Historia Świata - Profesor Absurd

Kup ebooka

38.45 zł
31.91 zł (38,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Każda historia świata zaczyna się od kłamstwa, ponieważ autor musi wybrać moment, od którego to wszystko się zaczęło. Jedni zaczynają od Mezopotamii, inni od pierwszych ludzi, bardziej ambitni od powstania Ziemi, a najbardziej bezczelni od Wielkiego Wybuchu, jakby ktoś miał dostęp do protokołu zebrania sprzed trzynastu miliardów lat i mógł z całą pewnością powiedzieć: "tak, dokładnie wtedy ruszył projekt". Niniejsza książka przyjmuje podejście jeszcze poważniejsze. Zaczyna tam, gdzie kończy się rozsądek, ale robi to z odpowiednią miną i tonem człowieka, który właśnie odkrył coś fundamentalnego, choć w rzeczywistości źle odczytał mapę. Nie będzie tu skromności. Skromność jest dla tych, którzy nie potrafią połączyć dinozaurów z bankowością centralną. Od razu trzeba też wyjaśnić, że nie jest to historia świata w sensie szkolnym. Nie interesuje mnie mechaniczne wymienianie dat, dynastii i bitew, ponieważ po kilku stronach człowiek zaczyna mieć wrażenie, że ludzkość składała się wyłącznie z królów, generałów i ludzi podpisujących traktaty. Tymczasem prawdziwą historię tworzą również przypadek, idiotyzm, plotka, źle zrozumiany symbol, niekompetentny urzędnik, pijany marynarz, ambitny bankier, człowiek, który zobaczył światło na niebie, i ten jeden kretyn, który po pięciu godzinach oglądania filmu w internecie postanowił, że wszystko rozumie. Gdyby historię pisać uczciwie, co drugi rozdział powinien nosić tytuł "Nikt nie wiedział, co robi".

W tej książce wychodzimy więc z założenia odwrotnego. Ktoś zawsze wie, co robi. Jeśli coś się wydarzyło, ktoś musiał to zaplanować. Jeśli nikt nie wygląda na planistę, planista był ukryty. Jeśli planista nie zostawił dokumentów, był profesjonalistą. Jeśli zostawił dokumenty, najwyraźniej chciał, żebyśmy je znaleźli. Jeśli dokument przeczy naszej hipotezie, jest falsyfikatem. Jeśli ją potwierdza, jest przełomem. W ten sposób można zbudować system myślenia niezwykle trwały, odporny na krytykę i w pełni samowystarczalny. To znaczy dokładnie taki, jaki Profesor Absurd lubi najbardziej.

Nie będzie tu zatem żadnego nudnego rozdzielania faktów od bzdur. Fakty są zbyt cenne, żeby zostawić je samym sobie. Trzeba je odpowiednio ustawić. Piramida stoi. UFO bywa widywane. Banki istnieją. Napoleon był w Egipcie. Titanic zatonął. Kennedy nie żyje. Księżyc pokazuje nam jedną stronę. Wszystkie te fakty są prawdziwe, a zatem muszą być ze sobą powiązane. Nie ma przecież możliwości, żeby rzeczywistość zawierała tak wiele ciekawych elementów przypadkowo. Przypadek jest słowem używanym przez ludzi, którym zabrakło odwagi do postawienia strzałki na tablicy.

Czytelnik powinien więc przyjąć właściwą postawę badawczą. Nie wolno pytać: "czy to prawda?". To pytanie jest intelektualnie ubogie. Należy pytać: "dlaczego oni nie chcą, żebym w to uwierzył?". Od tej chwili wszystko staje się prostsze. Brak dowodu przestaje przeszkadzać. Sprzeczność zmienia się w kamuflaż. Nauka, która przez stulecia mozolnie sprawdzała hipotezy, okazuje się jedynie skomplikowanym systemem unikania oczywistych odpowiedzi. Jeśli geolog mówi, że góra powstała przez ruchy tektoniczne, pytamy, kto tym wszystkim poruszał. Jeśli astronom mówi, że Księżyc krąży zgodnie z prawami fizyki, pytamy, kto te prawa zatwierdził. Jeśli biolog mówi o ewolucji, pytamy, dlaczego małpy się nie przyznają.

Nie oznacza to jednak, że niniejsza praca lekceważy naukę. Przeciwnie. Będziemy używać jej bez litości, wszędzie tam, gdzie przydaje się do potwierdzenia wcześniej przyjętego wniosku. Datowanie radiowęglowe będzie znakomite, dopóki pasuje. Astronomia będzie wybitna, dopóki nie zacznie mówić, że Księżyc jest zwyczajną skałą. Genetyka zostanie potraktowana z najwyższym szacunkiem, zwłaszcza kiedy chromosom numer 2 zacznie wyglądać jak ślad po ingerencji. Historia sztuki będzie nieoceniona przy analizie oka w trójkącie. Archeologia natomiast, jak zawsze, zostanie poproszona o opuszczenie sali, gdy zacznie przeszkadzać.

Wszystkie epoki otrzymają należne im tajemnice. Prehistoria będzie miała obcych inżynierów. Starożytność - Atlantydę i technologię wyrytą w kamieniu. Średniowiecze - templariuszy, relikwie i dokumenty, które oczywiście spłonęły. Nowożytność - masonów, alchemików i monarchów udających, że nie wiedzą. Wiek XIX dostanie bankierów, kolej i Teslę, ponieważ każda epoka potrzebuje jednego człowieka, który wiedział za dużo. XX wiek dostanie służby specjalne, Roswell, Antarktydę, Księżyc, zamachy i tę szczególną kategorię archiwum, w którym każda zamazana linia znaczy więcej niż wszystkie czytelne. XXI wiek nie potrzebuje już tajnego stowarzyszenia. Wystarczy algorytm.

Będzie też dużo ludzi ważnych, ale nie dlatego, że byli ważni w zwykłym sensie. Ważny jest każdy, kto pojawia się przy wystarczającej liczbie dziwnych wydarzeń. Jeśli polityk był jednocześnie masonem, bankierem i właścicielem psa, natychmiast należy sprawdzić rasę psa. Jeśli wynalazca interesował się alchemią, jego patenty trzeba czytać wspak. Jeśli ktoś odwołał podróż Titanikiem, sprawa jest praktycznie zamknięta. Badanie historii wymaga czujności.

Wypada również uczciwie uprzedzić czytelnika, że część tez zawartych w tej książce jest sprzeczna nie tylko z wiedzą naukową, ale także między sobą. Nie stanowi to problemu. Świat jest złożony. Jeśli Hitler jednocześnie umarł w bunkrze, uciekł do Argentyny i mieszkał na Antarktydzie, oznacza to jedynie, że operacja była bardziej zaawansowana, niż dotąd sądzono. Być może użyto sobowtórów. Być może klonów. Być może podróży w czasie. Nie wolno przedwcześnie ograniczać zakresu badań tylko dlatego, że trzy wersje wydarzeń nie mieszczą się w jednej rzeczywistości.

Najważniejszym celem tej pracy nie jest jednak udowodnienie, że świat jest sterowany przez ukrytą elitę, obcych, bankierów, masonów albo zbyt inteligentne algorytmy. To byłoby proste. Znacznie ambitniejsze jest pokazanie, że człowiek zrobi wszystko, byle nie przyjąć faktu, że duża część historii powstała bez jednego centralnego planu. Chaos obraża naszą inteligencję. Przypadek obraża nasze ego. Głupota obraża potrzebę sensu. Dlatego za każdą katastrofą szukamy architekta. Nawet zły architekt jest lepszy niż brak architekta.

Być może właśnie dlatego tak chętnie wierzymy w ukryte sterowanie. Świat bez tajnego kierownictwa jest przerażający. Oznaczałby, że kryzysy powstają, ponieważ tysiące ludzi popełniają błędy. Wojny wybuchają, bo kilka państw źle ocenia sytuację. Katastrofy zdarzają się, ponieważ ktoś nie dokręcił śruby. Rynek upada, ponieważ ludzie uwierzyli w zbyt drogie domy. Państwa podejmują decyzje na podstawie prezentacji przygotowanych o drugiej w nocy. Takiej rzeczywistości nie da się szanować. Potrzebujemy więc Iluminatów.

Niniejsza książka spełnia tę potrzebę w sposób odpowiedzialny. Będzie przedstawiać bzdury z taką pewnością, na jaką zasługują. Będzie łączyć fakty, które nie mają ze sobą nic wspólnego, z precyzją chirurga po trzech kawach. Będzie wyciągać wnioski tam, gdzie zwykły badacz zacząłby od pytania. I będzie robić to wszystko tonem profesora, który przez trzydzieści lat pracował nad problemem, którego nie ma. Jeżeli więc w pewnym momencie czytelnik zacznie myśleć: "chwila, to przecież kompletnie bez sensu", proszę się nie niepokoić. Właśnie wtedy metoda zaczyna działać.

Rozdział 1Początki wszechświata

Historia świata zaczyna się od wybuchu, co już samo w sobie powinno wzbudzić podejrzenia, ponieważ rzeczy dobrze zaplanowane rzadko zaczynają się od eksplozji. Bank, urząd skarbowy, małżeństwo, budowa obwodnicy - wszystko to potrzebuje dokumentacji, pieczątek, zezwoleń i przynajmniej jednego człowieka, który przez sześć tygodni nie odpowiada na wiadomości. Wszechświat natomiast, według wersji oficjalnej, pojawił się około 13,8 miliarda lat temu właściwie bez papierów. Nie było komisji, przetargu ani konsultacji społecznych. Nagle nastąpił Wielki Wybuch i już. Nauka nazywa to początkiem ekspansji czasoprzestrzeni, ponieważ nauka uwielbia nadawać eleganckie nazwy wydarzeniom, których nikt nie widział. Gdy człowiek nie pamięta, co robił w sobotę między drugą a czwartą nad ranem, rodzina mówi, że się upił. Gdy fizyk nie wie, co działo się 13,8 miliarda lat temu, otrzymuje grant. Jest to pierwsza ważna różnica między życiem codziennym a kosmologią i będziemy do niej wracać.

Przez wiele lat ludziom wmawiano, że przed Wielkim Wybuchem nie było niczego. Jest to twierdzenie niezwykle wygodne, ponieważ niczego nie można przesłuchać. Nie można wezwać Niczego przed komisję, zapytać, gdzie przebywało, z kim utrzymywało kontakty i dlaczego nagle pozwoliło, aby powstało Coś. Nic nie posiada również rachunku bankowego, telefonu ani profilu na Facebooku, więc jego aktywność sprzed 13,8 miliarda lat pozostaje praktycznie niemożliwa do prześledzenia. Fizycy dodatkowo komplikują sprawę, mówiąc, że pytanie o to, co było "przed" Wielkim Wybuchem, może nie mieć sensu, ponieważ wraz z nim powstał sam czas. Proszę zwrócić uwagę na spryt tej konstrukcji. Nie tylko nie wiadomo, co się wydarzyło, ale zabrania się nawet używania słowa "przed". Gdyby podobną metodę stosował podejrzany o morderstwo, powiedziałby policjantowi: "Pytanie, gdzie byłem przed zabójstwem, jest źle sformułowane, ponieważ wraz ze śmiercią Mariana powstała środa". Raczej nie zakończyłoby to śledztwa, ale w kosmologii uchodzi za argument.

Zgodnie z dominującą teorią cały obserwowalny wszechświat znajdował się kiedyś w stanie niewyobrażalnie gorącym i gęstym. Następnie zaczął się rozszerzać. Tutaj musimy rozprawić się z popularnym nieporozumieniem: Wielki Wybuch nie był wybuchem bomby w pustej przestrzeni. Rozszerzała się sama przestrzeń. Jest to ważne, ponieważ bomba wymaga zamachowca, natomiast rozszerzająca się przestrzeń brzmi na tyle abstrakcyjnie, że nikogo nie trzeba aresztować. Podręczniki przedstawiają ten proces przy pomocy balonika z namalowanymi kropkami. Kiedy balonik się nadmuchuje, kropki oddalają się od siebie i uczeń ma zrozumieć naturę kosmosu. Czternaście miliardów lat ewolucji materii, narodziny galaktyk, gwiazd, planet, człowieka, wojny, religie, miłość, rak jelita grubego i abonamenty streamingowe zostają w ten sposób wyjaśnione przy pomocy przedmiotu rozdawanego na urodzinach sześciolatka. Być może właśnie dlatego kosmologia jest tak skuteczna. Człowiek patrzy na balonik i przestaje zadawać pytania.

W pierwszych ułamkach sekundy po Wielkim Wybuchu wydarzyło się więcej niż przez następne kilka miliardów lat, co znamy również z wesel. Temperatura była niewyobrażalna, materia zachowywała się podejrzanie, cząstki pojawiały się i znikały, a prawa fizyki dopiero ustalały, kto z kim siedzi przy stole. Według teorii inflacji kosmologicznej wszechświat w ekstremalnie krótkim czasie zwiększył swoje rozmiary w sposób tak gwałtowny, że gdyby zrobiła to gospodarka dowolnego kraju, minister finansów do końca życia występowałby w telewizji. Inflacja kosmiczna jest jednak dobra, inflacja w sklepie zła, chociaż w obu przypadkach po pewnym czasie człowiek zauważa, że wszystko jest większe, niż było. Nie wiadomo dokładnie, co napędzało tę pierwszą. Mówi się o hipotetycznym polu inflatonowym. Słowo "hipotetycznym" jest tutaj kluczowe. W nauce, jeśli czegoś nie znaleziono, ale jest potrzebne do równania, otrzymuje nazwę. W życiu prywatnym nazywa się to kłamstwem, w fizyce - modelem. Po kilku minutach sytuacja uspokoiła się na tyle, że mogły powstać pierwsze jądra lekkich pierwiastków, przede wszystkim wodoru i helu. Wszechświat był więc początkowo bardzo ubogi. Nie było złota, żelaza, tlenu, uranu, aluminium ani tego metalowego kluczyka, którym otwiera się puszkę konserwy i który zawsze urywa się w połowie roboty. Był głównie wodór. Można powiedzieć, że Stwórca, kosmici albo odpowiedzialny za inwestycję podwykonawca zaczęli od najtańszego materiału. Dopiero później gwiazdy wyprodukowały cięższe pierwiastki. To w ich wnętrzach powstały atomy, z których wiele miliardów lat później zbudowane zostały katedry, czołgi, protezy bioder, złote zegarki dyktatorów oraz plastikowe figurki sprzedawane turystom w Zakopanem. Carl Sagan powiedział kiedyś, że jesteśmy zbudowani z gwiezdnej materii. Brzmi to pięknie, dopóki nie zobaczy się człowieka jedzącego kebab o czwartej rano. Wtedy pojawia się uzasadnione pytanie, czy gwiazdy rzeczywiście wiedziały, co robią.

Przez około 380 tysięcy lat wszechświat pozostawał gorącą, nieprzezroczystą zupą. Określenie "zupa" jest oczywiście naukowe tylko wtedy, gdy wypowiada je profesor. Potem temperatura spadła na tyle, że elektrony mogły połączyć się z jądrami atomowymi i światło zaczęło swobodnie podróżować przez przestrzeń. Pozostałość tego światła obserwujemy dziś jako mikrofalowe promieniowanie tła. Odkryli je w 1964 roku Arno Penzias i Robert Wilson, którzy początkowo nie wiedzieli, skąd bierze się uporczywy szum w ich antenie. Podejrzewali nawet ptasie odchody. Jest to jedna z najpiękniejszych historii nauki: dwóch ludzi próbuje usunąć gołębie gówno z aparatury i przypadkiem znajduje echo narodzin wszechświata. Trudno o bardziej uczciwą metaforę ludzkiego poznania. Szukamy odpowiedzi na pytanie o sens istnienia, a najpierw musimy wejść na dach z wiadrem.

Oficjalnie promieniowanie tła stanowi jeden z najmocniejszych dowodów na teorię Wielkiego Wybuchu. Nieoficjalnie jest to szum dochodzący ze wszystkich stron nieba. Każdy, kto mieszkał w bloku, wie, że szum dochodzący ze wszystkich stron nie jest dowodem narodzin wszechświata, lecz tego, że sąsiad znowu wierci. Dlaczego więc kosmolodzy odrzucili tę możliwość? Odpowiedź jest prosta: ponieważ w 1964 roku nie istniały wiertarki zdolne objąć swoim zasięgiem obserwowalny wszechświat. Przynajmniej oficjalnie. Dokumentacja firmy Bosch z tego okresu nie została jednak w niniejszej pracy przebadana, dlatego uczciwość naukowa nakazuje pozostawić tę kwestię otwartą.

Po kilkuset milionach lat pojawiły się pierwsze gwiazdy. Nie wiemy dokładnie, jak wyglądały, bo żadna nie zachowała się w stanie umożliwiającym merytoryczną rozmowę. Były prawdopodobnie ogromne, gorące i żyły krótko, czyli reprezentowały model kariery, który w późniejszych epokach przejmą gwiazdy rocka. Umierały w potężnych eksplozjach supernowych, rozsiewając cięższe pierwiastki po przestrzeni. Z tego materiału powstawały kolejne gwiazdy i planety. Kosmos zaczął się organizować w galaktyki, gromady i struktury przypominające ogromną sieć. Naukowcy nazywają ją kosmiczną siecią. Jest to interesujące, ponieważ kiedy zwykły człowiek rysuje na kartce sieć połączeń między wydarzeniami, zdjęciami polityków i logo banków, rodzina zaczyna się martwić. Kiedy robią to astronomowie, publikują artykuł w "Nature".

Nasza galaktyka, Droga Mleczna, powstała ponad trzynaście miliardów lat temu i zawiera setki miliardów gwiazd. Liczba ta powinna skłaniać do pokory, ale człowiek nie jest zwierzęciem szczególnie podatnym na pokorę. Wystarczyło, że pojawił się na jednej niewielkiej planecie przy jednej przeciętnej gwieździe, a niemal natychmiast uznał, że cały kosmos został przygotowany specjalnie dla niego. Przez tysiąclecia umieszczaliśmy Ziemię w centrum wszechświata, potem Słońce, potem własną galaktykę, a kiedy nauka kolejno odbierała nam wszystkie uprzywilejowane pozycje, założyliśmy konta w mediach społecznościowych, żeby przynajmniej tam ponownie znaleźć się w centrum. Trudno walczyć z naturą.

Około 4,6 miliarda lat temu z obłoku gazu i pyłu powstał Układ Słoneczny. W centrum znalazło się Słońce, dookoła planety, asteroidy i rozmaite kosmiczne śmieci. Ziemia uformowała się około 4,54 miliarda lat temu. Początkowo była miejscem nieprzyjaznym: gorącym, bombardowanym przez planetoidy, pozbawionym tlenu i restauracji z dostawą. Następnie wydarzyło się coś niezwykle podejrzanego. Pojawił się Księżyc. Dominująca teoria głosi, że młoda Ziemia zderzyła się z obiektem wielkości Marsa, nazwanym przez naukowców Theią, a z wyrzuconej materii powstał nasz satelita. Zwróćmy uwagę na kolejną charakterystyczną metodę. Nie znaleziono Thei. Nie sfotografowano Thei. Nikt nie posiada fragmentu Thei z wygrawerowanym napisem "THEIA". Wiemy natomiast, że musiała istnieć, ponieważ coś uderzyło w Ziemię. Jest to rozumowanie podobne do sytuacji, w której człowiek budzi się z podbitym okiem i na tej podstawie rekonstruuje istnienie mężczyzny o imieniu Stefan.

Księżyc od początku zachowuje się zresztą podejrzanie. Jest akurat takiej wielkości i znajduje się akurat w takiej odległości, że podczas całkowitego zaćmienia niemal idealnie zakrywa tarczę Słońca. Oficjalna nauka nazywa to zbiegiem okoliczności. W tej książce będziemy często spotykali się z tym wyrażeniem. "Zbieg okoliczności" jest dla historyka tym, czym "błąd systemu" dla urzędnika: pozwala zakończyć rozmowę bez wyjaśniania czegokolwiek. Księżyc pokazuje nam ponadto stale niemal tę samą stronę. Nazywa się to rotacją synchroniczną i da się bardzo dobrze wyjaśnić mechaniką orbitalną, ale wyjaśnienie mechaniką orbitalną ma jedną zasadniczą wadę - jest nudne. Znacznie ciekawsze jest pytanie, co znajduje się po drugiej stronie. Bazy? Hangary? Kosmiczny Lidl? Magazyn części zamiennych do piramid? Nauka odpowiada, że kratery. Oczywiście, że kratery. Czegóż innego mielibyśmy się spodziewać po instytucji, która przez wieki utrzymywała, że Ziemia jest zwyczajną planetą?

W tym miejscu należy postawić pierwszą hipotezę roboczą niniejszej książki. Wszechświat nie powstał przypadkiem. Nie twierdzę również, że został stworzony celowo. Byłoby to zbyt proste. Materiał dowodowy wskazuje na trzecią możliwość: wszechświat powstał wskutek źle przeprowadzonego projektu, którego autorzy następnie porzucili miejsce budowy. Tłumaczyłoby to zarówno ogrom pustej przestrzeni, jak i czarne dziury, promieniowanie, wybuchające gwiazdy, asteroidy latające bez nadzoru oraz fakt, że na jednej z planet rozwinął się gatunek, który po kilku milionach lat ewolucji wynalazł drukarkę, ale nadal nie potrafi sprawić, żeby działała wtedy, kiedy jest potrzebna. Kosmos nosi wszelkie znamiona inwestycji oddanej przed terminem serwisu technicznego. Galaktyki są efektowne z daleka, lecz po dokładniejszym przyjrzeniu się wszędzie coś eksploduje.

Kto zatem odpowiadał za projekt? Na obecnym etapie badań nie sposób tego rozstrzygnąć. Kandydatów jest wielu: Bóg, bogowie, obca cywilizacja, inteligencja istniejąca poza czasem, tajna organizacja, której nazwy jeszcze nie znamy, albo Niemcy. Ostatniej możliwości nie należy lekceważyć, ponieważ projekt jest duży, skomplikowany i zawiera wiele regulacji. Przeciwko niej przemawia jednak chaos, ponieważ gdyby wszechświat zaprojektowali Niemcy, każda planeta posiadałaby numer katalogowy, a Wielki Wybuch rozpocząłby się dopiero po uzyskaniu zgody Bauamtu. Bardziej prawdopodobna wydaje się ingerencja cywilizacji pozaziemskiej, choć i tutaj napotykamy problem: jeżeli kosmici potrafili stworzyć wszechświat, dlaczego zaprojektowali człowiekowi jeden kręgosłup, ale dwie dziurki w nosie? Pytanie pozostaje otwarte.

Pewne jest natomiast, że około 4,5 miliarda lat temu scena była gotowa. Istniało Słońce, Ziemia, Księżyc i wystarczająco dużo wody, skał oraz związków chemicznych, aby rozpocząć następny etap eksperymentu. Wkrótce na Ziemi pojawi się życie. Potem ryby. Następnie zwierzęta wyjdą na ląd, choć z dzisiejszej perspektywy trudno zrozumieć, po co. Pojawią się dinozaury, będą rządziły planetą przez około 165 milionów lat, nie zbudują ani jednej galerii handlowej i z tego powodu zostaną uznane za prymitywne. Wreszcie coś spadnie z nieba i zakończy ich dominację. Oficjalnie będzie to asteroida. Oficjalnie. Do tej kwestii wrócimy w następnym rozdziale.

Rozdział 2Narodziny życia na Ziemi

Kiedy Ziemia skończyła już etap bycia rozgrzaną kulą kamienia regularnie okładaną z kosmosu wszystkim, co akurat przelatywało w pobliżu, pojawiła się woda, a wraz z nią problem, który nauka do dziś próbuje przedstawić jako sukces: życie. Nie wiemy dokładnie, kiedy powstało ani jak, ale najstarsze ślady wskazują, że wydarzyło się to ponad trzy i pół miliarda lat temu. Możliwe, że wcześniej. W podręcznikach proces ten opisuje się zazwyczaj spokojnie, za pomocą słów takich jak "cząsteczki organiczne", "reakcje chemiczne", "środowisko wodne" i "samoreplikacja", dzięki czemu czytelnik może odnieść wrażenie, że życie było naturalnym następstwem kilku dobrze wychowanych związków chemicznych, które pewnego popołudnia postanowiły przestać być martwe. W rzeczywistości jest to jedna z największych dziur w naszym rozumieniu historii świata. Mamy skałę, wodę, trochę gazów, wyładowania atmosferyczne i nagle coś zaczyna się rozmnażać. Gdyby podobne zjawisko zaobserwowano w słoiku pozostawionym w piwnicy, nikt nie napisałby artykułu o abiogenezie. Słoik zostałby wyrzucony razem z zawartością, najlepiej za płot, na podwórko sąsiada.

Pierwsze organizmy były niezwykle proste. Nie posiadały mózgów, oczu, kręgosłupów, kończyn, poglądów politycznych ani potrzeby fotografowania jedzenia. Mimo to radziły sobie znakomicie. Przez miliardy lat bakterie i inne mikroorganizmy rozmnażały się, mutowały, wymieniały materiał genetyczny i zajmowały planetę bez konieczności ustanawiania granic państwowych. Z punktu widzenia biologii był to sukces. Z punktu widzenia późniejszej historii człowieka - niepokojący precedens. Życie najwyraźniej potrafiło istnieć bez administracji. Należy również podkreślić, że bakterie są do dziś jedną z najbardziej trwałych form życia na Ziemi. Przeżyły zmiany klimatu, wymierania, katastrofy kosmiczne i pojawienie się ludzi. Człowiek natomiast potrafi dostać zapalenia gardła, ponieważ wyszedł na balkon z mokrymi włosami. Mimo to przyjęliśmy zwyczaj nazywania siebie najwyższym osiągnięciem ewolucji. Bakterie nie protestują. Mają czas.

W pewnym momencie niektóre organizmy odkryły fotosyntezę. Było to wydarzenie o znaczeniu fundamentalnym, choć dla ówczesnych mieszkańców Ziemi oznaczało przede wszystkim katastrofę ekologiczną. Sinice zaczęły produkować tlen, który dla wielu istniejących organizmów był trucizną. Doszło do tak zwanego Wielkiego Zdarzenia Oksydacyjnego. Nazwa brzmi elegancko, ale dla ogromnej liczby organizmów oznaczała mniej więcej tyle, co wpuszczenie chloru do stołówki. Atmosfera zaczęła się zmieniać, stare formy życia wymierały albo chowały się tam, gdzie tlenu było mniej, a nowe nauczyły się wykorzystywać go do produkcji energii. W późniejszych podręcznikach proces ten zostanie przedstawiony jako kolejny etap postępu, ponieważ historię zawsze piszą ci, którzy przeżyli zmianę składu atmosfery. Gdyby podręczniki biologii redagowały bakterie beztlenowe, tlen prawdopodobnie figurowałby w nich jako pierwsza broń masowego rażenia.

Później wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego. Jedna komórka połknęła inną i jej nie strawiła. Zamiast tego obie zaczęły współpracować. Tak przynajmniej tłumaczy się pochodzenie mitochondriów, czyli struktur znajdujących się dziś w naszych komórkach i odpowiadających między innymi za produkcję energii. Dawna bakteria została więc lokatorem większej komórki, a po wystarczająco długim czasie przestała być lokatorem i stała się częścią mieszkania. Nauka nazywa to endosymbiozą. Gdy podobna sytuacja zachodzi między trzydziestopięcioletnim mężczyzną a mieszkaniem jego matki, nazywa się ją inaczej. Istotne jest jednak to, że już na bardzo wczesnym etapie ewolucji życie odkryło podstawową zasadę przyszłych imperiów: jeżeli nie można czegoś zniszczyć, należy to wchłonąć i po kilku pokoleniach twierdzić, że zawsze było nasze.

Przez kolejne miliardy lat życie pozostawało stosunkowo dyskretne, aż około 541 milionów lat temu nastąpiła eksplozja kambryjska. Nie była to prawdziwa eksplozja, co warto zaznaczyć, ponieważ historia Ziemi zawiera wystarczająco dużo rzeczywistych eksplozji i nie ma potrzeby dodawania nowych. W stosunkowo krótkim okresie geologicznym pojawiło się wiele nowych planów budowy ciała. Zwierzęta dostały pancerze, oczy, kolce, szczęki i rozmaite narządy umożliwiające zjadanie innych zwierząt. Był to przełom. Życie przez trzy miliardy lat składało się głównie z komórek zajmujących się własnymi sprawami, po czym nagle ktoś wynalazł zęby i wszystko poszło w znanym nam kierunku. Od tej chwili historia biologiczna będzie w znacznym stopniu historią jednych organizmów próbujących zjeść drugie, zanim drugie zdążą zrobić dokładnie to samo. Człowiek później skomplikuje ten system, dodając podatki.

Pierwsze kręgowce pojawiły się w oceanach. Ryby rozwijały się, różnicowały i najwyraźniej czuły się w wodzie całkiem dobrze, co sprawia, że decyzja ich dalekich potomków o wyjściu na ląd wymaga osobnego komentarza. Około 370 milionów lat temu niektóre kręgowce zaczęły wykorzystywać płytkie zbiorniki i środowiska lądowe. Z czasem powstały czworonogi. Oficjalne wyjaśnienie mówi o presji ewolucyjnej, dostępności nowych nisz ekologicznych i adaptacji. Można to powiedzieć prościej: ryba zobaczyła błoto i uznała, że tam będzie lepiej. Była to pierwsza z wielu wielkich migracji w historii, podczas których uczestnicy nie wiedzieli, co zastaną na miejscu. Na lądzie nie było jeszcze hoteli, dróg ani aptek. Były za to rośliny, stawonogi i możliwość uduszenia się. Mimo to zwierzęta zostały. Decyzja ta doprowadzi ostatecznie do powstania człowieka, dlatego z perspektywy kilkuset milionów lat trudno uznać ją za bezdyskusyjny sukces.

Zwierzęta lądowe ewoluowały, pojawiły się płazy, później gady, a następnie rozpoczął się okres, który pod względem jakości wizualnej przewyższa właściwie całą późniejszą historię Ziemi. Pojawiły się dinozaury. Stało się to około 230 milionów lat temu. Przez następne dziesiątki milionów lat rozprzestrzeniły się po planecie, różnicując się w tysiące form. Były dinozaury wielkie i małe, opierzone i łuskowate, roślinożerne i mięsożerne, poruszające się na dwóch albo czterech kończynach. Nie wszystkie żyły jednocześnie, co kino konsekwentnie ignoruje, ponieważ widok tyranozaura obok stegozaura jest znacznie bardziej dochodowy niż tabela stratygraficzna. Tyrannosaurus rex pojawił się zresztą bliżej naszych czasów niż czasów stegozaura. Jest to fakt, który brzmi jak teoria spiskowa, mimo że nią nie jest, co komplikuje zadanie niniejszej książki.

Dinozaury panowały na Ziemi przez około 165 milionów lat. Homo sapiens istnieje od mniej więcej 300 tysięcy. Cała historia pisana człowieka zajmuje zaledwie kilka tysięcy lat. Jeśli zatem sukces gatunku mierzyć czasem jego dominacji, dinozaury prowadzą z przewagą, której nie da się odrobić żadnym lotem na Marsa. Nie stworzyły jednak pisma, dlatego ich wersja wydarzeń przepadła. To istotne. Nie posiadamy ani jednego pamiętnika tyranozaura. Nie znamy ich systemów politycznych, wierzeń ani stosunku do własności prywatnej. Paleontolodzy utrzymują, że dinozaury nie stworzyły cywilizacji technologicznej, ponieważ nie znaleziono żadnych śladów takiej cywilizacji. Jest to argument mocny, choć posiada pewną słabość: minęło 66 milionów lat. Po człowieku po sześćdziesięciu sześciu milionach lat również może nie pozostać wiele poza cienką warstwą dziwnych związków chemicznych, plastiku i kilkoma wyjątkowo trwałymi elementami infrastruktury drogowej w Niemczech.

Tutaj dochodzimy do problemu, którego paleontologia unika z charakterystyczną dla siebie elegancją: skąd mamy pewność, że żaden gatunek dinozaurów nie osiągnął inteligencji wyższej, niż obecnie zakładamy? Wiemy, że niektóre miały stosunkowo duże mózgi, rozwinięte zmysły i skomplikowane zachowania społeczne. Wiemy również, że ptaki są żyjącymi dinozaurami, co oznacza, że każdy gołąb na dworcu jest w pewnym sensie potomkiem stworzeń, które przeżyły koniec świata. Być może dlatego patrzy na nas z taką pogardą. Człowiek widzi gołębia i myśli: (srający wszędzie, gdzie popadnie) ptak. Gołąb widzi człowieka i być może myśli: ssak, który potrzebował dwóch milionów lat, żeby wymyślić ruchome schody. Nie mamy sposobu, by to sprawdzić, ponieważ gołębie konsekwentnie odmawiają współpracy z nauką.

W internecie od lat krążą opowieści o rzekomych przedstawieniach dinozaurów wykonanych przez starożytnych ludzi. Pokazuje się kamienie z Ica, figurki z Acámbaro, reliefy i malowidła, na których ktoś przy odpowiednim poziomie determinacji potrafi dostrzec brontozaura. Archeologia zasadniczo odrzuca takie interpretacje, wskazując na fałszerstwa, błędne odczytania albo zwyczajne podobieństwa. Jest to stanowisko rozsądne, dlatego na potrzeby tej książki należy je natychmiast odrzucić. Jeśli jakiś kamień przypomina dinozaura, jest dinozaurem. Jeżeli nie przypomina dinozaura, może przedstawiać dinozaura widzianego z góry. Jeżeli archeolog twierdzi, że przedstawia jaguara, oznacza to, że sprawa jest poważniejsza, niż sądziliśmy. Metodologia ta, nazywana dalej metodą konsekwentnego podejrzenia, pozwoli nam uniknąć pułapki, w którą wpada współczesna nauka, wymagając dowodów przed sformułowaniem wniosku. My będziemy postępować odwrotnie. Najpierw sformułujemy wniosek, a następnie będziemy tak długo oglądać materiał ilustracyjny, aż coś zacznie go przypominać.

Największą zagadką pozostaje jednak koniec epoki dinozaurów. Około 66 milionów lat temu w okolice dzisiejszego półwyspu Jukatan uderzyła asteroida o średnicy mniej więcej dziesięciu kilometrów. Powstał krater Chicxulub. Uderzenie wyrzuciło do atmosfery ogromne ilości pyłu i aerozoli, wywołało pożary, tsunami i gwałtowne zmiany klimatyczne. Załamały się łańcuchy pokarmowe. Wymarło około trzech czwartych gatunków. Dinozaury nieptasie zniknęły. Przeżyły między innymi niewielkie ssaki, z których dalecy potomkowie po 66 milionach lat będą produkować plastikowe modele tyranozaurów i ustawiać je dzieciom na półkach. Historia posiada poczucie humoru, choć jest ono wyjątkowo długoterminowe.

Dowody na uderzenie asteroidy są bardzo mocne. Istnieje krater. W warstwach geologicznych z tego okresu występuje podwyższone stężenie irydu, pierwiastka rzadkiego w skorupie ziemskiej, ale częstszego w meteorytach. Znaleziono minerały przekształcone pod wpływem ogromnego ciśnienia. Datowanie się zgadza. Mechanizm katastrofy jest dobrze rozpoznany. W normalnej książce należałoby w tym miejscu zakończyć dyskusję. Niestety normalna książka nie wyjaśnia jednego zasadniczego problemu: dlaczego asteroida trafiła akurat wtedy i akurat tam? Kosmos jest ogromny. Ziemia w porównaniu z nim jest drobiną. Dinozaury żyją sobie spokojnie przez ponad sto milionów lat, po czym skała o odpowiednich rozmiarach przylatuje z odpowiedniego kierunku, uderza w odpowiednie miejsce i kończy całą epokę. Naukowcy mówią: przypadek. My mówimy: bardzo wygodne.

Nie oznacza to oczywiście, że asteroidę ktoś wysłał. Na tym etapie badań byłoby nieodpowiedzialne formułowanie tak stanowczego wniosku. Należy jedynie zauważyć, że jeśli ktoś chciałby usunąć dinozaury, asteroida byłaby rozwiązaniem skutecznym i trudnym do powiązania ze zleceniodawcą. Nie pozostawia łuski, odcisków palców ani korespondencji elektronicznej. Po 66 milionach lat nawet dobry prokurator miałby problemy. Możliwe zatem, że katastrofa była naturalna. Możliwe również, że stanowiła element większej operacji. Trzecia możliwość zakłada, że dinozaury same doprowadziły do katastrofy, czego nie możemy wykluczyć, ponieważ - jak ustaliliśmy - nie zachowała się ich wersja. Być może prowadziły eksperymenty. Być może próbowały sprowadzić asteroidę w celach wydobywczych. Być może tyranozaury posiadały program kosmiczny. Brak dowodów na wszystkie trzy hipotezy jest niemal identyczny, co w źle prowadzonej pracy pseudonaukowej czyni je równie atrakcyjnymi.

Najbardziej zastanawiające jest jednak to, kto skorzystał na katastrofie. W kryminalistyce często pyta się cui bono? - komu przyniosło to korzyść? Odpowiedź jest nieprzyjemnie prosta: ssakom. Przed katastrofą żyły przeważnie w cieniu dinozaurów, były niewielkie i prowadziły raczej nocny tryb życia. Po wymieraniu otworzyły się przed nimi ogromne nisze ekologiczne. Zaczęły się różnicować, rosnąć i przejmować planetę. Przypadek? Oczywiście. Tak samo przypadkiem człowiek obejmuje stanowisko dyrektora dwa dni po tajemniczym zniknięciu poprzednika. Nie oskarżamy ssaków. Zwracamy jedynie uwagę, że miały motyw.

Można zatem postawić ostrożną hipotezę, że wielkie wymieranie nie było końcem pewnej epoki, lecz początkiem operacji, której rezultatem miał być rozwój ssaków. Kto operację zaplanował, pozostaje niejasne. Kosmici są kandydatem oczywistym, a przez to podejrzanie wygodnym. Możliwe, że chodziło o znacznie bardziej złożony projekt. Być może Ziemia była obserwowana. Być może dinozaury okazały się złym pomysłem. Być może po 165 milionach lat ktoś spojrzał na tyranozaura, westchnął i powiedział: "Dobrze, spróbujmy z małpą". Jeśli tak było, trudno powiedzieć, czy późniejsze rezultaty potwierdziły słuszność decyzji. Małpa rzeczywiście nauczyła się mówić, pisać, budować miasta i rozszczepiać atom, ale wykorzystała te zdolności również do stworzenia telezakupów, parówek z serem i komentarzy pod artykułami prasowymi. Projekt można więc uznać najwyżej za częściowo udany.

Po wymarciu dinozaurów ssaki dostały swoją szansę. Przez następne miliony lat będą ewoluować w rozmaitych kierunkach. Jedne wrócą do morza, jakby po całej tej epopei wychodzenia na ląd uznały, że ryby od początku miały rację. Inne nauczą się latać. Jeszcze inne zamieszkają na drzewach. Wśród tych ostatnich pojawią się naczelne. Będą miały chwytne dłonie, rozwinięty wzrok i coraz większe mózgi. W końcu jedna z ich linii zejdzie z drzew i zacznie chodzić na dwóch nogach. Oficjalnie dlatego, że zmieniające się środowisko sprzyjało dwunożności. Nieoficjalnie właśnie wtedy sytuacja naprawdę zaczęła wymykać się spod kontroli.

W następnym rozdziale zajmiemy się człowiekiem - jedynym zwierzęciem, które odkryło, że pochodzi od innych zwierząt, i natychmiast poczuło się tym osobiście obrażone.

Rozdział 6Grecja i narodziny kultury europejskiej

Grecja jest tym miejscem w historii Europy, do którego późniejsze pokolenia wracają z miną człowieka oglądającego stare zdjęcia rodzinne i próbującego przekonać wszystkich, że właśnie tutaj wszystko się zaczęło. Demokracja, filozofia, teatr, logika, historiografia, geometria, medycyna, retoryka, igrzyska, piękne proporcje budowli i tradycja bardzo długiego mówienia o sprawach, które można byłoby załatwić w pięć minut - wszystko to rzeczywiście rozwijało się tam w formach, które miały ogromny wpływ na późniejszy świat. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tej prawdziwej informacji robi się legendę o narodzinach całej cywilizacji europejskiej, jakby przed Grekami Mezopotamczycy nie pisali, Egipcjanie nie budowali, Fenicjanie nie pływali, a Persowie nie zarządzali terytorium większym niż wyobraźnia przeciętnego Ateńczyka. Grecy nie wynaleźli świata. Zrobili jednak coś, co historycznie okazało się równie skuteczne: nauczyli się bardzo dobrze o nim opowiadać.

Najważniejszym greckim wynalazkiem nie była demokracja, lecz przekonanie, że człowiek może mieć opinię na każdy temat. Wcześniejsze cywilizacje znały kapłanów, skrybów i mędrców, ale Grecy doprowadzili dyskusję do poziomu sztuki narodowej. W Atenach można było spędzić pół dnia, słuchając człowieka dowodzącego, że ruch nie istnieje, drugie pół - drugiego, który twierdził, że wszystko jest ruchem, a wieczorem wrócić do domu z poczuciem, że żadna z tych informacji nie pomaga w naprawie dachu. Filozofia narodziła się z potrzeby szukania przyczyn zjawisk bez natychmiastowego odwoływania się do bogów. Był to postęp ogromny, choć bogowie nie zniknęli. Nadal mieszkali na Olimpie, wdawali się w romanse, obrażali ludzi, zmieniali ich w zwierzęta i regularnie zachowywali się jak wyjątkowo dobrze odżywiona rodzina arystokratyczna podczas wakacji.

Właśnie grecka mitologia stała się później jednym z najwdzięczniejszych pól dla teorii o starożytnych technologiach. Zeus miota piorunami. Posejdon wywołuje trzęsienia ziemi. Hermes posiada skrzydlate sandały. Helios podróżuje po niebie w rydwanie. Dedal buduje urządzenia latające. Talos, brązowy olbrzym pilnujący Krety, może być przy odrobinie dobrej woli uznany za robota. Jeśli ktoś bardzo chce, cały grecki panteon można potraktować jako źle zachowaną instrukcję obsługi zaawansowanej cywilizacji. Piorun staje się bronią energetyczną, rydwan statkiem powietrznym, boska nieśmiertelność medycyną regeneracyjną, a wyrocznia systemem analitycznym. Po odpowiednio długiej interpretacji nawet konia trojańskiego można uznać za pojazd autonomiczny.

Szczególnie podejrzany jest Talos. W mitologii był ogromną brązową istotą, która trzykrotnie w ciągu dnia obchodziła Kretę i broniła jej przed intruzami. Miał jeden przewód albo żyłę zamkniętą gwoździem, a jego usunięcie prowadziło do śmierci. Oczywiście możemy uznać to za mit. Możemy też powiedzieć, że starożytni opisali automatycznego strażnika z jednym centralnym przewodem hydraulicznym. Pytanie brzmi: skąd mieli taki pomysł? Odpowiedź brzmi: z wyobraźni. Jest to odpowiedź rozsądna, więc zgodnie z metodologią tej książki należy ją odłożyć na bok. Znacznie bardziej satysfakcjonujące jest przyjęcie, że Kreta posiadała pierwszego robota ochroniarskiego, który działał bez abonamentu i ładowarki.

Kreta zresztą sama pozostaje miejscem wyjątkowo podejrzanym. Cywilizacja minojska stworzyła rozbudowane pałace, sztukę, handel morski i system pisma, którego jedna forma, tak zwane pismo linearne A, nadal nie została odczytana. Każdy nieodczytany system pisma jest dla pseudonauki prezentem. Dopóki nie wiemy, co napisano, można twierdzić, że zapis dotyczy praktycznie wszystkiego. Magazynu oliwy, modlitwy, taryfy celnej albo współrzędnych statku z Syriusza. Archeolog mówi: "nie potrafimy tego jeszcze odczytać". Pseudonaukowiec odpowiada: "właśnie dlatego nie chcą, żebyśmy to odczytali". Mechanizm zamyka się sam.

Do największych greckich obsesji należała geometria. Pitagoras i jego uczniowie przypisywali liczbom niemal mistyczny charakter. Późniejsza tradycja europejska zapamiętała twierdzenie o trójkącie prostokątnym, ale pitagorejczycy nie ograniczali się do liczenia boków. Uważali, że liczby organizują rzeczywistość, muzykę i kosmos. Z punktu widzenia nowoczesnej matematyki można uznać ich intuicję za niezwykle wpływową. Z punktu widzenia teorii spiskowej jest jeszcze lepiej: jeśli wszystko da się opisać liczbą, to każda liczba może coś znaczyć. Stąd droga do numerologii jest krótka i wyjątkowo uczęszczana.

Numerologia opiera się na genialnej zasadzie interpretacyjnej: jeśli liczby nie pasują, trzeba je dodać, pomnożyć, odwrócić albo użyć innego systemu. Każdy tekst, budowlę i wydarzenie można w ten sposób doprowadzić do wyniku, który wygląda podejrzanie. Jeśli ktoś urodził się 17 maja, dodać 1+7+5. Jeśli wynik nie daje interesującej liczby, dodać jeszcze rok. Jeśli nadal nie działa, policzyć litery nazwiska. Matematyka jest tutaj traktowana jak ciasto: ugniata się ją tak długo, aż osiągnie pożądany kształt.

Grecy interesowali się również gwiazdami. Arystarch z Samos już w starożytności zaproponował model heliocentryczny, według którego Ziemia krąży wokół Słońca. Nie zdobył on dominującej pozycji, ale sam fakt jest ważny. Człowiek potrafił dojść do wniosku o ruchu Ziemi bez teleskopu, komputera i filmu animowanego na YouTube. To niezwykle drażniące dla późniejszej kultury, która lubi przedstawiać starożytnych jako ludzi niezdolnych do samodzielnej obserwacji. Jeśli więc starożytny Grek zna coś zaskakująco nowoczesnego, można oczywiście przyjąć, że był inteligentny. Można też uznać, że ktoś mu podpowiedział. I tu znowu pojawiają się kosmici, najbardziej pracowici korepetytorzy w historii.