WAGON NR 18
Jeden z moich dobrych przyjaciół rzucił kiedyś ciekawy pomysł: na tyle przedłużyć pasażerskie pociągi, żeby lokomotywa znajdowała się na stacji docelowej, a ostatni wagon na pierwszej. To znaczy, że nikt by się wtedy nie spóźniał na pociąg, a stałe chodzenie ludzi między wagonami nie wyglądałoby wreszcie na bezsensowne.
Oczywiście, to był żart. Ludzie zawsze chodzą po pociągach i zawsze im się wydaje, że od tego ich przesuwania się między wagonami pociąg jedzie szybciej, a oni wykonują bardzo ważną pracę. Chodzą ci ludzie różnie i w różnej potrzebie - ktoś do toalety, ktoś do wagonu restauracyjnego, ktoś, żeby zapalić w przedsionku korytarza na końcu wagonu, ktoś z wagonu numer 2 do znajomych w wagonie numer 18.
I oto idziesz przez szesnaście wagonów, uchylając się przed męskimi piętami, które zwisają z górnych półek w wagonie z miejscówkami, przez węglowo-tytoniowy zapach, zmieszany z wonią rozlanego piwa, służbowej pościeli i gotowanych jajek.
Przechodzisz obok piersiastych konduktorek sypialnego, które precyzyjnie odróżniają własnych pasażerów od obcych. Mijasz rozmarzone studentki, które jakby patrzyły w nocne okna, a naprawdę nie widzą niczego, prócz swoich twarzy. Mijasz sterylne wagony sypialne pierwszej klasy, gdzie tym razem nikt się chyba nie rozlokował. Spotykasz takich jak ty i spuściwszy głowę, zaledwie musnąwszy się z nimi spojrzeniami, mijasz ich obojętnie.
Idziesz, ale w pewnej chwili postanawiasz zawrócić tam, gdzie zgodnie z biletem masz przypisane miejsce. Bo już jest późno, znajomi zasnęli, zamykając przedział na klucz. A może nie śpią? - myślisz i idziesz dalej, bo strasznie ci się nie chce wracać przez męskie pięty i odrętwiałe studentki.
Dochodzisz do końca wagonu nr 17 i w pustej szybce drzwi widzisz, że wagonu nr 18 nie ma. I tak pusty, jak ten zadymiony przedsionek, w którym stoisz, chwytasz nieśmiałe ludzkie ogniki, którym nie pozostaje nic innego, jak zniknąć.