Historia zwyczajnego człowieka - Waleria Marrene-Morzkowska

-
Proszę czekać

HISTORIA ZWYCZAJNEGO CZŁOWIEKA

Kocham Warszawę! Nic dziwnego. Urodziłem się w niej, tu pełzałem dzieckiem, biegałem chłopakiem... Teraz, pochylony starością, włóczę się po jej ulicach... Wiem, w którym miejscu spocznę na Powązkach. Coraz mam więcej znajomych w tej dzielnicy umarłych, a coraz mniej na świecie: to i nie straszne będzie mi się położyć tam, gdzie są wszyscy moi.

Chodzę tymczasem po ulicach miasta... Tu nigdy nie jestem samotny: z drzew, ogrodów, z okien kamienic, nawet z bruku ulic powstają tłumione wspomnienia; a ja uśmiecham się, weselę, smucę, drżę z trwogi lub nadziei, rozpaczam... jak niegdyś.

Bądźcie jednak spokojni. Nie jestem żadnym bohaterem... Jam człowiek zwyczajny. Ale i najzwyczajniejszy musi dźwigać to, co na niego padnie, a przyjdą czasem takie chwile, że pomyśli: "Bodajbym się był nigdy nie rodził".

Nie same smutki miałem w życiu... Broń Boże... Tylko radości były krótkie, smutki długie, a może też one lepiej tylko wrażają się w pamięć? Wyśmiewają się z nas starych, bo mówimy, że dawniej wszystko było lepiej na świecie. Raz nawet jeden mój kolega zaprowadził mnie do teatru na "Safandułów" i pokazując mi ich na scenie, powiedział:

- Patrz, stary! To my!

Czy dawniej było lepiej? - To wielkie pytanie. Sprzeczać się w tym względzie nie myślę. Nam niezawodnie było lepiej, bośmy byli młodzi. Ale że było inaczej, to inaczej. Ot, na przykład, Leszno. Jaka to była ulica! Może się ona tak bardzo nie odmieniła; to jednak pewna, że dziś wcale inaczej wygląda. Wspaniała ulica przyćmioną została przez daleko wspanialsze i straciła swoje znaczenie tak, jak kolor blaknie jeden przy drugim.

Dawniej znali się tu prawie wszyscy. A właściciele domów? No, tym kłaniano się i znać było, gdy który przechodził ulicą, po obiedzie, na czarną kawę i gazetę, do cukierni.

Na rogu ulicy Rymarskiej była cukiernia Juwena. Co tam były za ciastka!... Nigdy w życiu nie jadłem podobnych. Babki śmietankowe kosztowały trzy grosze, a były większe niż dzisiaj kajzerki. W cukierni siedziała zwykle sama pani Juwenowa, ogromna, z trzema podbródkami, najtłustsza kobieta w całej Warszawie. Wielka mi sztuka - myślałem sobie nieraz - gdyby mnie tylko do cukierni puszczono i pozwolono, jak jej, jeść, co mi się podoba, i ja bym się pewnie tak upasł na śmietankowych babkach! Same rozpływały się w ustach.

W niedzielę wszyscy spotykali się w kościele karmelickim, bo wówczas nie wyszukiwano modnych nabożeństw ani kaznodziejów, nie dobierano godzin dogodnych; nie trzeba też było obawiać się tłoku. Każdy szedł do parafii, na summę, bez wymysłów żadnych, jak Pan Bóg przykazał.

Na dalekie spacery się też nie chodziło; do ogrodu - to co innego! W aleje, do Łazienek, jeździł tak zwany "świat". Ale my, urzędnicy, bywaliśmy tam co najwyżej raz na rok w jakie nadzwyczajne święto. Bo też to było strasznie daleko - za miastem.

O ulicach: Kruczej, Żurawiej, Hożej nikt nie słyszał, a kiedy Minter stawiał dom, w którym dziś mieści się poczta, śmiano się z niego, bo wszyscy mówili, że na takim pustkowiu nie będzie miał wcale lokatorów.

My nie należeliśmy do "świata" i wcale nas to nie martwiło. Ojciec był urzędnikiem, mnie także do tego samego zawodu przeznaczał. Nie potrzeba tu było wielkich mądrości. Skończyło się czasem sześć klas gimnazjalnych, czasem tylko cztery, czasem i mniej, jak było można, i szło się na aplikację. Aplikowało się darmo rok, dwa lata, niekiedy i więcej, a potem brało się pensję, awansując po maleńku. Pensje były niewielkie, ale też wszystko było tanie, a jak kto miał dwieście rubli rocznie, to już od biedy mógł się żenić i utrzymać rodzinę. Prawda, że panie same sobie szyły suknie, stroiły kapelusze, a nawet prały trudniejsze rzeczy własnymi rękami.

Mój ojciec miał dwa razy tak wielką pensję, toteż żył bardzo wygodnie. Zajmowaliśmy na dole w oficynie mieszkanie. Mieliśmy dwa duże pokoje z kuchnią, spiżarką, górą, piwnicą, drwalką, wszystko tak wygodne, że matka, wielka gospodyni, nacieszyć się nie mogła.

Nie było przedpokoju, podobno nie było nawet dzwonka, ale ten wcale nie był potrzebny. Wchodziło się przez kuchnię, od której drzwi całe lato były na oścież otwarte, a w czasie mrozów jedynie zamykały się na klamkę.

Gości nie potrzeba było meldować. Nie przeszło też nigdy rodzicom przez głowę, by można kogo nie przyjąć. Goście, stosownie do godności lub do stopnia temperatury, rozbierali się w kuchni lub w pokoju jadalnym, chociaż równie dobrze mógł się on zwać dziecinnym, bo sypiałem tam ja, wraz ze stryjecznym bratem.

Adaś był sierotą, młodszym ode mnie o lat parę.

Tak zwany salon należał wyłącznie do rodziców, a różnił się od jadalnego jesionową kanapką, firankami w oknach i froterowaną podłogą.

Ja z Adasiem mieliśmy nasze legowisko za parawanem. Był to parawan, jakich już dziś nigdzie nie widać; przedstawiał niezmierną rozmaitość. Były tam naklejone różne figurki, jedne dziwaczniejsze od drugich. Zwykle rano, gdyśmy się obudzili z Adasiem, były one przedmiotem niewyczerpanych rozmów.

Mnie bawiła szczególniej jakaś wyfiokowana pani w żółtej, wyciętej sukni, uciekająca przed uśmiechniętym staruszkiem, którego postać kryło mnóstwo mioteł niesionych na plecach.

Podobno były to postacie z jakiejś starej sztuki "Chłop milionowy". Z powodu tego starca, grożącego żółtej pani, ojciec śpiewał piosnki z tej sztuki, z których parę wierszy pamiętam: