Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki 1607 - 2024. Od osady do mocarstwa - Zbigniew Lewicki

Kup ebooka

63.92 zł
53.05 zł (50,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Histo­ria Sta­nów Zjed­no­czo­nych tym różni się od histo­rii innych państw, że można ją przed­sta­wić w postaci pro­stej linii pną­cej się na osi czasu ku górze, prak­tycz­nie bez spad­ków czy zaha­mo­wań. Od mniej­szej powierzchni do więk­szej, od mniej­szej liczby lud­no­ści do więk­szej, od skrom­nych środ­ków do olbrzy­miego bogac­twa, a wresz­cie od jed­nej czy dru­giej nie­wiel­kiej osady na wybrzeżu Atlan­tyku do super­mo­car­stwa, a wszystko to w ciągu nie wię­cej niż czte­rech stu­leci.

Nie zna­czy to oczy­wi­ście, i w niniej­szym opra­co­wa­niu nie sta­wia się takiej tezy, by wszyst­kie wyda­rze­nia z histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych zasłu­gi­wały na uzna­nie. Nie­mniej nawet naj­więk­szy kry­tyk Ame­ryki nie może nie dostrzec, jak szybko i sku­tecz­nie kraj ten wyko­rzy­stał nie tylko posia­dane zasoby natu­ralne, lecz także poten­cjał nie­zli­czo­nych rzesz imi­gran­tów, któ­rym stwa­rzał i stwa­rza wyjąt­kowe moż­li­wo­ści roz­woju. Stany Zjed­no­czone są pań­stwem, w któ­rym domi­nuje kon­cep­cja indy­wi­du­ali­zmu poj­mo­wa­nego jako mini­ma­li­zo­wa­nie inge­ren­cji pań­stwa w przed­się­wzię­cia biz­ne­sowe poszcze­gól­nych oby­wa­teli. To orga­nizm poli­tyczny zbu­do­wany na fun­da­men­cie rów­no­ści wobec prawa, Ame­ry­ka­nie zaś to spo­łecz­ność wyzna­jąca regułę dawa­nia powtór­nej, a nawet kolej­nej szansy tym, któ­rym się nie powio­dło. Można oczy­wi­ście zna­leźć przy­kłady zaprze­cza­jące tym tezom, ale sta­no­wią one zni­komą mniej­szość.

Gdyby nato­miast wska­zać, co sta­nowi źró­dło nie­wąt­pli­wego suk­cesu tak mło­dego narodu, to naj­le­piej się­gnąć do ame­ry­kań­skiej Dekla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści z 1776 r., doku­mentu zna­nego każ­demu uczniowi ame­ry­kań­skiemu i eks­po­no­wa­nemu na ścia­nach wszyst­kich ame­ry­kań­skich szkół. Znaj­duje się w nim stwier­dze­nie, że Stwórca wypo­sa­żył ludzi "w pewne nie­zby­walne prawa, wśród któ­rych znaj­dują się Życie, Wol­ność i Dąże­nie do Szczę­ścia". Sfor­mu­ło­wa­nie to jest trans­po­zy­cją tezy angiel­skiego filo­zofa Johna Locke'a, która odno­siła się ludz­ko­ści jako takiej, ale która tylko przez naród ame­ry­kań­ski uznana została za godną umiesz­cze­nia w swoim doku­men­cie for­ma­tyw­nym. I żadna inna spo­łecz­ność nie mówi kolej­nym mło­dym poko­le­niom, że ich pod­sta­wo­wym pra­wem jest dąże­nie do szczę­ścia, a więc i osią­ga­nie go.

Opra­co­wa­nia histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych akcen­tują takie kwe­stie jak, dostęp­ność ziemi na kon­ty­nen­cie, bogac­two surow­ców natu­ral­nych, zro­zu­mie­nie potrzeby indu­stria­li­za­cji, ale ele­menty te same w sobie nie czy­nią Ame­ryki wyjąt­kową. Dopiero ich połą­cze­nie z poczu­ciem wol­no­ści, spra­wie­dli­wo­ści i osią­gal­no­ści szczę­ścia spra­wiło, że czte­ry­sta lat po dopły­nię­ciu pierw­szych osad­ni­ków do wybrzeży Ame­ryki Pół­noc­nej powstałe tam pań­stwo stało się potęgą pod każ­dym nie­mal wzglę­dem.

Kie­dyś być może ten nie­ustanny roz­wój zosta­nie zakłó­cony czy zatrzy­many, ale obec­nie Stany Zjed­no­czone domi­nują w każ­dym z obsza­rów cha­rak­te­ry­zu­ją­cych mocar­stwo: poli­tyki glo­bal­nej, siły mili­tar­nej, gospo­darki, tech­no­lo­gii, kul­tury i nauki. Droga roz­woju tego kraju i narodu to fascy­nu­jący pro­ces, któ­rego nie spo­sób w pełni uka­zać w jed­nym śred­niej wiel­ko­ści tomie. Warto jed­nak prze­śle­dzić przy­naj­mniej naj­waż­niej­sze momenty kształ­to­wa­nia się wyjąt­ko­wego orga­ni­zmu pań­stwo­wego ery nowo­cze­snej, jakim są Stany Zjed­no­czone Ame­ryki.

Niniej­szy tom sta­nowi pierw­szą pre­zen­ta­cję całej histo­rii tego pań­stwa napi­saną przez pol­skiego bada­cza. Nie jest to jedy­nie wzgląd for­malny. Dostępne w języku pol­skim tłu­ma­cze­nia opra­co­wań dzie­jów Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­zna­czone były dla czy­tel­nika ame­ry­kań­skiego, który pozna­wał histo­rię swego kraju od lat szkol­nych. Ma on już wie­dzę o naj­waż­niej­szych wyda­rze­niach i ocze­kuje bar­dziej szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji o ich prze­biegu czy też uka­za­nia mniej zna­nych postaci, które rów­nież wpły­nęły na bieg histo­rii, ale które pomija się w jej ogól­nych pre­zen­ta­cjach.

Czy­tel­nik z innego kręgu kul­tu­ro­wego, w tym i z Pol­ski, może nato­miast nie mieć wie­dzy o histo­rii innego pań­stwa, takiego jak Stany Zjed­no­czone, lub mieć ją tylko w nie­wiel­kim stop­niu. Tom niniej­szy ma na celu zaspo­ko­je­nie cie­ka­wo­ści takiego wła­śnie odbiorcy - bez pomi­ja­nia istot­nych momen­tów dzie­jów ame­ry­kań­skich, ale też bez szcze­gó­łów, które sta­no­wią wpraw­dzie ele­ment histo­rii, ale cie­ka­wią jedy­nie spe­cja­li­stów.

Czy­tel­nik, który poszu­kuje szer­szej pre­zen­ta­cji histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a także roz­wi­nię­cia pro­ble­ma­tyki poli­tyki zagra­nicz­nej, gospo­darki czy kul­tury może się­gnąć po pię­cio­to­mową Histo­rię cywi­li­za­cji ame­ry­kań­skiej rów­nież mojego autor­stwa. Niniej­szy tom spełni nato­miast swoje zada­nie, jeśli czy­tel­nik uzna, że nie zostały w nim pomi­nięte żadne istotne ele­menty dzie­jów Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a uwzględ­nione kwe­stie zostały uka­zane dokład­nie, a zara­zem bez zbęd­nej pedan­te­rii.

***

Przy­jęte w języku pol­skim, a tłu­ma­czone z języka angiel­skiego słow­nic­two w wielu przy­pad­kach nasuwa istotne wąt­pli­wo­ści, które jed­nak trudno spro­sto­wać wobec utrwa­le­nia się w pol­sz­czyź­nie błęd­nych ter­mi­nów wyni­ka­ją­cych naj­czę­ściej z posłu­że­nia się swego czasu pierw­szym tłu­ma­cze­niem słow­ni­ko­wym. Naj­bar­dziej ude­rza­ją­cym tego przy­kła­dem jest słowo nation, nie­zmien­nie odda­wane jako "naród", a w isto­cie ozna­cza­jące przede wszyst­kim "pań­stwo". W rezul­ta­cie Uni­ted Nations Orga­ni­za­tion odda­wana jest po pol­sku jako "Orga­ni­za­cja Naro­dów Zjed­no­czo­nych", choć prze­cież w jej skład wcho­dzą nie narody, lecz pań­stwa.

Kolejny błąd doty­czy tłu­ma­cze­nia ter­minu amend­ment jako "poprawka" (kon­sty­tu­cyjna). Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w Pol­sce zasa­dami tech­niki pra­wo­daw­czej poprawki wnosi się do pro­jektu aktu praw­nego, nato­miast już ist­nie­ją­cego doku­mentu nie popra­wia się, lecz nowe­li­zuje. Dla­tego w niniej­szym opra­co­wa­niu używa się kon­se­kwent­nie wła­ści­wego ter­minu "nowela".

Poważ­niej­szy pro­blem mery­to­ryczny doty­czy pojęć Dec­la­ra­tion of Inde­pen­dence oraz War of Inde­pen­dence. W rze­czy­wi­sto­ści miesz­kańcy bry­tyj­skich kolo­nii w Ame­ryce sami byli pod­da­nymi Korony, a nie sko­lo­ni­zo­wa­nymi tubyl­cami i wal­czyli nie o "nie­pod­le­głość" lecz o "nie­za­leż­ność". Nie spo­sób jed­nak bez obawy o poważne nie­po­ro­zu­mie­nia odejść o utrwa­lo­nego, choć błęd­nego tłu­ma­cze­nia tych ter­mi­nów.

Mniej­szy pro­blem nasuwa nato­miast odda­nie po pol­sku ter­minu Pil­grims, tłu­ma­czo­nego dość bez­re­flek­syj­nie jako "Piel­grzymi". A prze­cież sepa­ra­ty­ści angiel­scy nie piel­grzy­mo­wali do świę­tego miej­sca, lecz prze­miesz­czali się z Anglii do Holan­dii, a stam­tąd do Ame­ryki w poszu­ki­wa­niu lep­szego życia i swo­body prak­ty­ko­wa­nia swo­jej reli­gii. Dla­tego w niniej­szym opra­co­wa­niu używa się poję­cia "Wędrowcy".

A wresz­cie zna­cze­nie nazwy pań­stwa Uni­ted Sta­tes of Ame­rica. Nie tylko ory­gi­nalna nazwa angiel­ska, lecz także więk­szość jej tłu­ma­czeń jed­no­znacz­nie przy­po­mina, że mamy do czy­nie­nia z "pań­stwami zjed­no­czo­nymi": Les États-Unis, Vere­inigte Sta­aten, Esta­dos Uni­dos de América. W XVIII-wiecz­nej pol­sz­czyź­nie ter­min "stan" nie ozna­czał spe­cy­ficz­nej jed­nostki admi­ni­stra­cyj­nej, lecz był bar­dziej dostoj­nym i uro­czy­stym syno­ni­mem poję­cia "pań­stwo": według słow­nika Lin­dego stan to "pań­stwo, kraj ze swoim rzą­dem, pospo­lita rzecz". W tym przy­padku nie­ści­słość tłu­ma­cze­niowa prze­sła­nia bar­dzo istotny fakt, że mamy do czy­nie­nia z unią nie­mal suwe­ren­nych państw, a nie z kra­jem podzie­lo­nym na jed­nostki admi­ni­stra­cyjne. Jak zauwa­żył już Ale­xis de Tocqu­eville, "suwe­ren­ność sta­nowa jest nama­calna, łatwo zro­zu­miała, zawsze widoczna".

Ame­ryka prze­cho­dzi obec­nie okres sil­nej pola­ry­za­cji poli­tycz­nej, a jeden z zasad­ni­czych spo­rów doty­czy kwe­stii języ­ko­wych. Trudno z per­spek­tywy innej kul­tury oce­niać rze­czy­wi­stą kono­ta­cję róż­nych ter­mi­nów okre­śla­ją­cych współ­cze­snych potom­ków nie­gdy­siej­szych nie­wol­ni­ków. Odrębną kwe­stią jest jed­nak mecha­niczne trans­po­no­wa­nie tych okre­śleń do wła­snego języka. Kalka, jaką sta­nowi okre­śle­nie "Afro­ame­ry­ka­nin", nie tylko brzmi nie­na­tu­ral­nie w pol­sz­czyź­nie, lecz także fał­szy­wie suge­ruje podział oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych na Ame­rykanów i "Afro­ame­ry­ka­nów". Co wię­cej, rodzi pokusę two­rze­nia kolej­nych neo­lo­gi­zmów, takich jak cho­ciażby "Polo­ame­ry­ka­nin" w odnie­sie­niu do pol­skich imi­gran­tów i ich potom­ków.

W niniej­szym opra­co­wa­niu poja­wiają się ter­miny "czarny", sto­so­wany zarówno rze­czow­ni­kowo, jak i przy­miot­ni­kowo, oraz rzadko "Murzyn" i "murzyń­ski". Okre­śle­nia te bywają uży­wane pejo­ra­tyw­nie, ale prze­cież nie rezy­gnu­jemy w pol­sz­czyź­nie cho­ciażby z ter­minu "Żyd" (i pokrew­nych) tylko dla­tego, że nie­któ­rzy sto­sują go jako okre­śle­nie obraź­liwe.

A wresz­cie sprawa tech­niczna. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych iden­tyczne nazwy insty­tu­cji poli­tycz­nych wystę­pują zarówno na pozio­mie fede­ral­nym, jak i na pozio­mie sta­no­wym. Dla unik­nię­cia nie­po­ro­zu­mień okre­śle­nia takie w odnie­sie­niu do insty­tu­cji fede­ral­nych są poda­wane wielką literą (Kon­sty­tu­cja, Sąd Naj­wyż­szy), nato­miast ich sta­nowe odpo­wied­niki małą literą (kon­sty­tu­cja, sąd naj­wyż­szy).

Wszyst­kie odwo­ła­nia do źró­deł inter­ne­to­wych zostały spraw­dzone 1 lipca 2024 r., co eli­mi­nuje potrzebę poda­wa­nia w każ­dym przy­padku daty odczy­ta­nia strony WWW.

Obory, 10 sierp­nia 2024 r.

Jest wiele momen­tów, od któ­rych można roz­po­cząć histo­rię Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Może to być powsta­nie osady Caho­kia na pogra­ni­czu dzi­siej­szych sta­nów Illi­nois i Mis­so­uri. Opusz­czono ją jed­nak mię­dzy X a XIII wie­kiem i dziś pozo­stały po niej tylko ogromne kon­struk­cje ziemne, a kul­tura Caho­kii w żad­nej mie­rze nie wzbo­ga­ciła ufor­mo­wa­nych znacz­nie póź­niej Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Inni auto­rzy roz­po­czy­nają histo­rię pań­stwa od wyprawy Kolumba z 1492 r., choć i on nie zapo­cząt­ko­wał pro­cesu two­rze­nia nowej struk­tury poli­tyczno-spo­łecz­nej. Nie miały na to wpływu także coroczne wyprawy rybac­kie z Europy, które korzy­stały z obfi­to­ści dor­sza u wybrzeży Ame­ryki Pół­noc­nej i cza­sami musiały zimo­wać na tym kon­ty­nen­cie. Podob­nie poza bie­giem głów­nych wyda­rzeń należy umie­ścić wyprawę Juana Ponce de Leóna w 1513 r., guber­na­tora Kuby Her­nando de Soto w 1539 r., czy Fran­ci­sco Vásqueza de Coro­nado, który poszu­ku­jąc złota, w latach 1540-1542 prze­mie­rzył na czele ponad 300 conqu­ista­do­res obszar dzi­siej­szych sta­nów: Tek­sas, Okla­homa, Ari­zona, Nowy Mek­syk i Kan­sas. Hisz­pa­nie zało­żyli też w 1565 r. osadę St. Augu­stine na Flo­ry­dzie, pierw­sze, a dzi­siaj naj­star­sze mia­sto w Ame­ryce Pół­noc­nej. Z kolei Fran­cuzi już w I poło­wie XVI w. zakła­dali fak­to­rie na obsza­rze Kanady w celu pozy­ski­wa­nia od Indian skór i futer dzi­kich zwie­rząt, odsprze­da­wa­nych następ­nie w Euro­pie z wiel­kim zyskiem. Żadne z tych zda­rzeń nie wzbo­ga­ciło jed­nak histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Także epi­zody z wcze­snej fazy eks­pan­sji angiel­skiej miały cha­rak­ter aneg­do­tyczny. Do pierw­szych celo­wych wypraw doszło za pano­wa­nia Elż­biety I. Zor­ga­ni­zo­wał je w 1584 i 1585 r. sir Wal­ter Rale­igh (Ralegh), kie­ru­jąc statki na obszar nazwany Vir­gi­nia, co wów­czas odno­siło się do całej Ame­ryki Pół­noc­nej. Powstała wów­czas osada Roanoke. Zało­żyło ją w 1587 r. 117 męż­czyzn, kobiet i dzieci na wyspie w pobliżu dzi­siej­szej Karo­liny Pół­noc­nej. Bez­sku­tecz­nie ocze­ki­wali oni jed­nak na dostar­cze­nie kolej­nej tran­szy nie­zbęd­nego zaopa­trze­nia gdyż Korona zajęta była wojną z Hisz­pa­nią. Gdy statki angiel­skie przy­były osta­tecz­nie do Ame­ryki w 1590 r., kolo­ni­stów na wyspie nie było i nie wia­domo, co się z nimi stało. Co pewien czas kolejny badacz odkrywa w jed­nym z języ­ków indiań­skich słowo, które może mieć angiel­ską ety­mo­lo­gię i buduje na tej pod­sta­wie teo­rię o porwa­niu osad­ni­ków z Roanoke i zin­te­gro­wa­niu się ich z takim czy innym ple­mie­niem indiań­skim. Jak­kol­wiek sprawy się miały, w chwili śmierci Elż­biety w 1603 r. w Ame­ryce Pół­noc­nej nie było ani jed­nego kolo­ni­sty angiel­skiego.

W 1605 r. król Jakub I utwo­rzył przed­się­wzię­cie akcyjne Vir­gi­nia Com­pany, podzie­lone na dwie czę­ści nazwane Lon­don Com­pany i Ply­mo­uth Com­pany, któ­rych zada­niem było two­rze­nie osad w Ame­ryce Pół­noc­nej w celu poszu­ki­wa­nia złota i zwięk­sza­nia w ten spo­sób potęgi pań­stwa. Pod­stawą obo­wią­zu­ją­cej wów­czas kon­cep­cji mer­kan­ty­li­zmu było bowiem prze­ko­na­nie, że miarą siły pań­stwa jest ilość złota w skarbcu.

6 maja 1607 r. do Wir­gi­nii przy­była na pokła­dzie trzech stat­ków pierw­sza wyprawa zor­ga­ni­zo­wana przez Vir­gi­nia Com­pany. Zało­żona wów­czas osada Jame­stown nie była jed­nak przed­się­wzię­ciem migra­cyj­nym, a przy­by­sze z Anglii najęli się jedy­nie do poszu­ki­wa­nia złota. Nie było go i nie ma na wybrzeżu atlan­tyc­kim, a Anglicy nie mieli poję­cia o upra­wie roli ani o poło­wie ryb. Skłó­cili się też z miej­sco­wymi India­nami i zmu­szeni do prze­by­wa­nia na ogro­dzo­nym tere­nie cier­pieli głód tak dotkliwy, że tylko 38 ze 104 przy­by­łych prze­żyło pierw­szą zimę, a doszło też do przy­pad­ków kani­ba­li­zmu.

Nie­wiele pomo­gły wysiłki nad wyraz barw­nej postaci, kapi­tana Johna Smi­tha, spraw­nego i rzut­kiego przy­wódcy osady, który nie mógł jed­nak prze­zwy­cię­żyć mara­zmu swo­ich ziom­ków. Nawią­zał dobre rela­cje z India­nami, choć nie spo­sób dać wiary kol­por­to­wa­nej prze­zeń opo­wie­ści, jakoby współ­pracę zapo­cząt­ko­wało oca­le­nie go przez Poca­hon­tas, mło­dziutką córkę wodza indiań­skiego. Nie­mniej opo­wieść stała się istot­nym ele­men­tem legendy wcze­snej Ame­ryki, a sam Smith zde­cy­do­wał się w 1609 r. na powrót do Anglii.

Losy Jame­stown odmie­niły się dia­me­tral­nie, gdy John Rolfe, skąd­inąd mąż Poca­hon­tas, sku­tecz­nie skrzy­żo­wał różne szczepy tyto­niu. Otrzy­many pro­dukt zaczął w 1617 r. eks­por­to­wać do Anglii, odno­sząc wielki suk­ces komer­cyjny. Tyto­niowi przy­pi­sy­wano wów­czas nie­zwy­kłe wła­sno­ści lecz­ni­cze: "Pomaga na tra­wie­nie, poda­grę, ból zębów, chroni przed zaka­że­niem opa­rami, leczy zazię­bie­nia i nad­mierne poce­nie się, syci głód, oży­wia ducha, czy­ści żołą­dek, zabija wszy i pchły". Inni kolo­ni­ści pod­chwy­cili pomysł i ska­zana na nie­byt osada Jame­stown roz­wi­nęła się w kolo­nię Wir­gi­nia1. O ile w 1619 r. do Anglii sprze­da­wano 20 tys. fun­tów tyto­niu po trzy szy­lingi za funt, to dwa­dzie­ścia lat póź­niej było to już pół­tora miliona fun­tów, choć w dwu­na­sto­krot­nie niż­szej cenie trzech pen­sów za funt.

Uprawą tyto­niu zaj­mo­wali się przede wszyst­kim przy­by­wa­jący z Anglii przy­pi­sani słu­żący, inden­tu­red servants. Był to sys­tem wzo­ro­wany na cze­lad­nic­twie, ale zara­zem bli­ski nie­wol­nic­twu. Koszty podróży takich słu­żą­cych pokry­wali kolo­ni­ści, a przy­byli musieli w zamian pra­co­wać u nich przez okre­ślony czas, po czym uzy­ski­wali wol­ność. Wśród przy­by­łych w ten spo­sób znaj­do­wali się zarówno ochot­nicy, jak i skie­ro­wani przez sądy ska­zańcy, a także osoby porwane w mia­stach por­to­wych w celu prze­wie­zie­nia ich do Ame­ryki.

W 1634 r. po sąsiedzku z Wir­gi­nią powstała nad Zatoką Che­sa­pe­ake kolo­nia Mary­land. Została tak nazwana ta cześć angiel­skiej kró­lo­wej Hen­rietty Marii, choć wielu koja­rzyło nazwę ze świętą Marią, gdyż w kolo­nii tej, jako jedy­nej, tole­ro­wano kato­li­ków, prze­śla­do­wa­nych zarówno w Anglii, jak i w pozo­sta­łych kolo­niach. Ogó­łem mię­dzy 1607 r. a dekadą lat 60. XVII w. do Wir­gi­nii przy­było ok. 14 tys. angiel­skich kolo­ni­stów.

Póź­niej­sze poko­le­nia Ame­ry­ka­nów nie były jed­nak skłonne akcep­to­wać wer­sji, według któ­rej histo­ria ich pań­stwa roz­po­czyna się od pro­stac­kich poszu­ki­wa­czy nie­ist­nie­ją­cego kruszcu, dopusz­cza­ją­cych się roz­ma­itych występ­ków. I z tego mię­dzy innymi powodu za pra­po­czą­tek histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych uznaje się czę­sto rok 1620, gdy do wybrzeży dzi­siej­szego stanu Mas­sa­chu­setts dopły­nął sta­tek May­flo­wer ze 102 pasa­że­rami na pokła­dzie. Także i w tym przy­padku część z nich była poszu­ki­wa­czami przy­gód, ale o spe­cy­fice wyprawy sta­no­wiła licząca 50 osób grupa dysy­den­tów reli­gij­nych. Byli człon­kami nie­wiel­kiej sekty sepa­ra­ty­stów i dążyli do "oczysz­cze­nia" chrze­ści­jań­stwa z ele­men­tów nie­znaj­du­ją­cych opar­cia w Biblii. Pra­gnęli powrotu do ery apo­stol­skiej i odrzu­cali wszyst­kie póź­niej­sze nale­cia­ło­ści, wsku­tek czego róż­nice dzie­lące ich od ofi­cjal­nego Kościoła były nie do prze­zwy­cię­że­nia i konieczna była sepa­ra­cja. W latach 1607-1608 sepa­ra­ty­ści wyemi­gro­wali do Holan­dii, gdzie spę­dzili następne dwa­na­ście lat. W efek­cie kolej­nych spo­rów dok­try­nal­nych i utrud­nień, jakich dozna­wali ze strony miej­sco­wej lud­no­ści, część z nich pod­jęła w 1620 r. rady­kalną decy­zję roz­po­czę­cia nowej egzy­sten­cji w Ame­ryce.

Lon­don Com­pany uzy­skała zgodę króla na osie­dle­nie się sepa­ra­ty­stów na jej tere­nie i utwo­rzyła celową spółkę akcyjną. Koszty zwią­zane z zało­że­niem osady ponie­śli inwe­sto­rzy, a każdy z nie­ma­jęt­nych człon­ków wyprawy otrzy­mał jedną akcję, do spła­ce­nia sied­mioma latami pracy. Podróż na pokła­dzie, a wła­ści­wie pod pokła­dem, statku May­flo­wer trwała ponad dwa mie­siące, a jej szcze­góły, a także opis początku pobytu sepa­ra­ty­stów w Ame­ryce znamy dzięki Wil­lia­mowi Brad­for­dowi (1590-1657) i jego histo­rii zaty­tu­ło­wa­nej Of Ply­mo­uth Plan­ta­tion (O osa­dzie Ply­mo­uth), uwa­ża­nej za moż­li­wie wier­nie odda­jącą prze­bieg wyda­rzeń. Wszy­scy pasa­że­ro­wie May­flo­wer znani są jako Pil­grim Fathers, Ojco­wie-Wędrowcy, a posia­da­nie któ­re­goś z nich wśród przod­ków uwa­żane jest za nobi­li­tu­jące i pozwala zali­czyć się do grona "naj­praw­dziw­szych Ame­ry­ka­nów".

Wędrowcy mieli przy­bić do brzegu na wyspie Man­hat­tan, ale 11 listo­pada 1620 r. zeszli na ląd znacz­nie bar­dziej na pół­noc, bo w oko­li­cach dzi­siej­szego Bostonu. Tere­nem tym zarzą­dzała jed­nak Vir­gi­nia Com­pany, z którą nie wią­zało ich żadne poro­zu­mie­nie. W efek­cie po wyj­ściu na brzeg przy­by­szów nie obo­wią­zy­wa­łyby żadne prze­pisy regu­lu­jące tryb admi­ni­stro­wa­nia zakła­daną osadą. By zapo­biec cha­osowi, Wędrowcy stwo­rzyli i pod­pi­sali doku­ment okre­śla­jący zasad­ni­cze reguły postę­po­wa­nia, czyli May­flo­wer Com­pact, Umowę z May­flo­wer. Liczy ona 199 słów i okre­śla, że celem nad­rzęd­nym jest zało­że­nie "oby­wa­tel­skiego orga­ni­zmu poli­tycz­nego" (civil body poli­tick), zaś two­rzące go osoby będą uchwa­lać prze­pisy i reguły, któ­rym wszy­scy się pod­po­rząd­kują.

Doku­ment ten bywa nazy­wany pierw­szą kon­sty­tu­cją ame­ry­kań­ską, ale poję­cia tego nie należy rozu­mieć dosłow­nie. May­flo­wer Com­pact była jedy­nie zobo­wią­za­niem do prze­strze­ga­nia wspól­nie przy­ję­tych praw, co czyni ją nie tyle kon­sty­tu­cją, ile rodza­jem umowy zaak­cep­to­wa­nej przez two­rzącą się spo­łecz­ność, w któ­rej usta­no­wiono dwie pod­sta­wowe zasady do dziś uwa­żane za fun­da­ment ustroju ame­ry­kań­skiego: że rządy będą oparte na zgo­dzie rzą­dzo­nych, oraz że wszy­scy będą równi wobec prawa. Nato­miast do rangi sym­bolu ura­sta fakt, iż histo­ria pań­stwa ame­ry­kań­skiego roz­po­czyna się od doku­mentu.

Egzy­sten­cja nie­wiel­kiej osady nazwa­nej Ply­mo­uth Plan­ta­tion długo stała pod zna­kiem zapy­ta­nia. Osad­nicy nie umieli polo­wać ani łowić ryb, nie znali się na upra­wie zboża i było ich nie­wielu, gdyż pod­czas pierw­szej zimy zmarła pra­wie połowa z przy­by­łych. W chwili naj­więk­szego kry­zysu, w marcu 1621 r. do ich osady przy­szedł jed­nak mówiący po angiel­sku India­nin o imie­niu Squ­anto. Naj­praw­do­po­dob­niej kil­ka­na­ście lat wcze­śniej został upro­wa­dzony do Anglii przez ryba­ków i powró­cił w 1619 r. Wędru­jąc samot­nie wzdłuż wybrzeża, natknął się na angiel­skich osad­ni­ków, dla któ­rych sta­no­wił, jak pisze Brad­ford, "spe­cjalny instru­ment zesłany od Boga ponad ich spo­dzie­wa­nie". Nauczył Wędrow­ców zdo­by­wać poży­wie­nie, a także dopro­wa­dził do zawar­cia wie­lo­let­niego poro­zu­mie­nia z oko­licz­nymi ple­mio­nami indiań­skimi.

Przy­by­cie Wędrow­ców miało cha­rak­ter per­ma­nent­nego pobytu, a nie krót­ko­trwa­łej wyprawy komer­cyj­nej. Naj­wy­raź­niej świad­czy o tym pod­ję­cie przez nich trudu przy­sto­so­wy­wa­nia ziemi do uprawy, czego nie czy­nili wcze­śniej ani najem­nicy w Jame­stown, ani Hisz­pa­nie czy Fran­cuzi. Jak pisze histo­ryk, "Złoto, han­del i uprawa roli to trzy etapy histo­rii, a naj­więk­szy z nich sta­nowi uprawa roli, bo zasad­ni­czo ozna­cza trwa­łość"2.

Miesz­kań­ców Ply­mo­uth w żad­nym momen­cie nie było wię­cej niż sie­dem tysięcy i Wędrowcy zapewne popa­dliby w zapo­mnie­nie, gdyby nie wielka imi­gra­cja pury­tań­ska, która roz­po­częła się w 1630 r. Bez­po­śred­nim impul­sem do niej były angiel­skie spory reli­gijne. Pury­ta­nie byli prze­ko­nani, że Refor­ma­cja nie została prze­pro­wa­dzona wystar­cza­jąco kon­se­kwent­nie i, podob­nie jak sepa­ra­ty­ści, dążyli do oczysz­cze­nia chrze­ści­jań­stwa z nie­bi­blij­nych nale­cia­ło­ści, ale w prze­ci­wień­stwie do nich nie dążyli do sepa­ra­cji od Kościoła Anglii, lecz do zre­for­mo­wa­nia go. Z tego powodu wła­dze odbie­rały ich dzia­łal­ność w kate­go­riach poli­tycz­nych, co skut­ko­wało prze­śla­do­wa­niami pury­ta­nów, a w kon­se­kwen­cji pod­ję­ciem przez nich decy­zji o opusz­cze­niu wyspy.

Pury­ta­nie sta­no­wili naj­licz­niej­szą, naj­le­piej wykształ­coną i naj­wszech­stron­niej przy­go­to­waną grupę migra­cyjną całego okresu kolo­nial­nego. Przed ich przy­by­ciem do Ame­ryki dotarły statki z pio­nie­rami, któ­rzy przy­wieźli zwie­rzęta hodow­lane, zasiali kuku­ry­dzę i wybu­do­wali pierw­sze domo­stwa. Następ­nie w marcu 1630 r., wypły­nęła z Anglii wyprawa, na którą skła­dało się pięt­na­ście stat­ków z ponad tysią­cem pury­ta­nów, któ­rzy zało­żyli kolo­nię Zatoki Mas­sa­chu­setts, Mas­sa­chu­setts Bay Colony. W trak­cie rejsu przy­wódca wyprawy John Win­th­rop wygło­sił fun­da­men­talne kaza­nie A Modell of Chri­stian Cha­rity, które wyra­ziło i utrwa­liło duchowe prze­sła­nie powsta­ją­cej w Ame­ryce Nowej Anglii.

Ogó­łem w trak­cie Wiel­kiej Migra­cji z lat 1630-1643 do Nowej Anglii udało się ok. 20 tys. pury­ta­nów. Wśród kolo­ni­stów pury­tań­skich znaj­do­wało się ponad stu absol­wen­tów Oks­fordu i Cam­bridge, w tym pięć­dzie­się­ciu dok­to­rów i sze­ściu wykła­dow­ców, któ­rzy doce­niali zna­cze­nie zarówno samej wie­dzy, jak i instruk­tażu reli­gij­nego. W efek­cie już w 1636 r. powstał New Col­lege, prze­mia­no­wany dwa lata póź­niej na Harvard Col­lege w uzna­niu zasług Johna Harvarda (1607-1638), który prze­ka­zał nowej insty­tu­cji połowę swego znacz­nego majątku i biblio­tekę. W pierw­szym roku ist­nie­nia uczel­nia miała tylko jed­nego wykła­dowcę i dzie­wię­ciu stu­den­tów, ale szybko się roz­wi­jała, a warun­kiem przy­ję­cia na stu­dia była umie­jęt­ność posłu­gi­wa­nia się łaciną w piśmie i mowie, a także zna­jo­mość gra­ma­tyki grec­kiej. Nato­miast nazwa Harvard Uni­ver­sity poja­wiła się dopiero w 1780 r., gdyż w Wiel­kiej Bry­ta­nii okre­śle­nie takie było wów­czas zare­zer­wo­wane dla Oks­fordu i Cam­bridge.

Pury­ta­nie przy­by­wali do Ame­ryki z celem stwo­rze­nia ide­al­nej spo­łecz­no­ści reli­gij­nej, goto­wej na przy­ję­cie Syna Bożego, gdy ten ponow­nie zstąpi na Zie­mię. Zara­zem jed­nak Ame­ryka ofe­ro­wała wiele moż­li­wo­ści wzbo­ga­ca­nia się, a suk­ces finan­sowy trak­to­wano jako prze­jaw łaski Boga. W rezul­ta­cie, wbrew nadzie­jom pierw­szego poko­le­nia kolo­ni­stów, reli­gij­ność ich potom­ków szybko malała, nawet jeśli prze­strze­gali pod­sta­wo­wych naka­zów wiary. Coraz mniej miesz­kań­ców kolo­nii wypeł­niało powin­ność dozna­nia doj­ścia do Chry­stusa, co okre­ślano mia­nem kon­wer­sji i co było wymo­giem uzy­ska­nia peł­nego człon­ko­stwa Kościoła oraz dopusz­cze­nia do komu­nii. Coraz wię­cej kolo­ni­stów chciało nato­miast "jedy­nie łowić ryby", czyli zająć się osią­ga­niem dobro­bytu.

Zacho­wy­wano jed­nak sztywne normy zewnętrzne. W nie­dzielę nie wolno było podró­żo­wać, cho­dzić po ulicy bez waż­nego powodu ani nawet goto­wać, sprzą­tać czy słać łóżek, a doko­nany w nie­dzielę rabu­nek karano dodat­kowo odcię­ciem ucha. Nato­miast współ­cze­sne wyobra­że­nie o życiu w kolo­nii pury­tań­skiej zostało w dużej mie­rze ukształ­to­wane przez powieść Szkar­łatna litera Natha­niela Haw­thorne'a (1804-1864) z 1850 r. Pisarz nie miał jed­nak dostępu do wielu mate­ria­łów z epoki i jego opisy tylko w czę­ści odpo­wia­dają temu, co obec­nie wiemy o spo­łecz­no­ści pury­tań­skiej.

Rów­no­le­gle z nor­mami reli­gij­nymi zaczęły się poja­wiać pod­sta­wowe normy prawne. W stycz­niu 1639 r. osada Con­nec­ti­cut przy­jęła Fun­da­men­tal Orders (Roz­po­rzą­dze­nia pod­sta­wowe), powszech­nie uwa­żane za pierw­szy na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim doku­ment mający cechy kon­sty­tu­cji. Składa się on z jede­na­stu roz­dzia­łów, okre­śla­ją­cych funk­cjo­no­wa­nie władz kolo­nii, w tym spo­sób ich wyboru, a także reguły nakła­da­nia podatku. Pół roku póź­niej bar­dzo zbli­żony doku­ment został przy­jęty przez osadę New Haven jako Fun­da­men­tal Agre­ement, a kolejne ure­gu­lo­wa­nie kon­sty­tu­cyjne, Body of Liber­ties (Zwód swo­bód), przy­jęła w 1641 r. kolo­nia Mas­sa­chu­setts. Doku­menty takie powsta­wały stop­niowo i w kolej­nych kolo­niach, przy czym nie­mal wszyst­kie z nich okre­ślały też reli­gię obo­wią­zu­jącą na danym obsza­rze.

Choć z obu stron docho­dziło do poje­dyn­czych aktów agre­sji, rela­cje pierw­szych osad­ni­ków z India­nami ukła­dały się dobrze, przy­naj­mniej do lat 70. XVII w., gdy doszło do wojny króla Filipa. Pod­sta­wo­wym pro­ble­mem we wza­jem­nych rela­cjach był sto­su­nek do ziemi. India­nie nie znali poję­cia wła­sno­ści indy­wi­du­al­nej, a ple­miona uzgad­niały upraw­nie­nia do polo­wa­nia na okre­ślo­nym obsza­rze. India­nie rów­nież rozu­mieli poro­zu­mie­nia zawie­rane z bia­łymi jako uzna­nie ich prawa do korzy­sta­nia z ziemi. Osad­nicy nato­miast przy­wieźli ze sobą normy euro­pej­skie i w prze­ko­na­niu, że kupują prawo wła­sno­ści do ziemi, gro­dzili pozy­skane tereny i zaka­zy­wali innym wstępu na nie, co pro­wa­dziło do kon­flik­tów. Biali nie chcieli też rozu­mieć, że myśliwy potrze­bo­wał śred­nio dwa­dzie­ścia razy więk­szego obszaru niż rol­nik i nie akcep­to­wali pozo­sta­wia­nia dużych tere­nów w wła­da­niu Indian.

W inny spo­sób powstała nato­miast kolejna kolo­nia, Pen­syl­wa­nia. Jej zało­ży­cie­lem był Wil­liam Penn (1644-1718), któ­rego karierę w Anglii zatrzy­mało przy­łą­cze­nie się do Reli­gij­nego Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół, czyli kwa­krów. Była to powstała w poło­wie XVII w. sekta pro­te­stancka, która cha­rak­te­ry­zo­wała się pełną tole­ran­cją, uzna­wała rów­no­upraw­nie­nie wszyst­kich wyznaw­ców bez względu na płeć i nie akcep­to­wała form wywyż­sza­ją­cych kogo­kol­wiek. Kwa­krzy odma­wiali posłu­gi­wa­nia się wyma­ga­nymi for­mami zwra­ca­nia się do króla czy ary­sto­kra­tów, uży­wali jedy­nie zwrotu "przy­ja­cielu" i nie uzna­wali hie­rar­chii kościel­nej. Nie było też kazno­dzie­jów, gdyż każdy, i każda, jest "oświe­cany świę­tym Świa­tłem Chry­stusa" i może zabie­rać głos w trak­cie spo­tkań reli­gij­nych. Z powodu takich prze­ko­nań byli prze­śla­do­wani zarówno przez wła­dze świec­kie, jak i duchowne, a wię­ziono ich także za odmowę nosze­nia broni.

Król Karol II nadał Pen­nowi ogromny obszar w Ame­ryce Pół­noc­nej jako zwrot długu zacią­gnię­tego wcze­śniej przez Koronę, co ten wyko­rzy­stał w 1682 r. dla zało­że­nie kolo­nii nazwa­nej Pen­n­sy­lva­nia, las Penna. Miała ona sta­no­wić "święty eks­pe­ry­ment", w któ­rym dopusz­cza się pełną tole­ran­cję reli­gijną i prak­ty­kuje rów­ność wszyst­kich ludzi. Do Pen­syl­wa­nii zaczęli przy­by­wać nie tylko kwa­krzy z Anglii, lecz także prze­śla­do­wani człon­ko­wie grup reli­gij­nych z obsza­rów nie­miec­ko­ję­zycz­nych, w tym ist­nie­jący po dziś dzień ami­sze i men­no­nici.

Poza gwa­ran­cją wol­no­ści wyzna­nia dodat­ko­wym argu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za osie­dla­niem się w Pen­syl­wa­nii była dostęp­ność bar­dzo żyznej i taniej ziemi, dzięki któ­rej kolo­nia stała się zbo­żo­wym zagłę­biem Ame­ryki, eks­por­tu­ją­cym znaczne nad­wyżki plo­nów do Europy. Kolo­nia nie miała nato­miast dostępu do morza i chcąc wysy­łać plony, musiała korzy­stać z por­tów leżą­cych na tere­nie kolo­nii Dela­ware, a także kolo­nii Nowa Nider­lan­dia, powsta­łej wokół poło­żo­nej na wyspie Man­hat­tan osady Nowy Amster­dam. Jego zało­ży­cie­lem i pierw­szym wła­ści­cie­lem była Holen­der­ska Kom­pa­nia Zachod­nio­in­dyj­ska. Holen­drzy usta­no­wili na połu­dniu Man­hat­tanu fort obronny, a bieg ota­cza­ją­cej go pali­sady prze­trwał w postaci pół­ko­li­stej ulicy Wall Street. Nato­miast w 1664 r. Karol II wysłał cztery fre­gaty i Anglicy bez walki ode­brali Holen­drom Nową Nider­lan­dię. Król prze­ka­zał te zie­mie swemu bratu, czyli księ­ciu Yorku, po czym zarówno mia­sto, jak i cała kolo­nia zostały prze­mia­no­wane na New York.

Bar­dziej na połu­dnie powstała kolo­nia Caro­line, z któ­rej wykształ­ciły się Karo­lina Pół­nocna i Karo­lina Połu­dniowa. Na uwagę zasłu­guje też tryb powsta­nia kolo­nii Geo­r­gia w 1732 r. Sta­no­wiła ona przed­się­wzię­cie dobro­czynne, finan­so­wane przez rząd bry­tyj­ski z zamia­rem prze­wie­zie­nia do Ame­ryki moż­li­wie wielu lon­dyń­skich bie­da­ków i żebra­ków. Część kolo­ni­stów sta­no­wili też dłuż­nicy, ofiary obo­wią­zu­ją­cego wów­czas sys­temu wię­zie­nia za długi, któ­rzy mieli zaro­bio­nymi kwo­tami spła­cać długi. W Anglii tego okresu ska­zany dłuż­nik tra­fiał do aresztu, w któ­rym musiał prze­by­wać do spłaty zadłu­że­nia, co jed­nak było nie­mal nie­moż­liwe przy pozba­wie­niu go wol­no­ści.

W latach 30. XVIII w. na wybrzeżu Atlan­tyku funk­cjo­no­wało wszyst­kie trzy­na­ście kolo­nii, które utwo­rzyły póź­niej Stany Zjed­no­czone. Nato­miast w całej Ame­ryce Pół­noc­nej ist­niało łącz­nie ponad 20 bry­tyj­skich osad i kolo­nii kon­ty­nen­tal­nych, z któ­rych kilka weszło następ­nie w skład Kanady, oraz kil­ka­na­ście kolo­nii poło­żo­nych na wyspach Morza Kara­ib­skiego. Miesz­kańcy wszyst­kich kolo­nii byli jak na ówcze­sne sto­sunki dobrze sytu­owani. Na euro­pej­skich podróż­ni­kach szcze­gólne wra­że­nie czy­nił fakt codzien­nego poda­wa­nia do stołu róż­nych gatun­ków mięsa, co wyni­kało z dużej liczby zwie­rzyny żyją­cej w prze­past­nych lasach ówcze­snej Ame­ryki.

Gospo­darka poszcze­gól­nych kolo­nii oparta była na okre­ślo­nym pro­duk­cie. Naj­bar­dziej na pół­noc leżały kolo­nie Nowej Anglii czyli: Mas­sa­chu­setts, Con­nec­ti­cut, New Hamp­shire, Rhode Island wraz z Pro­vi­dence oraz Ply­mo­uth do czasu wchło­nię­cia jej przez Mas­sa­chu­setts w 1691 r. Głów­nym źró­dłem utrzy­ma­nia tam były przede wszyst­kim połów i eks­port dor­sza oraz dostar­cza­nie drewna do budowy stat­ków. Leżące na połu­dnie od niej tzw. kolo­nie środ­kowe, czyli Pen­syl­wa­nia wraz quasi-auto­no­micz­nym Dela­ware, Nowy Jork oraz New Jer­sey utrzy­my­wały się z uprawy psze­nicy oraz innych zbóż. Dalej na połu­dnie ulo­ko­wały się kolo­nie: Zatoki Che­sa­pe­ake, Wir­gi­nia i Mary­land, któ­rych funk­cjo­no­wa­nie opie­rało się na upra­wie i eks­por­cie tyto­niu. Nato­miast tzw. kolo­nie połu­dniowe, czyli Karo­lina Pół­nocna i Karo­lina Połu­dniowa oraz Geo­r­gia dość długo poszu­ki­wały swo­jej bazy eko­no­micz­nej, aż wresz­cie stał się nią ryż, nie mniej pożą­dany przy zaopa­try­wa­niu okrę­tów euro­pej­skich niż dorsz.

Przy­by­sze otrzy­my­wali nadział 20 ha ziemi, headri­ght, ale osad­nik, który otrzy­my­wał prawo do ziemi, musiał sam zna­leźć odpo­wia­da­jący mu teren, a następ­nie zago­spo­da­ro­wać go, co obej­mo­wało zarówno wykar­czo­wa­nie potęż­nych na ogół drzew, jak i zbu­do­wa­nie przy­naj­mniej domu z bier­wion. Konieczne było posia­da­nie takich umie­jęt­no­ści jak polo­wa­nie, łowie­nie ryb, sto­larka i wszel­kie prace w gospo­dar­stwie. Poszcze­gólne gospo­dar­stwa dzie­liła od sie­bie duża odle­głość i wszyst­kie prace trzeba było wyko­ny­wać samemu, z pomocą jedy­nie człon­ków wła­snej rodziny. Nie wszy­scy odnie­śli suk­ces, ale ci, któ­rzy prze­trwali, dali począ­tek pod­sta­wo­wej kon­cep­cji ame­ry­kań­skiego indy­wi­du­ali­zmu.

W odróż­nie­niu od sto­sun­ków ziem­skich w Euro­pie, wcho­dząc w posia­da­nie ziemi kolo­ni­sta sta­wał się jej peł­no­praw­nym wła­ści­cie­lem bez jakich­kol­wiek ogra­ni­czeń. Taka for­muła, okre­ślana ter­mi­nem fee sim­ple, sta­no­wiła pod­stawę wyjąt­kowo szyb­kiego roz­woju gospo­dar­czego Ame­ryki. Kolo­ni­sta otrzy­my­wał mają­tek, któ­rym mógł swo­bod­nie dys­po­no­wać, na przy­kład sprze­da­jąc zie­mię i inwe­stu­jąc środki w inne przed­się­wzię­cia. Pod­czas gdy w Euro­pie władca jedy­nie udo­stęp­niał teren wybra­nym pod­da­nym, a ci pusz­czali go w dzier­żawę, w Ame­ryce upra­wia­jący zie­mię był jej wła­ści­cie­lem, a jego praw nikt i nic nie ogra­ni­czało.

Stop­niowo wykształ­cał się też sys­tem zarzą­dza­nia kolo­nią, nie­mal iden­tyczny we wszyst­kich z nich. Kolo­nia mogła być wła­sno­ścią Korony albo spółki akcyj­nej lub kon­kret­nego ary­sto­kraty będą­cego bene­fi­cjen­tem nada­nia kró­lew­skiego. W każ­dym z tych przy­pad­ków w prak­tyce zarzą­dzał nią mia­no­wany przez wła­ści­ciela guber­na­tor, gdyż on sam nie widział powodu, by opusz­czać cywi­li­zo­wany Lon­dyn na rzecz dzi­kiej Ame­ryki. Obok guber­na­tora funk­cjo­no­wała też dwu­izbowa z reguły legi­sla­tura. Jej wyż­szą izbę, czyli Radę, powo­ły­wał guber­na­tor, nato­miast izba niż­sza, zwana naj­czę­ściej Zgro­ma­dze­niem, była wybie­rana przez kolo­ni­stów o okre­ślo­nym sta­tu­sie mająt­ko­wym, przy czym czynne prawo wybor­cze posia­dało od 50% do 80% bia­łych męż­czyzn, a na nie­któ­rych obsza­rach prak­tycz­nie wszy­scy. Dla porów­na­nia, w Wiel­kiej Bry­ta­nii odse­tek ten w poło­wie XVIII w. wyno­sił około 2%, a w żad­nym momen­cie nie prze­kro­czył 10%. Nie było odręb­nej wła­dzy sądow­ni­czej, a w poszcze­gól­nych kolo­niach ist­niały różne ciała wyda­jące orze­cze­nia w spra­wach kar­nych i cywil­nych, pod­le­ga­jące osta­tecz­nej decy­zji guber­na­tora.

Kolo­ni­ści, podob­nie jak wszy­scy w tym cza­sie, wie­rzyli w Boga i nie wyobra­żali sobie innej moż­li­wo­ści, ale w więk­szo­ści przy­pad­ków była to wiara powierz­chowna. Ide­ały pury­tań­skich osad­ni­ków odcho­dziły w nie­pa­mięć, choć pro­ces ten pró­bo­wał jesz­cze w latach 40. i 50. XVIII w. powstrzy­mać ruch ewan­ge­li­za­cyjny zwany Great Awa­ke­ning, Wiel­kim Prze­bu­dze­niem. Jego naj­bar­dziej zna­nymi posta­ciami byli Geo­rge Whi­te­field (1714-1770) oraz Jona­than Edwards (1703-1758).

Już jako mło­dzie­niec Edwards prze­ja­wiał wyjąt­kowe zdol­no­ści i z cza­sem zasłu­żył na miano "naj­wy­bit­niej­szego umy­słu, jaki naro­dził się w Ame­ryce". Kwe­stią teo­lo­giczną, którą zain­te­re­so­wał się bar­dzo wcze­śnie, była kon­cep­cja pre­de­sty­na­cji, fun­da­men­talna dla kal­wi­ni­zmu, w tym i dla pury­ta­ni­zmu. Gło­siła ona, że Bóg zde­cy­do­wał o zba­wie­niu lub potę­pie­niu kon­kret­nego czło­wieka "na początku czasu", a ludz­kie postę­po­wa­nie nie jest w sta­nie spo­wo­do­wać odmiany Boskiego wer­dyktu. Choć cno­tliwe życie nie zapew­niało samo z sie­bie zba­wie­nia, to mogło sta­no­wić znak Boskiej decy­zji, gdyż "święci", czyli ci, któ­rych cze­kało zba­wie­nie, byli nie­zdolni do pro­wa­dze­nia grzesz­nego życia. W ten spo­sób czło­wiek sta­wał się sędzią wła­snego postę­po­wa­nia, ze stra­chem oce­nia­jąc naturę swo­ich uczyn­ków.

Nato­miast Edwards, Whi­te­field i zwią­zani z nimi kazno­dzieje pod­jęli sta­ra­nia o odro­dze­nie reli­gijne Ame­ryki, opie­ra­jąc się na zmo­dy­fi­ko­wa­nej kon­cep­cji pre­de­sty­na­cji. Według niej Bóg stwa­rza jedy­nie moż­li­wość doj­ścia do Niego, czyli kon­wer­sji, od czło­wieka zależy nato­miast, czy tę moż­li­wość zre­ali­zuje poprzez aktywną reli­gij­ność. Gdyby zaś czło­wiek pozo­stał na dro­dze grze­chu, wów­czas, jak gło­sił Edwards w swym naj­słyn­niej­szym kaza­niu Sin­ners in the hands of an angry God, "On zmiaż­dży was bez­li­to­śnie pod sto­pami; wyci­śnie waszą krew i sprawi, że się roz­pry­śnie i skropi jego szaty, bru­dząc je". Efekty takich kazań gło­szo­nych w nie­wiel­kich pomiesz­cze­niach zbo­rów były osza­ła­mia­jące. Mno­żyły się przy­padki zbio­ro­wej histe­rii, a ofiarą roz­bu­dzo­nych emo­cji padł mię­dzy innymi wuj Edwardsa, powszech­nie sza­no­wany oby­wa­tel, który tar­gany oba­wami o stan wła­snej duszy pod­ciął sobie gar­dło. Osta­tecz­nie jed­nak zain­te­re­so­wa­nie ruchem Wiel­kiego Prze­bu­dze­nia prze­mi­nęło.

Oso­bi­sto­ścią współ­cze­sną Edward­sowi był Ben­ja­min Fran­klin (1706-1790), naj­wszech­stron­niej­sza postać okresu kolo­nial­nej Ame­ryki i gło­si­ciel war­to­ści Oświe­ce­nia. O ile za Edward­sem szli przede wszyst­kim nie­wy­kształ­ceni kolo­ni­ści, o tyle Fran­klin fascy­no­wał elitę inte­lek­tu­alną kolo­nii, choć popu­lar­ność zyskał przede wszyst­kim za sprawą "Alma­na­chu pro­stego Ryszarda" (Poor Richard's Alma­nack). Była to wyda­wana od 1732 r. w nakła­dzie ponad 10 tys. egzem­pla­rzy coroczna publi­ka­cja kalen­da­rzowa będąca zara­zem kom­pen­dium uży­tecz­nej wie­dzy, od kalen­da­rium faz Księ­życa po odle­gło­ści dro­gowe i zestaw porad medycz­nych.

Zdo­byta w ten spo­sób for­tuna pozwo­liła Fran­kli­nowi zająć się dzia­łal­no­ścią spo­łecz­nie uży­teczną (zre­for­mo­wał sys­tem pocz­towy kolo­nii i utwo­rzył stałą straż pożarną) i wyna­laz­kami (pio­ru­no­chron, instru­ment muzyczny znany jako har­mo­nijka wodna, wyjąt­kowo efek­tywny piec grzew­czy), a wresz­cie dzia­łal­no­ścią poli­tyczną, dzięki czemu ode­grał klu­czową rolę w pro­ce­sie powsta­wa­nia pań­stwa ame­ry­kań­skiego. Był zara­zem kla­sycz­nym przy­kła­dem self-made mana, osoby, która "sama sie­bie stwo­rzyła", doszła do wszyst­kiego wła­snymi siłami, na wła­snym przy­kła­dzie uka­zu­jąc nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści czło­wieka, któ­remu pozwala się na roz­wój.

Kolo­nie sta­no­wiły w takiej czy innej for­mie wła­sność potęż­nej Wiel­kiej Bry­ta­nii, dzięki czemu ich miesz­kańcy nie czuli się zagro­żeni sąsiedz­twem Fran­cu­zów i Hisz­pa­nów, a tym bar­dziej ple­mion indiań­skich. Przy­wódcy rozu­mieli jed­nak, że żadna z kolo­nii nie będzie w sta­nie samo­dziel­nie osią­gnąć gospo­dar­czego ani mili­tar­nego poziomu nawet śred­niej wiel­ko­ści pań­stwa euro­pej­skiego. Poja­wiły się dąże­nia do zawar­cia ści­ślej­szej unii wszyst­kich kolo­nii, lub przy­naj­mniej więk­szo­ści z nich. Kon­cep­cje takie wspie­rała rów­nież Korona, w prze­ko­na­niu że po ewen­tu­al­nym połą­cze­niu łatwiej będzie zarzą­dzać posia­dło­ściami na kon­ty­nen­cie pół­noc­no­ame­ry­kań­skim.

Ideę taką wyra­ził gra­ficz­nie Ben­ja­min Fran­klin, publi­ku­jąc 9 maja 1754 r. w wyda­wa­nej przez sie­bie "Pen­n­sy­lva­nia Gazette" pierw­szy ame­ry­kań­ski rysu­nek poli­tyczny. Przed­sta­wiał węża pocię­tego na czę­ści opi­sane nazwami poszcze­gól­nych kolo­nii, a pod­pis gło­sił: "Połącz się lub giń". Publi­ka­cja wią­zała się z zapla­no­wa­nym przez wła­dze bry­tyj­skie na czer­wiec tego samego roku spo­tka­niem w Albany przed­sta­wi­cieli kolo­nii oraz dele­ga­tów indiań­skiej kon­fe­de­ra­cji iro­ke­skiej. Dekla­ro­wa­nym celem obrad było wypra­co­wa­nie reguł współ­pracy w kon­tek­ście spo­dzie­wa­nej wojny z Fran­cją.

Na kon­gres przy­byli osta­tecz­nie repre­zen­tanci sied­miu kolo­nii, któ­rzy zawarli ugodę z obec­nymi w Albany India­nami, choć ta nie oka­zała się trwała. Dla Fran­klina kwe­stią naj­istot­niej­szą była nato­miast debata nad przed­sta­wio­nym prze­zeń pla­nem Unii. W jej skład miało wejść jede­na­ście kolo­nii (poza zagro­żoną sąsiedz­twem Hisz­pa­nii Geo­r­gią i nie w pełni nie­za­leż­nym Dela­ware), a admi­ni­stro­wać nią miałby mia­no­wany przez Koronę pre­zy­dent wraz z utwo­rzoną przez kolo­nie radą, któ­rej decy­zje musia­łyby zapa­dać jed­no­gło­śnie. Po dłu­giej dys­ku­sji dele­gaci na kon­gres zaapro­bo­wali plan Fran­klina, ale nie zaak­cep­to­wała go żadna z kolo­nii.

Przy­naj­mniej część z nich była już w tym cza­sie uwi­kłana w roz­po­czy­na­jącą się wojnę lat 1754-1763, okre­ślaną ter­mi­nem wojny z Fran­cją i India­nami, a sta­no­wiącą pół­noc­no­ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik nieco krót­szej wojny sied­mio­let­niej na kon­ty­nen­cie euro­pej­skim. Wielka Bry­ta­nia nie dążyła do wojny z Fran­cją w Ame­ryce, ale nie chciała zaak­cep­to­wać fran­cu­skiej obec­no­ści w doli­nie klu­czo­wej rzeki Ohio. Przy­słany z Lon­dynu gene­rał Edward Brad­dock otrzy­mał zada­nie opa­no­wa­nia spor­nego Fortu Duqu­esne, poło­żo­nego w miej­scu, gdzie rzeki Alle­gheny i Monon­ga­hela zle­wają się, two­rząc rzekę Ohio. Fort został wznie­siony przez Fran­cu­zów, ale leżał na tery­to­rium, które Bry­tyj­czycy uzna­wali za swoje.

Brad­dock posu­wał się po dro­dze, którą w gęstwi­nie leśnej wyrą­by­wało trzy­stu idą­cych przo­dem drwali i 9 lipca 1755 r. pod­od­dział liczący bli­sko 1 500 żoł­nie­rzy zbli­żył się na 15 km do fortu. Jego fran­cu­ski dowódca nie cze­kał jed­nak bier­nie na podej­ście znacz­nie licz­niej­szych wojsk bry­tyj­skich. Pole­cił stu żoł­nie­rzom i ponad sze­ściu­set India­nom, by zajęli pozy­cje po oby­dwu stro­nach wąskiej z koniecz­no­ści drogi i roz­po­częli ostrzał masze­ru­ją­cego prze­ciw­nika. Bry­tyj­czycy nosili wów­czas jaskra­wo­czer­wone mun­dury, odstra­sza­jące prze­ciw­nika w otwar­tej bitwie, ale w lesie sta­no­wiące łatwy cel dla kul i strzał. Żoł­nie­rze bry­tyj­scy roz­po­częli odwrót, ale sły­sząc odgłosy walki, Brad­dock wysłał do przodu wspar­cie. Koli­zja na wąskiej leśnej dro­dze dała oczy­wi­ste efekty. W star­ciu zgi­nęło ponad 500 Bry­tyj­czy­ków, pod­czas gdy straty po stro­nie fran­cu­skiej wynio­sły tylko 28 zabi­tych. Zmar­łego z powodu odnie­sio­nych ran Brad­docka żoł­nie­rze pocho­wali na środku leśnej drogi.

Wkrótce po klę­sce Brad­docka Wielka Bry­ta­nia wypo­wie­działa wojnę Fran­cji i w 1756 r. roz­po­częła się zasad­ni­cza wojna sied­mio­let­nia. Toczyła się na czte­rech kon­ty­nen­tach oraz trzech oce­anach i była w pew­nym sen­sie pierw­szą wojną świa­tową. Przez pierw­sze dwa lata nie przy­no­siła Bry­tyj­czy­kom suk­cesu w Ame­ryce, ale osta­tecz­nie Lon­dyn zmo­bi­li­zo­wał liczący ok. 4 000 żoł­nie­rzy kor­pus inter­wen­cyjny, dowo­dzony przez gene­rała Jamesa Wolfe'a. Bry­tyj­czycy dopły­nęli rzeką Świę­tego Waw­rzyńca do Quebecu i we wrze­śniu 1759 r. prze­pro­wa­dzili bra­wu­rowy desant na fran­cu­ski fort poło­żony na nad­rzecz­nym skal­nym wznie­sie­niu. Dowódca gar­ni­zonu nie zde­cy­do­wał się na sto­sun­kowo bez­pieczne trwa­nie w for­cie, lecz przy­jął otwartą bitwę na leżą­cej u stóp fortu Rów­ni­nie Abra­hama. Bry­tyj­czycy odnie­śli w niej wyraźne zwy­cię­stwo, choć, podob­nie jak Fran­cuzi, stra­cili w wal­kach dowódcę.

Bitwa dała począ­tek nie­prze­rwa­nej ofen­sy­wie bry­tyj­skiej w Ame­ryce, a wojna sied­mio­let­nia nie przy­nio­sła wpraw­dzie zmian tery­to­rial­nych w Euro­pie, ale na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim były one poważne. W koń­czą­cym wojnę pokoju pary­skim z 15 lutego 1763 r. Fran­cja prze­ka­zała Wiel­kiej Bry­ta­nii liczące nie­mal 2 mln km2 tery­to­rium mię­dzy Appa­la­chami na wscho­dzie i rzeką Mis­si­sipi na zacho­dzie, a także fran­cu­ską Kanadę. Wbrew pozo­rom trak­tat nie był jed­nak nie­ko­rzystny dla Fran­cji. Utra­cony obszar zda­wał się nie przed­sta­wiać więk­szej war­to­ści, do Fran­cji powró­ciły nato­miast przej­ściowo utra­cone w trak­cie dzia­łań wojen­nych cenne wyspy cukrowe Indii Zachod­nich: Gwa­de­lupa i Mar­ty­nika, a także wysepki St. Pierre i Miche­lon.

Kolo­ni­ści bry­tyj­scy, w tym Geo­rge Washing­ton (1732-1799), dekla­ro­wali w tym cza­sie dumę z przy­na­leż­no­ści do naj­po­tęż­niej­szego pań­stwa globu, choć zara­zem nie­któ­rzy z nich zaczęli okre­ślać się jako Ame­ry­ka­nie. Zasługę pierw­szego zade­kla­ro­wa­nia toż­sa­mo­ści ame­ry­kań­skiej przy­pi­suje się ogni­stemu mówcy Patric­kowi Henry'emu (1736-1799), który miał stwier­dzić: "Nie ma już róż­nic mię­dzy miesz­kań­cami Wir­gi­nii, Pen­syl­wa­nii, Nowego Jorku i Nowej Anglii. Nie jestem Wir­giń­czy­kiem, lecz Ame­ry­ka­ni­nem"3. Nato­miast cha­rak­ter nowej nacji sta­rał się uchwy­cić Michel Guil­laume Jean de Crevec?ur, fran­cu­sko-ame­ry­kań­ski autor zbioru ese­jów zaty­tu­ło­wa­nego "Listy ame­ry­kań­skiego far­mera". Zadał w nich klu­czowe pyta­nie: "Kim zatem jest Ame­ry­ka­nin, ten nowy czło­wiek?", a jego odpo­wiedź brzmiała: "Wszy­scy jeste­śmy oży­wieni duchem przed­się­bior­czo­ści, która jest nie­ogra­ni­czona i nie­skrę­po­wana, ponie­waż każdy pra­cuje dla sie­bie... Ame­ry­ka­nin to nowy czło­wiek, który działa na nowych zasa­dach; musi zatem akcep­to­wać nowe idee i for­mu­ło­wać nowe opi­nie"4.

Po zakoń­cze­niu wojny miesz­kańcy trzy­na­stu kolo­nii mieli przed sobą per­spek­tywę zalud­nia­nia tere­nów zdo­by­tych na Fran­cji, a nie­mal wszy­scy prze­ja­wiali nie­po­ha­mo­wany eks­pan­sjo­nizm. To z kolei spra­wiało, że kon­flikt z India­nami nasi­lał się, gdyż kolo­ni­ści bry­tyj­scy stop­niowo prze­su­wali na zachód gra­nicę zaję­tego przez sie­bie tery­to­rium. Walki bywały bru­talne, i to nie tylko ze strony bia­łych. India­nie wie­lo­krot­nie zatrzy­my­wali, tor­tu­ro­wali, a wresz­cie zabi­jali i skal­po­wali emi­sa­riu­szy czy pod­da­ją­cych się żoł­nie­rzy.

Wła­dze w Lon­dy­nie były świa­dome, że dal­szym kon­flik­tom może zapo­biec jedy­nie oddzie­le­nie kolo­ni­stów od Indian i król Jerzy III usta­no­wił gra­niczną Linię Pro­kla­ma­cyjną, któ­rej nie­na­ru­sza­nia mieli dopil­no­wać urzęd­nicy kró­lew­scy. Prze­bie­gała ona wzdłuż szczy­tów Appa­la­chów, co zna­czyło, że zdo­byte na Fran­cji tery­to­rium mię­dzy Appa­la­chami i rzeką Mis­si­sipi miało pozo­stać w rękach indiań­skich. Była to decy­zja roz­sądna i została zaak­cep­to­wana przez zgro­ma­dze­nia kolo­nialne, ale nie przez wszyst­kich kolo­ni­stów. Nie rozu­mieli, dla­czego po wyczer­pu­ją­cej woj­nie z Fran­cją mieli zostać pozba­wieni dostępu do owo­ców zwy­cię­stwa. Decy­zję króla ode­brali jako kolejny dowód, że metro­po­lia lek­ce­waży ich aspi­ra­cje.

Lon­dyn chciał zara­zem, by kolo­ni­ści par­ty­cy­po­wali w spła­cie dłu­gów zacią­gnię­tych pod­czas wojny sied­mio­let­niej oraz pono­sili koszty zwią­zane z poby­tem w Ame­ryce 10 tys. żoł­nie­rzy bry­tyj­skich przy­sła­nych dla dopil­no­wa­nia pokoju mię­dzy kolo­ni­stami a India­nami. W rezul­ta­cie wydatki na utrzy­ma­nie żoł­nie­rzy wzro­sły z 70 tys. fun­tów rocz­nie w 1750 r. do 350 tys. fun­tów w 1763 r., a Korona nie bez pod­staw uwa­żała, że koszty obrony kolo­nii powinny obcią­żać tych, na rzecz któ­rych są pono­szone. Źró­dłem dodat­ko­wych fun­du­szy mogły być jedy­nie podatki, które w kolo­niach pozo­sta­wały na mini­mal­nym pozio­mie. W tym okre­sie Bry­tyj­czyk pła­cił prze­cięt­nie poda­tek 25 szy­lin­gów rocz­nie, pod­czas gdy śred­nie obcią­że­nie kolo­ni­sty wyno­siło nie wię­cej niż 1 szy­ling i sta­no­wiło mniej niż 1% przy­cho­dów. Wyłącz­ność na nakła­da­nie podat­ków miały jed­nak zgro­ma­dze­nia kolo­nii, które nie akcep­to­wały argu­men­tów Lon­dynu.

Kon­flikt nara­stał, do czego przy­czy­niały się kolejne akty prawne Korony. W kwiet­niu 1764 r. par­la­ment bry­tyj­ski uchwa­lił ustawę o docho­dach, Reve­nue Act, lepiej znaną jako Sugar Act, ustawę o cukrze, która zmie­niała Ustawę o mela­sie z 1733 r. Melasa powsta­wała przy rafi­na­cji cukru i wyko­rzy­sty­wano ją do pro­duk­cji rumu, sta­no­wią­cego pod­sta­wowy towar bar­te­rowy w kolo­niach kon­ty­nen­tal­nych. Była tania, gdyż chcąc chro­nić wytwór­ców brandy, Fran­cuzi nie zezwa­lali na eks­por­to­wa­nie jej z wysp cukro­wych do metro­po­lii, podob­nie jak Holen­drzy, któ­rzy chro­nili gin i sprze­da­wali kolo­ni­stom melasę za bez­cen. Ustawa o mela­sie miała chro­nić inte­resy plan­ta­to­rów bry­tyj­skich, gdyż usta­na­wiała cło w wyso­ko­ści dzie­wię­ciu pen­sów za galon na melasę pocho­dzącą z wysp cukro­wych innych niż bry­tyj­skie. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak melasa była nie­mal w cało­ści przy­wo­żona na kon­ty­nent na pod­sta­wie fał­szy­wych doku­men­tów o jej pocho­dze­niu, naby­wa­nych od cel­ni­ków z bry­tyj­skiej Jamajki po umow­nej cenie jed­nego pensa za każdy wyka­zy­wany w cer­ty­fi­ka­cie galon.

Ustawa o cukrze obni­żała cło na melasę z dzie­wię­ciu na trzy pensy za galon i kolo­ni­ści nie mogli wno­sić zastrze­żeń do zmniej­sze­nia obcią­że­nia. Ponie­waż jed­nak jed­no­cze­śnie naka­zano Mary­narce Kró­lew­skiej likwi­da­cję prze­mytu, nowa opłata nie ozna­czała w rze­czy­wi­sto­ści obni­że­nia cła z dzie­wię­ciu do trzech pen­sów, lecz jego pod­wyż­sze­nie z jed­nego do trzech pen­sów za galon. To z kolei pod­no­siło cenę wytwa­rza­nego z melasy rumu, co zmie­niało jego war­tość jako pro­duktu bar­te­ro­wego, nie wspo­mi­na­jąc już o kosz­tach kon­sump­cji. Nie­mniej nawet naj­bar­dziej kon­fron­ta­cyj­nie nasta­wieni kolo­ni­ści nie mogli zbu­do­wać opo­zy­cji wobec Lon­dynu na pro­te­ście prze­ciwko prze­pi­som obni­ża­ją­cym cło. By powa­żyć się na rewoltę prze­ciw metro­po­lii, potrzebne były moc­niej­sze impulsy, konieczni byli orga­ni­zu­jący bunt przy­wódcy i nie­zbędne było hasło, które jed­no­czy­łoby nie­za­do­wo­lo­nych. Bez tych ele­men­tów kolo­nie długo jesz­cze nie powsta­łyby prze­ciw Koro­nie.

Hasło, pod któ­rym zjed­no­czyli się nie­za­do­wo­leni kolo­ni­ści, brzmiało: No taxa­tion without repre­sen­ta­tion, "Nie ma opo­dat­ko­wa­nia bez repre­zen­to­wa­nia". Wyra­żano w ten spo­sób pogląd, że skoro kolo­ni­ści nie mają swo­ich przed­sta­wi­cieli w Izbie Gmin, to nie ma ona prawa nakła­dać podat­ków na kolo­nie. Gdy jed­nak poja­wiły się pro­po­zy­cje, by kolo­nie miały repre­zen­ta­cję w par­la­men­cie bry­tyj­skim, te nie wyra­ziły na to zgody, słusz­nie wska­zu­jąc, że ich przed­sta­wi­ciele pozo­sta­wa­liby w zni­ko­mej mniej­szo­ści, swoją obec­no­ścią legi­ty­mi­zu­jąc jedy­nie nie­ko­rzystne dla kolo­nii decy­zje. Nato­miast samo hasło przyj­mo­wano począt­kowo w Lon­dy­nie z życz­liwą obo­jęt­no­ścią i dopiero kolejne decy­zje par­la­mentu spra­wiły, że nabrało ono mocy.

22 marca 1765 r. Izba Gmin uchwa­liła Stamp Act, ustawę o znacz­kach skar­bo­wych, która wpro­wa­dziła obo­wią­zek wno­sze­nia opłat skar­bo­wych od wszel­kiego typu przed­mio­tów papie­ro­wych, w tym perio­dy­ków i bro­szur, a także od wysta­wia­nia doku­men­tów. Dopiero ta regu­la­cja dopro­wa­dziła do skry­sta­li­zo­wa­nia się nara­sta­ją­cego w kolo­niach nie­za­do­wo­le­nia i jego prze­miany w otwarty bunt. O ile bowiem ustawa o cukrze godziła przede wszyst­kim w kup­ców, to kon­se­kwen­cje ustawy o znacz­kach doty­kały wszyst­kich kolo­ni­stów.

W rze­czy­wi­sto­ści wpro­wa­dze­nie znacz­ków skar­bo­wych nie sta­no­wiło dys­kry­mi­no­wa­nia kolo­nii. W metro­po­lii obo­wią­zy­wały już ustawy tego typu, a podobne opłaty pobie­rało wiele państw euro­pej­skich. Nie­mniej ustawa o cukrze, acz dokucz­liwa, mogła zostać uchwa­lona w Lon­dy­nie, gdyż doty­czyła prze­pi­sów o han­dlu, nato­miast ustawa o znacz­kach doty­czyła podat­ków, czyli kwe­stii pozo­sta­ją­cej w gestii legi­sla­tur kolo­nii. W odpo­wie­dzi na jej uchwa­le­nie w paź­dzier­niku 1765 r. w Nowym Jorku zebrał się Stamp Act Con­gress, w któ­rym wzięli udział przed­sta­wi­ciele dzie­wię­ciu kolo­nii kon­ty­nen­tal­nych. Przy­jęte w trak­cie obrad posta­no­wie­nia nie miały istot­nego zna­cze­nia, nato­miast główną war­to­ścią kon­gresu było stwo­rze­nie moż­li­wo­ści wza­jem­nego pozna­nia się akty­wi­stów z poszcze­gól­nych kolo­nii, a opór prze­ciwko usta­wie sta­no­wił wstęp do Rewo­lu­cji Ame­ry­kań­skiej.

Osta­tecz­nie 18 marca 1766 r. par­la­ment bry­tyj­ski uchy­lił ustawę o znacz­kach, ale wła­dze bry­tyj­skie na­dal pro­wo­ko­wały kolo­ni­stów. Taki sku­tek miało wpro­wa­dze­nie w latach 1767-1768 pię­ciu tzw. ustaw Town­shenda. Usta­na­wiano w nich poda­tek od dóbr impor­to­wa­nych do kolo­nii, co nie wzbu­dzało oporu w Ame­ryce, ele­men­tem kon­tro­wer­syj­nym było nato­miast prze­zna­cze­nie tak zebra­nych fun­du­szy. Otóż Par­la­ment zade­kre­to­wał, że uzy­skane środki będą skie­ro­wane na pokry­cie kosz­tów upo­sa­że­nia guber­na­to­rów i innych urzęd­ni­ków kró­lew­skich w kolo­niach. Jedyną formą kon­troli guber­na­tora przez Zgro­ma­dze­nie było jed­nak, że to ono wyzna­czało mu i wypła­cało upo­sa­że­nie. Próba zmiany tak istot­nego ele­mentu rów­no­wagi poli­tycz­nej spra­wiła, że ustawy Town­shenda wywo­łały znacz­nie wię­cej kon­tro­wer­sji, niż gdyby ogra­ni­czyły się do kwe­stii cła. Osta­tecz­nie w maju 1769 r. także i one zostały anu­lo­wane przy pozo­sta­wie­niu jedy­nie cła na her­batę.

Kolejny ele­ment zapalny był efek­tem wkro­cze­nia do Bostonu w paź­dzier­niku 1768 r. 4 tys. żoł­nie­rzy bry­tyj­skich. Kolo­ni­ści nie akcep­to­wali decy­zji Lon­dynu i uwa­żali Bry­tyj­czy­ków za armię oku­pa­cyjną. Znany z wybu­cho­wego tem­pe­ra­mentu Samuel Adams (1722-1803) nie omiesz­kał nawet bez jakich­kol­wiek pod­staw oskar­żyć żoł­nie­rzy o "znę­ca­nie się nad małymi chłop­cami i gwał­ce­nie kobiet". Przy­by­cie Bry­tyj­czy­ków miało też nie­ko­rzystne kon­se­kwen­cje dla mniej wykwa­li­fi­ko­wa­nych kolo­ni­stów. Żoł­nie­rze byli słabo opła­cani i poza godzi­nami służby imali się roz­ma­itych prac fizycz­nych, kon­ku­ru­jąc na tym polu z miej­sco­wymi wyko­naw­cami. Mając jed­nak zapew­nione zakwa­te­ro­wa­nie i pod­stawowy wikt, mogli sie godzić na niż­sze stawki, co pro­wa­dziło do kon­flik­tów. Naj­waż­niej­sze takie wyda­rze­nie miało miej­sce 5 marca 1770 r., kiedy to grupa żoł­nie­rzy została oto­czona przez 30 lub 40 awan­tur­ni­ków, któ­rzy rzu­cali w nich roz­ma­itymi przed­mio­tami, w tym kulami śnież­nymi z ukry­tymi w środku kamie­niami. Ata­ku­jący wie­dzieli, że żoł­nie­rzom nie wolno było użyć broni w gra­ni­cach mia­sta. Gdy jed­nak jeden z nich został ugo­dzony kamie­niem i upadł, jego musz­kiet wypa­lił. Myśląc, że jest to sygnał, kilku innych żoł­nie­rzy wystrze­liło do ota­cza­ją­cego ich tłumu, wsku­tek czego trzy osoby zgi­nęły na miej­scu, a dwie zmarły póź­niej.

Zna­jąc prze­bieg wyda­rzeń i wie­dząc, że żoł­nie­rze bry­tyj­scy zostali spro­wo­ko­wani przez miej­sco­wych awan­tur­ni­ków, bostoń­czycy zacho­wali spo­kój. Ale Samuel Adams rozu­miał, że tra­fiła się zna­ko­mita oka­zja pro­pa­gan­dowa. Paul Revere (1734-1818), miej­scowy rze­mieśl­nik i akty­wi­sta, wyko­nał mie­dzio­ryt, przed­sta­wia­jący rze­komy prze­bieg kon­fron­ta­cji. Według tego powszech­nie zna­nego rysunku żoł­nie­rze bry­tyj­scy, sto­jąc w linii, strze­lali w biały dzień do dwu­dziestki nie­uzbro­jo­nych i nie­win­nie wyglą­da­ją­cych kolo­ni­stów. Revere nazwał swoje dzieło: "Masa­kra na King Street" i pod takim tytu­łem zostało ono roz­pro­pa­go­wane w całym Mas­sa­chu­setts, zaś do innych kolo­nii tra­fiło pod nazwą "Masa­kra w Bosto­nie". Gdy jed­nak żoł­nie­rze bry­tyj­scy sta­nęli przed sądem, dowódca pod­od­działu i sze­ściu żoł­nie­rzy zostało unie­win­nio­nych, a tylko dwóch uznano za win­nych, ale nie mor­der­stwa, lecz zabój­stwa.

Po chwi­lo­wym wzbu­rze­niu nastał okres spo­koju i wyda­wało się, że nastrój rewo­lu­cyjny się ulot­nił. Ni­gdy zresztą nie podzie­lała go wię­cej jedna trze­cia kolo­ni­stów, nazy­wa­nych loja­li­stami lub tory­sami, a podobna liczba patrio­tów, zwa­nych też wigami, chciała unie­za­leż­nie­nia się od Lon­dynu, nato­miast pozo­stali wyzna­wali biblijną mak­symę - "plaga na oby­dwa wasze domy". Zresztą nawet wśród patrio­tów pano­wała wpraw­dzie zgoda na opór prze­ciw gwał­ce­niu przez Lon­dyn praw kolo­ni­stów, ale już nie­ko­niecz­nie na walkę o nie­za­leż­ność od metro­po­lii. Nie była to też walka pod­bi­tego narodu z najeźdźcą, gdyż kolo­ni­ści sami byli nie­mal wyłącz­nie Bry­tyj­czy­kami.

Do rewolty zapewne nie doszłoby bez dzia­łań podej­mo­wa­nych przez grono zróż­ni­co­wa­nych postaci: spraw­nych orga­ni­za­to­rów, bez­względ­nych pod­że­ga­czy, nar­cy­stycz­nych mów­ców i wiel­kich wizjo­ne­rów. Przy­wódcy rebe­lii pocho­dzili z róż­nych śro­do­wisk spo­łecz­nych i czę­sto nie darzyli się sym­pa­tią. I tak Samuel Adams doce­niał zna­cze­nie fun­du­szy, jakimi dys­po­no­wał bogaty kupiec John Han­cock (1737-1793), ale nie ufał mu ani go nie sza­no­wał. John Adams (1736-1826) także uwa­żał Han­cocka za "pustą beczkę", a James Madi­son (1751-1836) za "sła­bego, zja­da­nego ambi­cją dwo­raka, posłu­gu­ją­cego się niskimi intry­gami". John Adams uwa­żał też, że Tho­mas Jef­fer­son (1743-1826) ma "umysł prze­żarty ambi­cją i jest źle poin­for­mo­wa­nym igno­ran­tem", a ten rewan­żo­wał mu się prze­ko­na­niem o jego zaro­zu­mial­stwie i próż­no­ści. Samuel Adams uwa­żał z kolei Ale­xan­dra Hamil­tona (1757-1804) za roz­pust­nika i twier­dził, że "albo on osza­lał, albo ja", w zamian zaś cie­szył się u Hamil­tona opi­nią próż­nego, zazdro­snego ego­ty­sty. Jef­fer­son miał Hamil­tona za nie­wdzięcz­nika, Hamil­ton Jef­fer­sona za intry­ganta. Nawet Fran­klin nie uszedł kry­tyce i zda­niem Johna Adamsa był nie­przy­zwo­ity, miał fatalne maniery i ni­gdy nie powi­nien się był odda­wać służ­bie publicz­nej.

Po trzech latach od star­cia w 1770 r. w Bosto­nie ponow­nie poja­wiły się nastroje bun­tow­ni­cze. Były one zwią­zane z wyda­rze­niem zna­nym jako "her­batka bostoń­ska" i przed­sta­wia­nym w kate­go­riach patrio­tycz­nych, co tylko czę­ściowo odpo­wiada praw­dzie. Wsku­tek na­dal obo­wią­zu­ją­cego cła na her­batę napój ten był sze­roko boj­ko­to­wany przez kolo­ni­stów, co wraz z prze­my­tem z Holan­dii i Fran­cji spra­wiło, że sprze­daż her­baty bry­tyj­skiej w kolo­niach prak­tycz­nie zamarła. Po czę­ści z tego powodu bry­tyj­skiej East India Com­pany zagra­żało ban­kruc­two. Jej udzia­łow­cami było jed­nak wielu człon­ków esta­bli­sh­mentu bry­tyj­skiego, któ­rzy w 1773 r. dopro­wa­dzili do uchwa­le­nia ustawy o her­ba­cie. Dała ona kom­pa­nii mono­pol na sprze­daż her­baty w Ame­ryce Pół­noc­nej, zwol­niła ją z opłat cel­nych i zezwo­liła jej na sprze­daż deta­liczną her­baty z pomi­nię­ciem pośred­ni­ków. W rezul­ta­cie East India Com­pany mogła sprze­da­wać swój pro­dukt nawet poni­żej ceny her­baty z prze­mytu. Lon­dyn był prze­ko­nany, że kolo­ni­ści zaak­cep­tują tak dogodne zmiany. Jego dzia­ła­nia zagro­ziły jed­nak inte­re­som hur­tow­ni­ków i prze­myt­ni­ków, wśród któ­rych byli rów­nież przy­wódcy rewo­lu­cji.

Gdy statki z her­batą zawi­nęły w listo­pa­dzie 1773 r. do portu bostoń­skiego, Samuel Adams zro­zu­miał, że nada­rzyła się oka­zja do odzy­ska­nia ini­cja­tywy. Wbrew zgo­dzie władz na roz­ła­du­nek towaru, na znak Adamsa grupa bostoń­czy­ków udała się 16 grud­nia do portu w sym­bo­licz­nym prze­bra­niu Indian Mohaw­ków i wysy­pała do wody wszyst­kie 342 skrzy­nie z her­batą. Było to naj­po­waż­niej­sze wyzwa­nie rzu­cone Lon­dy­nowi w okre­sie poprze­dza­ją­cym Rewo­lu­cję, gdyż nie tylko znisz­czono wła­sność pry­watną znacz­nej war­to­ści lecz także zlek­ce­wa­żono decy­zję guber­na­tora.

W odpo­wie­dzi Par­la­ment bry­tyj­ski przy­jął serię aktów praw­nych, zna­nych jako ustawy repre­syjne, Coer­cive Acts, lub ustawy karne, Puni­tive Acts. W kolo­niach z kolei okre­ślano je jako ustawy nie­ak­cep­to­wane, Into­le­ra­ble Acts. Pierw­sza z nich, przy­jęta w marcu 1774 r. ustawa o por­cie bostoń­skim, była ze strony Korony poka­zem siły. Zawie­rała posta­no­wie­nie o zamknię­ciu portu w Bosto­nie do czasu, aż zosta­nie wnie­sione odszko­do­wa­nie za znisz­czony towar. Ocze­ki­wa­nie rekom­pen­saty wyda­wało się roz­sądne, zwłasz­cza że wielu kolo­ni­stów nie popie­rało braku posza­no­wa­nia dla cudzej wła­sno­ści. Jed­nak zamy­ka­nie jed­nego z naj­waż­niej­szych por­tów pół­noc­no­ame­ry­kań­skich sta­no­wiło oczy­wi­stą repre­sję, która zjed­no­czyła kolo­nie, czego uprzed­nio nie uda­wało się osią­gnąć.

Ustawy zmu­siły kolo­ni­stów do pod­ję­cia fun­da­men­tal­nej decy­zji, czy pod­dać się Lon­dy­nowi czy też przejść do otwar­tej rewolty. Racjo­nalne myśle­nie naka­zy­wało pod­po­rząd­ko­wa­nie się metro­po­lii. XVIII-wieczna Wielka Bry­ta­nia była mocar­stwem gospo­dar­czym, poli­tycz­nym i mili­tar­nym, a więk­szo­ści kolo­ni­stów nie było spieszno do kon­fliktu z "praw­dziwą ojczy­zną" w cza­sie gdy o wyjaz­dach z Ame­ryki do Lon­dynu mówiono jako o podró­żach "do domu". Wobec nara­sta­ją­cych wąt­pli­wo­ści poja­wiła się ini­cja­tywa kolej­nego spo­tka­nia dele­ga­tów, które stało się znane jako Pierw­szy Kon­gres Kon­ty­nen­talny. Obra­do­wał on od 5 wrze­śnia do 26 paź­dzier­nika 1774 r. w Fila­del­fii i wzięli w nim udział przed­sta­wi­ciele dwu­na­stu kolo­nii (bez Geo­r­gii, która potrze­bo­wała ochrony Korony przed hisz­pań­ską Flo­rydą). Kon­gres zakoń­czył się uchwa­le­niem boj­kotu han­dlo­wego wobec Wiel­kiej Bry­ta­nii, a w celu reali­za­cji tego posta­no­wie­nia kolo­nie zawią­zały Sto­wa­rzy­sze­nie Kon­ty­nen­talne. Ze swej strony Korona zare­ago­wała na to posta­no­wie­nie zaka­zem kon­tak­tów han­dlo­wych kolo­nii z kim­kol­wiek poza metro­po­lią.

Decy­du­jące wyda­rze­nia po raz kolejny roze­grały się w Mas­sa­chu­setts. Gdy par­la­ment bry­tyj­ski roz­wią­zał Zgro­ma­dze­nie tej kolo­nii, jego człon­ko­wie prze­nie­śli się do poło­żo­nej pod Bosto­nem nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści Con­cord, gdzie 7 paź­dzier­nika 1774 r. ukon­sty­tu­owali się ponow­nie. 18 kwiet­nia 1775 r. w kie­runku Con­cord wyru­szył oddział około 700 żoł­nie­rzy bry­tyj­skich z zamia­rem zaaresz­to­wa­nia przy­wód­ców buntu oraz zare­kwi­ro­wa­nia zapa­sów broni. Opu­ścili Boston nocą, aby zacho­wać akcję w tajem­nicy, ale patrioci obser­wo­wali koszary. Trzech kurie­rów wyru­szyło natych­miast w drogę, a do histo­rii prze­szedł Paul Revere, sławny już autor mie­dzio­rytu uka­zu­ją­cego "masa­krę bostoń­ską", który jako jedyny z nich zdo­łał ostrzec miesz­kań­ców o zbli­ża­ją­cych się żoł­nier­zach.

Do pierw­szej kon­fron­ta­cji doszło 19 kwiet­nia w Lexing­ton, osa­dzie poło­żo­nej na dro­dze do Con­cord. Naprze­ciw 700 Bry­tyj­czy­ków sta­nęło tam 70 kolo­ni­stów, ktoś oddał spon­ta­nicz­nie strzał, a od salwy bry­tyj­skiej zgi­nęło ośmiu kolo­ni­stów. Pozo­stali się roz­pierz­chli, a żoł­nie­rze poma­sze­ro­wali do Con­cord. Potyczka w tej miej­sco­wo­ści miała bar­dziej wyrów­nany prze­bieg, gdyż wzięło w niej udział znacz­nie wię­cej kolo­ni­stów. Osta­tecz­nie żoł­nie­rze znisz­czyli część zgro­ma­dzo­nej broni, po czym dowódca wydał roz­kaz powrotu do Bostonu. Do mia­sta wio­dła jed­nak tylko jedna droga, wzdłuż któ­rej roz­lo­ko­wali się kolo­ni­ści i z ukry­cia ostrze­li­wali Bry­tyj­czy­ków. Żoł­nie­rzom zaczy­nało bra­ko­wać amu­ni­cji i byli bli­scy pod­da­nia się, czemu zapo­bie­gła dopiero przy­była z Bostonu odsiecz.

Szczę­ściem dla Bry­tyj­czy­ków kolo­ni­ści byli nie­po­rad­nymi strzel­cami, a ówcze­sna broń palna była dość pry­mi­tywna. Oce­nia się, że oddano łącz­nie 75 tys. strza­łów ale tylko nie­całe 0,4% z nich było cel­nych. Nie­mniej zgi­nęło 73 żoł­nie­rzy bry­tyj­skich, a 200 zostało ran­nych, nato­miast ofiar śmier­tel­nych wśród patrio­tów było 49. Osta­tecz­nie oddział bry­tyj­ski schro­nił się w poło­żo­nym na pół­wy­spie Bosto­nie, a kolo­ni­ści roz­po­częli oblę­że­nie mia­sta jako Armia Obser­wa­cyjna.

W Lon­dy­nie ście­rały się w tym cza­sie dwie opcje roz­wią­za­nia coraz ostrzej­szego kon­fliktu. Część poli­ty­ków, w tym pre­mier Wil­liam Pitt Star­szy, pro­po­no­wała, by prze­mia­no­wać Kon­gres Kon­ty­nen­talny na Par­la­ment Ame­ry­kań­ski, odwo­łać wszyst­kie ustawy, któ­rym kolo­nie były nie­chętne, ale jed­no­cze­śnie powia­do­mić je, iż same muszą zadbać o środki na utrzy­ma­nie sys­temu admi­ni­stra­cyj­nego i na obronę przed zagro­że­niem zewnętrz­nym. Więk­szość człon­ków Par­la­mentu była jed­nak prze­ko­nana, że kolo­ni­stów powstrzy­mają tylko zde­cy­do­wane groźby i nie chciała przy­jąć argu­mentu, iż 10 tys. żoł­nie­rzy nie będzie się w sta­nie prze­ciw­sta­wić 1,5 mln kolo­ni­stów.

10 maja 1775 r. w Fila­del­fii zebrał się Drugi Kon­gres Kon­ty­nen­talny, w któ­rym wzięli udział wszy­scy prak­tycz­nie przy­wódcy rewo­lu­cji ame­ry­kań­skiej, stop­niowo prze­ista­cza­ją­cej się w fazę dzia­łań mili­tar­nych okre­ślaną mia­nem wojny o nie­pod­le­głość. Kon­gres obra­do­wał z prze­rwami i w róż­nych loka­li­za­cjach przez sześć lat, a z cza­sem zaczął być nazy­wany po pro­stu Kon­gresem Kon­ty­nen­talnym. Podob­nie jak poprzed­nik, nie miał on żad­nych pod­staw praw­nych do podej­mo­wa­nia decy­zji admi­ni­stra­cyj­nych czy poli­tycz­nych. Mimo to dzia­łał jako rząd czasu wojny, choć Zgro­ma­dze­nia poszcze­gól­nych kolo­nii mogły jego posta­no­wie­nia wcie­lić w życie, mody­fi­ko­wać lub odrzu­cić.

14 czerwca powo­łano do życia Armię Kon­ty­nen­talną, prze­mia­no­wu­jąc tym samym Armię Obser­wa­cyjną. Jej liczeb­ność wraz z lokal­nymi mili­cjami, jak nazy­wano siły pospo­li­tego rusze­nia, prze­kra­czała 15 tysięcy. Człon­ko­wie mili­cji byli jed­nak nie­sub­or­dy­no­wani i w dowol­nym momen­cie odcho­dzili do domów. Szcze­gól­nego zna­cze­nia nabrało w tej sytu­acji powo­ła­nie 19 czerwca 1775 r. na naczel­nego dowódcę Geo­rge'a Washing­tona. Bez­zwłocz­nie udał się on pod Boston, gdzie 3 lipca prze­jął dowo­dze­nie. Histo­rycy nie mają wąt­pli­wo­ści, że bez Washing­tona słabe i źle zor­ga­ni­zo­wane oddziały kolo­ni­stów nie poko­na­łyby nie­po­rów­na­nie lepiej przy­go­to­wa­nych bry­tyj­skich sił eks­pe­dy­cyj­nych.

8 lipca 1775 r. Kon­gres Kon­ty­nen­talny przy­jął Olive Branch Peti­tion, pety­cję gałązki oliw­nej. Wysłano ją do króla wraz z dekla­ra­cją powo­dów się­gnię­cia po broń, ale monar­cha nie przy­jął żad­nego z tych doku­men­tów i 25 sierp­nia ogło­sił pro­kla­ma­cję o bun­cie. Nato­miast w Kon­gre­sie na­dal nie było zgody co do dal­szego postę­po­wa­nia. Oddzie­le­nie się od Wiel­kiej Bry­ta­nii mogło gro­zić poważ­nymi kon­se­kwen­cjami gospo­dar­czymi, przede wszyst­kim jed­nak wzdra­gano się przed odrzu­ce­niem wła­dzy króla, który nie pocho­dził z wyboru, jak Par­la­ment, lecz był poma­zań­cem Bożym. Zmianę nasta­wie­nia oby­wa­teli przy­nio­sła dopiero opu­bli­ko­wana w stycz­niu 1776 r. pięć­dzie­się­cio­stro­ni­cowa bro­szura autor­stwa Tho­masa Paine'a (1737-1809), zaty­tu­ło­wana Com­mon Sense (Zdrowy roz­są­dek).

W Ame­ryce rocz­nie uka­zy­wało się co naj­mniej 200 bro­szur poli­tycz­nych, poprzez które pro­wa­dzono pole­miki na istotne tematy, z zasady jed­nak czy­telne tylko dla odpo­wied­nio przy­go­to­wa­nych odbior­ców. Paine nato­miast chciał tra­fić do wszyst­kich, bez upięk­szeń i pro­stym języ­kiem: "Przed­sta­wiam jedy­nie pro­ste fakty, jasne argu­menty i zdrowy roz­są­dek". Prze­ko­ny­wał, że Wielka Bry­ta­nia pomniej­sza należne kolo­ni­stom zyski z han­dlu, a mała wyspa nie może rzą­dzić kon­ty­nen­tem. Przede wszyst­kim zaś nie wahał się stwier­dzić, że król nie­sza­nu­jący pod­wład­nych nie zasłu­guje na posłuch. Paine prze­ła­mał swoim tek­stem obo­wią­zu­jącą do tego czasu zasadę, zgod­nie z którą kolo­ni­ści ata­ko­wali Par­la­ment bry­tyj­ski, ale nie króla. Kon­klu­zją sta­wia­nej przez autora tezy, że to król winien jest wszel­kim nie­go­dzi­wo­ściom popeł­nia­nym wobec kolo­ni­stów, mogło być tylko wska­za­nie koniecz­no­ści prze­cię­cia swo­istej pępo­winy ubez­wła­sno­wol­nia­ją­cej dotąd Ame­ry­ka­nów. Klu­czowy frag­ment eseju Paine'a brzmiał: "Wszystko, co prawe i roz­sądne, domaga się sepa­ra­cji. Krew zabi­tych, szloch natury wołają: CZAS SIĘ ROZ­DZIE­LIĆ".

Wyra­fi­no­wani przy­wódcy rebe­lii potę­piali język i płyt­kość argu­men­tów Paine'a, elity uznały Zdrowy roz­są­dek za dzieło igno­ranta, ale bro­szura tra­fiała do sze­re­go­wych kolo­ni­stów. Było ich wów­czas około 1,5 mln, a łączny nakład bro­szury wyno­sił aż 150 tys. egzem­pla­rzy. Jak pisał w jed­nym z listów Geo­rge Washing­ton: "Zauwa­żam, że Zdrowy roz­są­dek doko­nuje potęż­nej zmiany w umy­słach wielu ludzi"5.

Osta­tecz­nie o losie kolo­nii i kolo­ni­stów zade­cy­do­wali dele­gaci do Kon­gresu Kon­ty­nen­tal­nego. 11 czerwca 1776 r. powo­łano komi­sję mającą przy­go­to­wać tekst doku­mentu ogła­sza­ją­cego nie­za­leż­ność kolo­nii, a następ­nego dnia kolejną komi­sję, któ­rej powie­rzono opra­co­wa­nie doku­mentu kon­sty­tu­cyj­nego. Dzia­ła­nia te wska­zy­wały na chęć stwo­rze­nia jed­nego pań­stwa, co nie od razu było oczy­wi­ste. W grę wcho­dziła też suwe­ren­ność poszcze­gól­nych kolo­nii, a także utwo­rze­nie kilku mniej­szych fede­ra­cji na poszcze­gól­nych obsza­rach. Prze­wa­żyły jed­nak argu­menty prze­ciw takim roz­wią­za­niom, gdyż ato­mi­za­cja mogłaby dopro­wa­dzić do spo­rów czy nawet walk, a nie­wiel­kie związki byłyby nara­żone na zakusy mocarstw euro­pej­skich. Poza jedną Unią zrze­sza­jącą kolo­nie bry­tyj­skie na kon­ty­nen­cie pół­noc­no­ame­ry­kań­skim pozo­stała tylko Kanada, którą zresztą przez długi czas usi­ło­wano dołą­czyć do nowego pań­stwa.

Pro­jekt Dekla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści gotowy był już po nie­ca­łych czte­rech tygo­dniach, głów­nie dzięki pracy Tho­masa Jef­fer­sona. 2 lipca Kon­gres pod­jął jed­no­myślną decy­zję o unie­za­leż­nie­niu się od Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zgro­ma­dzeni mieli zara­zem prze­ko­na­nie, że krok taki należy wytłu­ma­czyć przed świa­tem i dwa dni póź­niej zaak­cep­to­wano tekst dekla­ra­cji, doku­mentu sku­tecz­nie łączą­cego pro­pa­gandę z argu­men­ta­cją poli­tyczną. W ciągu następ­nych tygo­dni pod ory­gi­na­łem dekla­ra­cji pod­pi­sało się 56 człon­ków Kon­gresu, a zło­że­nia pod­pisu odmó­wił tylko jeden z nich.

John Adams pisał do żony: "Drugi dzień lipca 1776 roku będzie naj­bar­dziej pamiętną epoką [!] w histo­rii Ame­ryki. Jestem skłonny sądzić, że będzie obcho­dzony przez kolejne poko­le­nia jako wiel­kie święto rocz­ni­cowe... Powi­nien być uro­czy­ście obcho­dzony z pompą i para­dami, z poka­zami, grami, ze spor­tami, z dzwo­nami, ogni­skami i ilu­mi­na­cjami"6. Ale w 1777 r. przy­po­mniano sobie o rocz­nicy dopiero 3 lipca i nie można już było upa­mięt­nić daty pod­ję­cia decy­zji, a jedy­nie dzień ogło­sze­nia dekla­ra­cji. W efek­cie to 4 lipca jest nazy­wany Inde­pen­dence Day i ten dzień stał się ame­ry­kań­skim świę­tem naro­do­wym, choć w isto­cie upa­mięt­nia nie klu­czową decy­zję, lecz przy­ję­cie wyja­śnia­ją­cego ją doku­mentu.

Dekla­ra­cja zawiera nader istotne sfor­mu­ło­wa­nie: "Zjed­no­czone kolo­nie są, i zgod­nie z pra­wem powinny pozo­stać, wol­nymi i nie­za­leż­nymi pań­stwami [sta­tes]". Tym samym dekla­ra­cja oznaj­miała utwo­rze­nie w Ame­ryce w miej­sce trzy­na­stu kolo­nii bry­tyj­skich, trzy­na­stu państw, sta­tes. Dekla­ra­cja nie jest rady­kalna. Jej zasad­ni­cza prze­słanka brzmi: "Uwa­żamy nastę­pu­jące prawdy za oczy­wi­ste same przez się: że wszy­scy ludzie stwo­rzeni są jako równi i że Stwórca wypo­sa­żył ich w pewne nie­zby­walne prawa, wśród któ­rych znaj­dują się: Życie, Wol­ność i Dąże­nie do Szczę­ścia". Jest to echo kon­cep­cji dobrze zna­nego kolo­ni­stom angiel­skiego filo­zofa Johna Locke'a, który jed­nak mówił o pra­wie do "życia, wol­no­ści i wła­sno­ści". Twórcy pań­stwa ame­ry­kań­skiego uznali dostęp­ność szczę­ścia za wła­ściwy cel dobrego rządz­twa, pod­sta­wowe prawo ludz­kie. Zgod­nie nato­miast z ówcze­snym myśle­niem pas­sus o rów­no­ści ozna­czał odrzu­ce­nie kon­cep­cji boskiej natury władcy i uprzy­wi­le­jo­wa­nia ary­sto­kra­cji, ale nie sta­no­wił postu­latu zrów­na­nia w pra­wach bia­łych męż­czyzn z kobie­tami czy nie­wol­ni­kami.

Zasad­ni­czą część dekla­ra­cji sta­nowi lista uchy­bień i zanie­dbań Jerzego III, które zmu­szają kolo­ni­stów do wypo­wie­dze­nia mu posłu­szeń­stwa. Zaj­muje ona około trzech czwar­tych całego tek­stu i składa się z mniej lub bar­dziej uza­sad­nio­nych zarzu­tów wobec monar­chy, który "nie nadaje się na władcę wol­nych ludzi". Dopiero na końcu doku­mentu poja­wia się wła­ściwa dekla­ra­cja nie­za­leż­no­ści: "Dla­tego my, przed­sta­wi­ciele Zjed­no­czo­nych Państw Ame­ryki, zebrani na Gene­ral­nym Kon­gre­sie, pro­sząc Naj­wyż­szego Sędziego świata o rze­telny osąd naszych inten­cji, i dzia­ła­jąc z upo­waż­nie­nia dobrych ludzi zamiesz­ku­ją­cych te kolo­nie, uro­czy­ście dekla­ru­jemy i ogła­szamy, że Zjed­no­czone Kolo­nie są, i słusz­nie być powinny, Wol­nymi i Nie­za­leż­nymi Pań­stwami".

Znacz­nie dłu­żej trwały prace nad kon­sty­tu­ują­cymi Unię Arty­ku­łami Kon­fe­de­ra­cji. Kon­gres musiał się zmie­rzyć z nową dla sie­bie kon­cep­cją fede­ra­cji, czyli jed­no­cze­snego funk­cjo­no­wa­nia dwóch porząd­ków rządz­twa, władz poszcze­gól­nych sta­nów i wła­dzy cen­tral­nej oraz pogo­dzić wymóg zacho­wa­nia suwe­ren­no­ści poszcze­gól­nych sta­nów/państw z wymo­giem suwe­ren­no­ści nowej Unii. W lutym 1777 r. w obra­dach Kon­gresu uczest­ni­czyło już tylko 22 dele­ga­tów, a tekst arty­ku­łów uzgod­niono dopiero 15 listo­pada 1777 r. Kolejne trzy lata, do marca 1781 r., trwała pro­ce­dura raty­fi­ka­cyjna, opóź­niana przez sta­no­wi­sko Mary­landu w spra­wie okre­śle­nia jego zachod­niej gra­nicy.

Cha­rak­ter Arty­ku­łów Kon­fe­de­ra­cji okre­śla już sama nazwa doku­mentu, gdyż kon­fe­de­ra­cja jest naj­luź­niej­szą formą związku państw. Zakłada auto­no­mię wszyst­kich stron, które we wspól­nym inte­re­sie czę­ściowo z niej rezy­gnują. Arty­kuły umoż­li­wiały współ­pracę two­rzą­cych kon­fe­de­ra­cję trzy­na­stu państw, ale nie zawie­rały zwar­tego kor­pusu prze­my­śleń poli­tycz­nych. Kon­gres pozo­sta­wał naj­wyż­szą wła­dzą połą­czo­nych państw, ale nie otrzy­mał żad­nych istot­nych upraw­nień, nie miał rze­czy­wi­stej wła­dzy i bywał okre­ślany mia­nem "kon­gresu pro­szal­nego". Każdy stan/pań­stwo, bez względu na wiel­kość, dys­po­no­wał w nim jed­nym gło­sem, przy czym w kwe­stiach, takich jak trak­taty, emi­sja pie­nię­dzy czy usta­la­nie kon­tyn­gen­tów mili­tar­nych wyma­gana była decy­zja jed­no­myślna, zaś w spra­wach mniej­szej wagi więk­szość kwa­li­fi­ko­wana dwóch trze­cich. Nie zapro­po­no­wano żad­nej wła­dzy wyko­naw­czej ani wspól­nego sys­temu sądow­ni­czego. Po wej­ściu w życie arty­ku­łów Kon­gres zaczął być okre­ślany jako Kon­gres Kon­fe­de­ra­cyjny, choć wielu na­dal uży­wało nazwy Kon­gres Kon­ty­nen­talny.

W trak­cie prac nad arty­ku­łami Kon­fe­de­ra­cji Kon­gres uchwa­lił 14 czerwca 1777 r. wzór flagi Unii. Miała się ona skła­dać z trzy­na­stu naprze­mien­nych pasów czer­wo­nych i bia­łych dla upa­mięt­nie­nia zało­ży­cieli kon­fe­de­ra­cji. Nato­miast w kan­to­nie miało się znaj­do­wać trzy­na­ście bia­łych gwiazd na nie­bie­skim tle, które repre­zen­tują pań­stwa/stany kon­sty­tu­ujące Unię, w związku z czym ich obecna liczba wynosi 50. Znacz­nie dłu­żej trwały nato­miast prace nad Wielką Pie­czę­cią. Kon­gres przy­jął osta­teczny wzór dopiero 20 czerwca 1782 r. Pozo­stał on zasad­ni­czo nie­zmie­niony po dziś dzień, choć wpro­wa­dzono doń drobne poprawki gra­ficzne. Na pie­częci znaj­duje się mak­syma: E plu­ri­bus unum, "Z wie­lo­ści jedno", która została uznana za ofi­cjalne motto Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pozo­sta­wała nim aż do 1956 r., gdy zastą­piono ją frazą: In God We Trust, "Bogu ufamy".

Rów­no­le­gle z pra­cami Kon­gresu roz­wi­jały się dzia­ła­nia zbrojne okre­ślane mia­nem wojny o nie­pod­le­głość. Można je podzie­lić na trzy fazy. Pierw­sza obej­mo­wała okres, w któ­rym prze­ciw woj­skom bry­tyj­skim wal­czyli sami kolo­ni­ści, a dzia­ła­nia wojenne toczyły się w Nowej Anglii, New Jer­sey i Pen­syl­wa­nii. W dru­gim okre­sie, czyli od 1778 r., do kolo­ni­stów dołą­czyła Fran­cja, a cię­żar walk prze­niósł się na Połu­dnie. Ta faza zakoń­czyła się bitwą pod York­town w 1781 r. Wresz­cie trze­cia faza to okres schył­kowy kon­fliktu, gdy trwały już roz­mowy poko­jowe, a dzia­ła­nia mili­tarne ogra­ni­czały się do spo­ra­dycz­nych utar­czek.

W wyniku poro­zu­mie­nia zawar­tego pod Bosto­nem przez Washing­tona i dowódcę wojsk bry­tyj­skich, gene­ra­łem Wil­lia­mem Howe 17 marca 1776 r. żoł­nie­rze bry­tyj­scy wraz z około tysią­cem tory­sów opu­ścili mia­sto. Washing­ton nato­miast udał się do Nowego Jorku, gdyż mia­stu zagra­żał atak bry­tyj­ski. Kon­gres uznał, że należy pod­jąć próbę jego obrony, a Washing­ton zgo­dził się z tym poglą­dem i okre­ślił zbli­ża­jącą się bitwę mia­nem "dnia próby". 27 sierp­nia 1776 r. około 9 tys. ochot­ni­ków i świe­żych rekru­tów dowo­dzo­nych przez Washing­tona sta­nęło na Long Island naprze­ciw dowo­dzo­nych przez Wil­liama Howe'a 15 tys. żoł­nie­rzy bry­tyj­skich i najem­ni­ków z ziem nie­miec­kich, któ­rych nazy­wano zbior­czo Hesami.

Żoł­nie­rze ame­ry­kań­scy po raz pierw­szy wzięli udział w bitwie prze­ciw nie­przy­ja­cie­lowi wyszko­lo­nemu do walki na otwar­tym tere­nie i ponie­śli klę­skę. Zgi­nęło ich lub zostało poważ­nie ran­nych pra­wie tysiąc, a dru­gie tyle tra­fiło do nie­woli przy stra­tach bry­tyj­skich wyno­szą­cych nie­wiele ponad 300 zabi­tych i ran­nych. Bar­dziej istotny od samego wyniku bitwy był jej prze­bieg, wyka­zu­jący groźny brak pro­fe­sjo­na­li­zmu ofi­ce­rów ame­ry­kań­skich, w tym także Washing­tona, który ni­gdy wcze­śniej nie dowo­dził więk­szym oddzia­łem woj­ska ani nie kie­ro­wał arty­le­rią. Siły ame­ry­kań­skie były bez­radne wobec manewru wyraź­nie nie­zna­nego Washing­to­nowi, czyli pozo­ro­wa­nego ataku fron­tal­nego, po któ­rym nastę­po­wały obej­ście i zasad­ni­czy atak z flanki. Inna sprawa, że, jak pisze histo­ryk, "jeśli prze­gry­wać bitwę, to bez porów­na­nia lepiej wsku­tek głu­poty czy nie­do­świad­cze­nia gene­ra­łów niż przez tchó­rzo­stwo lub nie­zdy­scy­pli­no­wa­nie zwy­kłych żoł­nie­rzy"7.

Na dobrą sprawę wojna mogła się w tym momen­cie zakoń­czyć. Wil­liam Howe nie pono­wił jed­nak ataku na roz­bite siły Washing­tona, który wydał roz­kaz noc­nej prze­prawy na Man­hat­tan. Woj­sko musiało poko­nać sze­roką w tym miej­scu na milę East River, na któ­rej znaj­do­wała się flota admi­rała Richarda Howe'a, ten zaś nie unie­moż­li­wił manewru. Wydaje się, że brak sku­tecz­nych dzia­łań ze strony braci Howe'ów wyni­kał z faktu, iż Bry­tyj­czycy wal­cząc z bry­tyj­skimi kolo­ni­stami, nie dążyli do ich uni­ce­stwie­nia. Atak na obóz nie­do­bit­ków wojsk Washing­tona albo na łodzie, któ­rymi prze­pra­wiali się przez rzekę, musiałby się zakoń­czyć masa­krą, a celem dzia­łań bry­tyj­skich było odzy­ska­nie lojal­no­ści kolo­ni­stów, a nie ich śmierć. Gene­rał Howe miał pod­stawy sądzić, że woj­ska Washing­tona i oddane pod jego komendę siły mili­cji, ści­gane i wycień­czone, ule­gną dez­in­te­gra­cji, co pozwoli zakoń­czyć rebe­lię przy mini­mal­nej licz­bie ofiar.

Siły pospo­li­tego rusze­nia istot­nie nie mogły mie­rzyć się z zawo­do­wymi żoł­nie­rzami i mię­dzy paź­dzier­ni­kiem a grud­niem 1776 r. woj­ska Washing­tona znaj­do­wały się w cią­głym odwro­cie. Wyda­wało się, że przy­jęta przez Howe'a tak­tyka przy­nosi rezul­taty. Washing­ton nie otrzy­my­wał żad­nego nie­mal wspar­cia ze strony miej­sco­wej lud­no­ści i ledwo nadą­żał sie wyco­fy­wać przed ści­ga­ją­cymi go woj­skami bry­tyj­skimi. Jego Armia Kon­ty­nen­talna top­niała zarówno wsku­tek dezer­cji, jak i upływu ści­śle okre­ślo­nego czasu rocz­nej służby. Żoł­nie­rze mieli też pro­blem z prze­ko­na­niem far­me­rów, by ci odda­wali inwen­tarz w zamian za bez­war­to­ściowe, jak się wyda­wało, pokwi­to­wa­nia wysta­wiane przez Kon­gres Kon­ty­nen­talny. 18 grud­nia Washing­ton pisał do brata: "Myślę, że nikt wcze­śniej nie stał wobec tylu prze­ciw­no­ści, mając do swej dys­po­zy­cji tak nie­wiele środ­ków"8. A mimo to tydzień póź­niej Washing­ton odniósł zwy­cię­stwo, które nie zachwiało wpraw­dzie armią bry­tyj­ską, ale w istotny spo­sób pod­nio­sło morale jego żoł­nie­rzy i pozwo­liło mu prze­dłu­żać walkę.

W grud­niu Bry­tyj­czycy odstą­pili od pościgu i kon­ty­nu­owali go tylko najemni Heso­wie w sile 1 500 żoł­nie­rzy. Zale­gli oni na zimę w mia­steczku Tren­ton, a ich dowódca tak dalece lek­ce­wa­żył prze­ciw­nika, że nie wzniósł umoc­nień obron­nych i wsku­tek panu­ją­cego mrozu wyco­fał straże. Washing­ton rozu­miał, że atak na Tren­ton sta­nowi jego ostat­nią szansę, gdyż 1 stycz­nia kolejni żoł­nie­rze mieli odejść za służby i zosta­łoby ich nie­całe dwa tysiące. Prze­pra­wił się przez rzekę Dela­ware i po for­sow­nym, pięt­na­sto­ki­lo­me­tro­wym noc­nym mar­szu w zamieci śnież­nej 26 grud­nia o świ­cie zaata­ko­wał Tren­ton. Słusz­nie prze­wi­dy­wał, że najem­nicy nie­mieccy będą odpo­czy­wali po hucz­nych obcho­dach Bożego Naro­dze­nia. W krót­kim star­ciu zgi­nęło lub tra­fiło do nie­woli ok. 1 000 żoł­nie­rzy heskich, a wielu odnio­sło rany, nato­miast straty Armii Kon­ty­nen­tal­nej spro­wa­dziły się do dwóch żoł­nie­rzy, któ­rzy zamar­zli pod­czas mar­szu, oraz czte­rech ran­nych. Washing­ton odniósł zwy­cię­stwo, które nie tylko skło­niło wielu żoł­nie­rzy do prze­dłu­że­nia służby, lecz także przy­cią­gnęło nowych ochot­ni­ków. Co wię­cej, po tej nie­wiel­kiej ale zwy­cię­skiej potyczce Fran­cja zaczęła po raz pierw­szy poważ­nie roz­pa­try­wać moż­li­wość włą­cze­nia się do wojny prze­ciw Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Tym­cza­sem Lon­dyn zaak­cep­to­wał plan gene­rała Johna Bur­goyne'a ude­rze­nia od pół­nocy siłą trzech zgru­po­wań w kie­runku stanu Nowy Jork i oddzie­le­nia w ten spo­sób Mas­sa­chu­setts od pozo­sta­łych kolo­nii. Bur­goyne miał się połą­czyć pod Albany z idą­cym od zachodu puł­kow­ni­kiem Bar­ri­mo­rem St. Lege­rem oraz podą­ża­ją­cym od Nowego Jorku gene­ra­łem Howe'em. Ale St. Leger nie dołą­czył do Bur­goyne'a z powodu buntu pod­od­dzia­łów indiań­skich, a Howe nie został for­mal­nie powia­do­miony o pla­nie i ruszył w prze­ciw­nym kie­runku z zamia­rem zaję­cia Fila­del­fii.

Bur­goyne wyru­szył z Kanady w końcu czerwca 1777 r. Miał pod swoją komendą około 7 700 ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, ale jego posu­wa­jące się na połu­dnie woj­sko było nie­ustan­nie ata­ko­wane przez sto­su­ją­cych tak­tykę pod­jaz­dową patrio­tów i usta­wicz­nie pono­siło straty. Osta­tecz­nie 19 wrze­śnia i 7 paź­dzier­nika 1777 r. Bur­goyne został zmu­szony samo­dziel­nie przy­jąć dwie bitwy pod Sara­togą, po któ­rych pod­dał się, tra­cąc: 6 gene­ra­łów, 300 ofi­ce­rów i ponad 5 600 żoł­nie­rzy oraz sprzęt i uzbro­je­nie. Porażki pod Sara­togą unie­moż­li­wiły Bry­tyj­czy­kom roz­dzie­le­nie kolo­nii, a zara­zem wyka­zały, że siły lokalne są w sta­nie sku­tecz­nie sta­wić czoła prze­ciw­ni­kowi.

Nato­miast oddziały Washing­tona zale­gły na zimę z 1777 na 1778 r. w pobliżu miej­sco­wo­ści Val­ley Forge w sta­nie Pen­syl­wa­nia. To, co się wów­czas wyda­rzyło, stało się jed­nym z naj­waż­niej­szych ele­men­tów zarówno samych dzia­łań wojen­nych, jak i legendy two­rze­nia się ame­ry­kań­skiej nie­za­leż­no­ści. Woj­sko, które udało się do Val­ley Forge, było zmę­czone, wygło­dzone i prze­mar­z­nięte, a obraz obozu nie róż­nił się w grun­cie rze­czy od obrazu wymie­ra­ją­cej z głodu i cho­rób kolo­nii Jame­stown albo losu Ojców-Wędrow­ców w Ply­mo­uth, zmu­szo­nych do zado­wa­la­nia się kil­koma ziar­nami kuku­ry­dzy dzien­nie. Jed­nak Jame­stown prze­trwało i dało począ­tek boga­tej kolo­nii Wir­gi­nia, Ply­mo­uth stało się kolebką ame­ry­kań­sko­ści, a w Val­ley Forge Unia wykuła decy­du­jącą wik­to­rię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Ter­min "kolo­nia", colony, w odnie­sie­niu do Ame­ryki Pół­noc­nej odnosi się do roz­ro­śnię­tej tery­to­rial­nie osady, a jej zało­ży­ciele czy miesz­kańcy nie byli kolo­ni­za­to­rami, lecz kolo­ni­stami lub osad­ni­kami. [wróć]

2. Char­les M. Andrews, The Colo­nial Period of Ame­ri­can History, Yale Uni­ver­sity Press, New Haven 1954, s. 49. [wróć]

3. https://ame­ri­can­fo­un­ding.org/entries/act-i-tues­day-sep­tem­ber-6-1774/. [wróć]

4. https://ava­lon.law.yale.edu/18th_century/letter_03.asp. [wróć]

5. https://foun­ders.archi­ves.gov/docu­ments/Washing­ton/03-04-02-0009. [wróć]

6. Za: Samuel Wil­lard Cromp­ton, John Adams, Chel­sea House, Phi­la­del­phia 2006, s. 53. [wróć]

7. Page Smith, A New Age Now Begins, McGraw-Hill, New York 1976, s. 745. [wróć]

8. https://foun­ders.archi­ves.gov/docu­ments/Washing­ton/03-07-02-0299. [wróć]