Zmierzch był dnia jesiennego, a
takiéj jak ta jesieni ludzie najstarsi nie pamiętali. Przyszła ona
jakoby Boże błogosławieństwo, aby biedne ludziska z pola, co gdzie
jeszcze na niém było pochwycili do brogów i stogów, a ozime polka
obsiać mogli wczas, i do weselisk, zawsze porą jesienną
obchodzonych, przy pełnych stodołach, - przysposobili się bez
troski.
Dziesiątnicy duchowni już byli wszędzie powytykali, co gdzie
kościołom należało i zdali na wierne ręce, wybranym do przechowania
kmieciom, dopóki by się to nie sprzedało. Poczynały się po lasach
łowy gorące, aż się puszcze rozlegały, bo o wojnie jakoś pod ten
czas słychać nie było. I lud boży oddychał.
To téż jadący polem, lasem podróżny, na zaraniu, wieczorami
choć ptactwa świergocącego i przyśpiewującego nie posłyszał, bo to
było umilkło jedno a drugie za morza poodlatywało, ludzkie śpiewy
wesoło chwytał uchem i serce mu się od nich radowało.
Około chat na rucianych ogródkach śpiewały dziéwki, około
stawów wyciągając z wody len i konopie śpiewały niewiasty, koło
stad na wypasach zawodzili pastuszkowie, a kędy kościół stał
wieczorem otwarty i z niego słychać było nuconą chwałę Bożą.
U gościńca do Wrocławia wiodącego, w gęstym lesie na skraju
stała gospoda, bo to szlak był, którym do miasta na targowice dużo
ludzi ciągnęło, nietylko ze Szlązka i z Polski, ale i z kupią z
obcych ziem, którą pod owe czasy mieniano na inną albo ją i za
kruszec sprzedawano. Zbiegały się w Wrocławiu drogi ze wschodu i
zachodu, jechali tędy kupcy od Rusi z greckiemi wyroby i ruskim
towarem, przyjeżdżali niemce od Sasów i od Franków, czasem Szwaby,
ba i dalsi.
Ale onego dnia w gospodzie jakoś pusto było, i Mikuł
gospodarz, żona jego Samicha, a czeladź ich nic do czynienia nie
mieli.
Budowa była drewniana, duża jak szopa, z przedsieniami na
słupach dokoła ją obiegającemi, aby się gdzie lud czasu słońca
gorejącego i niepogody miał schronić, nie dusząc w izbie, choć izba
téż była przestronna, w ławy dokoła przybrana, w pośrodku ognisko z
kamieni czysto mająca wyłożone. Po nad niém dziura, w wyżkach i
dachu, klapą zamykana, przez komin z chrustu pleciony, gliną
wylepiony, dym się nad dach dobywał.
Naokół ogniska, w którém się teraz ledwie węgli ostatki
tliły, leżały kłody i kamienie, aby czasu zimy ludzie bliżéj ciepła
przysiąść się mogli. Był z jednéj strony i stół duży, a na nim
jeszcze próżne kubki drewniane i gliniany dzban stał od piwa, a w
rogu obyczajem powszednim chleba bułka i nóż przy niéj, na
ręczniku.
Cicho było w gospodzie, jak to gdy się ludziom na sen i
spoczynek zbiéra, tylko w szopie obok do izby przytykającéj, ścianą
z dylów od niéj przedzielonéj, beczały owce gospodarskie czarne i
bure, prychały krowy i koni para rżeniem się do wieczornéj paszy
odzywała.
Co się najadło wprzód i napiło, przed spoczynkiem po swojemu
mrucząc Pana Boga chwaliło.
Mikuł stary człek, przygarbiony, w grubéj, szaréj bieliźnie
jednéj, i chodakach skórzanych sznurami do nóg poprzytwierdzanych,
na ławie siedział u okna odsuniętego i czegoś postękiwał,
powzdychiwał, zadumywał się oburącz głowę podłysiałą podparłszy i
brodę rozczochraną, krótką zadarłszy do góry.
Z rękami na piersiach założonemi, daléj nieco siedziała
otyła, stara Samicha, żona jego, kądziel jeszcze trzymając pod
sobą, a wrzeciono już w nią zatknąwszy; bo jéj w kącie zmierzchło i
ręce od snucia nici drżały. Z czeladzi dwoje przed gospodą leżało
brzuchami na ziemi, głowy na rękach oparłszy, trawę skubiąc z
próżnowania i gryząc ją bez myśli, a pomrukując lada co.
To się tam który rozśmiał, który zdrzémał, to jeden drugiego
ręką sięgnął a po drużbie dał kułaka. Nie było bo co robić.
W izbie na ławie nizkiéj jednym jeden drzémał sobie stary
dziad z gęślą na plecach, siwowłosy, spoczywając téż, ale z nałogu,
gdy się przebudzał, coś sobie podśpiewywał i sen mu z ust powoli
pieśń zdejmował. I słychać było zamiast niéj chrapanie, a potém
przyśpiewkę znowu i sen wtóry.
Znać tu starowina znanym był, bo na niego nikt nie patrzał,
i nie było mu pilno ani do snu, ani do pieśni, ani w drogę. Są bo
takie chwile na człowieka, że mu się nie chce niczego, nawet życia.
Ciemniało już i kury wszystkie z pod gospody poszły spać na
poddasze, mieszcząc się na grzędach.
Wśród tego milczenia, gdy i las nawet zdrzémnąwszy się nie
szumiał, hen, zdala coś zatętniało. Mikuł zaraz głowę podniósł i
ucha nastawił. Samicha się jakby przebudziła i kądziel postawiwszy
wstała przeciągając się, dziad téż przetarłszy oczy coś głośniéj
płaczliwym głosem zanucił.
Czeladź co na darni leżała podniosła się nasłuchując,
wstawać czy nie, gdy z krzaków dwa duże, piękne psy łowcze się
wyrwały i nosami po ziemi tropiąc poczęły biegać, dopieroż ludzi
postrzegłszy naszczekiwać, i stanęły.
Za niemi z gąszczy, w któréj zaszeleściało i zachrząszczało,
jakby zwierz się z niéj dobywał duży, wysunął się jeździec i
stanął. Trudno go było poznać co za jeden był, bo odzież na sobie
miał niepoczesną, ale pod nim koń krępy, gruby, mocny, zażywny
szedł, jakby pański.
Na nim rząd prosty, skórzany wdziany był i siedzenie
niewykwintne. Człek na plecach łuk i kołczan miał prosty, a u nogi
przytwierdzone toporek i oszczep.
Wydobywszy się na gościniec, począł się tu i owdzie
rozpatrywać mocno, wprzód, w tył, niby się dziwując, że tu stał,
niby nie wierząc oczom własnym.
- Sam tu! - zawołał ku czeladzi. - Co to za państwo? jaka to
droga? kogo wy tu słuchacie? czyj las? hę?
Posłyszawszy pytanie, nim się parobcy zebrali odpowiedzieć
na nie, sam Mikuł wyszedł z pokłonem, przypatrując się pytającemu.
Człek był zasię młody, ogorzały, bujnego wzrostu, silny, pięknéj
twarzy, z pańska wyglądający, choć odzież pana nie wydawała. Mikuł,
który pochwycił pytanie, począł przybliżając się ku jeźdzcowi,
odpowiadać powoli, choć więcéj patrzał niż mówił.
- Czyż to Wasza Miłość tak z dala, że o nas nie wiecie?
- A z dala i dużom puszczami pobłądził, dni już trzy się po
nich rozbijając. Odbiłem się od swoich, oman jakiś czy co po
bezdrożach mnie wodził.
- Ziemia to pana Petrka Włodkowego - rzekł Mikuł - coście
pewnie o nim słyszeli, bo o nim na wsze strony szeroko głośno. Pan
mocny jest, a teraz gospoda i ziemia siucha do klasztoru, któremu
jest nadana, do czarnych mnichów. Karczma ich i szynk ich, i ja téż
siedzę z ich ręki od księdza opata.
Do Wrocławia ztąd niewielki kawał drogi.
Splunął jakby z gniewu podróżny, słuchając, a potém się
zaraz przeżegnał.
- A to diabeł chyba mnie kędyś tak daleko zaciągnął. - Gdzie
u licha! Pod Wrocław!
I ruszał ramiony a potrząsał sobą. W tém na gościńcu z dala
turkotać zaczęło. Mikuł zamilkł wyglądając ku lasowi i ku polom na
przemiany. Od strony Wrocławia wóz się toczył i huczało, gdy szedł
po twardém. Siedział na nim człek jeden powożąc się, drugi wyrostek
przyczepiony był u drążka. Dwa konie ciągnęły wozisko, a trzy za
niém biegły, wszystkie jakby pomęczone bardzo, głowy zwieszały i
wlokły się, ten podkuliwając, drugi ledwie ciągnąc nogi.
Gospodarz na wozie, na garści słomy siedzący w czapce dużéj,
z opończą narzuconą na ramiona, średniego wieku, twarzy zasępionéj,
za pasem siekierkę miał, przez plecy torbę skórzaną.
- A wiu! a wiu! - popędzał konie, aż pod gospodę
podjechawszy, stanął.
Odwrócił się do Mikuły.
- Witaj ojcze Tymochu! - odezwał się gospodarz, zwracając ku
niemu.
- Bóg zapłać, jestem żyw, jak widzicie - a i to szczęście, -
odparł Tymoch. - Z "przewodem" mnie gnali, gnali, że i we mnie, i w
koniach ledwie już tchu stało.
To mówiąc i nie spojrzawszy nawet na jeźdźca, który stał i
słuchał, z wozu zlazł przybyły, konie jego poczęły trawę skubać, on
im z wozu, z pod słomy garść siana zarzucił, aby miały czém zęby
przetrzéć - a sam do izby pociągnął.
Stojący jeszcze na koniu podróżny rozmyśliwszy się,
podjechał téż pod szopę i ze szkapy zsiadł na czeladź hucząc, aby
mu ją wzięto do żłobu. A tuż i psy doń przybiegły, z którémi razem
do izby krokiem śmiałym wszedł, jak ten, co się wszędzie panem
czuje.
- Gospodarzu miły, - ozwał się głosem młodym i mocnym, który
pięknie brzmiał, - jam głodny i koń mój także, o obu radźcie, jako
możecie. Psom by się téż coś zdało.
- Piwo i miód na rozkazanie, - rzekł Mikuł, - jak lepsze nie
mogą być, chleb téż jest, sól, słonina i sér, a baba i polewkę
ciepłą zwarzy, kiedy każecie.
- Niech warzy, co chce! głód nie patrzy, co dają, - rzekł na
ławie zasiadając za stołem młody pan.
Tymoch popatrzał jakoś nieufnie, podejrzliwie, z trwogą
prawie na mówiącego, jakby go dopiéro teraz dojrzał, przy dziadzie
nieopodal na ławie stęknąwszy, usiadł i piwa zawołał.
- W gardle zaschło, Mikuł! nim konie tchną ja się napiję.
- A wy to zkąd? - spytał go jezdny z za stoła.
Nie zaraz mu odpowiedział Tymoch.
- Mil parę ztąd siedzę, wolny kmieć jestem, z przewodu
powracam. -
Westchnął.
- A kogożeście to przewodzili? - zapytał jeździec.
- Hę? czy to teraz na podwody nasze przewodów brak? - począł
Tymoch, bo mu się już gęba rozwiązywała. - Miłościwy panie, i my i
konie ledwie dyszemy. Albo to u nas księdzów mało? a który z nich
jedzie czy swoją ziemią czy cudzą, juści mu wszędzie przewód dać
trzeba, a nie to po łbie i konie z szopy bez człeka zabiorą, co ich
potém nie ujrzysz. Nie pytają oni, czy i nam kmieciom chudoba
wyzdycha. Pędzi starościński włodarz czy dla Władysława, czy dla
Bolka, czy choćby i dla Wojewody jakiego, a podoba się Jego miłości
księdzu Biskupowi któremu jechać, to i ich ludzie pędzą do
przewodu, i starościńscy, i dla żupanów i dla pańskich urzędników,
a choćby i dla psiarzy książęcych. -
Westchnął znowu i głowa mu zwisła.
Młody popatrzał nań milcząco, - podawał mu właśnie Mikuł
gospodarz miód, a Tymochowi piwo.
- Tak że to ono z wieku bywało! - odezwał się młody z za
stołu. Tymoch się na to strząsł.
- Ojcowie inaczéj pamiętali - szepnął od ust kubek odrywając
- dawniéj się różno trafiało, z laty gorsze nastało. Panów się moc
namnożyła wielka i żupanów i urzędników i duchownych i księdzów
tych i owych. Kmieciowi coraz ciężéj.
- Zawżdy ludzie narzekali - odparł młody podpijając i
przegryzając.
- Dziadom bo lepiéj było - wtrącił Tymoch, - dopóki do nas
nie przyszedł wszelki obyczaj niemiecki. A no. -
Machnął ręką i usta mu się zwarły.
- Mówcie jako chcecie, mówcie, - odezwał się młody, - jam ci
nie niemiec a swojak. -
- To swojak wiedzieć musicie, jak nam kmieciom teraz jest, -
mówił Tymoch. - Płaciemy poradlne, dajemy podworowe, naraz, dajem
przewód, idziemy do grobel, haci i mostów, do płotów i do tynów,
do zwózki; dajemy osyp, miód, kury, woły, a gdy przyjdzie pogoń,
pogońce... Kto tam zliczy!! Czyż może być gorzéj? -
Znów zamilkł; a tchnąwszy jak sam do siebie, ciągnął.
- Bierze ksiądz dziesięcinę dodatku. Jak zostanie na
przednowku chleb dla nas z ościami, a dla koni strzecha, Pana Boga
chwal, bo na stacyi stogi nasze pańskie konie zjadły, a czeladź
płoty popaliła.
Mikuł, który stojąc przysłuchiwał się, uśmiechnął z pod
wąsa.
- Coś bo wam dziś przewód zalał sadła za skórę, - rzekł
pomrukując. - Ono to wszystko prawda, a jabym się z wami jeszcze
pomieniał na moją biedę i w targu zarobił. Ludzi macie dosyć,
czeladzi, parobków, koni, stadniny, trzody i pól i barci, głodu nie
zaznacie....
- Jak ono pójdzie daléj tak, - ciągnął Tymoch, - kmiecie
zejdą na zagrodników. Im więcéj panów, tém na nas ciężéj. Bywał bo
jeden pan, jeden król, jednegośmy słuchali, teraz już czterech czy
pięciu, panów Biskupów drugie tyle, co jak królowie panują. - Niech
się to rozrodzi, będzie po jednemu na kmiecia. Coraz koło nas
cieśniéj - dodał, - a do sądu i po sprawiedliwość albo ja wiem,
dokąd iść z datkiem i żałobą? Za jedno do żupana, za drugie do
księcia, za trzecie do Biskupa - każdemu sądowi trzeba płacić, a
żaden sprawiedliwości dać nie mocen.
Gdy się tak gwarzyło, Mikuł, wychylony przez kmiecia kubek
piwa, nalał na nowo.
- Napijta się - rzekł podając mu, - lżéj na sercu a jaśniéj
w oczach będzie.
Więc gdy pił Tymoch, a młody podróżny na dalsze żale ucha
nastawiał, dziad co dotąd niemy siedział w rogu ławy, począł coś
pomrukiwać. Niby śpiewał, niby mówił, niby drugim, niby sobie.
Zrazu go i zrozumieć było trudno, aż jakby zdali kędyś przychodząc,
to mruczenie zbliżać się i w mowę coraz wyraźniejszą zmieniać
zaczęło.
- Bywało inaczéj - jak ono bywało! - wiedzą tylko groby,
mogiły śpiewają, gdy wiatr po nich dmucha. A któż wiatru słucha?
Żywych co patrzali na świecie nie stało. Bywało! bywało! I ziemia
rodziła i paśli się ludzie i krew się nie lała, a pana nie znali i
panami byli - bywało! a kiedy to było? kiedy słonków dwoje na
niebie świeciło, a cztery miesiące około nich chodziło. - Héj! héj!
-
I począł się śmiać sam do siebie, sam z siebie.
- Ojcze Tymochu - mruczał daléj - jako świat był światem,
wilcy krowy dusili a żupany kmieciów cisnęli. Na co Pan Bóg zęby
dał??
- Héj ty dudo dudarzu - przerwał Tymoch gniewnie, - ale
onego czasu na dziesięć krów był jeden wilk, na stu kmieci żupan
jeden, teraz na jedną krowę dziesięć wilków, na jednego kmiecia stu
żupanów!
Jak posiało milczeniem.
- Z Wrocławia jedziecie? - zapytał młody.
- Bo do Wrocławia przewód mój był - rzekł kmieć, - do dwora
pana Petrkowego jakieś książątko jechało. Ledwiem z niém u wrót pod
Sobótką stanął, konie wyprzągł, nie czekałem Bóg zapłać i w nogi do
domu. Nużby drugi nazad przewodu potrzebujący pochwycił!
- Nadaremna to trwoga - rzekł Mikuł, - boć pan nasz Petrek,
Boży sługa, dla kmiecia i wszelkiego człowieka litościw wielce.
Prędzéjby was pokarmić kazał, niż daléj gnać. -
Dziad potwierdził.
- Toć pan! - rzekł - nie minie człeka bez jałmużny, a i pani
Petrkowa dobra jest i syn Świętoch się wdał w rodzice, zmiłowanie
mają nad ubogim narodem.
- Co bo wy ich tak chwalicie bez miary - wyrwał się kmieć -
jakby to go ludzie z dawien dawna nie znali.
- Ja tego chwalę, na czyim wózku jadę, - rzekł Mikuł
skrobiąc się po głowie, - toć to karczma jego była, i jam jego był,
mało co jak ją zdał na Czarnych. - Gdybym go i nie słuchał, powiem
jak się godzi, bo dobry pan.
- A no! dobry teraz, pewnie, gdy się spasł - rzekł uparty
kmieć. - I wilk gdy niegłodny, krowie się ogonem kłania. Miałbym ja
to co on, takżebym dobrym był. - Złoto u niego korcami mierzyć.
- Czemu nie, - odparł Mikuł - a ziemi ma, co jéj w rok nie
objedzie, lasów tyle, co ich nie przepoluje w pięcioro lat,
wszelkiego dobra u niego jak u księcia, a pani krasna i dzieci
piękne.
Tymoch głową potrząsał i śmiał się.
- Jam człek nie dzisiejszy - odparł, - pamiętam ja króla i
stare dzieje, a owo, co ten Petrek dokazywał, za co żonę i skarby
pobrał i łaski się pańskiéj dokupił, że go król nieboszczyk potém
za brata i swata miał.
Mikuł brodę darł i marszczył się.
- Nie gadajcie, nie mielcie - a kto to tego nie wié!
- Owszem mówcie, ja choć wiem, to niespełna - odparł młody.
- Choć się co słyszało, wywietrzało, radoby się przypomniało.
Tymoch z niechęcią, ukradkiem wskazał na dziada.
- Ten niechaj wam gada gadki - odezwał się, - dziadowska to
rzecz do torby zbiérać po drodze chléb, a do drugiéj ludzkie
plotki. Obieży świat, wszystko wié i każdą rzecz powiedzieć umié.
Wyjął młody z sakwy srébrniczka małego i dziadowi go rzucił.
- Praw dziadzie - odezwał się, - nim zwarzy jeść gospodyni,
gadaj, bym nie spał.
Mikuł, jakby mu się słuchanego słuchać nie chciało, poszedł
do komory ciemnéj, a ci, co zostali, umilkli, ku dziadowi się
obracając. Dziad splunął i począł.
- Héj, stał raz dąb nade drogą, a szli ludzie podle niego. -
Piękny dąb, dobry dąb, - rzekł jeden, - gdy sobie pod nim zasnął
oparłszy się oń i cień nad głową od gałęzi miał.
A drugi, co przyszedł, gdy się pod nim do snu ułożył, padł
mu z dębu żołędź dojrzały, z wysoka na oko i zranił źrenicę. Ten
przeklinał dąb jako zbója, aby go pierwsza siekiera nie minęła;
pierwsza burza wywaliła, pierwszy piorun spalił.
Ptactwo, co się w jego liściach gnieździło, błogosławiło,
wiewiórka, co w dziupli siedziała sławiła, a orlęta, których ojca
ubito, gdy na gałęzi siedział, klęło i bluźniło nań.
Nasz pan jest, jako ten dąb wielki; jedni go chwalą, drudzy
klną, każdy sercu swojemu dogadza, a dąb sobie stoi, jako stał.
Dawne to dzieje, za króla Krzywousta się działo; choć mnie
tam nie było może, możem ja tam i był, choć przez sen. Dziś ja
żebrak i pruchno, za młodum wojaczył i za pany tarcze woził, oczy
miał, uszy miał.
Petrek u króla był i z królem na spół wojował. Gdzie trzeba
było piorunem bić, ptakiem lecieć, wężem podłazić, nikogo słano,
ino Petrka. On wszystko umiał, a co król rzekł, rozstąp się ziemio
- zrobił - jak przykazano.
Bratał się król wówczas i z ruskim kniaziem, zbratał tak, aż
się poswarzyli. Kto lepszy. Wołodar począł trąbić, a na nas swoją
dzicz prowadzić i palić lasy i sioła i jeńców brać a gnać. -
Zdradził pana naszego; król rozsierdził się srodze. Złapać go,
wiatru w polu nie było można. - Dałbym, - rzekł, - coby ze mnie
żywno kto chciał, bylem zdrajcę w rękach miał. Petrek słuchał i
śmiał się.
- Co mi dasz królu, panie, - zapytał, - związanego ci na
twój dwór dostawię?
Nie wierzył król. - Dam ci jego samego - rzekł powstawszy, -
weźmiesz okup, jaki zechcesz, ja sobie nie chcę jednéj grzywny,
tylko bym go w rękach miał.
A było tak, że Petrek na Rusi nie jeden już raz gościł, gdy
król się jeszcze z kniaziem Wołodarem bratał i za posła był używany
i Wołodarowi do chrztu dziecko niósł, a kumem się mu zwał.
A kto królowi panu krzyw i zdrajca, komu kumem taki być
może?
Tymoch głową potrząsł, ramieniem ruszył dziad mówił daléj.
- Wołodarowych wojów tysiące było, a pan Petrek się nań
wybrał w sześćdziesiąt koni. - Król patrząc rzekł. - Żal mi cię, na
zgubę jedziesz. - No to zginę dla Miłości Waszéj, - odparł Petrek -
i jechał. Jechał wprost na zamek kniazia, a nie w kopę koni, bo
ludzi w lesie zostawił, jak mu potrzeba było, tylko samotrzeć - i
przybywszy na zamek, bił czołem Wołodarowi. - Król mój pan,
pozdrawia was, kniaziu Wołodarze, - mówił, - chociażeście wy mu
wrogiem, pragnie pokoju z wami, śle mnie do was, abyście mir po
staremu uczynili.
Kniaź Wołodar słuchał i zdumiewał się, ale że kuma w nim
znał, odparł. - Szczęście masz, żeś mi dziecko do chrztu trzymał,
nie godzi mi cię imać i karać, a kazałbym cię na wiek do ciemnicy
wrzucić, abyś w niéj gnił. - Jam wojny nie poczynał, król twój
najeżdżał ziemię moją, chcąc mnie zawojować. Nie dam mu się, jakom
żyw; Ruś nań caluchną ściągnę i Połowców i Jaćwę i co gdzie jest
wszelakiego wója z najdalszego krańca.
Na to mu zsiadłszy z konia i do nóg się pokłoniwszy, rzekł
Petrek. - Ziemiami się podzielicie i w zgodzie żyć będziecie, jak
na panów chrześcijańskich przystało. Proszę was o to tylko, abyście
mi łaskawego nie skąpili ucha.
Więc udobruchał się nieco Wołodar i szli razem na zamek, a
kazał mu tylko milczéć, aby o królu Krzywogębie mówić więcéj nie
śmiał - to mu już dobrym będzie.
Siedli tedy za stół i pili razem i jedli, gadali o łowach i
o ruskich sprawach i o niewiastach i o stratach, ale o królu o
Krzywogębie ni słowa. A gdy zapili się tak późno w noc, rzekł mu
Wołodar, idź i lęgnij spać, bo kury pieją, a miód w mózgu kręci.
Drugiego dnia zwołał swoich posadników, bojarów, drużynę
kniaź Wołodar i znów posadził kuma za stół i poił go. Mówili o
wszystkiém, a gdy Petrek króla wspomniał tylko, Wołodar pięścią w
stół uderzył aż stolnica pękła i rzekł - o nim mi nie mówcie. Znać
go nie chcę, Krzywomordy tego.
Gdy już drugiego dnia szli spać, rzekł Petrek. - Do domu
powrócę ze sromem bo z niczém! Zatrzymał go kniaź jeszcze, tylko
mruknął. - Nie gadaj, że powrócisz z niczém, gdy głowę całą
przywieziesz na karku, ona taki coś warta.
Dnia trzeciego pili znowu sam na sam do wieczora, wieczorem
im niewiasty służyły i śpiewały. A była przy Wołodarowéj żonie
plemienna jéj, Swiatopełkówna Marja, piękna dziewka, którą Petrek
napatrzył gdy im miód nalewała. I rzekł do kniazia Wołodara.
- Na świecie nad nią piękniejszej nie było i nie będzie. Na
co Wołodar mu odpowiedział śmiejąc się a pocmokując. - Bo niema
nigdzie niewiast jak na Rusi i w Kijowie, a to kniaźna jest i
wiedzma kijowska. I nie weźmie jéj chyba król a mocarz, albo taki
pan co carskiéj jéj krwi godzien będzie, bo w niéj Cezarów krew
płynie.
A Petrek głową potwierdzał, i pili do nocy późnéj z sobą.
Gadać o królu i tego dnia nie dał mu Wołodar, bo się zaraz do noża
brał. Żegnał go Petrek. - Jadę jutro rano. - Ja téż jutro na łowy,
- odparł, Wołodar, - jedź ze mną razem; gdy się łowy skończą,
wracaj sobie do domu, do tego co cię posłał i powiedz mu, że jego
ziemię na kopytach rozniosę, spalę i zniszczę, bom mu wrogiem, a
druhem nie chcę być i nie będę.
Nazajutrz do dnia jechali na łowy razem. Puścili się za
łosiem, Petrek wiedział gdzie konie swe i ludzi w lesie zostawił i
pokierował tak, aby Wołodar z nim na zasadzkę wjechał. Zmówione to
było, bo gdy razem pili, sam Petrek na łowy wyzywał, choć się
kniaziowi zdało iż on ich zażądał. - Trąbką ludziom zasadzonym dał
znać, aż gdy w gąszcze wjechali, oskoczyli ich zewsząd Petrkowi.
Chciał się Wołodar bronić, ale mu wnet pęta na ręce rzucili i na
nogi, oręż odjęli i przywiązanego do konia gnali z sobą nie
ustając, choć pienił i krwią buchał.
A Petrek mówił mu. - Wrogiem się czyniłeś pana mojego,
bądźże jego niewolnikiem. Co on z tobą postanowi to będzie.
Tak gnając z nim dzień i noc przez lasy uwiózł go precz, a
ludzie Wołodarowi po kniejach trąbili szukając go napróżno, myśleli
że niedźwiedź rozszarpał, albo dzikie bestje nocą pożarły. Wprost
wiózł więźnia na zamek do króla Petrek, a gdy król go zobaczył,
oczom wierzyć nie chciał, wołając. - Czarownik jesteś.
- Jam sługa twój - odparł Petrek. Słowam dotrzymał;
trzymajże ty swoje królu a panie, bo mi się to należy, szyjem
stawił.
A tak się stało, że Petrek okup ogromny wziął i wszystkie
skarby Wołodarowe za żywot jego; król zaś z jeńca nie wziął więcéj
niż jego przysięgę na krzyż i księgę, że z nim wojować nie będzie.
Petrko zaś dodał - skarbów mi mało, skoro Maryi Swiatopełkownéj
mieć nie będę - tę mi musisz dać albo ci życie wezmę. I zbogacił
się pan Petrek skarbami i żonę dostał jaką chciał, a król go swoim
Wojewodą wielkim uczynił i gdy umierał, dał mu nad synami opiekę. -
Oto jak rósł i urósł pan nasz....
- A dobrzeż urósł - podchwycił Tymoch, - że kuma co mu
zaufał zdradził, tego z którym chleb łamał, jadł i pił, w zasadzkę
uwiódł i pochwycił a wydał? dobrzeż to?
- Héj! héj! - odparł dziad - co wojna, to nie mir, nie zna
ona kumów ani braci! Przecież Petrek grzech swój znał i zna i za to
kościoły buduje. Skarby wysypuje, pokutę odprawia. A co uczynił dla
swojego pana, ocaliwszy ludzi tylu, którzy przez wojnę ginąć mieli?
toć nie grzech a zasługa. Służył temu komu przysięgał. A widać że
mu tego za grzech pan Bóg nie poczytał, bo jako rosnąć począł za
Krzywoustego, tak rośnie i teraz, a co wysypie na kościoły to mu
się wnet powraca Bożą mocą, kto mu kamieniem rzuca, na tego się on
odbije! Héj! héj!
Gdy dziad prawił, noc była nadeszła, Tymoch milczący
zabierał się już do wozu. Z gościńca w tém poczęło się wołanie
powtarzane.
- Bywaj tu! bywaj! Jest tam kto?
Wybiegł Mikuł o kamienie przy ognisku obraziwszy nogę,
kulejąc. Przed gospodą na koniu siedział zbrojny mąż stary, chudy,
kościsty, czeladzi koło niego kilkoro się kręciło, a on wołał o
światło i gospodarza i sierdził się.
Wyniesiono zapalone łuczywo, wysunął się z za stoła i młody
podróżny popatrzéć - wyglądał kto żył. Przybyły wzrostu olbrzymiego
prawie, nieco wiekiem przygnębiony ale krzepki, srebrnowłosy,
bardzo rycersko patrzył. - Zbroją miał przy sobie i na sobie, miecz
i mieczyk, a hełm wisiał tuż na koniu za rzemyki uczepiony.
Pytał do Wrocławia, a konie jego buchały parą i bokami
robiły. Zsiadł wreszcie, aby tchnęły nieco.
Tymoch korzystając z téj chwili zamętu, do wozu swojego się
przesunął, i wnet konie pognawszy, na gościńcu zaturkotał. Dziad
zobaczywszy rycerza przychował się do kąta. W tém na drodze znowu
zatętniało i wóz długi stanął u drzwi. Mikuł ledwie miał czas
gościom się pokłonić, czeladź zwijała się żywo. Z długiego wozu
dobył się w czarnéj sukni duchowny. Tych naówczas więcéj szanowano
niż rycerzy, więc Mikuł przybiegł rękę całować i kolana ściskać,
choć rozmówić się z nim nie umiał, bo on czarny mnich, jak się
okazało, Francuzem był i nad kilka połamanych słów polskich więcéj
nie znał.
Rycerz i mnich weszli do izby pospołu, stary wprzód pokłonił
się ojcu i mało co doń zagadawszy, wnet na język jego trafił, tak
że się dobrze rozumieli i przylgnęli do siebie.
Młody podróżny sam przyzostał na uboczu.
Mnich otyły, rumiany, wesołéj twarzy, wcale na surowego
pokutnika nie wyglądał, ani nawet na zakonnika. Suknię długą miał
podkasaną, postawę a ruchy więcéj żołnierskie niż klasztorne.
Zaledwie wszedłszy już śmiejąc się do Mikuły wołał o miód,
rycerzowi się spowiadając, że bo z pragnienia marł, a po drodze
woda była w studniach obrzydliwa. Dla nikogo téż gospodarz tak się
nie zwijał, jak dla opasłego mnicha, i nie dziw, karczma bowiem do
czarnych należała i jak swym panom służyć im musiał. A z oczu
mnichowi patrzało, że nie dałby sobie chybić, bo choć oręża żadnego
nie nosił, kij w ręku trzymał kuty potężny, który stałby za oszczep
w potrzebie, i rękę miał silną, co tym kijem mogła tęgo obracać i
lice takie, którego się musiał ulęknąć kto w nie spojrzał, bo choć
niby wesołe i rumiane, groźne było zarazem i zuchwałe.
Od progu już stary rycerz i czarny mnich, języka od siebie
wziąwszy, przystali jeden do drugiego. Stary był jakby dla takiego
mnicha na towarzysza stworzony. Wojaka w nim poznać było łatwo i z
ramion silnych, z blizn mnogich i z twarzy pomarszczonéj i
nasępionéj, na któréj brwi nawisłe, kępiaste, najeżone, na pół
zakrywały oczy połyskujące dziko. Gdy mu się usta blade ścięły a
zapadły, bo zębów już był postradał - strach brał co z nich wyjdzie
gdy się otworzą. Odziany był i zbrojny dostatnio a nie pysznie;
ręka którą ukazywał, tak się zdawała ogromną, jakby dęby z
korzeniem wyrywać była nawykła.
Mnich czarny, gdyby nie otyłość siłą by mu sprostał. Wnet
téż swój swojego poznał, poczęli coś głośno rozprawiać obcą mową, a
hałasowali. Młody podróżny wciąż się od nich na stronie trzymał.
Gęślarz z kąta, ciekawie poglądając, słuchał, z komory
wyzierała Samicha i para przebudzonych, pół nagich dzieci.
Ci tak się zagwarzyli z sobą, że ani zważali czy ich kto
słucha, bo i nie obawiali się snać, aby ich prości ludzie rozumieć
mogli.
Stary rycerz, gdy miód podano, mnicha z kubkiem do stoła
wiódł, tu mu miejsce pierwsze zrobił, sam téż na ławie przy nim
zasiadł i dopiero teraz, wzrokiem powiódłszy dokoła, szukając znać
gospodarza, trafił na młodego podróżnego, który stał, jako sobie
pan, nic nie okazując ani trwogi ni poszanowania.
Popatrzył nań stary i ostro go zagadnął.
- A ty coś zacz?
- Podróżny - rzekł młody dumnie.
- Któżci to?
- Wolny człek jako i wy, i tego samego pono rzemiosła -
odezwał się zapytany.
- Cóż, rycerz? czyj? pytał stary.
- A swój, dzięki Bogu! rzekł dumnie młody z pół uśmiechem.
- Przecież komuś służycie - mówił stary marszcząc się.
- Tak jako i wy? A wy, komu? odparł młody.
- Ja książęciu Władysławowi panu naszemu.
- No - i ja téż innego pana nie znam.
- A toć mi pyszny pan! śmiał się stary.
- Czemubym nie miał być! mruknął ów.
W czasie, gdy się tak jakoś ostro zagajała rozmowa głosami
poruszonemi, mnich na młodego poglądał zuchwale, mierząc go oczyma
groźnemi, wzrokiem niby staremu wtórując, gdy nie mógł mową. Młody
i tych oczów wcale się nie zdawał obawiać.
- Nie dogadać bo się z wami! zawołał stary kubka się imając.
- Toć was téż gadać ze mną nikt nie siłuje - odrzekł po
izbie się przechadzając swobodnie młodszy. Gdy się tak poruszać
zaczął, psy jego, które w kącie były legły, podniosły się ku panu
idąc. Ten je głaskał a pochylał się do nich. - Rycerz wlepił w nie
ciekawe oczy, widać że go zdziwiły i ze psów téż o ich panu począł
inaczéj sądzić. Więc mruknął.
- Nie lada sobaki, bodaj kędyś z dalekiego kraju - nie
nasze. - Młody pytania jakby nie słuchał. Wtedy mnich domyśliwszy
się, że się oni z sobą nie porozumieją, odezwał się swą mową do
starego rycerza.
- Zapytajcie no gospodarza, ten wam powie kto u niego gości,
znać go musi.
Skinął rycerz na stojącego opodal Mikułę, ten się zbliżył.
- Kto jest ten ze psy? zkąd?
- Obcy - odparł Mikuł - nie znam go.
Nie było więc rady, obrzuciwszy go znowu oczyma ciekawemi,
mnich z rycerzem rozmowę daléj ciągnęli.
- Niepocześnie odziany, mówił stary półgłosem, ale może być
i nie prosty człek, bo mi się nawet nie pokłonił. Musi w okolicy
mieszkać, choć go tu nie znają, boć ze psy pewnie z łowów jedzie.
- Szkoda, że języka waszego mało znam - rzekł mnich swoją
mową, dobyłbym z niego zaraz kto jest.
- Ojcze przewielebny - odparł śmiejąc się zdala stojący
młody, jeżeli o mowę chodzi, jać waszą rozumiem niczego, i tę którą
daléj na południu mówią i tę co nią szwaby szwargoczą.
Posłyszawszy to oba i mnich - i rycerz głośno się rozśmieli,
a stary zaraz powstał rękę wyciągając.
- Siadajcież, bracie, z nami, zawołał - po mowie znać, że do
nas należycie. - Suknia mnie zwiodła - staremu nie miejcie za
zło.
Młody wnet rozchmurzywszy twarz powoli, z poszanowaniem do stołu
przystąpił. Naprzód mnicha w rękę pocałował, potém staremu się
pokłonił, aż z boku na ławie, jak młodemu przystało, zajął
miejsce.