Historie ważne i nieważne - Andrij Bondar

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAR­CHEW­KO­WY LÓD

Czło­wiek za­czy­na pa­mi­ętać sie­bie na­praw­dę do­pie­ro wte­dy, kie­dy pierw­szy raz chce o so­bie za­po­mnieć. Tak samo dzie­je się w snach, któ­re wy­da­ją się nam pro­ro­cze. Za­po­mnia­ne trau­my wy­ra­sta­ją w nich jak na­tręt­ne chwa­sty mi­ędzy po­rząd­ny­mi grząd­ka­mi mar­chwi. Ca­łkiem na­le­żą do prze­szło­ści - i nie­ko­niecz­nie tyl­ko two­jej. Ist­nie­ją trau­my, któ­re ci prze­ka­za­no, za­sły­sza­ne lub ta­kie, o któ­rych prze­czy­ta­łeś. Jed­nak naj­wi­ęk­sze prze­ra­że­nie i naj­wi­ęk­szy wstyd przy­no­szą two­je i tyl­ko two­je.

Moje pierw­sze dzie­ci­ęce wspo­mnie­nie - to nie­wąt­pli­wie far­ba olej­na mar­chew­ko­we­go ko­lo­ru.

Mam trzy lata bez jed­ne­go mie­si­ąca, jest sło­necz­ny lip­co­wy dzień i mój tato z mamą ma­lu­ją podło­gę w po­ko­ju. Po­kój jest dłu­gi, jak sala spor­to­wa, i sto­ję na pro­gu, zdzi­wio­ny i za­sa­pa­ny, bo skądś przy­bie­głem, a ta­kie dzi­wo wi­dzę pierw­szy raz. Ro­dzi­ce sto­ją na wy­sep­kach-ce­głach w śmiesz­nych po­zach, a do­oko­ła - lśni­ący mar­chew­ko­wy lód. I ja­koś nie­po­ko­jąco pach­nie.

- Tato! Mamo! - krzy­czę od pro­gu. Pu­sty po­kój od­bi­ja głos i robi się ja­koś dźwi­ęcz­nie. - To lód?

Oni są mło­dzi i ład­ni. Śmie­ją się, chwie­jąc się na ce­głach. Oj­ciec ma trzy­dzie­ści pięć lat. Mama jest o pięć lat młod­sza. Rude wło­sy mamy są ko­lo­ru podło­gi. Na gło­wach mają wy­wró­co­ne do góry dnem ga­ze­to­we sta­tecz­ki.

- Tak - od­po­wia­da tato.

- A mo­żna się po­śli­zgać? - py­tam.

- Mo­żna! Śli­zgaj się - krzy­czy tato. Bio­rę roz­bieg, jak pi­łkarz przed wy­ko­na­niem kar­ne­go, i lecę... Do­kład­niej, mie­szam się z mar­chew­ko­wą far­bą - ja­sno­wło­sy głup­tas, któ­ry uwie­rzył, że w le­cie mo­żli­wy jest lód...

Umy­li mnie wte­dy ace­to­nem, ro­ze­bra­li i dłu­go śmia­li się z mo­jej głu­po­ty. Tak jak­by ona była tyl­ko moja.

Tę hi­sto­rię tato bar­dzo lu­bił opo­wia­dać swo­im przy­ja­cio­łom. Obec­nie ma już tych przy­ja­ciół tak nie­wie­lu, że prze­rzu­cił się na mo­ich. Szcze­rze mó­wi­ąc, te­raz już na­wet nie chcę za­po­mnieć o tej hi­sto­rii, tak jak chcia­łem wte­dy, kie­dy sie­bie za­pa­mi­ęta­łem.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

WAGON NR 18

Jeden z mo­ich do­brych przy­ja­ciół rzu­cił kie­dyś cie­ka­wy po­my­sł: na tyle przedłu­żyć pa­sa­żer­skie po­ci­ągi, żeby lo­ko­mo­ty­wa znaj­do­wa­ła się na sta­cji do­ce­lo­wej, a ostat­ni wa­gon na pierw­szej. To zna­czy, że nikt by się wte­dy nie spó­źniał na po­ci­ąg, a sta­łe cho­dze­nie lu­dzi mi­ędzy wa­go­na­mi nie wy­gląda­ło­by wresz­cie na bez­sen­sow­ne.

Oczy­wi­ście, to był żart. Lu­dzie za­wsze cho­dzą po po­ci­ągach i za­wsze im się wy­da­je, że od tego ich prze­su­wa­nia się mi­ędzy wa­go­na­mi po­ci­ąg je­dzie szyb­ciej, a oni wy­ko­nu­ją bar­dzo wa­żną pra­cę. Cho­dzą ci lu­dzie ró­żnie i w ró­żnej po­trze­bie - ktoś do to­a­le­ty, ktoś do wa­go­nu re­stau­ra­cyj­ne­go, ktoś, żeby za­pa­lić w przed­sion­ku ko­ry­ta­rza na ko­ńcu wa­go­nu, ktoś z wa­go­nu nu­mer 2 do zna­jo­mych w wa­go­nie nu­mer 18.

I oto idziesz przez szes­na­ście wa­go­nów, uchy­la­jąc się przed męski­mi pi­ęta­mi, któ­re zwi­sa­ją z gór­nych pó­łek w wa­go­nie z miej­sców­ka­mi, przez węglo­wo-ty­to­nio­wy za­pach, zmie­sza­ny z wo­nią roz­la­ne­go piwa, słu­żbo­wej po­ście­li i go­to­wa­nych ja­jek.

Prze­cho­dzisz obok pier­sia­stych kon­duk­to­rek sy­pial­ne­go, któ­re pre­cy­zyj­nie od­ró­żnia­ją wła­snych pa­sa­że­rów od ob­cych. Mi­jasz roz­ma­rzo­ne stu­dent­ki, któ­re jak­by pa­trzy­ły w noc­ne okna, a na­praw­dę nie wi­dzą ni­cze­go, prócz swo­ich twa­rzy. Mi­jasz ste­ryl­ne wa­go­ny sy­pial­ne pierw­szej kla­sy, gdzie tym ra­zem nikt się chy­ba nie roz­lo­ko­wał. Spo­ty­kasz ta­kich jak ty i spu­ściw­szy gło­wę, za­le­d­wie mu­snąw­szy się z nimi spoj­rze­nia­mi, mi­jasz ich obo­jęt­nie.

Idziesz, ale w pew­nej chwi­li po­sta­na­wiasz za­wró­cić tam, gdzie zgod­nie z bi­le­tem masz przy­pi­sa­ne miej­sce. Bo już jest pó­źno, zna­jo­mi za­snęli, za­my­ka­jąc prze­dział na klucz. A może nie śpią? - my­ślisz i idziesz da­lej, bo strasz­nie ci się nie chce wra­cać przez męskie pi­ęty i od­rętwia­łe stu­dent­ki.

Do­cho­dzisz do ko­ńca wa­go­nu nr 17 i w pu­stej szyb­ce drzwi wi­dzisz, że wa­go­nu nr 18 nie ma. I tak pu­sty, jak ten za­dy­mio­ny przed­sio­nek, w któ­rym sto­isz, chwy­tasz nie­śmia­łe ludz­kie ogni­ki, któ­rym nie po­zo­sta­je nic in­ne­go, jak znik­nąć.