Hiszpański sekret - Dani Collins

-
Proszę czekać

PROLOG

Rico Montero dotarł do nadmorskiej willi swego brata w ciągu siedemdziesięciu trzech minut, choć pokonanie drogi z Walencji do tej nadmorskiej posiadłości wymagało dwu godzin jazdy. Czuł się uwięziony w swym podniebnym apartamencie, łaknął powietrza. W ponurym nastroju wyprowadził z garażu GTA Spano i bez celu ruszył przed siebie, rozwijając prędkość do chwili, gdy zatrzymała go policja.

Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje, i wyjaśnił, że jedzie do brata, przy okazji wykorzystując nazwisko swej rodziny. I choć wybieg ten uchronił go przed utratą prawa jazdy, to nie przed wysokim mandatem.

Ponieważ był bliski celu, postanowił nie wydłużać listy swych grzechów o kolejne wykroczenie, i wolno przejechał przez winnicę, kierując się w stronę nowoczesnego domu stojącego na zboczu.

Wmawiał sobie, że nie tęskni do winnicy, którą z dumą uprawiał przez niemal dziesięciolecie, długo jeszcze, zanim jego brat zainteresował się uprawą winogron i produkcją win. Jego fascynacja tym zajęciem zgasła jednocześnie z chęcią i radością życia. Sprzedając swą posiadłość, pragnął się odciąć od czasu, którego nie chciał wspominać.

"To już osiemnaście miesięcy - nadmieniła jego matka podczas wczorajszego lunchu. - Czas spojrzeć w przyszłość".

Kiedy powiedziała coś podobnego przed trzema miesiącami, nie zareagował. Tym razem się żachnął: "Oczywiście. Kogo masz na myśli?".

Wychodził od niej, myśląc: No proszę, szukaj! Znajdź mi kolejną wyrachowaną, niewierną narzeczoną. Nie powiedział tego jednak na głos. Ten sekret miał zachować do grobu.

Ale właściwie dlaczego?

Zaklął i gwałtownie się zatrzymał. Wyskoczył z wozu mgliście świadom, że jego ponury nastrój nie uległ najmniejszej poprawie.

- Rico! - Sorcha, jego bratowa, otworzyła drzwi, zanim zdążył pokonać szeroki ciąg schodów. Jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech.

- Mateo, spójrz! Tío Rico do nas przyjechał! - zwróciła się do płaczącego malca, którego trzymała na rękach. - To naprawdę miła niespodzianka, prawda?

Nie była dzisiaj tą nieskazitelnie elegancką pięknością, którą zazwyczaj widział obok Cesara, ale serdeczną gospodynią. Miała wprawdzie na sobie markowe dżinsy i top, ale na jej twarzy nie dostrzegł makijażu, a blond włosy ściągnęła w prosty koński ogon. Patrzyła na swego płaczącego syna z czułością i współczuciem, bynajmniej niezirytowana jego napadem złości.

Tymczasem zrozpaczony Mateo wyciągał rączkę, wskazując na tył domu.

- Ve, Papi!

- Powinien teraz spać - Sorcha gestem zaprosiła Rica do środka - ale wie, że ktoś poszedł z kimś do win-ni-cy.

- Mówisz już po hiszpańsku i nadal sylabizujesz? - spytał z rozbawieniem.

- On tak szybko wszystko łapie. Och! - Mateo niemal wyrwał się z jej ramion, obracając się do Rica, który bez trudu go złapał. - Przepraszam - wyjąkała zakłopotana.

Jeśli Rico lekko się skrzywił, to na widok wyrazu jej oczu, pełnych litości i żalu z powodu czegoś, co uznała za zbyt bolesne, by o to pytać.

Jakże się myliła. Dla dobra swych byłych teściów zachowywał pozory, a to, co sądziła na temat jego małżeństwa, nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Nie czuł bólu i żalu do losu, lecz jedynie gniew i pogardę dla samego siebie. I nie umiał sobie wybaczyć, że okazał się głupcem.

Mateo w końcu ucichł z buzią mokrą od łez.

- Ve, Papi? - spróbował jeszcze raz.

- Pogadamy o tym - odpowiedział mu Rico, zerkając na Sorchę. - Chyba powinnaś się przebrać - zasugerował, nie mogąc dłużej znieść jej spojrzenia.

- Dlaczego? Och... - Dostrzegła plamę na ramieniu tam, gdzie Mateo ocierał łzy. - Pozwolisz? - spytała niepewnie, wskazując na malca.

- Na miłość boską, Sorcha - mruknął, zaciskając zęby, ale natychmiast pożałował swego odruchu. Ukryty głęboko sekret zżerał go jak rak, ale nie powinien prowokować do takich zachowań. Zwłaszcza wobec najmilszej osoby w całej jego rodzinie.

- Przepraszam, że tak to zabrzmiało. - Opanował się, biorąc bratanka na ręce. - Poradzimy sobie.

- Nie szkodzi, Rico - ścisnęła mu dłoń. - Wszystko rozumiem.

Nie, nie rozumiała. Ale na szczęście odeszła, zostawiając go z Mateo, który nie chciał dać za wygraną. Kolejny raz zaczął się wyrywać w stronę Cesara, który zabrał jego starszego brata, Enrique'a, i wybrał się pogadać z winiarzami, popieścić ich koty i w ogóle miło spędzić czas.

W końcu jednak oczy malca zaczęły się zamykać, a buzia poczerwieniała ze zmęczenia.

- Wiem, co czujesz - odezwał się do chłopca. - Lepiej, niż mógłbyś przypuszczać.

Podobnie jak Mateo, on również był młodszym bratem przyszłego duque'a. I również żył w cieniu pierworodnego dziedzica, zobowiązany dbać o honor nazwiska, by nie splamić tytułu, którego nigdy nie miał otrzymać. No i oczywiście istniała również rywalizacja ze starszym bratem, całkowicie naturalna, choć członkowie rodu Montero nie powinni zniżać się do zazdrości.

Wszedł po imponujących schodach do sypialni przekształconej teraz w pokój zabaw dla chłopców, próbując nie myśleć o życiowych sukcesach Cesara - dwójce jego bystrych i zdrowych synów, imponującym domu i pięknej, kochającej żonie.

- Trzeba umieć godzić się z rzeczywistością - pouczał Matea, wchodząc do pokoju. - Tego mnie nauczył twój ojciec. - Było to jedno z jego najstarszych wspomnień.

"Płacz, ile chcesz. Nikogo to nie obchodzi" - uświadomił mu Cesar doświadczonym tonem po tym, jak Ricowi odmówiono czegoś, czego gorąco pragnął. Cesar odwoływał się do jego rozsądku zapewne i dlatego, że nudził się pozbawiony towarzystwa brata, którego za karę skazano na odosobnienie.

Rozsądek był wartością cenioną w ich rodzinie znacznie bardziej niż uczucia. Dlatego Rico teraz milczał, gdyż wyjawiając prawdę, wprowadziłby w jej życie niszczący chaos.

"I to cię nie złości, że nawet nie chcą słuchać?" - spytał tamtego odległego dnia.

"Owszem. - Cesar był bardzo dojrzały jak na sześcio- czy siedmiolatka. - Ale złość niczego nie zmieni. Lepiej się z tym pogódź i pomyśl o czym innym".

Te słowa na zawsze zapadły mu w pamięć. Niemniej zdolny był do współczucia.

- Zawsze cię wysłucham, jeśli zechcesz mi się z czegoś zwierzyć - zapewnił teraz bratanka, osuwając się z nim na fotel. - Ale czasem jesteśmy bezradni. Takie są twarde fakty, młody człowieku.

Mateo już tylko cicho pochlipywał, a po chwili postanowił sprawdzić zawartość jego przedniej kieszeni.

- Może byśmy coś poczytali? - Rico sięgnął po jedną z książeczek leżących w zasięgu ręki. Zawierała obrazki pociągów, psów i zabawek z podpisami w języku angielskim i hiszpańskim.

Przewracając strony, celowo zniżał głos i czytał coraz bardziej monotonnym tonem. Oparta o jego pierś głowa chłopca stawała się coraz cięższa.

- Dziękuję - szepnęła Sorcha, która wsunęła się do pokoju.

Skinął i przeniósł śpiącego malca do jego łóżeczka. Po chwili weszła niania z monitorem.

Gdy wyszli, ruszył po schodach za Sorchą, mówiąc:

- Idę poszukać Cesara. Jeśli Mateo się zbudzi, nie mów, że go zdradziłem.

- Chciałam cię zaprosić na kolację pod koniec tygodnia. Muszę z tobą o czymś porozmawiać. Może jednak wejdźmy do gabinetu Cesara? - Wyraźnie zatroskana uniosła brew.

Rico stłumił westchnienie, z trudem panując nad irytacją.

- Jeśli to dotyczy ponownego małżeństwa, to matka już mi przekazała twoją opinię.

"Twoja bratowa uważa, że to przedwczesne" - oznajmiła wczoraj, nawet go nie pytając, w jakim jest stanie. Mógł to potwierdzić lub ulec presji matki, która nalegała, by znalazł sobie nową żonę.

- Nie, chodzi o co innego. - Sorcha zamknęła drzwi i gestem wskazała mu sofę. - Możliwe zresztą, że mam zbyt bujną wyobraźnię. Dlatego nie powiedziałam o tym nawet Cesarowi.

Napełniła dwie szklanki irlandzką whiskey, którą nauczyła pić Cesara, i podeszła z jedną do Rica.

- Czyżby? - wymamrotał, zastanawiając się, o co jej może chodzić.

- Proszę, nie miej mi za złe, że się wtrącam, ale naprawdę życzę wam wszystkim jak najlepiej. - Usiadła, pochylając się wprzód i splatając dłonie. - Bo choć może nie jesteście przykładem idealnej rodziny, jesteście moją rodziną. Nie mogę milczeć, jeśli widzę, że ktoś z was potrzebuje... - Zacisnęła usta.

- Sorcha... - przybrał wyrozumiały ton. - Nic mi nie jest. - I uprzedzając kolejne współczujące spojrzenie, dodał: - Rozumiem, czemu w to wątpisz. Ale szczerze cię proszę, żebyś przestała się mną przejmować.

- To niemożliwe - odparła stanowczo, co mogłoby go wzruszyć, gdyby nie było tak irytująco wścibskie. - Ale tym razem nie tylko o to mi chodzi. - Sącząc drinka, zmierzyła go długim spojrzeniem, po czym westchnęła. - Czuję się jak hipokrytka.

Uniósł brwi.

- Dlaczego? Co się stało?

Zmarszczyła czoło, odstawiła szklankę i podniosła swój telefon. Chwilę patrzyła na ekran.

- Elsa, nasza niania, pokazała mi wiadomość, którą ktoś jej wysłał.

- Coś kompromitującego? - Sorcha podzieliłaby się tym z Cesarem, chyba że... Do diabła, czyżby coś wyciekło z raportu koronera? - Chodzi o Faustinę?

- Nie! To jej zupełnie nie dotyczy. - Potarła dłonią czoło. - Gdy twoja matka zaprasza nas do siebie, zawsze zabieramy Elsę. Zna wasze pokojówki i kontaktuje się z nimi w sieci.

Na słowo "pokojówki" doznał mglistego przeczucia. Chciał już sięgnąć po drinka, ale się wstrzymał. To byłby znak. Instynktownie czuł, że musi zachować obojętność. Każdy gest mógł go zdradzić.

- Szczerze mówiąc, rzadko wchodzę w media społecznościowe. - Obojętnie strzepnął z kolana niewidoczny pyłek. - Zwłaszcza od śmierci Faustiny.

- Rozumiem. - Jej twarzy spoważniała. Znów spojrzała na telefon, który ściskała w dłoniach. - Mimo wszystko uważam, że powinieneś zobaczyć ten wpis.

Ekran ożył pod dotknięciem jej kciuka. Przesunęła palcem, by wyszukać zdjęcie, po czym podała mu aparat.

- W pierwsze chwili Elsa pomyślała, że to Mateo przebrany za dziewczynkę. Dlatego zwróciła uwagę na to zdjęcie i mi je pokazała. Przyznaję, że podobieństwo jest zdumiewające.

Rico zerknął na dziecko. Nigdy nie widział Matea w różowym marynarskim kołnierzu i kapelusiku, ale uśmiech małej dziewczynki do złudzenia przypominał uśmiech jego bratanka.

- Nigdy nie udostępniam moich prywatnych zdjęć - ciągnęła Sorcha. - Słyszałam o przypadkach kradzieży i nieupoważnionym wykorzystywaniu zdjęć do reklam. Sądziłam, że to taki przypadek. Elsa również mnie zapewniła, że nigdy nikomu nie udostępnia zdjęć chłopców.

Fortuna rodziny Montero opierała się na produkcji substancji chemicznych i stopów metali. Rico od dziecka wiedział, że pewne substancje, same w sobie nieszkodliwe, mogą razem tworzyć mieszankę wybuchową.

Sorcha stopniowo dozowała informacje: pokojówka, dziecko łudząco podobne do jej dzieci... Wciąż ich ze sobą nie wiązał. Jeszcze nie.

- Mówią, że wszyscy mamy sobowtóry - rzucił swobodnie. Tym razem zdolność tłumienia reakcji okazała się przydatna. - Wygląda na to, że istnieje sobowtór Matea.

- To jedyne zdjęcie, na którym jest aż tak do niego podobna - mruknęła Sorcha, odbierając mu telefon. - Sprawdziłam to konto. Jej matka jest fotograficzką.

Fotograficzka... Informacje zaczęły się łączyć.

- To część jej portfolio. Nazywa się Poppy Harris. A dziewczynka ma na imię Lily.

Zastygł, przygotowując się na atak. Chciał sięgnąć po drinka, ale podniósł rękę tylko po to, by podrapać się w policzek. Jego pamięć przywołała wspomnienie gęstwiny lilii w oranżerii, gdzie on i Poppy ulegli gwałtownemu porywowi namiętności.

- Czy ją sobie... przypominasz? - spytała z wahaniem Sorcha.

Jej skóra miała zapach nektarynek, gdy pieścił dłońmi złocistorude loki i pożerał ustami szkarłatne wargi. Dokładnie pamiętał jej radosny krzyk w chwili ekstazy, jakiej nie doznał nigdy przedtem ani potem.

Pamiętał również tykanie zegara na kominku, kiedy nazajutrz, w salonie matki, wspomnienie jej dotyku doprowadzało go do szału. Chciał wybiec i jej szukać, bo nie mógł o niej zapomnieć.

Ale wtedy weszła Faustina, z zakłopotaniem przekazując mu wiadomość, która spadła na niego jak grom. Przytłoczyło go poczucie obowiązku i ciężar ślubu, który musiał się teraz odbyć, jak gdyby nigdy nic nie zakłóciło ich idylli.

- Rico? - pytający głos Sorchy przywołał go do rzeczywistości. - Wiem, że to musi być szok. - Znów usłyszał ten nieznośnie współczujący ton.

Zaklął w duchu. Był śmiertelnie zmęczony otaczającym go zewsząd współczuciem. Wszyscy sądzili, że cierpi z powodu straty dziecka, które - o czym wiedział - nie było jego dzieckiem. Oczywiście, że wstrząsnęła nim zagłada życia, które zgasło, zanim się naprawdę zaczęło. Ale nie był to rozdzierający serce ból ojca.

A po oszustwie Faustiny z uzasadnioną rezerwą odniósł się do kolejnej sugestii ojcostwa.

- Dlaczego od razu zakładasz, że to moje dziecko? - spytał obcesowo.

Sorcha lekko się stropiła.

- No cóż, chyba nie mogę podejrzewać własnego męża. - Jej ton wyraźnie ostrzegał, by nawet nie próbował. Uniosła lekko podbródek. - Mieszkałeś w tym czasie w willi rodziców, a między nami mówiąc, twój ojciec nigdy nie wydawał się zainteresowany kobietami, ani młodszymi, ani starszymi. Ty zaś przez krótki czas nie byłeś z nikim związany.

Rico od dawna podejrzewał, że tajemnicą udanego małżeństwa jego rodziców była ich całkowita aseksualność. Kierowali się zawsze chłodnym rozsądkiem, a jedyną ich wspólną namiętnością był rozwój rodzinnej firmy.

W oczach Sorchy znów pojawiło się nieznośne współczucie.

- Nie oceniam cię, Rico. Wiem, jak to czasem bywa.

- Nie wątpię. - Natychmiast pożałował swych słów. Ona na to nie zasłużyła. Była przyjazna, wrażliwa i zupełnie inna niż cała reszta.

Drgnęła, zaszokowana, jakby zadał jej cios. Gdyby jednak nie miała żelaznej odporności, nie wzniosłaby się ponad skandal, jaki wywołała, rodząc dziecko jego brata w czasie, gdy ten zaręczony był z inną kobietą.

- Miałam na myśli to, że i ja zostałam poczęta wówczas, gdy moja matka była pokojówką ojca. - Jej głos brzmiał ostro i mocno, lecz w oczach wezbrał taki żal, że musiał odwrócić głowę i sięgnąć po drinka.

Opróżnił szklankę, tłumiąc słowa, które miał na końcu języka, a których nie wypowiedział, chcąc oszczędzić dalszych upokorzeń rodzicom Faustiny, już i tak złamanym stratą jedynaczki.

- Twoja reakcja wskazuje, że nie wykluczasz ojcostwa tej dziewczynki. Nie interesuje mnie, jak to się stało, Rico, ale nie waż się oskarżać mnie o to, że zmusiłam twojego brata do małżeństwa. Przypomnij sobie, że odeszłam. - Stanęła, wyraźnie wzburzona, ale małżeństwo z Montero nauczyło ją zachowywać lodowaty spokój. - I tak też zrobiła Poppy. Mógłbyś jednak zadać sobie pytanie, dlaczego nie chciała się z tobą zadawać, skoro jesteś tak łakomym kąskiem. Bo wiesz, mam pewien pomysł, jeśli nie potrafisz sam na to odpowiedzieć.

Ruszyła do drzwi i szeroko je otworzyła, wypraszając go gestem podniesionej głowy i wyrazem lodowatej pogardy.

- Nie powinienem tego mówić - wymamrotał Rico. Myśli chaotycznie tłoczyły mu się w głowie. - Chciałem zabić posłańca. Powtórz to Cesarowi. Niech mnie spoliczkuje za te słowa.

Nie zmiękła. Ani na jotę.

- Przemyśl to. Ta sprawa i mnie dotyczy. A także mojego męża i synów.

- Oczywiście - zapewnił. - Niezwłocznie.