1. SPOTKANIE
Kiedy człowiek otrzymuje w prezencie kawałek nieba, nie może o tym po prostu zapomnieć2.
Abbi Glines
Jesteśmy na miejscu - oznajmił Walker, uśmiechając się do mnie w lusterku.
- Czy to nie dziwne, że wolałabym spędzić weekend u matki, niż wejść do tego budynku? - zapytałam, krzywiąc się w duchu.
- Zważając na to, kim jest twoja mamuśka, to tak, w cholerę dziwne - odparł, gasząc silnik. Następnie odwrócił się do mnie i dodał: - Daj spokój, dzieciaku. Będzie dobrze, przynajmniej tak twierdzi twój staruszek. - Popatrzył na mnie znacząco.
- Pogadamy, kiedy będziesz miał dziecko - odparłam, przybijając sobie mentalną piątkę. Uwielbiałam mu dogryzać, szczególnie teraz, kiedy w końcu się ustatkował.
- Wypluj to - wymamrotał z przerażoną miną.
Parsknęłam śmiechem.
- Ani mi się śni! Dobrze wiemy, że wasz miesiąc miodowy nie potrwa wiecznie. Jenna chce mieć dzieci - powiedziałam, wzruszając ramionami.
Wiedziałam, że poruszam drażliwy temat, ale Walker również potrafił być bezwzględny. Poza tym nieraz widziałam, jak jego dziewczyna ogląda mamusiowe filmiki na TikToku. No i byłam strasznie zestresowana, więc wolałam się na nim wyżyć, zanim zmierzę się z tą dżunglą.
- Prędzej piekło zamarznie, niż zobaczysz mnie z wózkiem - odpowiedział twardo. - Ramsey może i jest muzycznie utalentowany, ale za cholerę nie zna się na dzieciach. Wychował małą gówniarę - dodał, próbując mi dopiec.
- Dzięki niej masz cały etat - powiedziałam, pokazując mu język, jak przystało na małą gówniarę. Następnie chwyciłam torbę, wzięłam głęboki oddech i dodałam: - Przekaż tacie, żeby się nie martwił.
Walker skinął głową.
- Przekażę, ale napisz mu jakąkolwiek wiadomość. Dziś twój pierwszy dzień w nowej szkole, w dodatku bez ochrony. Twój staruszek pewnie niedługo wykorkuje - mruknął, na co skinęłam głową. - Dobra, dzieciaku, bierz torbę i leć. Połamania nóg czy coś w tym stylu. I błagam, nie każ mi na siebie czekać po zajęciach.
- Ojciec ci płaci za moje spóźnienia - wymamrotałam, otwierając drzwi. Nachyliłam się jeszcze w jego stronę i rzuciłam: - Powiesz mu jeszcze, że go kocham?
- Jasne! Do później, dzieciaku - mruknął i zapalił silnik, kiedy wyskoczyłam z wozu.
Patrzyłam, jak wyjeżdża z parkingu. Kiedy tylko zniknął wśród innych samochodów, natychmiast ogarnęła mnie panika.
Wiley, dasz radę.
Kurwa, nie dam rady.
Oddychając głęboko, niepewnie ruszyłam do szkoły. Po drodze mijałam sporo osób, ale większość była zajęta rozmową i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zdecydowanie mi to odpowiadało.
W środku budynku było tłoczno, ludzie przemieszczali się z miejsca na miejsce. Niektórzy stali przy swoich szafkach, gorączkowo czegoś szukając. Moim celem było zdobycie planu lekcji oraz zapoznanie się z budynkiem bez kompromitacji. W mojej poprzedniej szkole nie musiałam się o nic martwić, bo mój ochraniarz czuwał dosłownie nad wszystkim. Teraz jednak byłam zdana na siebie.
Na szczęście dzięki strzałkom w korytarzu mogłam się obejść bez pomocy drugiej osoby. Muszę przyznać, że poczułam się odrobinę lepiej, bo najczęściej przy jakiejkolwiek rozmowie robiłam z siebie idiotkę, dlatego wolałam unikać takich sytuacji.
Powoli przemierzałam korytarze, skanując wzrokiem otoczenie. Kiedy w końcu dotarłam do sekretariatu, odetchnęłam z ulgą. Wzięłam głęboki wdech, stanęłam przed drzwiami i zapukałam.
- Proszę! - krzyknął ktoś w środku.
Otworzyłam drzwi i podeszłam do niedużego biurka, przy którym siedziała sekretarka.
- Dzień dobry, nazywam się Wiley Myles - przedstawiłam się. - Miałam się u pani pokazać w sprawie planu lekcji...
- Och, to ty jesteś naszym nowym nabytkiem! Czekaliśmy na ciebie - zapewniła. - Niestety dyrektor nie może powitać cię osobiście, ponieważ ma ważne spotkanie - wyjaśniła, nie podnosząc na mnie wzroku. - Masz tu plan lekcji, mapkę i klucze do szafki. Miłego dnia.
Tja, również miłego.
- Do widzenia - rzuciłam, zbierając swoje rzeczy.
Szczerze mówiąc, myślałam, że zajmie mi to więcej czasu. Miałam nadzieję, że spędzę tam całą pierwszą lekcję.
Ewentualnie najbliższe osiem godzin.
Według planu teraz miałam muzykę. A właśnie na niej najbardziej mi zależało. Razem z ojcem wybraliśmy tę szkołę ze względu na to, że kształciła pod kątem artystycznym w różnych dziedzinach, w zależności od zainteresowania ucznia. Ojciec jest wokalistą popularnego zespołu, a ja odziedziczyłam po nim miłość do muzyki. Niestety nie spełniłam jego marzeń o ciężkim graniu i zamiast perkusji czy gitary basowej wybrałam klasyczną gitarę.
Pogrążona w myślach nie zauważyłam, że na kogoś wpadłam. Kiedy się otrząsnęłam, zdałam sobie sprawę, że to chłopak, chyba w moim wieku. Nie dość, że omal go nie przewróciłam, to jeszcze wytrąciłam notatki z rąk. Niewiele myśląc, klęknęłam na podłodze i zaczęłam je zbierać, a następnie mu je podałam. Stał spięty niczym struna (wiem, że stereotypy są gówniane) i wyglądał wypisz wymaluj jak informatyk.
- Przepraszam, kompletnie cię nie zauważyłam. Jestem nowa... Nawiasem mówiąc, świetna koszula, mam taką samą. W sensie nie mówię, że twoja koszula jest kobieca. Masz bardzo ładną koszulę, taką męską - plątałam się. Odetchnęłam głęboko i dodałam: - Jestem Wiley.
Patrzył na mnie rozbawiony.
- Sawyer. Nie przepraszaj. - Zaśmiał się. - W sumie również podpadam pod kategorię NIENORMALNI.
- Cóż, dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam coś z głową - odparłam z uśmiechem. Poprawiłam torbę na ramieniu, a potem przybiłam z nim żółwika. - Z nieba mi spadłeś.
- Nie uważasz, że to niezły początek prawdziwej przyjaźni? - zapytał całkiem serio.
- Wprawdzie znamy się dopiero pięć minut, ale jeśli pomożesz mi znaleźć klasę, to przemyślę sprawę - obiecałam.
Nie sądziłam, że w ciągu kilku minut nawiążę z kimkolwiek kontakt, a tu proszę, mam nowego kolegę.
Tak trzymaj, Wiley.
- Więc ruszajmy w drogę, nowa przyjaciółko - oznajmił i zapytał: - Jakie jest twoje główne rozszerzenie?
- Muzyka...
- Muzyka? Nie wyglądasz na pierwszoklasistkę, one zazwyczaj są zdesperowane - zauważył.
Odchrząknęłam cicho.
- Nie jestem pierwszoklasistką, zaczynam drugi rok - wyjaśniłam.
- I wszystko jasne. Jesteś Wiley Myles, prawda? - upewnił się, a ja skinęłam głową.
- Skąd wiesz?
- Szkoła zazwyczaj nie przygarnia nowych uczniów - odparł. - Mam na myśli to, że procedura przyjęcia jest długa, szczególnie do klasy muzycznej. Sześć miesięcy przed rozpoczęciem roku szkolnego odbywają się specjalne przesłuchania, wtedy wybierają dwudziestu najlepszych. Jesteś jedyna w swoim rodzaju, rodzynku, ponieważ jesteś dwudziesta pierwsza. Będziesz łanią pośród jeleni... Twój tatuś musiał się nieźle nagimnastykować, żeby cię przyjęli.
Aż się wzdrygnęłam.
- To dlatego niektórzy dziwnie na mnie patrzą - mruknęłam.
- Będziesz tematem numer jeden w tym roku, ze względu na ojca też - ostrzegł. - Ludzie oszaleją.
Spodziewałam się, że będę postrzegana przez pryzmat ojca, ale to i tak było bolesne. Ojciec był światowej sławy muzykiem, w zasadzie gwiazdą w każdym znaczeniu tego słowa. Zawdzięczałam mu wiele, jak się okazało, nawet przyjęcie do tej cholernej szkoły. Byłam jednak nie tylko córką gwiazdy rocka, bo przede wszystkim byłam nastolatką, miałam własne plany i marzenia.
- A Murphy to...
- Twoja nauczycielka muzyki. Krążą legendy na jej temat, ale wszyscy są zgodni w jednym: babka ma bzika na punkcie reguł. Statut szkoły to dla niej świętość, dlatego dziwię się, że się zgodziła - wyjaśnił.
Teraz to już byłam totalnie przerażona.
- Skoro tak, to kim ty jesteś, Sawyer? - zapytałam, dyplomatycznie zmieniając temat.
Miałam nadzieję, że nauczycielka nie okaże się wredną ropuchą.
- Sawyer Howard. Jedyny i niepowtarzalny informatyk w tej szkole - oznajmił i wypiął dumnie pierś, robiąc przy tym dziwną minę. - To tutaj, Myles. Powinienem życzyć ci szczęścia, ale dobrze wiemy, że i tak będzie do kitu. Pamiętaj o "dzień dobry". Na tym punkcie Murphy także jest przewrażliwiona - ostrzegł, a następnie skinął mi głową na pożegnanie i odszedł.
Wiley, dasz radę.
Kurwa, nie dam rady.
Jeżeli kiedykolwiek stresowałam się kartkówką z chemii, to byłam cholernie głupia. Teraz dopiero miałam przechlapane. Nie dość, że spóźniłam się na pierwszą lekcję, to nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Miałam już zamiar pociągnąć za klamkę, kiedy drzwi się nagle otworzyły i w progu stanęła jakaś dziewczyna. Wyszła z sali, wyminęła mnie, nawet nie zaszczycając spojrzeniem.
Przynajmniej nie musiałam sama ich otwierać.
- Clark, ile razy ci mówiłam?! Zamykaj za sobą drzwi, to nie obora! - zawołała za nią ostro nauczycielka. Podeszła do drzwi i wtedy na mnie spojrzała. Nie miałam szans uciec.
Zauważyła mnie.
- A ty to kto? - zapytała.
Uśmiechnęłam się miło.
Victoria Beckham, a co?
- Dzień dobry, jestem Wiley Myles - przedstawiłam się i dodałam: - Przepraszam za spóźnienie. Miałam problem ze znalezieniem klasy. To mój pierwszy dzień i nie bardzo jeszcze...
- Lekcja zaczęła się piętnaście minut temu, panno Myles - warknęła. - Jeśli uważasz, że będę traktować cię ulgowo, bo jesteś tu nowa, to się mylisz. Obowiązują cię takie same zasady jak resztę. Nigdy nie przyjęłam ucznia bez egzaminu z muzyki. Wchodź, sporo czasu straciliśmy, czekając na ciebie.
Nie chciałam z nią dyskutować i ruszyłam wprost do paszczy lwa. Wszyscy siedzieli w półokręgu i patrzyli na mnie obojętnie. Czułam się, jakbym uczestniczyła w grupie wsparcia, tyle że tutaj nikt nie miał zamiaru mi pomóc.
- Mimo że pewnie już każdy z was prześledził informacje na temat nowej koleżanki, to kultura wymaga przedstawienia się - powiedziała nauczycielka. - Panno Myles, proszę opowiedzieć coś o sobie.
Z kpiącym uśmiechem rozsiadła się w nauczycielskim fotelu. Irytujące babsko.
- Nazywam się Wiley Myles, przyjechałam z...
- To już wiemy. Lepiej powiedz, czy potrafisz śpiewać. Dyrekcja nie poinformowała mnie o twoim talencie, a czytanie portali plotkarskich jest poniżej mojej godności - oznajmiła, kolejny raz wchodząc mi w słowo.
Jak na nauczycielkę dbającą o kulturę wyjątkowo chamska osoba.
Wstrętna ropucha.
- Nie lubię śpiewać publicznie. Potrafię grać na różnych instrumentach, ale wolę grę na gitarze - wyjaśniłam szybko.
- Hmm... już wiem, od czego zaczniemy. Skoro tak bardzo nie lubisz śpiewać publicznie, sprawię, że to pokochasz. W końcu pokażesz, na co cię stać - powiedziała, a ja zacisnęłam zęby.
- Pewnie - wymamrotałam zestresowana.
- W Nowym Jorku nie ma szkół artystycznych? - zapytał ktoś kpiąco.
- Oczywiście, że są, ale...
- Dlaczego więc Princeton, panno Myles? - przerwała mi nauczycielka.
- Bo jest mniejsze i przytulniejsze. No i stąd pochodzi mój tata - odparłam.
Nie była to do końca prawda. Wszyscy mieliśmy dość Nowego Jorku i chcieliśmy trochę więcej spokoju. Poza tym Princeton to mniejsze miasto, a tata spędził tu kilka młodzieńczych lat. Jednak głównym powodem było to, że tata zaczął dostawać pogróżki. Bycie gwiazdą ma swoje ciemne strony, a jako że moje bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze, podjęliśmy decyzje o przeprowadzce. Mnie przyszła z łatwością, bo nie przepadam za Nowym Jorkiem i jego przepychem.
- No tak, córka gwiazdy rocka - burknęła Murphy.
Reszta lekcji zeszła mi na odpowiadaniu, choć nie wszyscy byli zainteresowani słuchaniem. Próbowałam nie zwracać uwagi na kpiące szepty i głupawe uśmieszki. Jednak kiedy zapytano mnie, czy faktycznie wychowała mnie matka prostytutka, nie wytrzymałam.
- Owszem, i całkiem nieźle się spisała. Już w wieku czterech lat odróżniałam kokainę od heroiny - odparłam.
Większość osób w zdumieniu rozdziawiła usta. Jedynie rudowłosa dziewczyna z mnóstwem tatuaży się roześmiała. To miał być żart, a okazał się nieudany jak wszystkie inne. Moje poczucie humoru jest specyficzne, ale trzeba się z tym liczyć, skoro od czwartego roku życia wychowuje mnie pięciu facetów.
Murphy chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zabrzęczał dzwonek. Na ten dźwięk wszyscy poderwali się z krzeseł i ruszyli do wyjścia. Byłam wolna. Szybko złapałam swoją torbę i również skierowałam się do drzwi. Nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie za pasek. Zdałam sobie sprawę, że to wytatuowana dziewczyna. Mimowolnie przesunęłam wzrokiem po rysunkach na jej ciele.
- Mam też jeden nad pośladkiem, pokazać ci? - zaproponowała, na co wytrzeszczyłam na nią oczy. - Daj spokój, nie rób takiej zniesmaczonej miny. Tatuażysta odwalił kawał dobrej roboty, wygląda genialnie - dodała.
- Mówisz poważnie? - zdziwiłam się. - Bo jeżeli tak, to mój pierwszy dzień stanie się dziwny, a nie gówniany - wymamrotałam, na co parsknęła śmiechem.
- Kociaku, doceń to, że się do ciebie odezwałam. Rzadko z kimś rozmawiam, a jeszcze rzadziej inicjuję rozmowę. Dlatego twój pierwszy dzień jest wyjątkowy. A mój tatuaż na tyłku zostawimy sobie na deser - oznajmiła. - Malone Hammond, samotna dusza tej szkoły.
Podała mi dłoń.
- Hammond? Jak Monroe Hammond? - zapytałam zaskoczona.
- Tak, ta Hammond. Niezwykła i niepowtarzalna piosenkarka wszech czasów - wymamrotała.
- Zupełnie jak mój ojciec - mruknęłam.
- Od razu wiedziałam, że się dogadamy. - Zaśmiała się.
Kiedy wyszłyśmy na korytarz, mimowolnie szukałam wzrokiem Sawyera.
- Kogo tak wypatrujesz, kocie? - zaciekawiła się.
- Gościa, którego poznałam dokładnie pół godziny temu. Miałam na niego czekać, ale to chyba nieaktualne - odparłam.
- Znam tę szkołę jak własną kieszeń, bo jest dziurawa jak moja. Kim jest ten koleś? - zapytała.
- Sawyer Howard, informatyk - wyjaśniłam, zastanawiając się, dlaczego nie przyszedł.
- I wszystko jasne. Howard jest dość dobry w tym, co robi, ale kompletnie oderwany od rzeczywistości - wyjaśniła i dodała: - Chodź, pokażę ci naszą budę.
Tak się zagadałyśmy, że nie zauważyłyśmy członków drużyny sportowej zmierzających w naszą stronę. Każdy z nich był wzrostu Joego, agenta zespołu taty. Z moim metrem siedemdziesiąt wyglądałam przy nich jak Calineczka. Oni zaś wyglądali jak z okładki magazynu koszykarskiego. Myślałam, że miną nas obojętnie, ale bardzo się myliłam.
- Niemożliwe! Malone z koleżanką - zakpił jakiś chłopak, stając na wprost nas. Jego koszulka z napisem CAP sygnalizowała, że to on jest kapitanem drużyny. - Myślałem, że już nic mnie dziś nie zdziwi, a jednak.
- Niemożliwe! Wood Bennett zaszczycił mnie swoim widokiem. Tyle razy ci mówiłam, że masz mi dać spokój. Nie chcę znowu tłumaczyć dyrektorowi, za co pokiereszowałam ci gębę, więc zabieraj stąd swój wielki tyłek - warknęła Malone, kompletnie nie przejmując się tym, że mamy publiczność.
Z jej oczu sączyła się czysta nienawiść, która nawet mnie przyprawiała o ciarki.
- Czym zawiniłaś, że skazali cię na jej towarzystwo? - zwrócił się do mnie Bennett.
Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć.
- Ogłuchłeś?! Przesuń się i daj nam przejść - rozkazała Malone.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą w przeciwnym kierunku.
- Co jest między tobą a Bennettem? - zapytałam zaintrygowana.
- Teraz? Nic - wycedziła z zaciśniętą szczęką i dodała cicho: - Był moim chłopakiem.
- Więc...
- Zdradził mnie - odparła, przewracając oczami. - I to oczywiście z pieprzoną królową tej zakichanej szkoły.
- Królową?
- Kelly Cooper. Szybko ją poznasz, kręci się przy zajętych facetach - wymamrotała.
- Przykro mi - powiedziałam ze współczuciem.
Lekko się uśmiechnęła, ale uśmiech jednak nie sięgał oczu. W zasadzie byłam pewna, że w ich kącikach zebrały się łzy.
- Było, minęło - odparła, a następnie spojrzała na mnie z powagą. - Ale dla ciebie mam jedną radę. Trzymaj się z daleka od rodziny Bennettów. To największe przekleństwo tej szkoły. Zaraz po Kelly Cooper.
2 Jesteś za daleko, tłum. Agnieszka Skowron, Wyd. Pascal.