Wstęp
Historia Stanów Zjednoczonych tym różni się od historii innych państw,
że można ją przedstawić w postaci prostej linii pnącej się na osi czasu
ku górze, praktycznie bez spadków czy zahamowań. Od mniejszej
powierzchni do większej, od mniejszej liczby ludności do większej, od
skromnych środków do olbrzymiego bogactwa, a wreszcie od jednej czy
drugiej niewielkiej osady na wybrzeżu Atlantyku do supermocarstwa, a wszystko to w ciągu nie więcej niż czterech stuleci.
Nie znaczy to oczywiście, i w niniejszym opracowaniu nie stawia się
takiej tezy, by wszystkie wydarzenia z historii Stanów Zjednoczonych
zasługiwały na uznanie. Niemniej nawet największy krytyk Ameryki nie
może nie dostrzec, jak szybko i skutecznie kraj ten wykorzystał nie
tylko posiadane zasoby naturalne, lecz także potencjał niezliczonych
rzesz imigrantów, którym stwarzał i stwarza wyjątkowe możliwości
rozwoju. Stany Zjednoczone są państwem, w którym dominuje koncepcja
indywidualizmu pojmowanego jako minimalizowanie ingerencji państwa w przedsięwzięcia biznesowe poszczególnych obywateli. To organizm
polityczny zbudowany na fundamencie równości wobec prawa, Amerykanie zaś
to społeczność wyznająca regułę dawania powtórnej, a nawet kolejnej
szansy tym, którym się nie powiodło. Można oczywiście znaleźć przykłady
zaprzeczające tym tezom, ale stanowią one znikomą mniejszość.
Gdyby natomiast wskazać, co stanowi źródło niewątpliwego sukcesu tak
młodego narodu, to najlepiej sięgnąć do amerykańskiej Deklaracji
Niepodległości z 1776 r., dokumentu znanego każdemu uczniowi
amerykańskiemu i eksponowanemu na ścianach wszystkich amerykańskich
szkół. Znajduje się w nim stwierdzenie, że Stwórca wyposażył ludzi "w pewne niezbywalne prawa, wśród których znajdują się Życie, Wolność i Dążenie do Szczęścia". Sformułowanie to jest transpozycją tezy
angielskiego filozofa Johna Locke'a, która odnosiła się ludzkości jako
takiej, ale która tylko przez naród amerykański uznana została za godną
umieszczenia w swoim dokumencie formatywnym. I żadna inna społeczność
nie mówi kolejnym młodym pokoleniom, że ich podstawowym prawem jest
dążenie do szczęścia, a więc i osiąganie go.
Opracowania historii Stanów Zjednoczonych akcentują takie kwestie jak,
dostępność ziemi na kontynencie, bogactwo surowców naturalnych,
zrozumienie potrzeby industrializacji, ale elementy te same w sobie nie
czynią Ameryki wyjątkową. Dopiero ich połączenie z poczuciem wolności,
sprawiedliwości i osiągalności szczęścia sprawiło, że czterysta lat po
dopłynięciu pierwszych osadników do wybrzeży Ameryki Północnej powstałe
tam państwo stało się potęgą pod każdym niemal względem.
Kiedyś być może ten nieustanny rozwój zostanie zakłócony czy zatrzymany,
ale obecnie Stany Zjednoczone dominują w każdym z obszarów
charakteryzujących mocarstwo: polityki globalnej, siły militarnej,
gospodarki, technologii, kultury i nauki. Droga rozwoju tego kraju i narodu to fascynujący proces, którego nie sposób w pełni ukazać w jednym
średniej wielkości tomie. Warto jednak prześledzić przynajmniej
najważniejsze momenty kształtowania się wyjątkowego organizmu
państwowego ery nowoczesnej, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki.
Niniejszy tom stanowi pierwszą prezentację całej historii tego państwa
napisaną przez polskiego badacza. Nie jest to jedynie wzgląd formalny.
Dostępne w języku polskim tłumaczenia opracowań dziejów Stanów
Zjednoczonych przeznaczone były dla czytelnika amerykańskiego, który
poznawał historię swego kraju od lat szkolnych. Ma on już wiedzę o najważniejszych wydarzeniach i oczekuje bardziej szczegółowych
informacji o ich przebiegu czy też ukazania mniej znanych postaci, które
również wpłynęły na bieg historii, ale które pomija się w jej ogólnych
prezentacjach.
Czytelnik z innego kręgu kulturowego, w tym i z Polski, może natomiast
nie mieć wiedzy o historii innego państwa, takiego jak Stany
Zjednoczone, lub mieć ją tylko w niewielkim stopniu. Tom niniejszy ma na
celu zaspokojenie ciekawości takiego właśnie odbiorcy - bez pomijania
istotnych momentów dziejów amerykańskich, ale też bez szczegółów, które
stanowią wprawdzie element historii, ale ciekawią jedynie specjalistów.
Czytelnik, który poszukuje szerszej prezentacji historii Stanów
Zjednoczonych, a także rozwinięcia problematyki polityki zagranicznej,
gospodarki czy kultury może sięgnąć po pięciotomową Historię
cywilizacji amerykańskiej również mojego autorstwa. Niniejszy tom
spełni natomiast swoje zadanie, jeśli czytelnik uzna, że nie zostały w nim pominięte żadne istotne elementy dziejów Stanów Zjednoczonych, a uwzględnione kwestie zostały ukazane dokładnie, a zarazem bez zbędnej
pedanterii.
***
Przyjęte w języku polskim, a tłumaczone z języka angielskiego słownictwo
w wielu przypadkach nasuwa istotne wątpliwości, które jednak trudno
sprostować wobec utrwalenia się w polszczyźnie błędnych terminów
wynikających najczęściej z posłużenia się swego czasu pierwszym
tłumaczeniem słownikowym. Najbardziej uderzającym tego przykładem jest
słowo nation, niezmiennie oddawane jako "naród", a w istocie
oznaczające przede wszystkim "państwo". W rezultacie United Nations
Organization oddawana jest po polsku jako "Organizacja Narodów
Zjednoczonych", choć przecież w jej skład wchodzą nie narody, lecz
państwa.
Kolejny błąd dotyczy tłumaczenia terminu amendment jako "poprawka"
(konstytucyjna). Zgodnie z obowiązującymi w Polsce zasadami techniki
prawodawczej poprawki wnosi się do projektu aktu prawnego, natomiast już
istniejącego dokumentu nie poprawia się, lecz nowelizuje. Dlatego w niniejszym opracowaniu używa się konsekwentnie właściwego terminu
"nowela".
Poważniejszy problem merytoryczny dotyczy pojęć Declaration of
Independence oraz War of Independence. W rzeczywistości mieszkańcy
brytyjskich kolonii w Ameryce sami byli poddanymi Korony, a nie
skolonizowanymi tubylcami i walczyli nie o "niepodległość" lecz o "niezależność". Nie sposób jednak bez obawy o poważne nieporozumienia
odejść o utrwalonego, choć błędnego tłumaczenia tych terminów.
Mniejszy problem nasuwa natomiast oddanie po polsku terminu Pilgrims,
tłumaczonego dość bezrefleksyjnie jako "Pielgrzymi". A przecież
separatyści angielscy nie pielgrzymowali do świętego miejsca, lecz
przemieszczali się z Anglii do Holandii, a stamtąd do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia i swobody praktykowania swojej religii.
Dlatego w niniejszym opracowaniu używa się pojęcia "Wędrowcy".
A wreszcie znaczenie nazwy państwa United States of America. Nie tylko
oryginalna nazwa angielska, lecz także większość jej tłumaczeń
jednoznacznie przypomina, że mamy do czynienia z "państwami
zjednoczonymi": Les États-Unis, Vereinigte Staaten, Estados Unidos
de América. W XVIII-wiecznej polszczyźnie termin "stan" nie oznaczał
specyficznej jednostki administracyjnej, lecz był bardziej dostojnym i uroczystym synonimem pojęcia "państwo": według słownika Lindego stan to
"państwo, kraj ze swoim rządem, pospolita rzecz". W tym przypadku
nieścisłość tłumaczeniowa przesłania bardzo istotny fakt, że mamy do
czynienia z unią niemal suwerennych państw, a nie z krajem podzielonym
na jednostki administracyjne. Jak zauważył już Alexis de Tocqueville,
"suwerenność stanowa jest namacalna, łatwo zrozumiała, zawsze widoczna".
Ameryka przechodzi obecnie okres silnej polaryzacji politycznej, a jeden
z zasadniczych sporów dotyczy kwestii językowych. Trudno z perspektywy
innej kultury oceniać rzeczywistą konotację różnych terminów
określających współczesnych potomków niegdysiejszych niewolników.
Odrębną kwestią jest jednak mechaniczne transponowanie tych określeń do
własnego języka. Kalka, jaką stanowi określenie "Afroamerykanin", nie
tylko brzmi nienaturalnie w polszczyźnie, lecz także fałszywie sugeruje
podział obywateli Stanów Zjednoczonych na Amerykanów i "Afroamerykanów".
Co więcej, rodzi pokusę tworzenia kolejnych neologizmów, takich jak
chociażby "Poloamerykanin" w odniesieniu do polskich imigrantów i ich
potomków.
W niniejszym opracowaniu pojawiają się terminy "czarny", stosowany
zarówno rzeczownikowo, jak i przymiotnikowo, oraz rzadko "Murzyn" i "murzyński". Określenia te bywają używane pejoratywnie, ale przecież nie
rezygnujemy w polszczyźnie chociażby z terminu "Żyd" (i pokrewnych)
tylko dlatego, że niektórzy stosują go jako określenie obraźliwe.
A wreszcie sprawa techniczna. W Stanach Zjednoczonych identyczne nazwy
instytucji politycznych występują zarówno na poziomie federalnym, jak i na poziomie stanowym. Dla uniknięcia nieporozumień określenia takie w odniesieniu do instytucji federalnych są podawane wielką literą
(Konstytucja, Sąd Najwyższy), natomiast ich stanowe odpowiedniki małą
literą (konstytucja, sąd najwyższy).
Wszystkie odwołania do źródeł internetowych zostały sprawdzone 1 lipca
2024 r., co eliminuje potrzebę podawania w każdym przypadku daty
odczytania strony WWW.
Obory, 10 sierpnia 2024 r.
Jest wiele momentów, od których można
rozpocząć historię Stanów Zjednoczonych. Może to być powstanie osady
Cahokia na pograniczu dzisiejszych stanów Illinois i Missouri.
Opuszczono ją jednak między X a XIII wiekiem i dziś pozostały po niej
tylko ogromne konstrukcje ziemne, a kultura Cahokii w żadnej mierze nie
wzbogaciła uformowanych znacznie później Stanów Zjednoczonych.
Inni autorzy rozpoczynają historię państwa od wyprawy Kolumba z 1492 r.,
choć i on nie zapoczątkował procesu tworzenia nowej struktury
polityczno-społecznej. Nie miały na to wpływu także coroczne wyprawy
rybackie z Europy, które korzystały z obfitości dorsza u wybrzeży
Ameryki Północnej i czasami musiały zimować na tym kontynencie. Podobnie
poza biegiem głównych wydarzeń należy umieścić wyprawę Juana Ponce de
Leóna w 1513 r., gubernatora Kuby Hernando de Soto w 1539 r., czy
Francisco Vásqueza de Coronado, który poszukując złota, w latach
1540-1542 przemierzył na czele ponad 300 conquistadores obszar
dzisiejszych stanów: Teksas, Oklahoma, Arizona, Nowy Meksyk i Kansas.
Hiszpanie założyli też w 1565 r. osadę St. Augustine na Florydzie,
pierwsze, a dzisiaj najstarsze miasto w Ameryce Północnej. Z kolei
Francuzi już w I połowie XVI w. zakładali faktorie na obszarze Kanady w celu pozyskiwania od Indian skór i futer dzikich zwierząt,
odsprzedawanych następnie w Europie z wielkim zyskiem. Żadne z tych
zdarzeń nie wzbogaciło jednak historii Stanów Zjednoczonych.
Także epizody z wczesnej fazy ekspansji angielskiej miały charakter
anegdotyczny. Do pierwszych celowych wypraw doszło za panowania Elżbiety
I. Zorganizował je w 1584 i 1585 r. sir Walter Raleigh (Ralegh),
kierując statki na obszar nazwany Virginia, co wówczas odnosiło się do
całej Ameryki Północnej. Powstała wówczas osada Roanoke. Założyło ją w 1587 r. 117 mężczyzn, kobiet i dzieci na wyspie w pobliżu dzisiejszej
Karoliny Północnej. Bezskutecznie oczekiwali oni jednak na dostarczenie
kolejnej transzy niezbędnego zaopatrzenia gdyż Korona zajęta była wojną
z Hiszpanią. Gdy statki angielskie przybyły ostatecznie do Ameryki w 1590 r., kolonistów na wyspie nie było i nie wiadomo, co się z nimi
stało. Co pewien czas kolejny badacz odkrywa w jednym z języków
indiańskich słowo, które może mieć angielską etymologię i buduje na tej
podstawie teorię o porwaniu osadników z Roanoke i zintegrowaniu się ich
z takim czy innym plemieniem indiańskim. Jakkolwiek sprawy się miały, w chwili śmierci Elżbiety w 1603 r. w Ameryce Północnej nie było ani
jednego kolonisty angielskiego.
W 1605 r. król Jakub I utworzył przedsięwzięcie akcyjne Virginia
Company, podzielone na dwie części nazwane London Company i Plymouth
Company, których zadaniem było tworzenie osad w Ameryce Północnej w celu
poszukiwania złota i zwiększania w ten sposób potęgi państwa. Podstawą
obowiązującej wówczas koncepcji merkantylizmu było bowiem przekonanie,
że miarą siły państwa jest ilość złota w skarbcu.
6 maja 1607 r. do Wirginii przybyła na pokładzie trzech statków pierwsza
wyprawa zorganizowana przez Virginia Company. Założona wówczas osada
Jamestown nie była jednak przedsięwzięciem migracyjnym, a przybysze z Anglii najęli się jedynie do poszukiwania złota. Nie było go i nie ma na
wybrzeżu atlantyckim, a Anglicy nie mieli pojęcia o uprawie roli ani o połowie ryb. Skłócili się też z miejscowymi Indianami i zmuszeni do
przebywania na ogrodzonym terenie cierpieli głód tak dotkliwy, że tylko
38 ze 104 przybyłych przeżyło pierwszą zimę, a doszło też do przypadków
kanibalizmu.
Niewiele pomogły wysiłki nad wyraz barwnej postaci, kapitana Johna
Smitha, sprawnego i rzutkiego przywódcy osady, który nie mógł jednak
przezwyciężyć marazmu swoich ziomków. Nawiązał dobre relacje z Indianami, choć nie sposób dać wiary kolportowanej przezeń opowieści,
jakoby współpracę zapoczątkowało ocalenie go przez Pocahontas,
młodziutką córkę wodza indiańskiego. Niemniej opowieść stała się
istotnym elementem legendy wczesnej Ameryki, a sam Smith zdecydował się
w 1609 r. na powrót do Anglii.
Losy Jamestown odmieniły się diametralnie, gdy John Rolfe, skądinąd mąż
Pocahontas, skutecznie skrzyżował różne szczepy tytoniu. Otrzymany
produkt zaczął w 1617 r. eksportować do Anglii, odnosząc wielki sukces
komercyjny. Tytoniowi przypisywano wówczas niezwykłe własności
lecznicze: "Pomaga na trawienie, podagrę, ból zębów, chroni przed
zakażeniem oparami, leczy zaziębienia i nadmierne pocenie się, syci
głód, ożywia ducha, czyści żołądek, zabija wszy i pchły". Inni koloniści
podchwycili pomysł i skazana na niebyt osada Jamestown rozwinęła się w kolonię Wirginia1. O ile w 1619 r. do Anglii sprzedawano 20
tys. funtów tytoniu po trzy szylingi za funt, to dwadzieścia lat później
było to już półtora miliona funtów, choć w dwunastokrotnie niższej cenie
trzech pensów za funt.
Uprawą tytoniu zajmowali się przede wszystkim przybywający z Anglii
przypisani służący, indentured servants. Był to system wzorowany na
czeladnictwie, ale zarazem bliski niewolnictwu. Koszty podróży takich
służących pokrywali koloniści, a przybyli musieli w zamian pracować u nich przez określony czas, po czym uzyskiwali wolność. Wśród przybyłych
w ten sposób znajdowali się zarówno ochotnicy, jak i skierowani przez
sądy skazańcy, a także osoby porwane w miastach portowych w celu
przewiezienia ich do Ameryki.
W 1634 r. po sąsiedzku z Wirginią powstała nad Zatoką Chesapeake kolonia
Maryland. Została tak nazwana ta cześć angielskiej królowej Henrietty
Marii, choć wielu kojarzyło nazwę ze świętą Marią, gdyż w kolonii tej,
jako jedynej, tolerowano katolików, prześladowanych zarówno w Anglii,
jak i w pozostałych koloniach. Ogółem między 1607 r. a dekadą lat 60.
XVII w. do Wirginii przybyło ok. 14 tys. angielskich kolonistów.
Późniejsze pokolenia Amerykanów nie były jednak skłonne akceptować
wersji, według której historia ich państwa rozpoczyna się od prostackich
poszukiwaczy nieistniejącego kruszcu, dopuszczających się rozmaitych
występków. I z tego między innymi powodu za prapoczątek historii Stanów
Zjednoczonych uznaje się często rok 1620, gdy do wybrzeży dzisiejszego
stanu Massachusetts dopłynął statek Mayflower ze 102 pasażerami na
pokładzie. Także i w tym przypadku część z nich była poszukiwaczami
przygód, ale o specyfice wyprawy stanowiła licząca 50 osób grupa
dysydentów religijnych. Byli członkami niewielkiej sekty separatystów i dążyli do "oczyszczenia" chrześcijaństwa z elementów nieznajdujących
oparcia w Biblii. Pragnęli powrotu do ery apostolskiej i odrzucali
wszystkie późniejsze naleciałości, wskutek czego różnice dzielące ich od
oficjalnego Kościoła były nie do przezwyciężenia i konieczna była
separacja. W latach 1607-1608 separatyści wyemigrowali do Holandii,
gdzie spędzili następne dwanaście lat. W efekcie kolejnych sporów
doktrynalnych i utrudnień, jakich doznawali ze strony miejscowej
ludności, część z nich podjęła w 1620 r. radykalną decyzję rozpoczęcia
nowej egzystencji w Ameryce.
London Company uzyskała zgodę króla na osiedlenie się separatystów na
jej terenie i utworzyła celową spółkę akcyjną. Koszty związane z założeniem osady ponieśli inwestorzy, a każdy z niemajętnych członków
wyprawy otrzymał jedną akcję, do spłacenia siedmioma latami pracy.
Podróż na pokładzie, a właściwie pod pokładem, statku Mayflower trwała
ponad dwa miesiące, a jej szczegóły, a także opis początku pobytu
separatystów w Ameryce znamy dzięki Williamowi Bradfordowi (1590-1657) i jego historii zatytułowanej Of Plymouth Plantation (O osadzie
Plymouth), uważanej za możliwie wiernie oddającą przebieg wydarzeń.
Wszyscy pasażerowie Mayflower znani są jako Pilgrim Fathers,
Ojcowie-Wędrowcy, a posiadanie któregoś z nich wśród przodków uważane
jest za nobilitujące i pozwala zaliczyć się do grona "najprawdziwszych
Amerykanów".
Wędrowcy mieli przybić do brzegu na wyspie Manhattan, ale 11 listopada
1620 r. zeszli na ląd znacznie bardziej na północ, bo w okolicach
dzisiejszego Bostonu. Terenem tym zarządzała jednak Virginia Company, z którą nie wiązało ich żadne porozumienie. W efekcie po wyjściu na brzeg
przybyszów nie obowiązywałyby żadne przepisy regulujące tryb
administrowania zakładaną osadą. By zapobiec chaosowi, Wędrowcy
stworzyli i podpisali dokument określający zasadnicze reguły
postępowania, czyli Mayflower Compact, Umowę z Mayflower. Liczy ona
199 słów i określa, że celem nadrzędnym jest założenie "obywatelskiego
organizmu politycznego" (civil body politick), zaś tworzące go osoby
będą uchwalać przepisy i reguły, którym wszyscy się podporządkują.
Dokument ten bywa nazywany pierwszą konstytucją amerykańską, ale pojęcia
tego nie należy rozumieć dosłownie. Mayflower Compact była jedynie
zobowiązaniem do przestrzegania wspólnie przyjętych praw, co czyni ją
nie tyle konstytucją, ile rodzajem umowy zaakceptowanej przez tworzącą
się społeczność, w której ustanowiono dwie podstawowe zasady do dziś
uważane za fundament ustroju amerykańskiego: że rządy będą oparte na
zgodzie rządzonych, oraz że wszyscy będą równi wobec prawa. Natomiast do
rangi symbolu urasta fakt, iż historia państwa amerykańskiego rozpoczyna
się od dokumentu.
Egzystencja niewielkiej osady nazwanej Plymouth Plantation długo stała
pod znakiem zapytania. Osadnicy nie umieli polować ani łowić ryb, nie
znali się na uprawie zboża i było ich niewielu, gdyż podczas pierwszej
zimy zmarła prawie połowa z przybyłych. W chwili największego kryzysu, w marcu 1621 r. do ich osady przyszedł jednak mówiący po angielsku
Indianin o imieniu Squanto. Najprawdopodobniej kilkanaście lat wcześniej
został uprowadzony do Anglii przez rybaków i powrócił w 1619 r. Wędrując
samotnie wzdłuż wybrzeża, natknął się na angielskich osadników, dla
których stanowił, jak pisze Bradford, "specjalny instrument zesłany od
Boga ponad ich spodziewanie". Nauczył Wędrowców zdobywać pożywienie, a także doprowadził do zawarcia wieloletniego porozumienia z okolicznymi
plemionami indiańskimi.
Przybycie Wędrowców miało charakter permanentnego pobytu, a nie
krótkotrwałej wyprawy komercyjnej. Najwyraźniej świadczy o tym podjęcie
przez nich trudu przystosowywania ziemi do uprawy, czego nie czynili
wcześniej ani najemnicy w Jamestown, ani Hiszpanie czy Francuzi. Jak
pisze historyk, "Złoto, handel i uprawa roli to trzy etapy historii, a największy z nich stanowi uprawa roli, bo zasadniczo oznacza
trwałość"2.
Mieszkańców Plymouth w żadnym momencie nie było więcej niż siedem
tysięcy i Wędrowcy zapewne popadliby w zapomnienie, gdyby nie wielka
imigracja purytańska, która rozpoczęła się w 1630 r. Bezpośrednim
impulsem do niej były angielskie spory religijne. Purytanie byli
przekonani, że Reformacja nie została przeprowadzona wystarczająco
konsekwentnie i, podobnie jak separatyści, dążyli do oczyszczenia
chrześcijaństwa z niebiblijnych naleciałości, ale w przeciwieństwie do
nich nie dążyli do separacji od Kościoła Anglii, lecz do zreformowania
go. Z tego powodu władze odbierały ich działalność w kategoriach
politycznych, co skutkowało prześladowaniami purytanów, a w konsekwencji
podjęciem przez nich decyzji o opuszczeniu wyspy.
Purytanie stanowili najliczniejszą, najlepiej wykształconą i najwszechstronniej przygotowaną grupę migracyjną całego okresu
kolonialnego. Przed ich przybyciem do Ameryki dotarły statki z pionierami, którzy przywieźli zwierzęta hodowlane, zasiali kukurydzę i wybudowali pierwsze domostwa. Następnie w marcu 1630 r., wypłynęła z Anglii wyprawa, na którą składało się piętnaście statków z ponad
tysiącem purytanów, którzy założyli kolonię Zatoki Massachusetts,
Massachusetts Bay Colony. W trakcie rejsu przywódca wyprawy John
Winthrop wygłosił fundamentalne kazanie A Modell of Christian Charity,
które wyraziło i utrwaliło duchowe przesłanie powstającej w Ameryce
Nowej Anglii.
Ogółem w trakcie Wielkiej Migracji z lat 1630-1643 do Nowej Anglii udało
się ok. 20 tys. purytanów. Wśród kolonistów purytańskich znajdowało się
ponad stu absolwentów Oksfordu i Cambridge, w tym pięćdziesięciu
doktorów i sześciu wykładowców, którzy doceniali znaczenie zarówno samej
wiedzy, jak i instruktażu religijnego. W efekcie już w 1636 r. powstał
New College, przemianowany dwa lata później na Harvard College w uznaniu
zasług Johna Harvarda (1607-1638), który przekazał nowej instytucji
połowę swego znacznego majątku i bibliotekę. W pierwszym roku istnienia
uczelnia miała tylko jednego wykładowcę i dziewięciu studentów, ale
szybko się rozwijała, a warunkiem przyjęcia na studia była umiejętność
posługiwania się łaciną w piśmie i mowie, a także znajomość gramatyki
greckiej. Natomiast nazwa Harvard University pojawiła się dopiero w 1780
r., gdyż w Wielkiej Brytanii określenie takie było wówczas zarezerwowane
dla Oksfordu i Cambridge.
Purytanie przybywali do Ameryki z celem stworzenia idealnej społeczności
religijnej, gotowej na przyjęcie Syna Bożego, gdy ten ponownie zstąpi na
Ziemię. Zarazem jednak Ameryka oferowała wiele możliwości wzbogacania
się, a sukces finansowy traktowano jako przejaw łaski Boga. W rezultacie, wbrew nadziejom pierwszego pokolenia kolonistów, religijność
ich potomków szybko malała, nawet jeśli przestrzegali podstawowych
nakazów wiary. Coraz mniej mieszkańców kolonii wypełniało powinność
doznania dojścia do Chrystusa, co określano mianem konwersji i co było
wymogiem uzyskania pełnego członkostwa Kościoła oraz dopuszczenia do
komunii. Coraz więcej kolonistów chciało natomiast "jedynie łowić ryby",
czyli zająć się osiąganiem dobrobytu.
Zachowywano jednak sztywne normy zewnętrzne. W niedzielę nie wolno było
podróżować, chodzić po ulicy bez ważnego powodu ani nawet gotować,
sprzątać czy słać łóżek, a dokonany w niedzielę rabunek karano dodatkowo
odcięciem ucha. Natomiast współczesne wyobrażenie o życiu w kolonii
purytańskiej zostało w dużej mierze ukształtowane przez powieść
Szkarłatna litera Nathaniela Hawthorne'a (1804-1864) z 1850 r. Pisarz
nie miał jednak dostępu do wielu materiałów z epoki i jego opisy tylko w części odpowiadają temu, co obecnie wiemy o społeczności purytańskiej.
Równolegle z normami religijnymi zaczęły się pojawiać podstawowe normy
prawne. W styczniu 1639 r. osada Connecticut przyjęła Fundamental
Orders (Rozporządzenia podstawowe), powszechnie uważane za pierwszy na
kontynencie amerykańskim dokument mający cechy konstytucji. Składa się
on z jedenastu rozdziałów, określających funkcjonowanie władz kolonii, w tym sposób ich wyboru, a także reguły nakładania podatku. Pół roku
później bardzo zbliżony dokument został przyjęty przez osadę New Haven
jako Fundamental Agreement, a kolejne uregulowanie konstytucyjne,
Body of Liberties (Zwód swobód), przyjęła w 1641 r. kolonia
Massachusetts. Dokumenty takie powstawały stopniowo i w kolejnych
koloniach, przy czym niemal wszystkie z nich określały też religię
obowiązującą na danym obszarze.
Choć z obu stron dochodziło do pojedynczych aktów agresji, relacje
pierwszych osadników z Indianami układały się dobrze, przynajmniej do
lat 70. XVII w., gdy doszło do wojny króla Filipa. Podstawowym problemem
we wzajemnych relacjach był stosunek do ziemi. Indianie nie znali
pojęcia własności indywidualnej, a plemiona uzgadniały uprawnienia do
polowania na określonym obszarze. Indianie również rozumieli
porozumienia zawierane z białymi jako uznanie ich prawa do korzystania z ziemi. Osadnicy natomiast przywieźli ze sobą normy europejskie i w przekonaniu, że kupują prawo własności do ziemi, grodzili pozyskane
tereny i zakazywali innym wstępu na nie, co prowadziło do konfliktów.
Biali nie chcieli też rozumieć, że myśliwy potrzebował średnio
dwadzieścia razy większego obszaru niż rolnik i nie akceptowali
pozostawiania dużych terenów w władaniu Indian.
W inny sposób powstała natomiast kolejna kolonia, Pensylwania. Jej
założycielem był William Penn (1644-1718), którego karierę w Anglii
zatrzymało przyłączenie się do Religijnego Towarzystwa Przyjaciół, czyli
kwakrów. Była to powstała w połowie XVII w. sekta protestancka, która
charakteryzowała się pełną tolerancją, uznawała równouprawnienie
wszystkich wyznawców bez względu na płeć i nie akceptowała form
wywyższających kogokolwiek. Kwakrzy odmawiali posługiwania się
wymaganymi formami zwracania się do króla czy arystokratów, używali
jedynie zwrotu "przyjacielu" i nie uznawali hierarchii kościelnej. Nie
było też kaznodziejów, gdyż każdy, i każda, jest "oświecany świętym
Światłem Chrystusa" i może zabierać głos w trakcie spotkań religijnych.
Z powodu takich przekonań byli prześladowani zarówno przez władze
świeckie, jak i duchowne, a więziono ich także za odmowę noszenia broni.
Król Karol II nadał Pennowi ogromny obszar w Ameryce Północnej jako
zwrot długu zaciągniętego wcześniej przez Koronę, co ten wykorzystał w 1682 r. dla założenie kolonii nazwanej Pennsylvania, las Penna. Miała
ona stanowić "święty eksperyment", w którym dopuszcza się pełną
tolerancję religijną i praktykuje równość wszystkich ludzi. Do
Pensylwanii zaczęli przybywać nie tylko kwakrzy z Anglii, lecz także
prześladowani członkowie grup religijnych z obszarów
niemieckojęzycznych, w tym istniejący po dziś dzień amisze i mennonici.
Poza gwarancją wolności wyznania dodatkowym argumentem przemawiającym za
osiedlaniem się w Pensylwanii była dostępność bardzo żyznej i taniej
ziemi, dzięki której kolonia stała się zbożowym zagłębiem Ameryki,
eksportującym znaczne nadwyżki plonów do Europy. Kolonia nie miała
natomiast dostępu do morza i chcąc wysyłać plony, musiała korzystać z portów leżących na terenie kolonii Delaware, a także kolonii Nowa
Niderlandia, powstałej wokół położonej na wyspie Manhattan osady Nowy
Amsterdam. Jego założycielem i pierwszym właścicielem była Holenderska
Kompania Zachodnioindyjska. Holendrzy ustanowili na południu Manhattanu
fort obronny, a bieg otaczającej go palisady przetrwał w postaci
półkolistej ulicy Wall Street. Natomiast w 1664 r. Karol II wysłał
cztery fregaty i Anglicy bez walki odebrali Holendrom Nową Niderlandię.
Król przekazał te ziemie swemu bratu, czyli księciu Yorku, po czym
zarówno miasto, jak i cała kolonia zostały przemianowane na New York.
Bardziej na południe powstała kolonia Caroline, z której wykształciły
się Karolina Północna i Karolina Południowa. Na uwagę zasługuje też tryb
powstania kolonii Georgia w 1732 r. Stanowiła ona przedsięwzięcie
dobroczynne, finansowane przez rząd brytyjski z zamiarem przewiezienia
do Ameryki możliwie wielu londyńskich biedaków i żebraków. Część
kolonistów stanowili też dłużnicy, ofiary obowiązującego wówczas systemu
więzienia za długi, którzy mieli zarobionymi kwotami spłacać długi. W Anglii tego okresu skazany dłużnik trafiał do aresztu, w którym musiał
przebywać do spłaty zadłużenia, co jednak było niemal niemożliwe przy
pozbawieniu go wolności.
W latach 30. XVIII w. na wybrzeżu Atlantyku funkcjonowało wszystkie
trzynaście kolonii, które utworzyły później Stany Zjednoczone. Natomiast
w całej Ameryce Północnej istniało łącznie ponad 20 brytyjskich osad i kolonii kontynentalnych, z których kilka weszło następnie w skład
Kanady, oraz kilkanaście kolonii położonych na wyspach Morza
Karaibskiego. Mieszkańcy wszystkich kolonii byli jak na ówczesne
stosunki dobrze sytuowani. Na europejskich podróżnikach szczególne
wrażenie czynił fakt codziennego podawania do stołu różnych gatunków
mięsa, co wynikało z dużej liczby zwierzyny żyjącej w przepastnych
lasach ówczesnej Ameryki.
Gospodarka poszczególnych kolonii oparta była na określonym produkcie.
Najbardziej na północ leżały kolonie Nowej Anglii czyli: Massachusetts,
Connecticut, New Hampshire, Rhode Island wraz z Providence oraz Plymouth
do czasu wchłonięcia jej przez Massachusetts w 1691 r. Głównym źródłem
utrzymania tam były przede wszystkim połów i eksport dorsza oraz
dostarczanie drewna do budowy statków. Leżące na południe od niej tzw.
kolonie środkowe, czyli Pensylwania wraz quasi-autonomicznym Delaware,
Nowy Jork oraz New Jersey utrzymywały się z uprawy pszenicy oraz innych
zbóż. Dalej na południe ulokowały się kolonie: Zatoki Chesapeake,
Wirginia i Maryland, których funkcjonowanie opierało się na uprawie i eksporcie tytoniu. Natomiast tzw. kolonie południowe, czyli Karolina
Północna i Karolina Południowa oraz Georgia dość długo poszukiwały
swojej bazy ekonomicznej, aż wreszcie stał się nią ryż, nie mniej
pożądany przy zaopatrywaniu okrętów europejskich niż dorsz.
Przybysze otrzymywali nadział 20 ha ziemi, headright, ale osadnik,
który otrzymywał prawo do ziemi, musiał sam znaleźć odpowiadający mu
teren, a następnie zagospodarować go, co obejmowało zarówno
wykarczowanie potężnych na ogół drzew, jak i zbudowanie przynajmniej
domu z bierwion. Konieczne było posiadanie takich umiejętności jak
polowanie, łowienie ryb, stolarka i wszelkie prace w gospodarstwie.
Poszczególne gospodarstwa dzieliła od siebie duża odległość i wszystkie
prace trzeba było wykonywać samemu, z pomocą jedynie członków własnej
rodziny. Nie wszyscy odnieśli sukces, ale ci, którzy przetrwali, dali
początek podstawowej koncepcji amerykańskiego indywidualizmu.
W odróżnieniu od stosunków ziemskich w Europie, wchodząc w posiadanie
ziemi kolonista stawał się jej pełnoprawnym właścicielem bez
jakichkolwiek ograniczeń. Taka formuła, określana terminem fee simple,
stanowiła podstawę wyjątkowo szybkiego rozwoju gospodarczego Ameryki.
Kolonista otrzymywał majątek, którym mógł swobodnie dysponować, na
przykład sprzedając ziemię i inwestując środki w inne przedsięwzięcia.
Podczas gdy w Europie władca jedynie udostępniał teren wybranym
poddanym, a ci puszczali go w dzierżawę, w Ameryce uprawiający ziemię
był jej właścicielem, a jego praw nikt i nic nie ograniczało.
Stopniowo wykształcał się też system zarządzania kolonią, niemal
identyczny we wszystkich z nich. Kolonia mogła być własnością Korony
albo spółki akcyjnej lub konkretnego arystokraty będącego beneficjentem
nadania królewskiego. W każdym z tych przypadków w praktyce zarządzał
nią mianowany przez właściciela gubernator, gdyż on sam nie widział
powodu, by opuszczać cywilizowany Londyn na rzecz dzikiej Ameryki. Obok
gubernatora funkcjonowała też dwuizbowa z reguły legislatura. Jej wyższą
izbę, czyli Radę, powoływał gubernator, natomiast izba niższa, zwana
najczęściej Zgromadzeniem, była wybierana przez kolonistów o określonym
statusie majątkowym, przy czym czynne prawo wyborcze posiadało od 50% do
80% białych mężczyzn, a na niektórych obszarach praktycznie wszyscy. Dla
porównania, w Wielkiej Brytanii odsetek ten w połowie XVIII w. wynosił
około 2%, a w żadnym momencie nie przekroczył 10%. Nie było odrębnej
władzy sądowniczej, a w poszczególnych koloniach istniały różne ciała
wydające orzeczenia w sprawach karnych i cywilnych, podlegające
ostatecznej decyzji gubernatora.
Koloniści, podobnie jak wszyscy w tym czasie, wierzyli w Boga i nie
wyobrażali sobie innej możliwości, ale w większości przypadków była to
wiara powierzchowna. Ideały purytańskich osadników odchodziły w niepamięć, choć proces ten próbował jeszcze w latach 40. i 50. XVIII w.
powstrzymać ruch ewangelizacyjny zwany Great Awakening, Wielkim
Przebudzeniem. Jego najbardziej znanymi postaciami byli George
Whitefield (1714-1770) oraz Jonathan Edwards (1703-1758).
Już jako młodzieniec Edwards przejawiał wyjątkowe zdolności i z czasem
zasłużył na miano "najwybitniejszego umysłu, jaki narodził się w Ameryce". Kwestią teologiczną, którą zainteresował się bardzo wcześnie,
była koncepcja predestynacji, fundamentalna dla kalwinizmu, w tym i dla
purytanizmu. Głosiła ona, że Bóg zdecydował o zbawieniu lub potępieniu
konkretnego człowieka "na początku czasu", a ludzkie postępowanie nie
jest w stanie spowodować odmiany Boskiego werdyktu. Choć cnotliwe życie
nie zapewniało samo z siebie zbawienia, to mogło stanowić znak Boskiej
decyzji, gdyż "święci", czyli ci, których czekało zbawienie, byli
niezdolni do prowadzenia grzesznego życia. W ten sposób człowiek stawał
się sędzią własnego postępowania, ze strachem oceniając naturę swoich
uczynków.
Natomiast Edwards, Whitefield i związani z nimi kaznodzieje podjęli
starania o odrodzenie religijne Ameryki, opierając się na zmodyfikowanej
koncepcji predestynacji. Według niej Bóg stwarza jedynie możliwość
dojścia do Niego, czyli konwersji, od człowieka zależy natomiast, czy tę
możliwość zrealizuje poprzez aktywną religijność. Gdyby zaś człowiek
pozostał na drodze grzechu, wówczas, jak głosił Edwards w swym
najsłynniejszym kazaniu Sinners in the hands of an angry God, "On
zmiażdży was bezlitośnie pod stopami; wyciśnie waszą krew i sprawi, że
się rozpryśnie i skropi jego szaty, brudząc je". Efekty takich kazań
głoszonych w niewielkich pomieszczeniach zborów były oszałamiające.
Mnożyły się przypadki zbiorowej histerii, a ofiarą rozbudzonych emocji
padł między innymi wuj Edwardsa, powszechnie szanowany obywatel, który
targany obawami o stan własnej duszy podciął sobie gardło. Ostatecznie
jednak zainteresowanie ruchem Wielkiego Przebudzenia przeminęło.
Osobistością współczesną Edwardsowi był Benjamin Franklin (1706-1790),
najwszechstronniejsza postać okresu kolonialnej Ameryki i głosiciel
wartości Oświecenia. O ile za Edwardsem szli przede wszystkim
niewykształceni koloniści, o tyle Franklin fascynował elitę
intelektualną kolonii, choć popularność zyskał przede wszystkim za
sprawą "Almanachu prostego Ryszarda" (Poor Richard's Almanack). Była
to wydawana od 1732 r. w nakładzie ponad 10 tys. egzemplarzy coroczna
publikacja kalendarzowa będąca zarazem kompendium użytecznej wiedzy, od
kalendarium faz Księżyca po odległości drogowe i zestaw porad
medycznych.
Zdobyta w ten sposób fortuna pozwoliła Franklinowi zająć się
działalnością społecznie użyteczną (zreformował system pocztowy kolonii
i utworzył stałą straż pożarną) i wynalazkami (piorunochron, instrument
muzyczny znany jako harmonijka wodna, wyjątkowo efektywny piec
grzewczy), a wreszcie działalnością polityczną, dzięki czemu odegrał
kluczową rolę w procesie powstawania państwa amerykańskiego. Był zarazem
klasycznym przykładem self-made mana, osoby, która "sama siebie
stworzyła", doszła do wszystkiego własnymi siłami, na własnym
przykładzie ukazując nieograniczone możliwości człowieka, któremu
pozwala się na rozwój.
Kolonie stanowiły w takiej czy innej formie
własność potężnej Wielkiej Brytanii, dzięki czemu ich mieszkańcy nie
czuli się zagrożeni sąsiedztwem Francuzów i Hiszpanów, a tym bardziej
plemion indiańskich. Przywódcy rozumieli jednak, że żadna z kolonii nie
będzie w stanie samodzielnie osiągnąć gospodarczego ani militarnego
poziomu nawet średniej wielkości państwa europejskiego. Pojawiły się
dążenia do zawarcia ściślejszej unii wszystkich kolonii, lub
przynajmniej większości z nich. Koncepcje takie wspierała również
Korona, w przekonaniu że po ewentualnym połączeniu łatwiej będzie
zarządzać posiadłościami na kontynencie północnoamerykańskim.
Ideę taką wyraził graficznie Benjamin Franklin, publikując 9 maja 1754
r. w wydawanej przez siebie "Pennsylvania Gazette" pierwszy
amerykański rysunek polityczny. Przedstawiał węża pociętego na części
opisane nazwami poszczególnych kolonii, a podpis głosił: "Połącz się lub
giń". Publikacja wiązała się z zaplanowanym przez władze brytyjskie na
czerwiec tego samego roku spotkaniem w Albany przedstawicieli kolonii
oraz delegatów indiańskiej konfederacji irokeskiej. Deklarowanym celem
obrad było wypracowanie reguł współpracy w kontekście spodziewanej wojny
z Francją.
Na kongres przybyli ostatecznie reprezentanci siedmiu kolonii, którzy
zawarli ugodę z obecnymi w Albany Indianami, choć ta nie okazała się
trwała. Dla Franklina kwestią najistotniejszą była natomiast debata nad
przedstawionym przezeń planem Unii. W jej skład miało wejść jedenaście
kolonii (poza zagrożoną sąsiedztwem Hiszpanii Georgią i nie w pełni
niezależnym Delaware), a administrować nią miałby mianowany przez Koronę
prezydent wraz z utworzoną przez kolonie radą, której decyzje musiałyby
zapadać jednogłośnie. Po długiej dyskusji delegaci na kongres
zaaprobowali plan Franklina, ale nie zaakceptowała go żadna z kolonii.
Przynajmniej część z nich była już w tym czasie uwikłana w rozpoczynającą się wojnę lat 1754-1763, określaną terminem wojny z Francją i Indianami, a stanowiącą północnoamerykański odpowiednik nieco
krótszej wojny siedmioletniej na kontynencie europejskim. Wielka
Brytania nie dążyła do wojny z Francją w Ameryce, ale nie chciała
zaakceptować francuskiej obecności w dolinie kluczowej rzeki Ohio.
Przysłany z Londynu generał Edward Braddock otrzymał zadanie opanowania
spornego Fortu Duquesne, położonego w miejscu, gdzie rzeki Allegheny i Monongahela zlewają się, tworząc rzekę Ohio. Fort został wzniesiony
przez Francuzów, ale leżał na terytorium, które Brytyjczycy uznawali za
swoje.
Braddock posuwał się po drodze, którą w gęstwinie leśnej wyrąbywało
trzystu idących przodem drwali i 9 lipca 1755 r. pododdział liczący
blisko 1 500 żołnierzy zbliżył się na 15 km do fortu. Jego francuski
dowódca nie czekał jednak biernie na podejście znacznie liczniejszych
wojsk brytyjskich. Polecił stu żołnierzom i ponad sześciuset Indianom,
by zajęli pozycje po obydwu stronach wąskiej z konieczności drogi i rozpoczęli ostrzał maszerującego przeciwnika. Brytyjczycy nosili wówczas
jaskrawoczerwone mundury, odstraszające przeciwnika w otwartej bitwie,
ale w lesie stanowiące łatwy cel dla kul i strzał. Żołnierze brytyjscy
rozpoczęli odwrót, ale słysząc odgłosy walki, Braddock wysłał do przodu
wsparcie. Kolizja na wąskiej leśnej drodze dała oczywiste efekty. W starciu zginęło ponad 500 Brytyjczyków, podczas gdy straty po stronie
francuskiej wyniosły tylko 28 zabitych. Zmarłego z powodu odniesionych
ran Braddocka żołnierze pochowali na środku leśnej drogi.
Wkrótce po klęsce Braddocka Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Francji
i w 1756 r. rozpoczęła się zasadnicza wojna siedmioletnia. Toczyła się
na czterech kontynentach oraz trzech oceanach i była w pewnym sensie
pierwszą wojną światową. Przez pierwsze dwa lata nie przynosiła
Brytyjczykom sukcesu w Ameryce, ale ostatecznie Londyn zmobilizował
liczący ok. 4 000 żołnierzy korpus interwencyjny, dowodzony przez
generała Jamesa Wolfe'a. Brytyjczycy dopłynęli rzeką Świętego Wawrzyńca
do Quebecu i we wrześniu 1759 r. przeprowadzili brawurowy desant na
francuski fort położony na nadrzecznym skalnym wzniesieniu. Dowódca
garnizonu nie zdecydował się na stosunkowo bezpieczne trwanie w forcie,
lecz przyjął otwartą bitwę na leżącej u stóp fortu Równinie Abrahama.
Brytyjczycy odnieśli w niej wyraźne zwycięstwo, choć, podobnie jak
Francuzi, stracili w walkach dowódcę.
Bitwa dała początek nieprzerwanej ofensywie brytyjskiej w Ameryce, a wojna siedmioletnia nie przyniosła wprawdzie zmian terytorialnych w Europie, ale na kontynencie amerykańskim były one poważne. W kończącym
wojnę pokoju paryskim z 15 lutego 1763 r. Francja przekazała Wielkiej
Brytanii liczące niemal 2 mln km2
terytorium między Appalachami na wschodzie i rzeką Missisipi na
zachodzie, a także francuską Kanadę. Wbrew pozorom traktat nie był
jednak niekorzystny dla Francji. Utracony obszar zdawał się nie
przedstawiać większej wartości, do Francji powróciły natomiast
przejściowo utracone w trakcie działań wojennych cenne wyspy cukrowe
Indii Zachodnich: Gwadelupa i Martynika, a także wysepki St. Pierre i Michelon.
Koloniści brytyjscy, w tym George Washington (1732-1799), deklarowali w tym czasie dumę z przynależności do najpotężniejszego państwa globu,
choć zarazem niektórzy z nich zaczęli określać się jako Amerykanie.
Zasługę pierwszego zadeklarowania tożsamości amerykańskiej przypisuje
się ognistemu mówcy Patrickowi Henry'emu (1736-1799), który miał
stwierdzić: "Nie ma już różnic między mieszkańcami Wirginii,
Pensylwanii, Nowego Jorku i Nowej Anglii. Nie jestem Wirgińczykiem, lecz
Amerykaninem"3. Natomiast charakter nowej nacji starał się
uchwycić Michel Guillaume Jean de Crevec?ur, francusko-amerykański autor
zbioru esejów zatytułowanego "Listy amerykańskiego farmera". Zadał w nich kluczowe pytanie: "Kim zatem jest Amerykanin, ten nowy człowiek?",
a jego odpowiedź brzmiała: "Wszyscy jesteśmy ożywieni duchem
przedsiębiorczości, która jest nieograniczona i nieskrępowana, ponieważ
każdy pracuje dla siebie... Amerykanin to nowy człowiek, który działa na
nowych zasadach; musi zatem akceptować nowe idee i formułować nowe
opinie"4.
Po zakończeniu wojny mieszkańcy trzynastu kolonii mieli przed sobą
perspektywę zaludniania terenów zdobytych na Francji, a niemal wszyscy
przejawiali niepohamowany ekspansjonizm. To z kolei sprawiało, że
konflikt z Indianami nasilał się, gdyż koloniści brytyjscy stopniowo
przesuwali na zachód granicę zajętego przez siebie terytorium. Walki
bywały brutalne, i to nie tylko ze strony białych. Indianie wielokrotnie
zatrzymywali, torturowali, a wreszcie zabijali i skalpowali emisariuszy
czy poddających się żołnierzy.
Władze w Londynie były świadome, że dalszym konfliktom może zapobiec
jedynie oddzielenie kolonistów od Indian i król Jerzy III ustanowił
graniczną Linię Proklamacyjną, której nienaruszania mieli dopilnować
urzędnicy królewscy. Przebiegała ona wzdłuż szczytów Appalachów, co
znaczyło, że zdobyte na Francji terytorium między Appalachami i rzeką
Missisipi miało pozostać w rękach indiańskich. Była to decyzja rozsądna
i została zaakceptowana przez zgromadzenia kolonialne, ale nie przez
wszystkich kolonistów. Nie rozumieli, dlaczego po wyczerpującej wojnie z Francją mieli zostać pozbawieni dostępu do owoców zwycięstwa. Decyzję
króla odebrali jako kolejny dowód, że metropolia lekceważy ich
aspiracje.
Londyn chciał zarazem, by koloniści partycypowali w spłacie długów
zaciągniętych podczas wojny siedmioletniej oraz ponosili koszty związane
z pobytem w Ameryce 10 tys. żołnierzy brytyjskich przysłanych dla
dopilnowania pokoju między kolonistami a Indianami. W rezultacie wydatki
na utrzymanie żołnierzy wzrosły z 70 tys. funtów rocznie w 1750 r. do
350 tys. funtów w 1763 r., a Korona nie bez podstaw uważała, że koszty
obrony kolonii powinny obciążać tych, na rzecz których są ponoszone.
Źródłem dodatkowych funduszy mogły być jedynie podatki, które w koloniach pozostawały na minimalnym poziomie. W tym okresie Brytyjczyk
płacił przeciętnie podatek 25 szylingów rocznie, podczas gdy średnie
obciążenie kolonisty wynosiło nie więcej niż 1 szyling i stanowiło mniej
niż 1% przychodów. Wyłączność na nakładanie podatków miały jednak
zgromadzenia kolonii, które nie akceptowały argumentów Londynu.
Konflikt narastał, do czego przyczyniały się kolejne akty prawne Korony.
W kwietniu 1764 r. parlament brytyjski uchwalił ustawę o dochodach,
Revenue Act, lepiej znaną jako Sugar Act, ustawę o cukrze, która
zmieniała Ustawę o melasie z 1733 r. Melasa powstawała przy rafinacji
cukru i wykorzystywano ją do produkcji rumu, stanowiącego podstawowy
towar barterowy w koloniach kontynentalnych. Była tania, gdyż chcąc
chronić wytwórców brandy, Francuzi nie zezwalali na eksportowanie jej z wysp cukrowych do metropolii, podobnie jak Holendrzy, którzy chronili
gin i sprzedawali kolonistom melasę za bezcen. Ustawa o melasie miała
chronić interesy plantatorów brytyjskich, gdyż ustanawiała cło w wysokości dziewięciu pensów za galon na melasę pochodzącą z wysp
cukrowych innych niż brytyjskie. W rzeczywistości jednak melasa była
niemal w całości przywożona na kontynent na podstawie fałszywych
dokumentów o jej pochodzeniu, nabywanych od celników z brytyjskiej
Jamajki po umownej cenie jednego pensa za każdy wykazywany w certyfikacie galon.
Ustawa o cukrze obniżała cło na melasę z dziewięciu na trzy pensy za
galon i koloniści nie mogli wnosić zastrzeżeń do zmniejszenia
obciążenia. Ponieważ jednak jednocześnie nakazano Marynarce Królewskiej
likwidację przemytu, nowa opłata nie oznaczała w rzeczywistości
obniżenia cła z dziewięciu do trzech pensów, lecz jego podwyższenie z jednego do trzech pensów za galon. To z kolei podnosiło cenę
wytwarzanego z melasy rumu, co zmieniało jego wartość jako produktu
barterowego, nie wspominając już o kosztach konsumpcji. Niemniej nawet
najbardziej konfrontacyjnie nastawieni koloniści nie mogli zbudować
opozycji wobec Londynu na proteście przeciwko przepisom obniżającym cło.
By poważyć się na rewoltę przeciw metropolii, potrzebne były mocniejsze
impulsy, konieczni byli organizujący bunt przywódcy i niezbędne było
hasło, które jednoczyłoby niezadowolonych. Bez tych elementów kolonie
długo jeszcze nie powstałyby przeciw Koronie.
Hasło, pod którym zjednoczyli się niezadowoleni koloniści, brzmiało: No
taxation without representation, "Nie ma opodatkowania bez
reprezentowania". Wyrażano w ten sposób pogląd, że skoro koloniści nie
mają swoich przedstawicieli w Izbie Gmin, to nie ma ona prawa nakładać
podatków na kolonie. Gdy jednak pojawiły się propozycje, by kolonie
miały reprezentację w parlamencie brytyjskim, te nie wyraziły na to
zgody, słusznie wskazując, że ich przedstawiciele pozostawaliby w znikomej mniejszości, swoją obecnością legitymizując jedynie
niekorzystne dla kolonii decyzje. Natomiast samo hasło przyjmowano
początkowo w Londynie z życzliwą obojętnością i dopiero kolejne decyzje
parlamentu sprawiły, że nabrało ono mocy.
22 marca 1765 r. Izba Gmin uchwaliła Stamp Act, ustawę o znaczkach
skarbowych, która wprowadziła obowiązek wnoszenia opłat skarbowych od
wszelkiego typu przedmiotów papierowych, w tym periodyków i broszur, a także od wystawiania dokumentów. Dopiero ta regulacja doprowadziła do
skrystalizowania się narastającego w koloniach niezadowolenia i jego
przemiany w otwarty bunt. O ile bowiem ustawa o cukrze godziła przede
wszystkim w kupców, to konsekwencje ustawy o znaczkach dotykały
wszystkich kolonistów.
W rzeczywistości wprowadzenie znaczków skarbowych nie stanowiło
dyskryminowania kolonii. W metropolii obowiązywały już ustawy tego typu,
a podobne opłaty pobierało wiele państw europejskich. Niemniej ustawa o cukrze, acz dokuczliwa, mogła zostać uchwalona w Londynie, gdyż
dotyczyła przepisów o handlu, natomiast ustawa o znaczkach dotyczyła
podatków, czyli kwestii pozostającej w gestii legislatur kolonii. W odpowiedzi na jej uchwalenie w październiku 1765 r. w Nowym Jorku zebrał
się Stamp Act Congress, w którym wzięli udział przedstawiciele
dziewięciu kolonii kontynentalnych. Przyjęte w trakcie obrad
postanowienia nie miały istotnego znaczenia, natomiast główną wartością
kongresu było stworzenie możliwości wzajemnego poznania się aktywistów z poszczególnych kolonii, a opór przeciwko ustawie stanowił wstęp do
Rewolucji Amerykańskiej.
Ostatecznie 18 marca 1766 r. parlament brytyjski uchylił ustawę o znaczkach, ale władze brytyjskie nadal prowokowały kolonistów. Taki
skutek miało wprowadzenie w latach 1767-1768 pięciu tzw. ustaw
Townshenda. Ustanawiano w nich podatek od dóbr importowanych do kolonii,
co nie wzbudzało oporu w Ameryce, elementem kontrowersyjnym było
natomiast przeznaczenie tak zebranych funduszy. Otóż Parlament
zadekretował, że uzyskane środki będą skierowane na pokrycie kosztów
uposażenia gubernatorów i innych urzędników królewskich w koloniach.
Jedyną formą kontroli gubernatora przez Zgromadzenie było jednak, że to
ono wyznaczało mu i wypłacało uposażenie. Próba zmiany tak istotnego
elementu równowagi politycznej sprawiła, że ustawy Townshenda wywołały
znacznie więcej kontrowersji, niż gdyby ograniczyły się do kwestii cła.
Ostatecznie w maju 1769 r. także i one zostały anulowane przy
pozostawieniu jedynie cła na herbatę.
Kolejny element zapalny był efektem wkroczenia do Bostonu w październiku
1768 r. 4 tys. żołnierzy brytyjskich. Koloniści nie akceptowali decyzji
Londynu i uważali Brytyjczyków za armię okupacyjną. Znany z wybuchowego
temperamentu Samuel Adams (1722-1803) nie omieszkał nawet bez
jakichkolwiek podstaw oskarżyć żołnierzy o "znęcanie się nad małymi
chłopcami i gwałcenie kobiet". Przybycie Brytyjczyków miało też
niekorzystne konsekwencje dla mniej wykwalifikowanych kolonistów.
Żołnierze byli słabo opłacani i poza godzinami służby imali się
rozmaitych prac fizycznych, konkurując na tym polu z miejscowymi
wykonawcami. Mając jednak zapewnione zakwaterowanie i podstawowy wikt,
mogli sie godzić na niższe stawki, co prowadziło do konfliktów.
Najważniejsze takie wydarzenie miało miejsce 5 marca 1770 r., kiedy to
grupa żołnierzy została otoczona przez 30 lub 40 awanturników, którzy
rzucali w nich rozmaitymi przedmiotami, w tym kulami śnieżnymi z ukrytymi w środku kamieniami. Atakujący wiedzieli, że żołnierzom nie
wolno było użyć broni w granicach miasta. Gdy jednak jeden z nich został
ugodzony kamieniem i upadł, jego muszkiet wypalił. Myśląc, że jest to
sygnał, kilku innych żołnierzy wystrzeliło do otaczającego ich tłumu,
wskutek czego trzy osoby zginęły na miejscu, a dwie zmarły później.
Znając przebieg wydarzeń i wiedząc, że żołnierze brytyjscy zostali
sprowokowani przez miejscowych awanturników, bostończycy zachowali
spokój. Ale Samuel Adams rozumiał, że trafiła się znakomita okazja
propagandowa. Paul Revere (1734-1818), miejscowy rzemieślnik i aktywista, wykonał miedzioryt, przedstawiający rzekomy przebieg
konfrontacji. Według tego powszechnie znanego rysunku żołnierze
brytyjscy, stojąc w linii, strzelali w biały dzień do dwudziestki
nieuzbrojonych i niewinnie wyglądających kolonistów. Revere nazwał swoje
dzieło: "Masakra na King Street" i pod takim tytułem zostało ono
rozpropagowane w całym Massachusetts, zaś do innych kolonii trafiło pod
nazwą "Masakra w Bostonie". Gdy jednak żołnierze brytyjscy stanęli przed
sądem, dowódca pododdziału i sześciu żołnierzy zostało uniewinnionych, a tylko dwóch uznano za winnych, ale nie morderstwa, lecz zabójstwa.
Po chwilowym wzburzeniu nastał okres spokoju i wydawało się, że nastrój
rewolucyjny się ulotnił. Nigdy zresztą nie podzielała go więcej jedna
trzecia kolonistów, nazywanych lojalistami lub torysami, a podobna
liczba patriotów, zwanych też wigami, chciała uniezależnienia się od
Londynu, natomiast pozostali wyznawali biblijną maksymę - "plaga na
obydwa wasze domy". Zresztą nawet wśród patriotów panowała wprawdzie
zgoda na opór przeciw gwałceniu przez Londyn praw kolonistów, ale już
niekoniecznie na walkę o niezależność od metropolii. Nie była to też
walka podbitego narodu z najeźdźcą, gdyż koloniści sami byli niemal
wyłącznie Brytyjczykami.
Do rewolty zapewne nie doszłoby bez działań podejmowanych przez grono
zróżnicowanych postaci: sprawnych organizatorów, bezwzględnych
podżegaczy, narcystycznych mówców i wielkich wizjonerów. Przywódcy
rebelii pochodzili z różnych środowisk społecznych i często nie darzyli
się sympatią. I tak Samuel Adams doceniał znaczenie funduszy, jakimi
dysponował bogaty kupiec John Hancock (1737-1793), ale nie ufał mu ani
go nie szanował. John Adams (1736-1826) także uważał Hancocka za "pustą
beczkę", a James Madison (1751-1836) za "słabego, zjadanego ambicją
dworaka, posługującego się niskimi intrygami". John Adams uważał też, że
Thomas Jefferson (1743-1826) ma "umysł przeżarty ambicją i jest źle
poinformowanym ignorantem", a ten rewanżował mu się przekonaniem o jego
zarozumialstwie i próżności. Samuel Adams uważał z kolei Alexandra
Hamiltona (1757-1804) za rozpustnika i twierdził, że "albo on oszalał,
albo ja", w zamian zaś cieszył się u Hamiltona opinią próżnego,
zazdrosnego egotysty. Jefferson miał Hamiltona za niewdzięcznika,
Hamilton Jeffersona za intryganta. Nawet Franklin nie uszedł krytyce i zdaniem Johna Adamsa był nieprzyzwoity, miał fatalne maniery i nigdy nie
powinien się był oddawać służbie publicznej.
Po trzech latach od starcia w 1770 r. w Bostonie ponownie pojawiły się
nastroje buntownicze. Były one związane z wydarzeniem znanym jako
"herbatka bostońska" i przedstawianym w kategoriach patriotycznych, co
tylko częściowo odpowiada prawdzie. Wskutek nadal obowiązującego cła na
herbatę napój ten był szeroko bojkotowany przez kolonistów, co wraz z przemytem z Holandii i Francji sprawiło, że sprzedaż herbaty brytyjskiej
w koloniach praktycznie zamarła. Po części z tego powodu brytyjskiej
East India Company zagrażało bankructwo. Jej udziałowcami było jednak
wielu członków establishmentu brytyjskiego, którzy w 1773 r.
doprowadzili do uchwalenia ustawy o herbacie. Dała ona kompanii monopol
na sprzedaż herbaty w Ameryce Północnej, zwolniła ją z opłat celnych i zezwoliła jej na sprzedaż detaliczną herbaty z pominięciem pośredników.
W rezultacie East India Company mogła sprzedawać swój produkt nawet
poniżej ceny herbaty z przemytu. Londyn był przekonany, że koloniści
zaakceptują tak dogodne zmiany. Jego działania zagroziły jednak
interesom hurtowników i przemytników, wśród których byli również
przywódcy rewolucji.
Gdy statki z herbatą zawinęły w listopadzie 1773 r. do portu
bostońskiego, Samuel Adams zrozumiał, że nadarzyła się okazja do
odzyskania inicjatywy. Wbrew zgodzie władz na rozładunek towaru, na znak
Adamsa grupa bostończyków udała się 16 grudnia do portu w symbolicznym
przebraniu Indian Mohawków i wysypała do wody wszystkie 342 skrzynie z herbatą. Było to najpoważniejsze wyzwanie rzucone Londynowi w okresie
poprzedzającym Rewolucję, gdyż nie tylko zniszczono własność prywatną
znacznej wartości lecz także zlekceważono decyzję gubernatora.
W odpowiedzi Parlament brytyjski przyjął serię aktów prawnych, znanych
jako ustawy represyjne, Coercive Acts, lub ustawy karne, Punitive
Acts. W koloniach z kolei określano je jako ustawy nieakceptowane,
Intolerable Acts. Pierwsza z nich, przyjęta w marcu 1774 r. ustawa o porcie bostońskim, była ze strony Korony pokazem siły. Zawierała
postanowienie o zamknięciu portu w Bostonie do czasu, aż zostanie
wniesione odszkodowanie za zniszczony towar. Oczekiwanie rekompensaty
wydawało się rozsądne, zwłaszcza że wielu kolonistów nie popierało braku
poszanowania dla cudzej własności. Jednak zamykanie jednego z najważniejszych portów północnoamerykańskich stanowiło oczywistą
represję, która zjednoczyła kolonie, czego uprzednio nie udawało się
osiągnąć.
Ustawy zmusiły kolonistów do podjęcia fundamentalnej decyzji, czy poddać
się Londynowi czy też przejść do otwartej rewolty. Racjonalne myślenie
nakazywało podporządkowanie się metropolii. XVIII-wieczna Wielka
Brytania była mocarstwem gospodarczym, politycznym i militarnym, a większości kolonistów nie było spieszno do konfliktu z "prawdziwą
ojczyzną" w czasie gdy o wyjazdach z Ameryki do Londynu mówiono jako o podróżach "do domu". Wobec narastających wątpliwości pojawiła się
inicjatywa kolejnego spotkania delegatów, które stało się znane jako
Pierwszy Kongres Kontynentalny. Obradował on od 5 września do 26
października 1774 r. w Filadelfii i wzięli w nim udział przedstawiciele
dwunastu kolonii (bez Georgii, która potrzebowała ochrony Korony przed
hiszpańską Florydą). Kongres zakończył się uchwaleniem bojkotu
handlowego wobec Wielkiej Brytanii, a w celu realizacji tego
postanowienia kolonie zawiązały Stowarzyszenie Kontynentalne. Ze swej
strony Korona zareagowała na to postanowienie zakazem kontaktów
handlowych kolonii z kimkolwiek poza metropolią.
Decydujące wydarzenia po raz kolejny rozegrały się w Massachusetts. Gdy
parlament brytyjski rozwiązał Zgromadzenie tej kolonii, jego członkowie
przenieśli się do położonej pod Bostonem niewielkiej miejscowości
Concord, gdzie 7 października 1774 r. ukonstytuowali się ponownie. 18
kwietnia 1775 r. w kierunku Concord wyruszył oddział około 700 żołnierzy
brytyjskich z zamiarem zaaresztowania przywódców buntu oraz
zarekwirowania zapasów broni. Opuścili Boston nocą, aby zachować akcję w tajemnicy, ale patrioci obserwowali koszary. Trzech kurierów wyruszyło
natychmiast w drogę, a do historii przeszedł Paul Revere, sławny już
autor miedziorytu ukazującego "masakrę bostońską", który jako jedyny z nich zdołał ostrzec mieszkańców o zbliżających się żołnierzach.
Do pierwszej konfrontacji doszło 19 kwietnia w Lexington, osadzie
położonej na drodze do Concord. Naprzeciw 700 Brytyjczyków stanęło tam
70 kolonistów, ktoś oddał spontanicznie strzał, a od salwy brytyjskiej
zginęło ośmiu kolonistów. Pozostali się rozpierzchli, a żołnierze
pomaszerowali do Concord. Potyczka w tej miejscowości miała bardziej
wyrównany przebieg, gdyż wzięło w niej udział znacznie więcej
kolonistów. Ostatecznie żołnierze zniszczyli część zgromadzonej broni,
po czym dowódca wydał rozkaz powrotu do Bostonu. Do miasta wiodła jednak
tylko jedna droga, wzdłuż której rozlokowali się koloniści i z ukrycia
ostrzeliwali Brytyjczyków. Żołnierzom zaczynało brakować amunicji i byli
bliscy poddania się, czemu zapobiegła dopiero przybyła z Bostonu
odsiecz.
Szczęściem dla Brytyjczyków koloniści byli nieporadnymi strzelcami, a ówczesna broń palna była dość prymitywna. Ocenia się, że oddano łącznie
75 tys. strzałów ale tylko niecałe 0,4% z nich było celnych. Niemniej
zginęło 73 żołnierzy brytyjskich, a 200 zostało rannych, natomiast ofiar
śmiertelnych wśród patriotów było 49. Ostatecznie oddział brytyjski
schronił się w położonym na półwyspie Bostonie, a koloniści rozpoczęli
oblężenie miasta jako Armia Obserwacyjna.
W Londynie ścierały się w tym czasie dwie opcje rozwiązania coraz
ostrzejszego konfliktu. Część polityków, w tym premier William Pitt
Starszy, proponowała, by przemianować Kongres Kontynentalny na Parlament
Amerykański, odwołać wszystkie ustawy, którym kolonie były niechętne,
ale jednocześnie powiadomić je, iż same muszą zadbać o środki na
utrzymanie systemu administracyjnego i na obronę przed zagrożeniem
zewnętrznym. Większość członków Parlamentu była jednak przekonana, że
kolonistów powstrzymają tylko zdecydowane groźby i nie chciała przyjąć
argumentu, iż 10 tys. żołnierzy nie będzie się w stanie przeciwstawić
1,5 mln kolonistów.
10 maja 1775 r. w Filadelfii zebrał się Drugi Kongres Kontynentalny, w którym wzięli udział wszyscy praktycznie przywódcy rewolucji
amerykańskiej, stopniowo przeistaczającej się w fazę działań militarnych
określaną mianem wojny o niepodległość. Kongres obradował z przerwami i w różnych lokalizacjach przez sześć lat, a z czasem zaczął być nazywany
po prostu Kongresem Kontynentalnym. Podobnie jak poprzednik, nie miał on
żadnych podstaw prawnych do podejmowania decyzji administracyjnych czy
politycznych. Mimo to działał jako rząd czasu wojny, choć Zgromadzenia
poszczególnych kolonii mogły jego postanowienia wcielić w życie,
modyfikować lub odrzucić.
14 czerwca powołano do życia Armię Kontynentalną, przemianowując tym
samym Armię Obserwacyjną. Jej liczebność wraz z lokalnymi milicjami, jak
nazywano siły pospolitego ruszenia, przekraczała 15 tysięcy. Członkowie
milicji byli jednak niesubordynowani i w dowolnym momencie odchodzili do
domów. Szczególnego znaczenia nabrało w tej sytuacji powołanie 19
czerwca 1775 r. na naczelnego dowódcę George'a Washingtona. Bezzwłocznie
udał się on pod Boston, gdzie 3 lipca przejął dowodzenie. Historycy nie
mają wątpliwości, że bez Washingtona słabe i źle zorganizowane oddziały
kolonistów nie pokonałyby nieporównanie lepiej przygotowanych
brytyjskich sił ekspedycyjnych.
8 lipca 1775 r. Kongres Kontynentalny przyjął Olive Branch Petition,
petycję gałązki oliwnej. Wysłano ją do króla wraz z deklaracją powodów
sięgnięcia po broń, ale monarcha nie przyjął żadnego z tych dokumentów i 25 sierpnia ogłosił proklamację o buncie. Natomiast w Kongresie nadal
nie było zgody co do dalszego postępowania. Oddzielenie się od Wielkiej
Brytanii mogło grozić poważnymi konsekwencjami gospodarczymi, przede
wszystkim jednak wzdragano się przed odrzuceniem władzy króla, który nie
pochodził z wyboru, jak Parlament, lecz był pomazańcem Bożym. Zmianę
nastawienia obywateli przyniosła dopiero opublikowana w styczniu 1776 r.
pięćdziesięciostronicowa broszura autorstwa Thomasa Paine'a (1737-1809),
zatytułowana Common Sense (Zdrowy rozsądek).
W Ameryce rocznie ukazywało się co najmniej 200 broszur politycznych,
poprzez które prowadzono polemiki na istotne tematy, z zasady jednak
czytelne tylko dla odpowiednio przygotowanych odbiorców. Paine natomiast
chciał trafić do wszystkich, bez upiększeń i prostym językiem:
"Przedstawiam jedynie proste fakty, jasne argumenty i zdrowy rozsądek".
Przekonywał, że Wielka Brytania pomniejsza należne kolonistom zyski z handlu, a mała wyspa nie może rządzić kontynentem. Przede wszystkim zaś
nie wahał się stwierdzić, że król nieszanujący podwładnych nie zasługuje
na posłuch. Paine przełamał swoim tekstem obowiązującą do tego czasu
zasadę, zgodnie z którą koloniści atakowali Parlament brytyjski, ale nie
króla. Konkluzją stawianej przez autora tezy, że to król winien jest
wszelkim niegodziwościom popełnianym wobec kolonistów, mogło być tylko
wskazanie konieczności przecięcia swoistej pępowiny
ubezwłasnowolniającej dotąd Amerykanów. Kluczowy fragment eseju Paine'a brzmiał: "Wszystko, co prawe i rozsądne, domaga się separacji. Krew
zabitych, szloch natury wołają: CZAS SIĘ ROZDZIELIĆ".
Wyrafinowani przywódcy rebelii potępiali język i płytkość argumentów
Paine'a, elity uznały Zdrowy rozsądek za dzieło ignoranta, ale
broszura trafiała do szeregowych kolonistów. Było ich wówczas około 1,5
mln, a łączny nakład broszury wynosił aż 150 tys. egzemplarzy. Jak pisał
w jednym z listów George Washington: "Zauważam, że Zdrowy rozsądek
dokonuje potężnej zmiany w umysłach wielu ludzi"5.
Ostatecznie o losie kolonii i kolonistów zadecydowali delegaci do
Kongresu Kontynentalnego. 11 czerwca 1776 r. powołano komisję mającą
przygotować tekst dokumentu ogłaszającego niezależność kolonii, a następnego dnia kolejną komisję, której powierzono opracowanie dokumentu
konstytucyjnego. Działania te wskazywały na chęć stworzenia jednego
państwa, co nie od razu było oczywiste. W grę wchodziła też suwerenność
poszczególnych kolonii, a także utworzenie kilku mniejszych federacji na
poszczególnych obszarach. Przeważyły jednak argumenty przeciw takim
rozwiązaniom, gdyż atomizacja mogłaby doprowadzić do sporów czy nawet
walk, a niewielkie związki byłyby narażone na zakusy mocarstw
europejskich. Poza jedną Unią zrzeszającą kolonie brytyjskie na
kontynencie północnoamerykańskim pozostała tylko Kanada, którą zresztą
przez długi czas usiłowano dołączyć do nowego państwa.
Projekt Deklaracji Niepodległości gotowy był już po niecałych czterech
tygodniach, głównie dzięki pracy Thomasa Jeffersona. 2 lipca Kongres
podjął jednomyślną decyzję o uniezależnieniu się od Wielkiej Brytanii.
Zgromadzeni mieli zarazem przekonanie, że krok taki należy wytłumaczyć
przed światem i dwa dni później zaakceptowano tekst deklaracji,
dokumentu skutecznie łączącego propagandę z argumentacją polityczną. W ciągu następnych tygodni pod oryginałem deklaracji podpisało się 56
członków Kongresu, a złożenia podpisu odmówił tylko jeden z nich.
John Adams pisał do żony: "Drugi dzień lipca 1776 roku będzie
najbardziej pamiętną epoką [!] w historii Ameryki. Jestem skłonny
sądzić, że będzie obchodzony przez kolejne pokolenia jako wielkie święto
rocznicowe... Powinien być uroczyście obchodzony z pompą i paradami, z pokazami, grami, ze sportami, z dzwonami, ogniskami i iluminacjami"6. Ale w 1777 r. przypomniano sobie o rocznicy dopiero 3 lipca i nie można już było upamiętnić daty podjęcia
decyzji, a jedynie dzień ogłoszenia deklaracji. W efekcie to 4 lipca
jest nazywany Independence Day i ten dzień stał się amerykańskim świętem
narodowym, choć w istocie upamiętnia nie kluczową decyzję, lecz
przyjęcie wyjaśniającego ją dokumentu.
Deklaracja zawiera nader istotne sformułowanie: "Zjednoczone kolonie są,
i zgodnie z prawem powinny pozostać, wolnymi i niezależnymi państwami
[states]". Tym samym deklaracja oznajmiała utworzenie w Ameryce w miejsce trzynastu kolonii brytyjskich, trzynastu państw, states.
Deklaracja nie jest radykalna. Jej zasadnicza przesłanka brzmi: "Uważamy
następujące prawdy za oczywiste same przez się: że wszyscy ludzie
stworzeni są jako równi i że Stwórca wyposażył ich w pewne niezbywalne
prawa, wśród których znajdują się: Życie, Wolność i Dążenie do
Szczęścia". Jest to echo koncepcji dobrze znanego kolonistom
angielskiego filozofa Johna Locke'a, który jednak mówił o prawie do
"życia, wolności i własności". Twórcy państwa amerykańskiego uznali
dostępność szczęścia za właściwy cel dobrego rządztwa, podstawowe prawo
ludzkie. Zgodnie natomiast z ówczesnym myśleniem passus o równości
oznaczał odrzucenie koncepcji boskiej natury władcy i uprzywilejowania
arystokracji, ale nie stanowił postulatu zrównania w prawach białych
mężczyzn z kobietami czy niewolnikami.
Zasadniczą część deklaracji stanowi lista uchybień i zaniedbań Jerzego
III, które zmuszają kolonistów do wypowiedzenia mu posłuszeństwa.
Zajmuje ona około trzech czwartych całego tekstu i składa się z mniej
lub bardziej uzasadnionych zarzutów wobec monarchy, który "nie nadaje
się na władcę wolnych ludzi". Dopiero na końcu dokumentu pojawia się
właściwa deklaracja niezależności: "Dlatego my, przedstawiciele
Zjednoczonych Państw Ameryki, zebrani na Generalnym Kongresie, prosząc
Najwyższego Sędziego świata o rzetelny osąd naszych intencji, i działając z upoważnienia dobrych ludzi zamieszkujących te kolonie,
uroczyście deklarujemy i ogłaszamy, że Zjednoczone Kolonie są, i słusznie być powinny, Wolnymi i Niezależnymi Państwami".
Znacznie dłużej trwały prace nad konstytuującymi Unię Artykułami
Konfederacji. Kongres musiał się zmierzyć z nową dla siebie koncepcją
federacji, czyli jednoczesnego funkcjonowania dwóch porządków rządztwa,
władz poszczególnych stanów i władzy centralnej oraz pogodzić wymóg
zachowania suwerenności poszczególnych stanów/państw z wymogiem
suwerenności nowej Unii. W lutym 1777 r. w obradach Kongresu
uczestniczyło już tylko 22 delegatów, a tekst artykułów uzgodniono
dopiero 15 listopada 1777 r. Kolejne trzy lata, do marca 1781 r., trwała
procedura ratyfikacyjna, opóźniana przez stanowisko Marylandu w sprawie
określenia jego zachodniej granicy.
Charakter Artykułów Konfederacji określa już sama nazwa dokumentu, gdyż
konfederacja jest najluźniejszą formą związku państw. Zakłada autonomię
wszystkich stron, które we wspólnym interesie częściowo z niej
rezygnują. Artykuły umożliwiały współpracę tworzących konfederację
trzynastu państw, ale nie zawierały zwartego korpusu przemyśleń
politycznych. Kongres pozostawał najwyższą władzą połączonych państw,
ale nie otrzymał żadnych istotnych uprawnień, nie miał rzeczywistej
władzy i bywał określany mianem "kongresu proszalnego". Każdy
stan/państwo, bez względu na wielkość, dysponował w nim jednym głosem,
przy czym w kwestiach, takich jak traktaty, emisja pieniędzy czy
ustalanie kontyngentów militarnych wymagana była decyzja jednomyślna,
zaś w sprawach mniejszej wagi większość kwalifikowana dwóch trzecich.
Nie zaproponowano żadnej władzy wykonawczej ani wspólnego systemu
sądowniczego. Po wejściu w życie artykułów Kongres zaczął być określany
jako Kongres Konfederacyjny, choć wielu nadal używało nazwy Kongres
Kontynentalny.
W trakcie prac nad artykułami Konfederacji Kongres uchwalił 14 czerwca
1777 r. wzór flagi Unii. Miała się ona składać z trzynastu
naprzemiennych pasów czerwonych i białych dla upamiętnienia założycieli
konfederacji. Natomiast w kantonie miało się znajdować trzynaście
białych gwiazd na niebieskim tle, które reprezentują państwa/stany
konstytuujące Unię, w związku z czym ich obecna liczba wynosi 50.
Znacznie dłużej trwały natomiast prace nad Wielką Pieczęcią. Kongres
przyjął ostateczny wzór dopiero 20 czerwca 1782 r. Pozostał on
zasadniczo niezmieniony po dziś dzień, choć wprowadzono doń drobne
poprawki graficzne. Na pieczęci znajduje się maksyma: E pluribus unum,
"Z wielości jedno", która została uznana za oficjalne motto Stanów
Zjednoczonych i pozostawała nim aż do 1956 r., gdy zastąpiono ją frazą:
In God We Trust, "Bogu ufamy".
Równolegle z pracami Kongresu rozwijały się działania zbrojne określane
mianem wojny o niepodległość. Można je podzielić na trzy fazy. Pierwsza
obejmowała okres, w którym przeciw wojskom brytyjskim walczyli sami
koloniści, a działania wojenne toczyły się w Nowej Anglii, New Jersey i Pensylwanii. W drugim okresie, czyli od 1778 r., do kolonistów dołączyła
Francja, a ciężar walk przeniósł się na Południe. Ta faza zakończyła się
bitwą pod Yorktown w 1781 r. Wreszcie trzecia faza to okres schyłkowy
konfliktu, gdy trwały już rozmowy pokojowe, a działania militarne
ograniczały się do sporadycznych utarczek.
W wyniku porozumienia zawartego pod Bostonem przez Washingtona i dowódcę
wojsk brytyjskich, generałem Williamem Howe 17 marca 1776 r. żołnierze
brytyjscy wraz z około tysiącem torysów opuścili miasto. Washington
natomiast udał się do Nowego Jorku, gdyż miastu zagrażał atak brytyjski.
Kongres uznał, że należy podjąć próbę jego obrony, a Washington zgodził
się z tym poglądem i określił zbliżającą się bitwę mianem "dnia próby".
27 sierpnia 1776 r. około 9 tys. ochotników i świeżych rekrutów
dowodzonych przez Washingtona stanęło na Long Island naprzeciw
dowodzonych przez Williama Howe'a 15 tys. żołnierzy brytyjskich i najemników z ziem niemieckich, których nazywano zbiorczo Hesami.
Żołnierze amerykańscy po raz pierwszy wzięli udział w bitwie przeciw
nieprzyjacielowi wyszkolonemu do walki na otwartym terenie i ponieśli
klęskę. Zginęło ich lub zostało poważnie rannych prawie tysiąc, a drugie
tyle trafiło do niewoli przy stratach brytyjskich wynoszących niewiele
ponad 300 zabitych i rannych. Bardziej istotny od samego wyniku bitwy
był jej przebieg, wykazujący groźny brak profesjonalizmu oficerów
amerykańskich, w tym także Washingtona, który nigdy wcześniej nie
dowodził większym oddziałem wojska ani nie kierował artylerią. Siły
amerykańskie były bezradne wobec manewru wyraźnie nieznanego
Washingtonowi, czyli pozorowanego ataku frontalnego, po którym
następowały obejście i zasadniczy atak z flanki. Inna sprawa, że, jak
pisze historyk, "jeśli przegrywać bitwę, to bez porównania lepiej
wskutek głupoty czy niedoświadczenia generałów niż przez tchórzostwo lub
niezdyscyplinowanie zwykłych żołnierzy"7.
Na dobrą sprawę wojna mogła się w tym momencie zakończyć. William Howe
nie ponowił jednak ataku na rozbite siły Washingtona, który wydał rozkaz
nocnej przeprawy na Manhattan. Wojsko musiało pokonać szeroką w tym
miejscu na milę East River, na której znajdowała się flota admirała
Richarda Howe'a, ten zaś nie uniemożliwił manewru. Wydaje się, że brak
skutecznych działań ze strony braci Howe'ów wynikał z faktu, iż
Brytyjczycy walcząc z brytyjskimi kolonistami, nie dążyli do ich
unicestwienia. Atak na obóz niedobitków wojsk Washingtona albo na
łodzie, którymi przeprawiali się przez rzekę, musiałby się zakończyć
masakrą, a celem działań brytyjskich było odzyskanie lojalności
kolonistów, a nie ich śmierć. Generał Howe miał podstawy sądzić, że
wojska Washingtona i oddane pod jego komendę siły milicji, ścigane i wycieńczone, ulegną dezintegracji, co pozwoli zakończyć rebelię przy
minimalnej liczbie ofiar.
Siły pospolitego ruszenia istotnie nie mogły mierzyć się z zawodowymi
żołnierzami i między październikiem a grudniem 1776 r. wojska
Washingtona znajdowały się w ciągłym odwrocie. Wydawało się, że przyjęta
przez Howe'a taktyka przynosi rezultaty. Washington nie otrzymywał
żadnego niemal wsparcia ze strony miejscowej ludności i ledwo nadążał
sie wycofywać przed ścigającymi go wojskami brytyjskimi. Jego Armia
Kontynentalna topniała zarówno wskutek dezercji, jak i upływu ściśle
określonego czasu rocznej służby. Żołnierze mieli też problem z przekonaniem farmerów, by ci oddawali inwentarz w zamian za
bezwartościowe, jak się wydawało, pokwitowania wystawiane przez Kongres
Kontynentalny. 18 grudnia Washington pisał do brata: "Myślę, że nikt
wcześniej nie stał wobec tylu przeciwności, mając do swej dyspozycji tak
niewiele środków"8. A mimo to tydzień później Washington
odniósł zwycięstwo, które nie zachwiało wprawdzie armią brytyjską, ale w istotny sposób podniosło morale jego żołnierzy i pozwoliło mu przedłużać
walkę.
W grudniu Brytyjczycy odstąpili od pościgu i kontynuowali go tylko
najemni Hesowie w sile 1 500 żołnierzy. Zalegli oni na zimę w miasteczku
Trenton, a ich dowódca tak dalece lekceważył przeciwnika, że nie wzniósł
umocnień obronnych i wskutek panującego mrozu wycofał straże. Washington
rozumiał, że atak na Trenton stanowi jego ostatnią szansę, gdyż 1
stycznia kolejni żołnierze mieli odejść za służby i zostałoby ich
niecałe dwa tysiące. Przeprawił się przez rzekę Delaware i po forsownym,
piętnastokilometrowym nocnym marszu w zamieci śnieżnej 26 grudnia o świcie zaatakował Trenton. Słusznie przewidywał, że najemnicy niemieccy
będą odpoczywali po hucznych obchodach Bożego Narodzenia. W krótkim
starciu zginęło lub trafiło do niewoli ok. 1 000 żołnierzy heskich, a wielu odniosło rany, natomiast straty Armii Kontynentalnej sprowadziły
się do dwóch żołnierzy, którzy zamarzli podczas marszu, oraz czterech
rannych. Washington odniósł zwycięstwo, które nie tylko skłoniło wielu
żołnierzy do przedłużenia służby, lecz także przyciągnęło nowych
ochotników. Co więcej, po tej niewielkiej ale zwycięskiej potyczce
Francja zaczęła po raz pierwszy poważnie rozpatrywać możliwość włączenia
się do wojny przeciw Wielkiej Brytanii.
Tymczasem Londyn zaakceptował plan generała Johna Burgoyne'a uderzenia
od północy siłą trzech zgrupowań w kierunku stanu Nowy Jork i oddzielenia w ten sposób Massachusetts od pozostałych kolonii. Burgoyne
miał się połączyć pod Albany z idącym od zachodu pułkownikiem Barrimorem
St. Legerem oraz podążającym od Nowego Jorku generałem Howe'em. Ale St.
Leger nie dołączył do Burgoyne'a z powodu buntu pododdziałów
indiańskich, a Howe nie został formalnie powiadomiony o planie i ruszył
w przeciwnym kierunku z zamiarem zajęcia Filadelfii.
Burgoyne wyruszył z Kanady w końcu czerwca 1777 r. Miał pod swoją
komendą około 7 700 oficerów i żołnierzy, ale jego posuwające się na
południe wojsko było nieustannie atakowane przez stosujących taktykę
podjazdową patriotów i ustawicznie ponosiło straty. Ostatecznie 19
września i 7 października 1777 r. Burgoyne został zmuszony samodzielnie
przyjąć dwie bitwy pod Saratogą, po których poddał się, tracąc: 6
generałów, 300 oficerów i ponad 5 600 żołnierzy oraz sprzęt i uzbrojenie. Porażki pod Saratogą uniemożliwiły Brytyjczykom rozdzielenie
kolonii, a zarazem wykazały, że siły lokalne są w stanie skutecznie
stawić czoła przeciwnikowi.
Natomiast oddziały Washingtona zaległy na zimę z 1777 na 1778 r. w pobliżu miejscowości Valley Forge w stanie Pensylwania. To, co się
wówczas wydarzyło, stało się jednym z najważniejszych elementów zarówno
samych działań wojennych, jak i legendy tworzenia się amerykańskiej
niezależności. Wojsko, które udało się do Valley Forge, było zmęczone,
wygłodzone i przemarznięte, a obraz obozu nie różnił się w gruncie
rzeczy od obrazu wymierającej z głodu i chorób kolonii Jamestown albo
losu Ojców-Wędrowców w Plymouth, zmuszonych do zadowalania się kilkoma
ziarnami kukurydzy dziennie. Jednak Jamestown przetrwało i dało początek
bogatej kolonii Wirginia, Plymouth stało się kolebką amerykańskości, a w Valley Forge Unia wykuła decydującą wiktorię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Termin "kolonia", colony, w odniesieniu do Ameryki Północnej odnosi się do rozrośniętej terytorialnie osady, a jej założyciele czy mieszkańcy nie byli kolonizatorami, lecz kolonistami lub osadnikami. [wróć]
2. Charles M. Andrews, The Colonial Period of American History, Yale University Press, New Haven 1954, s. 49. [wróć]
3. https://americanfounding.org/entries/act-i-tuesday-september-6-1774/. [wróć]
4. https://avalon.law.yale.edu/18th_century/letter_03.asp. [wróć]
5. https://founders.archives.gov/documents/Washington/03-04-02-0009. [wróć]
6. Za: Samuel Willard Crompton, John Adams, Chelsea House, Philadelphia 2006, s. 53. [wróć]
7. Page Smith, A New Age Now Begins, McGraw-Hill, New York 1976, s. 745. [wróć]
8. https://founders.archives.gov/documents/Washington/03-07-02-0299. [wróć]