Według rodowej legendy początki dynastii
Hohenzollernów sięgają czasów karolińskich. Praszczurem rodu wedle tego
podania był żyjący ok. 800 roku hrabia Thassilo, spokrewniony z Merowingami (a więc legitymujący się szlachetniejszą genealogią, aniżeli
panujący wówczas Karolingowie). Ta legendarna genealogia, powstała w kręgu szwabskich Hohenzollernów w XVI wieku, będzie szczególnie mocno
ewokowana na początku XVIII wieku, gdy pierwszy z Hohenzollernów w 1701
roku włoży sobie królewską koronę na głowę jako "król w Prusach"3.
Pozostając na gruncie historycznie weryfikowalnych przekazów, można
stwierdzić, że początki Hohenzollernów sięgają XI wieku. Pierwszą
postacią, która pojawia się w źródłach, jest Burchardt I, pan na zamku
Zolre (albo Zolorin) w Szwabii. Od XIII wieku jego potomkowie nazywają
się już Hohenzollernami. Swój polityczny los związali z dynastią
Hohenstaufów, również wywodzącą się z południowo-zachodnich Niemiec. To
dzięki ich protekcji hrabia Fryderyk von Zollern został w 1191 lub 1192
roku burgrabią cesarskiego miasta Norymbergi jako Fryderyk I (pomógł mu
również mariaż z Zofią von Raabs, córką Konrada II, także burgrabiego
Norymbergi). Od tego czasu przez kolejne stulecia urząd ten był
dziedziczony przez przedstawicieli rodu Hohenzollernów.
W połowie XIII wieku dwaj synowie pierwszego burgrabiego Norymbergi z rodu Hohenzollernów - Fryderyk II i Konrad I - dali początek dwóm liniom
dynastii: linii szwabskiej (Hohenzollern-Sigmaringen) oraz frankońskiej
(na Ansbach i Bayreuth).
Aż do początku XV wieku swoją pozycję w Rzeszy Hohenzollernowie budowali
dzięki posiadłościom w południowych Niemczech (Szwabia i Frankonia). Na
ich korzyść działała również żelazna zasada, której byli wierni od XII
wieku - wspieranie każdorazowo panującej w Niemczech i rzymskim
cesarstwie dynastii.
Fryderyk I von Zollern (ok. 1139-1201), burgrabia Norymbergi. Jego
synowie: Konrad i Fryderyk, dali początek frankońskiej i szwabskiej
linii rodu Hohenzollernów. Portret z rezydencji królów Rumunii Peleş w Sinaia
W 1273 roku burgrabia Fryderyk III Hohenzollern wsparł wybór na króla
Niemiec Rudolfa Habsburga. Elekcja ta kończyła w Niemczech tzw. Wielkie
Bezkrólewie. W XIV wieku przejściowo Hohenzollernowie związali się z Wittelsbachami, by ostatecznie stać się stronnikami nowej cesarskiej
dynastii: Luksemburgów. W 1363 roku burgrabia Fryderyk V otrzymał z rąk
cesarza Karola IV godność księcia Rzeszy. Dwa lata wcześniej doszło do
zaręczyn czteromiesięcznego syna cesarskiego (Wacława) z córką
burgrabiego, Elżbietą4.
Król Niemiec i Węgier Zygmunt Luksemburski (na górze po lewej) nadaje
Brandenburgię w lenno Fryderykowi VI (I) Hohenzollernowi (na górze po
prawej) na soborze w Konstancji w 1417 roku. Miniatura z XV wieku
Przełom w historii dynastii Hohenzollernów nastąpił na początku XV
wieku, gdy władztwo rodu rozszerzyło się na północ Rzeszy z chwilą
objęcia dzięki protekcji Zygmunta Luksemburskiego władzy w Brandenburgii. Początkowo władza ta miała charakter namiestnictwa, bo w takim charakterze (jako namiestnik) został powołany w 1411 roku przez
króla rzymskiego (przyszłego cesarza) Zygmunta Luksemburskiego do
brandenburskiego elektoratu burgrabia norymberski Fryderyk VI
Hohenzollern. Oficjalna ceremonia przekazania Brandenburgii w lenno
pierwszemu elektorowi z dynastii Hohenzollernów (w tym charakterze
Fryderyk VI zmienił się we Fryderyka I) nastąpiła dopiero w 1417 roku,
podczas kończącego swoje obrady soboru powszechnego w Konstancji (hołd
lenny wszystkich stanów elektor Fryderyk I odebrał w 1415 roku). Parę
lat trwało, zanim nowy władca uporał się z buntem części brandenburskich
feudałów i miast przeciw przybyszowi z Frankonii, który nie krył swoich
zamiarów ukrócenia feudalnej anarchii, panującej w elektoracie od chwili
wygaśnięcia w 1320 roku dynastii askańskiej.
Należy dodać, że za każdym razem Zygmunt Luksemburski, odczuwający
chroniczny brak pieniędzy, otrzymywał od Hohenzollerna w zamian za
władzę w Brandenburgii pokaźny zastrzyk gotówki. W 1411 roku było to 100
tysięcy guldenów, a w 1417 roku kwota wzrosła do 200 tysięcy guldenów.
Już wcześniej, bo w 1402 roku, Luksemburczyk za sumę 63,2 tysiąca
florenów węgierskich sprzedał zakonowi krzyżackiemu Nową Marchię,
strategicznie ważną część elektoratu brandenburskiego, bo oddzielającą
Wielkopolskę od Pomorza Zachodniego i Ziemi Lubuskiej.
Przybycie Hohenzollernów do Brandenburgii było, jak już zaznaczono,
przełomem w dziejach samej dynastii. Odtąd o znaczeniu całego rodu
decydować będzie ich pozycja nad Sprewą. Było ono również przełomem w dziejach Brandenburgii. Od wygaśnięcia Askańczyków (1320), poprzez słabe
rządy Wittelsbachów i Luksemburczyków (od 1378 roku), Brandenburgia
pozbawiona była silnej władzy elektorskiej. Od panowania elektora
Fryderyka I Hohenzollerna (rządził do 1426 roku) sytuacja ta zmieniła
się. Kolejni brandenburscy elektorzy z tej dynastii konsekwentnie
umacniali swoją władzę kosztem panów feudalnych. Takie osiągnięcie na
swoim koncie mieli elektorowie Fryderyk II (1440-1470), Albrecht
Achilles (1470-1486) oraz Jan Cicero (1486-1499).
Nie umniejszając w niczym ich zasług dla umocnienia władzy elektorskiej
w Brandenburgii, należy podkreślić, że wbrew pięknie brzmiącym
przydomkom żaden z Hohenzollernów nie dorównywał biegłością w sztuce
wojennej Achillesowi ani nie błyszczał kunsztem oratorskim na wzór
Cycerona. Po prostu te pięknie brzmiące przydomki zostały im nadane
dopiero po śmierci przez renesansowych humanistów (i jednocześnie
zwolenników reformacji), usilnie starających się o maksymalne
podniesienie statusu dynastii, która stała się filarem obozu
protestanckiego w północnych Niemczech.
Piętnastowieczni elektorowie brandenburscy z dynastii Hohenzollernów nie
byli więc odpowiednikami antycznych herosów, ale skrupulatnie dbali o interes własnej dynastii i elektoratu (słusznie upatrując tutaj pełnej
zgodności interesów). Wykorzystywali przy tym każdą okazję, by poszerzyć
swoje terytorium. I to nawet bez konieczności toczenia wojen. W ten
sposób w 1454 roku powróciła do Brandenburgii Nowa Marchia, zakupiona
przez elektora Fryderyka II od zakonu krzyżackiego, pilnie poszukującego
gotówki na potrzeby rozpoczętej właśnie wojny trzynastoletniej z Polską.
Był to największy nabytek terytorialny brandenburskich Hohenzollernów
dokonany w XV wieku, ale nie jedyny. Dość powiedzieć, że gdy w 1417 roku
obejmowali rządy w Brandenburgii, ich władztwo obejmowało obszar liczący
ok. 23 tysięcy kilometrów kwadratowych. W 1499 roku wzrósł on do ponad
36 tysięcy kilometrów kwadratowych.
W tym samym czasie brandenburscy Hohenzollernowie stawali się również
coraz bardziej samodzielni politycznie. W 1449 roku poczynili na tej
drodze ważny krok, uzyskując zrzeczenie się przez arcybiskupstwo
magdeburskie posiadanych od końca XII wieku praw do zwierzchności lennej
nad ziemiami brandenburskimi położonymi na wschód od Łaby.
Brandenburscy Hohenzollernowie czuli się również dziedzicami dawnej
polityki Askańczyków, zmierzającej do podporządkowania sobie Pomorza
Szczecińskiego. W 1493 roku na mocy układu zawartego w Pyrzycach elektor
Jan Cicero zyskał potwierdzenie (z pewnymi ograniczeniami) dawnych praw
lennych do tej części Pomorza, otwierając jednocześnie perspektywę
sukcesji władców Brandenburgii nad Pomorzem Zachodnim w razie
wygaśnięcia panującej tam dynastii Gryfitów.
Dwadzieścia lat wcześniej, w 1473 roku, elektor Albrecht Achilles podjął
istotną decyzję dla wewnętrznych dziejów całej dynastii. Na mocy
ogłoszonej wówczas Dispositio Achillea (lub Constitutio Achillea)
tron elektorski w Brandenburgii miał być odtąd dziedziczony tylko przez
najstarszego syna; dla drugiego i trzeciego przewidziana była władza we
frankońskich posiadłościach dynastii (Ansbach, Bayreuth). W razie
wygaśnięcia frankońskich Hohenzollernów ich włości mieli przejąć
Hohenzollernowie z Brandenburgii.
Dokument elektora Albrechta Achillesa Hohenzollerna z 1473 roku, zwany
Dispositio Achillea, regulujący zasady dziedziczenia tronu w Brandenburgii oraz księstwach Ansbach i Bayreuth
A co w sytuacji, gdy wszystkie władztwa przeznaczone do obsadzenia były
zajęte, a nie wszyscy synowie elektorscy byli uposażeni? Wtedy wyjściem
mogło być obranie przez nich kariery duchownej. Mowa jest tutaj o hierarchii Kościoła katolickiego. Sytuacja jednak miała ulec radykalnej
zmianie na początku XVI wieku.
Rozpoczęta w 1517 roku wystąpieniem Marcina Lutra reformacja okazała się
przełomem religijnym, ale również politycznym, społecznym i kulturowym w dziejach całej Europy, a Niemiec w szczególności. Niemcy podzieliły się.
Północ przyjęła "wiarę reformowaną", Południe zostało przy wierze
Kościoła rzymskiego.
Ten przełom i podział nim wywołany dotknął również dynastię
Hohenzollernów. Można nawet powiedzieć, że w jakimś sensie ród ten
znajduje się na początku ruchu reformacyjnego. To Hohenzollern -
Albrecht, młodszy brat panującego od 1499 roku w Brandenburgii elektora
Joachima I - był postacią wskazywaną przez pierwszych reformatorów (z Marcinem Lutrem na czele) jako przykład nadużyć panujących w Kościele,
które w ten sposób są wołaniem o reformę szesnastowiecznego Kościoła in
capita et in membra.
Jako dwudziestotrzyletni młodzieniec Albrecht został arcybiskupem
Magdeburga i administratorem diecezji Halberstadt. Rok później, w 1514
roku, został także arcybiskupem Moguncji, nie rezygnując przy tym z poprzednich godności. To kumulowanie stolic biskupich w jednym ręku, za
czym szły opłaty uiszczane Kurii rzymskiej (dyspensa od prawa
kanonicznego, które zakazywało takiego kumulowania urzędów, kosztowała),
było z pewnością z punktu widzenia samego Kościoła rzeczą szkodliwą. Tym
bardziej gdy za nieuzasadniony przywilej (skupianie aż trzech biskupstw
w jednym ręku) płacono zaciągniętymi w banku pożyczkami (jak Albrecht u Fuggerów), które spłacano z dochodów pochodzących ze sprzedaży odpustów.
Zauważmy jednak, że to co dla Kościoła było szkodliwe, dla dynastii
Hohenzollernów okazywało się niezwykle korzystne. Trzeba bowiem
pamiętać, że godność arcybiskupa mogunckiego złączona była z godnością
elektora Rzeszy. W ten sposób w 1514 roku Hohenzollernowie w kolegium
elektorskim uprawnionym do wyboru cesarza mieli dwa głosy: elektora
brandenburskiego i jego brata, arcybiskupa Moguncji.
Inny Albrecht Hohenzollern - pochodzący z frankońskiej gałęzi dynastii
wielki mistrz zakonu krzyżackiego (wybrany w 1511 roku) - był twórcą
pierwszego państwa luterańskiego, czyli księstwa pruskiego, którego
międzynarodowe uznanie stało się w dużej mierze możliwe dzięki
traktatowi krakowskiemu z 1525 roku, zawartemu przez Albrechta z królem
Polski Zygmuntem I Starym. Albrecht uznał się jako luterański książę
pruski za lennika katolickiego monarchy polskiego. Z kolei katolicka
Korona Polska, przyjmując tę zależność, uznała de facto i de iure
dokonaną wcześniej przez Hohenzollerna sekularyzację w Prusach
katolickiego Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.
Z pewnością na decyzję króla Zygmunta I Starego miały wpływ związki
dynastyczne między Jagiellonami a Hohenzollernami. Pierwszą próbą tego
typu koligacji między dwoma rodami były zaręczyny Jadwigi Jagiellonki,
córki króla Władysława Jagiełły, z elektorem Fryderykiem II Żelaznym.
Przyszły elektor parę lat spędził na krakowskim dworze i w pewnym
momencie był rozważany jako mocny kandydat do polskiej korony w razie
śmierci Jagiełły bez pozostawienia męskiego potomstwa.
Ostatecznie do pierwszego mariażu między Hohenzollernami a Jagiellonami
doszło w 1479 roku, gdy żoną margrabiego Ansbach i Bayreuth Fryderyka
Starego została Elżbieta Jagiellonka, córka króla Polski Kazimierza
Jagiellończyka5. To właśnie z tego związku zrodził się
Albrecht, przyszły wielki mistrz krzyżacki i siostrzeniec króla Zygmunta
I Starego. Ten sam Jagiellon kontynuował politykę swojego ojca szukania
związków dynastycznych z Hohenzollernami i wydał swoją córkę Jadwigę (z pierwszego małżeństwa z Barbarą Zapolyą) za elektora brandenburskiego
Joachima II.
Albrecht Hohenzollern (1490-1568), ostatni wielki mistrz zakonu
krzyżackiego w Prusach i pierwszy świecki książę Prus, lennik króla
polskiego. Rycina z epoki
Korzyści z tych dynastycznych koligacji czerpali jednak tylko
Hohenzollernowie. Nie tylko chodziło o prestiż związany z mariażami z przedstawicielami potężnej dynastii, panującej do 1526 roku na czterech
tronach Europy Środkowej i Wschodniej (w Polsce, na Litwie, na Węgrzech
i w Czechach). Hohenzollernowie potrafili bowiem dzięki związkom z Jagiellonami rozszerzać także swoje realne wpływy polityczne.
Dzięki poparciu swojego królewskiego wuja, Zygmunta I, Albrecht
Hohenzollern został pierwszym księciem pruskim. Z kolei jego starszy
brat, Jerzy Pobożny, dzięki wsparciu Jagiellonów panujących w Czechach
na początku XVI wieku nabył posiadłości na Górnym Śląsku (księstwo
karniowskie, władztwo bytomskie) oraz zawarł układy sukcesyjne z Piastami opolskimi i raciborskimi, a w 1537 roku przyczynił się do
podpisania podobnego układu sukcesyjnego między elektorem brandenburskim
Joachimem II a piastowskim księciem Fryderykiem II, panem na Legnicy.
Jak widać, dwie wielkie dynastie, nierozerwalnie związane z początkami i wielkością Polski - Piastowie i Jagiellonowie - solidarnie wspierały
ambitnych Hohenzollernów. Dopiero objęcie tronu czeskiego przez
Habsburgów po 1526 roku (po bitwie pod Mohaczem z Turkami, w której
zginął król Czech i Węgier Ludwik Jagiellończyk) powstrzymało śląskie
zapędy Hohenzollernów. Nowy król Czech i Węgier, a potem cesarz,
Ferdynand I Habsburg, sukcesywnie unieważniał zawierane przez Jerzego
Pobożnego układy sukcesyjne ze śląskimi Piastami.
Reformacja podzieliła nie tylko Niemcy, ale podzieliła również ród
Hohenzollernów. Najdłużej przy katolicyzmie wytrwała tzw. linia
szwabska, władająca m.in. w gnieździe rodowym, czyli w hrabstwie
Hohenzollern. Do protestantyzmu zgłosiła natomiast akces linia
frankońska dynastii na Ansbach oraz ci najważniejsi Hohenzollernowie -
elektorowie brandenburscy.
Co prawda, w pierwszych latach działalności Marcina Lutra to właśnie
elektor brandenburski Joachim I (1499-1535) należał do najbardziej
zdecydowanych przeciwników reformatora z Wittenbergi. W swoim
testamencie sporządzonym w 1534 roku zobowiązał swoich synów, Joachima i Jana, do wytrwania w wierze katolickiej. Złożenie takiej przysięgi
wymógł na nich Joachim I jeszcze na łożu śmierci.
Już cztery lata po złożeniu solennych zapewnień o woli wytrwania w "wierze ojców" syn i następca Joachima I, elektor Joachim II, przystąpił
do obozu protestanckiego (1539 rok). Rok wcześniej uczynił to jego brat,
margrabia Jan, władający Nową Marchią (zwany również Janem z Kostrzyna).
Perspektywa wzmocnienia władzy elektorskiej (dominacja nad Kościołem
luterańskim) i wzbogacenie skarbu państwa o konfiskowane majątki
kościelne okazała się silniejszą pokusą niż uroczyste przysięgi składane
umierającemu ojcu.
Katolicka linia szwabskich Hohenzollernów swój los polityczny związała w XVI i XVII wieku z Habsburgami6. Dzięki temu
niejednokrotnie obejmowali w tym czasie najwyższe urzędy w Rzeszy
(zwłaszcza w Sądzie Kamery), a na przełomie XVII i XVIII wieku
Habsburgowie powierzali im wysokie stanowiska dowódcze w armii
cesarskiej. W 1683 roku książę Maksymilian I Hohenzollern-Sigmaringen
walczył pod Wiedniem w ramach armii chrześcijańskich władców pod ogólnym
dowództwem króla Polski Jana III Sobieskiego.
Habsburska protekcja sprzyjała również powiększaniu terytorialnego
władztwa rodu w południowo-zachodnich Niemczech. Pod koniec XVI wieku
wykształciły się trzy odgałęzienia: Hohenzollern-Hechingen,
Hohenzollern-Sigmaringen oraz Hohenzollern-Haigerloch-Werstein. Ta
ostatnia linia wymarła w 1634 roku, a jej władztwo przejęła linia na
Sigmaringen.
Od połowy XVII wieku datuje się ożywienie kontaktów między szwabską a brandenburską linią dynastii. Jej zwieńczeniem było zawarcie w 1695 roku
paktu familijnego między Hohenzollernami z Sigmaringen i Hechingen a Hohenzollernami brandenburskimi, do którego dołączyła się również
frankońska linia rodu z Ansbach i Bayreuth. Tzw. Pactum gentilitium
(odnowione w 1707 roku) uznawało w każdorazowym elektorze brandenburskim
caput familiae (głowę całego rodu) i brandenburskiej linii rodu
przyznawało prawo do dziedziczenia w Szwabii oraz Frankonii. Układ nie
przewidywał jednak możliwości dziedziczenia władzy przez katolickich
Hohenzollernów w Berlinie i Królewcu w razie wygaśnięcia linii
(ewangelickiej) brandenbursko-pruskiej.
Okres rewolucji francuskiej i rządów napoleońskich oznaczał także dla
szwabskich Hohenzollernów radykalną zmianę polityczną. Urwały się
związki z Habsburgami. Austria nie była już w stanie odgrywać roli
protektora linii na Sigmaringen i Hechingen. By uniknąć mediatyzacji,
która w latach 1802-1803 stała się udziałem wielu drobniejszych książąt
upadającej Rzeszy, szwabscy Hohenzollernowie obrali kurs profrancuski,
szukając w napoleońskiej Francji nowego protektora.
Kalkulacja okazała się trafna. Hohenzollernowie z Sigmaringen i Hechingen zachowali swoje władztwa, a nawet dzięki francuskiej protekcji
nieznacznie je powiększyli. Ceną jednak było odwrócenie się od pruskich
Hohenzollernów, czyli zerwanie paktu familijnego z 1695 roku. Wymownym
wyrazem tego zerwania był fakt, że w momencie wybuchu wojny Prus z Francją, która dla Berlina skończyła się sromotną klęską, po stronie
cesarza Francuzów, a przeciw swoim pruskim kuzynom, walczyli
Hohenzollernowie z Sigmaringen i Hechingen. A przecież jeszcze w 1795
roku za zgodą króla Prus Fryderyka Wilhelma II biskupem warmińskim
(Warmia dostała się pod władzę pruskich Hohenzollernów w wyniku
pierwszego rozbioru Polski w 1773 roku) został Johann Nepomuk Karl
Hohenzollern z linii Hohenzollern-Hechingen (w 1818 roku jego następcą
na tej samej stolicy biskupiej został bratanek Johanna, Joseph Wilhelm).
Po upadku Napoleona władztwa szwabskich Hohenzollernów weszły w skład
utworzonego na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego Związku
Niemieckiego. Odnowiony został pakt familijny z pruskimi
Hohenzollernami, przewidujący dziedziczenie królów Prus w Szwabii.
Książęta na Hechingen i Sigmaringen o wiele szybciej niż
Hohenzollernowie panujący w Berlinie uznali konieczność reform
politycznych, zmierzających do nadania ich ziemiom charakteru monarchii
konstytucyjnej. Sigmaringen już w latach 30. XIX wieku za zgodą księcia
Antona Aloysa otrzymało własną konstytucję. Bardziej oporny był książę
Friedrich Wilhelm Konstantin z Hechingen, który zgodził się na
ogłoszenie konstytucji dla swojego państwa dopiero w maju 1848 roku.
Trwała już wtedy Wiosna Ludów, której wstrząsy nie ominęły również
szwabskich księstw władanych przez Hohenzollernów. Dla tych ostatnich
Wiosna Ludów oznaczała początek końca ich władzy w Hechingen i Sigmaringen. Po 1848 roku zarówno książę Friedrich Wilhelm Konstantin z Hechingen, jak i książę Karl z Sigmaringen stracili ochotę do rządzenia.
Ten ostatni już w sierpniu 1848 roku abdykował na rzecz swojego syna
Karla Antona.
Ratunku szukano w potężnych kuzynach z Prus. Latem 1849 roku na wyraźne
żądanie władców z Hechingen i Sigmaringen księstwa te zostały zajęte
przez wojska pruskie, przeprowadzające w tym rejonie Niemiec (Badenia)
szerszą operację wymierzoną w niedobitki ruchu rewolucyjnego. Na mocy
traktatu zawartego na początku grudnia 1849 roku w Berlinie król Prus,
Fryderyk Wilhelm IV, przejmował księstwa Sigmaringen i Hechingen w zamian za wypłacanie ich dotychczasowym władcom rocznej renty (więcej
wynegocjował książę Karl Anton z Sigmaringen, bo 25 tysięcy talarów, a Friedrich Wilhelm Konstantin z Hechingen zadowolił się sumą 10 tysięcy
talarów).
Karol I z rodu Hohenzollern-Sigmaringen w 1866 roku objął tron Rumunii i od 1881 roku rządził nią jako król. Ilustracja z "The Illustrated London
News", 1913 rok
W 1850 roku postanowienia traktatu zostały zatwierdzone przez pruski
parlament i w ten sposób Fryderyk Wilhelm IV zyskał 66 tysięcy nowych
poddanych. Wraz ze śmiercią w 1869 roku księcia Friedricha Wilhelma
Konstantina wygasła linia Hohenzollern-Hechingen. Z kolei ostatni władca
na Sigmaringen (ks. Karl Anton) już w 1849 roku został generałem w pruskiej armii, a dziewięć lat później na krótko nawet pruskim
premierem.
W 1866 roku jego syn Karol został księciem Rumunii. W tym charakterze
proklamował on w 1877 roku, korzystając z toczącej się właśnie wojny
rosyjsko-tureckiej, niepodległość kraju, nad którym panował od jedenastu
lat. W marcu 1881 roku parlament w Bukareszcie ogłosił Rumunię
monarchią, a jej pierwszym królem jako Karol I został władca z dynastii
Hohenzollern-Sigmaringen. Na rumuńskim tronie panowała ona aż do
zakończenia drugiej wojny światowej, gdy kres jej rządom w 1947 roku
położyła Armia Czerwona i osadzeni przez nią komuniści. Ostatni król
Rumunii, Michał I Hohenzollern, musiał opuścić kraj pod koniec grudnia
1947 roku.
W 1870 roku kandydatura starszego syna Karla Antona, księcia Leopolda,
pojawiła się na horyzoncie europejskiej dyplomacji w kontekście sukcesji
korony hiszpańskiej. Zarówno sam Karl Anton, jak i głowa całego domu,
czyli król Prus Wilhelm I, byli sceptyczni, co do tej perspektywy. Inne
plany snuł natomiast pruski premier Otto von Bismarck, który umiejętnie
wykorzystał kryzys dyplomatyczny francusko-pruski wokół tej kandydatury
(słynna depesza emska), by sprowokować cesarza Francuzów Napoleona III
do wypowiedzenia Prusom wojny.
Jak wiemy, uczestnikami paktu familijnego z 1695 roku, uznającego
dominację Domu Brandenburskiego w obrębie całej dynastii Hohenzollernów,
byli również Hohenzollernowie z Frankonii, władający w Ansbach i Bayreuth7. Na początku XVIII wieku wyrazem zbliżenia
frankońskich Hohenzollernów z pruską gałęzią dynastii (przypomnijmy, że
między nimi nie było różnicy wyznania, obie gałęzie były bowiem
protestanckie) były regularnie zawierane małżeństwa między
przedstawicielami obu odgałęzień rodu. Początek przypadł na 1704 rok,
gdy doszło do ślubu siostry pierwszego "króla w Prusach" z dynastii
Hohenzollernów Fryderyka I (jako elektor brandenburski Fryderyk III) z margrabią na Bayreuth Christianem Ernstem.
Tradycja ta była kontynuowana w okresie panowania kolejnego króla
pruskiego, Fryderyka Wilhelma I (1713-1740). Jego dwie córki - Fryderyka
Luiza w 1729 roku i Wilhelmina w 1731 roku - wyszły za Hohenzollernów z Ansbach i Bayreuth, odpowiednio za margrabiego Karla Wilhelma Friedricha
oraz następcę tronu w Bayreuth, Friedricha (władzę objął w 1735 roku).
Marszałek Piłsudski (trzeci od lewej) oraz poseł RP w Rumunii Aleksander
Skrzyński (pierwszy z prawej) siedzą w towarzystwie rumuńskiej rodziny
królewskiej Hohenzollern-Sigmaringen na tarasie letniej rezydencji w Sinaia w 1922 roku. Widoczni: król Ferdynand I (piąty od lewej), królowa
Maria (czwarta od lewej), następca tronu książę Karol (pierwszy od
lewej) z małżonka Heleną oraz książę Mikołaj (drugi od prawej)
W 1752 roku obie frankońskie linie zawarły z panującymi w Prusach
Hohenzollernami kolejny pakt familijny. Pactum Fridericianum
potwierdzało prawo Domu Brandenburskiego do dziedziczenia w Ansbach i Bayreuth w razie wygaśnięcia męskich linii władających w tych
margrabstwach.
W połowie XVIII wieku zarówno Ansbach, jak i Bayreuth należały do
prężnych - jak na swój niewielki obszar - ośrodków kulturalnych. W przypadku Bayreuth niemała w tym zasługa margrabiny Wilhelminy, kobiety
o szerokich horyzontach, regularnie korespondującej z oświeceniowymi
filozofami z Wolterem na czele i z "filozofem z Sansouci" (czyli własnym
bratem, królem Prus Fryderykiem II, który Wilhelminę traktował
absolutnie wyjątkowo - jako jedyną kobietę godną bycia adresatem jego
regularnej korespondencji). Szczególnym wyrazem wysokich aspiracji
władców na Bayreuth w zakresie kultury było powołanie do życia w 1743
roku z ich inicjatywy uniwersytetu w Erlangen.
Miasto Ansbach (Onolzbach) we Frankonii, stolica księstwa o tej samej
nazwie, które od XIV wieku było w posiadaniu Hohenzollernów. Rycina z XVII wieku
Mimo dynastycznych mariaży, mimo Pactum Fridericianum, nie zawsze
relacje margrabiów na Ansbach i Bayreuth z ich potężnym kuzynem
panującym w Prusach (Fryderykiem II) układały się bez zgrzytów. W czasie
wojen śląskich i tzw. wojny o sukcesję austriacką (1740-1748) szwagier
króla Prus, margrabia Fryderyk z Bayreuth, starał się zachowywać
neutralność, czytaj: odmówił otwartego wspierania polityki króla
Fryderyka II. Podobne stanowisko zajął w czasie wojny siedmioletniej
(1756-1763). Chociaż długo wzbraniał się przed przystąpieniem do
zarządzonej w 1757 roku "egzekucji Rzeszy" przeciw Prusom jako
odpowiedzi na prewencyjny atak Fryderyka II na Saksonię w 1756 roku, to
jednak wbrew namowom swojej żony Wilhelminy nie chciał wprost
zaangażować się po stronie swojego pruskiego szwagra.
Aleksander, margrabia Ansbach i Bayreuth, ostatni przedstawiciel
frankońskiej linii Hohenzollernów. W 1791 roku zrzekł się swych
posiadłości na rzecz króla Prus Fryderyka Wilhelma II. Portret autorstwa
Georga Antona Urlauba z 1772 roku
W tym samym czasie jawnie antypruskie stanowisko zajął kolejny szwagier
Fryderyka II, margrabia Ansbach Karl Wilhelm Friedrich (z racji
nieumiarkowania w jedzeniu i piciu zwany "dzikim margrabią"). W 1757
roku na sejmie Rzeszy głosował za antypruską "egzekucją". Krótko potem
(3 sierpnia 1757 roku) zmarł na udar, a jego następcą został margrabia
Aleksander - zagorzały wielbiciel swojego pruskiego wuja.
Nowy margrabia na Ansbach był człowiekiem gruntownie wykształconym i bywałym w świecie. Dwa lata spędził na podróżach po Niderlandach,
Szwajcarii i państwach włoskich. Fryderycjańskie wzorce starał się
stosować w zakresie polityki fiskalnej. Obejmując rządy w 1757 roku po
swoim "dzikim" ojcu, odziedziczył pustki w skarbie i spore długi do
spłacenia (idące w miliony talarów). Zadaniu nie sprostał, chociaż
bardzo się starał. Dodatkowych źródeł dochodów szukał nawet "wynajmując"
Brytyjczykom kontyngent ponad dwóch tysięcy żołnierzy, którzy walczyli
po stronie "czerwonych kurtek" w amerykańskiej wojnie o niepodległość
(władca Ansbach nie był pod tym względem wyjątkiem, pod rozkazami
brytyjskimi walczyły bowiem również kontyngenty heskie).
Margrabia Aleksander w mniejszej skali robił to, co czynił w swojej
monarchii król Prus Fryderyk II, stanowiący dla wielu wzór oświeconego
władcy. W 1777 roku zniesiono w Ansbach tortury, coraz śmielej
praktykowano tolerancję religijną wobec katolików, pracowano nad
rozwojem rolnictwa (wprowadzenie na szeroką skalę uprawy ziemniaków).
W 1769 roku z chwilą bezpotomnej śmierci ostatniego władcy Bayreuth,
margrabiego Friedricha Christiana, przeszło ono pod władzę margrabiego
Ansbach. Jeszcze w 1763 roku próbował on odstąpić swojemu królewskiemu
wujowi z Prus swoje władztwo, jednak Fryderyk II umiał liczyć i nie
chciał przejmować zadłużonego margrabstwa, tym bardziej że w momencie
zakończenia wojny siedmioletniej skarb pruski czekały inne, o wiele
pilniejsze aniżeli spłata długów Bayreuth wydatki. Sześć lat później
zgodnie z postanowieniami Pactum Fridericianum Bayreuth wraz z długami
objął margrabia Aleksander z Ansbach.
W XIX wieku szwabscy Hohenzollernowie poczuli się zmęczeni władzą i oddali swoje księstwa Domowi Brandenburskiemu. Jednak prekursorem na tej
drodze był wspomniany władca Ansbach i Bayreuth. Margrabia Aleksander
zniechęcony był swoją daremną walką z zadłużeniem państwowej kasy
(oszczędnościom z pewnością nie sprzyjała słabość Hohenzollerna do płci
pięknej). Do poczucia bezsilności doszedł strach wywołany wybuchem
rewolucji francuskiej (1789). Niektórzy historycy mówili nawet w tym
kontekście o "chorobliwym strachu przed rewolucją" władcy na Ansbach i Bayreuth (H. Hausherr)8.
Podobnie jak w przypadku Hohenzollernów z Sigmaringen i Hechingen koniec
władzy frankońskiej linii Hohenzollernów przypominał transakcję
handlową. Na mocy układu zawartego w 1791 roku przez margrabiego
Aleksandra z królem Prus Fryderykiem Wilhelmem II za roczną rentę w wysokości 300 tysięcy guldenów zrzekał się on na rzecz Prus Ansbach i Bayreuth. Oficjalny akt abdykacji margrabia Aleksander podpisał 22
grudnia 1791 roku w Bordeaux, gdzie przebywał z niedawno poślubioną lady
Elizą Craven. Ostatni przedstawiciel frankońskiej linii Hohenzollernów
zmarł w styczniu 1806 roku w Anglii.
Rządy brandenburskich Hohenzollernów (czyli króla Fryderyka Wilhelma II)
w Ansbach i Bayreuth rozpoczęły się w 1792 roku. Można powiedzieć, że
świeżo pozyskane księstwa frankońskie były poletkiem doświadczalnym dla
reform administracyjnych i ustrojowych, które w całych Prusach zostaną
przeprowadzone po 1806 roku. Takie postaci jak Karl August von
Hardenberg czy Alexander von Humboldt, kluczowe dla wielkich pruskich
reform po przegranej przez Prusy wojnie z Napoleonem, "uczyły się
państwa", kierując administracją w przejętych przez brandenburskich
Hohenzollernów księstwach frankońskich.
W okresie napoleońskiej dominacji nad Europą te nowe posiadłości pruskie
z woli cesarza Francuzów zostały włączone do pozostającego w sojuszu z Francją królestwa Bawarii: Ansbach już w 1805 roku, a Bayreuth w 1807
roku (na mocy pokoju tylżyckiego, choć księstwo już od 1806 roku było
okupowane przez wojska francuskie). Po upadku Napoleona oba księstwa
powróciły do państwa pruskiego.
Pozostali więc tylko Hohenzollernowie brandenburscy. To oni są
bohaterami tej książki. Jako władcy najpierw Brandenburgii, potem
państwa brandenbursko-pruskiego, a na koniec po skutecznie
przeprowadzonej unifikacji ustrojowej państwa władcy monarchii pruskiej
byli sprawcami wyniesienia rządzonego przez siebie państwa do rzędu
najważniejszych mocarstw europejskich.
Kluczowym momentem na tej drodze było przejęcie przez brandenburskich
Hohenzollernów władzy nad księstwem pruskim na początku XVII wieku. Bez
zgody Rzeczypospolitej byłoby to niemożliwe. W relacjach
polsko-brandenbursko-pruskich suma niewykorzystanych szans po stronie
polskiej w zestawieniu z okazjami maksymalnie wykorzystywanymi przez
brandenburskich Hohenzollernów robi piorunujące wrażenie. A jak pokazuje
historia tych relacji, niewykorzystane okazje mszczą się nie tylko w sporcie.
Pierwszą okazję Korona polska przepuściła podczas ostatniej wojny z zakonem krzyżackim. Nie dobito słabnącego wroga, a potem - po
sekularyzacji zakonu w Prusach przez Albrechta Hohenzollerna i porzuceniu przez niego religii katolickiej - nie wykorzystano okazji,
jaką było odwrócenie się dotychczasowych protektorów (papieża i cesarza)
od wielkiego mistrza - apostaty.
Mądry Stańczyk na słynnym obrazie Jana Matejki Hołd pruski duma nad
zagrożeniami, jakie dla Polski niesie traktat krakowski z 1525 roku,
uznający władzę Albrechta Hohenzollerna w księstwie pruskim jako lennika
Polski. Jednak traktat ten nie zamykał przed polską Koroną perspektywy
przejęcia lenna pruskiego. W myśl układu władza w księstwie pruskim
miała należeć do następców Albrechta w męskiej linii. A gdyby takich
zabrakło, w Królewcu jako lennik Polski miał panować któryś z trzech
braci Albrechta (Kazimierz, Jerzy i Jan) lub ich męskie potomstwo. Z dziedziczenia w księstwie pruskim była natomiast całkowicie wyłączona
brandenburska linia Hohenzollernów.
Przyznajmy, zakreślona w traktacie krakowskim perspektywa przejęcia
przez Polskę lenna pruskiego była odległa. Jednak los (Opatrzność, jak
kto woli) sprzyjał polskiej Koronie. Dwaj kolejni synowie księcia
Albrechta zmarli w dzieciństwie, a trzeci (Albrecht Fryderyk), który
okazał się jego dziedzicem, był osobą psychicznie chorą. Szybko
wymierali również kuzyni księcia Albrechta z linii frankońskiej,
uprawnieni na mocy układu z 1525 roku do dziedziczenia w Prusach.
Margrabia Jan zmarł bezpotomnie już w 1525 roku, dwa lata później zmarł
jego brat Kazimierz, który doczekał się tylko jednego syna, Albrechta
Alcybiadesa, który z kolei zmarł bezpotomnie w 1557 roku. W tej sytuacji
kolejną okazję przepuścił w 1563 roku król Zygmunt August, który wyraził
zgodę na rozszerzenie dziedziczenia w księstwie pruskim na brandenburską
linię Hohenzollernów (decyzję tę Zygmunt August podtrzymał w 1572 roku,
krótko przed swoją śmiercią).
Jan Zygmunt Hohenzollern (1572-1620), elektor brandenburski i książę
pruski. W 1611 roku uzyskał od króla polskiego Zygmunta III Wazy
dziedziczne prawo do tronu pruskiego. Portret autorstwa Daniela Rose z 1605 roku
Gdyby nie ta fatalna decyzja o rozszerzeniu dziedziczenia lenna
pruskiego, powróciłoby ono do Polski już na początku XVII wieku.
Albowiem ostatni z Hohenzollernów uprawniony do dziedziczenia księstwa
pruskiego w myśl traktatu z 1525 roku, syn margrabiego Jerzego (brata
księcia Albrechta) Jerzy Fryderyk, zmarł bezpotomnie w 1603 roku.
Wcześniej uzyskał on od króla Stefana Batorego w 1577 roku prawo do
kurateli nad psychicznie chorym dziedzicem Albrechta, księciem
Albrechtem Fryderykiem. W ten sposób potężna wciąż Korona (Polska
Batorego!) pozbywała się na własne życzenie ważnego instrumentu
wpływania na bieg spraw w Prusach.
Powtórzmy, w 1603 roku umarł ostatni z Hohenzollernów, który na mocy
traktatu krakowskiego był uprawniony do dziedziczenia lenna pruskiego.
Potem już było coraz gorzej. Zygmunt III Waza zgodził się na objęcie po
1603 roku administracji w księstwie pruskim przez Hohenzollernów
brandenburskich (elektorów Joachima Fryderyka w 1605 roku i Jana
Zygmunta w 1609 roku). W 1611 roku elektor brandenburski Jerzy Wilhelm
uzyskał od króla Zygmunta III Wazy (za zgodą sejmu) prawo do
dziedzicznego - a nie w charakterze administratora - władania księstwem
pruskim.
Hohenzollernowie łączyli Berlin i Królewiec w jednym ręku w momencie,
gdy Rzeczpospolita była wciąż potężnym państwem. Nad Wisłą nie brakowało
sił, brakowało natomiast dalekowzrocznego politycznego spojrzenia albo
krótkiego spojrzenia na mapę, by przekonać się choćby o tym, co dla
polskiego Pomorza Gdańskiego (Prusy Królewskie) oznacza skupienie w jednym ręku Brandenburgii i Prus.
Niniejsza książka nie jest historią Prus, choć wątki dotyczące polityki
zagranicznej i przemian politycznych w samych Prusach nieuchronnie
pojawiają się na jej kartach. Bohaterami są Hohenzollernowie, którzy
doprowadzili do wielkości i znaczenia w skali europejskiej swojej
dynastii przez niemal dwieście pięćdziesiąt lat. Potrafili też nie
przeszkadzać tym, którzy lepiej od nich zabiegali o wielkość Prus
(Bismarck). Nie jest to też poczet królów pruskich (od 1871 do 1918 roku
również cesarzy niemieckich), bo rozpoczynam od Wielkiego Elektora
(Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna panującego w latach 1640-1688), który
królem nie był, ale bez jego osiągnięć w polityce zagranicznej (traktaty
welawsko-bydgoskie z 1657 roku) i wewnętrznej (ustanowienie licznej i stałej armii oraz skutecznie działającej administracji, zwłaszcza
administracji fiskalnej podporządkowanej tylko władcy) nie byłoby
możliwe osiągnięcie w 1701 roku przez jego syna, elektora Fryderyka III,
godności "króla w Prusach".
Hohenzollernowie to też ludzie. Nie żyli 24 godziny na dobę sprawami
armii, urzędów i budowaniem misternych konstelacji politycznych w Europie. Ten "ludzki" wymiar ich życia także jest w polu zainteresowania
autora niniejszej książki. Jak wyglądało ich życie rodzinne, czym się
interesowali poza sprawami państwa, czy szeroko rozumiana sfera ducha
odgrywała w ich życiu jakąś rolę? O tym także czytelnik dowie się,
czytając to opracowanie.
Dzieje Hohenzollernów, dynastii europejskiej - to także spory kawał
historii naszego kraju. Warto więc poznać ich historię.
Gdy król Prus, Fryderyk II, nakazał
otworzyć sarkofag, w którym spoczywały szczątki elektora
brandenburskiego i księcia pruskiego Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna,
miał powiedzieć nad otwartą trumną swojego przodka do swojego otoczenia:
Des grandes choses Messieurs, celui - ci a fait - Moi Panowie, dokonał
on wielkich rzeczy. Patrząc z punktu widzenia rozwoju pruskiej
monarchii i znaczenia dynastii Hohenzollernów, Fryderyk II miał z pewnością rację.
Gdy Fryderyk Wilhelm obejmował w 1640 roku w swoje władanie elektorat
brandenburski, miał zaledwie 20 lat, jego kraj zaś był zniszczony przez
dwóch głównych antagonistów wojny trzydziestoletniej: Szwecję i cesarstwo Habsburgów. Brandenburskie posiadłości Hohenzollernów były w czasie tej wojny okupowane niekiedy także przez wojska duńskie, a zachodnie enklawy znajdujące się w posiadaniu tej dynastii (Kleve i Mark) zajmowane były przez wojska hiszpańskie. Posiadłości
Hohenzollernów były w latach 1618-1648 tym, czym Rzeczpospolita Obojga
Narodów stanie się w przyszłym stuleciu - przydrożną karczmą dla
przechodzących w tę i we w tę najezdniczych wojsk.
Miarą ówczesnego zubożenia Brandenburgii na skutek ciągłych przemarszów
wojsk biorących udział w tej niszczącej wojnie było to, że w 1640 roku
nowy elektor nie mógł się wprowadzić do swojej berlińskiej rezydencji,
ponieważ dach zamku groził zawaleniem się, a żywności w całym Berlinie
nie wystarczało nawet na utrzymanie bardzo skromnego dworu. Liczby są
jeszcze bardziej wymowne. W 1645 roku Berlin liczył niewiele ponad 4
tysiące mieszkańców, podczas gdy 20 lat wcześniej miał ich ok. 7
tysięcy. Podobnie rzecz się miała i z innymi miastami państwa
Hohenzollernów: Frankfurt nad Odrą w 1653 roku miał 2366 mieszkańców (w 1625 roku było ich ok. 5 tysięcy), a Brandenburg w 1645 roku - ok. 1500
mieszkańców (w 1625 roku ok. 2800).
Nędza była tak straszna, że na początku lat 40. XVII wieku głód był na
porządku dziennym w większości miast Brandenburgii. Plaga ta była do
tego stopnia dotkliwa, że zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. W 1641 roku (a więc już za panowania Wielkiego Elektora) magistrat
Strassburga - małego miasteczka w Uckermark (część Brandenburgii) -
raportował: "By przeżyć, mieszkańcy musieli zjadać koty i psy, a potem
jeden drugiego"9.
Fryderyk Wilhelm w wieku 6 lat. Rycina z 1626 roku
Zniszczenia Brandenburgii były wynikiem dwóch czynników: jej militarnej
słabości oraz jej fatalnego położenia geograficznego między młotem a kowadłem (Szwecją i Austrią). Wystarczy spojrzeć na mapę, by przekonać
się, jak blisko do Berlina miały wojska cesarskie (przypomnijmy, że
Habsburgowie władali wówczas na Śląsku) i wojska szwedzkie (Szwecja na
mocy traktatu westfalskiego anektowała tzw. Pomorze Przednie z Rugią i Szczecinem). Do tego pamiętajmy o zależności lennej (do 1657 roku)
Hohenzollernów od ciągle potężnej Rzeczypospolitej z tytułu władania w księstwie pruskim. Cała polityka Wielkiego Elektora będzie więc
zmierzała w kierunku zmiany tych dwóch bardzo niekorzystnych dla jego
państwa ograniczeń. Po niemal 50 latach panowania, umierając w 1688
roku, elektor Fryderyk Wilhelm w dużej mierze wykonał to, co na początku
jego rządów wydawało się niemożliwe. Brandenburgia posiadała stałą
armię, a Hohenzollernowie zyskali suwerenność w księstwie pruskim - na
terytorium wolnym od nacisku Wiednia, Sztokholmu i Warszawy.
Elektor brandenburski i książę pruski Jerzy Wilhelm Hohenzollern (ojciec
Wielkiego Elektora) w czasie wojny trzydziestoletniej próbował zachować
neutralność. Udawało się to do początku lat 30. XVII wieku, tzn. gdy do
konfliktu toczącego się na terenie Niemiec nie włączył się król Szwecji
Gustaw Adolf. Udający się na czele swojej armii w głąb Niemiec król
Szwecji, głośno deklarujący, że przychodzi w sukurs prześladowanym
protestantom, bezlitośnie łupił ziemie kalwińskiego elektora
brandenburskiego. W niczym nie przeszkadzało skandynawskiemu władcy to,
że obraca w perzynę ziemie swojego szwagra. Siostra Jerzego Wilhelma -
Maria Eleonora, była żoną Gustawa Adolfa.
Pomimo brutalnego zetknięcia się Brandenburgii ze szwedzką potęgą, na
młodym Fryderyku Wilhelmie, urodzonym 16 lutego 1620 roku w berlińskiej
rezydencji swojego ojca, postać króla Szwecji wywarła niezwykle silne
wrażenie. Jako trzynastolatek był naocznym świadkiem uroczystego
pochodu, który wiódł przez tereny Brandenburgii zwłoki poległego
szwedzkiego wodza na Pomorze, skąd miały odpłynąć do Szwecji. Z pewnością niezatarte wrażenie na przyszłym władcy Brandenburgii-Prus
wywarł pobyt szwedzkiego konduktu żałobnego na zamku Spandau (od 20 do
27 grudnia 1633 roku), a zwłaszcza zachowanie się jego ciotki Marii
Eleonory, wdowy po Gustawie Adolfie, która na całe dnie zamykała się w sali tronowej z ustawioną pionowo, otwartą trumną szwedzkiego władcy.
Gustaw II Adolf, wojowniczy król Szwecji, który został śmiertelnie ranny
w bitwie z wojskami habsburskimi pod Lützen w 1632 roku, leży na
katafalku. Młody Fryderyk Wilhelm oglądał jego zwłoki i modlącą się przy
nich wdowę na zamku Spandau. Gwasz z 1633 roku
Polityczne położenie Brandenburgii niewiele zmieniło się po 1635 roku,
gdy Hohenzollern przystąpił do obozu cesarskiego. Zmieniło się tylko to,
że odtąd Szwedzi łupili jego posiadłości nie jako dobra sojusznika, ale
przeciwnika. Warunki były na tyle nieznośne, że Jerzy Wilhelm w 1638
roku opuścił Brandenburgię i udał się do Prus Wschodnich, w których
władał jako zależny od swojego polskiego suwerena książę pruski.
Księstwo pruskie nie było jednak nękane przez nieprzyjacielskie wojska,
toteż ostatnie dwa lata swojego życia ojciec Wielkiego Elektora spędził
w swojej królewieckiej rezydencji jako potulny, szukający schronienia
lennik potężnej Rzeczypospolitej.
Z kolei bezpieczeństwo Kurprinzowi zapewnić miały mury twierdzy w Kostrzynie nad Odrą, do której siedmioletni Fryderyk Wilhelm został
wysłany na początku 1627 roku. Miał tam przebywać aż do 1634 roku.
Kostrzyńska twierdza była nie tylko miejscem schronienia, ale i pierwszych lat jego edukacji. Nie był to ostatni raz, gdy nadodrzańska
twierdza występowała w tym charakterze w dziejach dynastii
Hohenzollernów. Sto lat później za jej mury trafi krnąbrny syn króla
Fryderyka Wilhelma I, przyszły Fryderyk II.
W latach 1627-1634 Kurprinz pobierał nauki pod kierunkiem Johanna
Friedricha von Kalkuta - gorliwego kalwinisty, pochodzącego z hrabstwa
Berg. Typowe dla następcy tronu Brandenburgii-Prus curriculum było
uzupełnione o istotny dodatek. Fryderyk Wilhelm uczył się w Kostrzynie
także języka polskiego. Aż do czasów Fryderyka II miało to stać się
tradycją w Domu Hohenzollernów.
W 1634 roku elektor Jerzy Wilhelm wysłał swojego syna w edukacyjną
podróż do Holandii, choć niewiele brakowało, by z powodu pustek w elektorskiej szkatule planowany wyjazd nie doszedł do skutku. W Niderlandach Fryderyk Wilhelm studiował na uniwersytecie w Lejdzie
matematykę, historię oraz języki (francuski i niderlandzki). W wojennym
obozie namiestnika Niderlandów, księcia Fryderyka Henryka Orańskiego
(swojego późniejszego szwagra), w praktyce poznawał najnowocześniejszą
wówczas sztukę wojenną. Jednak najważniejszą szkołą dla przyszłego
elektora brandenburskiego i księcia pruskiego była wojna
trzydziestoletnia. Jej straszliwe skutki, które odczuła Brandenburgia,
będąca rdzeniem państwa Hohenzollernów, przyczyniły się do
ukształtowania głównych założeń polityki przyszłego Wielkiego Elektora.
Unaoczniły mu znaczenie umiejętnej dyplomacji, wagę rozpoznania
właściwego czasu dla zawierania i zrywania sojuszy oraz
niebezpieczeństwa związane z próbą prowadzenia polityki neutralności.
Fryderyk Wilhelm już jako elektor brandenburski w 1647 roku napisał
memoriał, który świadczył o tym, że dobrze odrobił lekcję z konfliktu,
który już wygasał. Tekst jest dowodem na to, że nowy władca miał żywą
świadomość fatalnego położenia geopolitycznego swojego państwa. "Jeśli
wezmę stronę cesarza, wtedy moim wrogiem stanie się Szwecja (Francja i Niderlandy) i w końcu będą w stanie odebrać mi Marchię Brandenburską".
Przeciwna opcja, tj. sojusz ze Szwecją, też dobrze nie rokuje, bo to
oznacza wrogość cesarza (Austrii) oraz Hiszpanii. Ta ostatnia znowu
najedzie nadreńskie posiadłości Hohenzollernów (Kleve i Mark), a po
Austrii spodziewać się można (w razie wojny) tylko najgorszego. Po
pierwsze dlatego, że "katolicy nazywają nas kacerzami", ponadto zaś "nie
należy zapominać, jak cesarscy traktowali nas w Marchii Brandenburskiej,
o czym mówią ruiny zniszczonych przez nich miast i wsi". Szwecja?
"Dobrze wiemy, jak nas potraktowała".
Jak widać więc, Hohenzollernowie przyjaciół nie mają i w dającej się
przewidzieć przyszłości nie pojawią się oni. Czy należy więc dążyć do
statusu państwa neutralnego? Jeśli czegoś wojna trzydziestoletnia
uczyła, to właśnie tego, że jest to rozwiązanie najgorsze z możliwych.
Przynajmniej dla takiego państwa jak Brandenburgia-Prusy, znajdującego
się w tak fatalnym położeniu geopolitycznym. Sojuszników należy szukać,
ale nie należy się do nich zbyt długo przywiązywać.
W ciągu czterdziestu ośmiu lat panowania Fryderyka Wilhelma przez
dziewiętnaście lat jego państwo toczyło wojny. W sojuszu ze Szwecją i przeciw Szwecji, walcząc z Francją przeciw cesarzowi i mając alians z cesarzem przeciw Francji. Zawsze jednak nadrzędny cel polityczny
pozostawał ten sam: racja stanu państwa (Staatsräson) rozumiana jako
utwierdzenie panowania dynastii Hohenzollernów w Brandenburgii i Prusach
i systematyczne wzmacnianie ich pozycji zarówno w obrębie Rzeszy, jak i w szerszych stosunkach międzynarodowych. W tym przypadku polityka
dynastyczna całkowicie pokrywała się z interesami państwa (czego na
przykład nie można było powiedzieć o polityce dynastycznej saskich
Wettynów realizowanej w pierwszej połowie XVIII wieku kosztem żywotnych
interesów Polski).
Fryderyk Wilhelm prowadząc taką politykę dużo osiągnął, zwłaszcza - jak
zobaczymy - kosztem słabnącej Rzeczypospolitej. Musiał jednak zanotować
wiele bolesnych porażek, szczególnie w relacjach z czołowymi
kontynentalnymi potęgami tamtych czasów, rywalizującymi o dominację w Europie: Francją Ludwika XIV oraz monarchią Habsburgów.
W latach 1669-1674 Hohenzollern raz po raz zmieniał sojusze. W 1669 roku
zawarł sojusz z Francją, z czym wiązały się zagwarantowane w jego ramach
subsydia. Jednak już w maju 1672 roku w obliczu francuskich planów ataku
na Niderlandy zawarł ze Stanami Generalnymi układ obronny, przewidujący
wysłanie nad Ren dwudziestotysięcznej armii brandenburskiej. Miesiąc
później Brandenburgia zawarła podobny, tj. o ostrzu antyfrancuskim,
układ z cesarzem. W 1673 roku wszystko się znowu zmieniło. Stanął układ
pokojowy z Francją, w którym elektor zobowiązał się do niewspierania
wrogów Francji, a w zamian Ludwik XIV oddał zajęte księstwo Kleve i zgodził się na wypłatę Berlinowi subsydiów w wysokości 800 tysięcy
liwrów.
Zbliżenie Hohenzollerna z Francją trwało niewiele ponad rok. W lipcu
1674 roku Fryderyk Wilhelm odnowił antyfrancuski sojusz z cesarzem. W wojnie, której celem miało być powstrzymanie dokonywanych przez Ludwika
XIV aneksji (tzw. reuniony) w należącej do Rzeszy Alzacji, miała wziąć
udział armia brandenburska w sile 16 tysięcy ludzi.
Wielki Elektor na polu bitwy pod Fehrbellinem, 28 czerwca 1675 roku.
Zwycięstwo odniesione nad Szwedami stało się kamieniem milowym na drodze
do potęgi militarnej Prus. Obraz Wilhelma Camphausena z 1882 roku
Kampania z lat 1674-1675 nie przyniosła Fryderykowi Wilhelmowi większych
korzyści politycznych. Była jednak okazją zademonstrowania na teatrze
ogólnoeuropejskim walorów bojowych armii Hohenzollerna i jego osobistych
zdolności jako dowódcy. Właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęto mówić w Europie o talentach wojskowych panującego z dynastii Hohenzollernów. W pokonanym polu zostawał nie byle jaki przeciwnik, bo Szwecja, mająca
jeszcze status liczącego się w Europie mocarstwa.
Wiosną 1675 roku Fryderyk Wilhelm ze swoją armią przebywał w Alzacji,
gdy dobiegła go wiadomość o inwazji wojsk szwedzkich (sprzymierzonych z Francją) na Brandenburgię. W ciągu niespełna trzech tygodni elektor w forsownych marszach przerzucił z jednego krańca Niemiec do drugiego 18
tysięcy swoich żołnierzy ( w tym 6 tysięcy jazdy). Sam elektor,
cierpiący akurat na ostry atak artretyzmu, ledwo trzymał się w siodle.
28 czerwca 1675 roku doszło do decydującego starcia wojsk
brandenburskich i szwedzkich pod Fehrbellinem w Brandenburgii. To od
tego wydarzenia zaczęto mówić w Niemczech o Fryderyku Wilhelmie jako o "Wielkim Elektorze". W legendę obrosła brawura, jakiej dowody miał on
dać podczas bitwy. Atak brandenburskiej jazdy, na której czele szarżował
Fryderyk Wilhelm, był niejako zapowiedzią podobnych czynów Fryderyka II
podczas wojen śląskich i wojny siedmioletniej. Przytaczano potem okrzyk
elektora na początku decydującego ataku: "Naprzód! Wasz władca i dowódca
zwycięży wraz z wami albo umrze jak rycerz". Do obiegu przedostały się
również wydarzenia zgoła zmyślone, jak na przykład rzekoma zamiana
wierzchowców z jednym z elektorskich sług, który dosiadając konia
brandenburskiego władcy ściągnął na siebie ogień szwedzkiej artylerii i zginął.
Największy wśród Hohenzollernów wódz, król Fryderyk II, nie wahał się
porównywać kampanii 1675 roku z największymi osiągnięciami sztuki
militarnej w ogóle: "Ta olśniewająca, jak i pełna odwagi kampania,
zasługuje, by odnieść do niej słowa Cezara: veni, vidi, vici. Był on
[Wielki Elektor] chwalony przez swoich wrogów i błogosławiony przez
swoich poddanych. Jego następcy traktowali ten dzień [bitwę pod
Fehrbellin] jako początek wielkości, którą osiągnął od tego czasu Dom
Brandenburski". Przesada? Być może. Tym bardziej że zwycięzca spod
Rossbach pisał ewidentnie (i dosłownie) pro domo sua.
Z pewnością cieniem na sukces kampanii lat 1674-1675 kładł się dramat
rodzinny, którego doświadczył wówczas władca Brandenburgii-Prus. W 1674
roku podczas działań w Alzacji zmarł nagle najstarszy syn Fryderyka
Wilhelma, Karol Emil. Przyczyną zgonu była najprawdopodobniej
dyzenteria, choć zaraz pojawiły się pogłoski o otruciu Kronprinza z poduszczenia drugiej żony elektora, chcącej w ten sposób zapewnić
sukcesję swoim dzieciom.
Fryderyk Wilhelm na czele wojska pokonuje saniami zamarzniętą Zatokę
Kurońską w pościgu za Szwedami. Udana kampania 1679 roku dodała
splendoru Wielkiemu Elektorowi. Fresk Wilhelma Simmlera z 1881 roku
namalowany w Sali Pamięci berlińskiego Zeughausu (Arsenału)
Wykorzystując zwycięstwo pod Fehrbellin, elektor poszedł za ciosem,
przenosząc działania wojenne na należące do Szwecji Pomorze
Szczecińskie. W 1677 roku w rękach Brandenburczyków znalazł się
Szczecin. Rok później elektor boleśnie przekonał się, że w grze wielkich
mocarstw państwo brandenbursko-pruskie nie dysponowało jeszcze
wystarczająco przekonującymi argumentami, by przeforsować swoje
stanowisko. Na mocy zawartego w 1678 roku pokoju w Nijmwegen Fryderyk
Wilhelm został zmuszony oddać Szwedom zajęty rok wcześniej Szczecin.
Nalegała na to Francja, a cesarz Leopold I odmówił elektorowi - bądź co
bądź swojemu sojusznikowi - swojego wsparcia dyplomatycznego.
Na tym jednak nie zakończyły się walki brandenbursko-szwedzkie. Na
początku 1679 roku wojska szwedzkie najechały położoną najdalej na
północy, ale w politycznym sensie najwartościowszą prowincję Wielkiego
Elektora - księstwo pruskie. Zagrożona była stolica Prus Wschodnich -
Królewiec. Fryderyk Wilhelm zmuszony był więc rozpocząć kolejną
kampanię, która i tym razem udowodniła, że nie tylko jest biegłym
dyplomatą (choć jak pokazał 1678 rok - nie zawsze skutecznym), ale i wysokiej klasy dowódcą.
Wojska elektorskie w forsownych marszach pokonywały odcinki nawet 100
kilometrów. Fryderyk Wilhelm opuścił Berlin na Boże Narodzenie 1678 roku
i w dwa tygodnie przebył 650 kilometrów. Pośpiech ten się opłacił.
Wojska szwedzkie, dodatkowo osłabione pustoszącą ich szeregi epidemią
włośnicy, zaczęły się wycofywać. W tym momencie nastąpiło wydarzenie,
które w późniejszych wiekach nieraz było przywoływane w pruskiej
literaturze i malarstwie: wsadzenie elektorskiej armii na 1200
drewnianych sań, by kontynuować pościg po lodzie i śniegu za uciekającą
armią szwedzką.
Kampania 1679 roku również okazała się wielkim zwycięstwem elektora
Fryderyka Wilhelma. Ponownie jednak była tylko zwycięstwem militarnym.
Wielki Elektor mógł wykazywać się (i rzeczywiście to czynił)
skutecznością w dyplomatycznych intrygach i paraliżowaniu niewygodnej
dla niego polityki w targanej coraz bardziej wewnętrzną anarchią
Rzeczypospolitej. Niekiedy wystarczyło sypnąć talarami, by przeciągnąć
na swoją stronę co znaczniejszych senatorów polskich i litewskich.
Takich możliwości nie miał jednak Fryderyk Wilhelm we Francji Ludwika
XIV czy Austrii Leopolda I. Jeszcze pod koniec XVII wieku w zestawieniu
z tymi potęgami państwo brandenbursko-pruskie było krajem o średnim
znaczeniu. Casus 1678 roku jest pod tym względem bardzo pouczający.
Elektor mógł odnosić wielkie sukcesy militarne, zdobywać upragniony
Szczecin, jednak pod naciskiem Paryża i z powodu bierności Wiednia był
zmuszony oddać swoją cenną zdobycz.
Szczególnie bolesna dla elektora była "zdrada" Ludwika XIV. Pod wpływem
nastroju wywołanego postanowieniami pokoju z Saint Germain-en Laye (29
lipca 1679 roku), który ostatecznie zatwierdził postanowienia traktatu z Nijmwegen, Wielki Elektor polecił odlać okolicznościowy medal z równie
"okolicznościowym" wygrawerowanym napisem (będącym cytatem z Wergiliusza): Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor - Niech
powstanie z naszych kości mściciel. Późniejsza historiografia
niemiecka, gloryfikująca "wielkie czyny Domu Brandenburskiego",
doszukała się nie tylko jednego "mściciela". Z lubością wskazywała na
króla Fryderyka II i cesarza Wilhelma I jako na przywoływanych przez
Wielkiego Elektora windykatorów praw Brandenburgii-Prus karcących
"perfidię Francuzów".
Historia nie była jednak tak jednoznaczna, jak chcieliby wspomniani
piewcy "chwały" Domu Hohenzollernów. Oto bowiem w tym samym 1679 roku
Wielki Elektor nie tylko kazał bić medal z wezwaniem do zemsty na
Francji. O wiele istotniejszy był fakt, że w październiku tego roku
władca Brandenburgii-Prus zawarł traktat sojuszniczy z... Francją, który
przewidywał wzajemne niesienie sobie pomocy militarnej w razie wojny
oraz dodatkowo postanawiał o tym, że Fryderyk Wilhelm będzie otrzymywał
od Ludwika XIV roczną pensję w wysokości 100 tysięcy liwrów rocznie.
Warto dodać, że do stycznia 1684 roku Hohenzollern zawarł z Ludwikiem
XIV aż pięć analogicznych traktatów. Za każdym też razem zwiększała się
kwota pensji wypłacanej przez Króla Słońce. Ostatni z tych traktatów - z 18 stycznia 1684 roku - podnosił ją do wysokości pół miliona liwrów.
Wielki Elektor na francuskim jurgielcie? Czyż jednak fakt pobierania
pensji od francuskiego władcy oznaczał dla państwa
brandenbursko-pruskiego takie same szkody jak fakt pobierania w tym
samym czasie brandenburskiego jurgieltu przez "malkontentów" (a więc
magnacką opozycję skierowaną przeciw polityce Jana III Sobieskiego) w Rzeczypospolitej? Z pewnością nie. Oczywiście władca Brandenburgii-Prus
brał regularnie pieniądze od króla Francji, podobnie zresztą jak inni
współcześni mu władcy (liczni książęta Rzeszy oraz - wydawałoby się -
taki potentat jak król Anglii Karol II Stuart). Istotniejsze jest, na co
szły te pieniądze. Nie były przecież przeznaczane na tworzenie własnych
koterii i paraliżowanie funkcjonowania państwa - jak w przypadku
polskich "malkontentów" rwących sejmy. Szły przede wszystkim na
utrzymywanie, modernizowanie i stopniowe powiększanie armii Wielkiego
Elektora. Tutaj tkwi podstawowa różnica.
O wiele jednak bardziej aniżeli pobieranie pensji od Ludwika XIV na
tworzonej przez oficjalną pruską historiografię legendzie Wielkiego
Elektora, kładł się cieniem fakt, że na mocy wspomnianego traktatu z Saint Germain Fryderyk Wilhelm faktycznie przyzwalał na prowadzoną
wówczas przez władcę Francji politykę tzw. reunionów - a więc
stopniowego przesuwania wschodnich granic Francji na drodze aneksji
kolejnych skrawków terytorium Rzeszy. W ten właśnie sposób została
przyłączona do Francji Alzacja ze Strasburgiem (w 1681 roku), a więc te
same terytoria, których powrót do Niemiec "dzięki Hohenzollernom" w 1871
roku głośno odtrąbiła niemiecka historiografia. Mając jednak w pamięci
sojusz brandenbursko-francuski z 1679 roku, można powiedzieć, że to, co
w 1871 roku cesarz Wilhelm I odzyskiwał dla Niemiec, było tym samym
terytorium, które blisko 200 lat wcześniej jego przodek - za cenę
sojuszu z Francją i pokaźną pensję - bez żadnego protestu akceptował
jako pełnoprawne francuskie nabytki.
Pozostawanie w sojuszu z Francją nie przyniosło jednak Wielkiemu
Elektorowi spodziewanych korzyści. Ujście Odry ze Szczecinem ciągle
pozostawało w szwedzkich rękach. Natomiast od końca 1684 roku zaczął
zarysowywać się w działaniach Fryderyka Wilhelma kolejny zwrot w polityce zagranicznej. Elektor pozostawał wierny niewyartykułowanej
przez siebie, ale praktykowanej maksymie: sojusze się zmieniają,
interesy Brandenburgii - Prus pozostają te same.
Wyraźnym sygnałem gotowości władcy państwa brandenbursko-pruskiego do
zmiany politycznej konstelacji była jego reakcja na odwołanie przez
Ludwika XIV edyktu nantejskiego 18 października 1685 roku (tzw. edykt z Fontainebleu), co oznaczało rewokowanie gwarancji udzielonych francuskim
kalwinistom (hugenotom) przez Henryka IV. Reakcja Fryderyka Wilhelma
była szybka i jednoznaczna. Już 8 listopada 1685 roku Wielki Elektor
wydał tzw. edykt poczdamski, zapewniający azyl i możliwość osiedlenia
się w Brandenburgii i Prusach udającym się na emigrację hugenotom. Ta
decyzja zachęciła do przybycia do państwa Hohenzollerna w ciągu
kilkunastu lat ok. 20 tysięcy refugies. Wielu z nich było
wykwalifikowanymi rzemieślnikami, handlowcami i - co nie bez znaczenia
dla Prus - oficerami o wieloletniej praktyce.
Być może mija się z prawdą twierdzenie o tym, że edykt z Fontainebleu
oznaczał dla Francji upust krwi. Z pewnością jednak prawdziwe jest
twierdzenie, że przyjęcie hugenockich emigrantów było dla
Brandenburgii-Prus cennym zastrzykiem nowych sił. Na początku XVIII
wieku każde z większych pruskich miast posiadało liczną francuską
kolonię. Jedna z największych była w stolicy państwa - Berlinie. To
francuscy emigranci w istotny sposób wpływali na kulturalne oblicze
miasta nad Szprewą w XVIII wieku. Nie tylko zresztą o kulturę tu
chodziło. Nie brak przecież głosów wśród badaczy wewnętrznych przyczyn
wzrostu potęgi monarchii Hohenzollernów, którzy genezę tzw. pruskiego
etosu, identyfikowanego z pracowitością i duchem dyscypliny, wiążą
właśnie z napływem do Brandenburgii i Prus kalwińskich refugies.
Nie tylko ochocze przyjęcie hugenockich uchodźców było zwiastunem
radykalnych zmian w założeniach polityki zagranicznej Wielkiego
Elektora. Od początku 1685 roku coraz wyraźniej rysowywało się zbliżenie
Brandenburgii-Prus z cesarzem - od lat wrogiem numer jeden Ludwika XIV.
Rokowania zakończyły się zawarciem 22 marca 1686 roku tajnego przymierza
obronnego między Fryderykiem Wilhelmem a Leopoldem I. Dodajmy, że tym
samym zmienił się również płatnik pensji dla Hohenzollerna. Habsburg
zobowiązał się wypłacać władcy Brandenburgii-Prus 100 tysięcy guldenów
rocznie na utrzymanie armii. W momencie finalizowania traktatu na
Węgrzech - u boku wojsk Leopolda I - walczył z Turkami ośmiotysięczny
posiłkowy korpus brandenburski pod dowództwem feldmarszałka Hansa von
Schöninga.
Rzecz jasna, z perspektywy późniejszych gloryfikatorów "pruskiej drogi
zjednoczenia Niemiec" na drodze wojen z Habsburgami traktat z 1686 roku
był wydarzeniem o wymowie zgoła ambiwalentnej. Wyzwalał się w nim Wielki
Elektor z "więzów przyjaźni" z Burbonem ( jeszcze w grudniu 1683 roku
Ludwik XIV nazywał Hohenzollerna "swoim najlepszym przyjacielem"),
przechodził jednak na pensję cesarską. Na domiar złego ("złego"
oczywiście z perspektywy "chwały Domu Hohenzollernów) w trakcie rokowań
w 1686 roku Fryderyk Wilhelm zrezygnował z roszczeń do części Śląska.
Nie przeszkodziło to w 1740 roku królowi Fryderykowi II pod pretekstem
dochodzenia tych "słusznych praw" rozpocząć "usprawiedliwioną" - jak
przekonywali pruscy historiografowie - wojnę przeciw Austrii Habsburgów.
Fryderyk Wilhelm przyjmuje w Brandenburgii-Prusach hugenotów
(protestantów) wygnanych z Francji w 1685 roku. Relief Johannesa Boesego
na fasadzie Katedry Francuskiej w Berlinie
Rekompensatą dla Wielkiego Elektora miało być scedowanie na jego rzecz
przez Leopolda I, będącej we władaniu Habsburgów, enklawy
świebodzińskiej. Takie postanowienie znalazło się w oficjalnym tekście
traktatu z 22 marca 1686 roku. Elektor jednak nie wiedział i do swojej
śmierci (w 1688 roku) już się nie dowiedział, że habsburskiej dyplomacji
jeszcze 28 lutego 1686 roku udało się uzyskać od brandenbursko-pruskiego
następcy tronu tajny rewers, w którym przyszły pierwszy król z dynastii
Hohenzollernów zobowiązywał się z chwilą objęcia rządów do oddania
Świebodzina cesarzowi.
Suwerenność w Prusach
Lawirowanie między potęgami XVII-wieczej Europy: Francją, Austrią i Szwecją, nie przyniosło Wielkiemu Elektorowi pomimo odnoszonych
militarnych zwycięstw spodziewanej korzyści w postaci aneksji ujścia
Odry ze Szczecinem. Mało tego, zmieniające się polityczne konfiguracje
przynosiły też straty - z ogólnoniemieckiego punktu widzenia
(przyzwolenie na francuskie "reuniony") i dynastycznego interesu
Hohenzollernów (por. zrzeczenie się w 1686 roku praw do znajdującego się
pod rządami Habsburgów Śląska). Nie przeszkodziły jednak, a nawet
pomogły, w odniesieniu przez Wielkiego Elektora największych sukcesów na
tym odcinku brandenbursko-pruskiej polityki zagranicznej, które okazały
się najistotniejsze dla zabezpieczenia przyszłego rozwoju mocarstwowego
statusu państwa Hohenzollernów, czyli w stosunkach Brandenburgii-Prus z państwem polsko-litewskim.
W stosunkach z Rzecząpospolitą Wielki Elektor potrafił do maksimum
wykorzystać swoje atuty. Były one nie tylko rezultatem jego własnej
siły, ale w dużej mierze funkcją pogłębiającej się wewnętrznej słabości
Rzeczypospolitej i jej trudnego położenia międzynarodowego. By
zobrazować osiągnięcia Fryderyka Wilhelma, dość przypomnieć dwie daty:
1640 i 1688 rok. Gdy elektor obejmował rządy, jego państwo było w większości zrujnowane wojną trzydziestoletnią, skarb świecił pustkami,
armia praktycznie nie istniała. Fryderyk Wilhelm był lennikiem króla
polskiego z pruskiego księstwa. W 1640 roku natomiast Rzeczpospolita
przeżywała "srebrny wiek". Nie niepokojona wewnętrznymi rozruchami (w 1638 roku stłumiono ostatnie - przed ruchem Chmielnickiego - powstanie
kozackie) ani zewnętrznymi wojnami, osiągnęła największy rozwój
terytorialny (od pokoju z Moskwą w Polanowie w 1634 roku). W 1688 roku
Wielki Elektor zostawiał scentralizowane - pozbawione wewnętrznej
opozycji państwo, pełny skarb, stałą - ponad 30-tysięczną armię i przede
wszystkim suwerenność Hohenzollernów w księstwie pruskim. W tym samym
czasie Rzeczpospolita od blisko 40 lat trapiona była plagą liberum
veto, co uzależniało przeprowadzenie najważniejszych spraw skarbowych i wojskowych od sejmu, który łatwo mógł być zerwany przez posła opłaconego
przez obce mocarstwo (także przez elektora). Państwo polsko-litewskie z podmiotu stawało się coraz bardziej przedmiotem w polityce europejskiej.
Jak wspomnieliśmy, nie wszystkie polityczne osiągnięcia Wielkiego
Elektora wobec państwa polsko-litewskiego były rezultatem li tylko jego
dalekosiężnych koncepcji. Fryderyk Wilhelm był mistrzem wykorzystania do
maksimum nadarzających się sposobności poprawy swojego politycznego
statusu, okazji, by nie tylko zrzucić polską zwierzchność nad księstwem
pruskim, ale zyskać przewagę nad Rzeczpospolitą. Pierwsza i najistotniejsza okazja nadarzyła się w 1655 roku, z chwilą rozpoczęcia
się "potopu" szwedzkiego.
W 1669 roku wielki niemiecki filozof i matematyk Leibniz tak streścił
polityczne credo Wielkiego Elektora: "Przyłączam się do tego, kto mi
więcej daje"10. Jak ulał maksyma ta pasuje do zachowania Fryderyka
Wilhelma podczas kryzysu wywołanego szwedzkim najazdem na Rzeczpospolitą
w 1655 roku. W latach "potopu" władca Brandenburgii-Prus lawirował,
zmieniał sojusze. Potrafił wysoko licytować. Przy czym nie zważał na
takie "drobiazgi" jak zobowiązanie do niesienia pomocy zbrojnej
napadniętemu przez agresora swojemu suwerenowi (czyli Koronie Polskiej).
Jak pisał w marcu 1655 roku Georg Friedrich von Waldeck, członek
brandenburskiej Tajnej Rady - wąskiego gremium najbliższych doradców
Wielkiego Elektora: "Jest niedopuszczalne, aby elektor, pan tak wielu
krajów, w Prusach zależny był nadal od króla, który uzyskał koronę z łaski senatorów, drogą przekupstwa i nie miał w swym państwie nic do
powiedzenia"11. Taka opinia z pewnością mile łechtała ucho
władcy systematycznie dążącego do uniezależnia się nie tylko od
Rzeczypospolitej, ale od własnych reprezentacji stanowych (zwłaszcza w księstwie pruskim). Jednak w pierwszej fazie konfliktu
polsko-szwedzkiego Fryderyk Wilhelm postanowił czekać na obrót wydarzeń.
Nie przeszkodziło to jednak w nawiązaniu w lipcu 1655 roku tajnych
rokowań ze Szwedami w Szczecinie, których przedmiotem była cena, za jaką
Wielki Elektor byłby w stanie połączyć swoje siły z Karolem Gustawem
maszerującym na Polskę. Na wszelki wypadek Fryderyk Wilhelm licytował
wysoko. Domagając się za sojusz ze Szwecją suwerenności w księstwie
pruskim, chciał jednocześnie zgody Sztokholmu na przyłączenie do państwa
Hohenzollernów Warmii, na uzyskanie przez elektora bezpośredniego
terytorialnego połączenia księstwa pruskiego z Brandenburgią przez
polskie Pomorze, a nawet części Litwy.
Oszałamiające sukcesy armii szwedzkiej albo inaczej: ogromna słabość
(także moralna) Rzeczypospolitej ukazana w dramatyczny sposób latem 1655
roku, gdy Szwedzi niemal bez wystrzału opanowali Wielkopolskę i Litwę,
osłabiły pozycję negocjacyjną elektora. Będący u szczytu swoich
militarnych sukcesów Karol Gustaw nie tylko nie miał ochoty spełniać
daleko idących żądań Fryderyka Wilhelma, ale wprowadzając na przełomie
listopada i grudnia 1655 roku swoje wojska do polskich Prus Królewskich
(Pomorze Gdańskie) i Warmii, stworzył także dla księstwa pruskiego
zagrożenie wojskową okupacją.
Pamięć Fryderyk Wilhelm miał dobrą i wiedział ze swoich młodzieńczych
doświadczeń, co oznacza krótszy lub dłuższy pobyt wojsk szwedzkich w brandenburskich posiadłościach. Zawarty przez Wielkiego Elektora w styczniu 1656 roku w Królewcu traktat ze Szwecją oznaczał jawne
wypowiedzenie przez Hohenzollerna zależności lennej od Rzeczypospolitej,
której los wydawał się wówczas przesądzony. Na wschodzie stała Moskwa,
od południa byli Kozacy, a reszta terytorium była opanowana przez
Szwedów lub rodzimych zdrajców (Radziwiłłowie).
W Królewcu Fryderyk Wilhelm nie uzyskał jednak suwerenności w księstwie
pruskim. Zamienił tylko suwerena, któremu miał składać hołd. Od stycznia
1656 roku w tej roli miał "po wieczne czasy" występować król Szwecji.
Sytuacja była jednak dynamiczna. Rzeczpospolita jeszcze nie zginęła.
Począwszy od wiosny 1656 roku karta wojenna odwróciła się. Szwedzi
zaczęli ponosić porażki w Polsce (Warka), a dodatkowo musieli stawić
czoło drugiemu frontowi, otwartemu w tym samym czasie na terenie
Inflant, Karelii oraz Ingrii przez Moskwę.
W czasie szwedzkiego najazdu na Rzeczpospolitą (tzw. potopu) wojska
brandenburskie początkowo wspierały armię Karola X Gustawa. Wzięły
udział m.in. w trzydniowej bitwie pod Warszawą 28-30 lipca 1656 roku,
którą przedstawia rycina wykonana według rysunku Erika Dahlberga
Taki obrót wydarzeń zdecydowanie poprawiał pozycję negocjacyjną
Hohenzollerna, tym bardziej że miał on argument, który dla słabnącej
Szwecji był coraz ważniejszy - stacjonującą w księstwie pruskim armię w sile ponad 20 tysięcy żołnierzy. W tej sytuacji Szwedzi zgadzali się
niemal na wszystko, tym bardziej że za zbliżenie brandenbursko-szwedzkie
miała zapłacić swoimi ziemiami Polska.
W czerwcu 1656 roku Fryderyk Wilhelm wynegocjował z Karolem Gustawem w Malborku nowy układ. Szwecja zachowywała zwierzchność nad księstwem
pruskim, ale posiadłości brandenburskie miały zostać poszerzone o Wielkopolskę z Sieradzem, Łęczycą i Wieluniem. Krótko po układzie
malborskim Wielki Elektor wystąpił zbrojnie przeciw swojemu dawnemu,
polskiemu suwerenowi. Wojska brandenburskie walnie przyczyniły się do
zwycięstwa wojsk Karola Gustawa w trzydniowej bitwie z wojskami
Rzeczypospolitej pod Warszawą (28-30 lipca 1656 roku).
Po raz pierwszy od niemal półtora wieku (od wojny z Albrechtem
Hohenzollernem) wojska jednego z państw niemieckich zajęły terytorium
państwa polskiego. Po raz pierwszy w ogóle uczynił to dotychczasowy
lennik Korony, władca księstwa pruskiego z dynastii Hohenzollernów.
Fryderyk Wilhelm miał poczucie swojej siły, równocześnie jednak był
uważnym obserwatorem zmieniającej się sytuacji militarnej i politycznej
w najbliższym sąsiedztwie jego posiadłości. Nie tracił przy tym z oczu
swojego najważniejszego celu politycznego, który chciał osiągnąć:
uzyskania suwerenności w księstwie pruskim.
Od połowy 1656 roku dążył do tego całkiem otwarcie. Szwecja była coraz
słabsza. Zwycięstwo pod Warszawą było dla Karola Gustawa pyrrusową
wiktorią. Nie był już w stanie nawiązać do wielkich sukcesów roku 1655.
W tej sytuacji walor, jakim był sojusz z Brandenburgią-Prusami okazał
się dla Sztokholmu bezcenny. Doskonale to rozumiał również Wielki
Elektor i stosownie do tego prowadził negocjacje z królem Szwecji. Ich
owocem był traktat podpisany 20 listopada 1656 roku przez Fryderyka
Wilhelma z Karolem Gustawem w Labiawie. Na jego mocy władca Szwecji
uznawał pełną suwerenność elektora w księstwie pruskim (a także już
wcześniej obiecane nabytki terytorialne w postaci Wielkopolski).
Nieco później - 6 grudnia 1656 roku - w siedmiogrodzkim Radnot został
zawarty pierwszy traktat rozbiorowy, dzielący ziemie Rzeczypospolitej.
Wśród beneficjentów podziału znalazł się również Fryderyk Wilhelm,
któremu miała przypaść Wielkopolska oraz Warmia. Traktat w Radnot
pozostał na papierze. Rzeczpospolita - viribus unitis przy boskich
auxiliach (jak mawiał pan Zagłoba) - potrafiła się jednak otrząsnąć.
Militarne zwycięstwa nad Szwedami, Siedmiogrodem, a potem nad Moskwą
przekreśliły rachuby potencjalnych rozbiorców. Do gry włączyła się
dodatkowo dyplomacja cesarska (habsburska), w której interesie nie
leżało wzmacnianie obozu państw protestanckich (Szwecji, Brandenburgii i Siedmiogrodu).
Traktat pokojowy zawarty w Oliwie w 1660 roku kończył wojnę
polsko-szwedzką. Pięć lat zmagań zakończyło się dla obu państw
terytorialnym status quo. Dodatkowo Jan Kazimierz zrzekł się tytułu
króla Szwedów, Gotów i Wandalów. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci
korzysta. "Potop" doskonale ilustruje tę życiową i polityczną prawdę.
Nie zyskała ani Szwecja, ani Polska. Prawdziwym zwycięzcą okazał się
natomiast Fryderyk Wilhelm Hohenzollern. To on uzyskał najwięcej,
zrealizował swój najważniejszy cel polityczny o dalekosiężnych
konsekwencjach nie tylko dla państwa Hohenzollernów - pełną suwerenność
w księstwie pruskim.
W listopadzie 1656 roku obiecali mu ją słabnący już Szwedzi. Gdy w Labiawie elektor negocjował ze Szwedami, księstwo pruskie od miesiąca
było pustoszone przez zagony tatarskich sprzymierzeńców wojsk
Rzeczypospolitej. Mało tego, 8 października 1656 roku pod Prostkami
wojska szwedzkie i brandenburskie poniosły klęskę w starciu z armią
polską (a raczej polsko-tatarską), dowodzoną przez hetmana Wincentego
Gosiewskiego. Dodajmy do tego jeszcze zawarcie 3 listopada 1656 roku w Niemieży rozejmu polsko-moskiewskiego, który nie tylko przewidywał
wstrzymanie walki, ale również wspólne wystąpienie Rzeczypospolitej i Moskwy przeciw Szwecji.
Miarą sukcesu polityki elektora było to, że w tej coraz bardziej dla
niego niekorzystnej sytuacji udało mu się zrealizować swój główny cel
polityczny. Z pewnością zasadnicze znaczenie miało również wyczerpanie
Rzeczypospolitej, która na początku 1657 roku musiała stawić czoło
kolejnemu agresorowi, a jednocześnie nowemu sprzymierzeńcowi Szwecji i Brandenburgii - wojskom siedmiogrodzkim. Dodatkowo elektor aż do
sierpnia 1657 roku utrzymywał swoje wojskowe załogi w miastach
wielkopolskich.
To był dodatkowy argument w rękach dyplomacji elektorskiej, która już w czerwcu 1657 roku podjęła tajne rokowania ze stroną polską. Traktat
podpisany 19 września 1657 roku w Welawie, a ratyfikowany w listopadzie
tego samego roku w Bydgoszczy, zawarty między wysłannikami elektora i króla Jana Kazimierza przewidywał uznanie przez Rzeczpospolitą
suwerenności linii elektorskiej (brandenburskiej) Hohenzollernów w księstwie pruskim, która odtąd otrzymywała nad Pregołą iure supremi
domini cum summa atque absoluta potestate. W razie wygaśnięcia dynastii
Hohenzollernów lenno miało wrócić do Rzeczypospolitej. Dlatego też przy
każdorazowej zmianie władzy w Królewcu komisarze Rzeczypospolitej mieli
prawo odebrać od stanów pruskich "hołd ewentualny" (homagium
eventuale) na wypadek zaistnienia takiej właśnie sytuacji.
Welawa była ponadto kolejnym stopniem na drodze budowy przez elektora w księstwie pruskim niezależnego nie tylko od Korony Polskiej, ale i od
miejscowych reprezentacji stanowych państwa. Zawarty traktat przewidywał
bowiem nie tylko zrzucenie przez elektora zależności lennej od Polski,
ale w związku z tym utracenie przez stany pruskie możliwości apelacji do
króla polskiego w sprawach spornych z księciem pruskim. Fryderyk Wilhelm
potwierdzał co prawda dotychczasowe prawa stanów, ale z ważnym
zastrzeżeniem - o ile są one zgodne ze świeżo uzyskaną przez niego
suwerennością w księstwie pruskim. Rzecz jasna tym, kto miał
rozstrzygać, czy dane prawo jest (lub nie) w zgodzie z supremum
dominium księcia-elektora był on sam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. J. Donoso Cortes, Lettres politiques sur la situation de la Prusse en 1849, w: tenże, Oeuvres, t. 2, Paris 1862, s. 82. W innym miejscu autor stwierdzał: "Historia tej rodziny [Hohenzollernów] od Wielkiego Elektora po obecnie panującego Fryderyka Wilhel-ma IV jest najbardziej cudowna ze wszystkich historii". Tamże, s. 65. [wróć]
2. W. Neugebauer, Die Hohenzollern, Bd. 1, Anfänge, Landesstaat und monarchische Autokratie bis 1740, Stuttgart-Berlin-Köln 1996, s. 126. [wróć]
3. Tenże, Das historische Argument zum 1701. Politik und Geschichtspolitik, w: Zweihundert Jahre Preussischer Königskrönung. Eine Tagungsdokumentation, hrsg. J. Kunisch, Berlin 2002, s. 27-48. [wróć]
4. O. Hintze, Die Hohenzollern und ihr Werk. Fünfhundert Jahre vaterländischer Geschichte, Berlin 1915, s. 18-30. [wróć]
5. W. Neugebauer, Die Hohenzollern, Bd. 1, s. 56. [wróć]
6. O szwabskiej linii Hohenzollernów zob. W. Neugebauer, Die Hohenzollern, Bd. 1, s. 120-124. Tenże, Die Hohenzollern, Bd. 2, Dynastie im säkularen Wandel. Von 1740 bis in das 20. Jahrhundert, Stuttgart 2003, s. 93-95, 137-142. [wróć]
7. O linii frankońskiej Hohenzollernów zob. W. Neugebauer, Die Hohenzollern, Bd. 1, s. 124-126. Tenże, Die Hohenzollern, Bd. 2, s. 84-93. [wróć]
8. Cyt. za: W. Neugebauer, Die Hohenzollern, Bd. 2, s. 91. [wróć]
9. D. McKay, The Great Elector, Harlow 2001, s. 51. [wróć]
10. D. McKay, dz. cyt., s. 105. [wróć]
11. A. Kamieński, Stany Prus Książęcych wobec rządów brandenburskich w drugiej połowie XVII wieku, Olsztyn 1995, s. 57. [wróć]