Rozdział 1
Pamięć
Nie można wymazać z pamięci wszystkiego, co sprawia ból.
Cassandra Clare, Miasto szkła
Szczęśliwemu Krisowi doskwierał smutek. Czuł, że ostatnio zaniedbał synka, coraz częściej przesiadując do nocy w gabinecie. Niby już dawno powinien odpuścić i jak większość ocalałych cieszyć się spokojnym życiem, ale nie potrafił spocząć na laurach.
Wyłączył komputer i pozasuwał szuflady biurka, upewniając się, że panuje w nich bezwzględny porządek. Jeszcze jedna sprawa do załatwienia...
- Nie ma co tego odwlekać... - jęknął, sięgając po telefon. - Zachciało się być ojcem...
Sygnał wybrzmiewał za sygnałem, a Kris je liczył, byle tylko nie stchórzyć i się nie rozłączyć. Wreszcie usłyszał głos:
- Sorki, zabiegany jestem, brachu. Domek na drzewie kazała mi zbudować. Wszystko gra? Potrzebujesz mnie do czegoś? - Pytanie padło z nadzieją w głosie na negatywną odpowiedź.
- Spokój i cisza - mruknął Krzysiek. - A jak twoi mnisi?
- Bez zmian. Z chęcią wróciłbym do...
- Nie rozmawiajmy o Annwn, Liamie - uciął prezydent. - Jeszcze coś wykraczemy.
- Ona jest tam ciągle...? - Bohater miał na myśli Boand. - Mam dziwne przeczucie, że coś się tam złego stało. Wtranżol może potrzebować pomocy. Pogadałbyś z Arduinną. Może znajdzie jakiś sposób... Brachu, ja tu głupawy dostaję z nudów.
Kris rozejrzał się po swoim biurku, gdzie każdy przedmiot leżał lub stał na właściwym dla siebie miejscu, gdzie wszystko, co papierowe, zostało zaakceptowane i podpisane lub odrzucone.
- Nie otworzymy Zaświatów - zadecydował po raz enty. - Nie po to wybrano mnie na drugą kadencję. Przecież mamy dzieci - dorzucił, żeby zahaczyć wreszcie o temat, z którym dzwonił.
- Jak tam Pawełek? Nie złości się już na Balorka? - Liam takie imię nadał swojemu synkowi, czym zapunktował u Aífe.
Krzysiek przełknął ślinę i przemówił po kilku sekundach ciszy:
- Pawełek nie chce się więcej z Balorkiem bawić. Mówił, że ten się nie zna na żartach.
Tym razem niezręczna cisza zapadła na nieco dłużej.
- Nie wygłupiaj się! - prychnął Liam. - Raz się pobili i...
- Balor rozkwasił Pawłowi nos, chłopie. Oni mają po kilka lat! Powinni się przepychać, a nie walczyć na pięści! Jak wy go wychowujecie, człowieku?! - Nerwy go jednak poniosły, za co nie zamierzał przepraszać. - Wyhodujesz kryminalistę i wtedy nikt nie pomoże! - Przesadził, więc zamilkł.
Liam odsunął słuchawkę od ucha i rozejrzał się po wnętrzu Town Hall Theatre, gdzie od lat urządzał gale walk, coraz mniej popularne wśród mieszkańców Galway, którym przejadła się przemoc.
- Porozmawiam z małym - wrócił jednak do rozmowy. - Tylko obiecaj mi jedno. Następnym razem, zanim zaczniesz podnosić głos - ciągnął spokojnie, chociaż czuł, że cały w środku buzuje - to pogadaj sobie równie od serca z Pawełkiem. Spójrz mu w oczy, kiedy będzie opowiadał, co tak naprawdę zaszło. Przydałoby się również zamienić słowo z jego wojowniczą mamą.
- Co masz na myśli? - Krzysiek zgłupiał, ale nie otrzymał odpowiedzi; Liam się rozłączył, by zakończyć dzień pracy i nieco wcześniej odebrać chłopaka z przedszkola.
Do Agnieszki nie zamierzał dzwonić. Domyślał się, że jak zwykle ma pełne ręce roboty, jakieś kolejne z ustaw do przygotowania albo zorganizowanie kampanii na rzecz dobra olbrzymów. Wszystko niezmiernie ważne, w odróżnieniu od tych jego bzdur dla przesiąkniętych testosteronem ptasich móżdżków.
- Musieli zamykać te Zaświaty? - zamarudził pod nosem na działania Arduinny, z którą nikt już prawie się nie widywał; sporadycznie odwiedzała jedynie Kubę lub prezydenta. - Pojechałbym tam sobie na dłuższe wakacje.
Wsiadł do swojego jeepa i ruszył po synka. W drodze usłyszał dzwonek telefonu. Sprawdził. Był to David, ale Liam nie odebrał. Póki co dosyć miał przyjaciół, którzy wydzwaniali jedynie z pretensjami.
David schował telefon do kieszeni z zawiedzioną miną. Liam zawsze chętnie z nim rozmawiał.
Odwrócił się do grupki kapłanów, rozkładając ręce.
- Numer zajęty - skłamał. - Spróbujemy za chwilę. Od dawna czekał na dobre wieści. Ucieszy się.
- Sami z nim porozmawiamy - odezwał się najstarszy z mężczyzn. - Znajdziemy go - zapewnił, po czym przemienił się w sokoła i wyleciał oknem placówki dla mnichów z demencją. Bracia podążyli jego śladem.
- Wróciła im pamięć! - Chłopak wklepał w jeden z komunikatorów i wysłał przyjacielowi. - Lecą do ciebie.
* * *
Czternastowieczne Kilkenny działało na Magistra depresyjnie. Wiedza, którą posiadał, pozwoliła mu na zrobienie zawrotnej kariery w przemyśle oraz błyskawiczny awans społeczny. Zdobył majątek godny króla i to w zaledwie kilka lat. Doradzał prominentom, rozwijał nauki medyczne, otwierał laboratoria oraz kilkanaście różnych biznesów, rozrastających się na Wyspy Brytyjskie. Zatrudniał młodych, chętnie dzieląc się z nimi wiedzą. Stał się orędownikiem dobrodziejstw mydła i wody, otwierał łaźnie miejskie z tanim dostępem do pokoi kąpielowych dla każdego mieszczanina oraz z bonem na dwie darmowe kąpiele tygodniowo dla ubogich. Otworzył za miastem osobny łaziebnik dla prostytutek, włóczęgów oraz trędowatych.
Zatrudniał ludzi do produkcji kosmetyków, papieru toaletowego (od razu wysokiej jakości, bez drzazg!), szczoteczek do zębów, do wyrobu balii, do sprzedaży witaminy C, którą produkował poprzez syntezę Reichsteina z udziałem jednoetapowej fermentacji realizowanej przez drożdże. Wprowadzał bony i płatności w usługach. Otwierał lombardy, udzielał kredytów, inwestował w naukę i sztukę. Wprowadzał ideę śniadań jako najważniejszego posiłku dnia, skoro w tamtych czasach jadano jedynie obiady i kolacje. I tęsknił za ziemniakami.
Najwięcej zarobił jednak na produkcji prostych drewnianych wózków, hulajnóg oraz deskorolek.
Alice spoglądała na niego z coraz większym szacunkiem, tym bardziej, że nie tylko wziął z Petronellą ślub (odgrywał rolę dalekiego kuzyna Alice, uczonego z Burgundii, a kobieta załatwiła mu wszelkie dokumenty) czy dzielił się majątkiem, ale wspierał rozkwitające między kobietami uczucie. Ofiarował im też pelerynę Oengusa, przy czym ostrzegł, by użyły jej jedynie w najwyższej potrzebie; w przypadku zagrożenia życia. Wytłumaczył, że pod peleryną staną się niewidzialne dla ludzi, ale wystawią się na pokaz Najczystszemu Złu. Ten zajrzy w ich serca i jeśli zabraknie w nich dobroci...
- Nie strasz. - Alice bawiła się doskonale, kiedy przemawiał tak poważnym tonem. - Najczystsze Zło?! Ty tak na poważnie?! Trzeba mieć ego, żeby tak siebie nazywać.
- Właśnie ego takim jak on nie brakuje... - Akurat tego Magister był pewien.
- Dobrze, sięgniemy po nią jedynie w razie konieczności. A to Najczystsze Zło mogłoby mieć jakieś normalne imię. Brzmiałoby mniej dramatycznie czy raczej komicznie. Poza tym nigdzie się chyba nie wybierasz? - spytała, na co nieszczerze pokręcił głową.
Ślubu z Petronellą udzielił im Richard de Ledrede, który dzięki wsparciu Jarka został biskupem o kilka lat wcześniej, niż zakładała to historia sąsiedniego świata. Młody kapłan wychwalał Magistra pod niebiosa, a o wszelkich wątpliwościach względem Alice błyskawicznie zapomniał, skupiony od teraz jedynie na sobie. Kobieta przecież wspierała Kościół nie tylko finansowo, ale i swoją godna naśladowania postawą, służąc pomocą biednym i schorowanym z całego hrabstwa. Wszelkie próby uwiedzenia jej podejmowane przez żonatych mężczyzn zgłaszała biskupowi, wkrótce więc wszyscy niedoszli i potencjalni kochankowie zaczęli trzymać się od niej z daleka.
O Kilkenny było coraz głośniej w Europie, więc Ledrede coraz śmielej myślał o papieskim stołku.
Jarek dawał niedoszłej Greine wiele do myślenia, bo jak tu nienawidzić mężczyzn, skoro wśród nich trafił się taki człowiek jak on. Magister intrygował, rozśmieszał i szanował kobiety, przy czym nigdy nie wywyższył się ponad Petronellę czy samą Alice Kyteler. Nigdy nie próbował żadnej z nich wykorzystać, trzymał ręce przy sobie. Wzrok odwracał od ich ujawnionych czasem nagości.
Przekazywał przyjaciółkom wiedzę z zakresu chemii, ale starał się skupiać na produktach, dzięki którym pomogą ludności, a nie na truciznach, o których sporo już wiedziały. Opowiadał im o nadciągającej z Chin "czarnej śmierci", o dżumie, z którą przyjdzie się niedługo Europie zmierzyć. Alice wykorzystała zatem swoje umiejętności, by produkować trutkę na szczury, które miały przenosić szczegółowo opisaną chorobę. Zamówień przybywało, jak i nowych mieszkańców w hrabstwie. Ludzie ściągali w te okolice z całej Irlandii, skoro można było znaleźć tu zatrudnienie, pracować w godnych pozazdroszczenia warunkach (Magister upierał się, wbrew ciągotom Alice, by respektować prawo pracy znane z jego czasów).
Coraz częściej wspominał jednak o powrocie do starych znajomych, co martwiło kobietę, przywykłą do nowego statusu społecznego, do luksusów i udogodnień, jakie im serwował. Zbyt dobrze znała życie, by łudzić się, że po odejściu Jarka nikt nigdy nie nazwie jej wiedźmą ani że chowający urazę mężczyźni nie rozprawią się z ich bezbożną miłością. Biskupowi oczywiście nie zamierzała ufać.
Potrzebowała Magistra do szczęścia.
Nieszczęśliwej Greine nie potrzebował nikt, może poza Najczystszym Złem, które teraz jednak nawet nie sięgało w ich stronę myślami.