Rozdział 5: Roswell - Anatomia mitu i faktów (Lipiec 1947)
Początek lipca 1947 roku zapisał się w amerykańskiej historii z wielu powodzy. Był to czas, gdy zimna wojna dopiero nabierała kształtu, gdy naród wciąż otrząsał się po świeżo zakończonej wojnie światowej, a przede wszystkim - gdy Kenneth Arnold zaledwie kilkanaście dni wcześniej wprowadził do języka termin "latające spodki". Ameryka była rozpalona. Gazety prześcigały się w doniesieniach o kolejnych obserwacjach, a wyobraźnia społeczna pracowała na najwyższych obrotach. I wtedy, w sam środek tego narodowego gorączkowania, uderzyła wiadomość, która do dziś pozostaje epicentrum współczesnej ufologii.
8 lipca 1947 roku Roswell Daily Record wyszedł z tytułem, który na zawsze zmienił to senne miasteczko w Nowym Meksyku: "RAAF Captures Flying Saucer on Ranch in Roswell Region" - Siły Powietrzne przechwytują latający spodek na ranczu w okolicy Roswell. Świat wstrzymał oddech. Ale zaledwie dwadzieścia cztery godziny później nastąpiło wycofanie się z tej rewelacji, które zamiast zgasić ogień, podsyciło go na siedem dekad.
Czym właściwie był incydent w Roswell? Czy to najważniejsze wydarzenie w historii badań nad UFO, czy może jeden wielki błąd w identyfikacji, który wymknął się spod kontroli? I jak to możliwe, że po niemal osiemdziesięciu latach wciąż nie mamy jednoznacznej odpowiedzi?
Świadek: William "Mac" Brazel
Zacznijmy od początku. Około 75 mil na północny zachód od Roswell, w pobliżu miejscowości Corona, znajdowało się ranczo należące do J.B. Fostera, prowadzone przez siedemdziesięcioletniego Williama "Maca" Brazela. Był to człowiek starej daty, pasterz i farmer, który większość życia spędził na pustynnych terenach Nowego Meksyku. Nie miał telefonu, nie czytał gazet na bieżąco, żył w rytmie wyznaczanym przez pory roku i potrzeby owiec.
Wieczorem 2 lipca 1947 roku - tego samego dnia, gdy Dan Wilmot, miejscowy sprzedawca artykułów żelaznych, siedząc z żoną na tarasie swojego domu w Roswell, zauważył "duży, jarzący się przedmiot" przelatujący z dużą prędkością w kierunku północno-zachodnim - nad ranczem Brazela wydarzyło się coś, co miało zmienić bieg historii.
Tej nocy, jak później relacjonował, usłyszał potężny huk, głośniejszy niż grzmot. Nie przywiązywał do tego wagi - burze na pustyni nie są rzadkością. Następnego ranka, wyruszając na codzienny objazd pastwisk, znalazł coś, czego się nie spodziewał. Na obszarze około trzech czwartych mili długości i dwustu, trzystu stóp szerokości teren był zaśmiecony dziwnymi przedmiotami.
Brazel opisywał to później w Roswell Daily Record z 9 lipca: "Główną część wraku stanowiły cienkie kawałki gumy, folia aluminiowa, dość gruby papier i kawałki czegoś, co przypominało taśmę maskującą, ale było znacznie grubsze i bardziej lepkie. Były też kawałki drewna, które wyglądały jak balsa, ale były twardsze". Co ciekawe, Brazel podkreślał, że nie znalazł żadnych metalowych części, silników ani niczego, co przypominałoby typowe elementy konstrukcyjne samolotu.
Przez kilka dni Brazel zbierał te szczątki, układając je w sterty, ale nie spieszył się z doniesieniem. Dopiero 5 lipca, gdy wybrał się do miasteczka Corona, usłyszał o "latających spodkach" i zdał sobie sprawę, że to, co znalazł, może być czymś więcej niż tylko śmieciem. Następnego dnia, 6 lipca, pojechał do Roswell i zgłosił się do biura szeryfa George'a Wilcoxa.
Szeryf Wilcox, słuchając opowieści Brazela, zrobił to, co wydawało się naturalne - zadzwonił do pobliskiej bazy lotniczej Roswell Army Air Field. Wysłuchał go oficer wywiadu, major Jesse A. Marcel.
Major Jesse Marcel: Pierwszy świadek wojskowy