Historia spisana atramentem - Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

W Gim­na­zjum.Za­wią­zek lo­sów w Pusz­czy Au­gu­stow­skiej.Moja in­dy­wi­du­al­ność w la­tach mło­dzień­czych.

Żonę moją, która stała się bo­ha­terką ca­łej tej księ­żej epo­pei, która ży­ciu memu nadała taki oso­bliwy kie­ru­nek, po­zna­łem ma­jąc 10 lat. A za­wio­dły mnie do niej ta­kie drogi:

Dzie­się­cio­let­niego chłopca od­dano mnie do 1-ej klasy Gim­na­zjum w S. w Kró­le­stwie Pol­skiem. Uczy­łem się źle. Nie że­bym źle był przy­go­to­wany, lub nie­zdolny, ale już wów­czas zdra­dza­łem swój na­zbyt ru­chliwy tem­pe­ra­ment, bar­dziej skory do nie­okieł­zna­nej swo­body, niż do zsys­te­ma­ty­zo­wa­nej ro­boty. Były to czasy "słyn­nej" ku­ra­teli nad oświatą u nas w Kró­le­stwie "ob­ru­si­ciela" Apuch­tina[1], więc i samo gim­na­zjum nie mo­gło za­szcze­pić mi­ło­ści do sys­temu wy­cho­wa­nia.

Przy dwu ta­kich czyn­ni­kach nie ro­bi­łem, oczy­wi­ście, du­żych po­stę­pów w gim­na­zjal­nych mo­ich stu­djach. Skut­kiem czego było, że w moim "dzien­niku" fi­gu­ro­wały na­zbyt czę­sto "pałki" jak z kon­du­ity tak i z nauk. W końcu upo­mniano moją matkę, aby wpły­nęła na mnie, gdyż grozi mi wy­da­le­nie z za­kładu. Ostrze­żona o tem matka gor­li­wie wzięła się do dzieła.

U do­stawcy wik­tu­ałów mlecz­nych, chłopa pod­miej­skiego, za­mó­wiła pęk łóz wierz­bo­wych. Gdy te były do­star­czone, mo­czono je dni kilka w wo­dzie, (na co wszystko oczy moje pa­trzyły) by były bar­dziej gięt­kie i oto - miała od­być się eg­ze­ku­cja, jedna z tych, które już do­brze zna­łem, tym ra­zem okrop­niej­sza, zwa­ża­jąc na przy­czynę, co ją wy­wo­łała i na do­nio­słość celu, ku któ­remu miano mnie ka­to­wać.

Dzi­siaj ta­kie boba koń­czą w po­dob­nych ra­zach sa­mo­bój­stwem, ja, że so­bie za­wsze wy­soko ce­ni­łem ży­cie, o sa­mo­bój­stwie nie po­my­śla­łem, ale po­ta­jem­nie ucie­kłem z domu, aby już doń ni­gdy nie po­wró­cić.

Ucie­kłem w marcu, ku wie­czo­rowi. Zima jesz­cze trwała, po­kry­wa­jąc zie­mię grubą oponą śniegu i lo­dów. A ja wę­dro­wa­łem po nie­zna­nych so­bie dro­gach, hen kę­dyś w świat, byle da­lej od świ­stu mo­krych łóz. La­sami sze­dłem, bez gro­sza w kie­szeni i bez okru­chu chleba, po nocy, nie bo­jąc się ni wilka, ni złego czło­wieka, ni ciem­no­ści, ni­kogo i ni­czego na świe­cie...

Zmierz­chało po­woli, jesz­cze nie trzeba było za­pa­lać lampy naf­to­wej, ale li­terki w pod­ręcz­niku do hi­sto­rii co­raz trud­niej da­wały się uło­żyć w słowa. Zresztą nie za­le­żało mu, chło­piec tylko uda­wał, że pil­nie ślę­czy nad za­pi­sa­nym cy­ry­licą tek­stem, w rze­czy­wi­sto­ści zaś na­słu­chi­wał od­gło­sów z głębi domu, wy­obra­ża­jąc so­bie rów­no­cze­śnie, jak za mo­ment otwo­rzą się drzwi i srogi głos brata we­zwie go do sa­lonu. A może usły­szy głos matki wo­ła­jący go na ko­la­cję? Gdyby tak jesz­cze na­zwała go tym swoim zdrob­nia­łym: Cześ, któ­rego tak czę­sto wsty­dził się przed ko­le­gami, jed­nak te­raz da­wa­łoby wą­tłą iskierkę na­dziei, że serce mat­czyne zmię­kło...

Do­sta­wał już w skórę za ja­kieś drob­niej­sze prze­wi­nie­nia, ale tym ra­zem miało być dużo go­rzej i strasz­niej. Wie­dział o tym od pierw­szej chwili, gdy matka wró­ciła ze szkoły, we­zwana tam przez dy­rek­tora, opa­słego typa w nie­do­pi­na­ją­cym się na brzu­chu sur­du­cie. Przy­słano go do su­wal­skiego gim­na­zjum z głębi Ro­sji, aby za­pro­wa­dził po­rzą­dek w szkole, wy­ple­nia­jąc osta­tecz­nie naj­drob­niej­sze ele­menty pol­sko­ści wśród uczniów i grona pe­da­go­gicz­nego. Matka chłopca, osoba pro­sta, bo­go­bojna i za­pra­co­wana, miała w ży­ciu wy­star­cza­jąco wiele trosk zwią­za­nych z wy­pro­wa­dze­niem na lu­dzi czwórki dzieci, by po­świę­cać każ­demu z osobna do­syć uwagi. Mąż ni­gdy nie za­bie­gał spe­cjal­nie o za­pew­nie­nie bytu ro­dzi­nie, aby wresz­cie opu­ścić ją na do­bre, to­też choć ko­bieta po­świę­ciła wszyst­kie siły dzie­ciom, le­d­wie uda­wało się jej wią­zać ko­niec z koń­cem. A dy­rek­tor gim­na­zjum, w któ­rym na­uka kosz­to­wała prze­cież spore pie­nią­dze, wy­ra­ził się bar­dzo ja­sno. Albo za­trosz­czy się o to, by jej syn Cze­sław po­pra­wił oceny, a zwłasz­cza za­cho­wa­nie i sto­su­nek do ru­so­fil­skiej wła­dzy szkol­nej, albo zo­sta­nie re­le­go­wany! I to z wil­czym bi­le­tem, za­my­ka­ją­cym drogę do uzy­ska­nia po­rząd­nego wy­kształ­ce­nia.

Chło­piec jak przez mgłę pa­mię­tał wy­da­rze­nia tam­tego wie­czoru. Matka ro­ze­brała się w sieni i po­szła do kuchni, za­cho­wu­jąc się tak, jakby w ogóle go tam nie było. Do po­wrotu star­szego brata z pracy nie do­stał choćby kromki chleba z ma­słem, nie usły­szał od niej słowa, co było gor­sze od naj­sroż­szych wy­mó­wek. Czuł, że za­nosi się na coś okrop­nego. Po­tem na­stą­piła ro­dzinna na­rada, któ­rej mu­siał wy­słu­chać, sto­jąc w ką­cie obok roz­grza­nego pieca.

- Już mi sił nie star­cza, a on tak się od­płaca. - Matka za­ła­my­wała ręce. - Ty mnie do grobu chcesz wpę­dzić!

- Sły­sza­łeś?! I co się tak dur­no­wato uśmie­chasz?! - Brat uczy­nił ruch jakby chciał pod­nieść się, zła­pać chłopca i nim po­trzą­snąć, po­zo­stał jed­nak na miej­scu.

Cześ wcale się nie uśmie­chał, skrzy­wił tylko usta na gra­nicy pła­czu.

- No już, mama, nie płacz, szkoda łez na ta­kie la­daco... - Star­szy brat po­gła­dził dło­nią plecy ro­dzi­cielki. Od pew­nego już czasu, z braku ojca, peł­nił w domu rolę mę­skiej głowy ro­dziny. I te­raz za­mie­rzał się z niej wy­wią­zać. Cią­gnął sro­gim, nie­zno­szą­cym sprze­ciwu to­nem: - Jak nie skut­kują słowa, to po­skut­kuje co in­nego. Cze­sław do­sta­nie mo­czo­nymi ró­zgami w go­li­znę tak, że nie sią­dzie przez ty­dzień! Przy sio­strze, bo jak mu nie wstyd ro­dzo­nej matki nie słu­chać, to niech ta­kiego wstydu choć za­zna. I będą ró­zgi w ro­bo­cie do skutku! Aż ro­zumu na­bie­rze. Oj, po­pa­mię­tasz ty mnie, bra­cie, i jesz­cze po­dzię­ku­jesz mi kie­dyś.

Na­za­jutrz już dłu­gie wierz­bowe łozy mo­czyły się w mi­sce w sieni, żeby wi­dział je, idąc i wra­ca­jąc ze szkoły, żeby ani przez chwilę nie za­po­mniał, co go czeka. A wy­obraź­nia ro­biła wię­cej niż groźby brata, wy­star­czyło, by przy­mknął wie­czo­rem oczy, i już przed oczyma miał ob­razy kaźni, spo­tę­go­wane stra­chem i pa­nu­jącą w domu zło­wrogą at­mos­ferą.

Po­chy­lony nad książką chło­piec usły­szał trza­śnię­cie drzwiami i sta­now­cze mę­skie kroki. De­ski pod­łogi skrzy­piały co­raz gło­śniej, chło­piec sku­lił się na krze­śle, pra­gnąc stać się ma­lut­kim, ma­leń­kim pył­kiem, zu­peł­nie nie­wi­docz­nym, ta­kim bła­hym, co by go mógł zdmuch­nąć byle po­wiew ze szpary w oknie. Kroki zwol­niły, ale się nie za­trzy­mały. Po dłuż­szej chwili dało się sły­szeć od­głosy prze­sta­wia­nych na kuchni garn­ków. Wie­dział, że to nie­wiele zna­czyło, brat mu­siał coś zjeść po ca­łym dniu pracy. Gdy matka go już na­karmi, wtedy do­piero za­wo­łają go do sie­bie. Na środku po­koju brat po­stawi pro­sty drew­niany ta­bo­ret. I nie zwa­ża­jąc na pły­nące mu po twa­rzy łzy i na prośby szep­tane rwą­cym się gło­sem, jesz­cze każe mu sa­memu pójść po ró­zgi...

Zsu­nął się z krze­sła i ci­chutko na pal­cach zbli­żył się do drzwi. Kiedy od­my­kał je ostroż­nie, za­wiasy na­wet nie jęk­nęły. Brat dbał, aby w domu wszystko dzia­łało, jak na­leży. Był już w po­ło­wie drogi do sieni, gdy ze­gar w sa­lo­nie za­czął wy­bi­jać go­dzinę. Stru­chlał na mo­ment, jakby te swoj­sko do­tąd brzmiące ku­ranty były alar­mem, ma­ją­cym po­sta­wić wszyst­kich do­mow­ni­ków na nogi. Jed­nak nie cof­nął się, nie po­rzu­cił planu po­wzię­tego tego dnia w szkole.

Może by tak i po­stą­pił, li­cząc na zmi­ło­wa­nie matki i brata, gdyby tego dnia wła­śnie nie wy­lą­do­wała w jego dzien­niku ko­lejna pałka z naj­waż­niej­szego gim­na­zjal­nego przed­miotu, czyli hi­sto­rii Ro­sji. Od paru dni każ­dego wie­czora po ko­la­cji matka skru­pu­lat­nie i bez słowa ka­zała ten dzien­nik ocen so­bie po­ka­zy­wać, a po­tem prze­glą­dała jesz­cze ze­szyty. Nie wi­dział dla sie­bie ra­tunku.

W sieni pa­no­wał pół­mrok, lecz zu­peł­nie mu to nie prze­szka­dzało, przy­naj­mniej nie wi­dział mo­czą­cych się na­rzę­dzi tor­tur. Wsu­nął stopy w zi­mowe buty, na­ło­żył czapkę i chwy­cił palto z wie­szaka. Na­słu­chu­jąc od­gło­sów z głębi miesz­ka­nia, na­ci­snął po­woli klamkę, Na scho­dach było ciem­niej niż w miesz­ka­niu. Li­cząc stop­nie, zszedł dwa pię­tra i tam do­piero do­koń­czył ubie­ra­nie się, pe­wien, że zdąży wy­pry­snąć na dwór, gdyby do­bie­gły go od­głosy świad­czące o wy­kry­ciu jego po­stępku. Na szczę­ście sza­lik i rę­ka­wice o jed­nym palcu nie wy­pa­dły z rę­kawa, bo za nic na świe­cie nie wró­ciłby ich szu­kać.

Prze­my­ka­jąc chod­ni­kiem pod ścia­nami do­brze zna­nych ka­mie­nic, cie­szył się w du­chu, że na ich ulicy nie za­in­sta­lo­wano jesz­cze la­tarń ga­zo­wych. Po praw­dzie nie miało to te­raz zna­cze­nia, bo i tak nie­liczni prze­chod­nie nie zwra­cali uwagi na truch­ta­ją­cego do­kądś malca. Był po­rząd­nie ubrany, więc pew­ni­kiem wy­słano go po drobne spra­wunki lub coś w tym gu­ście. Cześ ob­rał kie­ru­nek prze­ciwny do znie­na­wi­dzo­nego gim­na­zjum, któ­remu za­wdzię­czał wszyst­kie nie­szczę­ścia. Do­zorcy po­zgar­niali śnieg z chod­nika i szło się zu­peł­nie do­brze.

Po nie­dłu­gim cza­sie prze­stał po­zna­wać mi­jane do­mo­stwa, co­raz niż­sza za­bu­dowa prze­szła wresz­cie w ja­kieś drew­niane ba­raki. Wdra­pał nie na nie­wy­soki na­syp ko­le­jowy, szedł jesz­cze ka­wa­łek to­rami, wzdłuż ściany lasu, a gdy w do­ga­sa­ją­cym świe­tle dnia uj­rzał drogę mię­dzy drze­wami, wszedł na nią, nie za­sta­na­wia­jąc się wiele, do­kąd go za­pro­wa­dzi. Byle da­lej od domu, od tego ca­łego nie­szczę­ścia, od lu­dzi, co umy­ślili so­bie uczy­nić mu krzywdę. Nie ko­chali go prze­cież, więc na­wet nie bę­dzie im go szkoda. Ucie­szą się pew­nie, że nie mu­szą już kar­mić nie­wdzięcz­nika.

Cześ po dzie­cię­cemu nie umiał pa­trzeć da­leko w przy­szłość. Póki było mu cie­pło i nie czuł głodu, nie za­sta­na­wiał się, skąd weź­mie je­dze­nie oraz pi­cie, gdzie znaj­dzie schro­nie­nie. Na świe­cie gdzieś mu­szą być do­brzy lu­dzie. A jemu wy­star­czy tyle co nic, mniej na­wet. Zbu­duje so­bie sza­łas, roz­pali ogni­sko i bę­dzie po­lo­wał jak ten roz­bi­tek, o któ­rym czy­tano mu wie­czo­rami, rok albo dwa wcze­śniej, kiedy był jesz­cze bar­dzo mały. Już nie jest mały. Nie­po­trzebna mu szkoła ani do­ro­śli, któ­rzy tylko by wszyst­kiego za­ka­zy­wali. I bili go za to, że nie ślę­czy od rana do wie­czora nad książ­kami, które są tak strasz­nie trudne, że nie­po­dobna z nich ni­czego zro­zu­mieć i za­pa­mię­tać. Ni­gdy nie wróci! Bę­dzie szedł da­lej i da­lej, gdzie oczy po­niosą.

Albo umrze. Tego się też nie bał, bo w jego dzie­się­cio­let­niej główce nie zdą­żył za­lę­gnąć się strach przed śmier­cią. Pro­wa­dzili go do ko­ścioła, to­też wie­dział, że i umarli mają swoje miej­sce, w któ­rym im le­piej niż na ziemi. Dużo le­piej, bo tam nie ka­rzą ni­kogo chło­stą mo­krymi ró­zgami.

Cześ parł upar­cie przed sie­bie po za­śnie­żo­nych le­śnych dro­gach, wy­cho­dząc cza­sem na otwarty te­ren, a po­tem kry­jąc się z po­wro­tem w le­sie. Wie­dział tylko, że te­raz bę­dzie już wszystko do­brze. Choćby chciał, nie mógł za­wró­cić, bo i tak nie od­na­la­złby drogi po­wrot­nej. Jed­nak noc trwała bez końca, a zmę­cze­nie co­raz moc­niej da­wało mu się we znaki. Chłód wsą­czał się po­woli w szczu­płe ciało, owie­wa­jąc z po­czątku nos i po­liczki, po­tem palce u rąk i nóg. Mróz nie­wia­do­mym spo­so­bem prze­ni­kał głę­biej, sa­do­wiąc się pod zi­mo­wym płasz­czem, chło­piec miał wra­że­nie, że ro­sną tam lo­do­wate so­ple. Od czasu do czasu spo­glą­dał tę­sk­nie po­nad ko­rony drzew w spła­chetki roz­gwież­dżo­nego nieba, szu­ka­jąc oznak nad­cią­ga­ją­cego świtu. Bo­lały go nogi i był bar­dzo głodny.

Sam nie wie­dział, kiedy na do­bre wy­szedł z lasu, po­dą­żał upar­cie, trzy­ma­jąc się głę­bo­kiej po­lnej bruzdy ni­czym za­gu­biony po­dróż­nik stru­myka, ma­ją­cego do­pro­wa­dzić go ku rzece, a ta w ja­kieś ludz­kie sie­dli­ska. Po­śród nie­wy­so­kich za­bu­do­wań za­szcze­kał pies, za­raz do­łą­czył na­stępny, wresz­cie roz­sz­cze­kała się cała oko­lica, ale su­nący noga za nogą chło­piec był zbyt zmę­czony, aby choć po­my­śleć o scho­wa­niu się gdzieś albo ucieczce. Po­czuł, że ktoś chwyta go mocno z koł­nierz płasz­cza.

- A ty kto, ga­dajże! Czego tu szu­kasz po ciem­nicy?! - Szorstki głos zda­wał się wy­do­by­wać z głębi studni.

- Ja... nic... - Cześ szarp­nął się od­ru­chowo jak schwy­tany za uszy za­jąc, ale silne ręce trzy­mały mocno. Uj­rzał po­chy­la­jącą się nad sobą po­bruż­dżoną twarz chłopa, wy­szep­tał ci­cho: - Zgu­bi­łem drogę do domu.

- A to ja i wi­dzę. - Chłop w roz­pię­tym z przodu ko­żu­chu, wi­dać na­prędce za­rzu­co­nym, kiedy na­tar­czywe szcze­ka­nie po­nio­sło się po oko­licy, po­trzą­snął schwy­ta­nym zbie­giem. - Może i zgu­bi­łeś się, a może co in­nego... Nie­je­den tu kraść cho­dzi, do­brze, że psy czujne. Ob­cyś ty, nie stąd. Kto cię przy­słał na prze­szpiegi, ga­daj mi tu!

- Pan pu­ści, ja nic nie wiem, ja już so­bie pójdę, w domu cze­kają... - Mimo zmar­z­nię­tej twa­rzy Cześ po­czuł na­pły­wa­jące mu do oczy łzy. - Ja nie znam ni­kogo, je­stem głodny...

- Głodny, hę? No, nie wy­glą­dasz na zbója, ale kto cię tam wie.

Cią­gle nie pusz­czał ma­łego zbiega, lecz wy­raź­nie nie wie­dział, co ma z nim czy­nić. Tym­cza­sem psy przy­ci­chły i po­cho­wały się w bu­dach, z rzadka tylko przy­po­mi­na­jąc głu­chym szczek­nię­ciem, że są i nie stra­ciły czuj­no­ści. Chłop za­wo­łał coś gło­śno w stronę obej­ścia, po chwili z mroku wy­ło­nił się młod­szy męż­czy­zna.

- Czego, oj­ciec, na­wo­łu­jeta?

Stary po krót­kiej na­ra­dzie z sy­nem, z któ­rej Cześ ro­zu­miał je­dy­nie, że umy­ślili od­dać go ja­kiejś wła­dzy, za­piął ko­żuch i ści­snął się mocno rze­mien­nym pa­skiem. Wzięli chłopca mię­dzy sie­bie i po­pro­wa­dzili do­kądś, nie ga­da­jąc wię­cej ze sobą. Droga wio­dła mię­dzy ja­ki­miś za­bu­do­wa­niami, z po­czątku żwi­rowa, nie­długo za­mie­niła się w bru­ko­waną ulicę, jedną z ta­kich, któ­rych pełno było w Su­wał­kach. Cześ po­czął oba­wiać się, iż ja­kimś cu­dem ci obcy lu­dzie pro­wa­dzą go do domu, gdzie cze­kają z ró­zgami roz­sier­dzona matka i brat. Roz­glą­dał się ukrad­kiem, ale nie do­strzegł w oto­cze­niu ni­czego zna­jo­mego, przy­po­mi­na­ją­cego ro­dzinne mia­steczko. Nie miał już sił, by się tym cie­szyć lub smu­cić, pra­gnął je­dy­nie, żeby wszystko się skoń­czyło.

Za­trzy­mali się przed par­te­ro­wym bu­dyn­kiem z go­łej ce­gły, z kra­tami w oknach i ja­kąś ta­blicą nad wej­ściem. Chłop na­ci­snął że­liwną klamkę, a gdy drzwi nie ustą­piły, za­ło­mo­tał w nie pię­ścią. Do­piero po mi­nu­cie lub dwu roz­le­gły się we­wnątrz szu­ra­nia, od­su­nęła się klapka i chło­piec usły­szał:

- Czego tam chce­cie?

- Pa­nie na­czel­niku, przy­pro­wa­dzi­lim chło­paka. Obcy on. Po wsi mysz­ko­wał, mało go psy nie roz­szar­pały. Go­ni­lim go wior­stę z sy­nem...

- Na­czel­nika nie ma, przyjdź­cie rano! - Funk­cjo­na­riu­sza gmin­nego wię­zie­nia nie prze­jęła ubar­wiona mocno przez chłopa hi­sto­ria.

- A gdzie nam rano, pa­nie. Co z nim zro­bim? Może on zło­dziej jaki, pój­dzie do swo­ich i nam cha­łupę z dy­mem pusz­czą?

Drzwi ode­mknęły się z nie­ja­kim opo­rem, tak się przy­naj­mniej zda­wało chłopcu, po czym uka­zała się po­stać w za­pię­tym tylko do po­łowy gra­na­to­wym uni­for­mie z błysz­czą­cymi sre­brem gu­zi­kami. Straż­nik obej­rzał przy­by­szów w świe­tle trzy­ma­nej lampy naf­to­wej.

- To wy, Woj­ta­chu? No to wchodź­cie, skoro mi już po­budkę spra­wi­li­ście. Ale ten wasz zło­dzie­ja­szek mi­zerny ja­kiś, o co tyle ra­banu ro­bi­cie? Nie le­piej mu było dać go­rą­cego mleka i na za­piecku usa­do­wić, a ran­kiem wy­py­tać do­brze?

- A bo to wia­domo, kto on? Nic po­wie­dzieć nie chce.

- Bo wy­stra­szony. Sam bym się wy­stra­szył, jak­bym wa­szą gębę po nocy uj­rzał.

- Tego mi pa­nie nie ga­daj­cie, ja uczciwy czło­wiek.

Straż­nik wpro­wa­dził wszyst­kich do spo­rej izby z kon­tu­arem, za któ­rym na ścia­nie wi­siały pęki klu­czy. Obok znaj­do­wało się za­gro­dzone so­lidną kratą wej­ście do ja­kie­goś ko­ry­ta­rza. Od sto­ją­cego w ką­cie ka­flo­wego pieca biło przy­jemne cie­pło. Męż­czy­zna usa­dził chłopca na sze­ro­kiej ła­wie i jął przy­glą­dać mu się z uwagą, pod­krę­ca­jąc pal­cami ko­niec buj­nych wą­sów. Nie wy­glą­dał już tak groź­nie, przy­po­mi­nał Cze­siowi woź­nego z po­przed­niej szkoły, który za­wsze miał w kie­szeni tro­chę słod­kich cu­kier­ków i da­wał dzie­ciom z bied­niej­szych do­mów. Chło­piec ni­gdy nie do­stał ta­kiego przy­smaku, więc cza­sem na­wet ża­ło­wał, że jest tak do­brze ubrany.

- Głod­nyś pew­nie, co? No, mały, po­wiesz te­raz, jak się na­zy­wasz?

Cześ za­pra­gnął wy­znać wszystko, o tym, jak źle szło mu w no­wej szkole i jak strasz­nie go chcieli uka­rać, jak uciekł, jak mu było zimno i głodno, kiedy wę­dro­wał przez pusz­czę wśród wy­cia wil­ków, i... sam już nie wie­dział, czy za­raz nie umrze. Ale nim zdą­żył otwo­rzyć usta, straż­nik od­wró­cił się w stronę sto­ją­cych w progu męż­czyzn:

- A wy czego tu jesz­cze?! Idź­cie z Bo­giem, jak bę­dzie trzeba wa­szego ze­zna­nia, to się tam kogo po was przy­śle.

Od­pro­wa­dził przy­by­łych, po­dzwa­nia­jąc trzy­ma­nym w ręku pę­kiem klu­czy. Kiedy wró­cił, ka­zał chłopcu zdjąć palto i nie za­da­jąc na ra­zie dal­szych py­tań, za­jął się pa­rze­niem her­baty w wiel­kim mo­sięż­nym sa­mo­wa­rze. Po­tem przy­niósł skądś parę ko­ców oraz za­wi­niętą w pa­pier grubą pajdę ra­zo­wego chleba z ma­słem. Cześ za­jął się je­dze­niem, za­do­wo­lony, że nie musi nic mó­wić, zaś męż­czy­zna z buj­nymi wą­sami usiadł za kon­tu­arem, otwo­rzył ja­kiś bru­lion w twar­dej opra­wie i za­czął coś za­pi­sy­wać pió­rem, co rusz ma­cza­jąc sta­lówkę w ka­ła­ma­rzu. Zda­wał się nie zwra­cać więk­szej uwagi na swego ma­łego pod­opiecz­nego. Cześ do­pił z bla­sza­nego kubka her­batę i oparł się o bie­loną wap­nem ce­glaną ścianę. Mrok za oknem nie chciał wciąż zrzed­nąć. Było mu wresz­cie wy­god­nie i cie­pło, po­wieki cią­żyły co­raz moc­niej, w izbie było sły­chać je­dy­nie skrzy­pie­nie su­ną­cej po pa­pie­rze sta­lówki...

Obu­dziły go ja­kieś głosy i trzesz­cze­nie de­sek ugi­na­ją­cych się pod wy­so­kimi ofi­cer­skimi bu­tami. Po­czuł, że leży na ła­wie, do­brze opa­tu­lony sza­rymi woj­sko­wymi ko­cami, choć nie pa­mię­tał, aby się kładł i przy­kry­wał. Trzech czy czte­rech męż­czyzn w gra­na­to­wych mun­du­rach usta­wiło się opo­dal wej­ścia. Jego zna­jomy straż­nik stał wy­pro­sto­wany, w za­pię­tym do­kład­nie uni­for­mie, przed ja­kimś je­go­mo­ściem w sur­du­cie i woj­sko­wej czapce. Z wy­po­wia­da­nych po ro­syj­sku słów Cześ zo­rien­to­wał się, że tam­ten jest pew­nie tym na­czel­ni­kiem, który miał przyjść ran­kiem. Straż­nik wy­ja­śniał, skąd wziął się chło­piec, co nie­zbyt chyba in­te­re­so­wało zwierzch­nika, gdyż prze­rwał mach­nię­ciem ręki, zdjął z kon­tu­aru bru­lion w twar­dej opra­wie i wsa­dził go so­bie pod pa­chę. Z ma­łej kie­szonki wy­cią­gnął ze­ga­rek z de­wizką, spraw­dził go­dzinę i wark­nął:

- O dzie­wią­tej od­prawa na dzie­dzińcu! Po­tem przy­śle­cie mi do ga­bi­netu tego bra­diagę Kuź­mi­cza. A ma­łego od­pro­wa­dzić na po­ste­ru­nek, to sprawa po­li­cji.

Nie oglą­da­jąc się, wy­ma­sze­ro­wał z izby. Straż­nik przy­gła­dził w za­my­śle­niu wąsy, wresz­cie spoj­rzał w kie­runku chłopca i wzru­szył ra­mio­nami, jakby da­wał znać, że on tu już nic nie może po­ra­dzić. Po­nie­waż na­dal go o nic nie py­tano, Cześ usiadł na ła­wie i przy­glą­dał się chwi­lo­wemu za­mie­sza­niu. Jego zna­jomy prze­krę­cił klucz w zamku kraty, za­gra­dza­ją­cej wej­ście do ja­kie­goś ko­ry­ta­rza. Dwóch męż­czyzn po­szło tam na­tych­miast, inny zaś otwo­rzył drzwiczki pieca i po­czął w nim szu­rać po­grze­ba­czem.

Cześ od­pro­wa­dził wzro­kiem "swo­jego" straż­nika, który wy­szedł z izby, po­dzwa­nia­jąc pę­kiem klu­czy. Chło­piec buty miał cią­gle na no­gach, więc na­ło­żył czapkę, wziął płaszcz i zsu­nął się z ławy. Ni­komu nie przy­szło do głowy za­trzy­mać go czy choćby za­wo­łać za nim, kiedy za­pa­mię­taną w nocy drogą zmie­rzał ku wyj­ściu z bu­dynku. Otwo­rzył z wy­sił­kiem cięż­kie drzwi, zbiegł po paru stop­niach i pu­ścił się pę­dem przed sie­bie. Mi­jany woź­nica strze­lił ba­tem w po­wie­trzu, co jesz­cze do­dało ma­łemu skrzy­deł. Za­trzy­mał się do­piero, gdy wo­kół nie było już za­bu­do­wań i nie sły­chać było na­wet szcze­ka­nia psów.

Do na­stęp­nego mia­sta do­tarł koło po­łu­dnia. Tak przy­naj­mniej mu się zda­wało, po­nie­waż aku­rat roz­le­gało się da­le­kie bi­cie dzwo­nów. Na ja­kiejś ta­bliczce prze­czy­tał, że jest w Au­gu­sto­wie. Sły­szał o tej miej­sco­wo­ści nie­wiele, ale wy­obra­żał so­bie, iż musi być bar­dzo da­leko od jego domu. Przy­naj­mniej na tyle, by nikt go tu nie od­na­lazł.

Szedł w ślad za mi­ja­ją­cymi go wo­zami kon­nymi. Ni­skie domy, w za­nie­dba­nych i brud­nych obej­ściach, czę­sto drew­niane z nie­rów­nymi da­chami, spra­wiały przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Lecz błot­ni­sta, pełna ko­lein droga, prędko za­mie­niła się w szer­szą ulicę z ka­mien­nej kostki. Jesz­cze je­den za­kręt i zna­lazł się na ogrom­nym rynku. Cześ ni­gdy jesz­cze nie wi­dział tak sze­ro­kiego chod­nika, po któ­rym mo­głaby iść ko­lumna woj­ska, nie tra­cąc szyku. Pię­trowe ka­mie­nice o pięk­nie zdo­bio­nych fa­sa­dach zda­wały mu się przed­sma­kiem ja­kie­goś wiel­kiego świata, peł­nego zbytku i szczę­ścia. Mi­jali go dys­tyn­go­wani pa­no­wie i damy, wi­tryny skle­pów przy­cią­gały wzrok to kosz­tow­nym stro­jem, to znów peł­nymi ba­ka­lii i lu­kru słod­ko­ściami. Na placu stało kilka do­ro­żek, koń­skie ko­pyta wy­stu­ki­wały na równo uło­żo­nym bruku jed­no­stajny rytm po­dobny do woj­sko­wego wer­bla. Wszystko wy­da­wało mu się więk­sze, ład­niej­sze i śwież­sze, niż było w rze­czy­wi­sto­ści.

Cześ ob­szedł kilka razy cały ry­nek, nie za­trzy­mu­jąc się ani na chwilę, żeby nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Za­pa­chy z pie­karni ku­siły, aż krę­ciło mu się w gło­wie, ale nie miał w kie­szeni ani ko­piejki. Przy­siadł wresz­cie na schod­kach przed do­mem, gdzie nie było żad­nej wy­stawy. Mi­jał czas, mi­nuty za­mie­niały się w go­dziny, po­wa­łę­sał się tro­chę bocz­nymi ulicz­kami, lecz i tam nie stało się nic, co by zmie­niło jego po­ło­że­nie. Nikt nie za­trzy­mał się na jego wi­dok, nie za­py­tał, kim jest, co tu­taj robi sam je­den i dla­czego na przy­bru­dzo­nych po­licz­kach ma ślady łez.

Zro­zu­miał wresz­cie, że nie da so­bie rady, że ni­kogo na ca­łym świe­cie nie ob­cho­dzi mały za­gu­biony chło­piec. Za­pra­gnął wró­cić do domu, do jego cie­pła i ka­wałka chleba, choćby go miała cze­kać kara jesz­cze okrut­niej­sza niż po­przed­nio. Głodny i wy­czer­pany pod­jął po­wrotną wę­drówkę. Wie­dział do­brze, jak zo­sta­nie po­wi­tany, ale i tak szedł noga za nogą, tyle że co­raz wol­niej, z tru­dem sta­wia­jąc ko­lejne kroki, błoto na roz­mo­kłej za dnia dro­dze kle­iło się do bu­tów, czuł jakby pró­bo­wało go po­wstrzy­mać, utrud­nia­jąc marsz.

Zmierz­chało po­woli. Nie­da­leko za mia­stem jego uwagę zwró­ciły ja­kieś świa­tła. Gdy zbli­żył się, doj­rzał od­su­nięty ka­wa­łek od drogi dwo­rek z łu­ko­wa­tymi oknami i czer­woną da­chówką. Nie pa­mię­tał, by wi­dział go, idąc rano ku mia­stu, jed­nak to było za dnia, we dworku nie pa­lono wtedy lamp, a on nie roz­glą­dał się za bar­dzo.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

Po­noć pi­sa­rze na ogół kła­mią. A ra­czej - zmy­ślają.

Nie za­prze­czamy tej te­zie. Jed­nak za­wsze ist­nieją wy­jątki, a książka, którą trzy­mają Pań­stwo w rę­kach, jest ta­kim wy­jąt­kiem.

Za­pew­niamy, że Hi­sto­ria spi­sana atra­men­tem jest opo­wie­ścią au­ten­tyczną. Tak bli­ską prawdy, jak to tylko było moż­liwe.

Za­in­spi­ro­wał nas pe­wien stary bru­lion. Opa­sły, w tek­tu­ro­wych, sztyw­nych okład­kach. Prze­trwał po­nad sto lat, pierw­sze kartki zo­stały za­pi­sane atra­men­tem w ty­siąc dzie­więć­set trze­cim roku.

Gdy tra­fił w na­sze ręce, przej­rze­li­śmy go po­bież­nie, jed­nak nie od razu pod­ję­li­śmy de­cy­zję o wspól­nym opra­co­wa­niu za­war­tej w nim opo­wie­ści. Od­da­wa­li­śmy się wtedy in­nym pro­jek­tom, by­li­śmy bar­dzo za­jęci.

O czasu do czasu któ­reś z nas mó­wiło: "Trzeba zaj­rzeć do tego pa­mięt­nika". Tak, gdyż ten bru­lion jest pa­mięt­ni­kiem. Bar­dzo szcze­gól­nym, głów­nie z uwagi na osobę au­tora. Jest nim ksiądz, a pa­mięt­nik to w isto­cie hi­sto­ria wiel­kiej mi­ło­ści.

Dla współ­au­torki tej książki, Ma­rii Ula­tow­skiej, ów ksiądz jest osobą szcze­gólną naj­bar­dziej, bo­wiem gdyby nie on, nie by­łoby jej na świe­cie. Au­tor pa­mięt­nika to dzia­dek Ma­rii. Jego żona była jej bab­cią, a ich syn - oj­cem. Żona księ­dza?! - za­wo­łają Pań­stwo. - Nie­moż­liwe!

Jed­nak się wy­da­rzyło, a on sam tak o tym na­pi­sał:

Oto pew­nego dnia w świą­tyni ob­cego chrze­ści­jań­skiego wy­zna­nia za­war­łem z nią mał­żeń­skie śluby i po­ło­wicę moją, od­tąd mał­żonkę drogą, po­ślu­bioną żonę, wpro­wa­dzi­łem na do­zgonny ży­wot pod swój dach.

Słusz­nym wy­ma­ga­niom ludz­kiej mo­jej na­tury stało się za­dość.

Jak do tego do­szło, nie­długo się Pań­stwo prze­ko­nają.

Jed­nak stary pa­mięt­nik nie był go­tową po­wie­ścią. Miał się nią stać do­piero po tym, gdy współ­au­tor, Ja­cek Skow­roń­ski, za­czął kart­ko­wać bru­lion, a po chwili wpadł po uszy w całą hi­sto­rię i czy­tał, czy­tał, czy­tał...

- Po­patrz, jaki wspa­niały ma­te­riał na książkę.

I tak to się za­częło.

Hi­sto­ria wcią­gnęła nas jesz­cze moc­niej, gdy oka­zało się, że pa­mięt­nik nie jest tylko za­pi­sem roz­te­rek, wa­hań, zma­gań, walki. To nie tylko opo­wieść o mi­ło­ści. Zna­leź­li­smy tam jesz­cze pewną ta­jem­nicę, którą po­sta­no­wi­li­śmy wy­ja­śnić. Aby to zro­bić i aby jak naj­peł­niej od­dać re­alia opi­sy­wa­nych miejsc, ru­szy­li­śmy śla­dami au­tora pa­mięt­nika. W Pa­ryżu udało nam się na­wet od­na­leźć ho­te­lik, w któ­rym miesz­kali nasi bo­ha­te­ro­wie. Po­tem wy­ru­szy­li­śmy na Ukra­inę, roz­po­czy­na­jąc po­dróż od zwie­dze­nia zamku Ra­dzi­wił­łów w Ołyce, by­li­śmy też w Ży­to­mie­rzu i we wspa­nia­łym wa­row­nym klasz­to­rze kar­me­li­tów w Ber­dy­czo­wie. Każdy nasz krok do­kład­nie opi­sa­li­śmy w książce. Fi­nał ca­łej wy­prawy miał miej­sce w pa­łacu my­śliw­skim Ra­dzi­wi­łów w An­to­ni­nie. Czy roz­wi­kła­li­śmy za­gadkę? Nie uprze­dzajmy fak­tów...

Mie­li­śmy na­dzieję, że na Ukra­inie uda nam się do­trzeć do sta­rych do­ku­men­tów, na przy­kład do ksiąg pa­ra­fial­nych ko­ścioła, w któ­rym zo­stał za­warty ów ślub - "w świą­tyni ob­cego chrze­ści­jań­skiego wy­zna­nia", bo­wiem ten ko­ściół udało nam się od­na­leźć. Choćby w Ży­to­mie­rzu, gdzie au­tor pa­mięt­nika ukoń­czył se­mi­na­rium du­chowne - ko­ściół se­mi­na­ryjny stoi do dziś i do dziś jest tam se­mi­na­rium. Choćby w Ber­dy­czo­wie, gdzie w pięk­nym klasz­to­rze wa­row­nym ksiądz Cze­sław przez dwa lata był wi­ka­rym. Choćby w Ołyce, gdzie nasz bo­ha­ter roz­po­czął po­sługę ka­płań­ską, peł­niąc tam przez pe­wien czas obo­wiązki pro­bosz­cza.

Nie­stety, ni­g­dzie nie udało nam się od­na­leźć naj­mniej­szego skrawka ja­kie­go­kol­wiek do­ku­mentu. Dwie re­wo­lu­cje, dwie wojny świa­towe, bia­ło­gwar­dzi­ści, czer­wo­no­ar­mi­ści, Niemcy... Prze­ta­cza­jąca się la­wina dzie­jów zmio­tła po dro­dze wszystko, co ist­niało. Więc - pi­sząc tę książkę, opie­ra­li­śmy się głów­nie na tre­ści pa­mięt­nika, dys­po­nu­jąc do­dat­kowo wła­snymi do­świad­cze­niami z po­dróży oraz au­tor­ską wy­obraź­nią.

Po­sta­cie wy­stę­pu­jące w po­wie­ści są praw­dziwe, ist­niały na­prawdę. Za­pra­szamy do lek­tury opo­wie­ści, któ­rej in­spi­ra­cją stała się... praw­dziwa hi­sto­ria spi­sana atra­men­tem.

Wszyst­kie frag­menty po­wie­ści pi­sane kur­sywą są cy­ta­tami z pa­mięt­nika księ­dza i za­cho­wa­li­śmy w nich pi­sow­nię ory­gi­nalną.

A za­pre­zen­to­wane w książce fo­to­gra­fie to zdję­cia ory­gi­nal­nych czę­ści tego pa­mięt­nika.

Ma­ria Ula­tow­ska i Ja­cek Skow­roń­ski