Wrzesień to miesiąc, w którym kończą się wakacje. Dzieci i młodzież rozpoczynają nowy rok szkolny. Idą do szkoły radośnie. Niektórzy są szczególnie przejęci. Jest to dla nich pierwszy dzień nowej, szkolnej przygody. Pierwszego września 1939 roku, za czasów naszych dziadków i pradziadków, miało być podobnie. Jednak z końcem wakacji lekcje odwołano. Aczkolwiek byli i tacy uczniowie, którzy temu nie dowierzali. Wśród nich było kuzynostwo, Władzia i Staś. Chcąc spotkać się z koleżankami i kolegami, o poranku wyruszyli do szkoły. Po drodze mijali znajome im domy i kamienice. Był piękny wrześniowy poranek. Na trawie kropelki rosy, niebo niemal bezchmurne, powietrze rześkie. Słońce świeciło tak, jakby nie chciało dać poznać, że mija lato.
Z oddali usłyszeli nagle donośny dźwięk. Władzia i Staś przystanęli. Zaczęli rozglądać się wokół, chcąc rozpoznać, skąd dochodzi. Dźwięk wzbierał na sile. Dzieci uniosły głowy. Spojrzały w niebo i dostrzegły nadlatujące z zachodu samoloty. Jeden wyraźnie mknął przed pozostałymi. Kiedy obniżył lot, zobaczyły dziwne symbole. Nie były to symbole polskiego lotnictwa. Władzia wiedziała o tym doskonale. Polskie samoloty mają przecież biało-czerwone znaki, a na tym było wyraźnie widać czarny krzyż i jakiś drugi znak. Dziewczynka po raz pierwszy zobaczyła go w gazecie, którą kiedyś czytał jej tata. Pamięta dobrze, że zapytała go o ten znak. Tata odpowiedział jej wtedy, że tego znaku używa jeden z sąsiadów Polski - Niemcy. Teraz Władzi przypomniała się ta krótka rozmowa z tatą. Krzyknęła więc do Stasia:
- To Niemcy!
W pewnej chwili niemieckie samoloty przeleciały im nad głowami. Huk nisko lecących maszyn rozległ się po całym miasteczku. Starsza od Stasia Władzia pomyślała: "obce wojskowe samoloty nad naszym polskim niebem chyba nie oznaczają nic dobrego. Źle zrobiliśmy, nie dowierzając, że zajęcia w szkole zostały odwołane. Rodzice będą się gniewać". Kuzynostwo stało jeszcze chwilę zaskoczone tym widokiem. Nagle, zza budynków, wyłonił się kolejny samolot niemiecki. Zniżył on lot tak bardzo, że niewiele odstępu pozostało między jego skrzydłami a kominami i dachami miejskich kamienic. Staś zdążył jeszcze krzyknąć do Władzi:
- Uciekamy!
Wystraszeni ukryli się w jednym z budynków. W przedsionku stała już gromadka innych dzieci. Wszystkie były zaniepokojone i nie wiedziały, co zrobić. Nie wiedziały też, co oznacza ten przelot niemieckich samolotów. Po krótkiej rozmowie, Władzia powiedziała do Stasia:
- Wracajmy szybko do domu.
Dzieci wyruszyły w drogę powrotną. Odtąd szły ostrożnie. Zauważyły, że atmosfera w miasteczku stała się zupełnie inna. Uliczki opustoszały. Władzia i Staś minęli główną ulicę i skręcili w prawo. Gdzieś z oddali dochodził ich odgłos równego żołnierskiego marszu. Dzieci dostrzegły też fragment muru. Umożliwiał on obserwację w taki sposób, aby nie zostały zauważone. Władzia dała znak młodszemu Stasiowi, by przystanęli przy murze. Wzdłuż niego, z jego drugiej strony, dumnie maszerowało wojsko. Chłopiec, zawsze chętny do żartów, zaczął maszerować w miejscu, zupełnie tak, jak idący żołnierze. Władzia lekko szturchnęła kuzyna i cichutko go skarciła:
- Nie wygłupiaj się. Lepiej, żeby nikt nas nie zobaczył. To nie jest przecież polskie wojsko.
Zauważyła to po mundurach. Chwilę później usłyszeli komendę w języku niemieckim, wydaną maszerującym żołnierzom.
Dalsza część w wersji pełnej