Rozdział 7: Samotność w średniowiecznej strukturze
Rycerz, mnich, wyrzutek
I. Człowiek średniowiecza - istota usieciowiona
Gdybyśmy mogli przenieść się w czasie i zapytać przeciętnego mieszkańca Europy XIII wieku: "Kim jesteś?", jego odpowiedź nie brzmiałaby: "Jestem Jan". Brzmiałaby: "Jestem synem Piotra, poddanym pana na tym zamku, parafianinem tutejszego kościoła, członkiem cechu rzemieślników, mieszkańcem tej wsi". Tożsamość średniowiecznego człowieka była tożsamością sieciową - istniał tylko przez przynależność.
Średniowiecze, wbrew romantycznym wyobrażeniom o samotnych rycerzach i pustelnikach, było epoką głęboko wspólnotową. Człowiek rzadko bywał sam - mieszkał z rodziną pod jednym dachem, pracował w grupie, modlił się w tłumie, bawił się podczas świąt, które gromadziły całą okolicę. Samotność była podejrzana. Ktoś, kto stronił od innych, kto nie uczestniczył w życiu parafii, kto nie miał rodziny ani przyjaciół, automatycznie stawał się obiektem nieufności. Może jest heretykiem? Może czarownikiem? Może ma coś na sumieniu?
A jednak - paradoksalnie - to właśnie w tej gęstej sieci zależności rodziły się różne formy samotności. Była samotność wybrana - mnichów i pustelników, którzy świadomie odchodzili od świata. Była samotność narzucona - rycerzy na misji, z dala od domu i bliskich. I była samotność tragiczna - wyrzutków, trędowatych, skazańców, którzy zostali wykluczeni ze wspólnoty i skazani na życie na marginesie.
W tym rozdziale przyjrzymy się wszystkim trzem. Bo każda z nich mówi coś innego o średniowieczu - i o nas samych.
II. Mnich - samotność w regule
Zaczniemy od tych, którzy samotność wybrali. W poprzednim rozdziale poznaliśmy Antoniego i Pachomiusza, pionierów monastycyzmu. Teraz przyjrzymy się, jak ich ideały rozwinęły się w średniowiecznej Europie.
W VI wieku św. Benedykt z Nursji napisał regułę, która na półtora tysiąclecia stała się podstawą życia zakonnego na Zachodzie. Jej pierwsze słowa brzmią: "Posłuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho swego serca". To nie jest przypadek. Reguła Benedykta jest przede wszystkim sztuką słuchania - Boga, przełożonych, braci, własnego sumienia.
Życie benedyktyńskie było życiem wspólnotowym. Mnisi mieszkali razem, modlili się razem, pracowali razem, jedli razem. Ale w tej wspólnocie było miejsce na samotność. Każdy mnich miał swoją celę - małe pomieszczenie, w którym mógł się wyciszyć, modlić, czytać. I każdy miał obowiązek milczenia przez większą część dnia. W ciszy, w samotności, miał słuchać Boga.
Reguła Benedykta normowała wszystko - nawet ilość chleba, jaką mnisi powinni spożywać każdego dnia. Ale ta precyzyjna regulacja nie była celem samym w sobie. Miała jeden cel: stworzyć warunki, w których mnich mógłby się skupić na tym, co najważniejsze - na poszukiwaniu Boga. Uwolnić go od trosk o jedzenie, ubranie, mieszkanie, by mógł oddać się modlitwie.
W klasztorze samotność była więc stanem chronionym, pielęgnowanym, ale też kontrolowanym. Mnich nie mógł uciec od wspólnoty całkowicie - był zobowiązany do uczestnictwa w modlitwach i posiłkach. Ale w tych ramach miał przestrzeń, by być sam na sam z Bogiem. To było nowatorskie połączenie życia wspólnego i indywidualnego, które do dziś stanowi fundament duchowości zachodniej.
Nie wszyscy jednak zadowalali się taką "umiarkowaną" samotnością. Niektórzy pragnęli więcej. Stąd w średniowieczu rozwinął się eremityzm - życie pustelnicze w ścisłym tego słowa znaczeniu. Pustelnicy osiedlali się w lasach, na górach, w niedostępnych wąwozach, z dala od wszelkich siedzib ludzkich. Ich życie było surowe, często na granicy wytrzymałości. Ale wierzono, że taka radykalna asceza przybliża do Boga bardziej niż jakiekolwiek inne życie.
W Polsce jednym z najsłynniejszych pustelników był św. Świrad (Andrzej Świrad), który w XI wieku żył w Pustelni św. Świrada na Górze Zborów koło Piwnicznej-Zdroju. Według legendy, spędził tam wiele lat w całkowitym odosobnieniu, modląc się i pokutując. Jego samotność była świadectwem wiary, ale też - paradoksalnie - przyciągała ludzi. Pielgrzymi zaczęli odwiedzać jego pustelnię, szukając rady i modlitwy. Samotnik stawał się centrum wspólnoty.
III. Rycerz - samotność misji
Przejdźmy teraz do innego średniowiecznego archetypu - rycerza. Gdy myślimy o rycerzach, wyobrażamy sobie turnieje, uczty, dwory pełne dam i giermków. Ale prawdziwe życie rycerskie było często życiem samotnym.
Rycerz średniowieczny był przede wszystkim wojownikiem. A wojna w tamtych czasach nie przypominała współczesnych działań zbrojnych. Nie było koszar, nie było stałych garnizonów. Rycerz wyruszał na wyprawę sam lub w małej grupie, z dala od domu na wiele miesięcy, czasem lat. Jego towarzyszami byli inni rycerze, ale łączyły ich więzi tymczasowe, często konfliktowe. Rywalizacja o łupy, o sławę, o względy możnych dzieliła ich nie mniej niż wspólny cel.
Szczególnym przypadkiem rycerskiej samotności były krucjaty. Gdy w 1095 roku papież Urban II wezwał chrześcijaństwo do odbicia Ziemi Świętej, tysiące rycerzy ruszyło na Wschód. Dla wielu z nich była to podróż w nieznane - bez map, bez pewności powrotu, bez kontaktu z bliskimi. Ci, którzy dotarli do Jerozolimy, często osiedlali się tam na stałe, zakładając nowe rodziny, nowe związki, nowe życie. Ale ci, którzy wracali, wracali inni. Doświadczenie Wschodu, wojny, obcych kultur - to wszystko izolowało ich od dawnych znajomych, od codzienności, od samych siebie.
W Ziemi Świętej narodziło się też zjawisko, które do dziś fascynuje historyków - zakony rycerskie. Templariusze, joannici, krzyżacy - to byli mnisi, którzy składali śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, ale zamiast w klasztorze, żyli w zamkach i walczyli z niewiernymi. Ich samotność była samotnością ludzi, którzy wyrzekli się rodziny i majątku, ale nie wyrzekli się świata. Byli w świecie, ale nie z tego świata - i to czyniło ich postaciami niezwykle samotnymi.
Najbardziej niezwykłym przypadkiem byli jednak rycerze trędowaci z zakonu św. Łazarza. Zakon ten powstał w XII wieku w Jerozolimie, przy szpitalu dla trędowatych założonym przez krzyżowców. Początkowo było to miejsce, gdzie pielgrzymi mogli pełnić uczynki miłosierdzia wobec chorych. Ale z czasem, gdy w Ziemi Świętej walki nasiliły się, zakon przekształcił się w formację militarną.
W regule zakonu św. Łazarza zapisano, że zdrowi rycerze mieli jednocześnie opiekować się trędowatymi współbraćmi i walczyć z wrogiem. Pojawiło się wtedy zjawisko bez precedensu: trędowaci rycerze. Historycy do dziś spierają się, czy sami chorzy brali udział w bitwach, czy może tytuł "rycerza trędowatego" był raczej honorowy. Ale sama idea jest wstrząsająca. Człowiek, którego choroba skazywała na izolację, na wykluczenie ze społeczeństwa, nagle stawał się wojownikiem - i to wojownikiem w świętej sprawie.
Jak pisze Rafał Hyacinthe w swoim studium o zakonie św. Łazarza, ewolucja tej wspólnoty pokazuje, jak wiele tożsamości - nie tylko chorych - ulegało zmianie w Ziemi Świętej. Pielgrzymi stawali się rycerzami, modlący się mnisi - biskupami-krzyżowcami. W tym dynamicznym środowisku tożsamość trędowatych kształtowana była nie tylko przez chorobę i kalectwo, ale także przez status religijny i rycerski oraz zapał krucjatowy.
IV. Trędowaty - samotność wykluczenia
Przejdźmy teraz do tych, którzy samotności nie wybierali, ale byli na nią skazani. Trędowaci w średniowieczu stanowili szczególną kategorię wyrzutków. Ich choroba była nie tylko fizycznym cierpieniem, ale przede wszystkim społecznym piętnem.
Trąd, czyli choroba Hansena, w średniowieczu był szeroko rozpowszechniony w Europie. Powodował deformacje twarzy i kończyn, prowadził do ślepoty, okaleczał ciało. Ale jeszcze bardziej okaleczał duszę. Chorych izolowano od reszty społeczeństwa, umieszczano w specjalnych szpitalach-przytułkach zwanych leprozoriami, często poza murami miast.
Ceremonia wydalenia trędowatego ze wspólnoty była przerażająca. W obecności księdza odprawiano mszę żałobną nad chorym, po czym wyprowadzano go za miasto i wręczano mu charakterystyczne atrybuty: grzechotkę lub dzwonek, którym miał ostrzegać zdrowych przed swoim nadejściem, oraz miskę i kij. Odtąd był martwy dla świata. Nie mógł wchodzić do miast, nie mógł dotykać innych, nie mógł uczestniczyć w życiu publicznym.
A jednak, jak pokazują najnowsze badania, obraz ten nie jest tak jednoznaczny, jak sądzono przez dziesięciolecia. Współcześni historycy, jak Elma Brenner i François-Olivier Touati w tomie Leprosy and identity in the Middle Ages, dowodzą, że status trędowatych był znacznie bardziej złożony. Choć choroba miała ogromny wpływ na tożsamość społeczną, zawodową i religijną, ludzie zachowywali pewne aspekty swojej dawnej tożsamości po rozwinięciu się choroby. Co więcej, zbiorowa tożsamość osób cierpiących na trąd bywała dzielona także przez tych, którzy byli nazywani "trędowatymi", choć sami nie chorowali.