziś pisarza Mariana Ruth-Buczkowskiego Tragiczne pokolenie. Autor ukończył ją w 1935 roku, złożył w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa, ale nie zgodził się na poprawki zaproponowane przez wszechwładnego tam wtedy Aleksandra Wata (po wojnie tego żałował) i powieść wyszła rok później w Roju, gdzie spodobała się Wańkowiczowi. Przeczytałem teraz jej popaździernikowe wznowienie, zaintrygowany faktem, że Marian Ruth--Buczkowski (o pięć lat młodszy brat bardziej niż on znanego prozaika, Leopolda Buczkowskiego) był niemal ścisłym rówieśnikiem Tadeusza Hollendera - urodził się dwa dni wcześniej niż on, 28 maja 1910 w sąsiednim województwie tarnopolskim. Akcja autobiograficznej powieści toczy się - zachowując proporcje - w okolicznościach Czarodziejskiej góry, w sanatorium przeciwgruźliczym w Skalnem, kopii Zakopanego. Utrzymana jest w konwencji dziennika dwudziestopięcioletniego Juliana Cyprynowskiego, który - podleczony po dwuletnim pobycie - ma wkrótce opuścić placówkę. Jego pamięć opanowana jest przez cień pierwszej wojny, kiedy stracił ojca, głodował wraz z matką i bratem. Teraz powinien wrócić do Poznania na przerwane studia, ale boi się tego, jest pełen najgorszych przeczuć. Dziewczyna, w której przelotnie zakochał się w sanatorium, zmarła; jedyny pacjent, z którym się zbliżył, starszy od niego anarchista Prowin, został właśnie aresztowany. Zdążył bohaterowi przepowiedzieć:

A pokolenie mające dziś 25 lat? Pokolenie dziesiątkowane przez gruźlicę? (...) to pokolenie jest nerwowe, neurasteniczne, dusi się w atmosferze wytworzonej przez starszych. No, wśród neurasteników znajduje się wielu ludzi zdolnych, wybitnie zdolnych, czekajmy na nich.

Dwadzieścia lat później autor komentował we Wstępie do drugiego wydania:

Zebrałem bogate żniwo - najwyższych pochwał i najbardziej zjadliwych nagan [pochwalną recenzję napisał między innymi Witold Gombrowicz - przyp. T.L.]. A czas miał wkrótce wykazać, jak słuszne były przeczucia Juliana i jak prorocze były słowa Prowina. Radość życia, pogoda duszy, prawo pełnienia twórczej roli społecznej nie miały się stać udziałem tego pokolenia - druga wojna i związane z nią katastrofy postawiły przed nim tylko jeden obowiązek: przedwczesnej śmierci.

Nazwisko Hollendera nie pojawiło się nawet w indeksie tomu Formacja 1910 (podobnie jak jego przyjaciela, który przeżył wojnę - Karola Kuryluka). Pamięć o zmarłych z latami blaknie, co w jego wypadku zostało jeszcze wzmocnione o starzenie się stosowanej przezeń poetyki. Ja jednak, powtarzam, myślę o nim codziennie. Pewnie już tylko ja jeden.

Jeszcze jakiś czas temu było nas więcej. Podobnego zdania użył w rozmowie ze mną Andrzej Żuławski, kiedy powiadomiłem go o swojej koligacji: "Przynajmniej raz w tygodniu, co ja mówię, co najmniej raz dziennie wspominają go moi rodzice". Mogło to być ciekawe, jeśli pamiętać o książce Opowieści mojej żony Mirosława Żuławskiego (rocznik 1913, także nieobecnego w indeksie Formacji 1910) pełnej żywych anegdot. Wkrótce też Andrzej zaaranżował mi spotkanie z ojcem, który przyjął mnie w warszawskim mieszkaniu przy placu Konstytucji (upamiętnionym przez syna w Litym borze) i wydawał się rzeczywiście przywiązany do pamięci o Hollenderze. Nowe było dla mnie dokonane przezeń porównanie atmosfery panującej w zajętym Lwowie - zarówno za pierwszej i drugiej okupacji Rosjan, jak i za Niemców panował tam powszechny strach - z Warszawą, gdzie ludzie schowani w tłumie mniej się bali, umieli żyć normalnym życiem. W pewnym momencie spojrzał na mnie i powiedział: "To ważne, co pan chce zrobić". Zapamiętałem to zdanie, bo mnie wtedy uderzyło; przecież nie mówiłem mu, co chcę zrobić. Pewnie ćwierć wieku minęło od tej rozmowy. Najwyższa pora samego siebie o to spytać.

Poprzedni akapit, zwłaszcza w świetle motta, mógłby sugerować, że chcę upomnieć się o postać zapomnianego przedstawiciela pokolenia 1910, przypomnieć poetę, o którym nikt już nie pamięta. Także i to, zapewne. Ale mój zamiar jest prywatny. Nie siadam przecież do rozprawy historyczno--literackiej. Wyruszam śladami człowieka, którego nigdy nie widziałem, ale na którego prawie codziennie patrzę. I po którym mam imię. Przez jakiś czas myślałem, że sprawa imienia jest kluczowa. Bo oficjalnie to jest moje drugie imię, które stopniowo, w toku życia, sam przesunąłem na miejsce pierwszego. Nie chodziło mi przecież o samo brzmienie, choć je lubię. Chciałem, chyba instynktownie, umieścić siebie w jednej linii z tamtym nieznanym Tadeuszem. Tego więc szukam - wiedzy, co ta linia znaczy.

Dlaczego dziadek Antoni wraz z także mi nieznaną babcią Idą to właśnie imię nadali swemu pierworodnemu? Nie wiem; pewnie z ducha tradycji, z potrzeby zamanifestowania polskości, zaznaczenia, że oto właśnie "dwukonną bryczką wjeżdża młody panek". Może z pamięcią o tym, że Tadeusz Juda to patron od spraw beznadziejnych. Może też trochę dla uroku aramejskiej melodii imienia "znanego od czasów biblijnych". Ich syn je najwyraźniej lubił i w pełni utożsamiał się z nim, listy podpisywał "Twój Tadzik" albo "Wasz Tadzik". Kiedy w ramach gier towarzyskich bawiono się charakterystyką imion, śmiech jego znajomych towarzyszył zapewne temu zwłaszcza fragmentowi: "Bardzo lubi dogryzać bliskim i uważa, że ma wyłączność na niemiłe, czy wręcz złośliwe uwagi pod adresem przyjaciół. Na szczęście ci, którzy go dobrze znają, nie biorą mu tego za złe i nie traktują poważnie jego uszczypliwości". Na pół świadomie szedłem w życiu tym tropem. Podsłuchiwałem przypadkowe napomknienia o zwyczajach i maniach Tadeusza: że przepadał za małymi dziećmi, że przyprowadzał do domu bezdomne psy i koty, że nie jadał ryb, że kiedy pisał - chodził po całym mieszkaniu. Niby denerwowały mnie komentarze mamy do moich szkolnych wypracowań "zupełnie styl Tadzika", bo nikt nie lubi takich porównań, ale w gruncie rzeczy imponowało mi to. Najmocniej przypadła mi do gustu jego dbałość o bibliotekę, na której wywiesił tabliczkę: "Chcesz zostać moim wrogiem, poproś mnie o pożyczenie książki".

Najbardziej go lubię na zdjęciu z albumu gromadzącym ówczesną rodzinę. Pogoda, drzewa całe w liściach, późna wiosna albo wczesne lato. W środku dziadek - jakim go pamiętam - z wąsikiem, w krawacie (zawiązanym niewątpliwie przez babcię), z chusteczką w kieszonce i odznaką stowarzyszenia geodetów. Pod rękę wzięła go babcia Anna, w kolczykach, koralach, z typową dla siebie powagą na twarzy. Na lekki dystans od niej - śliczna, uśmiechnięta Myszka w letniej sukience. Po drugiej stronie dziadka - Tosia, moja mama, niepewna siebie, z zaciśniętymi ustami. W marynarskiej bluzce i z muszką, najbardziej uroczysta, bo to ona ma tu być w centrum. W rękach trzyma białe rękawiczki, to zapewne jej bierzmowanie. Pod pachą trzyma jakiś pakunek - książkę? prezent? oprawione świadectwo? Z tej okazji wszyscy się zeszli albo zjechali. Dalej Kazia, siostra dziadka, usłużnie oddzielająca od reszty familii swego bratanka Tadeusza; on stoi z boku, z nieodłącznym papierosem, w trzyrzędowym garniturze i krawacie ze spinką, wyjątkowo starannie przyczesany i z rzadkim u niego wyrazem poprawności, lekko tylko kryjącym sceptycyzm wobec panującego klimatu rodzinnej harmonii.

Kiedy i gdzie to było? Odpowiedź zależy od tego, jak obstawić wiek mamy. Jeśli ma tutaj dwanaście i pół roku, co podobałoby mi się bardziej, zdjęcie zostało wykonane w 1932 roku w Złoczowie, w ogrodzie domu przy ulicy Podwójcie, gdzie jeszcze wtedy mieszkali. Dziadek jest kierownikiem tamtejszego Urzędu Katastralnego, mama chodzi do złoczowskiego gimnazjum, Myszka i Tadeusz studiują na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie - ona romanistykę, on prawo, ale już na wylocie; oboje goszczą więc u rodziny na wakacjach. Jeśli jednak mama ma trzynaście i pół roku, co wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, to jest rok 1933 i mieszkają już we Lwowie, w pięciopokojowym mieszkaniu przy ulicy Tarnowskiego 59 na parterze, dziadek kieruje lwowskim Archiwum Map Katastralnych i ma biuro w Rynku, mama chodzi do prywatnego gimnazjum Strzałkowskiej - w zimie zjeżdża do niego na nartach, ulica Tarnowskiego jest stroma; Myszka i Tadeusz - jej starsze rodzeństwo - studiują tu, on już wtedy polonistykę.

Il. 1. Zdjęcie z rodzinnego albumu - bierzmowanie Mamy, lato 1932? 1933?

Zaglądałem tak od czasu do czasu do albumów, sięgałem z różnych okazji do pudła z archiwum po wuju przywiezionego przez rodzinę ze Lwowa; sam potem zgromadziłem kilka grubych teczek. Aż poczułem, że jest ostatnia pora na opisanie jego historii. Późno. Prawdę mówiąc o wiele za późno, zważywszy że spośród ludzi, którzy go znali i którzy przez tyle lat byli dostępni, nikt już nie żyje. Po pierwsze jednak, lepiej późno niż wcale. Po drugie, skoro wcześniej jej nie opisałem, widać nie miałem wystarczającej pewności, że jestem mu to winien. Dziś mam całkowitą.

II

LEŻAJSK: ŚLADY

Na beztroskim zdjęciu rodzinnym z poprzedniego rozdziału nie ma babci Idy, bo być nie może; nie żyje wówczas od kilkunastu lat. W centrum jest dziadek, Antoni Hollender, i od niego powinienem zacząć. Nie wiem, do jakiego stopnia prawdziwe jest zdanie: "Ojcowie zawsze są ważni dla synów, ale szczególnie dla synów, którzy wcześnie utracili matki", coś jednak jest na rzeczy. Tadeuszowi matka zmarła, kiedy miał dziewięć i pół roku: zdarzenie straszne tym bardziej, że Ida była z pewnością matką ukochaną, opiekuńczą, oddaną dzieciom. Został mu ojciec, przeciw któremu wcześnie zaczął się buntować i z którym do końca łączyła go trudna relacja. Kochał go zapewne; ale figura ojca obcego, z którym nie sposób nawiązać kontaktu, była - co widoczne w wierszach i listach - jego prawie Kafkowską zmorą.

We mnie dziadek Antoni budził respekt i coś w rodzaju dziecięcego uwielbienia, ale nie zdołałem oczywiście poznać go naprawdę. Kiedy umarł - w styczniu 1967 roku - miałem siedemnaście lat i przez całych tych siedemnaście lat nie spróbowałem nawet przebić się przez formę, w której obaj byliśmy uwięzieni: relacji dziadka i wnuka. Dla mnie był jedynym dziadkiem, odległym autorytetem, wysłannikiem epoki, której nie rozumiałem, której się bałem (było czego), ale która wydawała mi się fascynująca. Ja dla niego byłem jedynym wnukiem, jakiego doczekał się od czworga dzieci, ale i ja wyłoniłem się z czasów, które były mu obce i zagrażały. Miłosny charakter tej więzi wyrażał się głównie w obrzędzie powitań i pożegnań, długo celebrowanym przez niego w uściskach i pocałunkach, dla mnie krępującym, bo bardzo drapał. W ich późnej krakowskiej fazie życia - jedynej, którą znałem - babcia Anna goliła go raz na trzy dni i takie były skutki. Potem chyba zapadało między nami milczenie; dziadek nie zachęcał do bezpośredniości. Nie miał umiejętności rozmowy z bliskimi, jakby nie był nas ciekaw albo jakby chciał uniknąć rozczarowania, które z góry zakładał. Nieodbywane rozmowy zastępował rytualnymi formami komunikacji ozdobnej: co jakiś czas kierował do mnie uroczyste, wierszowane listy. Dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że ceremonialność jego stosunku do jedynego wnuka mogła być z jego strony próbą kompensacji nieszczęśliwej relacji z jedynym synem. Ale czy mam prawo do takiej opinii? W każdym razie tematu Tadeusza nigdy ze mną nie poruszał. Ani słowem.

Il. 1. Z rodzinnego albumu: w trójkę z babcią w mieszkaniu na Dietla

W ogóle nie prowadziliśmy rozmów istotnych. W sytuacjach rodzinnych, wieczorami zwłaszcza, po wysłuchaniu audycji Wolnej Europy (sztuką ich wyławiania z eteru zajmowała się wyłącznie babcia) nie szczędził komentarzy politycznych oczywiście dla ówczesnej władzy miażdżących. Wspominał też swoje przeżycia wojenne, więzienie za pierwszych Sowietów, obóz za drugich. Z naszych bezpośrednich relacji pamiętam raczej pouczenia albo lekcje sprawności manualnej, na przykład pokaz oprawiania "kajetu". Kiedy go raz zapytałem, skąd wzięło się rodzinne nazwisko Hollender, rozgadał się o niderlandzkich antenatach, chroniących się przed prześladowaniami w gościnnej Rzeczypospolitej czasów Zygmunta Augusta. Ich nazwiska były zbyt trudne do zapamiętania, przydzielano więc odgórnie wersje zunifikowane typu Holland albo Hollender. Nie sądzę, by dziadek znał pierwotną wersję nazwiska swoich przodków: Uyterhouven? Van de Velde? Może Draaisma? Kiedy jego syn wyznawał (w wierszu O sobie samym) "czterech obcych narodów krew w swych żyłach mając, patrzę, senny mieszaniec, na Dwudziesty Wiek" - które narodowości miał na myśli oprócz holenderskiej? Drugą zapewne niemiecką czy raczej austriacką, bo trudno żeby w Galicji nie dochodziło do mieszanych małżeństw. Trzecią czeską, ze strony matki: matczyny dziadek Idy nazywał się Stoklasa. A czwarta? Podejrzewał zapewne żydowską, którą mu często przypisywano, co jego rajcowało (dopiero, gdy dojrzał), a dziadka drażniło. Poszukiwania genealogiczne, które sam niedawno doprowadziłem do końca XVIII wieku, nie wskazują jednak na jakiekolwiek żydowskie ślady; co mnie zresztą zaskoczyło - byłem pewien, że na jakieś natrafię.

Nigdy nie słyszałem z ust dziadka o Hryniówce - mająteczku na Pokuciu, w którym przyszedł na świat w 1886 roku. Nie utrwaliła mi się żadna opowieść o Stanisławowie - mieście jego młodości. Nie znałem w dzieciństwie określenia "gród Rewery", którego użył kilkakrotnie w wierszowanej przemowie do kolegów podczas obchodów 55-lecia matury w Wyższej Szkole Realnej w Stanisławowie, które zorganizował w Krakowie we wrześniu 1959 roku. Trochę jednak dowiedziałem się o jego rodzicach - dziadkach Tadeusza, a moich pradziadkach. Ojciec Antoniego, Kazimierz Hollender (ur. 1862 w Kołomyi, daty śmierci nie udało mi się ustalić; przypuszczam, że ok. 1914) był germanistą, pisał podręczniki i książki metodyczne do nauki niemieckiego. "Kazimierz Hollender, nauczyciel dla szkół wydziałowych i stały nauczyciel szkoły im. Czackiego w Stanisławowie" czytam na stronie tytułowej dostępnej w Jagiellonce Metodycznej niemieckiej gramatyki jego autorstwa. "Oddając niniejszą pracę do użytku PP Kolegów i młodzieży szkolnej, spodziewam się, że usunie ona niejedną trudność przy nauce obcego języka i ujednostajni metodę nauczania gramatyki, bez której nie pojmuję prawdziwego zrozumienia języka" pisał we wstępie mój pradziadek. Matka, Anna ze Spechtów, wywodziła się z rodziny austriackiej. A sam pamiętam, jak na zawalonym papierami stole dziadek pisał artykuł Nieznane lata generała Sikorskiego. Przy okazji wspomnienia o przyjacielu z młodości odtworzył tam swoje arkadyjskie czterolecie 1908-1912, przeżyte w Leżajsku. Korzystam teraz z tego artykułu.

Otóż po ukończeniu studiów geodezyjnych na Politechnice Lwowskiej (tytułu inżyniera nie opuszczał w żadnym podpisie) dwudziestodwuletni dziadek objął w 1908 roku swoją pierwszą posadę: kierownictwo urzędu katastralnego w Leżajsku. Rok później zaczął się najpiękniejszy okres jego życia. W kwietniu przybyli do jego biura dwaj pracownicy Grupy Geometrycznej Namiestnictwa we Lwowie, inżynierowie: Mieczysław Dobrucki, kierownik sekcji pomiarowej i jego zastępca - znany dziadkowi jeszcze z politechniki jako prezes Bratniaka i mówca z patriotycznych wieców - Władysław Sikorski.

Grupa Geometryczna, zgodnie z umową zawartą między rządami Austro--Węgier i Rosji, miała za zadanie przeprowadzić pomiary uregulowanego łożyska Sanu, jako ustalonej, nowej granicy państwowej, oraz odgraniczenie i pomiar odsypisk Państwowego Funduszu Wodnego i zmienionych granic prywatnych użytkowników. Jako kierownik urzędu pomiarowego w Leżajsku zostałem przydzielony do grupy geometrycznej inżyniera Dobruckiego w charakterze eksperta od pomiarów katastralnych. Główny teren operacyjny stanowiła gmina Sarzyna, w której San, zmieniając swoje łożysko, włączył do terenów powiatu leżajskiego około 300 hektarów ziemi rosyjskiej.

Stąd wspólne wyjazdy do Sarzyny, z których wyłoni się projekt ślubów kawalerskich, w odwrotnym jednak duchu do fredrowskich.

W czasie powrotnej drogi do Leżajska zawarliśmy ścisłe więzy przyjaźni i braterstwa, a ponieważ wszyscy byliśmy wtedy zaręczeni - zapadło między nami uroczyste postanowienie, że każdy z nas w czerwcu zawrze związek małżeński, a już w miesiącu lipcu 1909 roku trzy młode pary nowożeńców rozpoczną nowe życie pod wspólnym dachem w Leżajsku.

Plan się powiódł. Latem dziadek wziął ślub z młodszą o dwa lata panną Idą Pisarską. Poznali się, jak często bywało w tamtych czasach, w okolicznościach patriotycznych: w ramach zajęć towarzysko-paramilitarnych stanisławowskiego Strzelca. Antoni, nazywany Toskiem, był urodzonym szefem (komendantem?) i obawiam się, że naturalna dla niego, a w istocie przezeń narzucana relacja podporządkowywania sobie otoczenia, obowiązywała też w ich domu. Nie jest to jednak pewne. Że swoją drugą żonę dziadek zwykł musztrować - na to potem patrzyłem. Ale tamto pierwsze małżeństwo mogło wyglądać inaczej - zawarli je przecież ludzie bardzo młodzi, pełni entuzjazmu. Ida wywodziła się z ciekawej rodziny, o której przez długi czas wiedziałem niewiele. Dopiero niedawno, w wyniku korespondencji internetowej, poznałem jej stryjecznego wnuka, a mojego nieznanego wcześniej kuzyna, prowadzącego poszukiwania rodzinne. Właśnie dzięki Bogusławowi Małuseckiemu wszedłem w posiadanie drzewa genealogicznego rodziny Pisarskich. Rodzicami Idy byli Władysław Pisarski (rodem z Bochni, naówczas komendant stacji Jedlicze w c.k. dyrekcji kolei w Stanisławowie) i lwowianka Bronisława z lekarsko-adwokackiej rodziny Stoklasów. Jeden z młodszych braci Idy (czyli wuj Tadeusza), dr Tadeusz Pisarski - lekarz, przed samą wojną dyrektor-założyciel sanatorium leczniczego Excelsior w Iwoniczu-Zdroju, właśnie dziadek Bogusława - został uwięziony przez Sowietów w Starobielsku i wiosną 1940 roku zamordowany w Charkowie razem z kapitanem Jakubem Wajdą, ojcem Andrzeja.

Na razie jednak dziadek jest urządzony w Leżajsku: wynajął dwuizbowe mieszkanie, złożone z pokoju i dużej kuchni, w murowanym domu należącym do nadzorcy rzek, pana Niezgody. Dom usytuowany jest w wygodnym punkcie miasta: o sto metrów od dworca kolejowego, niedaleko torów, na skraju ulicy Sanowej pod numerem 2, skąd blisko do różnych dzielnic. Po ślubie instaluje się tam Ida, a w lipcu przybywają dwie pozostałe pary małżeńskie. Właściciel zgodził się na wynajęcie państwu Dobruckim dużego pokoju, przylegającego do mieszkania dziadka. Na okres paru miesięcy pokój ten staje się salonem dla całego towarzystwa. Sikorscy urządzili sobie lokum nieopodal, w domku pana Eustachiewicza po drugiej stronie torów. Władysław, dbający o żonę - wtedy we wczesnej ciąży, przyrządza pani Helenie śniadanie i zostawia ją na zakupionym w leżajskiej koszykarni bujaku, przy stosie sprowadzanych ze Lwowa książek. Ida urządza mieszkanie na dłużej. Codziennie o wpół do ósmej rano umówioną furmanką trójka inżynierów wyjeżdża na pomiary do Sarzyny. Działają na pograniczu guberni lubelskiej i radomskiej, z prawem poruszania się w odległości trzech kilometrów od rosyjskiej strony Sanu. O piątej po południu wracają do Leżajska, gdzie żony przyrządzają wspólną kolację.

Il. 2. Z rodzinnego albumu: zdjęcie ślubne dziadka Antoniego z Idą

Po kolacji inicjuje się spacery - na ogół podstawowym leżajskim szlakiem, dzisiejszą ulicą Mickiewicza w stronę klasztoru bernardynów, czasem dalej, do klasztornych lasów. Jak wspominał dziadek, po porcji gier towarzyskich:

posuwistym polonezem - przez szeroką szosę na długości trzech kilometrów do Rynku wracały rozbawione pary nowożeńców. A gdy wchodziliśmy do Rynku, z uderzeniem godziny dziesiątej w nocy, kiedy to w myśl tradycji Leżajska strażnik nocny obwieszczał ludności miasta późną porę słowami hymnu Hej, panowie gospodarze, już dziesiąta na zegarze! Strzeżcie mienia od złodzieja, chwalcie Boga, w Nim nadzieja!, ze śpiewem stróża łączyły się głosy młodych małżonków, oczarowanych urodą życia.

Aby nie nudzić żon, mężczyźni unikali tematów technicznych. Za to o polityce dyskutowano bezustannie. Ich poglądy kształtowali Żeromski, a zwłaszcza Brzozowski. Sikorski był zafascynowany autorem Płomieni; zaimponował dziadkowi, jeszcze w czasie studiów, żarliwym wystąpieniem w jego obronie podczas wiecu zaaranżowanego na lwowskiej politechnice z powodu głośnej "sprawy Brzozowskiego" (komentarz zająłby za dużo miejsca, sapienti sat). W czasie wieczornych powrotów sypał cytatami z Legendy Młodej Polski i namawiał dziadka, który był prezesem leżajskiego Sokoła, do stworzenia drużyny wojskowej. Przekonywał, że "żyć dla społeczeństwa swobodnych ludzi" znaczyło wtedy: ćwiczyć z bronią w ręce.

W listopadzie 1909 roku Grupa Geometryczna opuściła Leżajsk, ale przyjaciele jeszcze przez kilka lat odwiedzali się. Dobrucki zamieszkał w Rozwadowie. Sikorski prowadził pomiary w powiecie jarosławskim i latem 1910 roku na zaproszenie dziadka przyjechał do Leżajska z dwoma wykładami. Pierwszy, wygłoszony w sali magistrackiej, Odbudowa i regulacja dróg wodnych w Galicji był chyba pretekstem dla drugiego, oczywistego tym bardziej, że Władysław Jagiełło był patronem Leżajska, któremu przyznał w 1397 roku prawa miejskie. 15 lipca 1910 roku wykład przyszłego generała pod tytułem Znaczenie Grunwaldu dla Słowiańszczyzny i naszej polskiej drogi do Niepodległości zgromadził na dziedzińcu kasyna tłumy. Dziadek wspominał, że po raz pierwszy w dziejach miasta mówca zainaugurował wystąpienie słowami "Obywatele i obywatelki!", aż przybyły z pobliskiej Brzózy Królewskiej proboszcz, ksiądz Stanisław Szurlej, zrobił mu wymówkę, że sprowadza do Leżajska socjalistów.

Szczęśliwy leżajski okres nie trwa jednak długo. Antoniego i Idę ciągnie w rodzinne strony. Dziadek znajduje nowe miejsce pracy w miasteczku Tyśmienica, kilkanaście kilometrów od Stanisławowa. W czerwcu 1912 roku przychodzi pora na przeprowadzkę. Jeszcze więc ostatni cytat ze wspomnień dziadka:

Przed naszym wyjazdem z Leżajska zawitała do nas na trzy dni z pożegnaniem Sikorka (tak nazywaliśmy wszyscy żonę Władunia), aby pomóc mojej żonie przy pakowaniu naszych ruchomości i zabawiać naszego jedynaka Tadeusza (który niemal jednocześnie z Sikorskim, w odstępie miesięcznym, padnie ofiarą mordu w 1943 roku). Przy moim wyjeździe z Leżajska zjawił się specjalnie wynajętą furmanką z niedalekich Piskorowic i sam Sikorski, aby mnie osobiście pożegnać na leżajskim dworcu. Był zdumiony sporą ilością żegnających mnie na peronie mieszczan i chłopów, toteż zrobił mi przy pożegnaniu może i słuszny wyrzut: "niepotrzebnie stąd się ruszasz, byłeś tu konieczny!".

Il. 3. Akt urodzenia Tadeusza Hollendera

Dziadek nie dopowiada w tym fragmencie, że Tadeusz (Tadeusz Antoni Józef Hollender, jak głosi akt urodzenia) urodził się 30 maja 1910 roku w tym właśnie domu przy Sanowej. W tamtym okresie przyjmowaniem dzieci na świat zajmowała się na ogół akuszerka. Drugie dziecko małżonków, córka Maria - Myszka, urodzi się w lipcu 1912 roku już w Stanisławowie, w rodzinnym gnieździe. Tadzik przeżył więc w Leżajsku zaledwie dwa lata. Ale te pierwsze dwa lata życia spędził w atmosferze harmonii, głównie oczywiście z matką. W artykule, z którego tu korzystam, dziadek nie wymienia nawet jej imienia; pisze o niej "moja małżonka", więcej miejsca poświęca Helenie Zubczewskiej, swojej koleżance ze Stanisławowa, przyszłej żonie generała. Częściowo tłumaczy go fakt, że to Władysław Sikorski był tytułowym bohaterem tekstu. Ale i mnie nigdy o niej nie opowiadał; jak gdyby nie zależało mu na tym, żeby wnuk wiedział o istnieniu swojej rodzonej babci. Druga żona, która przez 43 lata z górą okazała się niezawodną towarzyszką jego życia, zajęła całe miejsce przeznaczone niegdyś dla Idy. Ale we wstępnej fazie historii, którą tu odtwarzam, to Ida jest postacią centralną.

Il. 4. Ida z Pisarskich, zdjęcie wiszące teraz w mojej jadalni

Prawie nic o niej nie wiem. Zachowało się zdjęcie z lwowskiego zakładu fotograficznego Henri, Legionów 3. Na tym zdjęciu Ida wygląda młodziej i ładniej niż na fotografii ślubnej; bardzo podobała się Iwonie, mojej żonie, więc oprawiliśmy to zdjęcie i wisi teraz niedaleko stołu w jadalni. Patrząc na nią, próbuję sobie wyobrazić, jak doglądała Tadeusza w dziecinnych chorobach, jak pierwsza pokazała mu księżyc i jak przy niej - zapewne w dużym ogrodzie za leżajskim domem - nauczył się chodzić. Kiedy jednak dwuletni Tadzik opuścił z rodzicami Leżajsk w czerwcu 1912 roku, nie miał już do niego wrócić; nie odbył w nim ani jednego wieczoru autorskiego, żadnej sentymentalnej podróży z przyjaciółmi albo dziewczyną.

Nie znaczy to, że miasto o nim zapomniało. Przypływ pamięci nastąpił w moim okresie maturalnym - wiosną i latem 1966 roku. Stróż pamięci Leżajska, polonista z tamtejszego liceum Józef Depowski, doprowadził do ufundowania przez miasto tablicy pamiątkowej. Dzięki Internetowi odczytuję: "W tym domu urodził się poeta Tadeusz Hollender. 1910-1943". Uroczystość odsłonięcia zaplanowano na 21 lipca 1966 roku i Józef Depowski gorąco namawiał dziadka do przybycia. Był on już jednak schorowany - to było pół roku przed jego śmiercią - i nie brał przyjazdu pod uwagę. Skończyłem wtedy siedemnaście lat, od października miałem zacząć studiować w Krakowie polonistykę; wuj Stulgiński (mąż Myszki), dbający o usamodzielnianie mnie, optował nawet za tym, żebym to ja pojechał do Leżajska i przemówił w imieniu Hollenderów. W rodzinie uznano jednak, że na razie nie nadaję się do takich występów i w końcu nie pojechał nikt. Pewnie rzeczywiście się nie nadawałem, teraz jednak myślę, że można było zrobić więcej. Zaprosić któregoś z żyjących przyjaciół? Idealnie nadawałby się do takiej przemowy niegdysiejszy współredaktor "Sygnałów" i radiowiec Tadeusz Banaś, znał Leżajsk. To tutaj trafił w 1945 roku po lwowskich wojennych przejściach i przez rok uczył polskiego w gimnazjum, zanim przeniósł się ostatecznie do Wrocławia. Jego syn, profesor Paweł Banaś, legendarny dziś we Wrocławiu historyk sztuki, opowiadał mi, że w czasie rodzinnej wizyty w Leżajsku ojciec przyprowadził go przed dom na Sanowej, w którym urodził się jego przyjaciel. Mimo wszystko ktoś z dawnych kolegów jednak w zdarzeniu uczestniczył. Jan Brzoza skomentował swój udział w tej uroczystości: "Pomyślałem sobie, że warto by o tej ciekawej, barwnej, niemalże renesansowej postaci napisać książkę, nie wiem: monografię czy bodaj w formie la vie romancée".

Il. 5. Odsłonięcie tablicy pamiątkowej na domu w Leżajsku

Patrzę na zdjęcie, które inicjator ceremonii przesłał wtedy dziadkowi. Czwartek, 21 lipca 1966, godzina 14, przed domem na Sanowej. Przemawia Józef Depowski, wyglądający dokładnie tak, jak można sobie wyobrazić zasłużonego profesora licealnego. Po obu jego stronach para harcerzy, zapewne znudzonych, przecież wakacje, lato. Wyróżnia się kobieta w centrum, chyba dziennikarka (z Rzeszowa?), trzymająca w rękach mikrofon. Obok dostojnik z kwiatami, dalej nawet milicjant (komendant powiatowy?), pierwszy z prawej w jasnym garniturze to pierwszy sekretarz Komitetu Powiatowego partii w Leżajsku, Hałasik, który za chwilę odsłoni tablicę. Dom jeszcze zadbany, firanki w oknach, przez środkowe wygląda pies.

Kiedy pięćdziesiąt dwa lata później, w listopadzie, stoimy z Iwoną przed tym domem na ulicy Sanowej, jest on na skraju ruiny, choć tablica wisi jak wisiała. Jeszcze przed paru laty czytałem w Internecie, że nieznani miłośnicy zaaranżowali tu grę miejską, której reguły łączyły biografię Hollendera z planem miasta. Trzeba było wtedy tu się wybrać, ale jakoś Leżajsk nie był mi po drodze. Wpis z 30 marca 2015 roku najaktywniejszej dziś komentatorki miejskich nowin, Anny Ordyczyńskiej, nie brzmiał zachęcająco: "Kilka dni temu odwiedziłam dom przy ulicy Sanowej, w którym mieszkał poeta Tadeusz Hollender. Wiedziałam, że po śmierci Ryszarda Skóry, ostatniego właściciela kamienicy, dom zamieszkali dzicy lokatorzy. Rzeczywiście zastałam tam Cyganów. Pozwolili mi sfotografować wnętrze mieszkania". W sieci wywiązała się rozmowa. Ktoś uzupełnił: "Raczej bezrobotne Rumuny niż Cygany, jednego znam, bo mi kostkę kiedyś układał". Wreszcie kto inny zamknął dyskusję: "Holender z tym Hollendrem, niech jedzie do Holandii".

Il. 6. Dom na Sanowej - stan współczesny

Przez zamknięte okna widać trochę ubrań i sprzęty po lokatorach, ale dziś dom zamknięty jest na głucho i nikt nie wpuści nas do środka. Lokatorzy wyjechali, pewnie za robotą. Z drugiej strony domu rozciąga się widok na leżajskie przedmieście. Chodzimy po resztkach dawnego ogrodu. Kiedy przed parterowy dom wystawiano stoliki i krzesła, mogły się tu odbywać kolacje trzech zaprzyjaźnionych rodzin. Potem ogrodem zarządzała zapewne Ida, sadziła na grządkach jakieś kwiatki, może też łatwe w obsłudze warzywa - marchewkę, albo zioła, miętę? Obok stawiał pierwsze kroki Tadzik.

Wcześniej, przed samym Leżajskiem, zboczyliśmy, żeby zobaczyć szkołę we wsi Brzóza Królewska. Powodem była inna wiadomość z Internetu: "18 kwietnia 1974 nadano Zbiorczej Szkole Gminnej w Brzózie Królewskiej imię Tadeusza Hollendra. Uroczystość nadania imienia i przekazania sztandaru odbyła się 11 maja 1975 roku". Wieś okazała się nie tylko malownicza, ale i rozległa. Dość długo kluczyliśmy, zanim znaleźliśmy blok zabudowań szkolnych - nieopodal zalewu, obok lasu. Zabudowania wyglądają imponująco, najwyraźniej skorzystano z europejskich dotacji. Trafiamy tu w Zaduszki, w piątek, kiedy szkoła jest nieczynna. Okazuje się, że w między­czasie wuj musiał ustąpić nieco miejsca Świętemu: cały zespół szkolny nosi teraz imię Jana Pawła II; Hollenderowi pozostawiono jednak patronowanie szkole podstawowej. Szkoła przedstawia się porządnie, przylega do niej starannie utrzymane boisko. Jedyne osoby, które tu spotykamy, to starszy brzózianin na spacerze z wnuczkiem.

- Ale pięknie u nas, co? - zagaduje z dumą.

Po powrocie nawiązuję kontakt telefoniczny ze szkołą. Rozmawiam z panem Mieczysławem Jagustynem, który - teraz na emeryturze - od 1973 roku przez wiele lat był dyrektorem szkoły. Studiował polonistykę w Rzeszowie i jeszcze jako student kupił sobie wydany w 1963 roku tom Hollendera Liryka i satyra. Spodobała mu się ta poezja i jako leżajszczanin poczuł dumę, że - jak dowiedział się z przedmowy Stefanii Skwarczyńskiej - jej autor urodził się w jego mieście. To on przekonał wówczas władze oświatowe do przyznania szkole w Brzózie tego patronatu. Wyhaftowano szkolny sztandar, w holu wmurowano tablicę; serię zdjęć przesłała mi nowa pani dyrektor.

Jestem poruszony, bo dziewczynka na zdjęciu najwidoczniej recytuje wiersz patrona szkoły albo odczytuje kawałek jego biogramu. Dowiaduję się, że coroczne święto szkoły obchodzone jest 30 lub 31 maja, w dzień urodzin, albo w dzień śmierci Hollendera. Trochę tylko żałuję, że w cytacie u góry tablicy - "...byłem twoim sercem, ziemio" - zepsuto poecie metaforę. Zwrotka jego wiersza W lasach Serdecznowa brzmi przecież:

I tak szumem przykryty, pozdrowiony cieniem,

w słońcu cały, i cały w zieleni i złocie

upadłem na wachlarze wilgotnych paproci,

wpełzałem się oddechem w las, w zapachy, w szumy,

aż zapłonąłem z ludzkiej, nie - zwierzęcej dumy:

poznałem cierpkość liści usty płonącemi,

czułem się sednem życia, czujnym dzieckiem ziemi,

znałem imiona drzewnych i liściastych bliźnich.

Biłem twym sercem, ziemio. Tu byłem - w ojczyźnie.

Il. 7. Świadectwo dawnej uczennicy, dzisiejszej kierowniczki szkolnej biblioteki Elżbiety Gielarowiec, z okresu nadania szkole imienia Hollendera

"Biłem twym sercem, ziemio" - piękna fraza. Ale czy może trafić do dzisiejszej wyobraźni uczniów? Mało prawdopodobne. Chociaż jako melodia sugerująca dostojną staroświeckość - kto wie?

Po Brzózie Królewskiej dojeżdżamy do Leżajska. Z ulicy Sanowej przechodzimy przez tory, najpierw Słowackiego, później ulicą Mickiewicza trafiamy na Rynek, po czym skręcamy w Górną. Historie mieszkańców tej ulicy spisała Hanna Krall w Dowodach na istnienie. Tutejsi Żydzi wykonywali wszystkie potrzebne zawody, dzielnica była więc samowystarczalna. Tylko w trzech domach mieszkały polskie rodziny, wśród nich piekarz Sławiński, który w czasie wojny przynosił swoim dawnym sąsiadom chleb do getta; razem z córką kładli po bochenku pod żydowskimi drzwiami. Już tylko w murach pozostały ślady, ludzie przyszli nowi.

Najwięcej śladów przechowało się na końcu ulicy, gdzie przechodzi ona w stary żydowski kirkut z osiemnastowiecznym ohelem, czyli grobowcem cadyka Elimelecha, tutejszego mędrca. Martin Buber cytuje jego modlitwę: "Dobrze jest, kiedy człowiek sprawia, że Bóg w nim śpiewa". To dziś najsłynniejszy w Europie grób cadyka. Żydzi z całego świata przyjeżdżają, żeby się przy nim modlić, prosić go o pomoc, jak robili to i przez cały wiek ubiegły. W latach 60. rabin Friedman z Wiednia, absolwent Krakowskiej Szkoły Rabinicznej, zbierał wśród Żydów amerykańskich pieniądze na odbudowę grobowca. W marcu 2018 roku ohel częściowo spłonął, ale teraz znów jest odnowiony. Przed grobowcem stoi kilku chłopaków, na czarno i w jarmułkach, rozmawiają po angielsku i zachęcają nas, byśmy weszli do środka. Tam, w części przeznaczonej dla mężczyzn, kiwa się przy modlitwie stary rabin przybyły ze Stanów, obok wnuk (z zespołem Downa) gorliwie naśladuje jego ruchy. Z ohelu idziemy na kirkut, gdzie zachowało się trochę grobów. Co roku w marcu zjeżdżają tu tysiące Żydów; według legendy w rocznicę śmierci cadyka jego duch zjawia się na grobie i zabiera ich kwitełe z wypisanymi prośbami. Organizacje żydowskie same dbają o pobyt pielgrzymów w tym miejscu, prowadzą przeznaczony dla nich dom, nie mieszają się do życia dzisiejszych leżajszczan.

Il. 8. Ohel cadyka Elimelecha w Leżajsku

Już w okresie, kiedy dziadek tu mieszkał, żydowska dzielnica Leżajska była potężnym ośrodkiem chasydyzmu. Czy dziadek Antoni z babcią Idą mogli tu bywać? Nie przypuszczam. To nie był ich świat. W dodatku akurat w 1912 roku, pod koniec ich pobytu w Leżajsku, w trakcie kampanii przed wyborami do IV Dumy Państwowej, wzmagała się judeofobia, więc prasa nacjonalistyczna, od "Gazety Warszawskiej" do popularnej "Gazety Porannej 2 grosze", wzywała do bojkotu żydowskich sklepów. A przecież od kościoła farnego Świętej Trójcy przy ulicy Górnej, do którego niewątpliwie chodzili na coniedzielne nabożeństwa, było raptem dziesięć minut spacerem. Mam też nadzieję, że dziadek - zwłaszcza kiedy mieszkał z Właduniem - nie abonował endeckiej prasy, a sama Ida i tak miała swoje odrębne zwyczaje i kierowała się własną ciekawością. Z tej ciekawości mogła, w trakcie jakiegoś spaceru z małym Tadziem w wózku, zajść na Górną. Zastanowił ją zabytkowy ohel i potem, schodząc w kierunku domu, innymi oczami spojrzała na mijane szyldy? Może zamówiła garsonkę u krawca Białego? Albo półkę na książki u stolarza Mosze Lewandla? Nie przyznała się Toskowi, bo mógłby być niezadowolony. Ale gdyby półka ładnie wyszła?

A my teraz, wróciwszy z Górnej na Rynek, idziemy dawną trasą dziadków sprzed stu dziesięciu lat, która wciąż pozostaje podstawowym szlakiem turystycznym Leżajska: od Rynku ulicą Mickiewicza do placu Mariackiego, przy którym usytuowany jest klasztor Bernardynów ze sławnymi organami. Na początku tej trasy robimy dwugodzinny postój dla zwiedzenia Muzeum Ziemi Leżajskiej. Mieści się ono w osiemnastowiecznym pałacu Potockich, tych z pobliskiego Łańcuta. W czasach, gdy mieszkali tu dziadkowie, nie było ono dostępne dla zwiedzających; dopiero w latach 20. XX wieku umieszczono tu gimnazjum, a po wojnie liceum ogólnokształcące. W 2008 roku, z funduszów unijnych, urządzono tu obecne muzeum. Dziś zwiedzamy je tylko my - solennie, z przewodnikiem, wszystkie trzy wystawy stałe: najpierw historyczną, potem etnograficzno-zabawkarską, wreszcie w osobnym budynku - browarniczą. Historyczna oczywiście najciekawsza - trochę eksponatów, dokument edukacyjny do obejrzenia na ekranie. W obu wariantach pojawia się informacja, że w 1909 roku przebywał w mieście generał Sikorski, robiąc pomiary geodezyjne. Z przyjemnością dowiaduję się, że Józef Depowski, inicjator odsłonięcia tablicy, w czasie okupacji zawiadywał podziemnym kształceniem leżajszczan: wystawiony jest jego zeszyt z ówczesnym planem tajnego nauczania. Najgorzej wypada dział poświęcony czasom PRL-u; rządzi nim oszczercza pisowska narracja: że to była czarna epoka w kajdanach komuny.

Nazajutrz znowu w tej atmosferze. Z Leżajska przyjeżdżamy do Łańcuta, żeby zwiedzić zamek Potockich i słynną kolekcję powozów. Ale gdzie tu kupić gazetę? Pytam sympatycznie wyglądającego rówieśnika, gdzie łańcucianin zaopatruje się w gazety, a on odpowiada rezolutnie:

- Łańcucianin nie musi, bo wszystko ma w smartfonie.

- A łańcucianin tradycjonalista?

Wtedy przypomina sobie, że zostały jeszcze dwa kioski i wskazuje drogę do pierwszego. Zapytana o "Wyborczą", kioskarka prawie mnie wyzywa. Pani w drugim kiosku na szczęście życzliwsza i u niej udaje mi się kupić gazetę. Skarżę się na jej koleżankę.

- Co pan chce? Taki teren. - odpowiada. - Jak niedawno czytałam leżącą na ladzie "Wyborczą", klientka spytała: A pani co, Żydówka?

Kiedy niedaleko stąd, we Lwowie, Tadeusz Hollender organizował "Sygnały", zdarzało mu się pewnie prowadzić podobne rozmowy. Chyba jednak spodziewał się, że kilkadziesiąt lat później jego kraj zmieni się pod tym względem.