Historie, w których nic się nie dzieje - Igor Kulikowski

Reflow text when sidebars are open.
Opowieść niech rozpocznie się tamtej jesieni, która była właśnie taka, jak w ilustrowanych książkach dla dzieci: pełna wszelkich jesiennych dobrodziejstw - głogu, jabłek, duchów i jarzębiny. Wilgotna mgła przypływała nie wiadomo skąd i oklejała każdy dom i każde drzewo, każdy krzew w opustoszałym już ogrodzie, ulicę Cynamonową i rower starego księdza, na którym codziennie pokonywał drogę do pobliskiego kościoła, wysypując z drucianego koszyka opadłe nocą liście.
Tamtej jesieni tak właśnie było - ostatnie promienie słońca gasły pośród żółtych i czerwonych drzew. Chłodne powietrze niczym fastryga przeszywał krzyk srok, które biegały po dachu, obsiadały parapety, ciekawsko zaglądały do okien.
Gdy ktoś przychodził do domu i otwierał drzwi, przynosił ze sobą chłód oraz zapach dymu i ogniska. Wieczory zapadały wcześnie i wiatr zdmuchiwał lampiony na werandzie. A nocami spadały gwiazdy.
Tej właśnie jesieni Greta przybiła nad drzwiami blaszaną tabliczkę z morską latarnią i napisem: welcome home. Kiedy stała na krześle, z młotkiem w dłoni i kompletem cienkich metalowych gwoździ w zębach, pomyślała, że to musi być jakiś początek. Bardzo dobry moment na rozpoczęcie czegoś nowego i lepszego. Nie potrafiła dokładnie wyjaśnić tego uczucia, ani nie wiedziała kogo tak naprawdę miałaby witać w swoim domu, ale chyba wiadomo, jaki to stan.
Każdego z kolejnych dni o poranku robiło się coraz bardziej jesiennie. Siedząc w kuchni przy starym drewnianym stole naprzeciwko okna werandy i popijając słodką kawę z niebieskiej porcelanowej filiżanki Greta słuchała spikera z lokalnej radiostacji, mówiącego z wielkim przejęciem o niewątpliwej atrakcji październikowego nieba, jaką miały być spadające meteory z roju Orionidów. Właśnie w tych dniach powinny być doskonale widoczne.
Wprawdzie największa aktywność roju wypada w okolicach dwudziestego pierwszego października - mówił dosyć sympatyczny męski głos - jednakże w tym roku pokrywa się to niemal idealnie z pełnią Księżyca, a jasny księżyc wyjątkowo przeszkadza w obserwacji. Trzeba więc szukać innych dat. Najbliższe noce wydają się optymalne. Sporą liczbę meteorów można będzie obserwować już na kilka dni przed wspomnianą datą. Należy zaopatrzyć się w małe lornetki i stanąć na balkonach, a najlepiej udać się na wzgórza. Radiant roju Orionidów, czyli punkt, z którego wybiegają meteory, znajduje się na granicy gwiazdozbiorów Oriona i Bliźniąt i przy braku księżyca będzie doskonale widoczny około godziny trzeciej.
Dom Grety o tej porze roku wyglądał trochę ponuro. Beżowa bladość ścian wtapiała się w otoczenie, a okno sypialni, umieszczone wysoko po północnej stronie, przypominało okno komnaty w pałacowej baszcie. Były też inne okna - te z salonu, korytarza i strychu. I schody, z poręczami wspartymi na niewielkich kolumnach, prowadzące do frontowych drzwi. Z dwóch kominów unosiły się ledwie widoczne smużki dymu - Greta dokładnie wyczyściła piece i kominki, co należy zrobić przed zimą. Ogród - ciągle jeszcze żywy, ozdobiony girlandami jesiennych darów oczekiwał już na przyjście pierwszych przymrozków. Cztery duże jesiony traciły liście - co do jednego, tej samej październikowej nocy, i wszystko potrafiło zupełnie zmienić się w kilka chwil.
Ale zanim to nastąpi, trzeba było jeszcze poobcinać nieśmiertelniki, których pomarańczowe kwiaty suszyła na werandzie, wykopać chryzantemy i przesadzić do donic w kuchni. Trzeba zebrać wszystkie opadłe na ziemię jabłka i orzechy, pograbić liście w małe kupki i spalić je, by nie zalegały pod śniegiem.
Tak, dom potrzebował ogrodu - bezpiecznie znajomego przejścia z tego, co bliskie, oswojone i zorganizowane, do tego, co dalekie, obce i poza kontrolą. Wspaniałe było przenikanie tych dwóch światów w porze zbierania jabłek i dużych, złocistych dyń - kiedy potem wszystko to zanosiło się do kuchni w wiklinowych koszach, oporządzało i zamieniało w konfitury, przetwory i ciasta - w tym ulubioną szarlotkę z cynamonem, która od zawsze kojarzyła się z nadejściem ciemnych pór roku. Jadło się ją przy dębowym stole, popijając włoską kawą, którą Greta przyrządzała zawsze w ten sam sposób. Najpierw nalewała wrzątku do niewielkiego porcelanowego dzbanuszka w malowane róże, tak aby jego ściany stały się gorące. Następnie wylewała wodę i nasypywała dwie i pół łyżeczki kawy i dwie łyżeczki brązowego cukru. Wszystko to mieszała dokładnie, dbając, by mieszanina dotykała całego wnętrza dzbanuszka - wtedy zagrzewała się i wspaniały zapach, jeden z najlepszych, jakie znała, unosił się w całej kuchni.
Dopiero teraz zalewała wszystko gorącą wodą i przykrywała dzbanuszek na pięć minut spodeczkiem. Po pięciu minutach trzeba było jedynie zamieszać napar i rozlać do filiżanek.
W domu musi być spiżarnia i dobra kawa. A na drzwiach powinien wisieć wianek upleciony z tego, co przynosi nam aktualna pora roku. Oznacza to, że dom żyje i ciągle jest bezpiecznym, dobrym miejscem, które uchroni przed każdą zawieruchą.
Greta lubiła tworzyć własne, prywatne mitologie. Rodziły się one, jedna po drugiej, na tym kawałku wykradzionej światu przestrzeni, zamkniętej w czterech ścianach, oswojonej przez lata, tak bardzo własnej, że zdawała się ona być już częścią niej samej.
Najważniejsza z mitologii dotyczyła domu. Organizowania i wypełniania najbliższej przestrzeni. Dbania o każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Kolekcjonowania pięknych rzeczy, spędzania długich godzin na ich czyszczeniu, odnawianiu, malowaniu czy naprawianiu.
Dom był całym światem. Znała tu wszystko - każdy mebel, każdą szufladę w kredensie, płytkę w posadzce i wyżłobienie w podłodze. Znała liczbę widelców i kubeczków. Każda rzecz miała tutaj swoje szczególne miejsce, i kiedy coś się nie zgadzało - zostało przesunięte, zniszczone lub zagubione, Greta miała kłopoty z zaśnięciem.
Teraz, kiedy ogród, posprzątany i nagle zupełnie nagi, oczekiwał pierwszego śniegu, a na drzwiach zawisł wianek z suszonego głogu, gałązek i kolorowych liści, nadchodził czas strojenia okien.
Zaczynała od pozbycia się martwych zielonych ciałek złotooków, które końcem lata wlatywały do domu całymi rojami i obsiadały ściany, sufity i okna. Potem mycie szyb, wieszanie ażurowych firanek i zasłon.
Gdy z jesionów opadały wszystkie liście, złocisty prostokąt okna w jej salonie widziany z oddali, wyłaniający się spomiędzy czarnych, trochę strasznych konarów i gałęzi, sprawiał, że do domu tęskniło się, nawet po wyjściu na parę kroków za bramę.
Greta czasami umyślnie pozostawiała zapalone w salonie światło, by móc z daleka, po zapadnięciu zmierzchu, napawać się tym wspaniałym, krzepiącym widokiem.
Kim bym była bez tego domu? - myślała. Przecież zupełnie kimś innym.
Nie potrafiła sobie nawet tego wyobrazić. A kiedy próbowała, to robiło jej się jakoś tak strasznie i obco. I zaraz trzeba było wracać do znajomych mebli, sprzętów i bibelotów. Kwiecistych dywanów imitujących perskie, haftowanych poduszek, stołowych lampionów zapalanych po zmroku, wzorzystych tkanin malowanych w storczyki i kolibry, które zamawiała sobie przez internet, kolekcji sów z drewna i szamotu, książek i płyt, skrzętnie układanych na półkach. Wszystko to bezpieczne i idealnie uporządkowane wydawało się jej jedyną pewną rzeczą na tym świecie.
Czasami nawet prześladowały ją senne koszmary, w których musiała bardzo szybko opuścić swój dom, nie zdążywszy spakować nawet jednej walizki. Budziła się wtedy z uczuciem rozpaczy, że nie zdołała ocalić niczego, co zbudowała tutaj przez lata, nagromadziła, poukładała i powołała do istnienia.
A zaraz potem myślała o gwiazdach. O gwiazdach, planetach i tej nieskończonej, niepojętej i strasznej przestrzeni, która przecież istniała, choć żaden człowiek nie był w stanie ogarnąć jej swoim rozumem.
Kim była wobec tej przestrzeni, wobec gwiazd i nieznanego - ona, razem ze swoimi poduszkami, dywanami i drewnianymi podpórkami do książek w kształcie jachtów? Czym był cały jej świat, ten dom, dawne dni i dzieciństwo, i te wszystkie niby poukładane małe sprawy? Co zostanie z tego wszystkiego, kiedy umrze? I jakie to ma tak naprawdę znaczenie?
Pewnego razu obudziła się przed świtem i już nie mogła zasnąć. Cienie przedmiotów majaczyły w półmroku. Nagle straciły swą moc i stały się tylko dekoracją, falbankami - koronkami rzeczywistości, która była zupełnie gdzie indziej - w jej wnętrznościach i gdzieś wysoko ponad domem.
Otworzyła okno i wpuściła do wnętrza trochę zamarzającego, ostrego powietrza. W górze wisiały Jowisz i Uran, choć właściwie - pomyślała - powinno się mówić, że wisieli.
Widziała, jak mrugają do niej poprzez wyłaniające się z półmroku gałęzie drzew.
Ze stalowo-sinego nieba sączyły się strugi deszczu, a uschnięte liście wirowały jak szalone na wietrze.
Szybko zasłoniła zasłonę i zeszła do kuchni, by przygotować kawę. Wypełnić ściany jej zapachem, a kubki smakowe mieszaniną gorzkości i karmelowej słodyczy brązowego cukru. Oto powód istnienia tych rzeczy - pomyślała. Na krótką chwilę potrafią odpędzić nieznośny strach przed wielkim i nieznanym. To zawsze coś.
A potem pomyślała, że to jednak dobrze, że nie ma żadnych dzieci. I że jeśli jest ktoś, kto kieruje tym wszystkim tutaj, to może się nie pomylił. Może każdemu z nas przypisał własną drogę i ona jest właśnie taka, jaką ma być, i już.
Gdyby miała jakieś dzieci, umierałaby ze strachu każdego dnia, każdej minuty.
Jednego z późnopaździernikowych dni Greta wróciła do domu z pracy, usiadła w kuchni, czekając, aż zagotuje się woda, i przypomniał jej się zapach z przeszłości, kiedy jako mała dziewczynka siadała w tym samym miejscu przy kuchennym stole i patrząc przez okno na skrzeczące w gałęziach jesionu sroki, czekała na podwieczorek. Zastanawiała się, czy gdziekolwiek indziej podawało się ryż w taki sposób. Latem zbierało się jagody i upychało razem z cukrem w litrowych słoikach. A zimą mama schodziła do piwnicy i przynosiła na górę jagodowe kompoty, które się trochę podgrzewało, a potem mieszało z ryżem i dużą porcją bitej śmietany z cukrem waniliowym.
Myśl o tamtych chwilach rozczuliła Gretę. Niebo za oknem było lekko różowe, jak w bajkach. Księżyc wisiał nad okolicą, a ona - zupełnie tak, jak kiedyś ktoś jej najbliższy - przyrządzała danie, którego nie jadła całe lata. A kiedy zaczęła je robić, to płakała i długo nie mogła przestać.
Zapachów zresztą było dużo więcej.
Na przykład zapach kolorowej muliny, zamkniętej w hebanowej, ciężkiej skrzyneczce: mama wyszywała nią przeróżne wzory na kwadratach płótna i tak powstawały barwne obrusy i serwety. Były na nich rośliny, dziwaczne kwiaty i ptaki.
Wspomnienie zapachu przenosiło w tamte wieczory w głębokich fotelach, z książką na kolanach, kiedy za oknem deszcz i śnieg, a w środku kominek i ona - spokojna, tak jakby wszystkie zawieruchy świata nigdy nie mogły jej dotknąć, haftowała obrusy, albo robiła te wszystkie małe, wielkie rzeczy, jak cerowanie skarpetek, przyszywanie guzików, skracanie zbyt długich rękawów i nogawek - wszystko to niby nic wielkiego, a jednak tak kosmicznie ważne.
Troska o codzienność, której nigdy potem nie doświadczyło się od nikogo innego. Umykające uwadze drobiazgi - zapach wklepywanego w policzki kremu na noc, lista zakupów, planowanie posiłków na następny dzień, mimowolne rysowanie długopisem bluszczowych listków i łodyg, pnących się po kartkach papieru, serwetkach, rogach gazet i opakowaniach po płatkach śniadaniowych.
Któregoś dnia, już po tym, jak mama umarła, Greta znalazła w szufladzie komódki zeszyty z przepisami, numerami telefonów i innymi zapiskami, i zauważyła, że łodyżek i listków bluszczu znacznie przybyło. Rozrastały się gdzieś w ciemności szuflady i wkrótce zapełniły sobą wszystkie kartki, wpełzały na okładkę.
I właśnie teraz, siedząc przy kuchennym stole i jedząc ryż z uzbieranymi późnym latem jagodami, pomyślała, że tamten świat zupełnie już nie istnieje. Nie można go dotknąć ani zobaczyć. Ten dom - kiedyś tak pełen życia, codziennych pozornie mało istotnych zdarzeń - teraz był już tylko wspomnieniem dawnej świetności. Ściany nadal zamykały tę samą przestrzeń, a jednak nie było w niej już niczego z tamtych ulotnych wrażeń - tego niewyjaśnionego stanu oczekiwania na wspaniałe jutro, spokoju, który mógł trwać nieskończenie długo.
Wszystko, co jest teraźniejszością, było tylko nieudanym odtwarzaniem tego, co przeminęło.
Z takich rozmyślań wyrwał ją głos radiowego spikera, który informował, że właśnie dzisiejszej nocy nastąpi apogeum aktywności Orionidów.
Greta postanowiła, że wybierze się na wzgórza.
Robili tak tego jednego, specjalnego dnia każdej jesieni. Nie kładli się spać, tylko przykryci wełnianymi pledami czekali przy kominku na nadejście świtu. Przed wyruszeniem na wzgórza tata przygotowywał lampiony. Niewielkie żelazne domki osłaniały płomień, wydobywający się z nasączonego naftą knota. Trzymali je w dłoniach, oświetlając sobie drogę.
Gdzieś w połowie trasy spotykali dzieciaki od sąsiadów i odtąd szli już razem, aby tam, na samym szczycie wzgórza patrzeć, jak spadają gwiazdy.
A był to widok cudowny i niezapomniany. Całe niebo, jak tylko okiem sięgnąć, upstrzone było świetlistymi smugami. Ach, wyglądało jak wielki, przesuwający się kalejdoskop. W dole majaczyły jeszcze ciemne sylwetki drzew i domów, a ponad głowami i wszędzie, wszędzie gdzie tylko obrócić wzrok - tańczyły meteory.
Dzieci wyciągały w górę lampiony, tak jakby te były również gwiazdami i jakby ich blednące światło mogło dorównać Orionidom. Otwierały buzie z zachwytu.
Zdejmowali z głów czapki i próbowali chwytać w nie gwiazdy. Na wzgórza małymi grupkami wychodzili ludzie i wypowiadali życzenia. Tkwili tak, w zachwycie, zaczarowani aż do chwili, kiedy niebo stawało się najpierw różowe, potem szare, a potem światło dnia sprawiało, że gwiazdy znikały. I wracało się do domu, wciąż jeszcze mając je w oczach i w rękawach.
Tak było i tej jesieni, odległej od tamtych o całe lata i oceany dni. Spadające gwiazdy wyglądały zupełnie tak samo jak dawniej. Greta przyszła na wzgórze, z zapalonym lampionem w dłoni i siedziała tam w milczeniu, oparta o drzewo, z kolanami podwiniętymi pod brodę, patrząc na niebo aż do momentu, gdy pojawiły się na nim pierwsze smużki świtu.
Tym razem nikt nie przyszedł oglądać Orionidów razem z nią. Była sama, ale jakoś zupełnie jej to nie przeszkadzało.
Wróciła do domu o świcie, ogrzała się w kuchni, zrobiła sobie kawę i usiadła na werandzie w ciepłych wełnianych rękawiczkach, z kubkiem w dłoni.
I wtedy przyszła jej do głowy ta myśl. Że to przecież nie przepadło.
No dobrze, nie mogła już dotknąć tych wszystkich rzeczy, zobaczyć ich ani poczuć zmysłami - ale to wcale nie znaczy, że one nie istniały. Rodziców nie było od dawna, ale pojawiali się zawsze, ilekroć zamykała powieki i przywoływała ich myślą. Przecież śniąc piękne sny, widzimy wszystko bardzo wyraźnie, mimo że nasze oczy są zamknięte. Nie potrzebujemy więc oczu, żeby coś zobaczyć.
W podobny sposób istnieje wszystko, co było - każda chwila spędzona w tym domu. Wyszywanie obrusów i rysowanie bluszczowych listków. Przyrządzanie podwieczorku z ryżu i owoców. Każdy wyjątkowy dzień, i każdy zwyczajny. Przygotowywanie lampionów, patrzenie na gwiazdy i naiwne życzenia wypowiadane do nieba. Te słodkie chwile, kiedy uczyła się nazw wszystkich drzew, ptaków i kwiatów w okolicy, po polsku i po łacinie: Tussilago farfara, Ranunculus auricomus, Cichorium intybus, Achillea millefolium, Veronica chamaedrys.
Albo ta, kiedy zatruła się wilczą jagodą, Atropa belladonna, i wymiotowała, a tata gładził ją po włosach i mówił: moje biedactwo.
Żadna z tych chwil nie mogła przecież nagle się unieważnić. Była krótka, trwała tyle co mrugnięcie Jowisza, ale już wtedy była zwycięstwem: nad czasem i nad nieistnieniem. To wszystko istniało nadal - gdzieś pośród gwiazd, a może tylko w niej samej - jednak było - i tego jednego warto się trzymać.
Tutaj właśnie niech przerwie się ta opowieść, w której nic naprawdę się nie stało.
Pewnej zwyczajnej jesieni, pełnej uschniętych liści, jarzębiny, wspomnień i duchów.
Jednego poranka na werandzie, gdy Greta piła kawę i dotarło do niej coś bardzo ważnego.
Że wszystko zdarza się tylko raz. Ale za to na zawsze.