Historie prawdziwe - Robert Trafny

Kup ebooka

12.12 zł
10.06 zł (10,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Deska antystresowa

Najlepiej udawać, że się nic nie widzi - pomyślał Tomek, widząc jak klient knajpki, w której pracował, oparł ręce o ścianę i zaczął w nią mocno uderzać głową. Co prawda na ścianie wisiała tabliczka zwana "deską antystresową" z napisem "Tu uderzać głową" i nakreślonym kołem, gdzie uderzać, ale Tomek nie sądził, że ktoś potraktuje to tak dosłownie.

Była to zwykła, żartobliwa deseczka, gadżet, jakich można spotkać wiele. Ta akurat była "deską antystresową" z wypisaną obok instrukcją obsługi, informującą o tym, że aby pozbyć się stresu, należy wziąć rozkrok, oprzeć ręce o ścianę, dobrze wymierzyć i mocno uderzyć głową w narysowane w środku deski koło.

Nieobliczalny klient nie poprzestał na jednym razie. Zaraz uderzył głową drugi raz, a za nim trzeci. Każde kolejne uderzenie było mocniejsze od poprzedniego. Po tym ekscesie klient jak gdyby nic usiadł obok przy stoliku i zadzwonił na pogotowie, aby dowiedzieć się o warunki oddania spermy. Taki żart...

Tomek nie tyle bał się niezrównoważonego klienta, ile czuł się niepewnie, przebywając z nim sam na sam - w lokalu poza nimi nie było nikogo. Najlepiej udawać, że się nic nie stało - powtarzał sobie w myślach. - Jakby go tu nie było... Lepiej nie patrzeć w ogóle w jego stronę... - zawyrokował Tomek. - Nie wiadomo, co go może sprowokować...

Opowiadając później tę przygodę, wydała się ona nawet zabawna, to też znajomi, którym ją Tomek opowiadał, prosili po raz kolejny o jej powtórzenie.

- No, już mówiłem - odezwał się znudzony Tomek. - Siedzę ja sobie za barem, a tu włazi jakiś gostek, rozgląda się po pustej sali, podchodzi do ściany obok mnie, na której wisi "deska antystresowa", czyta ją uważnie i nagle - ja patrzę - a ten opiera ręce o ścianę i... bach!, bach!, bach! Z całej siły głową o tę deskę.

- I co ty na to? - zapytała rozbawiona Małgośka.

- Nic. Udawałem, że nie widzę. Nie wiadomo czego się po takim spodziewać. Patrzyłem przez okno i powtarzałem sobie: Nic się nie stało..., nic się nie stało...

Całe towarzystwo zaśmiało się głośno. Takiej historii jeszcze nie słyszeli...

Hasło

Zdarzyło się to w pewnym zakładzie, pewnego dnia, a właściwie nocy, gdy Andrzej jako elektryk zmianowy pracował na trzecią zmianę. Właśnie kończył obchód działu produkcji, aby upewnić się, czy wszystkie maszyny działają bez zarzutu. Na szczęście żaden z operatorów nie zgłaszał uwag, więc Andrzej mógł zrealizować swój zamysł, który ciągnął się za nim od godziny, czyli aby zamknąć się w warsztacie i trochę zdrzemnąć. Trzeba sobie jakoś radzić...

Andrzej wielce zadowolony z takiego obrotu sprawy, szybko zamknął za sobą drzwi i zaraz przekręcił zamek. Zgasił światło i ułożył się na fotelu. - Chwila spokoju... - pomyślał, popadając spokojnie w półsen.

Po dwóch godzinach ktoś próbował otworzyć drzwi do warsztatu, ale widząc, że są zamknięte, dał sobie spokój. - No i dobrze - pomyślał obudzony Andrzej. Niedługo potem ktoś znowu próbował otworzyć drzwi, tym razem jednak nie dał za wygraną i zaczął natrętnie pukać, najpierw delikatnie, a po chwili zdecydowanie mocniej. - No i czego - szepnął do siebie poirytowany Andrzej, wkładając buty. - Nie widzi, że zamknięte...

Pukanie co rusz powtarzało się, więc w końcu Andrzej ze złością w głosie krzyknął:

- Hasło!

- Zwolnienie z pracy - padła zaraz odpowiedź zza drzwi.

Stanowczy głos mówiącego poderwał Andrzeja na równe nogi i w tej samej chwili otworzył drzwi warsztatu.

- Dobry wieczór panie dyrektorze - Andrzej nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

- Dobry wieczór - odpowiedział znacząco dyrektor, wchodząc w głąb warsztatu. - Co pan tak pozamykany?

- Mmm... Bo byłem w ubikacji i nie chciałem zostawiać warsztatu bez nadzoru - Andrzej sklecił na poczekaniu jakąś historię. - Rozumie pan, człowiek jest sam, nikt nie widzi, a tu i narzędzia i cenne podzespoły, ktoś wejdzie, zabierze...

- Rozumiem - rzekł nie do końca przekonany dyrektor, ale nie chcąc drążyć tematu, powiedział tylko: Żeby to było ostatni raz...

- Tak jest! - naprężył się Andrzej.

Tym razem Andrzejowi się udało, ale drugi raz nie może już się dać złapać. Będzie musiał uważać...

Igraszki Losu

- Pieprzysz...! - kolega Darka nie krył ekscytacji, gdy ten opowiadał mu o swojej nowej dziewczynie

- No, mówię ci - chełpił się Darek. - Mogę w nią walić aż miło.

- Gdyby moja nie mogła mieć dzieci - rozmarzył się Tomek - to by się iskry sypały. Obracałbym ją na wszelkie sposoby...

- I to jeszcze jak... - roześmiał się Darek.

Darek był typowym dwudziestoletnim chłopakiem, który nie myślał jeszcze o ślubie a tym bardziej o zakładaniu rodziny. Gdy nowo poznana Andżelika oświadczyła mu, iż nie może mieć dzieci, wcale się tym nie zmartwił. Szybko zresztą doszedł do wniosku, że jest to mu nawet na rękę. Nigdy nie lubił prezerwatyw i związanej z nimi przerwy w pieszczotach, więc wizja odbycia pełnego stosunku bez konieczności wychodzenia z kobiety szybko zawładnęła jego pożądaniem.

Dni Darkowi szybko mijały na beztroskich igraszkach miłosnych, gdy któregoś dnia jego dziewczyna oznajmiła mu smutno:

- Jestem w ciąży...

- Ale jak?! Co?! - Darek z emocji nie potrafił sklecić sensownego zdania.

- Jestem w ciąży - powtórzyła Andżelika, wpatrując się w zakłopotanego Darka.

Nie sposób opisać wszystkich myśli i uczuć chłopaka, jakie kłębiły się w nim przez kolejne dni. Z jego młodzieńczego wigoru nie pozostało nic. Gdy usiadł przy stole w domu rodzinnym, wyglądał jak jego dziadek Stefan.

- No, już nie martw się - odezwała się matka, próbując pocieszyć syna.

- Teraz i tak za późno! - ojciec ani myślał rozczulać się nad synem.

- Mówiła, że nie może mieć dzieci... - Darek miał tylko ten jeden argument na swoją obronę.

- No to widzisz, jak nie może mieć! - przeżywał to na swój sposób ojciec.

Sytuacja, w jakiej znalazł się Darek i jego najbliżsi nie była komfortowa - nawet padły już pierwsze deklaracje, że nikt nie będzie uchylał się od odpowiedzialności: Dziecko potrzebuje ojca, a skoro już tak się stało, to trudno, trzeba wziąć odpowiedzialność za dziecko. Beztroskie lata młodości szybko oddalały się z wyobraźni Darka.

Jako że Fortuna lubi czasem zabawić się ludzkim losem, nie będziemy tu opisywać ani kolejnych dni z życia Darka i jego najbliższych, ani radości, gdy okazało się, że to nie on jest ojcem dziecka.

Kiedy po znajomych i rodzinie rozeszła się wieść o "przygodzie" Darka szybko znalazły się osoby "dobrze poinformowane". Odkryły one prawdę, jaka przed Darkiem była zakryta. Otóż okazało się, że Andżelika tuż przed poznaniem Darka chodziła z chłopakiem o imieniu Paweł. Kiedy zaszła z nim w ciążę, ten ulotnił się jak spłoszona mysz spod miotły. Darek wydał się jej być idealnym rozwiązaniem tej trudnej sytuacji, zanim ktokolwiek dowie się z jej rodziny, że spodziewa się dziecka. To małe kłamstewko, iż nie może mieć dzieci, miało zachęcić Darka do skorzystania z jej wdzięków w sposób pełny. A potem jakoś to będzie...

Jeleń

Zaczęło już dobrze zmierzchać, gdy Staszek wraz z żoną wsiadł do samochodu, aby w końcu wyruszyć w drogę powrotną do domu. Wiejscy przyjaciele, u których byli, pożegnali ich serdecznie, zapraszając ponownie do siebie. Znali się nie od dziś, więc specjalnego zaproszenia nikt z nich nie potrzebował, jednak kurtuazji musiało stać się zadość.

Wieczorna pora powrotu jak na gorący sierpniowy dzień to doskonałe rozwiązanie. Staszek nigdy nie wybierał innego. Lubił tę porę ze względu na mniejszy ruch na drodze, co w jego podeszłym wieku miało znaczenie - nie musiał tak uważać na innych użytkowników ruchu.

Niedługo po tym, jak wjechali w las, przez który prowadziła droga do ich miasteczka, żona wypatrzyła w oddali niewyraźnie zarysowaną postać stojącą na szosie. Odezwała się więc do męża:

- Uważaj, tam ktoś chyba stoi...

- Widzę - odezwał się ze złością mąż. - Nie jestem ślepy.

Oboje w milczeniu zaczęli przyglądać się tajemniczej postaci, która w miarę zbliżania stawała się coraz większa i wyraźniejsza.

- To jeleń! - wykrzyknęła podekscytowana Jaśka.

- Przecież widzę - przecedził przez zęby Staszek, którego zły nastrój nie opuszczał.

Małżonkowie zbliżali się do stojącego na środku szosy zwierzęcia coraz bardziej, jednak ten nic sobie z tego nie robił. Stał odwrócony tyłem do nich i patrzył posępnie gdzieś przed siebie. W końcu Staszek zatrzymał się kilka metrów przed jeleniem i spoglądając z niechęcią, odezwał się sam do siebie: "Co on sobie myśli?!".

W świetle świecących z samochodu reflektorów widać było, jak zwierzę nieznacznie przekręciło łeb i swym lewym okiem obserwowało intruza. Sam jednak ani myślał się ruszać. W nieporuszonej pozie stał dostojnie, jakby wystawiając swoje duże i rozłożyste poroże na podziw przybyszów. Nie sposób było ominąć tej żywej zawady, gdyż ta stała dokładnie na środku jezdni. Staszek bał się z jednej strony, że zahaczy zwierzę, które jakby nie było, masą i wielkością dorównywało jego samochodowi, a z drugiej strony bał się, aby przejeżdżając obok, zezłoszczone zwierzę nie zaatakowało go. Nie tyle bał się o życie, bo wewnątrz samochodu czuł się bezpiecznie, bardziej szkoda było mu karoserii, którą z pewnością trzeba by po takim ataku prostować.

Staszek trzymał więc ręce na kierownicy i myślał co zrobić. Jego nerwy wzmagały się w tempie turkoczącego silnika. W końcu widząc, że nastała sytuacja patowa, wyładowując swoją złość, nacisnął dwa razy klakson. W chwilę potem jakby obudzony przez dźwięk klaksonu jeleń obrócił się i pochylając łeb... zaczął uderzać w przód samochodu coraz mocniej. Staszek nie przewidział takiego obrotu sprawy - z przerażenia otworzył buzię i struchlał, jednak krzyki żony, aby zaczął cofać, zmobilizowały go i szybko wrzucił wsteczny bieg. W szybkim tempie odjechał samochodem dobre kilkanaście metrów, a widząc, że agresor nie atakuje, Staszek zatrzymał samochód, aby ochłonąć. W oddali stał jeleń z pochylonym łbem, a w jego oczach odbijały się reflektory samochodu. Ledwo się zatrzymali, zwierzę zaczęło w swojej pochylonej pozie iść coraz szybciej w ich stronę.

- Zgaś światła! Zgaś światła! - krzyczała przerażona małżonka. - Zawracaj! - głos rozsądku w końcu przeważył.

- Nie ma czasu! - odparł roztrzęsiony Staszek, po raz wtóry mobilizując się do działania.

Zaraz wrzucił wsteczny bieg i szybko odjechał. Dopiero gdy zwierz całkowicie zniknął za horyzontem, ustawił samochód na właściwym pasie jezdni i drogą okrężną powoli wrócili do domu. Jeszcze wychodząc z samochodu, trzęśli się jak osiki. Nie sposób było otworzyć drzwi mieszkania, gdyż trzęsące się ręce nie potrafiły umieścić klucza w zamku.

Tego dnia małżonkowie z pewnością nie zapomną. Czegoś się jednak nauczyli: nigdy na nikogo nie trąbić.

Kaprys Fortuny

Co za udany dzień - pomyślał Wojtek, wygrywając lambadę na automacie do gier - To się nazywa fart...

Powód do zadowolenia rzeczywiście był, bo po dziesięciu minutach gry i straceniu na nią trzydziestu złotych zyskał sto pięćdziesiąt na czysto. W końcu to "lambada" - najwyższa wygrana, jaką można jednorazowo wygrać! Aby ją uzyskać, trzeba na zaawansowanym poziomie nazbierać osiemset punktów - wtedy automat na wiwat wygrywa głośno melodię, zwaną powszechnie "lambadą", oznajmiając wszem wobec o wyjątkowej wygranej gracza i przelewa punkty do banku gry, skąd można je wypłacić w formie żywej gotówki.

Wojtek nie zdecydował się na to. Postanowił jeszcze trochę sobie pograć, a nuż coś jeszcze wygra... Nie było też inaczej. Po kilkunastu minutach automat zagrał po raz drugi. "To dopiero szczęście! - pomyślał Wojtek. - Dwie lambady z rzędu to duża rzadkość...". W tym momencie Wojtek mógłby wypłacić 340 złotych, ale nie zrobił tego. Chciał sobie zgrać czterdzieści i wypłacić równą kwotę trzystu złotych.

Jakie było jego zdziwienie, gdy chwilę potem Fortuna znowu nasypała mu ze swego mieszka: punkty na zaawansowanym poziomie szybko się powiększały, zbliżając się do magicznej granicy 800 punktów. "Czy to możliwe? - zastanawiał się Wojtek. - Co tu robić? Ryzykować dalej? - Na liczniku było już 700 punktów, a teraz zostało z tego 500... - Nie! - powiedział stanowczo Wojtek, naciskając przycisk "Przelej do banku" - Nie ma co ryzykować! I tak miałem dużego farta..."

Wychodząc z salonu gier, Wojtek miał w kieszeni zainkasowane ponad czterysta złotych. Nawet nie spodziewał się, że ten dzień będzie taki udany...

Następnego dnia przechodząc jak co dzień obok salonu, postanowił znowu spróbować szczęścia i zagrać na tej samej maszynie. Skoro Fortuna jest mu tak przychylna, może dzisiaj także mu się poszczęści...

Pierwsze dwadzieścia złotych, które Wojtek wrzucił, nic nie dało, więc wrzucił kolejne, potem jeszcze jedno. Wojtek nie niepokoił się tym, wiedział, że trochę trzeba wrzucić, zanim złapie się wiatr w żagle. Po przegraniu pierwszych stu złotych pojawiło się zdziwienie: Co się dzieje? Przecież wczoraj tak dobrze dawała... Po drugiej setce zaczął się niepokoić: Już tyle w nią włożyłem - musi w końcu dać. Dwudziestka za dwudziestką znikały w paszczy automatu, zubożając Wojtka. Przegrał już to, co wygrał wczoraj, teraz wykłada swoje pieniądze. Ta myśl "Musi w końcu dać!" nie pozwalała mu zakończyć grę - lada chwila wszystko się odmieni...

Nie odmieniło się jednak. Wojtek przegrał w sumie 400 złotych wygrane poprzedniego dnia i swoich 300 złotych. Więcej nie miał. Pustka w portfelu zdecydowała za niego, kiedy zakończyć grę. Gdy wychodził oszołomiony z salonu, dało się słyszeć jakby w oddali śmiech Fortuny, która niechybnie zabawiła się jego kosztem...