- Smakuje ci? - dopytuje Rita w jidysz.
Chociaż nie rozumiem tego języka, pytanie rozumiem. Jest jesień 2019
roku, siedzimy w słonecznym salonie na przedmieściach Hajfy, w Neszer.
Na ścianach kolorowe, brokatowe mandale, które Rita uwielbia malować.
Przede mną stół pełen słodyczy, kawa, koniak. Obok siedzi synowa Rity,
która tłumaczy na angielski.
Mogę pytać o Zagładę, ale muszę jeść - taki warunek stawia Rita.
Wychodzę z notesem pełnym historii - po raz kolejny w czasie trwających
od lat badań nad ubraniami, rzeczami i cielesnością w czasie II wojny
światowej. Na podstawie ich rezultatów powstały Rzeczy osobiste.
Opowieść o roli ubrań w obozach koncentracyjnych i zagłady. Ale zostały
jeszcze historie, rozmowy, świadectwa, fotografie, grafiki, które się w książce nie zmieściły. Odłożone na bok, jak resztki materiału po
wykroju.
A przecież są tak samo istotne.
Dlatego postanowiłam pozszywać je ze sobą, stworzyć dla nich kolejną,
nową - tym razem patchworkową formę. Będzie widać szwy, niejednorodną
strukturę - to mój autorski splot z lat kwerendy, rozmów, odkryć,
zachwytów, notatek, fragmentów prac naukowych, tekstów do wystaw,
prywatnych do tej pory zapisków. Kształt nowej książki - siostrzanej dla
Rzeczy osobistych - opracowany na podstawie tego zasobu, wymyśliłam
jako zestawienie rozmów z byłymi więźniami i więźniarkami, z materiałem
wizualnym i historiami, które z nim korespondują. Ubrania, rzeczy,
cielesność, płeć - są tutaj wciąż na pierwszym planie, skupiają
opowieści jak w soczewce, oświetlają je, prowadzą.
To opowieści z obozów koncentracyjnych i zagłady - ale nie tylko.
W wywiadach z moimi bohaterami, najczęściej zaś bohaterkami, pytam także
o ich przedwojenne i powojenne losy oraz doświadczenie wojny poza
obozem. Materiał wizualny jest związany nie tylko z obozami, ale również
z życiem pod okupacją, życiem w gettach, Powstaniem Warszawskim,
pamięcią o wojnie i Zagładzie.
Chciałabym pokazać w tej książce to, o czym do tej pory mówiłam w wywiadach: że moją opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady poprzedziły lata pracy na temat roli ubrań, rzeczy, wyglądu w czasie II wojny w ogóle. Chciałam poprzez ten zbiór pokazać jak przez
wizjer, ile jeszcze nowych przestrzeni czeka na badania i pod jakimi
kątami można na historię konfliktów spoglądać.
Pisząc tę książkę, myślałam często o Dagmarze Kopijaszu z Fundacji
Pobliskie Miejsca Pamięci, jednym z bohaterów Rzeczy osobistych.
Zbierał on i wciąż zbiera każdą najmniejszą nitkę, każdy skrawek szmatki
z czasów funkcjonowania lagrów, jaki znajdzie na terenach poobozowych,
bo wie, jak cenne były wtedy te przedmioty dla więźniów.
Ja też wiem, jak cenne są historie, których stałam się słuchaczką, które
znalazłam, które zostały mi ofiarowane.
Między nimi jest także historia Rity.
Miała mieć swój dalszy ciąg, ale moje kolejne wizyty w Izraelu
uniemożliwiła pandemia. Zostałam więc z rozpoczętym ściegiem. Mam
nadzieję, że opowieść Rity jeszcze rozwinę. Na razie znalazła swoje
miejsce w tym wstępie.
Kiedy posłusznie zjadałam kolejne ciasteczka w mieszkaniu w Neszer,
trwał jeszcze 2019 rok, nic nie zapowiadało pandemii, a Rita kończyła
osiemdziesiąt pięć lat. Notowałam jej słowa, starając się nie nakruszyć
sobie do zeszytu.
Zagładę przeżyła jako siedmiolatka. Mieszkała wtedy w Jassach w Rumunii.
Ktoś zapukał do drzwi ich rodzinnego domu, po czym bez czekania na
pozwolenie jacyś ludzie weszli i schwycili jej ojca. Nie chciała go
puścić, biegła za nimi, krzyczała. W końcu jeden uderzył ją w głowę
kolbą karabinu. Kiedy mama wróciła do domu, krew zdążyła już zaschnąć.
Pozbierały najpotrzebniejsze rzeczy i uciekły w góry. Matka Rity bała
się, że ją z córką także uprowadzą. Gdy po kilku dniach wróciły, dom był
splądrowany.
Wtedy tego nie wiedziały, ale był to początek niesławnego pogromu Żydów
w Jassach. Rumunia reżimu Antonescu w latach 1939-1944 była sojusznikiem
Niemiec. Około 14 tysięcy ludzi zostało zastrzelonych przez rumuńskich
żołnierzy, zlinczowanych przez lokalnych mieszkańców, zagłodzonych na
śmierć lub uduszonych w ciągu niecałego tygodnia upalnego czerwca 1941
roku.
Ojciec Rity został doprowadzony do pociągu pełnego na wpół żywych ofiar
pogromu. Pociąg ten i jemu podobne jeździły po torach w ślimaczym
tempie, bez wyznaczonej docelowo stacji, z jednym tylko zamiarem:
wykończyć wszystkich. Nie było tam światła ani powietrza. Każdą
szczelinę pozatykano. Niemcy otwierali czasem wagony tylko po to, żeby
trupy mogły wypaść na zewnątrz. Jedną z takich okazji wykorzystał ojciec
Rity. Uciekł. Kiedy kula goniących za nim strażników trafiła go w nogę,
przewrócił się i udawał trupa. Rita do dziś nie wie, kto potem
doprowadził go do szpitala. Przeżył. Cała rodzina przetrwała wojnę. Ale
Rita nie chciała już zostać w Europie. Jak tylko poczuła się dorosła,
wyemigrowała do Izraela.
To jej nowa ojczyzna. Jest przekonana, że wszyscy rozproszeni po świecie
Żydzi powinni się tu przeprowadzić. Podkreśla też, że tutaj mogła się
zrealizować jako kobieta. Nigdy nie chciała jedynie opiekować się
dziećmi. Poszła do szkoły pielęgniarskiej, potem pracowała w przedszkolu, aż w końcu razem z mężem założyli sieć piekarni w Hajfie,
którą do dziś prowadzi jej rodzina.
- To jak to jest być Miss Holocaust Survivor? - pytam w końcu.
Rita śmieje się i wykonuje radosne, taneczne ruchy. Przypomina mi się
jej zdjęcie tuż po koronacji. Obiegło wszystkie media. Perły na szyi,
czerwone paznokcie, czarna sukienka bez rękawów, na piersiach szarfa w kolorze flagi Izraela, na głowie tiara.
- Ludzie się oburzają, co to za konkurs. Miss starszych pań. A nie
rozumieją, że na tym konkursie ludzie przede wszystkim słuchają, a nie
tylko patrzą. Słuchają o Shoah - opowiada Rita.
Ja też chcę posłuchać więcej o konkursie.
Malowniczymi, wijącymi się uliczkami pagórkowatej Hajfy docieram do jego
pomysłodawców - organizacji Yad Ezer La-Haver, co można tłumaczyć na
polski jako Pomocna Dłoń dla Przyjaciół. To chrześcijańska organizacja
pozarządowa współpracująca z Christian Embassy w Jerozolimie. Zajmuje
się opieką nad Ocalałymi z Zagłady.
- Zapewniamy mieszkania, karminy, organizujemy wydarzenia kulturalne,
zajęcia sportowe - tłumaczy mi Tami Sinar, jedna z zarządzających
organizacją.
To jedyny taki na świecie dom spokojnej starości. Ponad sześćdziesięciu
Ocalałych, którzy spędzają ze sobą czas, przyjaźnią się, randkują,
tańczą w środy, w niedziele uprawiają tai-chi. Czasem lubią karaoke, a czasem pośpiewać przy pianinie.
Kiedy rozmawiamy z Tami, wokół nas krążą koty karmione przez rozgadanych
pensjonariuszy. Seniorzy zbierają się powoli na obiad do stołówki. Tami
mówi głośno, kim jestem. Widzę, jak zmieniają im się twarze. Uśmiech,
smutek. Tak, jestem z Polin.
Przenosimy się z Tami do biura, które sąsiaduje z niewielkim muzeum. To
ona wymyśliła koncepcję ekspozycji. Z zawodu jest artystką, ale również
popularną w Izraelu projektantką wystaw. Nie miała zamiaru tutaj
pracować na stałe, lecz po zakończeniu projektu nie potrafiła tak po
prostu odejść. Mieszkańcy czują z nią szczególną więź.
- Jestem drugim pokoleniem. Mój ojciec przeżył Auschwitz - przedstawia
mi swój życiorys.
Opowiada, że jej dom nie był szczęśliwy. Tata przetrwał jako jedyny z ośmioosobowej rodziny i nosił w sobie poczucie winy do końca życia. Nie
lubił ludzi. Ona też zawsze czuła się niewystarczająca. Jakby żyła w zastępstwie.
Spędza wiele godzin na rozmowach z Ocalałymi. Czują, że mogą się jej
zwierzyć, że w sposób symboliczny jest także ich dzieckiem. Tami cieszy
się, że udało się jej nie zgorzknieć. Ona lubi ludzi, życie. Ale Zagłada
wisi na niej, to osobisty emocjonalny bagaż.
- Mam siostrę, mieszka w Stanach, odcięła się od tego wszystkiego.
Pamiętam, jak kiedyś na Facebooku w Dzień Ojca zamieściła zdjęcie taty i napisała, że za nim tęskni. Jaka byłam wkurzona! Jak to tęskni? Przecież
on był dla nas okropny. Ja nie tęsknię! Zwierzyłam się potem z tej
sytuacji mojej terapeutce. Powiedziała krótko: "Ale jak masz za nim
tęsknić, skoro dwadzieścia cztery godziny na dobę nosisz go w sobie?". I taka jest prawda - potwierdza Tami.
W radzeniu sobie z emocjami pomaga jej sztuka. Jak mówi - sprawia, że
może usiąść nad tym wszystkim na chmurze.
Kilka lat temu zrobiła wystawę feministyczną. W przestrzeni centrum
handlowego postawiła sto manekinów. Każdy przyozdobiła inna izraelska
artystka. Projekt Tami nazwała Hey, Buba, co można tłumaczyć jako
Hej, laleczko.
- A mnie właśnie chodzi o to, żeby pokazać, że nie jesteśmy laleczkami.
Nie jesteśmy jak te manekiny, puste w środku, i nie mamy takich ciał jak
ten sklepowy ideał. Kiedy byłam młodsza, myślałam, że to, iż jestem
piękna, to moja jedyna wartość. Dopiero gdy skończyłam pięćdziesiąt lat,
zrozumiałam, że wcale nie o to chodzi w kobiecości - komentuje Tami.
Były przeróżne odsłony manekinów - boginie, wojowniczki, matki, w strojach haute couture, nagie, zwierzęce.
- Kiedy widziałam, jak ta wystawa rezonuje, jak zasila kobiety, i ja
poczułam się silna. Poczułam się wystarczająca - Tami ciągnie swoją
opowieść.
Oprowadza mnie też po muzeum. Znajduje się tam głównie sztuka, którą
tworzą i tworzyli Ocalali. Są także ich zdjęcia, wideoświadectwa. Moją
uwagę przykuwa atrapa obozowej pryczy i lalki ubrane w bawełniane
pidżamkowe pasiaki.
- Nasze muzeum nie ma wielkich zbiorów jak Jad Waszem czy Lohamei
HaGetaot, nie ma funduszy, radzi sobie przy pomocy datków i darów - Tami
jakby chciała się usprawiedliwić.
Niepotrzebnie. Bo dzięki pewnemu pomysłowi muzeum stało się słynne na
cały świat. Przyjechałam dopytać właśnie o ten pomysł.
W biurze witam się z dyrektorem Yad Ezer, Shimonem Sabagiem. Kilka lat
temu on i Isabella Greenberg, psychiatra, która pracowała w organizacji
jako wolontariuszka, wpadli na pewien oryginalny koncept terapeutyczny.
Zauważyli, że kobiety, które przeżyły Holokaust, często uważają, że ich
kobiecość nie jest pełnowartościowa. W czasie terapii wyrażały żal, że
nie miały szansy jako młode dziewczyny przeżyć radości dojrzewania. To
było poczucie straty beztroskiego cieszenia się kobiecością.
Wymyślili więc, że urządzą dla nich konkurs i terapię behawioralną w jednym. Nazwali go Miss Holocaust Survivor, nawiązując do tradycji
konkursów piękności. Dla nieobeznanych z tematem już sama nazwa może
brzmieć obrazoburczo. Wystarczy poczytać nagłówki w internecie:
"Israel's "Miss Holocaust Survivor" Beauty Pageant Raises
Eyebrows"1; "Good idea, bad execution"2. Dla
jednych konkurs był oswajaniem trudnej przeszłości, dla innych
"robieniem hecy z tragedii".
- Ale tutaj nie chodzi o urodę seniorek. To jest rytuał. Celebracja.
Uzdrawianie. Najważniejsze, żeby Ocalałe wreszcie poczuły, że są
kobietami, żeby mogły się ładnie ubrać, umalować, pozwolić sobie na
próżność - tłumaczy Shimon.
A Tami wyjaśnia, że z jej rozmów z pensjonariuszami domu wynika, że
kobiety, które przybyły po Holokauście do Izraela, czuły się osobami
drugiej kategorii. Nikt im tego nie mówił wprost, a jednak coś
wyczuwały. Odnosiły wrażenie, że są uważane za uszkodzone i podejrzane.
Bo przecież nie wiadomo, co tam się z nimi działo i czemu przeżyły.
Przez dekady miały bardzo niskie poczucie własnej wartości.
Oglądam zdjęcia z poprzednich edycji konkursu. Odbyło się już ich pięć,
z pięcioma laureatkami: Chava, Shoshana, Rita, Anna, Tova. Ich zdjęcia
można od razu zauważyć w biurze Yad Ezer.
Dopytuję, jak przebiega konkurs.
Kilkanaście kandydatek na miss pokazuje się wspólnie na scenie w strojach, które same wybrały ze swojej szafy. Najczęściej to eleganckie
sukienki. Wcześniej przez kilka dni na próbach uczą się choreografii. W dniu wyborów fryzjerki je czeszą, makijażystki malują. Tak przygotowane
wychodzą na podest w rytm muzyki. Bardzo lubią na przykład do Stayin'
Alive Bee Geesów.
Najważniejszym punktem programu jest opowieść kandydatek o sobie i swoich wojennych przeżyciach. Teraz już pojedynczo pojawiają się na
scenie, oświetlone, wystrojone. Gwiazdy. Jurorzy to najczęściej
dziennikarze, lokalni politycy, osobowości medialne. Każda edycja jest
obficie komentowana, przyjeżdża prasa z całego świata, a sportowa hala
Romema Areny w Hajfie, gdzie odbywa się konkurs, po brzegi wypełnia się
ludźmi.
- A jak się wybiera miss? Jakie są kryteria? - pytam.
- Wiadomo, że tutaj nie chodzi o rywalizację, że wszyscy są wygrani -
Tami się kryguje.
- Ale jakoś wybrać trzeba - dociekam.
- Myślę, że wygrywa radość życia - mówi w końcu.
To wyjaśnienie przypomina mi się za każdym razem, kiedy patrzę na Ritę
podczas naszej rozmowy w Neszer. Ma kwiecistą sukienkę bez rękawów, nosi
się jak młoda dziewczyna i taką też ma gestykulację. Często uśmiecha się
do mnie, łapie za rękę, przytula.
Jej synowa tłumaczy mi, podczas gdy Rita w kuchni robi nam następną
kawę, że w domu spokojnej starości jest duszą towarzystwa. Telefon w mieszkaniu też ciągle dzwoni. Uwielbia spotykać się z przyjaciółkami, a w tai-chi jest prawdziwą mistrzynią.
- W kobietach najważniejsza jest siła - oświadcza Rita znad filiżanki
kawy. - Moja mama dożyła stu jeden lat, ja mam już prawie
dziewięćdziesiąt. Nie miałam łatwego życia, ale nigdy się nie poddałam.
Chciałabym, abyś napisała, że kobiety powinny mieć równe prawa z mężczyznami. Mają kształcić się tak samo, być równe w pracy i w domu. W tym konkursie chodzi właśnie o pokazanie naszej siły. Siła jest
najpiękniejsza. Napisz to, proszę.
Nie mogłabym takich słów, jak te wypowiedziane przez Ritę, nie przekazać
dalej.
Napisałam więc tę książkę.
I choć opowiedziane przeze mnie historie dotyczyć będą różnych miejsc,
odmiennych wojennych doświadczeń - kobiet, mężczyzn, Żydów, nie-Żydów,
mieszkańców Polski, Izraela, Wielkiej Brytanii, Czech, Stanów
Zjednoczonych - łączy je ta sama nić historii, traumy oraz pamięci.
Z tej nici tkamy nasz wspólny los.
Zaczęło się od przeczytania wywiadu rzeki z Alicją pod intrygującym
tytułem Czesałam ciepłe króliki. Lektura była tak przejmująca, że nie
mogłam się opanować przed zakreśleniem co trzeciego zdania. Czułam,
jakbym słuchała kogoś bardzo bliskiego. Szczególnie zapamiętałam jedną
wypowiedź.
Dariusz Zaborek pyta: "Czy kobiety w Ravensbrück próbowały zachować
kobiecość?". Alicja odpowiada: "Oczywiście. Przede wszystkim myły się -
w lodowatej wodzie, spały na upranych chustkach, żeby wyglądały jak
uprasowane. Pamiętam, że ja zawsze dbałam o wygląd".
Już wiedziałam, że musimy porozmawiać.
Alicja od dekad mieszka na warszawskim Mokotowie. Ma już prawie sto lat.
Wita mnie uczesana, umalowana, w stylowym fioletowym swetrze i niebieskich kolczykach, które migocząc, podkreślają błękit jej oczu.
Dziwi się, że dzisiejsi seniorzy tak lekceważą kolor, noszą się zwykle w beżach i czerniach. Posiwiała już jako dwudziestolatka. Obóz, śmieje
się, co zrobić. Ale platynowy blond na jej starannie ułożonych lokach
wygląda, jakby nosiła go od młodości.
- Czemu mam wyglądać staro, nie wystarczy, że już jestem stara? - pyta
bardziej retorycznie.
Dzisiaj dba o siebie z taką samą pieczołowitością, jak przez całe życie.
Pielęgnowanie urody to przecież jego część. Dlaczego miałoby tego nagle
zabraknąć, skoro człowiek wciąż żyje? Każdego ranka obowiązkowy jest
rytuał toalety, bez wymówek - to ważna zasada Alicji.
Twierdzi, że wygląd nie jest obojętny dla historii życia danej osoby.
Gdziekolwiek ta osoba by się znalazła. Przychodzi ktoś zadbany, pogodny,
nienarzekający, to od razu budzi sympatię. Otwiera się brama między
ludźmi.
- W obozie też? - pytam.
- W obozie też.
Pierwszy raz widziałam się z Alicją wiele lat temu, jeszcze jako
studentka warszawskiego kulturoznawstwa, kiedy zrozumiałam, że ubrania
mogą wiele powiedzieć o obozowym doświadczeniu. Wtedy pisać na ten temat
nie miałam śmiałości. Chciałam tylko poznać kogoś, kto powie mi, czy mam
prawo o tym myśleć. Zapamiętałam jej zdziwienie, że tak się przejmuję.
Przez lata dodawało mi to otuchy.
W lipcowe upalne popołudnie dziesięć lat później jest tak samo
zdziwiona. A ja pewniejsza siebie i tym razem nagrywam rozmowę.
Zachwycam się jej wyglądem, ona przyjmuje komplementy, ale odpowiada mi
przytomnie, że najważniejsza jest głowa. Bez niej atrakcyjność niewiele
pomoże. Bo to w niej się atrakcyjność rodzi.
Pani Krysia, która od lat pomaga Alicji prowadzić dom, robi nam herbatę
i siadamy w salonie. Alicja tłumaczy, że najtrudniejsze w opowiadaniu
historii obozowej nie jest samo jej ponowne przeżywanie, ale to, żeby
oddać wydarzenia naprawdę realnie. Trzeba więc pamięć znów dostosować do
tamtej sytuacji. Pozbyć się gruzu następnych dekad i doświadczeń.
Wyczyścić zdania, które nasuwają się odruchowo, całymi zbitkami,
zmobilizować się i ze zrozumieniem wysłuchać pytań rozmówcy.
Ci, którzy nie chcą odpowiednio o swoją pamięć zawalczyć, będą o obozach
opowiadać tak, jakby nic nie mówili. Sporo takich historii wysłuchała.
Dlaczego tak się dzieje? Z różnych powodów. Na przykład ze względów
propagandowych - by się przypodobać. Lub ze względów towarzyskich.
Czasem po to, by pokazać, że w obozach było lepiej niż w rzeczywistości.
Częściej - żeby pokazać, że było gorzej niż w rzeczywistości. Siebie
pokazać inaczej. W pozytywnym świetle.
W czasie naszej rozmowy Alicja musi więc przejść na drugą stronę lustra.
Musi - jak mówi - przeistoczyć się. A wcale nie jest to takie proste.
Cieszy się, że chcę podjąć temat ubrań i wyglądu w obozie. Żałuje, że
jeszcze się tym nikt dogłębnie nie zajmował. To przecież był bardzo
ważny aspekt obozowego życia. Większość ludzi myśli, że były tylko
pasiaki. Koledzy i koleżanki noszą je na uroczystościach
wspomnieniowych. Ona nigdy. Po co jakiś teatr robić?
Tłumaczy, że tyle przecież opowieści o ubraniach w obozie, ilu ludzi.
Każdy miał inną odzieżową historię, tak jak każdy ma inny charakter
pisma.
- Dziecko, mnie została po tym wszystkim taka świadomość, że nie ma
sytuacji, w której by człowiek, a kobieta zwłaszcza, nie myślał, jak się
ubrać. Jeśli ci mówią, że kto tam myślał o takich rzeczach, to nie wierz
- zapewnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki