Historia przemocy - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1: Antropologia krwi i "Małpa morderca"

I. Dwie wizje raju utraconego

Wyobraźmy sobie dwóch filozofów siedzących przy kominku w angielskiej posiadłości, w czasach gdy król Karol I właśnie stracił głowę, a kraj pogrążył się w chaosie wojny domowej. Jeden z nich, Thomas Hobbes, starszy pan o niespokojnym spojrzeniu, patrzy przez okno na wzburzone chmury. Drugi, choć urodzi się dopiero sto lat później i w dalekiej Genewie, jest jego wiecznym adwersarzem w dyspucie, która trwa do dziś.

Hobbes mówi: "Proszę spojrzeć na ten świat. Ludzie są wilkami dla ludzi. Gdyby nie władza, która trzyma ich w ryzach, natychmiast rzuciliby się sobie do gardeł. Życie człowieka w stanie natury jest samotne, biedne, bez słońca, brutalne i krótkie". To on, autor "Lewiatana", stworzył obraz pierwotnej ludzkości pogrążonej w permanentnej wojnie wszystkich przeciwko wszystkim. Nie ma tu miejsca na prawo, na sprawiedliwość, na dobro i zło. Jest tylko instynkt przetrwania i nieustanna walka o zasoby.

Rousseau, gdyby mógł mu odpowiedzieć, wzruszyłby ramionami. "Mylisz się, przyjacielu. Ty nie opisujesz stanu natury. Ty projektujesz na niego wszystkie przywary współczesnego ci społeczeństwa. Człowiek pierwotny był samotny, owszem, ale właśnie dlatego był dobry. Nie znał własności, nie znał hierarchii, nie znał zazdrości. To cywilizacja, ta wasza nowoczesność z jej miastami, nauką i sztuką, zepsuła go nieodwracalnie".

Spór ten, jak wiemy ze wstępu, nie jest tylko akademicką dysputą. To fundament, na którym zbudowano całą nowożytną myśl polityczną. Dla Hobbesa każde państwo, nawet najbardziej opresyjne, jest lepsze niż anarchia stanu natury. Dla Rousseau to właśnie państwo jest źródłem wszelkiego zła, a bunt przeciw niemu - świętym obowiązkiem.

Pytanie, które postawimy w tym rozdziale, jest proste, ale prowadzi w samo sedno naszych rozważań: kto miał rację? Czy jesteśmy z natury "demonicznymi samcami", jak sugerują niektórzy prymatolodzy, czy raczej "szlachetnymi dzikusami", których skaziła dopiero kultura? I co na ten temat mówią nauki, które Hobbesowi i Rousseau nie były dostępne - archeologia, antropologia fizyczna, prymatologia, genetyka behawioralna?

II. Świadkowie spod Jebel Sahaba

W 1964 roku, w związku z budową Wielkiej Tamy Asuańskiej w Egipcie, międzynarodowa ekipa archeologów pod kierownictwem Freda Wendorfa prowadziła ratunkowe wykopaliska w Nubii, na terenach, które wkrótce miały zniknąć pod wodami Jeziora Nasera. Na lewym brzegu Nilu, w miejscu zwanym Dżebel Sahaba (Góra Towarzyszy), natrafili na coś, co miało na zawsze zmienić nasze wyobrażenia o prehistorycznej ludzkości.

Był to cmentarz. Spoczywały na nim sześćdziesiąt jeden ciał - mężczyzn, kobiet i dzieci. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak typowe miejsce pochówku z okresu mezolitu, sprzed około 13-14 tysięcy lat. Ale gdy zaczęto dokładniej badać szkielety, prawda okazała się przerażająca.

W kościach tkwiły krzemienne ostrza. W kręgach, w miednicach, w czaszkach. W szczękach, w podniebieniach. Jedna z ofiar, młoda kobieta, miała dłonie splecione w sposób sugerujący, że została związana, zanim zginęła. U innych znaleziono złamania przedramion - typowe obrażenia obronne, gdy podnosi się ręce, by osłonić głowę przed ciosem. Wśród szkieletów dzieci, kilkuletnich chłopców i dziewczynek, odkryto ślady po uderzeniach w czaszki. U jednego z nich, oznaczonego symbolem JS 14, archeolodzy zidentyfikowali aż pięć oddzielnych obrażeń od pocisków, w tym perforację czoła i potylicy.

Wendorff i jego zespół byli wstrząśnięci. W latach 60. XX wieku wciąż dominowało przekonanie, wywodzące się w prostej linii od Rousseau, że paleolityczni łowcy-zbieracze żyli w pokoju, a wojna jest wynalazkiem rolnictwa i osiadłego trybu życia. Tymczasem Dżebel Sahaba zdawało się mówić coś zupełnie innego. Wydawało się być świadectwem masakry, pierwszej znanej bitwy w dziejach ludzkości. Ofiar było zbyt wiele, by mogły paść w przypadkowej potyczce. Kobiety i dzieci zabijano z równą bezwzględnością co mężczyzn.

Przez dekady Dżebel Sahaba funkcjonowało w podręcznikach jako "najstarsze świadectwo wojny". Ale czy na pewno? Najnowsze badania, przeprowadzone w XXI wieku z użyciem mikroskopów i tomografii komputerowej, przynoszą bardziej złożony obraz. Isabelle Crevecoeur z francuskiego CNRS, która w 2014 roku ponownie przeanalizowała szczątki, odkryła ponad sto nowych śladów urazów, których nie zauważono w latach 60.. Okazało się, że aż 41 z 61 osób, czyli ponad 67%, nosiło ślady przemocy. Ale kluczowe było co innego: wiele z tych ran było już zagojonych. Ci ludzie byli atakowani nie jeden raz, ale wielokrotnie w ciągu swojego życia. Nosili w kościach blizny po starych wojnach, zanim zginęli w nowej.

To nie była więc pojedyncza masakra, jednorazowa bitwa. To był obraz życia w stanie chronicznego, długotrwałego konfliktu. Cykl napadów, zasadzek i zemst, typowy dla tego, co antropolodzy nazywają "społeczeństwami małej skali" - łowców-zbieraczy, nomadów, wczesnych rolników. Dżebel Sahaba opowiada historię nie o jednej wielkiej wojnie, ale o dziesięcioleciach przemocy, która była wpisana w codzienność.

Co ją wywołało? Odpowiedź, jakiej udzielają badacze, jest dziś dość jednoznaczna: klimat i zasoby. Okres, w którym żyli ci ludzie, to schyłek ostatniego zlodowacenia. Na północy lody topniały, ale w Afryce oznaczało to katastrofę. Mniej lodu oznaczało mniejsze parowanie, mniej chmur i mniej deszczu. Nil, dotychczas hojna żyła wodna, stawał się coraz węższy, a okresowo całkowicie wysychał. Żyzne tereny nadrzeczne, które dawały życie, kurczyły się dramatycznie. Ludzie, którzy przez tysiąclecia mogli swobodnie wędrować, nagle stłoczyli się wokół ostatnich wodopojów i łowisk. Zasobów było za mało dla wszystkich. A do tego zaczęli osiadać na dłużej w jednym miejscu - stąd cmentarzysko. Sedentaryzacja, czyli przejście do osiadłego trybu życia, rodzi terytorialność. Terytorialność rodzi konflikt.

Dżebel Sahaba to nie jest dowód na to, że "człowiek z natury jest mordercą". To dowód na to, że w sytuacji ekstremalnej presji środowiskowej, ludzie są zdolni do rzeczy straszliwych. Ale jest w tym miejscu coś jeszcze, co Hiszpan Alfredo González Ruibal, autor książki "Tierra arrasada" (Ziemia zrównana z ziemią), opisuje ze szczególnym wzruszeniem. Sposób, w jaki pochowano tych ludzi. Nie wrzucono ich do dołu jak śmieci. Ułożono ich z pietyzmem, z ciałami w pozycji embrionalnej, z rękami zgiętymi przy twarzy, głowami zwróconymi na wschód, twarzami na południe. Kobiety opłakiwały swoich mężczyzn, matki swoje dzieci. To samo robią dziś kobiety w Palestynie, w Bośni, na Ukrainie. To, jak pisał Ruibal, "nasza geografia przemocy". I ta sama geografia ludzkiego współczucia.

III. Szympansy i bonobo: nasi demoniczni bracia

Jeśli archeologia każe nam wątpić w pokojową naturę człowieka prehistorycznego, to co mówią nauki o naszych najbliższych krewnych? W latach 60. XX wieku, gdy Wendorf odsłaniał szkielety w Sudanie, w Górach Mahale w Tanzanii japonka Jane Goodall dokonywała równie przełomowego odkrycia. Obserwując szympansy, których do tej pory uważano za wegetarian i łagodne istoty, była świadkiem czegoś wstrząsającego.

W 1974 roku udokumentowała tak zwaną "wojnę w Gombe". Przez cztery lata jedna społeczność szympansów z Gombe systematycznie eliminowała sąsiednią grupę. Samce patrolowały granice terytorium, atakowały pojedyncze osobniki z obcej grupy, biły je, gryzły i rozszarpywały, pozostawiając na pastwę śmierci. To nie była walka o pożywienie w bezpośrednim starciu. To była zaplanowana, prowadzona metodycznie eksterminacja konkurencji.

Goodall była załamana. Napisała później: "Przez pierwsze dziesięć lat badań uważałam, że szympansy są w gruncie rzeczy bardziej łagodne od ludzi. Nagle odkryłam, że w pewnych okoliczunkach potrafią zabijać swoich sąsiadów w sposób metodyczny, i to bez żadnego powodu, który by to usprawiedliwiał. To było przerażające". Odkrycie to zburzyło mur, jaki zbudowaliśmy między "nami" a "nimi". Okazało się, że morderstwo nie jest wyłącznie ludzkim wynalazkiem.

Richard Wrangham, jeden z najwybitniejszych prymatologów naszych czasów, poświęcił temu zjawisku całą książkę, która w polskim przekładzie nosi tytuł "Demoniczne samce". Wrangham dowodzi, że szympansy, obok których stoi na drzewie ewolucji nasz gatunek, mają w sobie głęboko zakodowaną skłonność do agresji terytorialnej. Samce szympansów patrolują granice, dokonują nocnych wypadów na terytorium wroga, a gdy mają przewagę liczebną, atakują bez wahania. Ich celem jest zabicie, a przynajmniej trwałe osłabienie rywala.

Jednak natura dała nam również inne lustro. Istnieją bonobo, zwane też szympansami karłowatymi, które oddzieliły się od wspólnego pnia równie dawno co my. W społecznościach bonobo to samice sprawują władzę, a agresja jest rozładowywana nie przez walkę, ale przez seks - w różnych kombinacjach i konfiguracjach. Bonobo są pacyfistami. Nie zabijają. Nie prowadzą wojen.

Mamy więc wśród naszych najbliższych krewnych dwa modele: model szympansa - agresywny, terytorialny, skłonny do morderstwa; i model bonobo - łagodny, hedonistyczny, nastawiony na współpracę. Który z nich jest nam bliższy? Niestety, odpowiedź jest niepokojąca. Genetycznie jesteśmy tak samo blisko spokrewnieni z jednymi i z drugimi. Ale nasze zachowania społeczne, nasza skłonność do tworzenia męskich koalicji, do patrolowania granic, do zbiorowej agresji wobec obcych - to wszystko każe nam patrzeć w stronę szympansa. Jesteśmy, jak to ujął Wrangham, "gatunkiem szympansim".

IV. W obronie Rousseau: empatia i współpraca

Czy to jednak znaczy, że mamy oddać pole Hobbesowi i uznać, że człowiek jest z natury zły? Nie tak szybko. Współczesne nauki o mózgu i psychologia ewolucyjna przynoszą również dowody na to, że w naszym kodzie zapisana jest również skłonność do altruizmu i współpracy.

Michael Tomasello, jeden z czołowych badaczy rozwoju poznawczego dziecka, prowadził przez lata eksperymenty, które pokazują, że małe dzieci, zanim jeszcze nauczą się mówić, wykazują spontaniczną skłonność do pomagania innym. Gdy dorosły udaje, że nie może dosięgnąć spinacza, dziecko podaje mu go bez żadnej nagrody. Gdy widzą drugie dziecko w potrzebie, próbują je pocieszyć. Ta wrodzona, przedkulturowa empatia istnieje. Rousseau miał więc trochę racji.

Podobnie rzecz ma się z neurobiologią. Odkrycie neuronów lustrzanych w mózgach makaków, a później u ludzi, zrewolucjonizowało nasze rozumienie empatii. Gdy widzimy kogoś, kto cierpi, w naszym mózgu aktywują się te same obszary, co w mózgu osoby cierpiącej. Jesteśmy zaprogramowani do odczuwania bólu innych. To jest biologiczna podstawa współczucia.

Problem w tym, że ta empatia ma swoje granice. Działa silnie wobec "swoich", a słabnie wobec "obcych". I tu właśnie wkracza kultura, która może te naturalne skłonności wzmacniać lub osłabiać. Może nauczyć nas rozciągać krąg empatii na całą ludzkość (jak w tradycji chrześcijańskiej czy buddyjskiej), albo może go zawęzić do wąskiej grupy plemiennej, ucząc nas, że "obcy" to nie ludzie, ale podludzie, których zabijanie jest dozwolone, a nawet chwalebne.

Jak trafnie podsumowuje to Andrzej Stępnik w swoim artykule konfrontującym Hobbesa i Rousseau z wynikami współczesnych nauk: "Podzielana przez obu myślicieli teza o aspołecznym i samotniczym charakterze człowieka pierwotnego jest fałszywa. Bliższe prawdy wydaje się stwierdzenie Hobbesa, że w stanie natury ludzie są egoistyczni, agresywnie walczą o zasoby i miejsce w hierarchii. Ale istnieją pewne podstawy do tego, aby uznać tezę Rousseau o wrodzonej skłonności do altruizmu, z zastrzeżeniem, że w wypadku człowieka wrodzone mechanizmy powstrzymujące agresję działają słabiej niż w wypadku innych zwierząt".

V. Polska perspektywa: miedza i topór

Na koniec tej antropologicznej podróży spójrzmy na nasze rodzinne podwórko. Ziemie polskie w okresie neolitu, czyli młodszej epoki kamienia, były areną podobnych procesów, choć nie zostawiły po sobie tak spektakularnych świadectw jak Dżebel Sahaba.

Na terenie dzisiejszej Małopolski, w rejonie Opatowa, archeolodzy odkryli ślady osad obronnych kultury lendzielskiej, datowanych na około 4600-4000 lat p.n.e. Były to osady otoczone potężnymi palisadami i fosami. Ludzie, którzy je budowali, musieli czuć realne zagrożenie. Nie wznosi się fortyfikacji dla przyjemności. To świadectwo, że pokój nie był dany raz na zawsze, że trzeba było się bronić przed sąsiadami, którzy mogli przyjść zbrojnie, by zagarnąć ziemię, bydło lub kobiety.

Co ciekawe, w przeciwieństwie do Nilu, gdzie walka toczyła się o dostęp do wody i łowisk, na ziemiach polskich głównym źródłem konfliktów mogła być właśnie ziemia uprawna. Pierwsi rolnicy neolityczni przynieśli ze sobą rewolucję: zamiast wędrować za zwierzyną, osiedlali się na stałe, karczowali lasy, uprawiali zboże. I zaczęli bronić swojego terytorium. Wkraczamy tutaj w świat, który będzie nam dobrze znany z późniejszych epok - świat, w którym chłop broni swojego zagonu, a pan broni swojej ziemi. To nie jest już świat łowców-zbieraczy z Dżebel Sahaba. To zapowiedź feudalnej Europy.

VI. Wnioski: niejednoznaczność natury

Co zatem wynika z tego wszystkiego? Czy odpowiedzieliśmy na pytanie, czy jesteśmy "małpami mordercami"?

Odpowiedź, jak to zwykle w naukach humanistycznych bywa, jest złożona. Jesteśmy gatunkiem, który nosi w sobie potencjał zarówno do straszliwej przemocy, jak i do bezinteresownego altruizmu. Mamy w genach coś z szympansa, ale mamy też coś z bonobo. Mamy biologiczną skłonność do agresji terytorialnej, ale mamy też biologiczną skłonność do empatii.

Kluczowe jest to, co z tymi skłonnościami zrobi kultura, w której wzrastamy. To ona może wyostrzyć nasze agresywne instynkty, jak w plemionach, gdzie chłopców uczy się, że prawdziwym mężczyzną zostaje się dopiero po zabiciu wroga. Albo może je stłumić i przekierować, jak w społeczeństwach, które karzą zabójstwo i uczą rozwiązywania konfliktów drogą negocjacji.

Największym błędem, jaki możemy popełnić, jest przyjęcie prostej dychotomii: albo Hobbes, albo Rousseau. Albo jesteśmy z natury źli, albo z natury dobrzy. Prawda leży gdzieś pośrodku, w tym, co niemiecki filozof Arthur Schopenhauer nazywał "nieprzeniknionym splotem" natury. Człowiek jest istotą, która nosi w sobie demony, ale ma też anioły. I od niego samego, od jego wyborów, od jego kultury, zależy, które z tych stworzeń ostatecznie zwycięży.

Jak pisał Konrad Lorenz, jeden z ojców etologii, w swojej słynnej książce "Tak zwane zło": "Agresja nie jest bynajmniej destrukcyjną zasadą demoniczną, ale istotną częścią życiowego mechanizmu organizacji wszystkich istot żywych, która służy zachowaniu ich życia i gatunku. Ale u człowieka, który dzięki swoim wynalazkom technicznym tak dalece zmienił swoje środowisko, instynktowne zahamowania przed zabijaniem współbraci uległy niebezpiecznemu osłabieniu".

To ostatnie zdanie jest kluczowe dla naszej dalszej opowieści. Bo jeśli nasi paleolityczni przodkowie z Dżebel Sahaba zabijali się twarzą w twarz, patrząc sobie w oczy, ryzykując własne życie, to my, ludzie nowocześni, wynaleźliśmy sposoby zabijania na odległość, bez ryzyka, bez patrzenia ofierze w oczy. Czy to oznacza, że staliśmy się lepsi? A może tylko sprawniejsi w zadawaniu śmierci?

Rozdział 5: Honor, miecz i feudalna anarchia

I. Świat rozbitych mieczy

Gdy w roku 476 germański wódz Odoaker zdetronizował ostatniego cesarza zachodniorzymskiego Romulusa Augustulusa, Europa wkroczyła w epokę, którą przez wieki nazywano "wiekami ciemnymi". Dla jednych był to czas upadku kultury, miast i prawa. Dla innych - narodziny nowego świata, w którym przemoc miała przybrać formę głęboko odmienną od rzymskiej biurokratycznej machiny.

Rzym upadł, ale jego cień pozostał. Na gruzach imperium powstały królestwa plemienne, w których germańskie zwyczaje mieszały się z resztkami rzymskiego prawa i nową, dynamicznie rozwijającą się religią - chrześcijaństwem. Przez kilka stuleci Europa była tyglem, w którym gotowały się nowe struktury społeczne. I jak w każdym tyglu, temperatura była wysoka, a przemoc - wszechobecna.

Wyobraźmy sobie świat bez państwa w naszym rozumieniu. Bez policji, bez stałej armii, bez systemu sądowniczego, który mógłby skutecznie ścigać przestępców na całym terytorium. Wyobraźmy sobie świat, w którym jedyną realną władzę sprawuje ten, kto ma miecz i ludzi gotowych za nim podążyć. To właśnie był świat wczesnego średniowiecza - świat, który historycy nazywają "feudalną anarchią".

W tym świecie przemoc nie była już zmonopolizowana przez centralne państwo, jak w Rzymie. Została sprywatyzowana, rozbita na tysiące kawałków, należących do lokalnych panów, rycerzy, możnowładców. Każdy, kto miał zamek, oddział zbrojnych i poddanych, mógł prowadzić własną politykę, własne wojny, własne porachunki. I wszyscy to robili.

II. Rycerz: między bestią a ideałem

W tym brutalnym świecie narodziła się postać, która do dziś rozpala wyobraźnię - rycerz. Ale rycerz średniowieczny niewiele miał wspólnego z tym, co znamy z filmów Disneya czy romansów rycerskich. To nie był szlachetny obrońca wdów i sierot, który zawsze stawał po stronie dobra. To był przede wszystkim zawodowy zabójca, wyszkolony do walki, żyjący z wojny i grabieży.

Rycerzy, czyli wojowników konnych, zaczęto łączyć z pojęciem rycerskości, gdy zostało ono spopularyzowane przez średniowieczną literaturę. Oczekiwano od nich, że będą walczyć odważnie i honorowo oraz pozostaną lojalni wobec swego pana - w razie konieczności - aż do śmierci. W późniejszych czasach rycerskość utożsamiano z udziałem w turniejach i polowaniach oraz takimi zaletami charakteru jak sprawiedliwość, miłosierdzie i wiara.

Ale to był ideał, nie rzeczywistość. Rzeczywistość była znacznie bardziej brutalna. Marc Bloch, wielki francuski mediewista, pisał o rycerzach: "Byli to ludzie, dla których walka była stanem naturalnym, a pokój - jedynie chwilowym zawieszeniem broni. Ich życie upływało między wojną a przygotowaniami do wojny. Gdy brakowało zewnętrznego wroga, walczyli między sobą". I to dosłownie.

Weźmy choćby przykład normańskich rycerzy, którzy w XI wieku podbili Anglię i południowe Włochy. To byli ludzie bez skrupułów, dla których przemoc była narzędziem awansu społecznego. Wilhelm Zdobywca, zanim został królem Anglii, spędził lata na krwawych wojnach ze swoimi wasalami w Normandii. Gdy w 1066 roku wylądował w Anglii, jego armia siała postrach, paląc wsie i mordując ludność cywilną. A przecież to właśnie ten Wilhelm przeszedł do historii jako budowniczy nowego, lepszego ładu.

III. Kodeks rycerski: pacyfikacja czy fasada?

Skąd więc wziął się ideał rycerza szlachetnego? Odpowiedź jest złożona. Z jednej strony, Kościół od XI wieku podejmował systematyczne wysiłki, by ucywilizować tę wojowniczą klasę. Ruch Pokoju Bożego i Rozejmu Bożego, o którym będzie mowa w następnym rozdziale, był próbą ograniczenia przemocy rycerskiej przynajmniej w pewnych dniach tygodnia i wobec pewnych kategorii ludzi.

Z drugiej strony, to sami rycerze stworzyli etos, który legitymizował ich pozycję społeczną. Kodeks rycerski, który wykształcił się w XII i XIII wieku, był zbiorem norm regulujących zachowanie wojowników wobec siebie nawzajem. Mówił o honorze, lojalności, odwadze, wierności danemu słowu. Ale był to kodeks obowiązujący przede wszystkim wewnątrz klasy rycerskiej. Wobec chłopów, mieszczan, ludzi niższego stanu - rycerz nie czuł się nim związany.

W czasach wypraw krzyżowych sformułowano kodeksy rycerskie, a niektóre zakony krzyżowców, między innymi templariusze, przeszły do legendy. Ale te same zakony, które ślubowały chronić pielgrzymów, jednocześnie bezlitośnie grabiły ludność cywilną na Bliskim Wschodzie i tworzyły pierwsze międzynarodowe imperia finansowe.

Honor rycerski był więc pojęciem ambiwalentnym. Z jednej strony, mógł powstrzymywać przed podstępnym mordem zza węgła, przed złamaniem danego słowa, przed tchórzostwem w boju. Z drugiej strony, bywał pretekstem do najstraszniejszych okrucieństw. Bo honor trzeba było bronić. A jeśli ktoś go znieważył - choćby niechcący, choćby słowem, choćby spojrzeniem - odpowiadał życiem.

IV. Anarchia i prywatyzacja siły

Czym więc była ta słynna "feudalna anarchia"? To pojęcie, ukute przez historyków XIX wieku, opisuje stan, w którym władza centralna jest słaba lub nie istnieje, a realną siłę mają lokalni panowie. W Europie X i XI wieku było to zjawisko powszechne.

Władcy - królowie, książęta, hrabiowie - teoretycznie sprawowali zwierzchnictwo nad swoimi terytoriami. W praktyce kontrolowali tylko niewielki obszar wokół swojej siedziby. Dalej rozciągały się ziemie możnych, którzy byli wasalami władcy, ale w swoich domenach byli panami życia i śmierci. To oni budowali zamki, utrzymywali wojska, sądzili poddanych, bili własną monetę, prowadzili wojny z sąsiadami.

Zamek był symbolem tej sprywatyzowanej siły. Kamienna forteca górująca nad okolicą mówiła jasno: tu rządzi kto inny. Tu król nie wchodzi. Chłopi z okolicznych wiosek wiedzieli, że w razie konfliktu to pan z zamku będzie ich sądził, karał, bronił (lub nie). To jemu oddawali część plonów, przy nim szukali sprawiedliwości.

W takim świecie przemoc była codziennością. Spory o ziemię, o granice, o powinności chłopów, o małżeństwa, o spadki - wszystko to rozstrzygało się siłą. Jeśli dwóch panów spierało się o las, nie szli do sądu. Szli na wojnę. Palili sobie nawzajem wioski, zabijali chłopów, uprowadzali bydło. A potem, gdy jeden z nich uzyskał przewagę, zawierali pokój, który trwał do następnego pokolenia.

V. Polska droga: od drużyny do rycerstwa

A jak to wyglądało na naszych ziemiach? Polska weszła w epokę feudalną nieco później niż Zachód, bo w XI-XII wieku, ale procesy były podobne.

W okresie wczesnego średniowiecza, w Polsce funkcjonowała wokół władcy mała grupa możnowładców. Z woli księcia jej przedstawiciele brali udział w sprawowaniu władzy. Osoby z tej niewielkiej frakcji społecznej należały do wielkich ówczesnych rodów. Siłę zbrojną tworzyła wówczas kilkutysięczna drużyna książęca. Część jej przedstawicieli przebywała przy władcy, natomiast część odpowiadała za pilnowanie ładu wewnętrznego - rozmieszczona była w grodach. Osoby te były związane z władcą przysięgą wierności.