Historia rodziny przez dom pisana - Anna Malicka

Reflow text when sidebars are open.
Gdy przed snem wyświetlam obrazy, to wchodzę do naszego domu w Poświętnem. I znów jesteśmy wszyscy razem. Babcia, Hanka, dziadek, Jacek, Kasia i ja. Tak jakby się nic nie stało, nic się przecież nie zmieniło, choć wydaje się, że serce pękło. Wszystko jest na swoim miejscu: wisi obraz Matki Boskiej, na stole w dużym pokoju stoją owoce w pomarańczowym plastikowym pojemniku, obok mały nożyk do ich krojenia i obierania, jest też przegląd sportowy dziadka i program TV. Na szafkach stoją zdjęcia. W przedpokoju pod szafą posłanie dla psów i piękny wieszak na płaszcze w miejscu, gdzie Franek Kmita zlikwidował drzwi, oraz haczyk w drzwiach łazienki. W całym domu jest jasno i słonecznie. Hanka czyta książkę w byłym pokoiku niani. Jacek z dziadkiem oglądają sport; co jakiś czas słychać ich okrzyki radości bądź słowa, powiedzmy, mniej cenzuralne, gdy któremuś sportowcowi podwinęła się noga. Śpiący w dawnym fotelu Marysi kot zdaje się nie zauważać ich występów. My z Kasią jesteśmy na górze. Zaś z kuchni dochodzą do nas wszystkich niebiańskie zapachy potraw babci; pewnie za chwilę krzyknie swoje słynne hasło "obiad" i wszyscy zbierzemy się w kuchni, każdy na swoim miejscu przy stole. Hanka i dziadek na skrzyni, vis-a-vis Kasia i ja. Jacek jak zawsze spóźnia się, więc nakłada sobie na talerz i idzie do pokoju oglądać dalej sport. Babcia usiądzie w kuchni na szczycie stołu tak, aby widzieć nas wszystkich i móc nam ewentualnie coś dołożyć. A dziadek jak zawszebędzie przesuwał talerze w stronę moją i Kasi tak, abyśmy czuły się "zaopiekowane" przez niego. I nie tylko tak się czułyśmy, ale też po prostu kochane. Wiedziałyśmy, że należymy do wyjątkowej rodziny i nigdy nie wolno nam o tym zapomnieć.
A wszystko to historia rodziny, dziś można by rzec, "patchworkowej", która zaczęła się pewnej sylwestrowej nocy z 1943 na 1944 rok w małej wsi pod Płońskiem, w Pilitowie. Wtedy to on poprosił ją do tańca, w czasie którego powiedział jej, że zostanie jego żoną. To właśnie wtedy, w tym zdaniu zapadła decyzja o tym, że pojawimy się na świecie, wszyscy tak różni, mający jedno spoiwo, którym była miłość dziadków. Wydawać by się mogło, że taka miłość się nie zdarza. A jednak się zdarzyła. Oni są na to dowodem. Jacy byli? Leszek był wysokim bardzo przystojnym mężczyzną, zaś Zofia drobną kobietą. Pamiętam, jak jeździłyśmy z nimi i z Kasią do miasta na zakupy, trabantem oczywiście. Dziadek parkował pod pocztą, a babcia biegała po sklepach. Co chwilę słyszałyśmy słowa jego zachwytu, gdy tylko pojawiała się na horyzoncie: "Patrzcie, jak ona się porusza, z jaką gracją, jakby frunęła nad ziemią". Bo w jego oczach była najpiękniejszą i najwspanialszą istotą na Ziemi. Za to babcia najczęściej, gdy byliśmy na cmentarzu i dziadek szedł pierwszy, a my za nim, mówiła zupełnie mimochodem: "Przystojnego macie tego dziadka". Gdy dziś o nich myślę, zastanawiam się, jak im się udało po tylu latach patrzeć na siebie z takim podziwem? Czy mieli jakiś przepis na szczęście? Czy po prostu reperowali to, co się psuło, kiedy my dzisiejsi po prostu wyrzucamy. Tego pewnie się już nie dowiem. Pod koniec 2016 roku zabrałam babcię na jej ulubioną kaczkę do karczmy. Było tak pięknie, paliło się w kominku i było dużo czerwonych ozdób świątecznych, co potęgowało jeszcze magię tego miejsca. Wtedy już problemy z pamięcią nieco utrudniały kontakt. Pomimo to mnie zawsze udawało się z nią dogadać. W pewnym momencie zdobyłam się na odwagę i zapytałam: "Babciu, czy byłaś w życiu szczęśliwa?". Spodziewałam się odpowiedzi w stylu: "dobra ta kaczka" bądź "późno już jedźmy do domu, czy Jacek po nas przyjedzie?". A usłyszałam: "Wiesz, Koziminy, dziadek, Hanka... Tak, Anuśka, tak, byłam szczęśliwa". Wtedy łzy mi popłynęły. Byłam jej wdzięczna za te słowa. Do dziś jestem. To było takie nasze parę sekund w dwóch zdaniach. Miała już wtedy 91 lat.
Wróćmy jednak do wcześniejszych lat. Dla dziadków najważniejszy był dom, rodzina i zwierzęta. Nasz dom był wyjątkowy, bo stworzyła go dla nas babcia. To było jej dzieło. Dom, w którym rano pachniało kawą i świeżo upieczonym mazurkiem z kruszonką, a każdy przedmiot miał w nim swoje miejsce. Jego sercem była kuchnia oczywiście, a Zofia była jego Królową. Do dziś pamiętam smak jej zupy wiśniowej - byłam w stanie zrobić dla niej wszystko, a babcia dobrze o tym wiedziała i potrafiła wykorzystać. Gdy chciała mnie do czegoś namówić, na stole lądowała moja ulubiona zupa. Za to dziadek był królem ogrodu. Dziś, zanim odjadę z Poświętnego, zanim zapalę silnik samochodu, przymykam na chwilę oczy, a obrazy starego ogrodu pojawiają się bezwiednie. Widzę starą altanę z białych brzóz i piaskownicę zrobioną z opony ciągnika, stary orzech rzucający cień i dwa duże świerki po lewej stronie od wejścia, które oddzielały nas od ciekawskich podglądaczy. A zapach? Ach ten zapach pomidorów z namiotu. Szukam go do dziś na supermarketowych półkach z warzywami.
Nieodłącznym elementem ogrodu i domu były zwierzęta, zazwyczaj kot bądź dwa i pies. Kiedy żyła jeszcze Marysia, nasza niania, były także i kury. Zarówno koty jak i psy w Poświętnem dożywały sędziwej starości, zawsze były bardzo zadbane - właścicielka dbała o ich żywienie, za to właściciel dbał o inne przyjemności, na przykład suszył w garażu łapki i ogonki zajęcze, aby zimą i jesienią koty miały się czym bawić, kiedy na spacery za zimno. Lechosław miał jeszcze jedną zasadę, mianowicie w fotelu siedział tyle, ile spał kot na jego kolanach, czego nie wytrzymywała energiczna Zofia i zrzucała kota z jego kolan. Kot grzecznie to znosił, za to siedzącego na fotelu dziadka bardzo to denerwowało i od razu zaczynał: "Bo ty, Zocha, za szybka jesteś, co Ci ta Pusia przeszkadzała? Tak ładnie sobie spała na moich kolanach. Niedobra jesteś". A Zocha się śmiała. Taka była. Kiedyś pewien ksiądz napisał jej w pamiętniku: "Zosiu, Trzpiotek trzpiotkiem, czasem jednak poważny". To zdanie doskonale ją określa. Bo Zofia kochała robić komuś dowcipy, opowiadać kawały, nigdy nie było z nią nudno. Pewnego popołudnia Leszek ucinał sobie drzemkę spokojnie w małym pokoju na dole. A nasz kawalarz rodzinny poczekał, aż przyjdzie faza snu głębokiego, a gdy ta nadeszła zaśpiewała mu bardzo głośno przy samym uchu: "Wesołe jest życie staruszka". Leszek w panice łapał się powietrza. A Trzpiotek konał ze śmiechu. Lecz oprócz tego, miała dosyć silny charakter. Niekiedy wydaje mi się, że trzymała nas wszystkich w swojej dłoni, a już dziadka to na 300 procent. On był jej całkowicie uległy. Gdy któraś z nas pytała go, co będzie pił, odpowiadał: "Zocha, a co ja będę pił?". Wtedy denerwowałam się na nią za to, że wszystko ma być wedle jej woli, nie rozumiejąc tego. Dziś wiem, że kierowała nią miłość do nas wszystkich. To, że dziś jesteśmy tacy jacy jesteśmy, w tym, a nie innym miejscu, to jest tylko i wyłącznie jej zasługa. To ona pokazała nam, jak powinna wyglądać rodzina, jak jest w prawdziwym domu. To, że mamy się trzymać razem, wybaczać, kochać się, razem jeść posiłki przy jednym stole. I ma być gwarno, ma być nas dużo, a do kawy i herbaty po obiedzie zawsze ciasto. To jej szkoła. A my potulnie i grzecznie to kontynuujemy, bo wiemy, że rodzina jest najważniejsza. Lecz babcia miała pewną słabość ponad wszystko, ponad dziadka, Kasię, Hankę i mnie. Ponad wszystko na świecie kochała swojego syna Jacka. On był pierwszy. A on odwzajemniał tę jej miłość (choć się nigdy do tego nie przyzna). Gdy tylko zaczynała być podenerwowana, znaczyło, że Jacek się spóźnia. Gdy robiła czerninę, wiadomo dla kogo, kto z całej rodziny lubi ją najbardziej. Lub gdy znikały wszystkie banany w domu, to też było wiadomo, kto przyjedzie. Muszę przyznać, że byłyśmy z Kasią nieco zazdrosne o jego względy u babci. Kiedyś dopuściłyśmy się nawet pewnej zemsty. Byłyśmy już wtedy dorosłe, niestety. Siedziałyśmy wieczorem w kuchni gadałyśmy, paliłyśmy papierosy, jak zawsze zresztą. Jak zawsze również babcia "spadała z góry, żeby nas wysłać spać". Biedna była z tym wysyłaniem, bo to już drugie pokolenie tak wysyłała: Hanka z moją mamą Gośką po nocach w kuchni w karty grały. Wracając jednak do naszej małej zemsty. Babcia, przy którymś namawianiu do spania, poprosiła nas, abyśmy nalały do termosu gorącej wody, zanim pójdziemy spać, bo tu na tacy ona wszystko naszykowała Jackowi na śniadanie, tylko żeby nie musiał czekać aż się woda zagotuje. Co za diabeł w nas wstąpił? Tego nie wie nikt. Tak czy siak do cukierniczki dosypałyśmy mu garść soli. Wymieszałyśmy wszystko z dużą pieczołowitością. I zachwycone zapaliłyśmy kolejnego papierosa. Efekt nie był taki, jak oczekiwałyśmy. Ponieważ Jacek pewnie spróbował rano herbaty, to pomyślał: zwariowane te moje dziewczyny. Niestety, rano herbatę osłodził również dziadek, więc cóż... przy porannej kawie nie było zbyt miło. A potem jak zawsze po burzy był spokój. Szykowanie komuś jedzenia to był sposób pokazania, jak bardzo kogoś kocha. Przede mną też kiedyś wylądował talerz z pokrojonym w przedszkolaki kotletem; miałam już wtedy ze 30 lat, a na obiedzie mieliśmy gości. To było babci powiedzenie: "Hej, Anuśka, jestem tu, kocham Cię". Taka właśnie była ta nasza babcia... energiczna i serdeczna.
Lechosław z kotem na starym fotelu. Poświętne 2002 r.
Ulubiona siostrzenica. Jacek i Kasia. Koziminy 1978 r.
Dziadek Leszek. Miłośnik zwierząt, nauczyciel, perfekcjonista, wyborny jeździec. Przekazał mi największy życiowy skarb - pasję do koni. Kojarzy mi się zawsze tak samo: w starej altanie na fotelu z kotem. Był moim pocieszycielem. Gdy pękł mi tętniak, pojechaliśmy wtedy do Międzylesia do szpitala. Mama z babcią coś załatwiały w szpitalu, rozmawiały z lekarzami, a dziadek siedział ze mną na korytarzu i tulił mnie ze wszystkich sił. A ja tak trwałam przerażona na jego kolanach. Później w czasie mojego pobytu w szpitalu, dostawałam niesamowite kartki pocztowe, które dla mnie robił. Były na nich odciski łap zwierząt podpisywane: "To Kika", "To Mela", "To Kajtek", "A to... zgadnij kto?". Te kartki zawsze kończyły się zdaniem: "Kochamy Cię. Babcia Zocha i dziadek Leszek". Jakiś czas po tym, jak ja zachorowałam, dziadek miał zawał, nie wytrzymał stresu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, wyszedł z tego bez szwanku, może trochę słabszy, ale babcia wzięła go pod swoje skrzydła i szybko doszedł do siebie.
Leszek był też wymagający. Swoje doświadczenie z pól doświadczalnych z Mazowieckiego Ośrodka Rolniczego przeniósł do naszego ogródka. Wszystko musiało być pod tak zwaną linijkę. Jak coś sadził, musiało być równiutko i bardzo nie lubił, jak babcia mu jakieś swoje kwiatki sadziła, bo uważał, że robi to nieprofesjonalnie i krzywo. Często pomagał w kuchni przy obieraniu warzyw. Nigdy ani wcześniej, ani później nie widziałam tak profesjonalnej roboty. Obierki były cieniusieńkie i w jednym kawałku.
Był również myśliwym. Pomimo tego, że jestem przeciwniczką łowiectwa, uważam, że Leszek był w tym wyjątkowy. Jakkolwiek głupio to zabrzmi, dbał o te swoje sarny, zające i inne cuda natury. Zimą jeździliśmy do lasów i dokładaliśmy siana oraz innych przysmaków, bo zwierzęta były głodne i trzeba było je nakarmić, bo inaczej dziadkowi serce pękało. Pamiętam zapach jego ubrań i strzelby, gdy wracał z polowań; wyczuwałam w nich wolność i przestrzeń. Podobno w Kole Łowieckim jeszcze wiele lat po jego śmierci wspominali go i stawiali jako przykład godny naśladowania. Nigdy go nie oceniałam przez pryzmat polowań, był mi zbyt bliski i nigdy nikomu na to nie pozwolę.
W 2007 roku widzieliśmy się po raz ostatni. Był wtedy w płońskim szpitalu, poprosiłam go, żeby opowiedział mi o tym, jak galopowali w Krasnem przez pola i koń się potknął, a on złamał obojczyk. Uwielbiałam tę historię między innymi dlatego, że koń był kary. W tamtej chwili tak było łatwiej zapytać go o karego konia, niż jak się czuje. Chwilę przed wyjściem ucałowałam go czule, gdy kierowałam się do drzwi usłyszałam jego głos:
- Anuśka?
- Tak, dziadku? - odpowiedziałam
- Jeźdź konno.
- Będę. Przysięgam.
Otarłam po cichu łzy, wyszłam z gmachu szpitala i wróciłam do swojego życia, do Warszawy. Konno jeżdżę do dziś. Mam nadzieję, że mi tam kibicuje z góry i podkłada poduszki, gdy spadam. Dotrzymałam obietnicy.
Dom w Poświętnem to nie tylko dziadkowie, lecz również kolejne pokolenia, które dodawały charakteru temu miejscu. Hanka, mama Kasi, osoba o niesamowitej wrażliwości, ogromnej wiedzy, malarka i miłośniczka kotów (podobnie jak większość kobiet Malickich). Była dwa razy zamężna. Jej pierwszym mężem był Franciszek Kmita, malarz z Kazimierza Dolnego, dzięki któremu nasza rodzina związała się z tym miasteczkiem na kolejne lata. Drugim Miho Brbora, Chorwat pochodzący z Dubrownika, z którym Hania ma córkę, oraz z którym spędziła resztę życia. Mówiło się często, że była mieszkanką dwóch najpiękniejszych miast świata: Kazimierza i Dubrownika. Do Hani miałam ogromną słabość. Była moją ulubioną "ciocią", a oprócz tego również moim przewodnikiem, profesorem, najlepszą nauczycielką. To ona nauczyła mnie czytać, gdy byłam chora i nie mogłam chodzić do zerówki. To ona mówiła mi, co powinnam przeczytać i podsuwała na szafkę nocną wybrane pozycje. Mówiła, co mądra dziewczynka wiedzieć powinna. I w końcu nauczyła mnie gotować. Ktoś mi kiedyś powiedział, że widziała siebie we mnie. Dlatego tak o mnie dbała, ale ja wierzę, że kochała mnie tak po prostu bez powodu. Choć wiadomo, że najbardziej na świecie kochała Kasię, a później jeszcze jej dzieci Lejlę i Dario. Kilka, no, może kilkanaście lat temu byłam u nich w Dubrowniku. Spałam i mieszkałam wtedy u Hanki. Pod koniec mojego pobytu wracałyśmy z Kasią z miasta i padał deszcz. Pamiętam, jak wtedy Hanka wychyliła się z okna i powiedziała do mnie: "Anuśka, Dubrownik już płacze za Tobą". Obudziła we mnie tym zdaniem uśpione uczucia żal i tęsknotę, więc rok później przyjechałam znów, bo przez ten czas miałam w głowie jedną myśl, że Dubrownik za mną płacze. Gdy mieszkałam wtedy u niej, zdarzyło się coś jeszcze. Hanka miała swoją ukochaną kotkę Sarę, którą Kasia z Dino często nazywali Foką ze względu na podobieństwo do tego ssaka. Po kilku dniach mojego pobytu Sara uznała mnie za swoją i zmieniła miejsce spania z łóżka Hanki na moje. Widziałam, jak Hance było przykro, ale nic nie pomagało żadne wyrzucania. Kot uznał, że będzie ze mną spał i już. Po kilku moich nocach z Sarą Hanka podając mi rano kawę powiedziała: "Wiesz, Anuśka, Sara tak Cię lubi, a ma trochę pcheł, czy mogłabyś jej zakroplić ten preparat za uchem, bo mi nie daje?". Odpowiedziałam: "Oczywiście, nie ma sprawy". Gdy tylko otworzyłam te krople i poczułam ich zapach, już wiedziałam, o co chodzi. Po aplikacji Foka mnie znielubiła na dobre. Do końca mojego pobytu omijała mnie szerokim łukiem, za to z pokorą wróciła w łaski właścicielki. Tym oto sposobem wilk był syty i owca cała. Wtedy Hanka pokazała mi cały Dubrownik, chodziłyśmy wąskimi uliczkami, a ja wsłuchiwałam się w jej opowieści. Od tamtej pory nie byłam w Dubrowniku, bo boję się widoku domu bez niej.
"Mistrzyni ciętej riposty" - tak nazywał ją Jacek. A ja uwielbiałam te jej powiedzenia, choć jak mnie nazywała "kocim ogonem", to już mniej byłam zadowolona, ale przyjmowałam to z pokorą. Niesamowite jest to, jak różne mam wspomnienia z nią związane. Pamiętam od wczesnych lat, jakie było zawsze wyczekiwanie na przyjazd Hanki i Kasi. Babcia chodziła podenerwowana, szykowała wszystko i gotowała na potęgę. Niania często piekła swoje słynne kruche babeczki z różnymi kremami. Dziadek doglądał malin i odganiał od nich potencjalnych smakoszy, bo czekały specjalnie dla Kasi, ona była ich miłośniczką, jeszcze ilość słoików z kiszonymi ogórkami dla Hanki też musiała się zgadzać. Po dziewczyny zazwyczaj jeździł na lotnisko do Warszawy Jacek, chyba tylko kilka razy się zdarzyło, że jechaliśmy wszyscy. W tym był i jest zawsze niezawodny. To jego rodzinna rola i zawsze się spisywał w niej celująco. Pamiętam, jak Hanka opowiadała kiedyś, że jak za którymś razem przyjechała pociągiem do Warszawy, na peronie był straszny tłok i była zmartwiona, że się z Jackiem nie znajdą. Kiedy jednak otworzyła drzwi pociągu, przed nimi stał Jacek we własnej osobie. Jak zawsze niezawodny.
Tradycją rodziny Malickich stało się witanie i żegnanie wszystkich. Jest to strasznie miłe. Witanie zazwyczaj odbywa się w przedpokoju. Wszyscy domownicy wcześniej siedzą w dużym pokoju i nerwowo spoglądają raz na zegar, raz na drzwi wejściowe. I w końcu następuje apokalipsa radości. Przyjechali. Od razu robi się głośno i dużo nas w przedpokoju, strasznie dużo czułości, uśmiechów i radości, bo znów jesteśmy razem. Wszyscy razem.
Pamiętam, jak wiele, wiele lat temu Jacek wsadził Hankę do Malucha i ta jeździła nim wokół Poświętnego. Ludzie uciekali, a Hanka szalała. Podobne zdarzenie miało miejsce kilka lat później, gdy jechałam z Jackiem i z Hanką do Kazimierza. Plan był taki, że w obie strony miała prowadzić Hania, bo Jacek chciał trochę w Kazimierzu zabalować i potrzebował kierowcy. Już wiedziałam, że w czasie podróży nie odpocznę. Zaczęło się całkiem dobrze. Niestety, w pewnym momencie nasz dzielny kierowca zapomniał zahamować przed torami i się zaczęło: "Pozabijasz nas, rozwalisz mi skrzynie biegów itp.". Ja na tylnym siedzeniu płakałam ze śmiechu, co jeszcze potęgowało złość taty. Gdy wracaliśmy, prowadził właściciel pojazdu.
Ta wrażliwość Hani, to, że czuła i widziała mocniej, więcej, sprawiała, że nie zawsze była szczęśliwa w życiu. Gdy była w Polsce tęskniła za Chorwacją i na odwrót, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, czasem odnosiłam wrażenie, że czuła się gorsza. Zupełnie nie wiedząc o tym, że my wszyscy po cichu dążyliśmy do jej ideału. Imponowała nam wiedzą, zdolnościami. Mam nadzieję, że teraz już to wie i że jest szczęśliwa tam, gdzie jest. Hania odeszła od nas w 2014 roku, pozostawiając po sobie ogromną pustkę.
Jacek, mój Ojciec i brat Hani. Mistrz przemowy, spadkobierca zawodu mężczyzn z rodziny Malickich, perfekcjonista, kawalarz. Rozumie mnie jak nikt inny. Wie pierwszy o moich życiowych przedsięwzięciach. Jak robiłam prawo jazdy, powiedział mi: "Skoro uważasz, że dasz radę, to rób". Gdy byłam po operacjach, a moje życie miało polegać głównie na zakazach, mieliśmy wtedy z tatą pewne tajemnice. Mogłam jeździć na rowerze po cichu, tak żeby nikt nie widział. Jeździliśmy też bryczką po polach i dawał mi powozić. Wtedy nikt inny, tylko on rozumiał moją tęsknotę za normalnym życiem, za dzieciństwem. Musieliśmy mieć jedną zasadę: "ani słowa mamie". Zawsze rozumiał wszystkie występki moje i Kasi, kiedy byłyśmy nastolatkami. Gdy strasznie rozrabiałyśmy, bronił nas jak niepodległości. Właśnie wtedy dostawałyśmy od niego kasety magnetofonowe, takie same, żeby po równo było. Jacek po prostu kocha życie i czerpie je garściami, a ja cichutko się tego uczę od niego. Wiem też, że jak mi się noga powinie i będę spadać, to gdzieś, tam na dole on będzie stał i mnie złapie. Złapał swojego syna przed pędzącym na ulicy samochodem, kiedy wszystkim z przerażenia zabrakło tchu. On zachował zimną krew, ochronił Lejlę i Kasię przed rozwścieczonym łabędziem, wszedł między gryzące się psy. Ta jego spostrzegawczość i zimna krew niejednemu z nas uratowały życie.
Jacek był zawsze pomysłodawcą i wykonawcą wszystkich wspólnych wycieczek. Podczas nich koniecznym punktem był Kościółek, w którym byłyśmy chrzczone z Kasią, i Gutarzewo z szerokim drzewem, potem zazwyczaj jakiś Pułtusk, Dom Polonii, kawa, obiad czy inne siedlisko. Szkoła babci w jackowym wydaniu - wszyscy razem. Tak bardzo widzę w nim dziadków, w każdym ruchu, w każdym zapytaniu, w kształcie paznokci, w żartach. Teraz na nim spoczywa przekazanie historii rodu Malickich i kontynuowanie jej.
Kasia. Moje serce, moja siostra, miłość, najlepsza przyjaciółka, towarzyszka większości rzeczy, które robiłam w życiu po raz pierwszy. Pierwsze farbowanie włosów, pierwszy papieros, alkohol. Pomimo dzielącej nas odległości, jesteśmy ze sobą bardzo związane. Wystarczy tylko, że usłyszę w radio pierwsze słowa piosenki Lady Punk: "Zamienię każdy oddech w niespokojny wiatr, by zabrał mnie z powrotem tam, gdzie masz swój świat" i od razu czuję jej ramię przy swoim. Z nią wiąże się całe moje życie, dzieciństwo, w którym szalałyśmy po Poświętnem na rowerach - Kasi był biały, mój zielony. Pobyt w Kazimierzu, kiedy byłam na rehabilitacji i chodziłyśmy w takich samych kwiecistych spodniach, które sprezentowała nam Hania. Wspólne szaleństwa, śmiechy, wspólne śniadania, obiady, kolacje, to wszystko w czasie wakacji. Zdarzało się, że Kasia - zawsze z mamą oczywiście - była w czasie świąt wielkanocnych. Był taki jeden lany poniedziałek, dość pamiętny muszę przyznać. Wyszłyśmy wtedy na dwór z takimi małymi sikawkami w kształcie jajek, a po 15 minutach wróciłyśmy do domu po plastikowe butelki, by móc się bronić. Pamiętam, że po jakimś czasie prosiłyśmy już, aby nas ciepłą wodą lali. Ku rozpaczy babci do domu wróciłyśmy potwornie mokre, ale zachwycone. Wyglądałyśmy jak zmoknięte kury i miałyśmy pozamarzane włosy. Suszyła nas wtedy Hanka i strasznie narzekała, że to niemożliwe, żebyśmy nie miały na sobie nic suchego. Kasia jako jedyna wnuczka stworzyła dom niemalże identyczny z domem dziadków.
Święta Wielkanocne 2014 r. Od lewej od góry: Jacek, Tomek, Monika, Ania, Lejla, Dario, Kasia i Jacek junior. Pułtusk 2014 r.